Reduta 56. nr 137 - Zdzisław Kuźmirski-Pacak

-
Proszę czekać

Na front

Pułk pie­choty wra­cał wła­śnie z ćwi­czeń let­nich w gar­ni­zo­nie lwow­skim. 26 sierp­nia roz­po­częła się mobi­li­za­cja czę­ściowa, 31 zaś ogło­szono mobi­li­za­cję powszechną. Mobi­li­za­cję 8. kom­pa­nii III. baonu, któ­rej byłem dowódcą, udało mi się prze­pro­wa­dzić w skró­co­nym cza­sie. Było to zasługą zarówno kadry, jak sze­re­go­wych. Wyko­rzy­sta­li­śmy każdy wolny moment dla uzu­peł­nie­nia zaopa­trze­nia zwięk­szo­nego stanu kom­pa­nii. Nad­ro­bie­nie pew­nej ilo­ści czasu pozwo­liło z kolei na prze­pro­wa­dze­nie koniecz­nego, a nie­miesz­czą­cego się już w har­mo­no­gra­mie zajęć doszko­le­nia bojo­wego, przede wszyst­kim świeżo powo­ła­nych rezer­wi­stów. Zapał żoł­nie­rzy "mło­dych rocz­ni­ków" uła­twiał zada­nie instruk­to­rom. Kom­pa­nia szybko się zży­wała.

Nikt z nas nie łudził się w tych dniach, że mobi­li­za­cja jest tylko pocią­gnię­ciem tak­tycz­nym.

Chmura wojenna nad­cią­gała nad nasz kraj bły­ska­wicz­nie. Zaja­śniały pierw­sze bły­ska­wice. Roz­le­gły się pierw­sze grzmoty. 26 sierp­nia ogło­szono mobi­li­za­cję w Niem­czech.

Dnia 1 wrze­śnia 1939 roku o godzi­nie 5.45 nad ranem woj­ska nie­miec­kie na lądzie, morzu i w powie­trzu zaata­ko­wały gra­nice pań­stwa pol­skiego.

Wybu­chła druga wojna świa­towa.

Śnimy o walce. Wróg już prze­kro­czył gra­nice.

Na alarm dzwon w mym domu dzwoni.

Cze­kam z powagą i w spo­koju,

Mamy bagnety już na broni

I lance już do boju.

Już trąbka nam bojowa śpiewa,

Słu­chamy dziś jej -?serc milio­nem,

Decy­zja czynu już doj­rzewa,

Zwy­cię­stwo będzie naszym plo­nem.

Dzień chwały oto roz­po­częty,

Chwila decy­zji już jest bli­ska...

Spo­kój i każdy uśmiech­nięty,

I wszy­scy na swe sta­no­wi­ska.

Dzi­siaj wiersz ten, wydru­ko­wany w "Kurie­rze War­szaw­skim" w przed­dzień wojny, stra­cił "pokry­cie rze­czowe". Wów­czas, w pierw­szych dniach wrze­śnia, w ogniu wsta­ją­cych nad Pol­ską łun, był prze­ży­ciem praw­dzi­wym i nie­kła­ma­nym.

Entu­zja­stycz­nie przyj­mo­wa­li­śmy wie­ści, że nie zosta­li­śmy sami. Demo­kra­cje zachod­nie dotrzy­mały zobo­wią­zań. Nie przy­pusz­cza­li­śmy, jak nie­wiel­kie będzie to miało skutki prak­tyczne.

Zasko­czyło nas pro­kla­mo­wa­nie w dniu 4 wrze­śnia neu­tral­no­ści przez Rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Ale... Pol­ska, Fran­cja i Anglia -?razem -?czyż to nie wystar­czy, aby zatrzy­mać i zetrzeć z powierzchni ziemi roz­pę­dzoną machinę nie­miecką? Poza tym pamię­ta­li­śmy histo­rię pierw­szej wojny świa­to­wej i wkro­cze­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych w póź­niej­szym sta­dium walki.

"Histo­ria się powtó­rzy" -?myślał każdy z nas.

Zaj­mo­wa­li­śmy wów­czas kwa­tery w szkole św. Zofii. Żyli­śmy wymar­szem na wroga. 5 wrze­śnia zarzą­dzono pogo­to­wie mar­szowe. W zastęp­stwie dowódcy baonu, który udał się wcze­śniej na dwo­rzec Lwów-Pod­zam­cze, zor­ga­ni­zo­wa­łem kon­cen­tra­cję i po usta­le­niu kolej­no­ści wymar­szu w naka­za­nej wcze­snej godzi­nie kie­ruję III. bata­lion 40. pułku pie­choty na dwo­rzec. Pamię­tam dość komiczne wyda­rze­nie, które nie godziło się z naszym pod­nio­słym nastro­jem. Ambi­cją żoł­nie­rzy i kadry baonu, tak z racji mar­szu "na zachód", jak i -?trzeba przy­znać -?licz­nych i cza­sem ślicz­nych oczu żegna­ją­cych nas po dro­dze, było iść we wzo­ro­wym szyku. Nie­spo­dzie­wa­nym zasko­cze­niem było zatrzy­ma­nie kolumny przez pędzone stado bydła. Aby przy­spie­szyć oczysz­cze­nie drogi, żoł­nie­rze zaczęli "po kow­boj­sku" usu­wać krowy i cie­lęta...

Na sta­cji zamel­do­wa­łem przy­by­cie dowódcy baonu majo­rowi Sanojcy. Zała­do­wa­niem nas do wago­nów pokie­ro­wał już sam major.

Jaki był nasz nastrój, niech świad­czy poże­gna­nie dwóch ofi­ce­rów, pod­czas któ­rego jeden z nich wrę­czył dru­giemu prze­wod­nik po Ber­li­nie, wyzna­cza­jąc spo­tka­nie bodaj na Unter den Lin­den.

Żoł­nie­rze pozo­sta­jący we Lwo­wie patrzyli z zazdro­ścią i nie­ukry­wa­nym żalem na ładu­ją­cych się do wago­nów kole­gów. Szyny kole­jowe miały nas wieść na zachód, ku gra­ni­com napast­nika.

Dowódca baonu, pole­ca­jąc mi dopil­no­wa­nie trans­portu w cza­sie jazdy, przy­po­mniał, abym uni­kał zbęd­nych posto­jów, gdyż wów­czas jakieś inne oddziały na sku­tek naszego spóź­nie­nia mogłyby zna­leźć się przed nami w Ber­li­nie.

Skie­ro­wano nas drogą okrężną przez Wołyń. Trans­port we wzo­ro­wym porządku, w peł­nym pogo­to­wiu OPL, ze śpie­wem, skocz­nymi dźwię­kami har­mo­nii i har­mo­ni­jek ust­nych posu­wał się na front.

Wiary w zwy­cię­stwo, w sprawną orga­ni­za­cję walki z naszej strony nie mogły zachwiać drobne trud­no­ści, jak na przy­kład ta, że już pod­czas drogi trzeba było zdo­by­wać w polu paszę dla koni.

Pierw­szym poważ­nym wstrzą­sem były prze­rzu­cane z zachodu na wschód trans­porty ewa­ku­acyjne. Któż jed­nak wów­czas nie sądził, że winne mogło być dowódz­two jakie­goś odcinka, nawet sam żoł­nierz, ale... nie tra­ci­li­śmy nadziei. Jed­nak już w cza­sie prze­jazdu przez Białą Pod­la­ską musia­łem tłu­ma­czyć żoł­nierzom, któ­rzy spo­glą­dali ze zdu­mie­niem na roz­bite samo­loty pol­skie, że są to jakieś ćwi­czebne, stare gru­choty, któ­rych nie opła­ciło się rato­wać. Mówiąc to w spo­sób moż­li­wie prze­ko­ny­wa­jący, zapy­ty­wa­łem się w duchu, dla­czego oprócz samo­lo­tów wroga nie widzia­łem w górze innych. Coraz licz­niej­sze i coraz smut­niej wyglą­da­jące trans­porty ewa­ku­acyjne poczy­nały nas przy­gnę­biać. Ale pod­nosi morale żoł­nierza reak­cja lud­no­ści na widok baonu jadą­cego na zachód. Ser­deczne słowa życzeń i zachęty do walki umac­niają bojo­wego ducha.

