1
Lato, czyli świetny początek - triumfy w superpucharach
Latem 2017 roku w Realu rozpoczęło się czyszczenie szatni. Bez wielkiego żalu pożegnano się z dwoma zawodnikami, którzy generalnie rozczarowali w poprzednim sezonie - Álvaro Moratą oraz Jamesem Rodríguezem. Istotnie, ani jeden, ani drugi nie wywalczył miejsca w wyjściowym składzie, ale Morata w lidze jako rezerwowy strzelił 15 goli, a James osiem! Pozbycie się tych graczy wydawało się więc ruchem ryzykownym, może nawet ryzykowniejszym niż oddanie za darmo do Beşiktaşu Pepe, który w poprzednim sezonie rozegrał w lidze tylko 12 meczów, by wreszcie ustąpić miejsca w jedenastce Raphaëlowi Varane'owi. "Z nimi wszystkimi mieliśmy bardziej doświadczony zespół, a doświadczenie jest ważne" - skomentował te ruchy najwyraźniej niezbyt nimi zachwycony Cristiano Ronaldo.
Za Moratę Chelsea zapłaciła 66 milionów euro, za wypożyczenie Jamesa Bayern wyłożył aż 13 milionów, więc z biznesowego punktu widzenia były to korzystne transakcje. Ale może właśnie dlatego, że ławka została tak osłabiona, w nadchodzącej kampanii Real miał sromotnie polec w walce o mistrzostwo Hiszpanii i Puchar Króla? Może do zajęcia przynajmniej drugiego miejsca na mecie La Liga zabrakło owych 23 bramek? Może pozbawionym jakościowych zmienników gwiazdorom nie starczyło już sił, by na pełny gaz walczyć na krajowych arenach? Nigdy się tego nie dowiemy, ale tamtej nauki nie wolno lekceważyć - wielki klub musi mieć dobrych rezerwowych, którzy nawet jeśli często zawodzą, to jednak od czasu do czasu potrafią przesądzić o zwycięstwie w trudnym meczu, gdyż nie odstają zanadto poziomem od liderów ekipy. To stara, ale często ignorowana prawda.
Z nowych zawodników wymienić należy tak naprawdę tylko dwóch: zakupionego z Atlético za 24 miliony lewego obrońcę Theo Hernándeza oraz sprowadzonego z Betisu za 16,5 miliona pomocnika Daniego Ceballosa. Obaj oceniani byli wtedy jako bardzo zdolni, ofensywni, techniczni gracze wprost stworzeni dla Los Blancos. Wydawało się, że ściągając ich, Real zrobił świetny interes. Łącznie latem 2017 roku madrytczycy zarobili na transferach 132,5 miliona euro, a wydali tylko 40,5 miliona.
Pretemporada nie zwiastowała wielkiego sezonu. Real podczas tournée po Stanach Zjednoczonych zremisował 1:1, a potem przegrał po karnych z Manchesterem United w Santa Clara, w Los Angeles z Manchesterem City (1:4) i w Miami z Barceloną (2:3), a więc uległ obu rywalom, z którymi niebawem miał toczyć boje o superpuchary.
Najpierw na Los Blancos czekał Manchester United, prowadzony przez José Mourinho, który triumfował w poprzednim sezonie w Lidze Europy. Portugalczyk oczywiście nie zaniechał przed meczem przeciwko swej byłej ekipie charakterystycznych dla siebie brudnych gierek. Wypalił na przykład, że gdyby był Garethem Bale'em, to nie zagrałby przeciwko United, bo przecież na horyzoncie rysuje mu się bardzo korzystny transfer do klubu z Old Trafford. Dodał, że jeśli Walijczyk wystąpi, to przestanie go interesować jako kandydat do zespołu. "Nie obchodzi mnie, co mówi Mourinho. Stara się dodać benzyny własnej ekipie. Bale miał trudny koniec poprzednich rozgrywek, przez cztery miesiące nie było go z zespołem, ale teraz jest w pełni zaangażowany w przygotowania do nowego sezonu i nie wspomina o tym, że chce odchodzić" - odpowiedział na te zaczepki Zizou. "Finał Superpucharu Europy z tym rywalem to dla nas prawdziwe spotkanie z historią, dlatego nie zawiedziemy" - zapewniał Sergio Ramos, a Marcelo, zapytany o różnice między Mou a Zidane'em, stwierdził krótko: tytuły. Okazało się, że była to trafna prognoza.
Choć wynik 2:1 tego nie oddaje, 8 sierpnia w Skopje Real okazał się zdecydowanie lepszy od Czerwonych Diabłów, a gole dla madrytczyków strzelili Casemiro w 24. i Isco w 52. minucie (dla MU w 62. minucie trafił Lukaku). Zidane zaskoczył ustawieniem 4-4-2 oraz składem, w którym pierwszy raz za jego kadencji zabrakło Cristiano Ronaldo. Choć Portugalczyk miał dłuższe niż koledzy wakacje i odbył tylko trzy treningi z zespołem, to dzień przed meczem Zizou mówił, że gwiazdor może zagrać od początku, gdyż fizycznie prezentuje się tak jak podczas ostatniego finału Ligi Mistrzów. A jednak Francuz zatrzymał Ronaldo w rezerwie. Już w drugiej minucie bliski strzelenia gola był Bale. A potem rozpoczął się koncert Casemiro, który po akcji Carvajala i świetnym uderzeniu lewą nogą mógł strzelić już swojego trzeciego gola, bo wcześniej wypracował sobie dwie dobre pozycje - na przykład w 15. minucie trafił w poprzeczkę. Manchester oglądał piłkę tylko z daleka. Po golu na 2:0 - autorstwa Isco, asystował zaś Bale - oraz uderzeniu w poprzeczkę przez Walijczyka chwilę później inicjatywę przejął MU. Znakomicie spisywał się jednak Keylor Navas, który obronił dwa groźne strzały Paula Pogby i został bohaterem numer dwa Realu w tym meczu. Bardzo chwalono też Isco.
Tak oto w piątym finale za kadencji Zidane'a Real odniósł piąte zwycięstwo i po raz czwarty zdobył Superpuchar Europy. Media pisały o najlepszej na świecie czteroosobowej linii pomocy CKIM. Zidane zaś powiedział: "Rozegraliśmy perfekcyjny mecz, choć w końcówce musieliśmy trochę pocierpieć, co jest jednak normalne w starciach z tak silnymi rywalami. Do 70. minuty w pełni kontrolowaliśmy przebieg spotkania. Wysoki pressing powodował, że przeciwnik w ogóle nie mógł grać w piłkę. Szkoda, że Bale nie trafił na 3:0, bo mecz by się skończył, a tak pojawiły się problemy. Moi zawodnicy wciąż mają ambicję, by w każdym spotkaniu zagrać lepiej niż w poprzednim. Ich głód kolejnych trofeów jest wspaniały!".
Następnie nadszedł czas na Superpuchar Hiszpanii z Barceloną. Oba sierpniowe klasyki w 2017 roku miałem okazję oglądać na żywo, gdyż zostałem wysłany wraz z Rafałem Wolskim przez Canal+ Sport do Hiszpanii, by je skomentować. Na Camp Nou Real, który po raz pierwszy nie zagrał tam w białych koszulkach, wygrał 3:1, u siebie natomiast 2:0, ale wyniki te nie oddają masakry, jaką Los Blancos urządzili rywalom w obu meczach. Może triumf na stadionie Barcelony przyszedł im tak łatwo, ponieważ - jak ustalono po spotkaniu - 65 procent widzów na trybunach stanowili turyści? Wynikało to zarówno z letniego oblężenia stolicy Katalonii przez gości, jak i z polityki klubu, który chciał rozprowadzić jak najwięcej drogich biletów i dlatego karnet na cały sezon dla socios nie upoważniał do wejścia na mecz z Realem. Widownia licząca 89 tysięcy osób - co nie było bynajmniej jakąś wyjątkową liczbą na Camp Nou - zapewniła najwyższy w historii dochód w wysokości około dziesięciu milionów euro. Tyle że na trybunach było równie dużo zagranicznych fanów Barçy, co Realu, bo przecież na zwiedzanie do Ciudad Condal przyjeżdżają sympatycy obu zespołów. "Marca" pisała, że obiekt Barcelony nigdy nie był tak biały, a Andrés Iniesta stwierdził, że reakcje kibiców na udane zagrania Realu wydawały mu się dziwne.
Atmosfera na Camp Nou była znakomitą ilustracją przetaczających się wówczas przez Barcelonę protestów mieszkańców miasta przeciwko najazdowi turystów. Real zaś świetnie potrafił wykorzystać sprzyjający mu klimat, choć o jego zwycięstwie zadecydowały przede wszystkim czynniki czysto piłkarskie. Przy czym do 50. minuty i samobójczego gola Gerarda Piqué na 0:1 różnica między rywalami nie rzucała się specjalnie w oczy, a momentami Barça była nawet trochę lepsza. Potem Messi wyrównał z karnego, gospodarze rzucili się do ataku, lecz dwie kontry Realu zakończyły się niezwykłymi strzałami Cristiano Ronaldo oraz Marco Asensio, którzy pojawili się na boisku w drugiej połowie.
CR7 na pewno zapamięta ten mecz na zawsze. Najpierw w 80. minucie dostał pierwszą żółtą kartkę, za zdjęcie koszulki po golu, a w 82. minucie drugą, za nurkowanie, lecz w tym przypadku sędzia Ricardo de Burgos Bengoetxea popełnił poważny błąd, bo Samuel Umtiti naprawdę pomógł Portugalczykowi w upadku. Nic dziwnego, że Cristiano gorąco protestował. Nieco jednak przy tym przesadził - popychając sędziego, naruszył zasadę nietykalności arbitra. Dostał za to zachowanie cztery mecze dyskwalifikacji i można uznać, że potraktowano go łagodnie, bo groziło mu nawet 12 spotkań kary. Piąty mecz dorzucono mu za czerwoną kartkę samą w sobie, więc początek rozgrywek Portugalczyk miał z głowy i gdyby chciał, mógłby wrócić na wakacje.
Real grał z kontry, Barça osiągnęła posiadanie piłki na poziomie 61,6 procent. Zespół Zidane'a poradził sobie bez pauzującego za kartki z poprzedniego sezonu Modricia. Świetnie zagrał Isco (doprawdy warto pamiętać, że dwa trofea zdobyte w sierpniu 2017 roku Real w dużej mierze zawdzięcza właśnie jemu) oraz pilnujący Leo Messiego Mateo Kovačić. Najgorsi na boisku okazali się Benzema i Bale, tworzący parę napastników w systemie 4-4-2, przygotowywanym przez Zizou na zaczynający się sezon. Francuski trener potraktował ich jednak odmiennie. Trzy dni później, 16 sierpnia, Benzema znów znalazł się w pierwszej jedenastce i spędził na boisku 90 minut, podczas gdy Walijczyk nie podniósł się z ławki rezerwowych.
W Madrycie przewagę na trybunach mieli oczywiście fani Realu, bo to miasto nie przyciąga tylu turystów co Barcelona. Na meczu w dużej liczbie pojawili się też kibice Los Blancos z Polski. Ustawili się przed wejściem na główną trybunę Santiago Bernabéu i machając szalikami, krzyczeli: "Hala Madrid! Hala Madrid!", co wzbudziło konsternację u innych fanów, szczególnie u miejscowych, gdyż w Madrycie jako żywo nikt nie zachowuje się tak, jak to jest normą w Polsce. Real, grający tym razem w o wiele bardziej pasującym Benzemie systemie 4-3-3, wygrał pewnie 2:0 po golach Asensio w 4. minucie i Benzemy w 39. Gospodarze dominowali przez cały mecz, choć wystąpili bez Isco. Pierwsza połowa należała do największych popisów zawodników Realu w erze Zidane'a - mieli piłkę przez prawie dwie trzecie czasu gry i niemal nie dali jej powąchać rywalom. Wychodziły im też najtrudniejsze kombinacje. Tomás Roncero z "Asa" napisał: "Nie budźcie mnie" - bo też gra madrytczyków była jak ze snu. O Asensio, który znów strzelił zjawiskowego gola, ten sam dziennikarz napisał, że w 2020 roku zdobędzie Złotą Piłkę, co dobrze ilustruje, jak szacowano wówczas skalę talentu tego zawodnika i otwierające się przed nim perspektywy.
Po efektownej wygranej w dwumeczu z Barceloną madrycka prasa wpadła w euforię. Na serio stawiano pytanie, czy aby obecna drużyna pod wodzą Zinédine'a Zidane'a nie jest najlepsza w historii klubu. Jesús Sánchez na łamach "Marki" twierdził, że trzykrotne wygranie Ligi Mistrzów w latach 2014, 2016 i 2017 było o wiele trudniejsze niż sześć triumfów z lat 50. i 60., a to ze względu na znacznie silniejszą obecnie konkurencję. Co jednak z zespołem z lat 1998-2002? Tylko Zidane zachowywał chłodną głowę. "Nie czas na euforię. Najtrudniejsze dopiero przed nami" - powiedział. Przyznał jednak, że u progu sezonu mierzy się w zasadzie z jednym problemem: bogactwa, jeśli chodzi o ludzi do gry.
Dla Barcelony natomiast ów dwumecz też okazał się brzemienny w skutki. Po tak wyraźnej i źle rokującej na sezon ligowy porażce zebrał się sztab kryzysowy i uradził, że 222 miliony otrzymane właśnie od PSG za Neymara należy natychmiast wydać. Blaugrana bez targów kupiła więc Coutinho oraz Ousmane'a Dembélé (a na pniu wzięto także Paulinho). Dziś wiemy, że nie była to mądra decyzja - to przez nią Barça popadła w wielki kryzys finansowy, co prawdopodobnie na pewien czas usunęło ją z drogi Realu w walce o zaszczyty w Lidze Mistrzów. Gdyby w sierpniu 2017 roku madrytczycy nie byli w tak znakomitej formie, historia Barcelony na pewno potoczyłaby się inaczej, a Real miałby trudniej.