Rebel Rose. Róża Buntu. The Queens Council. Tom 1 - Emma Theriault

Kup ebooka

44.00 zł
37.40 zł (36,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Orella przy­była do zamku odziana w skórę sta­rej żebraczki.

Celowo przy­brała tak nędzną postać - skryta pod obszerną opoń­czą, otu­lona w łach­many, prze­mo­czona do suchej nitki przez ni to deszcz, ni śnieg pada­jący z burego nieba kro­plami ostrymi niczym szty­lety. Choć los obda­rzył ją nie­omylną intu­icją, ni­gdy dotąd żadna wizja nie napeł­niła jej takim nie­po­ko­jem. Do Fran­cji zbli­żała się krwawa rewo­lu­cja, która dotknęła już odle­głą Ame­rykę, a pew­nego dnia spad­nie też na Cesar­stwo Rosyj­skie. Śmierć ostrzyła kosę dla tysięcy ludzi. Orella nie miała wyboru. Musiała spró­bo­wać ura­to­wać choć miesz­kań­ców Avey­onu.

Na zamku książę pod­jął ją dokład­nie tak, jak się spo­dzie­wała. Odmó­wił jej skrom­nego noc­legu, o który popro­siła, ofe­ru­jąc w zamian krwi­sto­czer­woną różę. Roz­po­znała jego ból - okrutną stratę mat­czy­nej miło­ści i bole­sną nie­obec­ność ojca, nagłe osie­ro­ce­nie, które pozo­sta­wiło go zagu­bio­nego w led­wie przez niego rozu­mia­nym świe­cie, z brze­mie­niem odpo­wie­dzial­no­ści za całe księ­stwo spo­czy­wa­ją­cym na jego nie­przy­go­to­wa­nych bar­kach. Jego okru­cień­stwo było tar­czą, którą tak długo osła­niał swoje serce, aż w końcu prze­isto­czyło się ono w kamień. Inni mogli wie­rzyć, że książę doj­rzeje, porzuci wro­gość, która zaklesz­czyła się w nim zim­nymi szpo­nami, lecz Orella wie­działa, że to ułuda.

Bez jej inge­ren­cji oddziały wojsk wkro­czy­łyby na spo­pie­loną zie­mię, by wal­czyć o resztki tego, co ucho­wało się ze znisz­czo­nego świata. Robiła, co mogła, w Wer­salu, lecz jej wysiłki oka­zały się próżne. Jeśli ponie­sie porażkę także w Avey­onie, wyda­rze­nia te staną się pierw­szą iskrą pożaru, w któ­rym zgo­rzeje cała Europa, a za nią świat. Tym razem nie mogła zawieść.

Wie­działa, że tak ją potrak­tuje, ale jej serce pękło, gdy odrzu­cił ją po raz drugi, przy­pie­czę­to­wu­jąc swój los. Zrzu­ciła magiczne prze­bra­nie i sta­nęła przed nim w innym ze swo­ich wcie­leń. Orella była pło­mie­niem w ciem­no­ści, jed­no­cze­śnie stara jak świat i młoda jak pierw­szy wio­senny pąk. Dostrze­gła strach w oczach księ­cia, gdy jego usta wyszep­tały jedno słowo: "cza­ro­dziejka".

Nie była nią, lecz pozwo­liła mu w to wie­rzyć. W rze­czy­wi­sto­ści słowo to było dla niej jed­no­cze­śnie za duże i za małe. Jej moce były więk­sze, lecz cel znacz­nie węziej zakre­ślony. Ni­gdy nie myślała, że będzie zmu­szona uka­zać się jakie­muś księ­ciu w taki spo­sób, lecz jej dar nie pozwa­lał jej pozo­stać bez­czynną.

Książę bła­gał o litość, przy­się­gał, że się zmieni, i dopiero wtedy dostrze­gła ukryty głę­boko cień dobrego i roz­trop­nego władcy, któ­rym mógł się stać. Lecz przy­sięgi zro­dzone ze stra­chu nie miały tej war­to­ści co te zro­dzone z miło­ści. Jeden gest jej pal­ców prze­mie­nił księ­cia, uwię­ził go w potwor­nej postaci, która miała skło­nić go, by odmie­nił swe serce. Kolejny gest spro­wa­dził potęż­niej­sze zaklę­cie na cały zamek i wszyst­kich jego miesz­kań­ców, usu­wa­jąc ich z pamięci tych, któ­rzy znaj­do­wali się poza jego murami. Czyn ten nie spra­wił jej rado­ści. Pra­gnęła powie­dzieć mu, że ta klą­twa miała swój cel, ostrzec go przed pożogą, która cze­kała Fran­cję, i rzą­dami ter­roru, które nie­uchron­nie po niej nastą­pią. Ale i tak już dość się wtrą­ciła.

Pozo­sta­wiła mu dwa dary, jedyne, co przy­szło jej do głowy: magiczne lusterko uka­zu­jące mu świat, który się przed nim zamknął, i różę, tę, którą pró­bo­wała wrę­czyć mu jako żebraczka, by przy­po­mi­nała mu o upły­wa­ją­cym cza­sie.

Opusz­cza­jąc mury zamku, ujrzała lśnie­nie wizji, a w niej dziew­czynę w nie­bie­skiej sukience i bia­łym muśli­no­wym far­tu­chu oraz koro­nie na gło­wie. Były też pło­mie­nie pochła­nia­jące tę samą dziew­czynę, które to poja­wiały się, to zni­kały, jakby jej moc prze­wi­dy­wa­nia była roz­darta mię­dzy dwiema wer­sjami przy­szło­ści. Wizja była zbyt nie­wy­raźna, by mogła odczy­tać jej zna­cze­nie, zbyt wiele miało się jesz­cze zmie­nić, nim ucie­le­śni się w rze­czy­wi­sto­ści. Lecz korona spo­czy­wa­jąca na gło­wie dziew­czyny pod­po­wie­działa Orelli, że zdo­łała osią­gnąć przy­naj­mniej to, po co przy­była do zamku.

Wyty­czyła przed nimi ścieżkę. Reszta była w rękach Belli i księ­cia.

Rozdział 1

Dzie­sięć lat póź­niej - lipiec 1789 roku

Dawno, dawno temu zaklęty książę zako­chał się w upar­tej, przed­się­bior­czej i cha­rak­ter­nej dziew­czy­nie i wspól­nie ura­to­wali jego księ­stwo. Lecz ten czas już minął, a jedyną rze­czą, o któ­rej Bella mogła myśleć, gdy koła ich karocy tur­ko­tały po bruku mostu Pont Neuf, była przy­szłość.

Paryż był taki, jakim go zapa­mię­tała - tak roz­go­rącz­ko­wany, cha­otyczny i oka­dzony dymem, że mógł z łatwo­ścią przy­tło­czyć kogoś przy­wy­kłego do cichych wzgórz i wiej­skich tar­go­wisk.

Bella wychy­liła się przez okno, by chło­nąć miej­skie widoki po wielu dniach mono­ton­nej jazdy przez pro­win­cję. Pło­myk wciąż drze­mał wci­śnięty w róg powozu w tej samej pozy­cji, w któ­rej spę­dził więk­szość podróży. Za ple­cami dłoń męża zaci­skała się na jej spód­nicy, jakby oba­wiał się, że zaraz wypad­nie, lecz ona nie mogła ode­rwać wzroku od tego, co wie­działa za oknem. Ota­cza­jące ich mia­sto tęt­niło życiem. Po moście krę­cili się roz­ma­ici ludzie - buki­ni­ści ze stra­ga­nami peł­nymi sta­rych ksią­żek i pam­fle­tów, szal­bie­rze i nacią­ga­cze na drew­nia­nych pod­wyż­sze­niach, zachwa­la­jący kolek­cję fio­lek z tajem­ni­czymi spe­cy­fi­kami, żon­gle­rzy sta­ra­jący się zaim­po­no­wać gry­zet­kom wra­ca­ją­cym do domu po cięż­kim dniu pracy. Bella przy­glą­dała się z bez­brzeżną fascy­na­cją, jak cyru­lik wyrywa ząb jakie­muś nie­szczę­śni­kowi, zapie­ra­jąc się jedną stopą o mur mostu za ple­cami swego klienta, a mętne wody Sekwany leni­wie sunące pod mostem lśniły w pro­mie­niach popo­łu­dnio­wego słońca, oświe­tla­jąc twa­rze tłumu pary­żan szu­ka­ją­cych wytchnie­nia od let­niego upału w pły­ną­cym od nich chło­dzie.

Bella zachwy­cała się tym wszyst­kim zupeł­nie tak jak wtedy, dawno temu, gdy po raz pierw­szy chło­nęła ten widok z wozu ojca, wci­śnięta mię­dzy jego wyna­lazki. Przez kolejne lata sta­rała się prze­ko­nać, że to wszystko by­naj­mniej nie jest tak wspa­niałe, że w porów­na­niu z tym życie w Avey­onie wcale nie wydaje się pozba­wione bla­sku. Pró­bo­wała sku­piać się wyłącz­nie na bru­dzie i przy­krych woniach Paryża, lecz nawet jeśli wspo­mnie­nia podob­nych uciąż­li­wo­ści wciąż pozo­sta­wały żywe, sto­lica nie prze­sta­wała być gwar­nym ośrod­kiem prze­my­słu tęt­nią­cym nowymi ide­ami, mia­stem poetów i filo­zo­fów, naukow­ców i aka­de­mi­ków. W Paryżu ceniono wie­dzę, nie­za­leż­nie od tego, skąd pocho­dziła, w prze­ci­wień­stwie do sen­nego mia­steczka Ple­sance, w któ­rym Bella całe życie zno­siła drwiny z powodu swo­jej odmien­no­ści. W wyobraźni tam wła­śnie, do Paryża, pra­gnęła uciec, przy­naj­mniej dopóki nie poznała Lio i jej życie na zawsze się odmie­niło.

Syciła się tym mia­stem oszo­ło­miona bogac­twem wido­ków roz­cią­ga­ją­cych się za oknem karety.

- Wiesz, mówią, że straż miej­ska uznaje, że ktoś opu­ścił Paryż, jeśli przez trzy dni nie poja­wił się na Pont Neuf.

- Ach tak? - Lio sie­dział bez ruchu zato­piony w myślach, nie poświę­ca­jąc fran­cu­skiej sto­licy naj­mniej­szej uwagi.

Bella obej­rzała się na niego.

- Nie kła­ma­łeś, mówiąc, że nie robi na tobie żad­nego wra­że­nia.

Lio posłał jej pyta­jący uśmiech.

- Co takiego?

- Paryż - odparła, nachy­la­jąc się do męża. - Czuję, że sama zaraz wyjdę z sie­bie, ale ty... - Zawie­siła głos, a nagła cisza, która wypeł­niła wnę­trze powozu, zadźwię­czała jej w uszach.

Lio wyj­rzał na tęt­niący życiem most i wes­tchnął.

- Paryż kryje wiele nie­przy­jem­nych wspo­mnień. - Patrzył, jak uśmiech znika z jej twa­rzy, po czym ujął jej dłoń i pogła­dził ją kciu­kiem. - Ale cie­szę się, że tobie spra­wia radość. Może znaj­dziemy tu nowe, rado­sne wspo­mnie­nia.

Bella ni­gdy nie widziała się w roli żony, lecz po tym, jak prze­ła­mała klą­twę wiszącą nad męż­czy­zną, któ­rego poko­chała, i uwol­niła jego księ­stwo, zamąż­pój­ście prze­stało wyda­wać się wyzwa­niem. Czas spę­dzony w zacza­ro­wa­nym pałacu ją odmie­nił. Gdy Lio oświad­czył się w biblio­tece, którą wcze­śniej jej poda­ro­wał, w towa­rzy­stwie Mau­ry­cego i ludzi, któ­rzy stali się dla niej jak rodzina, powie­dze­nie "tak" wyda­wało się naj­na­tu­ral­niej­szą rze­czą pod słoń­cem.

Teraz, gdy klą­twa stała się odle­głym wspo­mnie­niem, choć Bella nie żało­wała, że wybrała Lio, zaczy­nała odkry­wać kon­se­kwen­cje swo­jej decy­zji, któ­rych wcze­śniej nie prze­my­ślała. Nie wzięła pod uwagę, że jako ksią­żęca mał­żonka resztę życia spę­dzi na zamku, poświę­ca­jąc się obo­wiąz­kom, z któ­rymi wią­zała się ta rola. Ale pra­gnęli wraz z Lio zbu­do­wać wspólne życie, a Paryż był pierw­szym przy­stan­kiem w ich wiel­kiej podróży po Euro­pie, o któ­rej Bella zawsze marzyła. Try­bik oczy­wi­ście żalił się na stratę czasu i nie­sto­sow­ność, któ­rymi takie przed­się­wzię­cie było dla księ­cia, lecz Bella uparła się, że musi obej­rzeć wszystko, nim na dobre zamknie się w pała­co­wych murach. Potrze­bo­wała ostat­niej przy­gody, którą mogłaby póź­niej wspo­mi­nać. Pło­myk posta­no­wił towa­rzy­szyć im na pierw­szym eta­pie podróży, popy­chany pra­gnie­niem obej­rze­nia od kuchni naj­wy­kwint­niej­szych pary­skich restau­ra­cji. Try­bik kazał mu obie­cać, że będzie się zacho­wy­wał odpo­wied­nio do swego sta­no­wi­ska, choć wszy­scy zda­wali sobie sprawę, że to spore wyzwa­nie dla Pło­myka, w któ­rym dusza psot­nika i hulaki wiecz­nie rywa­li­zo­wała z odda­niem roli och­mi­strza.

Lio otrzą­snął się z melan­cho­lii.

- Czy Paryż jest taki, jakim go zapa­mię­ta­łaś?

- Paryż się nie zmie­nił - odparła z wes­tchnie­niem. - Ale ja za to bar­dzo.

- Masz na myśli fakt, że sta­łaś się księżną?

W odpo­wie­dzi żar­to­bli­wie uszczyp­nęła go w ramię. Karoca skrę­ciła w rue Dau­phine.

- Żadną księżną. - Jej odmowa przy­ję­cia tytułu, do któ­rego upraw­niało ją poślu­bie­nie Lio, wciąż sta­no­wiła draż­liwy temat.

Szczę­śli­wie tym razem posta­no­wił go nie drą­żyć.

- Ale z pew­no­ścią nie jesteś dziew­czyną, którą byłaś pod­czas swo­jej ostat­niej tu wizyty.

Bella skie­ro­wała uwagę na tapetę zdo­biącą wnę­trze karocy. Prze­su­nęła opusz­kiem palca po wytło­czo­nych kwia­tach, sta­ra­jąc się ukryć fakt, że ponow­nie prze­stała się uśmie­chać. Nie potra­fiła wyja­śnić mu, że zawsze będzie tą dziew­czyną, że nie zmieni tego żaden tytuł, żadna ele­gancka suk­nia. W głębi serca dalej była ubogą wie­śniaczką z pro­win­cji, którą los nie­spo­dzie­wa­nie wyniósł na spo­łeczne szczyty. Cza­sem przej­mo­wał ją lęk, że jej życie skła­dało się z ilu­zji - dla Lio była dziew­czyną godną księ­cia i korony, a dla sie­bie dziew­czyną zdolną okieł­znać swego nie­spo­koj­nego ducha i zado­wo­lić się mono­to­nią dwor­skiego życia. Zasta­na­wiała się, która z tych ilu­zji roz­pły­nie się jako pierw­sza.

Odsu­nęła od sie­bie tę nie­przy­jemną myśl, gdy Lio zmie­nił temat:

- Powtó­rzymy sobie wszystko?

Bella się skrzy­wiła. Nie miała naj­mniej­szej ochoty na wizytę w Wer­salu, choć ta bez wąt­pie­nia była koniecz­no­ścią. Aveyon miał sta­tus wasal­nego księ­stwa Fran­cji, a jego władcy obo­wią­zek sta­wia­nia się na fran­cu­skim dwo­rze na każde zapro­sze­nie króla. Była to obo­pól­nie korzystna rela­cja, którą Lio pra­gnął odbu­do­wać. Nie poka­zy­wał się tam przez ostat­nie dzie­sięć lat, uwię­ziony we wła­snym zamku za sprawą klą­twy wyma­zu­ją­cej go z pamięci wszyst­kich, któ­rzy nie­gdyś go znali. Żadne z nich nie wie­działo, jak na jego przy­by­cie zare­aguje król Ludwik - mógł cho­wać do niego głę­boką urazę lub też cał­ko­wi­cie zapo­mnieć o jego ist­nie­niu. Lecz igno­ro­wa­nie tego pro­blemu niczego nie roz­wią­zy­wało. W końcu musieli poja­wić się przed obli­czem Jego Kró­lew­skiej Mości.

Bella spró­bo­wała przy­wo­łać w gło­sie lek­kość, czu­jąc napię­cie swego męża.

- Po pierw­sze: nie odzy­wamy się do osób znaj­du­ją­cych się wyżej w hie­rar­chii, chyba że to one ode­zwą się jako pierw­sze. A skoro o tym mowa, gdzie w hie­rar­chii pla­suje się prince étranger?

Lio wzru­szył ramio­nami.

- Zde­cy­do­wa­nie poni­żej prince légitimé czy prince du sang, ale powy­żej więk­szo­ści ary­sto­kra­tów.

- A co z żoną prince étranger?

Lio uniósł brew.

- To by zale­żało od tego, czy posiada tytuł księż­nej, który zaskar­biłby jej znacz­nie wię­cej sza­cunku i powa­ża­nia niż tytuł ksią­żę­cej mał­żonki.

Bella nie zamie­rzała dać się spro­wo­ko­wać.

- Więc dla bez­pie­czeń­stwa w ogóle nie będę się odzy­wać. - Lio prze­wró­cił oczami, lecz ona mówiła dalej, jakby tego nie zauwa­żyła: - Jesteś pewien, że twój kuzyn zdoła zała­twić nam zapro­sze­nie? - Dwór w Wer­salu rzą­dził się żela­znym pro­to­ko­łem i ety­kietą, któ­rych Bella - była o tym wła­ści­wie prze­ko­nana - ni­gdy do końca nie zro­zu­mie.

Lio zbył pyta­nie mach­nię­ciem ręki.

- Jest diu­kiem, Bello.

- A ty księ­ciem - odpa­ro­wała.

Lio zaci­snął usta.

- Jest diu­kiem, który już wiele lat temu wkradł się w łaski króla. Zna Wer­sal na wylot i jeśli jest ktoś, kto może wypro­sić dla nas audien­cję u Ludwika, to wła­śnie on.

Młod­sza i naiw­niej­sza Bella uzna­łaby, że książę Avey­onu mógł bez trudu uzy­skać zapro­sze­nie na kró­lew­ski dwór. Teraz rozu­miała, że na dwo­rze króla Fran­cji pano­wały nie­ja­sne zasady i zależ­no­ści, któ­rych nad­rzęd­nym celem było kon­tro­lo­wa­nie sku­pia­ją­cych się tam ary­sto­kra­tów. Ist­niało praw­do­po­do­bień­stwo, że nie uzy­skają do niego dostępu nawet mimo wsta­wien­nic­twa kuzyna Lio. Reguły, któ­rymi kie­ro­wano się w Wer­salu, obo­wią­zy­wały od cza­sów dziada króla Ludwika, żela­zne i nie­zmienne. Lio i Bella musieli zacho­wy­wać się wzo­rowo, bo ina­czej ryzy­ko­wali, że zostaną z niego ode­słani na dobre.

Bella ubrała w słowa ich wspólną naj­więk­szą obawę:

- Czy jeste­śmy wystar­cza­jąco dobrze przy­go­to­wani na pyta­nia two­jego kuzyna?

Po tym, jak Lio wresz­cie uwol­nił się od cią­żą­cej na nim klą­twy, jego pań­stwo powró­ciło do świata, który zdą­żył zapo­mnieć o jego ist­nie­niu. Człon­ko­wie zam­ko­wej służby odzy­skali ludzką postać, lecz gdy odna­leźli swo­ich bli­skich miesz­ka­ją­cych poza murami ksią­żę­cej sie­dziby, oka­zało się, że ci nie zda­wali sobie nawet sprawy z ich nie­obec­no­ści. Więk­szość z nich zdo­łała wró­cić do daw­nego życia bez koniecz­no­ści wyja­śnia­nia, gdzie tak długo byli. Zupeł­nie jakby klą­twa przy­kryła Aveyon woalem zapo­mnie­nia, który roz­pły­nął się wraz z nią. Szczę­śli­wie wszystko wska­zy­wało na to, że świat poza zam­kiem Lio był gotowy przy­jąć ich z powro­tem bez żad­nych pytań.

Lecz choć skon­stru­owa­nie histo­rii wystar­cza­jąco wia­ry­god­nej, by prze­ko­nać nie­wiel­kie księ­stewko, było sto­sun­kowo łatwe, Lio oba­wiał się, że z kuzy­nem - który nie­gdyś był mu bli­ski niczym brat - sprawa może mieć się nieco ina­czej.

W odpo­wie­dzi na pyta­nie Belli uca­ło­wał jej dłoń, lecz gest ten nie napeł­nił jej otu­chą.

- Oczy­wi­ście, że tak, a gdy upo­ramy się z audien­cją u króla, ruszymy w drogę. Obie­cuję ci to.

Bella spoj­rzała na męża, stu­diu­jąc jego twarz, którą znała od zale­d­wie kilku mie­sięcy. W końcu przy­ło­żyła poli­czek do jego piersi i wsłu­chała się w bicie serca, które znała znacz­nie dłu­żej.

- To będzie nasza pierw­sza próba.

Jeśli zdo­łają przed­sta­wić kłam­stwo, które prze­kona Bastiena, diuka de Vin­cen­nes, być może zdo­łają prze­konać także króla Fran­cji.

Rozdział 2

Karoca dotarła do naj­bo­gat­szej dziel­nicy Paryża, a Bella mimo­wol­nie wstrzy­mała oddech, przy­glą­da­jąc się mija­nym budyn­kom. Cze­goś takiego w Avey­onie nie było, gdzie ary­sto­kra­cja miesz­kała w posia­dło­ściach poroz­rzu­ca­nych po całej kra­inie niczym wysepki prze­py­chu pośród morza ubo­gich wsi i mia­ste­czek. Więk­szość fran­cu­skich ary­sto­kra­tów sku­piała się w Wer­salu. Miesz­ka­nie z dala od kró­lew­skiego dworu czy nawet odda­le­nie się od niego na pewien czas mogło mieć kata­stro­falne skutki dla drob­niej­szej szlachty. Tylko naj­za­moż­niejsi i naj­bar­dziej wpły­wowi magnaci utrzy­my­wali domy w sto­licy, które zresztą rzadko odwie­dzali. Każdy kolejny wspa­niały gmach zda­wał się prze­ra­stać poprzedni, a wszyst­kie przy­ćmie­wały tłoczną i skromną resztę Paryża.

- Wiesz, myśla­łam, że posia­dło­ści w Saint-Ger­main wyda­dzą mi się mniej­sze teraz, kiedy jestem star­sza, ale zdaje się, że wyro­sły jesz­cze bar­dziej niż ja, bo jesz­cze bar­dziej mnie onie­śmie­lają.

Lio powiódł spoj­rze­niem po rzę­dzie pała­cy­ków, które prze­su­wały się na oknem powozu.

- Wiem, co masz na myśli, choć jeśli wie­rzyć sło­wom Bastiena, można by mnie­mać, że mieszka w norze, a nie w miej­skiej rezy­den­cji.

Bella ode­rwała wzrok od olśnie­wa­ją­cych budyn­ków i prze­nio­sła go na Lio.

- Czy zawsze był taki...

- Zepsuty? Aro­gancki? - Lio skrzy­wił się, nie­spo­koj­nie wier­cąc się na sie­dze­niu. - Prawdę mówiąc, w dzie­ciń­stwie byli­śmy podobni. Dora­sta­li­śmy wspól­nie, co natu­ral­nie uczy­niło z nas rywali, a wuj tylko nas w tym umac­niał. Mam nadzieję, że ten etap mamy za sobą. - Jego twarz zasnuł cień, gdy wró­cił pamię­cią do okrut­nego chłopca, któ­rym był kie­dyś. Nie­ważne, ile razy Bella przy­po­mi­nała mu, że się zmie­nił i tamte czasy pozo­sta­wił za sobą, wciąż przy­tła­czało go poczu­cie winy za dłu­gie lata ego­izmu i bez­względ­no­ści. W takich chwi­lach przy­po­mi­nał jej Atlasa dźwi­ga­ją­cego na bar­kach całe niebo.

Bella spró­bo­wała wycią­gnąć go z ponu­rej zadumy.

- Jak długo miesz­ka­łeś w domu wuja?

- Jakieś pięć lat, począw­szy od szó­stego roku życia.

Zawa­hała się.

- Mia­łeś sześć lat, gdy opu­ści­łeś rodzinny dom. Byłeś małym dziec­kiem. - Sama nie mogła sobie wyobra­zić dzie­ciń­stwa z dala od ojca. Po śmierci matki stali się dla sie­bie wszyst­kim. Los zmu­sił ich do naucze­nia się życia bez niej, a przez to tylko umoc­nił łączącą ich więź.

Lio popra­wił bogato hafto­wany koł­nierz.

- Ojciec uparł się, że powi­nie­nem się wycho­wać w Wer­salu. Zdaje się, że już wtedy nie­po­ko­iły go rela­cje Avey­onu z Fran­cją. Pra­gnął, bym czuł się na dwo­rze króla Ludwika jak u sie­bie, i zale­żało mu na tym bar­dziej niż na tym, bym odnaj­do­wał się we wła­snym księ­stwie. A potem... - Urwał, a Bella od razu poznała, że nie powinna docie­kać. - A potem zmarła matka. Ode­szła, zanim się dowie­dzia­łem, że w ogóle zacho­ro­wała. Wró­ci­łem na jej pogrzeb, a gdy ojciec spró­bo­wał ponow­nie mnie ode­słać, sprze­ci­wi­łem się. W Avey­onie mogłem przy­naj­mniej cho­dzić kory­ta­rzami, któ­rymi się z nią prze­cha­dza­łem, zakra­dać się do jej kom­nat i doty­kać jej sukien. Porzu­ci­łem imię, które nadał mi ojciec; od tej pory chcia­łem być wyłącz­nie Lio. Opo­wia­da­łem ci już, dla­czego tak na mnie mówiła?

Bella pokrę­ciła głową.

- Od naro­dzin nazy­wała mnie swoim petit lion­ceau, lwiąt­kiem. - Na jego twa­rzy uśmiech wal­czył z gry­ma­sem smutku. - Tylko ojciec upar­cie nazy­wał mnie moim imie­niem. Z cza­sem lion­ceau skró­ciło się do Lio. Myśla­łem, że w ten spo­sób mogę uczcić jakoś jej pamięć. Teraz wydaje się to bez zna­cze­nia, ale w Avey­onie czu­łem się bli­żej niej po jej śmierci niż przez cały pobyt w Paryżu, gdy jesz­cze żyła. Wie­dzia­łem, że to stracę, jeśli wrócę do domu wuja. Ojciec wpadł w furię, długo się pie­klił, ale ja uzna­łem, że będziemy mieć jesz­cze dużo czasu, by napra­wić nasze sto­sunki. - Jego wzrok ponow­nie podą­żył ku mija­nym domo­stwom. - Nie spo­dzie­wa­łem się, że w nie­spełna rok zostanę sie­rotą.

Nie po raz pierw­szy myśli Belli powę­dro­wały do cza­ro­dziejki, która rzu­ciła klą­twę na Lio, a w jej brzu­chu zago­to­wała się wście­kłość. Był tylko chłop­cem, któ­rego los pozo­sta­wił zupeł­nie samego, zra­nio­nego i prze­peł­nio­nego zło­ścią, a ta kobieta uznała za słuszne go za to uka­rać. Lecz w trak­cie swej burz­li­wej zna­jo­mo­ści Lio i Bella nauczyli się omi­jać temat klą­twy, więc posta­no­wiła mil­czeć.

Cisza prze­cią­gnęła się aż do chwili, gdy karoca zatrzy­mała się przed naj­więk­szą posia­dło­ścią, jaką Bella dotąd widziała. Z łatwo­ścią można byłoby pomy­śleć, że opu­ścili Paryż i zaje­chali przed wiej­ski pałac. Minęli olbrzy­mią bramę i zna­leźli się na roz­le­głym dzie­dzińcu bru­ko­wa­nym gład­kimi bla­do­ró­żo­wymi kamie­niami. Zdo­biły go wymyśl­nie strzy­żone żywo­płoty, nie­wiel­kie drzewa, mar­mu­rowe rzeźby w stylu grec­kim, które ota­czały cały plac, i solidne rzym­skie kolumny wspie­ra­jące fasadę rezy­den­cji. Całość była szczy­tem osten­ta­cji, nawet w tej oko­licy peł­nej oka­za­łych domostw. Bella zda­wała sobie jed­nak sprawę, że nie ma prawa oce­niać takiej eks­tra­wa­gan­cji teraz, kiedy sama mieszka w ksią­żę­cym zamku.

Lio obu­dził Pło­myka deli­kat­nym szturch­nię­ciem. Kolejne chrap­nię­cie och­mi­strza płyn­nie prze­szło w ziew­nię­cie.

- Co? Czyż­by­śmy byli już na miej­scu?

- Tak to jest, gdy prze­sy­pia się całą podróż, przy­ja­cielu.

- Ha, ale sen był jedyną ucieczką od nie­ustan­nych umi­zgów pew­nych zako­cha­nych gołąb­ków. - Pło­myk puścił oczko do swo­ich współ­pa­sa­że­rów i wysko­czył z karocy, by zadbać o ich bagaże. Upie­rał się, że będzie się nimi zaj­mo­wał, mimo ich zapew­nień, że pora­dzą sobie bez jego pomocy.

Bella sta­nęła na dzie­dzińcu nie­przy­jem­nie roz­grza­nym bez­li­to­snymi pro­mie­niami lip­co­wego słońca. Pary­ski skwar wydał jej się dużo bar­dziej nie­zno­śny od let­nich tem­pe­ra­tur, do któ­rych przy­wy­kła. Lasy i góry Avey­onu chro­niły księ­stwo przed dotkli­wymi upa­łami i sro­gimi mro­zami. Ina­czej było w tej czę­ści Fran­cji, gdzie tem­pe­ra­tury potra­fiły gwał­tow­nie się wahać. Wie­działa, że kró­le­stwo doświad­czyło nie­dawno nad­zwy­czaj­nie suro­wej zimy, a susze w poprzed­nim roku przy­nio­sły marne plony i spro­wa­dziły głód na dużą część popu­la­cji.

Mię­dzy kolum­nami prę­żyli się straż­nicy, pocąc się w weł­nia­nych mun­du­rach.

- Czy to nie prze­sadna ochrona dla rezy­den­cji w bez­piecz­nym sercu Saint-Ger­main?

Lio spoj­rzał na straż­ni­ków i wes­tchnął.

- Dla Bastiena to raczej spo­sób na obno­sze­nie się ze swoim sta­tu­sem.

Bella mil­czała przez chwilę.

- Muszę przy­znać, że twój kuzyn z każdą chwilą wydaje się coraz bar­dziej cza­ru­jący.

Lio bły­snął zębami w uśmie­chu.

- Och, jeśli zigno­ro­wać jego aro­gan­cję i bufo­nadę, jest doprawdy prze­miły. - Przy­cią­gnął Bellę do swego boku. - Pamię­tasz chyba, że byłem kie­dyś rów­nie paskudny jak on, a mimo to zdo­ła­łaś mnie poko­chać.

- Uwa­żaj, może powtó­rzę tę sztuczkę jesz­cze raz z twoim kuzy­nem.

- Powo­dze­nia - rzekł Lio, ruchem głowy kie­ru­jąc jej wzrok ku wej­ścio­wym drzwiom rezy­den­cji.

Stał w nich męż­czy­zna, który musiał być diu­kiem de Vin­cen­nes. Wyglą­dał jak uoso­bie­nie prze­py­chu. Jego skrę­cona w loczki peruka była przy­pu­dro­wana na ten sam odcień bieli co jego twarz, z ręka­wów łoso­sio­wego habitu1 powie­wały fal­ba­nia­ste koron­kowe man­kiety, a szyję ota­czał mister­nie zdo­biony sztywny koł­nierz. Cało­ści dopeł­niały się­ga­jące kolan szare culotte, kre­mowe poń­czo­chy i skó­rzane pan­to­fle na obca­sie. Bastien wspie­rał się na lasce zwień­czo­nej rączką z rzeź­bio­nej kości sło­nio­wej, a gdy zstę­po­wał ze scho­dów, by ich powi­tać, w słońcu zalśniły wysa­dzane klej­no­tami pier­ście­nie.

- Naj­droż­szy kuzy­nie - zawo­łał do Lio, zdej­mu­jąc z głowy zdobny tri­korn2. - Witaj w mych skrom­nych pro­gach. Minęły całe wieki, od kiedy ostat­nio gościł w nich taki maje­stat. - Jego ton był lekko zabar­wiony sar­ka­zmem, na tyle by zasu­ge­ro­wać, że uważa tytuł księ­cia za żart. Tym­cza­sem Lio i Bella zdą­żyli zbli­żyć się do scho­dów. - A to musi być twoja mał­żonka. Coś takiego, jej imię nawet w poło­wie nie oddaje tej urody. - Ujął dłoń Belli i pod­niósł ją do ust. Jej uwa­dze nie umknęło, że pod maki­ja­żem i dwor­nymi manie­rami krył się naprawdę uro­dziwy męż­czy­zna.

Powstrzy­mała odruch, by szybko cof­nąć rękę.

- Cie­szę się, że wresz­cie mogę cię poznać, Bastie­nie.

Jego uśmiech znik­nął na mgnie­nie oka, nim gospo­darz się otrzą­snął i ponow­nie umie­ścił kape­lusz na gło­wie.

- A ja cie­bie, Bello.

Mię­dzy nimi zawisł nie­wy­po­wie­dziany tytuł, któ­rym zwró­ciłby się do niej, gdyby ona ode­zwała się w ten spo­sób do niego. Musiał poczy­tać sobie za znie­wagę, że ktoś o jej pozy­cji zwraca się do niego po imie­niu, lecz Bella nie miała ochoty cere­gie­lić się z ofi­cjalną tytu­la­turą.

Bastien poka­zał laską na Pło­myka i woź­nicę, krzy­wiąc się lekko.

- Dziwi mnie, że przy­by­łeś tu bez świty, kuzy­nie. Spo­dzie­wa­li­śmy się całej obstawy. - Pocią­gnął za koł­nierz i zmru­żył oczy, zer­ka­jąc na słońce. - Nie­ważne. Skry­jemy się przed upa­łem? Może raczy­cie ochło­dzić się odro­biną szam­pana?

- Czy mogli­by­śmy pro­sić o to samo dla naszych kom­pa­nów? - spy­tała Bella.

Bastien zamarł na chwilę i spoj­rzał na nią, jakby nie zro­zu­miał pyta­nia. Prze­niósł wzrok na Lio, który w odpo­wie­dzi tylko się uśmiech­nął.

- Skoro nale­gasz - odparł w końcu.

Bella była zasko­czona, ale rozu­miała, że zwy­czaje panu­jące w Avey­onie mogą róż­nić się od tych w Paryżu. Spoj­rzała na Pło­myka, który pokrę­cił głową, jakby pro­sząc ją, by się nie tru­dziła, lecz ona nie miała zamiaru porzu­cić prze­ko­na­nia, że wszy­scy zatrud­niani przez nią ludzie zasłu­gują na sza­cu­nek.

Diuk gestem pole­cił jed­nemu ze swo­ich słu­żą­cych, by pomógł Pło­my­kowi z baga­żem. Och­mistrz zwró­cił się do nich i skło­nił nisko, płyn­nie i z gra­cją.

- O ile nie potrzeba cze­goś jesz­cze, pozwolę sobie się odda­lić. Czeka na mnie cała oferta kuli­narna Paryża - oświad­czył, wyko­nu­jąc cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie gest i pusz­cza­jąc do nich figlarne oczko.

- Dobrej zabawy - odparła Bella z uśmie­chem.

Bastien przy­glą­dał się im badaw­czo, jakby na próżno sta­rał się zro­zu­mieć ich rela­cję, aż w końcu się pod­dał. Odwró­cił się i popro­wa­dził Bellę i Lio do pała­co­wych wnętrz swej posia­dło­ści, które od progu zro­biły na Belli ogromne wra­że­nie. Sły­szała wiele opo­wie­ści o Wer­salu, a wystrój holu, w któ­rym się zna­leźli, suge­ro­wał, że Bastien dokła­dał wszel­kich sta­rań, by naśla­do­wać ten nie­do­ści­gniony wzór eks­tra­wa­gan­cji. Wszystko było pozła­cane - od mebli, przez świecz­niki, po sztu­ka­te­rię. Ściany pokry­wały lustra, por­trety i tapi­se­rie bogato tkane bro­ka­tową nicią, a przy każ­dych drzwiach stał słu­żący wystro­jony w ele­gancką libe­rię, gotowy otwo­rzyć przed nimi drzwi z wyćwi­czo­nym lek­kim ukło­nem. Bastien opro­wa­dził ich po labi­ryn­cie poko­jów, a każde pomiesz­cze­nie wyda­wało się wspa­nial­sze od poprzed­niego. Poka­zy­wał na sto­liki pozy­skane przez jego matkę od Madame de Pom­pa­dour, wyja­śniał róż­nice mię­dzy meblami w stylu grec­kim i rokoko i uparł się, by poświę­cili dłuż­szą chwilę na podzi­wia­nie pozła­ca­nych lau­ro­wych gir­land na kre­den­sie wyko­na­nym przez samego mistrza Rie­snera.

- To ulu­biony ebe­ni­sta Marii Anto­niny. Z pew­no­ścią o nim sły­sze­li­ście - wyja­śnił, spo­dzie­wa­jąc się, że ujrzy na ich twa­rzach zachwyt i zazdrość. Cmok­nął ze znie­cier­pli­wie­niem, gdy się ich nie dopa­trzył. - Jego dzieła są roz­chwy­ty­wane, nie­któ­rzy sta­rają się o nie latami. Ten kre­dens kosz­to­wał mnie wię­cej, niż chciał­bym przy­znać - zazna­czył.

Lio gwizd­nął cicho, a Bella poznała, że w ten spo­sób pró­buje udo­bru­chać kuzyna. Zdu­siła śmiech, gdy ruszyli dalej długą gale­rią.

Wkrótce została z tyłu, dokład­nie przy­glą­da­jąc się pokry­tym malo­wi­dłami sufi­tom, mister­nym krysz­ta­ło­wym żyran­do­lom i nie­zli­czo­nym mar­mu­ro­wym rzeź­bom. Była prze­ko­nana, że avey­oń­ski zamek jest szczy­tem prze­py­chu, nawet po latach zanie­dbań. Lecz prze­wyż­szał posia­dłość Bastiena wyłącz­nie wiel­ko­ścią, pod każ­dym innym wzglę­dem nie mógł się z nim rów­nać.

Zgu­biła się na chwilę, pró­bu­jąc odna­leźć Lio i Bastiena. Zatrzy­mali się w jakimś salo­niku, a może gabi­ne­cie, choć diuk nie spra­wiał wra­że­nia czło­wieka, który poświę­cał wiele czasu na pracę. Wzdłuż ścian cią­gnęły się regały pełne ksią­żek, a pośrodku znaj­do­wało się cięż­kie heba­nowe biurko.

Bastien stał przy wózku ugi­na­ją­cym się od bute­lek roz­ma­itych alko­holi, zajęty nale­wa­niem szam­pana do smu­kłych wyso­kich kie­lisz­ków. Podał jeden Belli, a ona przy­jęła go z czy­stej uprzej­mo­ści. Diuk odwró­cił się, by napeł­nić kie­li­szek dla Lio.

- Wiesz, kuzy­nie - zagaił - za każ­dym razem, gdy pró­bo­wa­łem odwie­dzić twoje uro­kliwe księ­stewko, moje wysiłki koń­czyły się kata­strofą. - Odwró­cił się i wrę­czył mu szam­pana. - Jak nie powozy tra­cące koła, to klę­ski żywio­łowe albo damy wyma­ga­jące ratunku. Zupeł­nie jakby los sta­rał się mnie do cie­bie nie dopu­ścić.

Lio prze­jął kie­li­szek, a drugą dłoń przy­ci­snął do piersi.

- I dobrze się stało, Bastie­nie, zmo­gła mnie strasz­liwa cho­roba.

Bella sta­rała się uspo­koić drżące dło­nie, słu­cha­jąc, jak Lio recy­tuje kłam­stwo, które przy­go­to­wali, gdy odkryli, że za sprawą klą­twy wszy­scy znaj­du­jący się poza zam­kiem na całą dekadę zwy­czaj­nie zapo­mnieli o jego ist­nie­niu.

Po jej prze­ła­ma­niu pamięć wró­ciła gwał­towną falą w całym księ­stwie i poza nim - wspo­mnie­nia roz­wy­drzo­nego księ­cia, który pozwo­lił swo­jej kra­inie gnu­śnieć przez dzie­sięć lat. Ozna­czało to dla nich wiele nie­wy­god­nych pytań, a nikt nie mógł prze­cież poznać prawdy. Histo­ria o cho­ro­bie wyda­wała się naj­bliż­sza rze­czy­wi­sto­ści, a jed­no­cze­śnie pozwa­lała unik­nąć ujaw­nie­nia światu, że przez ostat­nie dzie­sięć lat ksią­żęcy zamek w Avey­onie zamiesz­ki­wał potwór.

Bastien uniósł brew.

- Nie odpo­wia­da­łeś na listy.

"To nasza pierw­sza próba", przy­po­mniała sobie Bella, by stłu­mić wzbie­ra­jącą panikę. Jeśli Bastien im uwie­rzy, to będzie zna­czyło, że powieść może się także dal­sza część planu.

- Nie mia­łem sił na kore­spon­den­cję, kuzy­nie. Byłem...

- Chory, tak, wiem. - Bastien osu­szył kie­li­szek. - Dzięki Bogu i kró­lowi, że wró­ci­łeś do zdro­wia, Lio. Poszedł­bym o zakład, że rzadko kto wycho­dzi z cho­roby drę­czą­cej go przez dzie­sięć lat. - Przyj­rzał się swym gościom badaw­czo, być może szu­ka­jąc luk w ich wymówce. Bella uśmie­chała się łagod­nie, siląc się na spo­kój, aż w końcu na twa­rzy diuka coś się zmie­niło. Uniósł pusty kie­li­szek. - Za zdol­nych medy­ków.

Ramiona Lio opa­dły w geście ulgi, ale Bella była nie­mal pewna, że ich gospo­darz tego nie zauwa­żył. Książę Avey­onu uniósł swój nie­tknięty kie­li­szek.

- I za rodzinę.

- Starą i nową - dodał Bastien, ponow­nie pod­cho­dząc do wózka z trun­kami. - Pra­gnę usły­szeć histo­rię waszego sza­lo­nego romansu, kuzy­nie, ale to będzie musiało pocze­kać. Naj­pierw powiedz mi, jakie inte­resy spro­wa­dzają cię do Wer­salu. Pierw­szy raz od ponad dekady.

Lio odchrząk­nął.

- Chciał­bym potwier­dzić swoją lojal­ność wobec króla. Choć tyle jestem mu winien po tak dłu­giej nie­obec­no­ści na dwo­rze.

Bastien odwró­cił się do nich.

- Wiele zmie­niło się w Wer­salu od two­jej ostat­niej wizyty, kuzy­nie.

Lio przy­tak­nął.

- To mnie nie dziwi, ostat­nio widzia­łem kró­lew­ski pałac jako chło­piec.

Bastien napeł­nił swój kie­li­szek.

- Król Ludwik zdą­żył pew­nie cał­kiem zapo­mnieć o twoim skrom­nym księ­stewku. Tyle się wyda­rzyło, od kiedy ostat­nio tu byłeś. Jesteś prze­ko­nany, że chcesz budzić tę bestię, że się tak wyrażę? - spy­tał przez ramię.

Lio uśmiech­nął się sztywno.

- Zapa­mię­ta­łem go jako roz­waż­nego czło­wieka.

Bastien obró­cił się na pię­cie z teatralną zama­szy­sto­ścią.

- Skar­biec zieje pustką, kuzy­nie. Fran­cja tonie w dłu­gach, od kiedy wspar­li­śmy tę prze­klętą rewo­lu­cję w Ame­ryce. I z pew­no­ścią sły­sza­łeś o sta­nie trze­cim i wzbie­ra­ją­cych w nim nie­po­ko­jach?

Minęło dopiero kilka mie­sięcy, od kiedy Lio, Bella i cały Aveyon uwol­nili się od klą­twy, lecz dyplo­ma­cja od dawna nie była w księ­stwie prio­ry­te­tem. Docie­rały do nich strzępy opo­wie­ści o roz­ru­chach, o któ­rych mówił Bastien, i tym, że two­rzący stan trzeci miesz­cza­nie i chłopi, a w szcze­gól­no­ści ci dru­dzy, cier­pią głód i nędzę, lecz Lio i Bella nie poświę­cali tym pogło­skom zbyt wiele uwagi. Bella poczuła zmie­sza­nie, a Bastien sko­men­to­wał ich igno­ran­cję wymow­nym wes­tchnie­niem, mosz­cząc się na krze­śle przy biurku.

- Ludwik roz­pacz­li­wie potrze­buje pie­nię­dzy i pró­bo­wał uzy­skać je starą spraw­dzoną metodą: z podat­ków. Lecz tym razem zażą­dał, by dorzu­cili się też szlachta i ducho­wień­stwo. A ci, jak trudno się dzi­wić, odmó­wili. - Uło­żył stopy na bla­cie biurka i skrzy­żo­wał ręce na piersi. - Z despe­ra­cji zwo­łał Stany Gene­ralne, po raz pierw­szy od dwu­stu lat. Nie muszę chyba doda­wać, że to był błąd. - Non­sza­lancko mach­nął ręką. - Uznano, że pró­buje kon­tro­lo­wać wynik obrad, i w rezul­ta­cie stan trzeci nazywa się teraz Zgro­ma­dze­niem Naro­do­wym, twier­dząc, że zamiast s t a n ó w Fran­cji repre­zen­tuje jej l u d. Żądają spi­sa­nia kon­sty­tu­cji. - Bastien par­sk­nął kpią­cym śmie­chem. - Bar­dzo po ame­ry­kań­sku.

- Jak bar­dzo jest źle?

Bastien uśmiech­nął się zło­śli­wie, jak czło­wiek wystar­cza­jąco zamożny, by nie musieć się przej­mo­wać spo­łecz­nymi zawi­ro­wa­niami.

- Cóż, z pew­no­ścią nie jest d o b r z e, kuzy­nie. Zna­leź­li­śmy się na dnie kry­zysu finan­so­wego. A król Ludwik odpra­wił wła­śnie Jacqu­esa Nec­kera, dotąd rze­tel­nego i odda­nego mini­stra finan­sów, więc teraz wszy­scy są wście­kli: bogaci i biedni, szlachta i pospól­stwo. To nie był naj­roz­trop­niej­szy krok, jeśli mnie kto pyta.

- Może powin­ni­śmy odło­żyć naszą wizytę? - wtrą­ciła Bella.

- Och, na to za późno. Wieść o waszym przy­by­ciu z pew­no­ścią roze­szła się już po całym dwo­rze jak ospa. Prince étranger powró­cił z mar­twych! - Bastien ścią­gnął z palca pier­ścień ze szma­rag­dem wiel­ko­ści prze­piór­czego jajka i dla zabawy zaczął nie­spiesz­nie krę­cić nim kółka na bla­cie biurka. - Będzie­cie naj­go­ręt­szą plotką Wer­salu. Nie zdzi­wił­bym się, gdyby w dro­dze był już posła­niec z zapro­sze­niem od Ludwika. Będzie chciał wyro­bić sobie o was wła­sne zda­nie.

Lio zer­k­nął na Bellę, która siłą woli powstrzy­my­wała odruch, by się sku­lić.

Diuk zauwa­żył, że poczuli się nie­swojo.

- Chęt­nie ci poto­wa­rzy­szę, drogi kuzy­nie. Ludwik darzy mnie sym­pa­tią, nie wspo­mi­na­jąc o kró­lo­wej. - Mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo. Bella nie­mal prze­wró­ciła oczami. - Mogę pomóc zatu­szo­wać nie­smak dłu­giej nie­obec­no­ści, ale jeśli mam pod­jąć taki wysi­łek, musisz przy­naj­mniej spró­bo­wać odpo­wied­nio zapre­zen­to­wać się na dwo­rze. Na począ­tek trzeba ci będzie innego stroju, jeśli chcesz choć pomy­śleć o prze­kro­cze­niu wer­sal­skiej bramy, i solid­nej war­stwy pudru, by dopa­so­wać się do wyra­fi­no­wa­nych gustów dwo­rzan.

Lio zesztyw­niał.

- Może mógł­bym poży­czyć coś z two­jej gar­de­roby?

Bastien scep­tycz­nie zmie­rzył go wzro­kiem.

- Być może. - Prze­niósł spoj­rze­nie na Bellę i oparł brodę na złą­czo­nych pal­cach. - Czy dobrze rozu­miem, że pocho­dzisz z gminu? - Bella mimo­wol­nie prze­stą­piła z nogi na nogę, dotkli­wie świa­doma pro­stoty swo­jej sukni w stylu angiel­skim. Wyda­wała jej się cał­kiem w porządku jesz­cze nie­dawno, gdy pani Szafa jej ją zapre­zen­to­wała. Była uszyta z jedwa­biu w błę­kitno-kre­mowe pasy, a jej dekolt przy­sła­niała deli­katna koronka. Rękawy przy­le­gały do ciała i koń­czyły się tuż za łok­ciami. Bastien schy­lił głowę i spoj­rzał jej w oczy jakby ze współ­czu­ciem. - Nie cho­dzi tylko o suk­nię, Bello. Nosisz swoje pocho­dze­nie niczym piętno.

- Jak śmiesz... - zaczął Lio.

Bastien uniósł dło­nie w geście kapi­tu­la­cji.

- Nie oce­niam jej oso­bo­wo­ści, kuzy­nie. Ale zabie­ra­jąc Bellę do Wer­salu, rzu­cisz ją na pożar­cie wil­kom. - Ponow­nie spoj­rzał na nią, nie­mal z czu­ło­ścią. - Nie chcę cię ura­zić, moja droga, ale dwór króla Ludwika to nie miej­sce dla cie­bie. Dwo­rza­nie wyczują twoją sła­bość i wyko­rzy­stają ją, zanim zdą­żysz wypro­sto­wać się z pierw­szego dygnię­cia.