W oko­licy Brze­ścia trans­port nasz został zauwa­żony przez samo­loty nie­przy­ja­ciel­skie. Maszyny zwia­dow­cze zakre­śliły koli­stą smugę dymu i odle­ciały. Wie­dzie­li­śmy, że ozna­cza to okre­śle­nie naszego poło­że­nia.

Znaj­do­wa­li­śmy się w pobliżu lasu. Dowódca trans­portu z chwilą osią­gnię­cia przez pociąg pierw­szych drzew dał roz­kaz zatrzy­ma­nia się. Pociąg, opusz­czony przez nas, został zama­sko­wany gałę­ziami, a żoł­nie­rze zagłę­bili się w las po oby­dwu stro­nach toru.

Wkrótce nad­le­ciały samo­loty nie­miec­kie, które krą­żyły przez pewien czas wokół trans­portu, ale go nie zbom­bar­do­wały.

Szańce Woli

Zna­leź­li­śmy się osta­tecz­nie w Weso­łej koło War­szawy. Pod­czas postoju dowódz­two pułku otrzy­mało z Dowódz­twa Obrony War­szawy roz­kaz masze­ro­wa­nia na obronę sto­licy. Komu­ni­ku­ją­cemu mi o tym pod­po­rucz­ni­kowi Lisow­skiemu, adiu­tan­towi dowódcy baonu, powie­dzia­łem, że to nie­moż­liwe, że to widocz­nie mylna infor­ma­cja, pocho­dząca nie wia­domo z jakiego, może nawet z wro­giego źró­dła. My idziemy prze­cież na Ber­lin!

Oka­zało się, że dzwo­nił puł­kow­nik Toma­szew­ski, cze­kał przy tele­fo­nie.

Zna­łem oso­bi­ście puł­kow­nika. Rela­cja była praw­dziwa. Puł­kow­nik Toma­szew­ski nie reago­wał, gdy mówi­łem o moim posą­dze­niu, że wieść ta jest dzie­łem V kolumny. Zakoń­czył roz­mowę sło­wami:

-?Wesoło z Weso­łej masze­ro­wać do War­szawy i wszyst­kim na prawo i lewo mówić, że pułk lwow­ski idzie na odsiecz sto­licy.

Z pole­ce­nia dowódcy wyła­do­wuję baon. Nie jest to łatwe, ponie­waż bra­kuje środ­ków pomoc­ni­czych do wyła­do­wy­wa­nia, jak szyny, impro­wi­zo­wane rampy itd., a w górze krążą nie­przy­ja­ciel­skie samo­loty. Pró­bują nalo­tów, ale salwy baonu, choć w efek­cie nie przy­czy­niają napast­ni­kowi szkody, prze­ko­nują go, że lepiej szu­kać szczę­ścia w mniej "gło­śnej" oko­licy. W sto­sun­kowo krót­kim cza­sie kolumna jest gotowa do mar­szu. Zła, piasz­czy­sta droga, w któ­rej cięż­kie wozy zapa­dają się po osie, pro­wa­dzi do Dworca Wschod­niego. Na torach leżą roz­bite wagony i cysterny. Już z bli­ska świecą nam w oczy łuny poża­rów. W noz­drza wkręca się dym. Samo­loty nie­miec­kie pra­wie bez­kar­nie krążą nad War­szawą.

W rejo­nie Dworca Wschod­niego spo­ty­kam bar­dzo lubia­nego i sza­no­wa­nego przez nas majora Kasjana, dowódcę II. baonu naszego pułku. Major zazna­ja­mia mnie po raz pierw­szy w spo­sób wyczer­pu­jący z rze­czy­wi­stą sytu­acją fron­tową.

Otrzy­mu­jemy roz­kaz dal­szego mar­szu przez Pragę i most Kier­be­dzia na Wolę. Pro­wa­dzi nas dowódca baonu. Wolne tempo mar­szu, wyni­ka­jące z róż­nych prze­szkód na dro­dze, pozwala żoł­nie­rzom, z któ­rych więk­szość po raz pierw­szy oglą­dała sto­licę, zoba­czyć skutki bom­bar­do­wań. Zdu­miewa nas wszyst­kich boha­ter­ska postawa lud­no­ści War­szawy. Na każ­dym kroku spo­ty­kamy się z obja­wami sym­pa­tii i tro­ski o żoł­nie­rza.

Na moście Kier­be­dzia liczne leje i wyrwy po bom­bach lot­ni­czych. Mimo tego panuje tu ogromny ruch. W razie nalo­tów nur­kow­ców nie­przy­ja­ciela następ­stwa mogą być kata­stro­falne.

O świ­cie na jed­nej z bocz­nych ulic dowódca baonu nad roz­ło­żo­nymi mapami i pla­nami zapo­znał nas z powie­rzo­nym odcin­kiem boju. Tutaj usły­sza­łem o decy­zji obję­cia przeze mnie dowódz­twa reduty Sowiń­skiego.

Nie­przy­ja­ciel spo­dzie­wany jest w każ­dej chwili. Bro­nić będziemy głów­nego kie­runku prze­wi­dy­wa­nego ude­rze­nia Niem­ców z zachodu, po osi Łódź-Socha­czew-War­szawa. Gra­nice odcinka: strona lewa -?ulica Jana Kazi­mie­rza włącz­nie, prawa -?fort Sowiń­skiego włącz­nie. Przedni skraj sta­no­wisk -?fabryka "Dobro­lin" i wały fortu Sowiń­skiego. Do dys­po­zy­cji otrzy­muję wspar­cie środ­ków ognio­wych będą­cych we wła­da­niu dowódcy baonu. Kom­pa­nię będą wspie­rały dwie bate­rie arty­le­rii.

Oddział baonu sto­łecz­nego przy­go­to­wuje obec­nie umoc­nie­nie odcinka. Dowo­dzi nim porucz­nik Pytłoszcz. Od niego mam przy­jąć powie­rzony mi odci­nek.

Reduta Sowiń­skiego wcho­dziła jako część skła­dowa obrony Woli. Dal­sze czę­ści, pod­le­ga­jące dowódz­twu "War­szawa-Zachód", to: Ochota, bro­niona przez II. baon 40. pułku pie­choty, i Rako­wiec, bro­nio­nym przez II. baon 41. pułku pie­choty.

Dowódcą "War­szawy-Zachód" był pod­puł­kow­nik Kalan­dyk (dowódca 40. pułku pie­choty), dowódcą zaś arty­le­rii major Fryc.

Jako czę­ści skła­dowe lewo­brzeż­nej obrony War­szawy, dowo­dzo­nej przez puł­kow­nika dyplo­mo­wa­nego Mariana Porwita, wcho­dziły nadto: "War­szawa-Pół­noc" (Bie­lany, Mło­ciny, Powązki i Koło; dowódca pod­puł­kow­nik Tew­za­dze) i "War­szawa-Połu­dnie" (Moko­tów, Czer­nia­ków, Sie­kierki i Wila­nów; dowódca pod­puł­kow­nik Galiń­ski). Dowódcą obrony Pragi był gene­rał bry­gady Zulauf. Dowódz­two obrony mia­sta spo­czy­wało w ręku gene­rała bry­gady Wale­riana Czumy.

Kom­pa­nia z powagą, w mil­cze­niu przy­jęła wia­do­mość o otrzy­ma­nym zada­niu. Widzia­łem pełne zro­zu­mie­nie dla moich słów, że z chwilą obję­cia sta­no­wisk nie ma dla nas odwrotu, że tylko śmierć... albo roz­bi­cie wroga. Twa­rze słu­cha­ją­cych żoł­nie­rzy wyra­żały taką zacię­tość, że mogłem nie oba­wiać się o ich morale.

Kom­pa­nię popro­wa­dził w rejon fortu wol­skiego mój zastępca, pod­po­rucz­nik Gro­cho­wal­ski, mając za zada­nie od razu ubez­pie­czyć się, szcze­gól­nie wzdłuż osi ulicy Wol­skiej. Sam, zgod­nie z pole­ce­niem, uda­łem się do porucz­nika Pytłosz­cza. Sze­dłem z goń­cem. Nie ostrze­żeni przez "urlo­pu­ją­cego" w następ­nym podwórku sapera, wleź­li­śmy na teren zami­no­wany. Spo­strzegł nas dopiero w ostat­niej chwili. Do dziś pamię­tam, jak nie­cier­pli­wie wycze­ki­wa­łem chwili, gdy wypro­wa­dzi nas z zagro­żo­nego miej­sca. Nie mogłem ryzy­ko­wać wcze­śniej­szego "instruk­tażu", żeby nie zde­ner­wo­wać prze­wod­nika. Dostało mu się, gdy wyszli­śmy na bez­pieczny teren. Cho­dziło zresztą nie tylko o nas -?przed oczyma mia­łem uszko­dzone działo, które z racji podob­nej "opieki" wje­chało na teren zami­no­wany.

Porucz­nika Pytłosz­cza zna­łem dobrze. Był to mój kolega ze Szkoły Pod­cho­rą­żych Pie­choty. Przy­wi­ta­nie było bar­dzo ser­deczne. Pene­tra­cja odcinka wyka­zała nie­zbi­cie, że nie­ła­two go będzie bro­nić, przede wszyst­kim na sku­tek braku swo­bod­nych pól ostrzału. Linie obrony prze­bie­gały wśród budyn­ków. Liche, jak na przed­mie­ściu, zabu­do­wa­nia łatwo mogły zostać zwa­lone i spa­lone ogniem arty­le­rii i lot­nic­twa. Brak dogod­nych punk­tów do obser­wa­cji, powierz­chowne przy­go­to­wa­nie sta­no­wisk, rzadko roz­siane wnęki strze­lec­kie i umiesz­czone w oknach domów woreczki z pia­skiem nie natchnęły mnie opty­mi­zmem. Baon sto­łeczny nie był w sta­nie w tak krót­kim cza­sie przy­go­to­wać obrony dokoła całej War­szawy.

Zro­zu­mia­łem, że wła­ściwe zor­ga­ni­zo­wa­nie odcinka zależy tylko od nas, że możemy liczyć tylko na sie­bie. Jak refren brzmiały mi w uszach słowa: "Nie­przy­ja­ciel spo­dzie­wany lada chwila...". Dla oby­dwóch nas czas miał wagę już nie złota, ale życia.

Ode­bra­łem odci­nek, ser­decz­nie żegna­jąc Pytłosz­cza. Nie mia­łem go już wię­cej zoba­czyć. Zgi­nął w umoc­nio­nej przez sie­bie sto­licy.

Odci­nek swój zna­la­złem w sta­nie groź­niej­szym, niż sądzi­łem.

Patrzy­łem ze współ­czu­ciem, ale i rosną­cym prze­ra­że­niem na prze­wa­la­jące się ulicą Wol­ską tłumy pie­szych, wózki, wozy i ludzi bez domu. Poli­cja opu­ściła wol­skie poste­runki. Nie widzia­łem żad­nych przed­sta­wi­cieli władz cywil­nych. Pośród wałę­sa­ją­cych się bez­rad­nie ludzi iluż mogło być człon­ków V kolumny! Dowódcy plu­to­nów otrzy­mali tym­cza­sowe odcinki obrony dla odpar­cia ataku nie­przy­ja­ciela, jeśliby zdo­łał nas zasko­czyć. Pod­po­rucz­nik Adam­ski ubez­pie­czał kom­pa­nię w rejo­nie kościoła maria­wic­kiego. Dowódcy plu­to­nów prze­szli na swoje odcinki. Zna­łem ich już i pewien byłem, że przy­go­tują się do walki poważ­nie i z roz­sąd­kiem. Sam tym­cza­sem obcho­dzi­łem powie­rzony sobie rejon.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki