4
Mieliśmy zebrać się na przedmieściach Liverpoolu, w Speke Hall, budynku prezentowanym przez National Trust[4] jako "rzadki przykład rezydencji z czasów Tudorów z drewnianą konstrukcją, umiejscowionej w nietypowym otoczeniu nad rzeką Mersey". Przewodnik nadmienia też, że posiadłość "była świadkiem burzliwej historii przez ponad czterysta lat".
Dotarłem przed czasem, więc pokręciłem się po "kompleksie gościa" (budynku, nie przypadłości). Patrzyłem na kubki, szaliki, kostki mydła i książki o Tudorach. "Jesteś molem książkowym? Przejrzyj nasz wybór książek dla dzieci i dorosłych, może znajdziesz następną znakomitą lekturę!"
Niedługo później posłusznie niczym owce poszliśmy do minibusa za wesołym kierowcą imieniem Joe, który zapytał, skąd jesteśmy. Troje z nas było z Hiszpanii, dwoje z Włoch, czworo z Australii, para z Austrii, czworo z Anglii. Kilka osób z biletami jeszcze nie dotarło, więc czekaliśmy. W oddali pojawiły się dwie młode kobiety, które biegły w stronę busa, panicznie machając rękami.
- Nastraszymy je - powiedział Joe, przekręcając kluczyk w stacyjce i ruszając.
Zaczęły machać jeszcze bardziej panicznie.
- A teraz zamieńmy te łzy w śmiech. - I Joe zatrzymał pojazd, by mogły wysiąść.
Kiedy wyjeżdżaliśmy spod Speke Hall, Joe wcisnął guzik i z głośników popłynęło donośne Love Me Do.
- Co za szmira? - zawołał siedzący z tyłu Australijczyk.
- No, to już widzę, kto wraca na piechotę! - odkrzyknął Joe. - Jak wyjdzie z busa, to bierzemy go na kopy!
Było bardzo wesoło.
Prędko zajechaliśmy na Forthlin Road, przed jeden z niepozornych ciągów domów, który większość przedstawicieli National Trust prędzej by zignorowała, niż się przy nim zatrzymała.
National Trust kupiło dom przy Forthlin Road 20 w 1995 roku, idąc za sugestią ówczesnego dyrektora generalnego BBC, liverpoolczyka Johna Birta[5], który zauważył, że nieruchomość została wystawiona na sprzedaż. Siedem lat później przejęto także rodzinny dom Johna Lennona, Mendips, przy Menlove Avenue, który wcześniej nabyła Yoko Ono. W oświadczeniu wydanym w tamtym czasie napisała: "Kiedy dowiedziałam się, że Mendips jest na sprzedaż, obawiałam się, że wpadnie w złe ręce i będzie eksploatowane komercyjnie. Dlatego zdecydowałam się kupić ten dom i przekazać go National Trust, by uczynili go miejscem, które ludzie będą mogli odwiedzić i zobaczyć. Jestem zachwycona, że National Trust zgodziło się nim zająć".
Nie wszyscy przyjęli tę decyzję z aprobatą. Tim Knox, wtedy główny kurator w National Trust[6], oświadczył, że był "wściekły". Uważał, że standardowe kryteria akceptowania nieruchomości - których architektura powinna mieć walory artystyczne - zostały porzucone na rzecz tandetnego populizmu. "To chwyty pod publiczkę, a nie poważne pozyskania" - powiedział, dodając pół żartem, pół serio: "Teraz musimy przejąć cztery posiadłości, żeby Ringo nie czuł się pominięty".
Knox znalazł sprzymierzeńców. "Architektonicznie dom nie jest ani mniej, ani bardziej interesujący niż każdy inny bliźniak z elewacją z tynku kamyczkowego ulokowany na jakimkolwiek innym przedmieściu zamieszkałym przez klasę średnią" - komentował krytyk designu Stephen Bayley[7]. "Jego specjalna wartość bierze się poczucia zapośredniczonego, mistycznego obcowania z geniuszem. Problem, który mieli historycy z National Trust, polegał na tym, że skoro dom został praktycznie ogołocony, to w zasadzie nie stwarza możliwości tego mistycznego obcowania z należącym do geniusza telewizorem, sprzętami kuchennymi lub jakimkolwiek innym artefaktem umożliwiającym wgląd w źródło inspiracji, z którego wypłynął ten strumień niezwykłych słów i muzyki. Dlatego zaczęli to wszystko fałszować".
