Recepta na romans. Doktor Scott. Tom 2 - Max Monroe

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (29,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PrologScott

Chłodne, wilgotne końce moich włosów łaskotały mnie w kark, gdy zakładałem czystą koszulę i wpychałem ją w spodnie.

Pracowałem na podwójnej zmianie i ostatnie kilka godzin porządnie dało mi w kość. Krew, maź, wymioty - co tylko chcecie. Byłem pokryty tym wszystkim i jedynie prysznic w pracowniczej szatni mógł sprawić, że znowu poczuję się jak człowiek. Co też się stało.

Zamykając z trzaskiem szafkę, przypiąłem identyfikator z przodu koszuli, wsunąłem telefon do kieszeni i wyszedłem z pomieszczenia.

Kilkoro współpracowników uśmiechało się i kiwało głowami, gdy mijałem ich na korytarzu, ale nie zatrzymywałem się. Zarówno jedzenie, jak i kawa były teraz niezbędne nie tylko dla mojego samopoczucia, ale również zdrowia ludzi wokół mnie.

Gdy chodziło o głód i niedobór kofeiny, nie robiłem się zrzędliwy; stawałem się oszołomiony. Zajebiście lekkomyślny. A czasami nieco niepotrzebnie niemiły.

Jedna z moich nielicznych wad.

Widząc stołówkę, przyspieszyłem kroku i otworzyłem drzwi. Kiedy wchodziłem do środka, ominąłem wychodzącą z bistro pielęgniarkę. Zwykle zacząłbym rozważać plan ataku, żeby oczarować tę śliczną kobietę swoim urokiem i dowcipem, ale moje priorytety czasami się zmieniały - chociaż rzadko - a to była jedna z tych chwil.

Kawa i jedzenie, potem seks.

Jeśli mowa o kawie, ktoś znajomy czaił się naprzeciwko niej. Ktoś, czyj widok przyjmowałem z rozbawieniem pomimo braku kofeiny i pożywienia - jedyny i niepowtarzalny Doktor Obsceniczny.

Razem ze mną i innym szefem oddziału został wybrany do udziału w nowym medycznym serialu dokumentalnym - Lekarzach - który będzie emitowany przez trzydzieści sześć tygodni, po jednym godzinnym odcinku w każdy wtorkowy wieczór. Chociaż wszystkie odcinki zostały nagrane w tym samym czasie, Will był prezentowany jako pierwszy i kurwa, miał z tego powodu niezłe przygody.

Nieplanowana nagość, niestosowne komentarze w gabinecie i w efekcie napływ nowych pacjentek, desperacko zdeterminowanych, żeby spróbować swoich szans u doktora. Męczyło go to, ale dla kogoś z zewnątrz - takiego jak ja - płynąca z tego rozrywka była nieskończona.

- Will Cummings - krzyknąłem, zwracając na siebie jego uwagę mimo dzielącej nas odległości.

Jego głowa drgnęła na dźwięk mojego głosu, a na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech. Rozumiałem to - też bym się ucieszył na swój widok.

Skierowałem się w jego stronę, koniec końców stał tuż przy ekspresie do kawy, i wyciągnąłem rękę na powitanie.

- Scott - powiedział łagodnie, ściskając moją dłoń.

Zacząłem odtwarzać w głowie ostatni odcinek z Willem, a mój uśmiech nieco przygasł. Ten biedny gamoń zdecydowanie przesadził ze swoim zachowaniem przed kamerą. Odkładając na bok ubaw, który miałem z oglądania na ekranie, jak jego dobre intencje obracają się przeciwko niemu, było mi go żal. Will Cummings był naprawdę porządnym facetem.

Ale w tych czasach żaden program nie troszczyłby się o wiarygodne przedstawienie trzech mężczyzn w szczycie ich zawodowych możliwości - ratujących życie, robiących porządek i będących przy tym wzorowymi obywatelami.

W dzisiejszym świecie chodziło o dramatyzm, polot i czynienie gwiazd telewizji "reality" tak interesującymi, jak to tylko możliwe - często ze szkodą dla ich osobowości i codziennego życia.

Dlatego kiedy nas filmowano, trzymałem swoje romanse z dala od kamery i szpitala, a na krótki okres całkowicie z nich zrezygnowałem. Podczas gdy Willa raz za razem przyłapywano z opuszczonymi gaciami, to kiedy emitowano moje odcinki wiedziałem, że na niczym mnie nie złapią.

Uśmiechnąłem się przebiegle na tę myśl.

- Przestań się tak na mnie patrzeć - mruknął Will, a ja nie mogłem ukryć rozbawienia. Czasami zajebiście łatwo się wkurzał.

- O, jaki delikatny. Ktoś tu jest w złym humorze.

- Tylko poczekaj - odburknął, mieszając swoją kawę tak agresywnie, że prawie wylała się z kubka na blat. - Ty też będziesz.

Roześmiałem się. Och, Will. On naprawdę był zbyt naiwny.

- Zakładasz, że wszyscy są tak samo dobrzy w robieniu z siebie dupka jak ty. - Wyciągnąłem rękę i żartobliwie trąciłem go w ramię. - Ty jesteś w tym najlepszy.

- O nie, Scott - zaprzeczył, z nową warstwą jadu w głosie. - Zapewniam cię... jak mocno byśmy nie próbowali, nigdy nie przeskoczymy cię w byciu dupkiem. Wystarczy, że spytasz Mandy. Albo Sarah. Albo Monicę.

Kurwa. Zabolało. Udawałem, że się uśmiecham, ale usłyszenie każdego z tych imion było jak sypanie soli na otwartą ranę. Źle oceniłem tamte sytuacje; tkwiłem w nich zbyt długo, sądząc, że one myślą o mnie tak samo niezobowiązująco, jak ja o nich. Nie zasługiwały na to, jak je potraktowałem - jak się od nich ulotniłem - ale nie byłem facetem do związku. Ani trochę.

- Chyba serio jesteś w kiepskim nastroju - wymamrotałem, wiedząc, że w większości sam to na siebie sprowadziłem.

Will był wrażliwy na publiczną krytykę z powodu programu, a ja nie mogłem winić nikogo poza sobą za amunicję w postaci Mandy, Sarah i Moniki, bo sam jej dostarczyłem.

- Wybacz, Scott. Po prostu... przez ten program i wszystko... i jeszcze nie wypiłem kawy. - Wzruszył ramionami, przepraszając całym swoim mierzącym ponad metr osiemdziesiąt ciałem. - Chyba masz rację. Jestem największym dupkiem.

Prawie się roześmiałem. Boże, Will był miłym gościem aż do przesady.

Jednak nie zmarnowałem okazji, jaką dały mi jego przeprosiny, ponieważ, jak powiedział wcześniej, naprawdę byłem większym dupkiem.

- Cóż, przynajmniej zdajesz sobie z tego sprawę.

Poklepałem go po plecach i odszedłem, skoro moje było na wierzchu.

Nadszedł czas na ratowanie istnień, z kawą czy bez.

***

Dwanaście tygodni później

To oficjalne. Naprawdę jestem najszczęśliwszym sukinsynem w Nowym Jorku. Niesamowity seks z trzema różnymi kobietami, trzy noce w tygodniu bez zbędnych uczuć i z najpopularniejszym programem w telewizji - czułem, że jestem nie do zatrzymania. Jakbym stał na szczycie świata i nic nie mogło mnie stamtąd strącić.

Doktor Erotyczny - oto jak zdecydowali się mnie nazywać. Sama myśl o tym wywoływała mój uśmiech.

Podczas gdy Will zakopał głowę w piasek, ja wystawiałem swoją w stronę blasku reflektora. Chwała, sława, dobre czasy.

Epizod z celibatem, który odbyłem podczas filmowania, był tego wart i teraz czułem gotowość, żeby dzięki temu zapewnić sobie coś odwrotnego.

Ja, Scott Shepard, byłem oficjalnie Doktorem Erotycznym - i zamierzałem wkroczyć z tą mocą i rozpoznawalnością prosto na ulice Nowego Jorku i dobrać się do majtek chętnych kobiet.

Jesteście na mnie gotowe?

Rozdział pierwszyHarlow

Siedem tygodni później

- Zatem co lubisz robić w swoim wolnym czasie, Harlow? - zapytał Barron po wzięciu solidnego łyku czerwonego wina. Zamówił nam do posiłku trzecią butelkę, prawdopodobnie merlota, i starał się przedstawić mi każdy detal na temat tego, jakie było rzadkie i wyjątkowe.

- Niezwykłe - mówił, obracając kieliszkiem i uśmiechając się szeroko. - Jestem pod wrażeniem, jakie ma nogi, zwłaszcza jak na ten rocznik. Zauważyłaś, jak delikatne tony dębu i czekolady ożywiają paletę?

Barron Alexander Conrad III - tak brzmiało jego pełne i, bądźmy szczerzy, bardzo pretensjonalne imię - nie przestawał ględzić o nogach wina, od kiedy kelner postawił butelkę na stole. Nie wiedziałam o winie dosłownie nic. Taniczne. Dębowe. Pełne. Każdy wyraz, który wypowiadał, łączył się w jedno słowo w moich myślach: ostentacyjne.

Jeżeli chodziło o wino, jedynym, co mnie interesowało, było to, ile kieliszków potrzebuję, żeby się wstawić.

Walczyłam z pokusą, żeby wywracać oczami i tylko przytakiwałam, udając, że się zgadzam, gdy przechylałam kieliszek do ust, kończąc pierwszy z tej butelki.

Pierwsze randki. Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Do diabła, pogardzałam ogólnie wszystkim, co mogło prowadzić do związku. Nie miałam lęku przed zaangażowaniem ani nic w tym rodzaju. Po prostu wiedziałam, że długoterminowe zaangażowanie mi nie leży. Sparzyłam się porządnie i wyciągnęłam z tego lekcję. Spędzę resztę życia, trzymając ręce z dala od tego przysłowiowego gorącego kartofla, dziękuję bardzo.

Wymusiłam uśmiech. A przynajmniej miałam nadzieję, że się uśmiecham. Czy uśmiech smakuje jak ocet? Jeśli tak, to zdecydowanie się uśmiecham.

- Cóż... Praca zajmuje mi sporo czasu. A kiedy nie pracuję, lubię wychodzić na kolację z przyjaciółmi, czytać, oglądać filmy, chodzić na koncerty...

Bla. Bla. Bla.

Boże, brzmiałam tak samo nudno jak Barron.

Dlaczego w ogóle zgadzam się na takie randki?

Ponieważ potrzebuję seksu.

Wiem. Uwierzcie mi, wiem.

Ale naprawdę potrzebuję seksu.

Poza przesuwaniem w prawo każdego profilu na Tinderze w promieniu dwóch mil randki takie jak ta były jedyną opcją na spiknięcie się - zwłaszcza takie, które może skończyć się penetracją bez konieczności wkładania przeźroczystych szpilek i paska zamiast spódniczki, żeby stanąć pod latarnią. Chociaż jeżeli z tej randki nic nie wyjdzie, ta ostatnia opcja nabierze sensu.

To trwa zbyt długo i moje codzienne sesje masturbacyjne przestają wystarczać. Potrzebuję penisa, ludzie.

- Od jak dawna jesteś w "Plotce"?

Westchnęłam w duchu. Zarówno z powodu zbyt nosowego głosu Barrona, jak i absurdalnej pracy, którą ciągle wykonywałam.

- To już chyba cztery lata.

Za długo, do cholery.

"Plotka" była internetowym i drukowanym magazynem, a ja od kilku lat byłam w niej zatrudniona jako publicystka. Celem pisma było kombinowanie, jak dokopać się do cynków z pierwszej ręki i soczystych plotek na temat sławnych i bogatych tego świata, szczególnie tych zamieszkujących Nowy Jork. To było kiczowate i banalne, ale właśnie tego można się spodziewać po czymś, co nazywa się "Plotka".

Celebryci co do zasady byli tacy sami - kochali nas, kiedy ich zauważaliśmy, ale nienawidzili, gdy praliśmy ich brudy.

Jednak, należy to odnotować, nie byłam całkowicie po ciemnej stronie tak jak niektórzy koledzy z branży. Dawałam moim czytelnikom w większości prawdziwe informacje o celebrytach, troszeczkę je upiększając. Podążałam drogą w stronę prawdy, nawet jeżeli czasami zahaczyłam o pobocze. Inne podstępne żmije krążyły po lesie, szukając najbardziej soczystego zatrutego jabłka, żeby złożyć je na celebryckie ręce.

Czerpałam niezrównaną przyjemność z pisania o znanym lowelasie, który przeleciał nianię, podczas gdy jego żona była na planie filmowym tysiące mil dalej - niania wyśpiewała wszystko i przekazała stosowne dowody - i nie sądziłam, żeby to miało się zmienić.

Oczywiście to samo dotyczyło zdradzających żon i dupkowatych gwiazd, które traktowały swoje asystentki i pracowników jak gówno.

Mówiąc krótko, moja praca w "Plotce" była planem na chwilę po tym, jak skończyłam uniwersytet i zakończyłam popaprany związek, ale tak jakoś wyszło, że zamieniła się w mój stały zawód. Cholera, patrząc na moje życie z perspektywy dwudziestodziewięciolatki, nie byłam nawet pewna, dlaczego wciąż tam pracuję.

Serio? Dlaczego ciągle tam jestem?

Wbiłam widelec w szparaga na talerzu i zastanawiałam się, jak doszłam do tego miejsca, robiąc karierę w czymś, co nie sprawiało mi przyjemności i chodząc na pierwsze randki z mężczyznami takimi jak Barron tylko dlatego, że desperacko potrzebuję penisa. Dobry Boże, gdyby naprawdę o tym pomyśleć, moje życie wykolejało się z pieprzonych torów.

Jak na zawołanie Barron uśmiechnął się z drugiej strony stołu i skierował widelec w moją stronę.

- Musisz tego spróbować - zachęcił mnie, wywijając widelcem, żeby to podkreślić, kiedy potrząsałam głową. - Po prostu spróbuj, Harlow. Ten homar to niebo w gębie - powiedział, wskazując na widelec, który zatrzymał się pięć centymetrów od mojej twarzy, tak jakbym jakimś cudem nadal nie była pewna, o co chodzi, pomimo tego bardzo jasnego instruktażu.

- Uch... - jęknęłam, gdy tylko zapach owoców morza dotarł do moich nozdrzy. - Nie jestem wielką fanką ryb.

- Ale to homar.

- Taa... ryba... homar... mam na myśli wszystko, co pływa w wodzie. Nie jestem fanką takich rzeczy.

- Daj spokój - kontynuował, a ja poczułam pokusę, żeby wytrącić widelec z dala od mojej twarzy. - Nikt się nie oprze homarowi Daniela.

- Ja się oprę.

Wpatrywał się we mnie, a ja w niego; w głowie grała mi muzyka z gry Mortal Kombat.

Na miłość boską, zabierz swój widelec sprzed mojej twarzy.

Wreszcie, po chwili, która zdawała się trwać godzinę, sam skosztował homara, głośno pojękując z rozkoszy.

- Boże, jakie dobre.

Jeżeli kolacja była zapowiedzią tego, co nastąpi później, mogłam bezpiecznie założyć, że powinnam stąd spieprzać, zanim przyniosą rachunek. Zmyślić jakąś sytuację awaryjną. Napisać do jednej z przyjaciółek, żeby uratowała mnie z nieuchronnej katastrofy, która z pewnością nastąpi, zanim wieczór dobiegnie końca.

Dobry plan, Harlow! Napisz do Amandy.

Amanda była jedną z moich najdawniejszych i najbliższych przyjaciółek z uczelni. Co więcej, to nie będzie pierwszy raz, kiedy pomoże mi wydostać się z tego typu sytuacji.

Podczas gdy Barron pozostawał zahipnotyzowany swoim winem i homarem, dyskretnie wysunęłam komórkę z torebki i napisałam do mojej najlepszej przyjaciółki z nadzieją, że wymyśli idealną wymówkę. A później wybłagam, żeby pomogła mi ją zrealizować.

Harlow: Pomóż. Mi. Potrzebuję wymówki.

Amanda: Nie. Nie tym razem, Frances.

Harlow: Co??? Ja tu umieram! (I przestań nazywać mnie Frances. Wiesz, że tego nie cierpię).

Frances Harlow Paige. Oto moje pełne imię - prawie tak samo złe jak Barron Alexander Conrad III - którego już nie używam i którym nikt mnie nie nazywa. Uwierzcie mi - Harlow, jak niecodzienne by nie było, znacznie bardziej do mnie pasowało.

Ale czasami moja najlepsza przyjaciółka lubiła być zołzą i drwić z tego, że odziedziczyłam imię swojej babci.

Pierdolona Frances. Boże, to imię było całkowitym przeciwieństwem mnie.

Amanda: Biorąc pod uwagę, że to twoje prawdziwe pierwsze imię i że uważam, że jest urocze, ignoruję twoją prośbę. A poza tym powinnaś dać mu szansę, Harlow. On może być świetnym facetem. On może być TYM facetem.

Harlow: To nie najlepszy czas na rozpoczynanie kariery jako mówczyni motywacyjna. Ten gość ciągle gada o nogach swojego wina i wpycha mi homara do gęby. Potrzebuję pomocy w postaci fałszywej wymówki. Wszystko się nada. Przyjdź i uruchom alarm pożarowy. Zadzwoń i powiedz, że podłożono tu bombę.

Kliknęłam "wyślij" i dopiero wtedy to przemyślałam. Grożenie bombą i fałszywe alarmy pożarowe brzmiały trochę zbyt ryzykownie. Chciałam, żeby Amanda pomogła mi wydostać się z tej sytuacji, a nie żeby została aresztowana i przesłuchana przez FBI.

Chociaż może sama powinnam to zrobić. To może zakończyć się przeszukaniem otworów w moim ciele...

Nie. NIE.

Myślenie w taki sposób to dla mnie nowe dno.

Harlow: Czekaj... nie rób tego! To może się źle skończyć... O! Zadzwoń do mnie i powiedz, że komuś zostały tylko trzy godziny życia, a ja muszę jak najszybciej do niego pojechać, żeby się pożegnać. PROSZĘ. BŁAGAM CIĘ.

Amanda: Nie. Ty zaczynasz swoje randki, ty je kończysz, paniusiu.

Kurwa.

O ile nie wymyślę jakiejś wymówki bez pomocy Amandy, będę w kropce. Co wyjaśniało, dlaczego skończyło się na tym, że zostałam aż do końca kolacji. Oraz uczestniczyłam w nudnej rozmowie. Oraz odbyłam monotonną podróż taksówką do mieszkania Barrona.

Trzymam kciuki, żeby seks był wart tej fatygi...

***

Sypialnia Barrona była dokładnie taka, jak się spodziewałam. Wszystko miało swoje miejsce, idealnie ułożone, żeby prezentować swoją wartość i przepych, a jego obrazy, rzeźby i meble wskazywały wyraźnie, że nie kupił ich w supermarkecie Target. To był luksusowy, wyrafinowany apartament - jakby tego było mało, z widokiem na Central Park. Szkoda, że wydawał się przy tym całkowicie pozbawiony osobowości.

Kontynuując przegląd otoczenia, zauważyłam dwie szafy, którymi się kompletnie zachwyciłam. Zastanawiałam się, czy jest jakaś jebana szansa, że dostał je w IKEI.

Miałam go o to zapytać, ale kiedy spojrzałam na jego twarz - która właśnie znajdowała się pomiędzy moimi udami - zdecydowałam, że to prawdopodobnie nie jest najlepszy moment na rozmowę o jego meblach.

Okej, tak. Przyznaję.

Jestem obecnie w sypialni Barrona, a on rzeczywiście robi mi minetkę.

Mogę być z wami szczera?

Jest koszmarnie.

Ale przez moje skupienie na wystroju wnętrz prawdopodobnie się tego domyśliliście.

- Dobrze ci, Harlow? - jęknął, przyssany do mnie, a ja ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć czegoś w stylu: "Proszę, przestań. Myślę, że przez ciebie mojej cipce jest smutno".

- Mmm-hmm. - Starałam się jak najlepiej udać rozkosz. Cichy jęk. Dobrze wpasowane westchnienie.

- Boże, smakujesz tak dobrze.

O, kurwa. Auć. Czy on ma jakiś szpikulec na końcu tego języka?

Uch. Nie mogłam tak dłużej. Zawsze uwielbiałam minetki, ale kurczę, moja cipka miała ograniczoną tolerancję na to, co robił jej swoim językiem, czymkolwiek to było. Obawiałam się, że to się skończy jakąś emocjonalną traumą, jeżeli pozwolę na kontynuację. Czy istnieją sesje terapeutyczne i antydepresanty dla cipek?

Może jeżeli po prostu pominiemy grę wstępną i przejdziemy do seksu, to się poprawi?

Niektóre kobiety by się poddały, ale seks był powodem, dla którego wysiedziałam do końca tej kolacji i brałam udział w najnudniejszej pogawędce w historii ludzkości. Cholera, wyciągnę z tego jakąś iskierkę przyjemności, nawet jeśli miałabym wziąć jego penisa za zakładnika i sama się nim wyruchać.

- Pieprz mnie, Barron - wyszeptałam, zawracając nas z tej żałosnej ścieżki i kierując w stronę czegoś bardziej ekscytującego.

Spojrzał na mnie z błyskiem w oczach.

Tak. Nie przestawaj, Harlow. To może zadziałać.

- Proszę, pieprz mnie, Barron - powtórzyłam, a on natychmiast przejął inicjatywę.

Zdeterminowany szybko zdjął spodnie i bokserki, odsłaniając kształtnego i dużego penisa. Dzięki Bogu. Po najszybszym na świecie założeniu prezerwatywy ułożył się między moimi udami i zaczął we mnie wchodzić.

Okej. Tak lepiej...

Jedno pchnięcie. Dwa pchnięcia. Trzy kolejne i zaczęłam czerpać z tego przyjemność. Do diabła, zaczęłam nawet myśleć, że cały nudny wieczór był tego wart. Usta nie mogły się równać z penisem, to było cholernie pewne. Jego zdolności konwersacyjne i oralne nie umywały się do tego, co potrafił robić w trakcie seksu.

- Obróć się - nakazał, ciężko dysząc. - Pokaż mi swój idealny tyłek, skarbie.

Uch. Skarbie. Boże, wkurwiało mnie, gdy faceci nazywali mnie "skarbem".

Mimo wszystko jest okej. To przynajmniej zmierza we właściwym kierunku. Nie rozpraszaj się, Harlow.

Barron nie dał mi szansy, żebym sama mogła się ruszyć - złapał moje biodra i obrócił mnie na brzuch. Tyle tylko, że nie był w tym zręczny, stracił równowagę i opadł na mnie całym swoim ciężarem. Jego klatka uderzyła mnie w plecy, moje ciało wystrzeliło do przodu i z głośnym, przeszywającym hukiem grzmotnęłam czołem w zagłówek jego wielkiego łóżka. Natychmiast zamglił mi się wzrok i poczułam ostry ból w głębi oczodołu.

- Och - zawołałam, trzymając dłoń na czole. Czułam, jakby w miejscu uderzenia palił mnie żar, tak intensywnie, że brakowało mi tchu. - Jezusie, Mario i Józefie! Co, do diabła?!

- O mój Boże - powiedział Barron gdzieś zza mnie. Był wstrząśnięty. - Bardzo przepraszam, Harlow. O mój Boże, czy wszystko w porządku?

Zabrałam dłoń z czoła, żeby wymamrotać jakieś bzdury o tym, czy to, że mnie okaleczył, jest w porządku - i zorientowałam się, że chyba naprawdę nie było w porządku. Moje palce pokrywała jasnoczerwona krew, która gdy ruszyłam ręką, zaczęła tworzyć małą kałużę sączącą się w jedwabny materiał poszewki na poduszkę. Cokolwiek stało się z moim czołem w wyniku ochoty Barrona na mój tyłek, najwyraźniej wyrządziło poważną szkodę.

Obróciłam się do niego.

- O, kurwa - mruknął na widok mojej rany. - To naprawdę duże rozcięcie, Harlow.

Uch... tak myślisz?

- Czy możesz podać mi ręcznik, żebym, no wiesz, nie zakrwawiła ci całego łóżka? - Jeszcze bardziej niż dotychczas.

- Kurdę. Wybacz - wymamrotał i zeskoczył z łóżka, a jego teraz sflaczały penis dyndał w powietrzu, gdy biegł w stronę łazienki.

Głośno westchnęłam. To była dosłownie najgorsza pierdolona noc w historii. Naprawdę zasługiwała na jeden z tych internetowych artykułów o koszmarnych pierwszych randkach.

Mniej niż minutę później Barron przyciskał mi ręcznik do czoła i z niepokojem przyglądał się mojej twarzy. To chyba miłe, że się martwi.

- Dzięki - powiedziałam, a on się skrzywił.

- Boże, przykro mi.

- Nic się nie stało.

To znaczy tak naprawdę się stało, ale co miałam powiedzieć? Tak, powinno ci być przykro. Zrobiłeś mi beznadziejną minetkę, a ruchając mnie, udało ci się rzucić mną w zagłówek, który tak się składa, że jest zrobiony ze szkła.

A właśnie, dlaczego ktoś ma taki zagłówek? Miałam szczęście, że nie straciłam oka.

Wstałam i poszłam do łazienki, żeby osobiście ocenić uraz, a Barron nie podążył za mną. Spojrzałam za siebie w idealnym momencie, żeby zobaczyć, jak dotyka dłońmi zakrwawioną poduszkę, z przerażeniem zbliża palce do twarzy i mdleje na środku swojego miękkiego łóżka.

Jezu Chryste.

Potrząsnęłam głową z niesmakiem, ale prawie natychmiast przestałam. Zawroty głowy promieniujące od podstawy czaszki groziły, że zmogą mnie jak tego skubańca w sąsiednim pokoju, jeżeli nie będę ostrożna. Po spojrzeniu w lustro i dostrzeżeniu wyraźnego, ciągle krwawiącego rozcięcia na obrzękniętym czole wiedziałam, że potrzebuję szwów.

Chciałam jedynie penisa. A tymczasem w nagrodę dostałam samotną wycieczkę na oddział ratunkowy. Nie ma opcji, że obudzę Myszkę Minnie, żeby poszła ze mną.

Jezusie. To może być najwyższy czas, żeby rozważyć pójście do zakonu.

Rozdział drugiScott

- Siema! Scott! - przywitał mnie Justin, jeden z pielęgniarzy na dziennej zmianie, a ja przybiłem z nim piątkę.

Następowała zmiana warty, początek nocnego dyżuru i sprawy w Nowym Jorku miały stać się zajebiście interesujące. Zaufajcie mi, jako lekarz z dziesięcioletnim stażem, od trzech i pół roku stojący na czele oddziału ratunkowego szpitala St. Luke, widziałem każdy uraz, jaki może wam przyjść do pokręconej głowy - i wiele więcej. Od ran po dźgnięciu nożem, przez postrzałowe, obtłuczenia, rzepki złamane po potknięciu na zatłoczonym chodniku do zabawek erotycznych, które utknęły głęboko w kobiecych genitaliach - medycyna ratunkowa nie znała granic.

Na szczęście dla moich pacjentów ja też nie znałem ich zbyt wiele. Chociaż faktyczna praca była najważniejszą częścią mojego zawodu - zawsze - nie oznacza to, że nie mogę się przy tym dobrze bawić, prawda?

Większość lekarzy wykorzystywałaby swoje stanowisko szefa oddziału, żeby wykręcić się od nocnych zmian, ale nie ja. To nocą poznaje się najciekawsze postacie, doświadcza najdziwniejszych przypadków, a poza tym zawsze byłem nocnym markiem. Brałem tę zmianę, kiedy tylko mogłem.

- Kolejny dzień, kolejny dolar - odkrzyknąłem Justinowi, otwierając drzwi szatni.

Zatrzymał się z uśmiechem na ustach.

- Wkładają ci je w stringi, Doktorze Erotyczny?

Roześmiałem się. Ksywka, którą otrzymałem dzięki swojej ciągle rosnącej telewizyjnej sławie nie tyle mi nie przeszkadzała, ile byłem nią zachwycony. Dziewięć tygodni na antenie i czułem się, jakbym był na szczycie. Niektórzy nazwą mnie ekstrawertykiem - inni atencyjną dziwką. W każdym razie nie przeszkadzało mi życie w świetle reflektorów.

- Myślę, że to zależy od tego, jak bardzo się postaram - zażartowałem, zanim pożegnałem się, machając dłonią, i przyspieszyłem kroku. Nie byłem co prawda spóźniony, ale miałem do zrobienia kilka pierdół przed rozpoczęciem zmiany.

Wpadając w zamieszanie za rogiem, ominąłem jadące łóżko i przybiłem piątkę pacjentowi, zapijaczonemu mężczyźnie imieniem Barney, który pokazywał się tutaj, gdy wpadał w większe kłopoty niż kreskówkowy fioletowy dinozaur o tym samym imieniu. Uwierzcie mi, ten Barney nie spędzał dni na śpiewaniu kołysanek przy ognisku. Poświęcał cały swój czas na alkoholowe wybryki kończące się urazami, które musiałem leczyć.

- Ssij kutasa, doktorze Shepard - zawołał przez ramię.

- Tylko jeżeli mi zapłacisz, Barn - odgryzłem się.

Naprawdę się lubiliśmy.

Serio. On po prostu okazywał to w wyjątkowy sposób. A ja... Czy wy też macie tak interesującą pracę? Nie sądzę.

Kiedy tylko wyszedłem zza rogu, podszedłem prosto do biurka, żartobliwie przepychając Sherry, uroczą drobną pielęgniarkę z Tennessee, stojącą na drodze do komputera, i zalogowałem się na swoje pracownicze konto. Od tej chwili, od dwudziestej drugiej pięćdziesiąt osiem, byłem oficjalnie na dyżurze.

Skoro załatwiłem już formalności wymagane przez miejsce pracy, nadszedł czas na moje formalności. Mój rytuał, moją strefę komfortu, mój sposób przygotowania się na wszystkie upiorne rzeczy, które mogą mi przynieść kolejne godziny.

Rozgrzewka. Z wątpliwej jakości wokalem i ruchami tanecznymi niewiele lepszymi od trzylatka zagarnąłem przestrzeń wokół i korzystając ze swojej przepony, wydałem z siebie donośny dźwięk.

- Oh, baby, when you talk like that - śpiewałem, przyciągając uwagę kilku pielęgniarek wokół mnie. Zwiększyłem głośność na komputerze i powolny latynoski rytm zaczął wyraźnie pulsować.

- My hips don't lie - wyłem razem z Shakirą po tym, jak pominąłem kilka linijek. Wszedłem też na krzesło.

Większość moich współpracowników się uśmiechała. Byli przyzwyczajeni do mojego rytuału - robiłem to od lat, zmieniając piosenkę mniej więcej co tydzień - muzyczna rozgrzewka przed tym, co nastąpi podczas nocnej zmiany na oddziale ratunkowym St. Luke. Muszę przyznać, że Shakira trafiała na playlistę najczęściej. Było w niej coś, co mnie fascynowało.

Pewnie to, jak ruszała językiem, wypowiadając charakterystyczne R.

Nie mieliśmy jeszcze zbyt wielu pacjentów, prawdziwa rozróba weekendowej nocy w Nowym Jorku miała się dopiero zacząć. Ale ci, którzy tu byli, patrzyli z niepewnością i niedowierzaniem na moje wybryki, aż reszta personelu uległa Shakirze i zaczęła do mnie dołączać, bo po prostu nie dało się jej odmówić. Obserwowałem, jak twarze niektórych pacjentów zaczynają wyrażać rozbawienie, a u innych pomijają ten etap i przechodzą prosto do rozpoznania.

Tak, to ja. Doktor Erotyczny we własnej osobie. Po internecie krążył GIF ze mną wywijającym biodrami podczas jednej z takich rozgrzewek, bo o ile się nie mylę, wielokrotnie pokazano to w serialu.

Kilka telefonów skierowano w moją stronę, ale przyzwyczaiłem się, że wyskakuję na YouTubie, Facebooku i Instagramie - czy gdzie się tam teraz wstawiało pozowane zdjęcia fałszywej rzeczywistości.

Chociaż mogło to tak zabrzmieć, nie jestem przeciwnikiem social mediów. Po prostu chcę sobie pożyć i się zabawić. Zdecydowanie wolę wyjść do ludzi niż wstawiać zdjęcie z talerzem jedzenia. Jeżeli Shakira pojawiłaby się teraz przede mną, nie marnowałbym czasu na zrobienie jej fotki, jeśli wiecie, co mam na myśli. Chociaż kiedy w jednym z moich odcinków pojawiła się jej piosenka Whenever, Wherever, zatweetowała na mój temat i skłamałbym, gdybym powiedział, że nie byłem tym podekscytowany. Chciałbym tylko, żeby "tweetowanie" oznaczało coś bardziej fizycznego - sprośnego. Serio, jestem chętny na każdy pokręcony pomysł, jaki ma w głowie.

- Doktorze Shepard - zawołała Debbie, pielęgniarka oddziałowa kierująca przyjmowaniem pacjentów, przerywając finałowy moment mojego występu.

Deb, kobieta po czterdziestce, z banalną blond fryzurą typu bob, poważnymi brązowymi oczami i prawie bez makijażu była żywą definicją słowa "obowiązek". Wyrażała go, wymuszała jego realizację i zawsze ogarniała cały ten bajzel. Mówiąc wprost, była wrzodem na moim tyłku.

- Jezu, Deb - mruknąłem, schodząc na podłogę. - Dlaczego musisz sabotować moje występy?

Uśmiechnęła się złośliwie i potrząsnęła głową.

- Ponieważ są koszmarne. I jesteś potrzebny na drugiej scenie, to znaczy na stanowisku numer dwa, żeby pomóc prawdziwej pacjentce w związku z twoją prawdziwą pracą.

- Obrażasz mnie, Deb. Powinnaś wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny, że rozgrzewka jest niezbędnym elementem mojego przygotowania. Odpowiednie warunki pracy są kluczowe, by odnieść sukces. Czy zajmowałabyś się pacjentem bez rękawiczek?

- Scott...

- Nie sądzę! - zawołałem donośnym głosem, udając oburzenie. Kilka par oczu śledziło nas uważnie.

- Przestań robić scenę - skarciła mnie Debbie. - Nie jesteś zmęczony tym pajacowaniem?

- Nigdy nie będę, Deb - stwierdziłem uroczyście. Westchnęła. - Nigdy.

- W porządku. Zrób więc scenę na stanowisku numer dwa. Ale rób to, jednocześnie zszywając ranę głowy, dobrze?

- Żyję, żeby ci służyć, moja słodka szpitalna bogini.

- Jezu Chryste - wymamrotała, wpychając mi kartę pacjentki. - Za mało mi płacą za to gówno.

Na szczęście, sądząc po promiennym uśmiechu na jej twarzy, Sherry doceniała mnie bardziej niż Deb. W nagrodę puściłem do niej oko.

- Scott! - ryknęła Deb po przeciwnej stronie sali.

Ups. Pacjentka na stanowisku numer dwa. Najwyraźniej nie ruszałem się odpowiednio prędko.

- Mam nadzieję, że jesteś blisko wykrwawienia - powiedziałem, nie widząc twarzy pacjentki za zasłonką i podchodząc do dwójki. - Przerwałaś mój występ, sprawiłaś, że Deb na mnie nakrzyczała...

Dźwięk przesuwanych haczyków rozbrzmiał głośno, kiedy pociągnąłem za zasłonkę i natychmiast przestałem mówić.

A niech mnie. Ale ładna.

Rozczochrane, kręcone włosy do ramion, seksownie podkreślone oczy z błyszczącymi zielonymi tęczówkami i ciało, które zwalało z nóg. Miała również zajebisty bałagan na czole i zakrwawiony ręcznik, który przyciskała obiema dłońmi, ale był to jedynie powierzchowny detal.

- Wiesz co? - zapytałem retorycznie. - Zapomnijmy o tym. Nie martw się tym, że mi przeszkodziłaś.

Wywróciła oczami i położyła się z powrotem na łóżku.

- W ogóle się o ciebie nie martwiłam. Tryskająca krwią rana na moim czole, to nią się przejmuję.

Uśmiechnąłem się na tę bezpośredniość i sarkazm, a następnie delikatnie trąciłem jej dłonie swoim przedramieniem.

- Ja też się przejmuję. Naprawdę. Dlatego zabierz ręce.

Zmrużyła oczy, a ja się roześmiałem.

- Przejmuję się. Obiecuję. - Położyłem jedną dłoń na sercu, a drugą sięgnąłem po rękawiczki z tacy obok łóżka. - To moja praca.

- Zgodnie z twoją sprzeczką z Deb, występy są twoją pracą...

- Nie, nie - przerwałem, wkładając drugą rękawiczkę. - Nie możesz używać mojej kłótni z Deb jako dowodu. To tylko mój rytuał. Właściwie nic niezwykłego.

- Słuchaj, doktorze...?

- Shepard. Scott Shepard. Ale możesz mi mówić Scott.

- Słuchaj, doktorze Shepard...

Zaśmiałem się na jej wyraźny brak zainteresowania.

- Czy możesz po prostu zająć się moją raną?

- Oczywiście. Jeżeli tylko zabierzesz ręce.

- Ja krwawię, kurwa! Uciskam ranę. Wszyscy mówią, żeby uciskać ranę.

- To prawda. Aż dotrzesz do szpitala. Gdzie lekarz - wskazałem na siebie - czyli ja, musi spojrzeć na rozcięcie, żeby je ocenić i się nim zająć.

- A co, jeżeli ono potrzebuje ucisku?

- Wtedy je ucisnę.

- Obiecujesz? - zapytała. Jej wielkie zawadiackie oczy wyrażały bezbronność.

Wow. To trzeba umieć. Zwykle moi rozmówcy nie potrafią kontrolować swojej ekspresji tak dobrze jak ja. Byłem pod wrażeniem.

- Obiecuję.

- Łoł - wymamrotała, odsuwając dłoń z zakrwawionym ręcznikiem. - Jebany kutas.

Potrząsnąłem głową, moje policzki nabrzmiały z rozbawienia.

- A ja myślałem, że patrzę na czoło.

- Zamknij się - mruknęła.

Znowu się uśmiechnąłem.

Sięgnąłem po środek czyszczący i wacik, przemyłem ranę, aż skaleczenie stało się widoczne. Maksymalnie cztery, pięć szwów.

- Och, nie jest wcale tak źle.

- Mówi osoba, która nie krwawi. - Na potwierdzenie uniosła dłoń trzymającą ręcznik, a kącik jej ust uniósł się w proteście. - Spójrz na to.

Wzruszyłem ramionami.

- Rany głowy obficie krwawią.

- Bo to poważna sprawa - upierała się.

Za sprawą urazu głowy była ostrożna z używaniem brwi w swojej mimice, ale widziałem, że sporo ją to kosztowało. Byłem przekonany, że gdyby tylko odzyskała pełną swobodę, jej brwi byłyby w stanie złożyć się w kształt równoznaczny z pokazaniem środkowego palca.

- Tylko czasami - przekonywałem łagodnie.

Dokumentacja pacjentki, którą Deb tak delikatnie wepchnęła mi w ręce, mogła zakłócić rytm rozmowy, dlatego tylko rzuciłem na nią okiem, analizując ważne, mogące zagrażać życiu informacje, a następnie odrzuciłem papiery na bok i sięgnąłem po strzykawkę oraz zestaw do szycia. Sprawnym ruchem wkłułem się w okolice rany, wprowadzając dawkę szybko działającego środka znieczulającego i dałem mu kilka sekund, żeby się rozprowadził.

- Zaczynam cię nie lubić.

- Dopiero zaczynasz? - zapytałem z drwiącym uśmieszkiem. - Ja jeszcze cię nie polubiłem.

- Byłam uprzejma.

Roześmiałem się i kilka razy dotknąłem jej czoła, żeby przetestować poziom czucia. Nawet nie drgnęła, dlatego chwyciłem igłę oraz nić i zabrałem się do pracy.

- Naprawdę? To jest twoja uprzejmość?

- To jest twój profesjonalizm?

Potrząsnąłem głową z grymasem.

- Profesjonalizm to takie brzydkie słowo. Sztywne i nudne. Kto, do diabła, chce być profesjonalistą?

- Większość lekarzy.

Udałem, że ziewam.

- Nu-da.

Nagle jej oczy rozbłysły, tak jak zawsze, gdy ludzie orientowali się, kim jestem. Pierwszy raz poczułem ukłucie w piersi, które nie było ekscytacją.

- Och... Ty jesteś...

- Scott Shepard - dokończyłem za nią, raz po raz przeciągając nić przez skórę.

Zmrużyła oczy, ale jednocześnie złośliwie się uśmiechnęła. Skóra, nad którą pracowałem, nieco się napięła, ale pacjentka nie pokazała żadnych oznak dyskomfortu.

- Jasne. Doktor Scott Shepard.

- To ja - przytaknąłem z uśmiechem. - A ty jesteś?

Przewróciła oczami.

- Kobietą z raną głowy.

- Wiesz, że twoje imię jest w karcie, prawda? Jedyne, co muszę zrobić, to na nią spojrzeć.

Rzuciłem na nią okiem przed podaniem środka znieczulającego, żeby upewnić się, że pacjentka nie ma żadnych alergii ani poważnej historii medycznej, ale teraz wyglądało na to, że potrzebna jest dokładniejsza lektura.

- Taa, ale co to za zabawa, doktorze Shepard?

- Dobrze - zgodziłem się. - To jak powinienem cię nazywać?

- Może Kobieta Krwawiąca przez Koszmarny Seks z Facetem o Wymyślnym Imieniu?

Roześmiałem się cicho, zanim odchrząknąłem i zrobiłem skrzywioną minę.

- Cóż, jest trochę długie. Ale chyba dam radę. Bardzo chciałbym wiedzieć, w jaki sposób ktoś kończy koszmarny seks z raną głowy. To brzmi jak naprawdę dobra historia.

- Wybacz. To okropna historia, do której już nigdy nie wrócę. Nawet dla twojej przyjemności.

- Jejku. W porządku. To tak jakbyś chciała, żebym cię zszył i dał ci spokój czy coś.

Uśmiech wypełnił całą jej twarz. Miałem wrażenie, że kąciki jej ust podkręcą się na tyle, aby uformować okrąg.

- Byłoby miło.

Ponownie się roześmiałem, całkowicie zauroczony. Jezu. Już od dawna rozmowa z kobietą nie dała mi tyle radości. Do diabła, od dawna nie rozmawiałem tak długo z kobietą. Zwykle wymienialiśmy powitania i przechodziliśmy prosto do obściskiwania się. Nie żeby to był problem, gdy ma się cel taki jak ja - noc zabawy i ruchania - ale nie było to raczej stymulujące intelektualnie.

- Cóż, masz szczęście - powiedziałem, związując ostatni szew i odcinając nić. - Gotowe.

Tymczasem ja wcale nie czułem się szczęśliwy. Nie chciałem już z nią kończyć. Szkoda, że nie pomyślałem, żeby to nieco przeciągnąć. Rozmowa z nią była zbyt angażująca i nie zostawiła sił umysłowych na knucie.

- Świetnie! - zaświergotała, pośpiesznie siadając i zbierając się do zejścia z łóżka.

- Ej, ej, ej - zareagowałem, kładąc rękę na jej ramieniu. - Spokojnie, ofiaro seksu. Powinienem podpisać twoją kartę, a ty musisz otrzymać wypis.

- Ale jeżeli podpiszesz moją kartę, zobaczysz moje imię - powiedziała.

To mogło się wydawać dziwne, ale sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że zabrzmiała kokieteryjnie. Oczarowany jej luźnym, dowcipnym usposobieniem i przyjemnie krągłym biustem, nie miałem problemu, żeby podjąć tę grę.

- Nie spojrzę na twoje imię - obiecałem bez trudu.

Bo tego nie zrobię.

A przynajmniej dopóki stąd nie pójdzie. I zależnie od tego, jak mocno przekrzywiona będzie wskazówka mojego moralnego kompasu, mogę nawet spojrzeć na jej numer telefonu.

Są duże szanse, że będę wystukiwał te cyfry w najbliższej przyszłości.

Prawdę mówiąc, ten jebaniec bardzo rzadko - jeśli kiedykolwiek - wskazywał północ.