Kubek ważniejszy niż pieniądze
Ostatnio kierowca taksówki powiedział mi, że światem rządzi żydowska
finansjera.
Jeżeli to my rządzimy światem, to słabo nam idzie. Trzeba nas
natychmiast zwolnić.
Komu powierzyć to zadanie?
To już nie mój problem. Tak sobie żartuję, ale oczywiście takie
stwierdzenie należy do kategorii najbardziej rozpowszechnionych
antysemickich stereotypów. Co ciekawe, w Japonii, gdzie byłem rabinem
przez pięć lat (o tym szerzej w drugiej, biograficznej, części książki -
przyp. red.), ten stereotyp nie ma wydźwięku antysemickiego. Żydzi
rządzą światem? To wspaniale, mówią Japończycy. Chcemy ich za partnerów.
W innych częściach globu człowiek sukcesu niekoniecznie budzi sympatię.
Opowiem ci stary dowcip. Złota rybka zgadza się spełnić życzenia trzech
mężczyzn. Francuz mówi, że jego sąsiad ma piękną żonę, i prosi o piękniejszą. Szast-prast, życzenie spełnione. Amerykanin mówi, że jego
sąsiad ma wspaniały samochód, i prosi o lepszy. Szast-prast, życzenie
spełnione. Polak mówi, że jego sąsiad ma piękny dom. Spal go!
Ponury żart.
Niestety, coś w tym jest. Nie tylko w Polsce, ale w Europie i częściowo
w Stanach motorem wielu zachowań jest zazdrość. Drugiemu człowiekowi nie
powinno wieść się za dobrze. Skąd się to wzięło, to już inna sprawa.
Pobyt w Japonii, gdzie człowiek odnoszący sukcesy jest uważany za
świetny materiał na biznesowego partnera, otworzył mi oczy. Chętnie
rozpowszechniłbym to podejście w innych krajach.
A może rzeczywiście Żydzi mają jakieś sekrety dotyczące zarabiania?
Przykro mi, nie ma innej tajemnicy niż ciężka praca.
Kiedyś mi mówiłeś, że Tora i Talmud odnoszą się do wszystkich dziedzin
życia.
Tora jasno tłumaczy, dlaczego ludzie się bogacą. Z jednego jedynego
powodu: żeby mieli czym dzielić się z innymi. Człowiek, który więcej
zarabia, ma więcej do dania. Trzydzieści lat temu mój przyjaciel
powiedział mi coś, co zapadło mi w pamięć. Jego ojciec, ocalały z Holocaustu, przyjechał z Polski do Stanów z przysłowiowymi dwudziestoma
dolarami w kieszeni. Zbudował olbrzymią firmę, którą sprzedał w wieku
osiemdziesięciu pięciu lat za niemałe pieniądze. Gdy dowiedziałem się od
jego syna, a mego przyjaciela, że szukają czegoś nowego do kupienia,
wielce się zdziwiłem. Ale po co? Po co pracować, kiedy pieniędzy starczy
na następne parę pokoleń? Wyjaśnił mi, że chcą dawać większe darowizny.
Nie wiem, czy wyjawił mi prawdziwy powód. Ale sam fakt takiego
postawienia sprawy oznacza, że rozumiał rolę pieniądza: mamy go, by
dawać.
Ty dajesz?
Tak. Głęboko wierzę, że pieniądze to błogosławieństwo od Boga i należy
się nimi dzielić. Nie mam ich po to, by kupić następnego iPhone'a. Mam
jednego, bardzo dobrego. I wystarczy.
Powiesz, komu i ile dajesz?
To nie jest informacja, którą należy rozgłaszać. Robię to, bo to moja
powinność, a nie żeby przypisywać sobie jakieś zasługi. Jeżeli człowiek
tym się chwali, to tym samym podważa swoje działanie, robiąc sobie
reklamę, a nie dobry uczynek.
Dawanie to nie tylko pieniądze z ręki do ręki lub przelew na konto, ono
przybiera również bardziej subtelne formy. Na dowód tego opowiem ci
pewną historię. Gdy miałem dziewiętnaście lat, wybraliśmy się z kolegą
na wyprawę - samochodem z Nowego Jorku na Florydę. Nie byliśmy bez
grosza, ale zawsze szukaliśmy jakiejś darmowej okazji. W szabat
chodziliśmy do synagogi, żeby się pomodlić, ale też z pewną nadzieją, że
spotkamy kogoś, kto nas zaprosi do domu na kolację. I kiedyś tak się
stało. Kolacja była wyśmienita. Składam gospodarzowi podziękowania, a on
mi przerywa: "Nie dziękuj! Tym samym odpłacasz i tracę szansę na dobry
uczynek". On nie wyświadczał nam grzeczności, lecz spełniał micwę (na
końcu książki zamieszczamy słowniczek terminów - przyp. red.). Co nie
znaczy, że neguję podziękowania, w innych okolicznościach mają swój
sens.
Czy są jakieś zasady dawania i dobroczynności?
Powinno się na to przeznaczać minimum dziesięć procent dochodów. Jednak
nie więcej niż dwadzieścia procent.
Dlaczego?
Rabini ustalili ten limit z obawy, że ktoś da za dużo i za rok sam
będzie potrzebował pomocy. Prowadzono poważne debaty o tym, jak należy
rozumieć te obowiązkowe dziesięć procent. Czy liczy się je od całego
dochodu, czy od pieniędzy potrzebnych na zaspokojenie podstawowych
potrzeb. Za to wszyscy się zgadzali co do tego, że choćby niewielkie,
symboliczne kwoty człowiek powinien przekazywać każdego dnia.
Uciążliwe.
Przede wszystkim słuszne. Powinniśmy wspomagać innych regularnie. Od
dobrych paru lat robię to codziennie, dając niewielkie sumy na różne
cele. To ważne dla mnie samego.
Odpowiadając na twoje pytanie o zasady, Rambam, żyjący w XII wieku
żydowski filozof, którego tak lubię przywoływać, opracował
ośmiostopniową skalę dawania, od najlepszej opcji do najgorszej. Na
najwyższym poziomie mamy kogoś, kto potrzebującemu znajduje pracę, czyli
daje mu sposób na to, by mógł się sam utrzymać.
Dziś powiedzielibyśmy, że ofiarowuje mu wędkę. To lepsze niż ryba.
Tak. Na drugim miejscu dajesz pieniądze albo jedzenie, ale nie wiesz
komu, a obdarowany też cię nie zna. Na trzecim wiesz, komu dawałeś, ale
on nie wie, od kogo dostał. Na czwartym nie wiesz, komu dajesz, ale on
wie, kto go obdarował. Na piątym dajesz bezpośrednio człowiekowi do
ręki, zanim prosił. Na szóstym on poprosił, a ty dałeś. Na siódmym
dajesz za mało, ale z uśmiechem. No i w końcu na miejscu ósmym dajesz po
prośbie, za mało i na odczepnego.
A na deser zaserwuję ci dowcip. Jeden Żyd prosi drugiego o dwa dolary na
kolację. Fundator odpowiada: "Dam ci cztery dolary, tylko powiedz, gdzie
ta kolacja tak tanio, ja też tam pójdę".
Ja należę do tych, którzy raczej biorą, niż dają. To nie zawsze jest
łatwe.
Nie powinnaś czuć się upokorzona ani zobowiązana do rewanżu. Historia z mojej młodości o szabatowej kolacji w nieznanym domu ma psychologiczny
wydźwięk. Gospodarz nie chciał podziękowań, żeby nie zakłócić relacji.
Pamiętaj, że gdy ktoś cię wspomaga, to w jakiś sposób wyświadczasz mu
przysługę, bo dzięki tobie spełnia micwę. Możesz z tego czerpać rodzaj
satysfakcji. Sądzę, że obdarowany doznaje sprzecznych uczuć - wstydu i satysfakcji właśnie - które powinien starać się zrównoważyć. A poza tym
nie zapominaj, że gdy coś dostajesz, też podlegasz obowiązkowi
spełnienia micwy.
Są ludzie, którzy nigdy nikomu nic nie dają. Nie tyle oszczędni, co
skąpi. To prawie jak choroba.
Nie prawie, to po prostu choroba. Jest takie powiedzenie: nie zabierzesz
tego ze sobą do grobu. Musisz próbować zrozumieć, co takim człowiekiem
powoduje. Może w dzieciństwie cierpiał z powodu biedy? Może brak mu
pewności siebie? Ważne, żeby nigdy nikogo nie osądzać.
Żeby dawać, trzeba zarabiać.
W Talmudzie są rozważania na temat znaczenia pieniądza. Weźmy taki
przykład. Tutaj na stole między nami stoi kubek. Powiedzmy, że ja ten
kubek chcę sprzedać, a ty chcesz kupić. Kiedy dokładnie on jest twój?
Kiedy ja trzymam w ręku pieniądze, a ty jeszcze nie wzięłaś kubka, to on
nadal jest mój. Ale jeżeli ty wzięłaś kubek, a jeszcze nie przekazałaś
mi pieniędzy, to on już jest twój i jesteś mi winna zapłatę. Wynika nam
z tego, że przedmiot jest ważniejszy niż pieniądze.
Na przestrzeni wieków zastanawialiśmy się nad tym, jak powinien wyglądać
uczciwy handel. Główne zasady zostały wyznaczone w Torze. Talmud ją
interpretuje we wszystkich dziedzinach, ale został napisany 1300-1400
lat temu. W XII wieku Rambam podejmuje nowy wysiłek usystematyzowania
żydowskiego prawa w swym "Powtórzeniu Tory". A w XVI wieku rabini
dochodzą do wniosku, że zaszły tak duże zmiany społeczne, że potrzebna
jest kontynuacja. Powstaje kodeks prawa żydowskiego Szulchan aruch -
Nakryty stół - który składa się z czterech części, w tym ta dotycząca
finansów i prawa cywilnego liczy aż dwa tomy.
Opowiedz cokolwiek z Szulchan aruch, żebym zrozumiała, na czym to
polega.
Podam ci przykład pierwszy z brzegu. Poświęca się dużo miejsca pozornie
prostej sprawie, a mianowicie ustaleniu, ile powinien wynosić zysk ze
sprzedaży. W czasach Talmudu zdecydowano, że piętnaście procent.
Szulchan aruch sięga głębiej, poruszając kwestię kosztów własnych.
Kupiłem lampę, ale zapłaciłem za transport, w moim sklepie płacę też za
prąd i reguluję czynsz. To wszystko wchodzi w cenę podstawową, do której
dodaję moje piętnaście procent. Pozostaje pytanie, czy wpisać w nią
również moją pensję i podatki.
Osobne miejsce zajmują towary luksusowe, przy których nie ma limitu
zysku. Perfumy Diora czy buty Jimmy Choo nie są niezbędne do życia, więc
bogać się na nich, ile wlezie.
Opracowano też zasady konkurencji. Punktem wyjścia była Tora, która
ustanawia prawo własności ziemi: na granicy mego terenu i twojego leży
kamień. Jest nie do ruszenia. Na tej podstawie rabini ustalili, że nikt
nie ma prawa otwierać sklepu z tym samym asortymentem obok sklepu już
istniejącego. Chyba że jeden sklep sprzedaje buty polskie, a drugi
włoskie, to już inny towar. A co ze szkołami? Czy masz prawo założyć
nową szkołę niedaleko innej?
Na wyczucie powiedziałabym, że tak.
I masz rację, rabini często dopuszczają taką konkurencję, gdyż może być
korzystna dla dzieci, a ich dobro przeważa. Negocjacje też mają swoje
ograniczenia. Jest zakaz oszukiwania i zatajania informacji o rodzaju i jakości towaru. Jego nieprzestrzeganie prowadzi do anulowania
transakcji. Co więcej, Talmud nakłada ograniczenia na działania, które
dziś nazwalibyśmy reklamą. I tak sklepikarz nie ma prawa dzieciom
wysłanym po zakupy rozdawać za darmo łakoci. Uważa się to za nieuczciwy
sposób przyciągania ich do sklepu. Z tego punktu widzenia reklama w dzisiejszym prawie świeckim jest traktowana po macoszemu, co w praktyce
prowadzi do nadużyć. Jak można obiecywać, że po jakichś tabletkach
schudniesz dziesięć kilo w dwa tygodnie? To oszustwo! Rabini z czasów
Talmudu zgodnie by taką obietnicę potępili.
Zwróć uwagę na to, że halacha, żydowskie prawo, nie jest na sto procent
kapitalistyczne. Ustanawia granice zysku, pilnuje uczciwości negocjacji
i sprawiedliwej konkurencji.
Regulacje są niesłychanie szczegółowe.
Nie masz pojęcia, jak bardzo! Przypuśćmy, że mamy ławkę na cztery osoby
i tyle osób na niej siedzi. Dosiada się piąta i ławka się łamie. Kto
jest winny i ma zapłacić za ławkę? Wszyscy czy tylko ostatnia osoba?
Ostatnia.
To łatwe, ale skomplikujmy sytuację. Mamy ławkę na trzy osoby, a siedzą
na niej cztery. Dosiada się piąta i ławka się łamie. Kto ponosi
odpowiedzialność? Ostatnia osoba czy również czwarta? A może wszyscy?
Czy te rozważania i zasady z Talmudu i z Szulchan aruch mają jakiś wpływ
na dzisiejsze życie? Czy są przestrzegane?
Oczywiście. Przestrzegają ich ludzie religijni wszystkich nurtów i odłamów: od ultraortodoksyjnych haredim po - w większym czy mniejszym
stopniu - Żydów reformowanych. Reszta zależnie od wiedzy, wrażliwości i od chęci. Niektórzy dobrze pamiętają przestrogę z Talmudu o pierwszym
pytaniu, które padnie na sądzie ostatecznym: "Czy byłeś uczciwy w biznesie?".
Mógłbyś mi podać przykład przepisu z Talmudu czy Szulchan aruch, który
wpływa dziś na konkretną sytuację?
Powiedzmy, że chcę sprzedać samochód. Dwa lata temu miałem wypadek.
Oddałem samochód do warsztatu, skąd wyszedł w idealnym stanie. Ale
jednak jest to pojazd po przejściach. Czy mam obowiązek poinformować o tym kupującego?
No i co, masz?
Myślę, że tak.
Jak dochodzisz do takiego wniosku? W czasach Talmudu czy Szulchan aruch
nie było przecież samochodów.
Rozumujemy przez analogię, szukając precedensu. Samochód można uznać za
odpowiednik jakiejkolwiek maszyny, a nawet krowy. Powiedzmy, że krowa
jest teraz zdrowa, ale cierpi na nawracającą raz do roku chorobę. Masz
obowiązek poinformować o tym kupującego. Możesz to obejść, przenosząc na
niego odpowiedzialność za zbadanie obiektu transakcji. Proszę bardzo,
weź samochód do warsztatu, krowę do weterynarza i sam sprawdź. To się
mieści w granicach uczciwości, choć lepiej samemu powiedzieć, co i jak.
Każdego dnia rodzą się nowe pytania. W razie wątpliwości człowiek zawsze
może zwrócić się do rabina, który nawet jeżeli nie zna odpowiedzi na to
konkretne pytanie, wie, gdzie jej szukać, i potrafi zinterpretować tekst
źródłowy. Poza tym mamy współczesne książki na ten temat, na przykład
"Business Ethics in Jewish Law" (Etyka żydowska w prawie biznesowym)
Edwarda Zippersteina.
Czy są jakieś zalecenia z tamtych czasów, które nie straciły na
znaczeniu?
Tak. Podam ci dwa przykłady. W Talmudzie dokładnie opisano, co człowiek
powinien zrobić ze swoim kapitałem. Ma go podzielić na trzy części,
jedną zakopać w ziemi - co było odpowiednikiem banku - drugą
zainwestować, trzecią trzymać pod ręką. Wydaje mi się, że niektórzy
nadal się stosują do tych zaleceń. Drugi przykład dotyczy prawa
budowlanego. Kupiłeś działkę, na której chcesz postawić dom, ale masz
sąsiada. Wedle halachy twój nowy wymarzony dom powinien zachować
minimalną odległość czterech łokci od murów jego posesji. To bardzo
współczesne spojrzenie na architekturę, które uwzględnia potrzebę
intymności i doświetlenia mieszkalnej przestrzeni.
A gra na giełdzie?
Myślę, że z giełdą jest jak z każdym biznesem, niesie ze sobą ryzyko,
inaczej nie byłoby milionerów. Z tym że gdy ktoś zupełnie nie zna zasad
rządzących giełdą, podejmuje ryzyko tożsame z hazardem. Ale są ludzie,
którzy na giełdzie zarabiają, i nie jest to kwestia szczęścia, lecz
sztuki w tym sensie, że zbierają informacje, przewidują trendy.
Wspomniałeś o hazardzie. Jest zakazany?
Wyobraź sobie, że nie całkiem. Czterysta lat temu włoski rabin Leon z miasta Modena miał na ten temat ciekawe przemyślenia. Przyznawał, że
lubi hazard i ma z tym problem. Pamiętasz naszą rozmowę o kubku?
Niezależnie od jej wyniku sytuacja była jasna: ktoś chce go sprzedać, a ktoś inny kupić. A jak jest z hazardem? Gdy grasz w pokera, to nie
chcesz przegrać. Tego samego nie chce twój partner. Intencje obu stron
wykluczają się wzajemnie, bo ktoś przegrać musi. Gdy jesteś górą i zgarniasz pulę, to jakbyś okradł przeciwnika. Przecież on nie miał
ochoty dać ci tych pieniędzy! To nie było w jego planach! Rabin Leon z Modeny był przeciwny hazardowi, ale nie ma formalnego zakazu.
A oszczędzanie? Czy człowiek powinien oszczędzać?
Są wątpliwości. Dwa tysiące lat temu idea oszczędzania miała inną
definicję niż dziś. Wychodzono z założenia, że człowiek powinien
pracować tylko tyle, by się utrzymać. W tym kontekście oszczędzanie
dotyczyło czasu, który poświęcasz na wykonywanie zawodu. Im mniej
pracujesz, tym więcej czasu zostaje ci dla rodziny i na studiowanie
Tory, a to są wartości nadrzędne. Oszczędzanie w naszym rozumieniu,
odkładanie jakiejś konkretnej sumy na potem, występowało w jednym
przypadku - należało zadbać o odpowiednie jedzenie na szabat.
W Europie szaleje inflacja. O tym problemie Talmud chyba nie wspomina?
Nie byłbym tego taki pewien. Coś w tym rodzaju pojawia się w naszych
tekstach, a nawet leży w centrum uwagi. Cztery tysiące lat temu, gdy
pszenica była podstawą pożywienia, wszyscy nią handlowali, a cena
zmieniała się z roku na rok w zależności od urodzaju. Pożyczyłeś sto
kilogramów pszenicy, a za rok jej cena wzrosła o dwadzieścia procent.
Czy musisz oddać też różnicę? Na ten temat toczyła się ożywiona
dyskusja. Oczywiście, jeżeli pożyczyłeś sto kilogramów, musisz oddać
tyle samo i już. Ale mogłeś pożyczyć te sto kilo z zaznaczeniem, że jest
warte tysiąc złotych. Wtedy powstaje pytanie, co jest ważniejsze: sto
kilo czy tysiąc złotych.
Z tego, co opowiadałeś o kubku, wynika, że ważniejsze jest sto kilo.
Zaraz, zaraz, to nie takie proste. To zależy, jaka była umowa: czy
pożyczyłeś tysiąc złotych na sto kilo pszenicy czy pszenicę o wartości
tysiąca złotych. To zasadnicza różnica.
A odsetki od pożyczki?
Nie bierze się odsetek. Tora zakazuje.
Sądzisz, że w starożytności ludzie rzeczywiście pożyczali bez odsetek?
Tego wymaga Tora, czy rzeczywiście tak robiono, nie wiem. Był inny
zwyczaj, który nie zdał egzaminu. Co siedem lat darowano długi, co
spowodowało, że przestano udzielać pożyczek. Rabin Hillel znalazł
wyjście z sytuacji, dzięki niemu nawet po upływie siedmiu lat wierzyciel
mógł dochodzić swoich praw przez sąd rabinacki.
Potem zrobiło się jeszcze ciekawiej, w tym sensie, że zapadły ważne
postanowienia. W miarę rozwoju gospodarki kredyty stały się podstawą
inwestycji, bez nich ani rusz. Wówczas rabini zmienili stosunek łączący
wierzyciela i dłużnika. Pożyczka zaczęła oznaczać wejście w spółkę, w której obie strony były partnerami, a inwestorowi - czyli pożyczkodawcy
- nie wypłacano odsetek tylko zysk.
Podstęp, żeby obejść prawo.
Tak. Gdy halacha, nasze prawo, hamuje rozwój i nie działa z korzyścią
dla człowieka, trzeba znaleźć sposób, by ludziom pomóc, ale zawsze w granicach samej halachy. To nie była łatwa decyzja, ale rabini ją
podjęli i tak postępujemy.
Dobrze, ale to znaczy, że Żydzi, którzy udzielali oprocentowanych
kredytów na przykład w średniowiecznej Anglii, nie przestrzegali Tory?
Ten zakaz obowiązuje tylko między Żydami. W naszej kulturze pożyczanie
jest micwą. Jeżeli mam pieniądze, to nie dlatego że jestem piękny albo
mądry, ale dlatego że dostałem dar od Boga, więc powinienem się
odwdzięczyć. Zapracowałem na moje pieniądze, oczywiście. Ale jeden
pracuje i jest na minusie, a drugi na plusie. Proszenie o procent
dowodzi pewnego braku wiary w Boga i braku wrażliwości.
A odsetki same w sobie, poza kontekstem micwy, nie są ani naganne, ani
niemoralne.
Pożyczałeś kiedyś komuś pieniądze?
Ja nie pożyczam, tylko daję.
Naprawdę?
Gdy ktoś prosi, mogę pożyczyć. Ale w moim mniemaniu to jest dar. Jeżeli
będzie chciał oddać, to cudownie, nie chcę jednak niepokoić się o zwrot,
więc tego nie oczekuję. To moje osobiste stanowisko, nie wynika z zasad
judaizmu.
Gdy to napiszemy, ludzie będą pchać się do ciebie po pożyczki na
wyścigi!
Zapraszam! Na własne ryzyko, bo to może szybko doprowadzić do tego, że
to ja będę prosił o wsparcie.
Życie to jeden wąski most
Wydaje mi się, że większość ludzi czegoś się boi. A ty?
Strach jest naturalną częścią życia. Czujemy go na przykład przed
poważną operacją. Dwa lata temu przeszedłem delikatny zabieg na serce,
przepychanie żył. Gdy się nie powiedzie, zakłada się bypassy. Dostałem
fantastyczny środek znieczulający, kardiolodzy o mnie walczyli, a ja na
jakiejś chmurce. Zadziałał tak dobrze, że miałem ochotę poprosić o litr
na zapas do domu. Leżałem w klinice w Aninie, jednej z dwóch najlepszych
w Polsce i jednej z najlepszych w Europie. Miałem wielkie zaufanie do
moich lekarzy. Zdawałem sobie sprawę z tego, że spoczywa na nich
dodatkowa odpowiedzialność - co to byłby za wstyd i skandal, gdyby
naczelny rabin Polski zmarł im na stole, i bardzo im współczułem. Ale
wszystko dobrze się skończyło.
W rezultacie bałeś się czy nie?
Nie jestem pewny. Pamięć jest zawodna. Być może zapominanie o przeżytym
strachu jest reakcją obronną. Za to jestem pewny, że od samego strachu
ważniejsze jest to, jak sobie z tą emocją radzimy.
Jak powinniśmy sobie z nią radzić?
Zależy, czego człowiek się boi. Podam ci trzy przykłady. Ktoś cię trzyma
na muszce i boisz się, że strzeli, idziesz na egzamin z dreszczem
strachu, że go nie zdasz, i planujesz oświadczyny. W pierwszym przypadku
strach jest usprawiedliwiony. Co możesz zrobić? Opanować się i próbować
przekonać furiata (który pewnie też się boi), by odłożył broń. Przed
egzaminem pooddychaj, dotleń się, jeżeli jesteś przygotowany, to jakoś
pójdzie. A oświadczyny to raczej nerwy niż strach, w końcu waży się
twoje przyszłe życie.
Strach często jest irracjonalny.
Mam lekką klaustrofobię, co odkryłem przy okazji rezonansu
magnetycznego. Wiem, że ten strach przed zamknięciem jest absurdalny,
ale nie mogę nic na to poradzić. Za pierwszym razem trafiłem na
znakomitą pielęgniarkę, która trzymała mój palec u nogi, co mnie
odprężyło. Następnym razem badanie miało trwać osiemnaście minut, a ja
miałem pozostawać w bezruchu, bez możliwości mierzenia upływu czasu.
Poprosiłem o muzykę. Przyjąłem, że każda piosenka trwa trzy minuty i jakoś zeszło. Innymi słowy, poszukałem wsparcia, by przetrwać próbę.
A co powiesz o kimś, kto boi się poprosić o podwyżkę w pracy?
Może znajdzie w biurze kogoś, kto się za nim wstawi? Poza tym istnieją
inne sposoby przekazania prośby oprócz bezpośredniej rozmowy - mail,
list, SMS. Mniej efektywne, ale dostępne. Powiedzmy, że szef potem
spyta: "Dlaczego ze mną nie porozmawiałeś?". Najlepiej odpowiedzieć
szczerze: "Byłem onieśmielony". Ktoś popatrzy na ciebie jak na dziwaka,
ale większość zrozumie. Masz wadę - jeżeli to wada - ale znalazłeś
sposób, by ją obejść.
Ludzie często wstydzą się swego strachu.
Ale dlaczego? Nie powinni. Nie powinno się go negować ani tłumić. To
struś wsadza głowę w piasek, człowieka stać na więcej. Wypieranie swoich
obaw nie sprawi, że znikną. Gdy ktoś złamie rękę, to się tego nie
wstydzi, tylko idzie do lekarza. Żadne ludzkie ciało nie jest całkowicie
zdrowe ani doskonałe, to samo można powiedzieć o duszy. Wiem, że to dziś
niemodne słowo, raczej używa się terminu psychika, ale w moich oczach
oba określenia mają tę samą wartość. Tak więc i ciało, i dusza niekiedy
wymagają leczenia. Gdy strach mu zbytnio doskwiera, człowiek nie
powinien się wahać przed wizytą u specjalisty. To żaden wstyd.
Po polsku mówi się strach ma wielkie oczy.
Czasami nawet bardzo wielkie. Człowiek potrafi wpaść w panikę, mając
powód lub bez powodu. Przedwczoraj spotkałem mężczyznę, który obawiał
się powrotu do domu, bo był pewny, że podrzuci mu się narkotyki albo
broń, żeby go aresztować. Nie wiem, na ile jego obawy były racjonalne, a na ile narodziły się w jego wyobraźni. On nie był w stanie jasno myśleć.
Są ludzie, którzy ze strachu nic nie robią. Boją się działać.
Cóż ci mogę na to odpowiedzieć? Chyba tylko jedno: błędu nie popełni
tylko ten, kto nic nie robi.
Ale strach paraliżuje.
Nie musisz walczyć ze wszystkimi swoimi obawami na raz. Posuwaj się
małymi krokami. Jeżeli boisz się przemawiać publicznie, wprawiaj się w małym gronie, które potem powiększysz. Kogoś, kto boi się wody, można do
niej wnieść na rękach, może to przełamie strach. Nie wierzę, by
napominanie typu "no i czego tu się bać!" mogło odnieść jakiś skutek. To
emocja jak wszystkie inne, którą trzeba zaakceptować, gdy ją się czuje.
Każdy musi znaleźć własny sposób na to, by żyć ze swoim strachem, być
może z czasem go oswoi. Prawdziwym wyzwaniem nie jest przeżywanie
strachu, lecz zrozumienie, na czym polega, i takie postępowanie, by nie
on rządził tobą, lecz byś ty rządził nim.
Istnieje coś takiego jak "syndrom oszusta". Człowiek, który odnosi
sukcesy, ma wewnętrzne przekonanie, że mu się nie należą, że jest nic
niewart.
Nie znałem tego określenia, ale fenomen nie jest mi obcy. To smutne, gdy
utalentowany człowiek ma niskie poczucie własnej wartości. Być może
przyjaciele mogą go podbudować.
Ludzie często boją się o przyszłość. Po pobycie w Japonii, gdy wróciłeś
do Nowego Jorku, nie miałeś pracy. Nie bałeś się, że jej nie znajdziesz?
Na szczęście miałem oszczędności, bo pracy szukałem przez pół roku. Nie
byłem bezczynny, dawałem wykłady, trafiały się jakieś inne dorywcze
zajęcia. Psychicznie gorzej znosiłem świadomość, że nie jestem aktywny,
niż brak zarobków. Nie bałem się o przyszłość, bo byłem pełen nadziei,
że coś znajdę. I lekko sfrustrowany oczekiwaniem. Skontaktowałem się z łowcą głów, by sprawdzić, czy nie znajdzie zajęcia z moimi
kwalifikacjami. Nie miał dla mnie żadnej oferty, ale tak mnie polubił,
że zaproponował posadę u siebie. Cieszyłem się, że pracuję, ale
wytrzymałem tylko półtora miesiąca, bo jednak to było dalekie od moich
priorytetów. Aż przypadkiem trafiłem na ciekawszą propozycję.
Miałeś szczęście. Ale co byś powiedział ludziom, którzy tracą pracę i długo nic nie znajdują?
Rozumiem te obawy, są naturalne, gdy człowiek walczy o zapewnienie sobie
bytu. Wiem, łatwo powiedzieć, tylko co robić, gdy nie dość, że nie można
znaleźć idealnej pracy, to brak takiej, która choćby zbliżała się do
ideału? Popatrzmy, co mówi o tym Talmud, a raczej co wynika z tradycji
żydowskiej. Wielcy rabini albo mędrcy nie oddawali się wyłącznie
rozmyślaniom, ale wykonywali też często konkretny zawód. Niektórzy byli
bogaci, inni nosili wodę, rąbali drzewo, naprawiali buty. Czy wielki
rabin może być szewcem? Jak najbardziej. Sposób, w jaki zarabiasz na
życie, nie świadczy o twojej mądrości. Tak jak przyjęcie pracy poniżej
kwalifikacji, byle uczciwej, cię nie poniża.
Teraz najbardziej boimy się wojny.
Gdyby człowiek myślał bez przerwy o tym, co może zajść strasznego, toby
zwariował. Ale nie zaszkodzi być przygotowanym na najgorsze. Na tej
samej zasadzie - gdy masz parasol, to być może nie spadnie deszcz, a gdy
go zapomnisz, to na pewno spadnie. To oczywiście żart, ale lepiej mieć
parasol i w bezdeszczową pogodę. W 2014 roku, w czasie aneksji Krymu,
moja mama w Stanach niepokoiła się o moje bezpieczeństwo. Uspokajałem ją
wtedy, jak umiałem, przekonując, że do Polski daleka droga. Najpierw
Rosja będzie chciała podbić Ukrainę, potem Mołdawię, państwa bałtyckie i dopiero potem nasza kolej, więc mamy jeszcze parę lat spokoju. Takie
wyciągnąłem argumenty, by ją podnieść na duchu. Dziś dalszy przebieg
wojny w Ukrainie jest poza naszym wpływem, ale pomoc, której Polska
udziela Ukrainie, utrudnia Putinowi jej podbicie. I z tego możemy być
dumni. Jeżeli ktoś jest bez reszty owładnięty obawą, że ta wojna
przyjdzie i do nas, to może przygotować, powiedzmy, trzy scenariusze
rozwoju sytuacji i plan postępowania na każdy z nich. Byle się nie
zamartwiać!
Oprócz wojny boimy się jeszcze katastrofy klimatycznej, która wydaje się
nieunikniona.
To niestety olbrzymi, prawdziwy, a nie wymyślony problem. I znowu powiem
to samo: banie się niczemu nie służy. Ludzkość ma plan, redukuje emisję
gazów cieplarnianych. Każdy może dołożyć do tego swoją cegiełkę:
segregować śmieci, zmniejszać zużycie plastiku, oszczędzać energię.
Jeden człowiek niczego nie zmieni, ale każdy powinien zaczynać zmianę od
własnego domu. Poza tym nie zapominaj, że uczymy się od siebie nawzajem
- gdy ktoś nabiera ekologicznych nawyków, rzutuje na innych: na
znajomych, sąsiadów. No i w końcu możemy głosować na polityków, którzy
rozumieją, że trzeba ratować planetę.
Czyli sposobem na strach jest działanie.
Człowiek nie powinien dopuścić do tego, by strach go paraliżował. Weźmy
na przykład Mojżesza. Pod jego wodzą, uciekając z Egiptu, Żydzi
docierają nad Morze Czerwone. Za nimi armia, przed nimi bezkres wód.
Mojżesz nie wie, co robić, i zaczyna się modlić. A Bóg na to: "To nie
czas na modlitwę! Idź dalej! Działaj!". I to jest bardzo żydowskie
podejście do życia.
Gałąź nauki zwana epigenetyką bada dziedziczenie międzypokoleniowe.
Ustalono, że trauma przodków może przejść na dzieci i wnuki, powodując
lęki, fobie, stany depresyjne. Co o tym myślisz?
Zgadzam się z tym, że trauma pozostawia ślad. Nikt ocalały z Holocaustu
nie wyszedł z tego bez szwanku, a jego niepokoje czy dziwne zachowania
mogą wpływać na całą rodzinę. Gdy przed wnuczką ukrywa się holocaustowe
przeżycia babci, to atmosfera w domu - niedomówienia, aura tajemnicy
wyczuwalnej nawet w tonie głosu - mogą oddziaływać na nią lękowo. Nie
znam badań genetycznych, o których mówiłaś, ale międzypokoleniowa
transmisja silnych emocji wydaje mi się możliwa. Tym bardziej że sam
wykazuję pewne zachowania, które nie wiadomo skąd mi się wzięły. Gdy
gdzieś jadę, zawsze muszę mieć przy sobie paszport, gotówkę i drobną
przekąskę, co uważa się za charakterystyczne dla tych, co przeżyli
Holocaust. Tyle że jestem na to za młody i nawet moi dziadkowie
wyemigrowali do Stanów przed wojną. Kilka lat temu byliśmy w Łodzi z Marianem Turskim i kilkoma innymi osobami. Wracaliśmy do Warszawy
minivanem. Wsiadamy do samochodu, a ja natychmiast zaczynam rozdzielać
swoje zapasy, częstując innych pasażerów. I Marian tak samo. Marian,
rozumiem, przeżył getto łódzkie, ale ja nie. Za wiele o tym słyszałem?
Być może. Ale zachowuję się tak, jakbym się obawiał, że czeka mnie głód.
A co powiesz o strachu przed utratą twarzy? O tym, co ludzie powiedzą?
Kilka lat temu moja mama przypomniała mi, że jako nastolatek mówiłem, że
muszę postępować odpowiedzialnie, by w dorosłym wieku nie wstydzić się
przed swoimi dziećmi. Z młodości żałuję tylko jednego: zdarzyło mi się
parę razy zerwać z dziewczyną bez słowa. Po prostu znikałem z horyzontu,
co musiało być dla nich nieprzyjemne. Jedną z moich byłych udało mi się
po latach przeprosić. Pamiętała, ale nie wydawała się przejęta.
W Japonii, gdzie mieszkałem przez parę lat, możliwość utraty twarzy
traktowano niezwykle poważnie. Gdy w życiu codziennym takie ryzyko nie
istniało, wszystko było dozwolone. I tak kierowcy prowadzili po
wariacku, bo za kółkiem byli anonimowi. Co więcej, wedle ankiety mego
przyjaciela z "Times Magazine" sto procent Japończyków za granicą
zdradzało żonę, ponieważ odległość gwarantowała dyskrecję. Obawa przed
tym, co ludzie powiedzą jako jedyny hamulec niewłaściwych zachowań i odpuszczanie sobie, gdy nie ma ryzyka wykrycia, wydają mi się moralnie
wątpliwe.
Przy panującej inflacji wszyscy obawiamy się spadku poziomu życia.
Ostatnio kupowałem łososia na gminny Pesach i jego cena nieprzyjemnie
mnie zaskoczyła. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze zasoby
finansowe boleśnie się skurczyły, ale spróbujmy popatrzeć na to inaczej.
Od lat jesteśmy przyzwyczajeni do rosnącego poziomu życia. Możemy
pozwolić sobie na coraz więcej, chociażby na egzotyczne podróże, które
jeszcze kilkanaście lat temu były dostępne tylko nielicznym. A teraz
pomyślmy. Może ten inflacyjny spadek dochodów nas czegoś nauczy albo do
czegoś się przyda. Czy naprawdę zamożny człowiek musi trzy razy do roku
spędzać wakacje w pięciogwiazdkowym hotelu? A czy mniej zamożny będzie
bardzo cierpieć, gdy zamiast ulubionego chleba kupi tańszy? I oto
dochodzimy do najważniejszego pytania: Czy sprawy materialne są
podstawowym źródłem szczęścia? Moja odpowiedź brzmi: nie. Co więcej,
uważam, że ograniczanie kosztów życia stwarza znakomitą okazję do
dokonania przewartościowania. Ogólnie jestem z życia zadowolony, a ostatnio zawarłem drugie małżeństwo, które mnie uszczęśliwiło i dobitnie
uzmysłowiło, co jest ważne, a co nie. Czy na kolację zjem łososia, czy
rybę z puszki, to bez znaczenia, bo wracając do domu, do Magdy, jestem w siódmym niebie na myśl, że znowu ją zobaczę. Nasz związek daje mi tyle
radości, że wszystkie inne kłopoty przy tym bledną. I tak powinno być.
Pozostaje tylko przypomnieć, jak Talmud określa człowieka bogatego:
bogaty cieszy się tym, co ma.
Czy widzisz jakąś pozytywną rolę strachu?
Dziecko boi się ognia, i słusznie, bo dzięki temu zachowuje ostrożność.
Dorosły też ma swój ogień - boi się kary. Nie będzie na przykład kradł w sklepie z obawy, że go złapią. Lepiej, gdyby tego nie robił dla zasady,
ale powstrzymywanie się od złego nawet z mało chwalebnego powodu to już
coś. Talmud wyróżnia ludzi, którzy po prostu kochają Boga, i tych,
którzy go kochają ze strachu. Ten drugi powód również nie jest zbyt
chwalebny, ale sprawia, że człowiek się stara, a to już coś. Strach, gdy
odwodzi od złego, gra pozytywną rolę. W podobny sposób, w zależności od
motywacji, rabini wyróżnili dwa rodzaje micw: takie, które się spełnia
bez oczekiwania na nagrodę, i takie, które mają na widoku jakąś korzyść.
Czy te ostatnie są mniej wartościowe? Niezupełnie. Obojętnie, z jakiego
powodu, grunt, że człowiek stara się postępować właściwie. Czy to będzie
strach, czy własna korzyść, każda motywacja z czasem może przerodzić się
w swoją szlachetniejszą wersję, ponieważ człowiek zmienia się i dojrzewa.
Czy pojęcie strachu przewija się w tradycji żydowskiej?
Wydaje mi się, że większość Żydów zna nigun - rodzaj chasydzkiej
chóralnej przyśpiewki - Nachmana z Bracławia. W tłumaczeniu z jidysz
brzmi to tak: "Cały świat to jeden wąski most, wąski most, wąski most.
Ale najważniejsze jest to, by nie bać się, nie bać się wcale".
Piękne! A jak interpretujesz te słowa?
Wąski most symbolizuje życie, które przynosi trudne sytuacje:
psychologiczne, finansowe, osobiste. Człowiek nie powinien się ich
obawiać, ale stawiać im czoło.
Ja powiedziałabym, że wąski most to taki, który rozciąga się nad
przepaścią. Życie samo w sobie jest przerażające.
Nie powiedziano, jak wysoki jest ten most, może wisi tuż nad ziemią.
Jest wąski, więc obiektywnie mamy czego się bać, ten nigun tego nie
neguje, ale nawołuje do odwagi.
Będę się upierać, że najtrudniej jest stawić czoło tej przepaści
przeczuwanej pod mostem, która symbolizuje lęk egzystencjalny, składową
kondycji ludzkiej.
Czy to odnosi się do wszystkich ludzi? Nie jestem przekonany. Może tylko
do tych, którym brak pewności siebie.
Ty lęku egzystencjalnego nie znasz.
Chyba nie. Ja się boję prawdziwych rzeczy. Na przykład czy zdążę na
samolot, bo niestety mam tendencję do spóźnień. Życie nie musi wzbudzać
przerażenia.