"National Trust (...) lubi szczycić się swoim dostępem do eksperckiej wiedzy" - pisał dalej Bayley. "Pracują tam najważniejsi historycy architektury. To oni nakupowali rzeczy, za pomocą których chcieli odtworzyć wystrój domu Lennona. Ale kiedy eksperci skupiają się na fajansie, robią jakiś magical mistery tour po obskurnych handlarzach antyków, to ich ekspercka wiedza nie prezentuje się poważnie. Linoleum staje się przedmiotem rozważań niczym relief Donatella. Znajdą nóżki do telewizora, ale nie sam telewizor... Kiedy już wjedziemy na długą i krętą drogę fałszerstwa, to dokąd nią zajedziemy[8]? Oto odpowiedź: do świata ludowej pamięci i legend".
Krytyka nie zraża rekonstruktorów z National Trust. "Wyobraź sobie, że wchodzisz przez tylne drzwi do kuchni, gdzie ciocia Johna Lennona, Mimi, parzyła mu herbatę" - napisano w pełnym zachwytu tekście przedstawiającym Mendips. Dom jawi się w nim jako świątynia, miejsce pielgrzymek. "Dołącz do zajmującego opowieściami przewodnika i wyruszcie razem w podróż w czasie... Pokój Johna jest bardzo nastrojowym miejscem, można w nim oddać się rozmyślaniom nad tą niezwykłą osobą..."
Pielgrzymi do Mendips muszą szanować zasady i reguły bardziej restrykcyjne niż te, które obowiązują w kaplicy Sykstyńskiej: "Robienie jakichkolwiek fotografii w Mendips lub kopiowanie materiału audio jest surowo wzbronione. Przy wejściu goście zostaną poproszeni o przekazanie w depozyt wszelkich toreb, aparatów, kamer i innego sprzętu nagrywającego".
Z pewnością kwestią czasu jest, aż ktoś z wiernych będzie świadkiem cudu w Mendips - ślepy zobaczy, sparaliżowany wstanie i pójdzie, jakaś dziewczynka ujrzy w wizji Julię, matkę Johna - co przywiedzie na Menlove Avenue jeszcze więcej pielgrzymów, którzy staną grzecznie w kolejce do miejsca, w którym Julia zginęła.
Kiedy z naszego minibusa wysypywali się pasażerowie, jeszcze więcej turystów wysiadało z autokaru z napisem "Magical Mistery Tour". Za nim stała taksówka, z której wychodziło czterech Niemców. Na podjeździe przy Forthlin Road 20 ubrani w koszulki z Beatlesami i pozujący do selfie goście z całego świata rozmnażali się jak przez pączkowanie. Metalowa płyta pamiątkowa przed wejściem ogłasza: "Oto dom rodziny McCartneyów: Jima, Mary, Paula i Mike'a. Udostępniony przez National Trust".
Byłem coraz bliżej przodu kolejki. Zarezerwowałem miejsce już dawno i zapłaciłem 31 funtów (pakiet z książkami-przewodnikami) za oficjalne oprowadzenie po domach obu Beatlesów, a teraz martwiłem się, że ludzie z nieoficjalnych wycieczek wepchną się do domu Paula przede mną. Na szczęście kierowca Joe czuwał i pilnował swojej garstki wybrańców. Nasza grupka uprzywilejowanych weszła z poczuciem wyższości do ogródka przed Forthlin Road 20, a przed resztą brama się zamknęła, co dało nam wiele satysfakcji.
Nasza przewodniczka z National Trust miała na imię Sylvia. Rocznie oprowadza po domu Paula dwanaście tysięcy osób, po dwadzieścia w grupie, cztery razy dziennie. Jej głos przywodził na myśl Hiacyntę Bucket z Co ludzie powiedzą?. Stała w ogródku i witała nas przy Forthlin Road 20. Jak nam powiedziała, Paul mieszkał tu przez osiem lat.
- To były bardzo ważne lata. Często porannym gościem bywał tu George Harrison. Przychodził z gitarą.
Rozległ się szmer. Obietnica mistycznego spotkania, o której mówił Stephen Bayley, zaczęła się ziszczać:
- Kiedy zaczął się tu pojawiać John Lennon, obierał skrót przez pole golfowe i przyjeżdżał na rowerze, bo przez pole golfowe zajmowało mu to mniej niż dziesięć minut. - Sylvia wskazała ręką. A tu John i Paul siadali i pisali piosenki. Kiedy Paul wyprowadził się stąd pod koniec sześćdziesiątego trzeciego, Beatlesi mieli piosenki na listach przebojów, występowali już w telewizji. Wciąż jednak wracał, wciąż miał tu swoje łóżko. Paul przeprowadził się do Londynu jako ostatni. Więc kiedy McCartneyowie... przepraszam, czy pan nagrywa?
Zamarłem. Skrycie nagrywałem Sylvię telefonem, ale okazało się, że mówiła do jednego z Australijczyków, którzy stali bliżej. Zapewnił ją, że nie nagrywa.
- Nie? - spytała podejrzliwie. - Przepraszam, po prostu tego nie lubię - wymruczała, a potem z trudem próbowała odnaleźć wątek. - Yyy, McCartneyowie, no więc, yyy, kiedy McCartneyowie się tu sprowadzili, yyy, to wszystko były mieszkania komunalne, więc McCartneyowie nie byli właścicielami tego domu, to były mieszkania komunalne, wszyscy płacili czynsz.
Sylvia nie wiedziała, że nadal nagrywałem, przebiegle trzymałem telefon tak, żeby nie przykuwać jej uwagi. Czułem ekscytację, jakbym podbierał coś ze sklepu tuż pod nosem ochroniarza.
- Widzicie państwo, co się działo przez te wszystkie lata - kontynuowała Sylvia. - Ludzie kupowali te domy, wymieniali drzwi i okna. Kiedy National Trust kupiło tę nieruchomość dwadzieścia dwa lata temu, z przodu były już nowe okna, ale ktoś zauważył, że dom naprzeciwko wciąż ma oryginalne szyby, więc się dogadali, tamci dostali nowe, a my stare, które założyliśmy w oknach. Teraz to wygląda dokładnie tak, jak kiedy Paul mieszkał tu z rodziną.
Spojrzeliśmy posłusznie na okna, zachwycając się, że wyglądają teraz, jak wyglądały dawniej, zanim wyglądały inaczej. Mój telefon wciąż nagrywał i coraz bardziej się niepokoiłem, że Sylvia zauważy i mnie nakryje.
- No dobrze, jeśli chcecie zdjęcie przed domem, to dajcie mi swoje aparaty i telefony. Przesuńcie się na skraj okna, żebym mogła wszystkich objąć, ściśnijcie się trochę.
Grupki gości stały z uśmiechem przed starymi drzwiami do domu Paula, tyle że nie tymi prawdziwymi.
- To już wszyscy? Już?
Sylvia ostrzegła nas, że nie wolno robić zdjęć w domu ani w ogródku z tyłu.
- Jest ku temu szczególny powód. Zobaczycie państwo, że w środku mamy zdjęcia zrobione przez Mike'a McCartneya, młodszego brata Paula, które zastrzegł. Wspaniale, że je tu mamy, państwu też się spodobają, ale jeśli goście będą mieli je na swoich fotografiach, to on je zabierze.
Przeszliśmy do ogrodu za domem. Notatka od National Trust sugeruje "5 rzeczy do zobaczenia przy Forthlin Road 20", a jedną z pozycji opisano jako "Tylna rynna": "Po śmierci mamy Paula jego ojciec wymagał, by chłopcy byli w domu na kolację, a jeśli się spóźniali - zamykał drzwi od wewnątrz. Kiedy to robił, Paul i Mike biegli za dom, wspinali się po rynnie i wchodzili przez okno w łazience, które na takie okazje zawsze zostawiali otwarte". Sylvia powtórzyła tę anegdotę niemal co do słowa, a my wpatrywaliśmy się w rynnę - albo, gwoli ścisłości, w replikę rynny.
- Gdy wejdziecie państwo do środka, proszę oddać mi swoje torby i aparaty. A jeśli macie telefony, to proszę je wyłączyć i oddać, żebyśmy wiedzieli, że nie macie ich w kieszeni.
Po tych słowach wprowadziła nas do domu. Wszyscy ustawili się w kolejce, żeby oddać jej telefony i aparaty, jakbyśmy przekraczali granicę wyjątkowo niespokojnego kraju. Zamknęła je w szafce pod schodami. Nie posłuchałem, wciąż miałem mój telefon w kieszeni, czego prędko pożałowałem. Przez resztę wizyty byłem przerażony, że zaraz ktoś do mnie zadzwoni, dzwonek zadziała niczym alarm, a ja zostanę zdemaskowany i napiętnowany.
Wcisnęliśmy się do salonu, udekorowanego trzema różnymi tapetami - "McCartneyowie kupowali materiał z końcówek rolek". Żadna nie była oryginalna. Brązowy fotel, masywny telewizor z lat pięćdziesiątych i stojący w kącie stół też nie były prawdziwe, ani dywany.
- McCartneyowie nazywali ten pokój frontową bawialnią. National Trust odtworzyło go za pomocą zdjęć i wspomnień członków rodziny - powiedziała Sylvia. W odpowiedzi na pytanie odparła, że nie, fortepian nie był oryginalny. - Paul wciąż jest właścicielem domu jego ojca, mieszka w nim, kiedy przyjeżdża do Liverpoolu. To tam stoi oryginalny fortepian McCartneyów. Jim często grał The Entertainer. Znacie państwo ten utwór Scotta Joplina? Jeśli pomyśli się o Scotcie Joplinie i When I'm 64, to naprawdę widać wpływ... Tata Jim był dobrym muzykiem, samoukiem. Paul poszedł w jego ślady. Po kilku lekcjach powiedział: "Będę jak mój tata, sam się nauczę"... To tutaj skomponował World Without Love, tutaj napisał pierwsze wersje Michelle. I Love Me Do, siedzieli dokładnie tu i pisali... Paul napisał tu I'll Follow the Sun. - Wskazała na wiszącą na ścianie fotografię Johna i Paula. - Na tym zdjęciu kończą pracę nad I Saw Her Standing There... Inną piosenką, którą tu napisali, było Please Please Me.
Co jakiś czas Sylvia próbowała stworzyć intymny nastrój, zaczynając zdania od słów: "Paul powiedział mi...". Na przykład: "Paul powiedział mi: "Przeżyliśmy kilka smutnych lat, ale przez większość czasu byliśmy naprawdę szczęśliwi"". Lub: "Tu mieli jadalnię. Paul powiedział mi: "Po śmierci mamy już tu nie jedliśmy"". I jeszcze: "Paul powiedział mi: "Wiele osób myśli, że Let It Be jest o Maryi, ale to piosenka o mojej mamie, to ona zawsze mówiła: niech tak będzie"".
Spotykałem się z tymi anegdotami setki razy[9], ale Sylvia widocznie miała wielką satysfakcję z mówienia, że usłyszała je bezpośrednio od Paula; i pewnie w kolejnych latach to my z satysfakcją będziemy mówić, że usłyszeliśmy je od kogoś, kto usłyszał je od Paula.
Podreptaliśmy do kuchni.
- Płytki kamienne nie zostały wymienione. Wszyscy czterej Beatlesi stali na tych płytkach, chociaż Ringo tylko dwa razy, bo doszedł później - powiedziała Sylvia. Spojrzeliśmy na święte płytki pod naszymi stopami. - Ludzie z National Trust odnaleźli oryginalny biały zlew w ogrodzie, zarośnięty, i przywrócili go na prawowite miejsce.
Z podziwem zwróciliśmy oczy na zlew, wyobrażając sobie Paula, jak w pocie czoła zmywa naczynia.
Z oryginalnych elementów wystroju kuchni zostały tylko zlew i płytki, ale eksperci z National Trust dla reszty znaleźli stosowne zamienniki: dla opakowania płatków mydlanych marki Lux, margaryny Stork, puszki na herbatę i na biszkopty, radia i suszarki do prania. Zdjęcia tych wszystkich przedmiotów - domowego odpowiednika tribute bandu - można nabyć na stronie internetowej National Trust: fotografie adaptera z lat pięćdziesiątych, odkurzacza, chlebaka, szczypiec do prania, patelni, czajnika, spinaczy do bielizny, wałka do ciasta. Wszystko zostało starannie skatalogowane, jak eksponaty z londyńskiego Tower. Zdjęcie drewnianej łyżki (1960-1962, 260 mm, materiał: drewno) opisano tak: "Historyczne przedmioty/Przygotowanie posiłków i napoju. Skrót: Drewniana łyżka, przechowywana w misce na szafce". Można także kupić zdjęcie zaparzacza do herbaty lub wycieraczki pod drzwi, patelni lub wieszaka, albo "Emaliowanego wiadra z czarną obręczą i uchwytem z drewnianym wykończeniem, data nieznana". Ale perłą kolekcji jest z pewnością "Kosz na śmieci: metalowy, 1940-1960. Skrót: Metalowy kosz na śmieci z oddzielną przykrywką (zapasowa przykrywka w szopie na węgiel)". Wyobraźcie sobie, że jesteście starym, obitym koszem na śmieci, circa 1940-1960. Ależ to duma być kluczowym eksponatem w mieniu National Trust, odwiedzanym w roku przez dwanaście tysięcy osób, podziwianym za to, że wygląda dokładnie jak kosz, do którego swoje śmieci wrzucali McCartneyowie!
Kiedy staliśmy ściśnięci na parterze, tak bardzo się bałem, że zaraz zadzwoni mi telefon, że ukradkiem wyłączyłem go i zacząłem notować.
- Linoleum na podłogach jest dokładnie takie jak dawniej - mówiła Sylvia. - Udało nam się je odnaleźć, a ta szafka, do której wsadziłam torby, to tam Paul wieszał swoją marynarkę i czasami skórzane spodnie. Przepraszam, pan notuje. Dlaczego pan notuje? - Dopiero po chwili zorientowałem się, że mówi do mnie. - Dla kogo to?
- Dla mnie - odparłem.
- Tylko sprawdzam, czy nie jest pan dziennikarzem.
- Jestem. Piszę książkę.
- Nie podoba mi się, że pan notuje.
- Dlaczego?
- Chodzi o to, że wiele z tego powiedział mi Mike, to prywatne informacje.
- Ale powtarza je pani dwunastu tysiącom osób rocznie. To chyba nie jest aż tak prywatne.
- Przepraszam, nie czuję się z tym dobrze. Przedstawiał się pan? Jak się pan nazywa?
Był parny, sierpniowy dzień, a my kłóciliśmy się w bawialni McCartneyów. Wreszcie zawarliśmy coś na kształt układu, że nie napiszę nic, co Sylvia uzna za coś szczególnie prywatnego, ale mimo to wciąż rzucała w moim kierunku podejrzliwe spojrzenia. Wyczułem, że moi współzwiedzający odsuwają się ode mnie, jakbym zepsuł powietrze.
W końcu pozwolono nam wejść na piętro. Sylvia poprowadziła nas do sypialni Paula. Na łóżku leżała gitara, nastrojona jak dla mańkuta. Oczywiście, nie była to jego gitara. Na łóżku rozrzucono jeszcze kilka płyt, a także notatnik i wydanie "New Musical Express".
- Zebraliśmy różne rzeczy, które miał w pokoju, na przykład książki o ptakach. Paul z zapałem obserwował ptaki. To wyjątkowo prywatne - dodała, spoglądając na mnie wilkiem - ale Paul powiedział mi, że z przyjemnością patrzył na teren, który należał do szkoły policyjnej. Lubił obserwować konie.
Dopiero później, kiedy przeglądałem kolorowy przewodnik National Trust po Forthlin Road 20, natknąłem się na fragment wstępu Paula: "Z domu widać szkołę policyjną. Mogliśmy siedzieć na dachu naszej szopy i oglądać coroczny pokaz za darmo".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki