3
Taniec
Tak więc Jon Gutiérrez mierzy się z ostatnim odcinkiem schodów w budynku pod numerem siedem przy ulicy Melancolía (dzielnica Lavapiés, Madryt) w dość kiepskim humorze. Komisarz też nie chciał mu nic powiedzieć, kiedy Jon zapytał o Mentora:
- Skąd on się, do diabła, wziął? Z wywiadu? Z MSW? Z Avengersów?
- Rób, co ci każe, i nie zadawaj pytań.
Jon nadal jest zawieszony w obowiązkach bez prawa do pensji, chociaż zarzuty przeciwko niemu zostały wycofane. A nagranie, na którym widać, jak umieszcza heroinę w samochodzie alfonsa, zniknęło (magia!) z telewizji i portali.
Dokładnie tak, jak obiecał mu Mentor, jeśli przyjmie jego dziwną propozycję.
Ludzie dalej rozmawiają o tej sprawie w mediach społecznościowych, ale Jona niewiele to obchodzi. To tylko kwestia czasu, kiedy hieny z Twittera znajdą kolejnego trupa do gryzienia, aż zostaną czyste białe kości.
Jednak oddech inspektora Gutiérreza jest przyspieszony, a jego serce ściśnięte. I nie chodzi tylko o schody. Bo Mentorowi nie wystarczy, żeby Jon poznał jego przyjaciółkę Antonię Scott. W zamian za pomoc zażądał od niego czegoś jeszcze. I z tego, co mu zdążył wyjaśnić, ta druga część będzie najtrudniejsza.
Dotarłszy na ostatnie piętro, znajduje drzwi na poddasze.
Zielone. Strasznie stare. Łuszczące się.
Otwarte. Na oścież.
- Halo?
Zdziwiony wchodzi do mieszkania. Przedpokój jest pusty. Ani jednego mebla, ani wieszaka, nawet żałosnej popielniczki z kartą zniżkową Carrefoura. Nic oprócz stosu pustych, zaschniętych plastikowych pojemników na żywność. Pachną curry, kuskusem i typowymi daniami z sześciu czy siedmiu innych krajów. Takie same zapachy wydobywały się z mieszkań, które Jon mijał, wchodząc po schodach.
Przedpokój prowadzi na korytarz, również pusty. Żadnych obrazów, żadnych półek. Dwoje drzwi po jednej stronie, jedne po drugiej i jeszcze jedne w głębi. Wszystkie otwarte.
Za pierwszymi jest łazienka. Jon zagląda i widzi jedynie szczoteczkę do zębów, pastę Colgate o smaku truskawkowym, kostkę mydła. Butelkę żelu pod prysznic. Pół tuzina pojemników z kremem antycellulitowym.
"Proszę, proszę, a więc wierzy w magię", myśli Jon.
Po prawej jest tylko sypialnia. Pusta. We wbudowanej otwartej szafie dostrzega kilkanaście wieszaków. Tylko nieliczne są zajęte.
Jon się zastanawia, co za osoba tak mieszka, z ledwie garstką rzeczy. Myśli, że pewnie wyszła. Obawia się, że zjawił się za późno.
Dalej, po lewej, malutka kuchnia. Stos talerzy. Blat jest oceanem białego silestone. Brudna łyżka deserowa tonie w połowie drogi do zlewu.
Na końcu korytarza mieści się salon. Mansardowy. Ściany z gołej cegły, belki z ciemnego drewna. Delikatne światło wciska się przez dwa świetliki umieszczone między belkami. I przez okno.
Na zewnątrz zachodzi słońce.
W środku Antonia Scott siedzi na podłodze, na środku pokoju, w pozycji kwiatu lotosu. Jest ubrana w czarne spodnie i białą koszulkę. Ma bose stopy. Przed nią leży iPad, podłączony do kontaktu bardzo długim kablem.
- Przerwałeś mi - mówi Antonia. Odwraca iPada ekranem do parkietu. - To bardzo niegrzeczne.
Jon należy do tych osób, które, gdy się wkurzą, przechodzą do ataku. Prewencyjnie. Dla sportu. Dla swoich brązowych jaj.
- Zawsze zostawiasz otwarte drzwi? Nie wiesz, w jakiej dzielnicy mieszkasz? A gdybym był psychopatą i gwałcicielem?
Antonia mruga, zdekoncentrowana. Niezbyt dobrze radzi sobie z sarkazmem.
- Nie jesteś psychopatą i gwałcicielem. Jesteś policjantem. Baskiem.
Jeśli chodzi o Baska, to Jon nie może tego ukryć, akcent nie pozostawia cienia wątpliwości. Ale jest zaskoczony, że rozpoznała w nim glinę. Zwykle policjanta da się wyczuć na kilometr. Jon, który nie musi płacić za wynajem i całą pensję wydaje na ubrania, bardziej przypomina dyrektora marketingu w swoim uszytym na miarę trzyrzędowym garniturze z chłodnej wełny i włoskich butach.
- Skąd wiesz, że jestem policjantem? - pyta Jon, opierając się o framugę drzwi.
Antonia wskazuje lewą stronę marynarki Jona. Mimo że krawiec starał się, żeby wybrzuszenie od broni nie było widoczne, nie udało mu się to całkowicie. On sam też nie pomógł swoją dietą.
- Jestem inspektor Gutiérrez - przyznaje Jon.
Waha się, czy podać jej rękę, ale w porę się powstrzymuje. Ostrzeżono go, że ta kobieta nie lubi kontaktu fizycznego.
- Przysyła cię Mentor - mówi Antonia.
To nie jest pytanie.
- Uprzedził cię o mojej wizycie?
- Nie musiał. Tutaj nigdy nikt nie przychodzi.
- Przychodzą twoi sąsiedzi, żeby przynieść ci jedzenie. Muszą cię naprawdę lubić.
Antonia wzrusza ramionami.
- Jestem właścicielką tego budynku. A raczej właścicielem jest mój mąż. Jedzenie to czynsz, który od nich pobieram.
Jon dokonuje szybkiego wyliczenia. Pięć pięter po trzy mieszkania, tysiąc euro za każde.
- No, no. Kuskus kosztuje cię fortunę. Musi być dobry.
- Nie lubię gotować - mówi Antonia z uśmiechem.
Właśnie wtedy Jon zdaje sobie sprawę, że jest ładna. "Nie żadna piękność, bez przesady", myśli. Na pierwszy rzut oka twarz Antonii pozostaje niezauważona, niczym biała kartka. Czarne i proste włosy średniej długości też nie pomagają. Ale kiedy się uśmiecha, jej twarz jaśnieje jak choinka. I przekonujesz się, że oczy, które wydawały się brązowe, tak naprawdę są oliwkowozielone, że po obu stronach ust powstają dołeczki, tworząc idealny trójkąt z tym, który przecina podbródek.
Potem poważnieje i ten efekt znika.
- A teraz wyjdź - mówi Antonia, machając ręką w kierunku Jona.
- Nie, dopóki nie wysłuchasz, co mam ci do powiedzenia - odpowiada inspektor.
- Myślisz, że jesteś pierwszym, którego przysyła Mentor? Przed tobą było trzech innych. Ostatni zaledwie sześć miesięcy temu. I każdemu mówię to samo: nie jestem zainteresowana.
Jon drapie się po głowie i bierze głęboki oddech. Do napełnienia tego olbrzymiego torsu potrzeba kilku sekund i sporo litrów tlenu. Tak naprawdę chce tylko zyskać na czasie, ponieważ nie wie, co, do diabła, powiedzieć tej dziwnej i samotnej kobiecie, którą poznał trzy minuty temu. A wszystko, o co poprosił go Mentor, to: "spraw, żeby wsiadła do samochodu. Obiecaj jej, co chcesz, kłam, groź, schlebiaj. Ale spraw, żeby wsiadła do samochodu".
Żeby wsiadła do samochodu. Nie powiedział, co się stanie później. I to właśnie nie daje mu spokoju.
"Kim jest ta kobieta i dlaczego jest taka ważna?"
- Gdybym wiedział, przyniósłbym kuskus. O co chodzi, byłaś policjantką?
Antonia mlaszcze językiem z niezadowoleniem.
- Nie powiedział ci, prawda? Nic ci nie powiedział. Pewnie cię poprosił, żebyś wsadził mnie do samochodu, nie mówiąc, dokąd mielibyśmy jechać. W sprawie jednego z jego absurdalnych zleceń. Nie, dzięki. Jest mi znacznie lepiej bez niego.
Jon wskazuje ręką pusty pokój i nagie ściany.
- Właśnie widać. Marzenie każdego człowieka: spać na podłodze.
Antonia wycofuje się nieco i przewraca oczami.
- Nie śpię na podłodze. Śpię w szpitalu - rzuca.
"To ją zabolało", myśli Jon. "A kiedy ją boli, wtedy mówi".
- Co ci jest? Nie, nie chodzi o ciebie, tylko o twojego męża, prawda?
- Nie twój interes.
Nagle wszystkie elementy układanki zaczynają do siebie pasować i Jon nie może się powstrzymać.
- Coś mu się stało, jest chory i ty chcesz być blisko niego. To zrozumiałe. Ale postaw się na moim miejscu. Poproszono mnie, żebym cię przekonał, byś wsiadła do samochodu, Antonia. Jeżeli mi się to nie uda, czekają mnie konsekwencje.
- To nie mój problem. - Głos Antonii staje się lodowaty. - Mam gdzieś, co się stanie z grubym i niekompetentnym gliną, który tak nawywijał, że go do mnie przysłano. A teraz wyjdź. I przekaż Mentorowi, żeby przestał próbować.
Inspektor Gutiérrez, z twarzą jak z betonu, robi krok do tyłu. Nie wie, co jeszcze powiedzieć tej wariatce. Przeklina się za to, że dał się wciągnąć w tę sprawę, która okazała się wielką stratą czasu. Nie pozostaje mu nic innego, jak wrócić do Bilbao, stawić czoło komisarzowi i ponieść konsekwencje swojej głupoty.
- W porządku - mówi Jon, zanim się odwróci i ruszy korytarzem z podkulonym ogonem. - Ale prosił, bym ci powiedział, że tym razem jest inaczej. Że tym razem cię potrzebuje.