Rozdział 1
Róża
Muzyka wciąż huczała w moich uszach, gdy wychodziłam z klubu. Udało mi się wkręcić na najgorętszą imprezę tego roku i mimo że grałam tam jako DJ-ka tylko przez godzinę, wykorzystałam ten czas do maksimum. Kochałam muzykę, a DJ-owanie sprawiało mi ogromną radość.
Uwielbiałam ten moment, kiedy puszczałam kawałek, a ludzie skakali w jego takt. Śmiali się, czasem śpiewali razem z wokalistą, a ja szeroko się uśmiechałam. To było niemal jak... magia.
Szkoda tylko, że nie mogłam grać na każdej imprezie w tym mieście. Jak na razie niewiele osób znało mnie jako Red Rose, miałam jednak nadzieję, że niebawem się to zmieni. Wierzyłam, że los się do mnie jeszcze uśmiechnie.
Uderzyło we mnie gorące, letnie powietrze. Natychmiast poczułam, jak moja kusa bluzeczka lepi się do pleców, a krótkie, dżinsowe spodenki do ud. Zrobiłam głębszy wdech, zaciągając się rozgrzanym, warszawskim powietrzem.
Wiedziałam, że powinnam gnać na autobus, by wrócić do domu, tylko że... tego wieczora miałam ochotę przejść się ulicami miasta i sprawdzić, co u niego słychać. Zresztą dochodziła dopiero północ, a w okolicy było kilka innych klubów, które chciałabym odwiedzić.
Już miałam wchodzić do jednego z nich, ale...
Tuż przy wejściu stał zaparkowany mustang. Cudowny, żywcem wyjęty z najnowszego katalogu, który przeglądałam ledwie dwa tygodnie temu. Lakier w odcieniu głębokiego granatu błyszczał jak nocne niebo. Aż zaparło mi dech w piersiach. Ile trzeba zarabiać, by sobie pozwolić na takie cacko? - przeszło mi przez myśl.
Przejechałam palcem po masce, nie mogąc nacieszyć oczu. Miałam dwie słabości: muzykę i samochody. A to auto... To auto było cudowne.
Wiedziałam, że muszę się nim przejechać, bo inaczej... Och, chyba umrę. Podeszłam do drzwi i zamiast od razu zacząć grzebać w zamku, po prostu pociągnęłam za klamkę. I proszę, otwarte.
Usiadłam wygodnie na miejscu kierowcy. Obmacałam skórzaną kierownicę. Moja dłoń ślizgała się po niej jak po tafli lodu. Wnętrze odurzająco pachniało nowością. Ekran dotykowy pobudził moją wyobraźnię, odnosiłam wrażenie, jakbym zaraz miała odpalić statek kosmiczny, a nie przejechać się tą bestią, która pod maską kryła pięciolitrowy silnik V8. Automatyczna skrzynia trochę mnie zasmuciła, osobiście wolałam sama zmieniać biegi, ale kto by w takim wozie narzekał. Siedziałam w najprawdziwszym mustangu. MUSTANGU, do cholery! Aż zapiszczałam z ekscytacji.
Od zawsze kręciły mnie samochody. A te sportowe to na maksa. Oglądałam każdy wyścig Kubicy i szczerze mu kibicowałam. Miłość do tego sportu wpoił mi dziadek i totalnie się na tym zafiksowałam. Gdybym miała więcej talentu i możliwości, być może zawodowo jeździłabym po torze. Któż to wie.
Zapięłam pasy, dla bezpieczeństwa, i z dziecięcą niecierpliwością wcisnęłam guzik uruchamiający to cudeńko. Auto ożyło, zamruczało zmysłowo. W całym ciele poczułam przyjemne wibracje. Słysząc ten dźwięk, prawie dostałam orgazmu.
Ruszyłam z piskiem opon. Szusowałam całkiem pustą ulicą, chociaż ledwie minęła północ. Gdybym tak mogła się rozpędzić do maksymalnej prędkości... Ach.
Oczywiście musiałam zrobić sobie selfie, bo przecież Kalina by mi nie uwierzyła, że jechałam takim cackiem.
Nasza matka miała hopla na punkcie kwiatów i takim sposobem nazwała mnie Róża, a moją siostrę - Kalina. Stałyśmy się kwiecistymi siostrami, urodzonymi odpowiednio w czerwcu i na początku maja, czyli wtedy, gdy te kwiaty kwitną podobno najpiękniej. Pomyślałam kiedyś, że dobrze, iż nie przyszłam na świat w grudniu, bo mogłabym zostać Gwiazdą Betlejemską.
- Przepraszam, dokąd pani jedzie moim autem? - Gwałtownie wcisnęłam hamulec, przestraszona męskim głosem dobiegającym... z tyłu.
Spanikowałam.
Zatrzymałam się na środku drogi i już zamierzałam wybiec z auta, gdy czyjaś silna dłoń złapała mnie za ramię. Musiałam się odwrócić i coś szybko wymyślić. Miałam jedynie nadzieję, że facet nie wezwie glin. Nie potrzebowałam kłopotów.
Feliks
Pojawiłem się w klubie tylko dlatego, że tak wypadało. Nie miałem najmniejszej ochoty siedzieć tam dłużej, niż to potrzebne. Nienawidziłem chytrych uśmieszków na twarzach bogaczy i beznadziejnych rozmów prowadzonych wyłącznie po to, by uszczknąć coś dla siebie. Ale obiecałem ojcu, że przyjdę. Zarządzaliśmy razem dużą wytwórnią muzyczną i... No musiałem być i już. Ojciec nie przekonał mnie jedynie do wygłoszenia przemowy. Co prawda wypchnął mnie na środek sali, ale oprócz tego, że stałem przy mównicy z niemrawym uśmiechem i pozwoliłem, by sfotografowano mnie z tysiąc razy, nic więcej nie zrobiłem. Zresztą... Byłem średnim mówcą. Ojciec wiedział, że znacznie sprawniej idzie mi pisanie tekstów, ale zawsze, po prostu zawsze chciał dla mnie, jak on to mawiał, najlepiej. I zwykle marnie na tym wychodziłem.
Dlatego gdy nadarzyła się okazja, ulotniłem się niezauważony. Zabrałem ze sobą butelkę whisky, nie trudząc się o szkło, i zająłem miejsce na tylnej kanapie mustanga, którego dostałem na najbliższe dwa tygodnie od naszego sponsora. Robiłem mu w ten sposób małą reklamę. Mogłem pojechać od razu do domu. Mogłem. Obawiałem się jednak, że ojciec będzie mnie jeszcze potrzebował, a nie lubiłem wysłuchiwać jego gadaniny. Czasem żałowałem, że nie oddzielaliśmy życia zawodowego od prywatnego, ale w naszym wypadku jedno łączyło się z drugim od lat.
Leżałem sobie spokojnie na tylnym siedzeniu mustanga i popijałem alkohol, zastanawiając się nad swoim losem.
Miałem trzydzieści lat. No, przynajmniej rocznikowo, brakowało mi bowiem jeszcze trzech miesięcy, by celebrować urodziny. Wiedziałem, że matka już zaplanowała uroczystość i najchętniej z niej również bym się wymiksował, ale nie mogłem tego zrobić swojej zaangażowanej rodzicielce.
Moje życie od samego początku było zaplanowane przez rodziców. Dawniej się buntowałem. Chciałem się zajmować czymś innym, ale... kompletnie nie miałem na siebie pomysłu. A potem zacząłem pisać piosenki. Jedna z nich spodobała się ojcu i jakoś tak wziął mnie pod swoje skrzydła, równocześnie wdrażając w biznes. Omamił mnie pięknymi słówkami - ostatecznie moje teksty znalazły się na dnie szuflady, a ja wypełniałem polecenia ojca.
Stale powtarzał, że to ja przejmę rodzinny interes, a nie jedna z moich młodszych sióstr. Z tym że wiedziałem, iż obie mają lepsze głowy do interesów ode mnie. No i uwielbiają pławić się w błysku fleszy. Starają się trzymać z dala od skandali, ale różnie z tym bywa.
Emilia jest bardzo porywcza, a każde zerwanie z facetem rozpamiętuje miesiącami, zazwyczaj aż do następnego zakochania. Dlatego wiecznie trafia na pierwsze strony gazet. Emilia Skórzewska ma nowego faceta. Emilia Skórzewska zalewa się łzami po krótkiej rozmowie z narzeczonym. Czyżby to koniec ich miłości? Takie właśnie nagłówki pojawiały się często w najpopularniejszych magazynach i na portalach plotkarskich.
Czasem nie mogłem patrzeć, jak moja siostra na siłę szuka bliskości.
Natomiast Natalia to dziewczyna stateczna, bardzo ułożona i śledząca wszystkie trendy. Wie, co jest modne, w co warto inwestować, jak sprzedać z zyskiem i tak dalej. Twierdzi, że faceci są jej zupełnie niepotrzebni.
Moje rozmyślania przerwało mocne szarpnięcie za drzwi. Byłem niemal pewien, że to ojciec. Już się spiąłem i przygotowałem kąśliwą ripostę, ale... mój ojciec nie miał czerwonych włosów i nie piszczał jak mała dziewczynka .
A chwilę później auto zamruczało i wyjechało na drogę. Dlaczego nie zareagowałem od razu? Bo zdziwiło mnie, że mustanga prowadzi kobieta. I to prowadzi niezwykle płynnie.
Przyglądałem się dziewczynie z ciekawością. Wciąż leżałem na kanapie, więc żałowałem, że nie mogę przyjrzeć jej się z bliska. Widziałem jedynie lewą dłoń ze srebrnymi pierścionkami i ufarbowane na czerwono kosmyki, które ciągle zakładała za ucho.
Mimo niezłych wrażeń nie podobało mi się, że siedzi za kierownicą mojego samochodu. Podniosłem się i przemówiłem:
- Przepraszam, dokąd pani jedzie moim autem?
Zahamowała tak gwałtownie, że gdybym nie przytrzymał się oparć siedzeń przede mną, chyba znalazłbym się na przedniej szybie. Próbowała uciec, ale ścisnąłem jej ramię i przytrzymałem. Błyskawicznie przeskoczyłem na fotel pasażera i włączyłem światło w podsufitce, by móc spojrzeć jej w twarz. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że złodziejka będzie tak ładna.
Duże, brązowe oczy okolone gęstymi, ciemnymi jak noc rzęsami. Delikatny makijaż podkreślający urodę. Ognistoczerwone włosy cudownie komponujące się z jej jasną karnacją. No i tatuaże. Miała jeden na dekolcie i jeden na lewym przedramieniu. Na prawej ręce nosiła szeroką, srebrną bransoletę.
- Już się napatrzyłeś? - odezwała się po chwili, trzymając ręce na kierownicy i wpatrując się we mnie.
- Och, przepraszam panią.
- Spoko. Faceci już tak mają. Fajne cycki mieszają wam w głowach.
Zaśmiałem się, a ona zmrużyła oczy.
- No dobrze. To powiedz mi... dlaczego ukradła pani moje auto? - spytałem już na poważnie.
- Nie ukradłam, chciałam się tylko przejechać. Nie sądziłam, że ktoś siedzi z tyłu - odpowiedziała. - Okej, fajna była ta przejażdżka, to cześć.
- Poczekaj. - Złapałem ją znów za rękę, gdy zamierzała wysiąść.
- Możesz mnie puścić? - warknęła.
Od razu poluźniłem uchwyt. Nie chciałem być nachalny.
- Przepraszam panią, ja... Ja... - jąkałem się, a ona parsknęła śmiechem. Lekko się zmieszałem. Nie o taki efekt mi chodziło. - Co panią tak bawi?
- To twoje "proszę pani" - oznajmiła i roześmiała się jeszcze głośniej.
- Nie znam pani imienia, więc jak powinienem się do pani zwracać?
- Na ty. Przecież nie mam sześćdziesięciu lat.
- No tak, ale... Nie znamy się. Nie chciałem być nieuprzejmy.
- Nieuprzejmy?! - prychnęła. - Koleś, z jakiej epoki ty się urwałeś? Może mnie jeszcze w rąsię pocałujesz na do widzenia?
Wolałem nie ośmieszać się bardziej, ale... faktycznie chętnie bym ucałował jej dłoń na pożegnanie.
- Dobra, spadam - rzuciła.
- Nie tak szybko! - Tym razem zareagowałem znacznie ostrzej. - Mimo wszystko zabrałaś moje auto, więc...
- Więc co?! - Weszła mi w słowo, groźnie na mnie patrząc. Marszczyła przy tym ciemne brwi, a jej brązowe oczy praktycznie raziły mnie prądem. Kilka razy otworzyłem usta, by coś powiedzieć, nie bardzo wiedziałem jednak co.
- Wezwiesz gliny? - dopytywała.
- Nie, tylko...
- Ach... Już rozumiem. - Strzeliła palcami i posłała mi kpiący uśmiech. - Jak to załatwimy? Tutaj? U ciebie?
- Ale co?
- Bzykanko - wyjaśniła, a ja z wrażenia zakrztusiłem się śliną. Była bardzo bezpośrednia.
- Wybacz, niczego takiego nie miałem na myśli - zapewniłem.
- To czego chcesz? - dociekała.
Czego ja właściwie chciałem od tej dziewczyny?
- Dobrze ci się prowadziło to auto? - spytałem, wskazując na kierownicę, jak ostatni idiota.
- Cudownie! - Posłała mi najszerszy uśmiech świata. - Gdybym mogła tylko rozwinąć większą prędkość... - zaskomlała, delikatnie pocierając kierownicę dłonią.
- A gdybym... - zacząłem, a ona spojrzała na mnie pytająco. - Gdybym zabrał cię na tor? - Nie odezwała się, więc kontynuowałem: - No, żebyś mogła się porządnie przejechać tym samochodem, jeśli jesteś zainteresowana, oczywiście.
- No pewnie, że jestem! - Rzuciła mi się na szyję, a jej kwiatowy, jakby różany zapach uderzył w moje nozdrza. Zawsze uważałem aromat róż za paskudny, ale na jej ciele ta woń była wyjątkowo przyjemna.
- Dobra, spadam. Całkiem fajny jesteś. Zadzwoń, jak będziesz miał czas, to się umówimy na przejażdżkę.
Wyjęła niewielką, czerwoną wizytówkę, którą trzymała... w biustonoszu! Złapałem kartonik i od razu na niego zerknąłem. Nie dostrzegłem żadnego numeru. Zdziwiłem się, bo przecież kazała mi zadzwonić. No i była zainteresowana jazdą po torze.
- Ale... - zacząłem, jednak ona zdążyła już wyskoczyć z auta.
Myślałem, że więcej jej nie zobaczę, ale nim zniknęła, nachyliła się jeszcze i tajemniczo oznajmiła:
- Tylko ciepło ujawnia wszystkie sekrety.
Puściła do mnie oczko i trzasnęła, z wyczuciem, drzwiami.
Siedziałem w kompletnej ciszy, wpatrując się tępo w czerwony jak jej włosy kawałek papieru i analizując sytuację sprzed chwili.
Z odrętwienia wyrwał mnie dzwonek telefonu. Ojciec.
- Halo - rzuciłem.
- Gdzie jesteś?! - wysyczał przez zęby.
- Będę za dziesięć minut. Gdzie cię szukać?
- Przy stoliku! - warknął i się rozłączył, a ja pospiesznie przesiadłem się na miejsce kierowcy, odpaliłem silnik i zerkając w lusterka, zawróciłem na całkiem pustej drodze.