Rażony geniuszem - Padgett Jason, Seaberg Maureen

Reflow text when sidebars are open.
Choć nigdy nie spotkałam nikogo takiego jak Jason Padgett, przypomina mi brata, sąsiada, listonosza, sprzedawcę z delikatesów za rogiem. Jest miłym, uprzejmym, prawdziwym facetem z najbardziej niezwykłymi doświadczeniami - jakby obudził się któregoś ranka i połknął Słońce.
Bardzo żywo zareagowałam na jego historię, kiedy tylko o nim usłyszałam i kiedy wymienialiśmy się pierwszymi mailami; cierpliwie odpowiadał na moje pełne niedowierzania pytania (tak, doznał urazowego uszkodzenia mózgu podczas pobicia; nie, wcześniej nie potrafił tak rysować) i szczegółowo opisywał swoje przeżycia, a one sprawiały, że co chwila rozdziawiałam usta ze zdziwienia. Ale tak naprawdę przekonały mnie jego otwartość (byłam przecież zupełnie obcą osobą), ciepło, pasja i optymizm, jakimi nasycał nawet najdrobniejszy element swojej opowieści. Dwa tygodnie później, gdy po raz pierwszy się spotkaliśmy, mój los został przypieczętowany.
Było jasne, że wyleczył się już z agorafobii, odzyskał też radość z obcowania z innymi, i niezależnie od tego, czy rozmawiał z podającym nam lunch kelnerem, neurologiem, z którym zetknął się kilka miesięcy potem, czy ze mną, był sympatyczny, spokojny, a przede wszystkim inspirujący. Nie mogło trafić na milszego, bardziej otwartego i bardziej niewinnego człowieka. Przetrwał lata pozbawiony poczucia bezpieczeństwa, przepełniony paranoją, lękiem, i wrócił do swego prawdziwego "ja": magnetyczny urok, świadomość celu i sensu życia, podtrzymywanie mnie na duchu - to jego cechy. Każdy, kto widzi Jasona, rozmawia z nim przez telefon czy obserwuje podczas wystąpień publicznych, po kilku sekundach każdy dostrzega jego wrodzoną dobroć, której napad i pobicie nie zdołały zniszczyć, i zaczyna patrzeć na świat z takim jak on zachwytem.
Kiedy Jason zgodził się ze mną, że należy opowiedzieć o tym, co mu się przydarzyło, przyznał też, że nie pisze za dobrze i niespecjalnie interesuje się kwestiami, które nie dotyczą jego ukochanej matematyki. Nigdy nie przykładał się do nauki języka ojczystego, a umiejętności, jakie zdążył posiąść, po napaści zdecydowanie zanikły - jako skutek uboczny urazowego uszkodzenia mózgu. (Powinnam podkreślić, że z ogromnym wdziękiem podaje tysiące podobnych informacji). Ja z kolei potrafię pisać i zapragnęłam przedstawić tę poruszającą historię. Od dziecka mam synestezję - to taki mechanizm neurologiczny powodujący splatanie doznań zmysłowych - ale nigdy nie zetknęłam się z synestezją matematyczno-doświadczalną, jakiej doznał Jason.
Niektóre z elementów układanki były dla nas wspólne, więc postanowiliśmy razem poskładać te puzzle. Na kolejnych stronach zabrzmi głos Jasona, choć we dwoje opowiadamy, co się wydarzyło.
Pracując nad tą książką, Jason i ja przemierzyliśmy tysiące kilometrów, spotykaliśmy się w Nowym Jorku, Szwecji, Wisconsin i Waszyngtonie. Setki godzin spędziliśmy, wisząc na telefonie i mailując. Zastanawialiśmy się nad strukturą kosmosu i świadomości, nad życiem jako takim, prowadząc rozmowy, jakie można usłyszeć nocą na korytarzach akademików. Dużo się śmialiśmy, ale i płakaliśmy. Tysiące razy odczuwałam na nowo pokorę i natchnienie. Dziękuję Elenie, żonie Jasona, i jego córce Megan, że pozwoliły mi poznać tak wspaniałego człowieka, a Wam - zgłębić jego historię.
Gdybyście mogli spoglądać na świat moimi oczami, zobaczylibyście, jaki jest doskonały, ile w nim porządku, jakie struktury kryją się nawet w najdrobniejszych szczegółach. Tak często dotyka nas zło - ja też dostrzegam przemoc, choroby, rozprzestrzeniające się ubóstwo - ale sam wszechświat, wszystko, czego możemy dotknąć, wszystko, czym jesteśmy, składa się z najpiękniejszych kształtów geometrycznych. Wiem, bo widzę je przed sobą. W następstwie urazowego uszkodzenia mózgu, będącego skutkiem pobicia, od ponad dziesięciu lat mogę dostrzegać te kształty. Zmiana w postrzeganiu jest właściwie zmianą w sposobie funkcjonowania mojego mózgu, następstwem obrażeń i niezwykłego, w dużej mierze całkowitego powrotu do zdrowia. Zupełnie nagle te kształty po prostu się pojawiły, tu i teraz, a ja zdałem sobie sprawę, że obrażenia, jakich doznałem, zaowocowały rzadkim darem. Mam szczęście, że przeżyłem, ale istnym cudem - tym, co naprawdę mnie ocaliło - okazało się poznanie matematycznej magii wszechświata, tego czaru, który mną zawładnął.
*
W Tacoma w stanie Waszyngton, gdzie mieszkam, jest park, po którym lubię spacerować rano, przed pracą. Widzę drzewa rosnące wzdłuż ścieżek, gałęzie, korę - jak każdy - ale dostrzegam też plan geometryczny, któremu są podporządkowane. Widzę trójkątne kształty wyłaniające się z liści, przywodzące na myśl twierdzenie Pitagorasa - jakby unosiło się w powietrzu, po raz kolejny potwierdzając to, co grecki filozof i matematyk sformułował tysiące lat temu: suma kwadratów przyprostokątnych jest równa kwadratowi przeciwprostokątnej. Nie potrzebuję kalkulatora, żeby wiedzieć, iż równanie, które większość nas poznaje w szkole (a2 + b2 = c2), jest prawdziwe. Od razu dostrzegam to w otaczających mnie drzewach. Dla mnie drzewo to coś więcej niż jego forma geometryczna, ale sama geometria to także znacznie więcej, niż sądzi część ludzi. Myślę, że jest wszystkim.
Czytałem, że Galileusz, włoski astronom, matematyk i fizyk (a także jeden z moich bohaterów), stwierdził, iż nie zrozumiemy wszechświata dopóty, dopóki nie poznamy jego języka. Powiedział tak: wszechświat jest księgą napisaną językiem matematyki, a jego alfabet tworzą trójkąty, koła i inne figury geometryczne, bez których poznania nie można odczytać ani jednego słowa.
Dla mnie brzmi to prawdziwie. I oto ten sekretny język świata rozciąga się przed moimi oczami.
Lekarze utrzymują, że w następstwie obrażeń w moim mózgu nie powstało nic nowego. Raczej ujawniły się wrodzone, lecz dotąd uśpione zdolności. Taką teorię wysnuł psychiatra Darold Treffert, uznawany za najlepszego na świecie specjalistę od sawantów: tych, którzy sawantami się urodzili, i tych, którzy się nimi stali. Zajmował się nieżyjącym już Kimem Peekiem - pierwowzorem bohatera filmu Rain Man - megasawantem, który znał na pamięć dwanaście tysięcy książek, w tym Biblię i Księgę Mormona, ale jego rozwój był tak zaburzony, że nawet przy najprostszych czynnościach musiał mu pomagać ojciec. Kiedy poznałem doktora Trefferta, u niego w domu w Fond du Lac w stanie Wisconsin, powiedział, że te wrodzone zdolności można przyrównać do "fabrycznych ustawień sprzętu", że są czymś w rodzaju "pamięci genetycznej". Rozmawiał ze mną w swoim szpitalnym gabinecie oraz u siebie w domu i uznał, że moja nabyta synestezja i nabyty syndrom sawanta są oczywiste. Uważał, że każdy z nas ma te nadzwyczajne umiejętności drzemiące tuż pod skórą, tak jak ptaki z natury wiedzą, jak formować klucz w locie, a ryby - jak pływać w ławicy. Czemu umysł tłumi te niezwykłe zdolności, pozostaje zagadką, ale niekiedy - gdy mózg jest chory lub dozna uszkodzenia - zmniejsza kontrolę i uwalnia wewnętrznego geniusza.
A zatem: to nie jest opowieść tylko o mnie. To opowieść o mocy ukrytej w każdym z nas.
*
Każdego ranka najpierw idę do łazienki i odkręcam kran, żeby umywalka się napełniła. Patrzę, jak leci woda, i zastanawiam się, czemu nie wydaje odgłosu brzdąkania na ciasno ułożonych strunach. Dla mnie płynąca woda tworzy specyficzną strukturę o geometrycznych kształtach, drgającą z określoną częstotliwością. Gdyby środkowy strumień udało się zamrozić, zobaczyłbym sieć, ale utworzoną raczej z maleńkich kryształów niż z pajęczej nici. Gdybym mógł ją usłyszeć po zamrożeniu, brzmiałaby jak dzwonienie okruchów szkła spadających na dno zbiornika. Lubię zaczynać dzień z wodą. Przecieka mi przez palce, ale niezmiennie daje ukojenie.
Patrzę w lustro, sprawdzam, czy nie mam za długich włosów. Teraz wolę krótko obcięte. Sięgam po szczoteczkę i liczę, ile razy przesunę nią pod strumieniem, myjąc zęby. Musi być szesnaście. Nie wiem, dlaczego wybrałem akurat tę liczbę, ale tkwi w mojej głowie niczym adres z kodem pocztowym. Usiłuję zbytnio tym się nie przejmować i wracam pamięcią do intrygujących sieci tworzonych przez wodę, starając się zapamiętać wszystkie kąty nachylenia, by później móc je narysować. Prawdopodobnie spędzę całe godziny z ołówkiem w ręce i linijką, przenosząc na papier każdy fragment wyraźnej symetrii.
Potem idę do salonu i odsuwam zasłony. Jeśli jest ładna pogoda, czeka mnie prawdziwy spektakl: słońce przebija się przez drzewa, tworząc miliony lśniących plamek, zupełnie jakby liście były ostrzami tnącymi światło na miliony diamentów. Promienie rozpraszają się wśród listowia, oplatając je świetlistą siecią. Obserwując to, zawsze myślę o słynnym eksperymencie z fotonami przechodzącymi przez dwie blisko siebie położone szczeliny, w którym światło zachowuje się jednocześnie jak cząsteczka i jak fala. Znajomi mówią, że dla nich to po prostu słońce przeświecające przez drzewa. Już prawie nie pamiętam, kiedy postrzegałem świat tak jak większość ludzi.
Kiedy niebo jest zachmurzone i zanosi się na burzę, większą uwagę zwracam na miotane wiatrem gałęzie. Wykonują ruchy tnące, oddzielone jeden od drugiego, co przypomina serię klatek z filmu, z czarnymi liniami wyodrębniającymi poszczególne ujęcia. Początkowo na ten widok dostawałem zawrotów głowy i musiałem przytrzymać się krzesła lub oprzeć o ścianę. Już przywykłem, chociaż niekiedy jeszcze kręci mi się od tego w głowie.
Teraz przechodzę do kuchni i szykuję kawę. To jeden z moich nawyków, ale za każdym razem, gdy obserwuję, jak wlewane mleko wiruje w naparze, jestem przejęty. Doskonała spirala jest dla mnie bardzo ważnym kształtem. To fraktal - powtarzalna forma geometryczna występująca wszędzie w przyrodzie, od muszli nautilusa po Drogę Mleczną. Nagle to nie tylko moja poranna filiżanka kawy - tak wspaniałej, jak tylko Pacific Northwest być może - ale też geometria, która znów do mnie przemawia. I nigdy nie nuży.
Siadam przy kuchennym stole i dodaję coś do szkicu, nad którym akurat pracuję. Ostatnio to spirale z mleka i kawy. Jestem prawdziwym perfekcjonistą i mogę rysować, godzinami nie ruszając się z miejsca, choć zwykle szkicuję, dopóki nie nadejdzie czas, by wyjść do pracy. Kiedy zbliża się pora, wkładam "mundur": zapinaną na guziki koszulę i dżinsy. Lubię wyglądać na profesjonalistę, ale nie należę do tych, co to noszą garnitury, poza tym w pracy często muszę a to przenieść jakiś ciężar, a to coś naprawić. Upewniam się, czy dobrze zamknąłem drzwi. Zawsze wracam, potem jeszcze raz, i jeszcze, by sprawdzić zamki. Dopiero wtedy mogę ruszyć dalej.
Przeważnie rano podrzucam do szkoły Elenę, moją żonę. Robiłem tak od zawsze, bo chcę spędzać z nią jak najwięcej czasu, ale też dla jej bezpieczeństwa. Do niedawna mieszkaliśmy w pobliżu stołówki dla bezdomnych i choć lubiłem właścicieli, to niektórzy "klienci" byli typami spod ciemnej gwiazdy. Bywało, że musieliśmy się wręcz przedzierać przez uliczkę biegnącą obok naszego domu, by dostać się do samochodu. Ja dałbym sobie radę, ale nie wiem, co bym zrobił, gdyby ktoś skrzywdził Elenę. Zdarzało się, że bezdomni czekali na naszym ganku, aż otworzy się stołówka. Pewnego dnia potknąłem się o faceta śpiącego pod drzwiami. Jęknął, ale nawet nie drgnął.
Niedaleko mieściło się też więzienie i na naszej ulicy było pełno biur poręczycieli, pomagających wyjść za kaucją, i kancelarii adwokackich, a gros przechodniów stanowili ci, którzy potrzebowali takich usług. Wielu z nich należało do gangów i najczęściej oskarżani byli w związku z handlem crackiem i amfetaminą, istną plagą, jaka opanowała stan Waszyngton. Mieszkałem tam dwanaście lat i niektórych już rozpoznawałem - pojawiali się co pewien czas, byli recydywistami. Nawet nazwa knajpki z kanapkami odzwierciedlała atmosferę okolicy: 911 Deli, przypominając faceta, który zadzwonił pod numer alarmowy 911, bo wydawało mu się, że w delikatesach źle mu szykowali kanapkę. Popołudniowe posiłki nie były największym problemem w sąsiedztwie.
Miejsce nam odpowiadało, bo oboje z Eleną chodziliśmy do pobliskiego college'u. Elena uczyła się handlu i przedsiębiorczości, a ja wróciłem do szkoły, by zgłębiać matematykę i fizykę. Rzuciłem naukę wiele lat przed pobiciem, bo miałem słabe stopnie, a lekcje po prostu mnie nie interesowały. Po powrocie dotrwałem do drugiego roku college'u, ale kilka lat temu ponownie musiałem przerwać studia, by zająć się własnym zdrowiem i rodzinnym biznesem. Niedawno znów się zapisałem. Nauczyciele są zdania, że mam niewytłumaczalną wiedzę teoretyczną, wziąwszy pod uwagę, że nigdy nie studiowałem żadnej z obecnie inspirujących mnie dziedzin, ale wciąż muszę uzupełniać luki w kwestiach podstawowych. Chociaż bez trudu pojmuję matematyczną naturę wszechświata, brak mi zaplecza, które pozwoliłoby mi ująć to w słowa. Ale naprawdę cieszę się, że chodzę do szkoły. Pierwszy raz w życiu poważnie traktuję własną edukację.
Kiedy rano jadę samochodem - teraz wyruszam z Browns Point - wtóruję piosenkom dobiegającym z radia i usiłuję skupić się na prowadzeniu, choć tak wiele rzeczy rozprasza moją uwagę. Bez przerwy obserwuję światła odbijające się na samochodach, na moim też, bo wydaje mi się, że sygnalizują coś, co dotyczy względnej szybkości poszczególnych wozów. Długość światła pomiędzy kolejnymi samochodami widzę jako następujące po sobie nieruchome klatki filmu, przypominające krótkie włókno - kiedy obiekty poruszają się szybciej, strumień światła jest dłuższy. W szkole dowiedziałem się, że obraz, który dostrzegam, może być podręcznikowym opisem przyjętych teorii dotyczących pochodnych miejsca i prędkości, co w fizyce prowadzi do pojęcia przyspieszenia. Bardziej polegam na tych wizjach niż na zapalających się światłach hamowania - i na wizje reaguję. Kształt samego nieba, na które spoglądam przez szyby samochodu, też może rozpraszać. Zakrzywienie sklepienia przypomina mi pi, liczbę niewymierną, którą otrzymujemy, gdy obwód koła podzielimy przez jego średnicę. Większość nas zna pi jako 3,14 lub 3,14159, ale tak naprawdę cyfry po przecinku nigdy się nie kończą, biegną w nieskończoność, a sekwencje nie powtarzają się - stąd nazwa "liczba niewymierna". Fascynuje mnie to. Ciągle rysuję pi jako okrąg podzielony trójkątami. Doszedłem do takiej wprawy, że potrafię wpasować w niego siedemset dwadzieścia trójkątów. Zmieściłbym więcej, ale przez grubość grafitu w ołówku linie zaczynają się pokrywać.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.