Bella ski­nęła głową, lecz Lio na­dal pło­nął z obu­rze­nia.

- Bella zrobi to, na co ma ochotę. A jeśli komuś się to nie podoba, może zgło­sić zastrze­że­nia mnie.

Bella była pewna, że nikt poza nią nie był w sta­nie wychwy­cić, jak w chwi­lach poru­sze­nia jego głos prze­śli­zguje się w coś przy­po­mi­na­ją­cego war­kot. Ale ona spę­dziła znacz­nie wię­cej czasu z Bestią niż z Lio. Bez trudu roz­po­zna­wała prze­bły­ski jego daw­nej postaci, choć ni­gdy by mu się do tego nie przy­znała.

- A co z kró­lem, kuzy­nie? Czyż­byś zapo­mniał, że twoim obo­wiąz­kiem jako prince étranger było oże­nić się dla korzy­ści poli­tycz­nych, a nie z miło­ści? Nie byłeś przy­pad­kiem zarę­czony od uro­dze­nia z jakąś pośled­niej­szą Habs­bur­żanką? - Bastien prze­su­nął dło­nią po hafto­wa­nym koł­nie­rzu. - Wydaje mi się, że wie­ści o twoim ożenku powinny zostać zapre­zen­to­wane jako miła nie­spo­dzianka już po tym, jak ponow­nie zyskasz kró­lew­ską uwagę. Nie sądzisz?

Lio otwo­rzył usta, by zapro­te­sto­wać, lecz Bella poło­żyła mu dłoń na ramie­niu.

- Lio, pro­szę. I tak nie mam ochoty tam jechać.

W jed­nej chwili z jego twa­rzy ulot­niło się całe wzbu­rze­nie. Odwró­cił się do niej.

- Jesteś pewna?

Zbyła pyta­nie mach­nię­ciem ręki.

- Tak, bałam się tej audien­cji całą drogę. Chęt­nie przyjmę każdą wymówkę, która zwolni mnie z tego obo­wiązku. Dużo chęt­niej spę­dzę czas, spa­ce­ru­jąc po Paryżu. Odwie­dzę miej­sca, do któ­rych w dzie­ciń­stwie zabrał mnie tato, i odkryję nowe.

Lio zmarsz­czył brwi.

- Bastien wła­śnie wyja­wił nam, jak nie­spo­koj­nie jest w całym Paryżu.

- Och, mon petit lion­ceau, jesteś taki zaścian­kowy. - Bastien prze­wró­cił oczami. - Trzeci stan wywo­łuje burzę w szklance wody. Banda awan­tur­ni­ków nie­ma­jąca lep­szego zaję­cia. Ich naj­więk­szym osią­gnię­ciem było prze­ję­cie siłą pary­skich roga­tek, więc o ile Bella nie chowa pod spód­nicą wozu peł­nego towa­rów do ocle­nia, wąt­pię, by nawet zauwa­żyła ich obec­ność. - Par­sk­nął ostrym śmie­chem. - Król Ludwik ma wszystko pod kon­trolą. W mie­ście jest cał­ko­wi­cie bez­piecz­nie, o to możesz być spo­kojny.

Bella dostrze­gła, jak uśmiech spełza z jego twa­rzy w chwili, gdy Lio odwró­cił od niego wzrok. Taki szcze­gół dałby jej do myśle­nia, gdyby nie była tak zdro­żona po dłu­giej podróży i zaafe­ro­wana per­spek­tywą odkry­wa­nia na nowo Paryża.

Lecz w tej sytu­acji zano­to­wała w pamięci jedy­nie oso­bliwą minę diuka, obie­cu­jąc sobie, że prze­ana­li­zuje ją na spo­koj­nie, gdy nie będzie cze­kało na nią mia­sto pełne cudów.

Rozdział 3

Lio odda­lił się za Bastie­nem do kom­nat sypial­nych w poszu­ki­wa­niu odpo­wied­niego stroju na audien­cję u króla. Bella została odpro­wa­dzona przez poko­jówkę do apar­ta­mentu gościn­nego, gdzie ode­tchnęła z ulgą, mogąc wresz­cie spo­koj­nie zato­pić się w roz­my­śla­niach.

Sypial­nia była rów­nie bogato wypo­sa­żona jak reszta domu Bastiena. Stopy Belli zanu­rzyły się głę­boko w wyszy­wa­nym mister­nie niczym naj­świet­niej­szy arras plu­szo­wym dywa­nie, który przy­kry­wał więk­szość posadzki. W zamy­śle­niu pode­szła do wiel­kiego zwier­cia­dła wiszą­cego na ścia­nie i przyj­rzała się swo­jej sukience, tej, którą skry­ty­ko­wał Bastien. W jej odczu­ciu suk­nia była wspa­niała, wykwint­niej­sza nawet od tej, którą miała na sobie w dniu ślubu, w tych sza­lo­nych dniach tuż po prze­ła­ma­niu klą­twy. Wło­żyła ją tego ranka w gospo­dzie, gdzie zatrzy­mali się na noc, bo spa­ko­wała ją wła­śnie z myślą o przy­jeź­dzie do Paryża. Ujrzaw­szy ją w niej, Lio nie potra­fił ukryć, ile rado­ści spra­wia mu widok żony w tak wykwint­nym stroju. Postrze­gał to jako znak, że Bella powoli akcep­tuje swoją nową rolę. Dla niej suk­nia była zbroją, sygna­łem dla tego wiel­ko­pań­skiego świata, że ona także ma w nim swoje miej­sce. Teraz uświa­da­miała sobie, że to tylko kolejna ilu­zja, i to cał­ko­wi­cie złudna, bo prze­cież Bastien natych­miast ją przej­rzał. Dwór króla Fran­cji nie był jej świa­tem. Ni­gdy się w nim nie odnaj­dzie.

Pospiesz­nie zdjęła strojną suk­nię, pra­gnąc czym prę­dzej pozbyć się tej maski. Pochy­liła się nad kufrem w poszu­ki­wa­niu naj­prost­szej sukienki, jaką spa­ko­wała, zmię­tej gdzieś na samym dnie. Wcią­gnęła ją przez głowę, delek­tu­jąc się zna­jo­mym uczu­ciem. Była błę­kitna, tak jak strój, któ­rego wła­śnie się pozbyła, lecz w prze­ci­wień­stwie do tam­tego została uszyta z taniego muślinu, a dopeł­niał ją biały far­tuch. Wie­działa, że taki fason to w Paryżu ostatni krzyk mody. Zwano go che­mise a la reine, sukienką w stylu kró­lo­wej, na cześć Marii Anto­niny, która miała sła­bość do wszyst­kiego, co siel­skie. Róż­nica była jed­nak taka, że w prze­ci­wień­stwie do niej Bella rze­czy­wi­ście kar­miła w swo­jej sukience kury i robiła pra­nie. Prze­je­chała teraz kciu­kiem po upar­tej, nie­da­ją­cej się usu­nąć pla­mie, którą zawdzię­czała Gasto­nowi, gdy w dniu swo­ich nie­uda­nych oświad­czyn ochla­pał ją bło­tem.

Pod­sko­czyła, gdy za jej ple­cami roz­legł się głos Lio.

- Nie złość się, ale chyba wolę cię taką.

Bella zer­k­nęła na skraj tafli zwier­cia­dła, gdzie odbi­jał się, sto­jąc w progu, wystro­jony na audien­cję w Wer­salu.

- Zgoda, ale tylko jeśli ty nie obra­zisz się, gdy powiem, że wyglą­dasz absur­dal­nie.

Peruka gęstych siwych loków zasła­niała jego piękne kasz­ta­nowe włosy, twarz pokry­wała gruba war­stwa bia­łego pudru, a strój dorów­ny­wał ubra­niom Bastiena zarówno jako­ścią, jak i eks­tra­wa­gan­cją. To nie był jej Lio - ten Lio nale­żał do Wer­salu.

Zbli­żył się nie­śmiało i dołą­czył do niej przed lustrem.

- Sam ledwo się poznaję.

Lecz mimo swych obiek­cji nie mogła nie zauwa­żyć, że Lio nosi się po kró­lew­sku. Pomy­ślała, z jaką łatwo­ścią wtopi się w tłum wer­sal­skich dwo­rzan i jak wiele ich różni, gdy stoją tak obok sie­bie.

Musiał dostrzec jej roz­dar­cie.

- To tylko na chwilę, Bello. - Poło­żył dłoń na jej ple­cach, a drugą poka­zał na sie­bie. - To wszystko znik­nie, gdy tylko zaskar­bię sobie łaskę króla Ludwika, przy­się­gam.

- To wszystko bar­dzo ci pasuje, mon c?ur - stwier­dziła.

Popra­wił rękawy habitu w odcie­niu leśnej zie­leni.

- Wygląda na to, że jeste­śmy z Bastie­nem podob­nie zbu­do­wani.

- Nie, mam na myśli całość. Wyglą­dasz jak książę.

Lio uniósł brew.

- Byłem nim, jesz­cze zanim zało­ży­łem perukę i przy­pu­dro­wa­łem twarz.

- Tak, oczy­wi­ście - przy­tak­nęła Bella, ale nie była w sta­nie otrzą­snąć się z wra­że­nia, że jej mąż powoli prze­ista­cza się w kogoś, kim być powi­nien, pod­czas gdy ona z każ­dym kro­kiem oddala się od praw­dzi­wej sie­bie.

Lio zmie­nił temat:

- Cie­szysz się na spa­cer po Paryżu?

Bella spró­bo­wała ode­pchnąć nie­spo­kojne myśli.

- I to jak!

- Jesteś pewna, że nie chcesz poje­chać z nami do Wer­salu? Bo nie inte­re­suje mnie, co na ten temat myśli Bastien, jeśli tylko chcesz, możesz...

- Przy­się­gam, nie mam na to naj­mniej­szej ochoty. - Bella wycią­gnęła rękę. - To lep­sze roz­wią­za­nie.

W ten spo­sób Lio nie będzie musiał świe­cić oczami za swoją pro­stą, zaścian­kową żonę, a Bella uda­wać, że nie sły­szy uszczy­pli­wych uwag, któ­rymi z pew­no­ścią hoj­nie by ją raczono na kró­lew­skim dwo­rze. Od początku wie­działa, że dużo swo­bod­niej będzie się czuła na uli­cach i pla­cach Paryża.

W progu sypialni zja­wił się Bastien. Jego świeżo upu­dro­wany poli­czek zdo­bił spory pie­przyk, któ­rego wcze­śniej tam nie było.

- Powóz już czeka.

Wypo­wie­dział te słowa z kamienną powagą, a Belli nie udało się powstrzy­mać par­sk­nię­cia śmie­chem.

Posłał jej pyta­jące spoj­rze­nie, a ona wzięła głę­boki oddech, by powstrzy­mać kolejną falę roz­ba­wie­nia.

- Och, daj spo­kój, to Wer­sal, nie wię­zie­nie.

Bastien pocią­gnął nosem.

- Och, wierz mi, Bello, kró­lew­ski dwór to w isto­cie na swój spo­sób wię­zie­nie. - Ruszyli po stop­niach wspa­nia­łych sze­ro­kich scho­dów. - Fran­cu­ska ary­sto­kra­cja tkwi w oko­wach, madame. Może i są pozła­cane, ale to nie zmie­nia ich natury.

Bella była nie­mal pewna, że każdy przed­sta­wi­ciel fran­cu­skiego gminu z rado­ścią dałby się zakuć w kaj­dany szla­chec­twa, lecz zacho­wała tę uwagę dla sie­bie. Opu­ścili pałac, a Bastien, nie cze­ka­jąc, scho­wał się w sto­ją­cej na pod­jeź­dzie karocy. Lio przy­sta­nął i ujął dłoń Belli.

- Nie zaj­mie nam to dużo czasu. Król Ludwik ma z pew­no­ścią wiele waż­niej­szych spraw na gło­wie od krnąbr­nego prince étranger.

Z karocy dobiegł chłodny chi­chot Bastiena.

- Nie bądź tego taki pewien, kuzy­nie. Może się oka­zać, że Ludwik ma wobec cie­bie jakieś zamiary.

Lio prze­wró­cił oczami i przy­cią­gnął Bellę nieco bli­żej.

- Do dia­bła z kró­lem i jego zamia­rami - szep­nął jej na ucho. - Mamy wła­sne plany.

Bastien wysta­wił głowę z okna powozu.

- Może mogli­by­śmy cię dokądś pod­wieźć, Bello?

Myśl o spę­dze­niu choćby chwili dłu­żej w towa­rzy­stwie diuka, w dodatku w tak cia­snej prze­strzeni, przy­pra­wiała ją o dreszcz.

- Nie, dzię­kuję. Mam ochotę pospa­ce­ro­wać.

Diuk uniósł brew.

- Tak, mogłem się domy­ślić.

Znik­nął za zasłonką okna karocy, a Bella wykrzy­wiła się w zło­śli­wym gry­ma­sie. Lio uści­snął jej rękę, któ­rej wciąż nie puścił.

- Poważ­nie, Lio. Pora­dzę sobie. Spójrz. - Wycią­gnęła książkę z obszer­nej kie­szeni sukienki. - Znajdę jakiś ogród, usiądę w cie­niu i będę miała wszystko, czego mi trzeba.

Lio poca­ło­wał ją w czoło.

- Życz mi szczę­ścia.

Otwo­rzyła usta, żeby zapew­nić go, że tego nie potrze­buje, ale się zawa­hała. Prawda była taka, że potrze­bo­wał go bar­dzo wiele, by wyjść zwy­cię­sko z odwie­dzin w Wer­salu.

- Powo­dze­nia - szep­nęła cał­ko­wi­cie szcze­rze.

Lio poka­zał zęby w uśmie­chu, lecz za jego weso­ło­ścią dopa­trzyła się cie­nia nie­po­koju. Wsiadł do karocy, a foryś zamknął za nim drzwi. Konie ruszyły z kopyta i wkrótce powóz zater­ko­tał, tocząc się po bruku w stronę bramy posia­dło­ści.

Serce Belli biło jak sza­lone, gdy odpro­wa­dzała go wzro­kiem. Prze­zwy­cię­że­nie klą­twy połą­czyło ją z Lio wię­zią, któ­rej do końca wciąż nie rozu­miała. Gdy patrzyła, jak kona jako Bestia - poko­nany przez Gastona i nie­na­wiść, która spa­dła na niego za coś, czego sam nie rozu­miał - jakaś jej część umarła wraz z nim. A gdy szlo­chała nad jego cia­łem, szep­nęła mu na ucho prawdę, którą ukry­wała przed samą sobą. Powró­cił do niej jako Lio, cały i zdrowy, i wtedy ta jej czą­steczka także zmar­twych­wstała. Wza­jem­nie poskła­dali się w całość, stali się jed­nym...

Ści­skało ją w żołądku na myśl o cze­ka­ją­cej go w Wer­salu strasz­nej pró­bie, któ­rej będzie musiał sta­wić czoła zupeł­nie sam. "Nie sam", przy­po­mniała sobie. "Ma przy sobie kuzyna".

Bella wciąż nie wie­działa, co myśleć o diuku de Vin­cen­nes. Nie była pewna, czy rze­czy­wi­ście okaże się sprzy­mie­rzeń­cem Lio, czy też za jego przy­chyl­no­ścią cho­wają się ukryte zamiary. Uznała, że bez­piecz­niej jest zało­żyć, iż wszy­scy na dwo­rze Ludwika je mają. Fakt, że poślu­biła jed­nego ary­sto­kratę, nie ozna­czał, że musi bra­tać się z innymi.

Karoca znik­nęła w oddali, a Bella pró­bo­wała uci­szyć nie­po­kój, który się w niej kłę­bił. Była w Paryżu, mie­ście, które zamiesz­kało w jej sercu, od kiedy je opu­ściła, mie­ście, o któ­rym marzyła, gdy naj­do­tkli­wiej doskwie­rała jej mono­to­nia życia na pro­win­cji.

Poza tym w tej chwili nie było nic, co mogła zro­bić dla Lio.

- - -

Ledwo Bella zna­la­zła się poza murami posia­dło­ści Bastiena, poczuła, że z serca spada jej cię­żar. Miała wra­że­nie, jakby wstą­piła do zupeł­nie innego świata. Dzie­dzi­niec rezy­den­cji był tak dobrze osło­nięty, że zgiełk Paryża nań nie docie­rał, two­rząc złudne wra­że­nie oazy spo­koju pośrodku miej­skiego cha­osu. Miała nadzieję, że Pło­myk korzy­stał gar­ściami z wol­nego czasu. Coś mówiło jej, że prócz restau­ra­cji pla­no­wał odwie­dzić także kilka daw­nych dam serca.

Mimo brudu ulic, który kalał jej buty i rąbek sukienki, czuła się bar­dziej sobą niż przez ostat­nie kilka tygo­dni. W Avey­onie stała się kimś wię­cej niż tylko Bellą. Lud­ność księ­stwa postrze­gała ją jako zbaw­czy­nię. Wielu było jej wdzięcz­nych za to, że odmie­niła serce obo­jęt­nego, żyją­cego w odosob­nie­niu księ­cia, a nie­liczni znali prawdę i wie­dzieli, że to z jej pomocą udało się zdjąć klą­twę, która nękała ich kra­inę przez całą dekadę. Wszy­scy pra­gnęli zoba­czyć ją na tro­nie, życzyli sobie, by z prze­ko­na­niem oddała się roli księż­nej. Lecz ona nie potra­fiła się na to zdo­być. Przy­naj­mniej jesz­cze nie teraz.

Ta podróż miała być wytchnie­niem. Tu Bella mogła pozo­stać nie­wi­dzialna, uda­wać zwy­kłą pary­żankę zaj­mu­jącą się swo­imi spra­wun­kami. W pro­stej sukience była ano­ni­mowa i ta ano­ni­mo­wość pozwa­lała jej delek­to­wać się Pary­żem, tak jak to sobie wyobra­żała. Liczyła, że taka prze­rwa pomoże jej przy­go­to­wać się do nowego życia.

Skrę­ciła w rue de l'Université, a jej oczom uka­zała się poły­sku­jąca mię­dzy budyn­kami Sekwana. Zmie­rzała w stronę Palais-Royal, kie­ru­jąc się wyryw­kową wie­dzą uzy­skaną od podróż­nych zatrzy­mu­ją­cych się w Avey­onie, od któ­rych dowie­działa się, że kilka lat wcze­śniej Ludwik Filip II, książę Orle­anu otwo­rzył ogrody dla wszyst­kich miesz­kań­ców mia­sta nie­za­leż­nie od stanu. Bella wiele sły­szała o wymia­nie myśli, deba­tach, które się tam odby­wały, a także o księ­gar­niach i kawiar­niach ukry­tych w cie­niu kruż­gan­ków ota­cza­ją­cych ogrody. Spę­dziła wiele wie­czo­rów, wyobra­ża­jąc sobie, jak poja­wia się na tam­tej­szych salo­nach3 lite­rac­kich i bie­rze udział w oży­wio­nych dys­ku­sjach z ludźmi, któ­rych umy­sły cecho­wały się więk­szą otwar­to­ścią niż te miesz­kań­ców Avey­onu. Miała wra­że­nie, jakby każdy krok przy­bli­żał ją do cze­goś na pogra­ni­czu wspo­mnie­nia i marze­nia.

- Madame. - Jakaś kobieta zastą­piła jej drogę i wycią­gnęła rękę w bła­gal­nym geście. - Pora­tuj choćby jed­nym sou. Moje dzieci cier­pią głód. - Jej cera była cho­ro­bli­wie blada, a oczy odci­nały się od twa­rzy ciem­nymi cie­niami. W fał­dach jej spód­nicy cho­wała się dwójka prze­raź­li­wie wychu­dzo­nych kil­ku­lat­ków. Bellę mimo­wol­nie zalała fala wspo­mnień z jej wła­snego dzie­ciń­stwa. Sama także zaznała głodu. Gdy jej matka zacho­ro­wała, Mau­rycy wydał ostat­nie pie­nią­dze na medy­ków i lekar­stwa, ale mimo to i tak wkrótce zmarła. Kolejne mie­siące były chude - cza­sem jedy­nym poży­wie­niem była pajda chleba i cienki rosół - lecz oboje dużo bar­dziej niż od dotkli­wego ssa­nia w żołądku cier­pieli z powodu utraty uko­cha­nej osoby. Jed­nak w końcu nastała wio­sna i Mau­rycy mógł zabrać jeden ze swo­ich wyna­laz­ków na pobli­ski targ i sprze­dać go za połowę war­to­ści, by naresz­cie napeł­nić ich brzu­chy.

Bella bez waha­nia się­gnęła do mieszka i podała żebraczce monetę o war­to­ści dwu­na­stu liw­rów, która mogła zapew­nić kobie­cie i jej dzie­ciom posiłki na co naj­mniej kilka dni.

Oczy obda­ro­wa­nej roz­sze­rzyły się ze zdu­mie­nia, lecz pospiesz­nie przy­jęła jał­mużnę.

- Mon Dieu, dzię­kuję, madame, z całego serca.

Bella już miała coś powie­dzieć, lecz kobieta i jej dzieci roz­pły­nęły się w tłu­mie niczym dym, a ona sama uświa­do­miła sobie, że zatrzy­mała się po raz pierw­szy od opusz­cze­nia posia­dło­ści Bastiena. Wciąż ota­czał ją wszech­ogar­nia­jący pary­ski zgiełk, lecz gdzieś pod nim, czy na jego skra­jach, dostrze­gła nędzę, jakiej ni­gdy wcze­śniej nie widziała. Wyczer­pane matki i zawo­dzące nie­mow­lęta, wychu­dzeni męż­czyźni, zagu­bione sie­roty, wszy­scy sku­pieni na obrze­żach zatło­czo­nych ulic. Nie­trudno było zgad­nąć, że cier­pieli dotkliwy głód - zdra­dzały to żebra wysta­jące przez ich cien­kie, liche koszule, ster­czące oboj­czyki i zapa­dłe policzki upo­dab­nia­jące ich twa­rze do nagich cza­szek.

Nie­wiele myśląc, Bella zagłę­biła się w naj­bliż­szą uliczkę i zaczęła roz­da­wać kolejne monety. Sta­rała się zamie­nić parę słów z każ­dym, kogo spo­tkała, lecz wkrótce oto­czyła ją grupka dzieci wycią­ga­ją­cych do niej bła­gal­nie ręce. Cie­szyła się, że może je obda­ro­wać przy­naj­mniej drob­nym dat­kiem, jed­no­cze­śnie żału­jąc, że nie jest w sta­nie zro­bić nic wię­cej. Pie­nią­dze były chwi­lo­wym roz­wią­za­niem - tym ludziom trzeba było dale­ko­sięż­nej pomocy, pracy, schro­nie­nia, rze­czy, któ­rych sama nie mogła im zaofe­ro­wać. Zże­rało ją poczu­cie winy. Poślu­biła księ­cia, lecz mimo to nie miała mocy, by ukró­cić ich cier­pie­nie.

Z dru­giego końca uliczki dobiegł krzyk i dzieci natych­miast pierz­chły. Bella odwró­ciła się i ujrzała grupę żoł­nie­rzy uzbro­jo­nych w musz­kiety, które zarzu­cone na ramię ster­czały nad ich gło­wami. Nie­bie­skie kurtki z czer­wo­nymi koł­nie­rzami i man­kie­tami zdo­bio­nymi sza­me­run­kiem z bia­łego sznura zdra­dzały, że należą do fran­cu­skiej gwar­dii.

Jeden z męż­czyzn zbli­żył się do niej.

- Wszystko w porządku, madame?

Bella powstrzy­mała prych­nię­cie.

- Czemu mia­łoby nie być w porządku?

Żoł­nierz posłał jej pełne poli­to­wa­nia spoj­rze­nie.

- Z tymi pro­sta­kami ni­gdy dość ostroż­no­ści.

Bella uświa­do­miła sobie, że męż­czy­zna wziął ją za kogoś, kto zna­lazł się tu przez przy­pa­dek. Całe dotych­cza­sowe życie była przed­sta­wi­cielką gminu, lecz odkąd poślu­biła Lio, zaczęto postrze­gać ją ina­czej. Nie była pewna, czy to za sprawą poły­sku jej wło­sów czy peł­niej­szych policz­ków, nie­mniej choć Bastien był w sta­nie od razu poznać, że nie jest ary­sto­kratką, inni nie widzieli w niej zwy­kłej wie­śniaczki. Czuła się roz­darta mię­dzy dwoma świa­tami, które nie były do końca jej.

Nagle uwagę żoł­nie­rza przy­kuł tumult dobie­ga­jący z sąsied­niej ulicy. Bella wycią­gnęła szyję, by zoba­czyć, co jest przy­czyną zamie­sza­nia. Spora grupa męż­czyzn, któ­rych orę­żem były jedy­nie dono­śne głosy, masze­ro­wała w stronę Palais-Royal. Bella nie była w sta­nie dosły­szeć, co takiego skan­dują, lecz okrzyki, choć stłu­mione, wyra­żały poru­sze­nie i deter­mi­na­cję.

Zacie­ka­wiona, podą­żyła za żoł­nie­rzem w kie­runku ulicy, gdzie nie­mal natych­miast porwał ją tłum. Ogar­nęła wzro­kiem two­rzą­cych go ludzi, lecz nie dostrze­gła żad­nego ele­mentu, który by ich łączył - na przy­kład stroju, który zdra­dziłby wspólny zawód lub pozy­cję spo­łeczną. Na tyle na ile była w sta­nie to stwier­dzić, pocho­dzili ze wszyst­kich warstw pary­skiego spo­łe­czeń­stwa.

Morze ludzi prze­mie­rzyło most Pont Royal i zaska­ku­jąco spraw­nie roz­lało się po pała­co­wym ogro­dzie na dru­gim jego krańcu. Wszy­scy żoł­nie­rze, któ­rzy dotarli aż tutaj, byli zatrzy­my­wani przy bra­mie przez odzia­nych w czer­wone mun­dury żoł­nie­rzy Gwar­dii Szwaj­car­skiej, któ­rzy szorstko ich odsy­łali. Bella prze­śli­zgnęła się obok nich, wto­piona w tłum, i naraz zna­la­zła się w miej­scu, które od lat żyło w jej wyobraźni.

Ogród był pełen ludzi. Więk­sze i mniej­sze zgru­po­wa­nia tło­czyły się wokół sto­łów, prze­krzy­ku­jąc się wza­jem­nie. Po lewej stro­nie na pro­wi­zo­rycz­nym pod­wyż­sze­niu stał męż­czy­zna oto­czony gro­nem pil­nych słu­cha­czy. Miał na sobie krótką kurtkę i dłu­gie pan­ta­lony zdra­dza­jące niskie pocho­dze­nie, lecz sku­piał uwagę setek ludzi niczym powa­żany dygni­tarz. Może był miesz­cza­ni­nem - nieco zamoż­niej­szym, lecz wciąż przed­sta­wi­cie­lem stanu trze­ciego. Bella zaczęła prze­ci­skać się w stronę mów­nicy, sta­ra­jąc się zła­pać każde słowo jego prze­mowy.

- Król Ludwik ukrywa się w Wer­salu, nic sobie nie robiąc z głodu naszych dzieci, i ma jesz­cze czel­ność żądać od nas wię­cej. Wzywa wszyst­kie stany do swo­jego pałacu i udaje, że ten trzeci ma taki sam głos jak pozo­stałe. Ale my ni­gdy nie byli­śmy równi! Choć to naj­ubożsi syno­wie Fran­cji wal­czą na obcych zie­miach, wykrwa­wia­jąc się i tra­cąc życie za przy­wi­leje, z któ­rych im samym nie jest dane korzy­stać. - Umilkł, cze­ka­jąc, aż tłum znów się uci­szy. - Musimy zjed­no­czyć się w naszym sprze­ci­wie. Mówić jed­nym gło­sem, dopóki Fran­cja nie będzie miała kon­sty­tu­cji!

Tłum wokół Belli zafa­lo­wał w poru­sze­niu, lecz sto­jący obok niej męż­czy­zna splu­nął pod nogi mówcy, uci­sza­jąc zasko­czo­nych słu­cha­czy. Miał na sobie siwą perukę i culotte.

- Cana­ille - syk­nął. Hołota.

Słu­cha­cze umil­kli, zdu­mieni, lecz po chwili ruszyli na męż­czy­znę, zjed­no­czeni we wście­kło­ści. Czło­wiek na pod­wyż­sze­niu uniósł obie ręce.

- Spo­kój! - pole­cił, wbi­ja­jąc wzrok w męż­czy­znę w peruce. - Kiedy zmy­jemy z Fran­cji plamę la noblesse, to wła­śnie ta hołota prze­trwa.

Odpo­wiedź ary­sto­kraty zagłu­szyły okrzyki i gwizdy, lecz Bella dosły­szała frag­menty groźby, którą wyce­dził przez zaci­śnięte zęby. W tłu­mie nara­stało wzbu­rze­nie. W jed­nej chwili ulot­nił się cały urok Palais-Royal. Bella zapra­gnęła zna­leźć się gdzieś indziej, gdzie­kol­wiek, byle nie w tej hała­śli­wej gro­ma­dzie roz­sier­dzo­nych ludzi. Prze­pchnęła się przez tłum i pospiesz­nie ruszyła w stronę ulicy. Tuż przed bramą minęła dziew­czynkę, która wci­snęła jej w dłoń cienką bro­szurkę. Zna­la­zła się po dru­giej stro­nie Sekwany, nim zer­k­nęła na pierw­szą stronę i uświa­do­miła sobie, że trzyma poli­tyczny pam­flet podobny do tych, które zbie­rała daw­niej w Avey­onie, a które pisały takie zna­ko­mi­to­ści jak Jean-Jacques Rous­seau, Émilie du Châtelet, Olympe de Gou­ges czy Nico­las de Con­dor­cet.

"Czym jest stan trzeci? Wszyst­kim".

Przy­po­mniała sobie nie­dawne słowa Bastiena o tym, że stan trzeci był dla Ludwika jedy­nie drobną nie­do­god­no­ścią. "Bandą awan­tur­ni­ków". Bella ponow­nie spoj­rzała na bro­szurę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki