ROZDZIAŁ 2
NA SAWANNACH SWANY BYŁO CIEPŁO NAWET W PORZE DESZCZOWEJ, ale wokół mnie zawsze panował chłód. Dygocząc, obchodziłam kolejne - ósme, dziewiąte, dziesiąte - urodziny w Domu Bhekina troskliwie doglądana przez służących, którzy nigdy nie naruszali odgradzającego mnie od nich klosza. Czasami tak bardzo pragnęłam ludzkiego dotyku, że przysuwałam policzek do otwartych płomieni. Języki ognia parzyły moją skórę, ale ja się uśmiechałam, wyobrażając sobie, że to palce Damy.
W końcu niechcący wpadłam do kuchennego paleniska. Kiedy służba mnie wyciągnęła, szlochałam i piskliwym głosem zanosiłam modły do Bajarza Ama.
- Nie mogę umrzeć, nie mogę umrzeć - chrypiałam roztrzęsiona. - Mama wróci, więc nie mogę umrzeć.
Nie poparzyłam się jednak. Moje nadpalone ubranie nadawało się tylko do wyrzucenia, ale czarne loczki nawet się nie osmaliły.
Wstrząśnięte pokojówki wpatrywały się we mnie, a ja powtórzyłam w myślach słowa, których użyła Dama, życząc sobie Domu Bhekina: W tym miejscu ja i moi przyjaciele zawsze będziemy bezpieczni.
- To mama - powiedziałam bez tchu. - Ochroniła mnie.
Odtąd przyprawiałam służących o siwiznę, skacząc z murów, zanurzając głowę w wiadrze z wodą i łapiąc jadowite pająki, które prowokowałam do kąsania.
- Nie umarłam. - Śmiałam się, gdy nastawiali moje kości i wlewali mi do gardła napar z odtrutką.
- Zgadza się - cedziła piastunka przez zaciśnięte zęby. - Bo w porę cię znaleźliśmy.
- Nie - mówiłam rozmarzonym głosem. - Bo mama mnie kocha.
Niepokój nauczycieli narastał, aż w końcu zdali sobie sprawę z tego, że im szybciej wykształcą mnie tak, jak żądała Dama, tym wcześniej będą mieli ze mną spokój. Dlatego lekcje wydawały się nie mieć końca, a wykłady brzęczały mi w uszach niczym gzy. Opary atramentu dzień za dniem drażniły mój nos, zapach jaśminu prześladował mnie każdej nocy. Cóż z tego, kiedy wspomnienie Melu obudziło we mnie głód, którego nie mogły zaspokoić mango z sadów Domu Bhekina. Marzyłam i śniłam o świecie za bramą.
Na drewnianym stojaku w moim pokoju nauki spoczywał ogromny globus. Kontynenty z poszarpanymi krawędziami okalały granatowy ocean, którego nigdy nie widziałam. Największy kontynent, ten ze Swaną, był mozaiką sawann, lasów, pustyń i śnieżnych tundr. Nauczyciele powiedzieli, że to Aritsar. Nieśmiertelne cesarstwo Aritsaru, oby ród Kunleo żył wiecznie.
Większość historycznych zwojów w pokoju nauki ocenzurowano. Nauczyciele zamazywali czarnym atramentem wersy, czasami nawet całe stronice, i nigdy nie chcieli wyjaśnić, dlaczego to robią. Któregoś razu zdołałam unieść papier ku światłu i odczytać kilka akapitów, zanim nauczyciel mi go wyrwał.
Zwój głosił, że dawno temu Aritsar nie istniał. W jego miejscu na bezkresnym morzu unosiła się grupa odizolowanych od siebie wysp. Abiku, demony ze Świata Podziemi, nawiedzały dwanaście słabych, rywalizujących ze sobą krain. Dopiero możnowładca Enoba Kunleo o przydomku Doskonały uwolnił moc z głębi ziemi i połączył lądy w jeden rozległy kontynent. Ogłosił się cesarzem, a dwunastu władców państw mianował swoimi wasalami. Na czele nowo utworzonej Armii Dwunastu Królestw stoczył bitwę z abiku. Siły śmiertelnych i nieśmiertelnych były tak wyrównane, że wojna Enoby ciągnęła się przez dziesięciolecia, aż wyczerpane wojska w końcu zawarły rozejm.
Enobę uznano za wybawiciela Aritsaru. Władcy na kontynencie ogłosili, że pokój jest jego dziełem i dlatego potomkowie Enoby będą rządzili cesarstwem ze swojego królestwa Oluwan, łącząc dwanaście kultur w sieć sztuki, nauki i handlu. Za każdym razem, gdy karawany mijały Dom Bhekina, widziałam dzieci biegające po sawannie i słyszałam, jak rodziny kupców śpiewają o cesarstwie, kołysząc niemowlęta na biodrach:
Oluwan i Swana niosą mu bęben; nse, nse.
Dyrma i Nyamba dzierżą jego pług; gpopo, gpopo.
Mewe i Sparti widzą, jak nasz starszy brat tańczy -
W czerni i złocie, cóż za doskonałość!
Quetzala ostrzy mu włócznię; nse, nse.
Dolina Blessidu tka mu szatę; gpopo, gpopo.
Nontes i Biraslov widzą, jak nasz starszy brat tańczy!
W czerni i złocie, cóż za doskonałość!
Dżibanti plecie mu włosy; nse, nse.
Moreyao niesie mu tykwę; gpopo, gpopo.
Jedenaście księżyców patrzy, jak nasz starszy brat tańczy:
W czerni i złocie, cóż za doskonałość!
Obecnie starszym bratem Aritsaru, czyli jego cesarzem, był Olugbade Kunleo, w prostej linii potomek Enoby Doskonałego. Dawniej nuciłam patriotyczny hymn w naszych sadach mangowych. Snułam się między gałęziami i rozmawiałam z niewidzialnym cesarzem, dzieląc się z nim przemyśleniami na temat historii i rządów w Aritsarze. Niekiedy wyobrażałam sobie, jak zerka na mnie z góry niczym słońce zza chmur i ogrzewa moje nagie ramiona swoją aprobatą. Musiał być naprawdę doskonały, skoro zjednoczył tyle krain!
Dyrma. Nontes. Dżibanti. Nazwy królestw Aritsaru smakowały pikantnie, gdy je wypowiadałam. Całą sobą pragnęłam znaleźć się w miejscach, które moi nauczyciele opisywali najbarwniejszymi słowami: Jedwabne farmy Moreyao. Nocne uroczystości Nyamby. Śnieżne szczyty Biraslovu, najeżone pułapkami lasy deszczowe Quetzali. Kładłam się na plecach i obserwowałam mangowce, próbując sobie wyobrazić wysokie budowle w mieście Oluwan, siedzibie naszego boskiego cesarza. Pociągała mnie nawet Swana. Nigdy nie opuściłam naszej sawanny, ale słyszałam o polach bujnie porośniętych kakaowcami i o targowiskach, gdzie kobiety z przyniesionych na głowach koszyków sprzedawały kandyzowane papaje.
Bardziej niż miast i lasów deszczowych brakowało mi jednak głosów, które nie nazywałyby mnie demonem.
Zazdrościłam dzieciom mijającym Dom Bhekina. Podskakiwały na kolanach dziadków, a rodzeństwo biegało za nimi i się przekomarzało. Dama była jedyną osobą na świecie, która chętnie mnie dotykała.
Pewnego ranka, gdy patrzyłam na karawany z okna pokoju nauki, nauczyłam się innej piosenki.
Tancerzy jedenastu złoty tron okrążało,
Tyleż srebrnych księżyców blasku mu przydawało.
Świeciły wokół słońca.
Choć zdrajców nie brakuje, cesarstwa upadają,
Słońca rządy promienne od wielu wieków trwają.
Już trwają, och, już trwają,
Trwają tak bez końca.
Podobała mi się złowróżbna nuta tej rymowanki. Szeptałam ją niczym zaklęcie, aż podsłuchała mnie jedna z nauczycielek. Spytała drżącym głosem, skąd znam te bzdury. Wyjawiłam jej prawdę, a następnego dnia wszystkie okna w moim pokoju nauki zostały zabite deskami.
Usiłowałam podważyć drewno, dopóki nie podrapałam i nie pokaleczyłam swoich drobnych palców. Widok świata na zewnątrz był moją liną ratunkową, moimi drzwiami do Aritsaru, dzięki którym nie czułam się taka samotna. Jak śmieli odebrać mi okna? Przepadły tak samo jak Dama, Melu i wszystko, za czym tęskniłam.
Zagroziłam, że podpalę pokój.
- Zrobię to! - wyłam na służbę. - Dlaczego nie? Ja nie spłonę, ale wasze zwoje tak. I wy też.
Nauczyciele pobledli.
- Pewnych rzeczy po prostu nie możemy cię uczyć - powiedzieli. Z udręką na twarzach krępowali moje zakrwawione ręce. - To zakazane.
Podobnie jak Dama mieli zwyczaj znikać na całe miesiące, najczęściej po jej wizytach, kiedy nie była usatysfakcjonowana moimi postępami w nauce. Wówczas zamiast znajomych twarzy pojawiały się nowe, pełne napięcia.
W dniu moich jedenastych urodzin dwie takie twarze przybyły do Domu Bhekina razem z jedynym prezentem, na którym mi zależało.
- Mama! - krzyknęłam i rzuciłam się jej w objęcia.
Miała na sobie bogato zdobioną batikową szatę, która drapała mnie po policzku, gdy się przytulałam. Dama ujęła moją twarz w dłonie, a ja poczułam się tak cudownie, że przeszył mnie dreszcz.
- Witaj, Stworzona ze Mnie - powiedziała i zanuciła przejmującą kołysankę: Ja i ona, ona jest mną i ona jest moja.
Stałyśmy w niezadaszonej głównej sali Domu Bhekina. Z dziedzińca, po którym przechadzały się kury, wpadały promienie słońca, kładąc się jasnymi plamami na terakotowej posadzce i rozświetlając czarną chmurę włosów Damy. Dwoje nieznajomych stało u obu jej boków tak blisko, że ogarnęła mnie zazdrość.
- Posłuchajcie - zwróciła się do nich Dama. - Powiedzcie mojej córce, że jesteście jej nowymi opiekunami. Na stałe.
Rzadko zwracała się bezpośrednio do mnie, a kiedy to robiła, była oszczędna w słowach i często zawieszała głos. Dużo później uświadomiłam sobie, czego się obawiała. Gdyby przypadkowo czegoś ode mnie zażądała, zmarnowałaby trzecie cenne życzenie, które w sobie nosiłam.
Na stałe. Te słowa wzbudziły moje zainteresowanie. Służba w Domu Bekhina zmieniała się co kilka miesięcy. Starsza z dwójki nieznajomych, obdarzona kocią gracją kobieta mniej więcej w wieku Damy, była ubrana na zielono. Jej jasnobrązowa skóra kontrastowała z surowymi oczami zielonej barwy, a kręcone włosy wypływały spod kaptura peleryny, którą nosiła mimo upału. Isokenka, uświadomiłam sobie. Isokeni mieli mieszaną krew, bo ich rodzice pochodzili z różnych aritańskich królestw. Chcąc przyśpieszyć proces jednoczenia cesarstwa, imperialny urząd skarbowy Kunleo nagradzał rodziny za każde narodzone w nich isokeńskie dziecko.
- Jestem Kathleen - przedstawiła się kobieta z westchnieniem i ponownie spojrzała na Damę. - Oby ta istota nie sprawiała kłopotów. Ma inne imię niż Stworzona z Ciebie?
- Ehru nazywa ją inaczej - odparła Dama.
Nauczono mnie rozpoznawania akcentów. Lekkie seplenienie Kathleen zdradzało, że pochodzi z królestwa Mewe, krainy zielonych urwistych wzgórz na odległych północnych rubieżach Aritsaru.
- Mam na imię Tarisai - pisnęłam i powitałam Kathleen po mewejsku, w nadziei na to, że jej zaimponuję. - Niech twe jesienne liście odrosną zielone!
Nie wiedziałam, czym jest jesień i nigdy nie mieszkałam tam, gdzie drzewa zmieniają kolor, ale te słowa wydawały mi się miłe i na miejscu.
- Niech to Am, Damo - prychnęła isokenka. - Nauczyłaś to dziecko wszystkich dwunastu języków królestw?
- Nic w tym złego, że przyćmi konkurencję - odparła Dama z zadowoleniem.
- Już nikt nie egzaminuje dzieci ze znajomości języków - oświadczyła Kathleen. - We wszystkich królestwach mówi się teraz po aritańsku. Po to istnieje cesarstwo.
- Tylko obywatele Aritsaru szczycą się tym, że wymazuje się ich kulturę - wycedził drugi nieznajomy. - Po co komu wyjątkowość, skoro wszyscy mogą być tacy sami?
Wydawał się znacznie młodszy niż Kathleen - miał około dwudziestu lat i wyglądał bardziej na chłopca niż mężczyznę. Mówił z akcentem niepasującym do któregokolwiek z królestw Aritsaru, a jego głos skojarzył mi się z miękką pajęczyną w porze babiego lata.
Obejrzał mnie od stóp do głów oczami jak półksiężyce i uniósł ogorzałą kanciastą brodę. Poza niebieską peleryną przerzuconą przez ramię miał na sobie tylko spodnie, a każdy skrawek jego ciała - twarz, ręce, pierś i stopy - pokrywały geometryczne fioletowe tatuaże. Pewnie uległam złudzeniu, ale przez moment zdawały się fosforyzować.
Ukłonił się kpiarsko, a wtedy proste kruczoczarne włosy opadające mu na ramiona zalśniły.
- Cała przyjemność po mojej stronie, córko Damy. Nazywam się Woo In. Kraj, z którego pochodzę, Bajarzowi niech będą dzięki, znajduje się poza granicami tego nienaturalnie zjednoczonego cesarstwa.
- Jesteś z Songlandu! - Szeroko otworzyłam usta.
- Mówisz to tak, jakbym przybył z jakiejś bajkowej krainy. - Woo In przewrócił oczami. - Oczywiście, że jestem z Songlandu. Przecież mam skórę pokrytą tymi ślicznymi obrazkami, prawda?
W jego tonie pobrzmiewał sarkazm, ale rzeczywiście obrazki wydały mi się śliczne, choć dość niepokojące. Wzory zakręcały się na jego twarzy i szyi niczym układanka logiczna bez rozwiązania. Przełknęłam ślinę. Woo In był odkupicielem.
Ubogi Songland zajmował półwysep na skraju naszego kontynentu. Przodkowie Songlandczyków nie chcieli się podporządkować cesarskiej władzy Enoby, przez co ich maleńkie królestwo straciło dostęp do wielkiego rynku Aritsaru. Songland rozpościerał się za wysokimi górami i Aritsar zapewne całkowicie ignorowałby jego istnienie, gdyby nie odkupiciele.
Enoba Doskonały zapewnił naszemu światu pokój, ale za wysoką cenę. Każdego roku do Wyrwy Oruku, ostatniego znanego wejścia do Świata Podziemi, wysyłano trzy setki dzieci. W zamian za tę ofiarę abiku powstrzymywały się od pustoszenia ludzkich miast i wiosek. Dzieci nazywane odkupicielami rodziły się z mapami na skórze, dzięki czemu miały nie błądzić w Świecie Podziemi i bezpiecznie powrócić do królestwa żywych. Tylko nielicznym udawało się przetrwać tę podróż, więc niektóre rodziny ukrywały swoje dzieci-odkupicieli tuż po narodzinach. Za każdą niepełną ofiarę abiku nasyłały na kontynent hordę bestii i plagi.
Odkupiciele powinni przychodzić na świat losowo, wśród różnych ras i klas społecznych, ale nie wiedzieć czemu w ostatnich pięciu stuleciach wszyscy urodzili się w Songlandzie.
Nikt nie znał powodu tego stanu rzeczy, ale poczucie winy sprawiało, że uwolnieni od ciężaru poświęcania własnych dzieci obywatele Aritsaru wymyślali mnóstwo teorii, które pozwalały im spać spokojnie. Zgadywali, że Songlandczycy obrazili Bajarza, a dzieci-odkupiciele były karą za jakiś historyczny grzech przodków. Albo przeciwnie, uważano, że Bajarz w ten sposób wyróżnił Songlandczyków, uznając ich potomków za świętych, którzy musieli ponieść ofiarę w imię wyższego dobra - czyli, naturalnie, Aritsaru.
Przyjrzałam się Woo Inowi. Nie wydał mi się szczególnie święty, ale z pewnością był wyjątkowy, skoro przetrwał przejście przez Wyrwę Oruku. Dzieci-odkupiciele rzadko powracały i nawet jeśli nie odniosły ran na ciele, nie dało się tego powiedzieć o ich psychice.
Uśmiechnęłam się do niego i do Kathleen. Może gdyby ci nieznajomi - moi opiekunowie na stałe - mnie polubili, przestałabym rozmawiać z niewidzialnymi cesarzami. Może po raz pierwszy zyskałabym przyjaciół. Prawdziwych przyjaciół.
Nie myślcie o mnie jak o demonie, modliłam się. Myślcie o mnie jak o dziewczynce. Zwyczajnej, z karawany, nie takiej, która wzbudza przerażenie.
- Naprawdę musimy ją niańczyć? - jęknęła Kathleen, spoglądając na Damę. - Nie można zatrudnić jakiejś niemej piastunki albo zapłacić którejś za milczenie?
- Nie - warknęła Dama. - Gdy moja córka opuści Dom Bhekina i wyjedzie do miasta Oluwan, nie zdołam kontrolować tego, co zobaczy i usłyszy. Dlatego musi przebywać z ludźmi, którym ufam.
Miałam wyjechać?
Opuścić Dom Bhekina?
Kathleen skrzyżowała ręce na piersi.
- Czy na pewno ta... istota zrodzona z życzenia jest gotowa?
- Kończy nam się czas. Już trwa dobór dzieci. Jeśli się nie pośpieszymy, w Radzie Książęcej zabraknie miejsca... - Dama raptownie urwała, zerkając na mnie nerwowo.
- Tym się nie trap, Damo - powiedziała Kathleen z drwiącym uśmieszkiem. - Zawsze możemy zrobić trochę miejsca.
Dama zmarszczyła brwi.
- Oby to nie było konieczne. Cesarz i jego jedena... - Ponownie umilkła i na mnie zerknęła. - Cesarz i jego przyjaciele... są na to zbyt mądrzy. Wybór mojej córki musi przebiec jak najbardziej naturalnie.
- Długo będziemy się cenzurować? - spytała ze śmiechem Kathleen. - Koniec końców ona i tak się dowie.
- Niewiedza nada jej pozory czystości - oświadczyła Dama ponuro. - Cesarz uwielbia takie dziewczęta.
- A zatem dzisiaj wyrazisz życzenie? - spytał Woo In.
Dama skinęła głową, i, ku mojemu zdziwieniu, ujęła twarz Woo Ina w dłonie, tak jak zazwyczaj moją. Przytulił się do jej ręki i złożył na niej pocałunek. Natychmiast ogarnęła mnie zazdrość.
- Wiem, że zapewnisz jej bezpieczeństwo - powiedziała.
Kiedy wygłodniałym wzrokiem wpatrywał się w twarz Damy, wyglądał jak ćma lecąca do świecy.
- Wierzę w tę sprawę - odparł.
- A ja wierzę w ciebie. - Pogłaskała go po głowie.
- Dlaczego jedziemy do Oluwanu? - zniecierpliwiłam się. - Mamo, ty też się tam wybierasz?
- Nie, Stworzona ze Mnie. - Dama ułożyła się w jednej z szerokich wnęk okiennych. Słońce w tyle oświetlało ją tak, że wokół jej sylwetki powstała aureola. - Zjawię się po ciebie w stosownym czasie.
Poklepała się po kolanie i skinęła na mnie głową.
Przez resztę życia żałowałam, że wszechświat nie dał mi wówczas znaku, nie ostrzegł przed tym, co miało nastąpić. Było jednak ciepło i pogodnie, a miodowody raczyły nas swymi trelami, kiedy ochoczo gramoliłam się w objęcia matki.
Przez moment głaskała mnie po plecach, zapatrzona w mgliste swańskie niebo.
- Ależ musisz być wystraszony - zwróciła się do kogoś, kogo nie widziałam. - Więziłeś mnie jak ptaka, ale nie umiałeś mnie zmusić do śpiewania. - Przeniosła wzrok na Kathleen. - Daj jej portret.
W moje dłonie trafiła owalna pozłacana rama. Z obrazu patrzył na mnie chłopiec z mocno skręconymi włosami i najbardziej promiennym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widziałam. W ciemnej twarzy o wyrazistych rysach lśniły naiwne brązowe oczy.
- Dlaczego jest szczęśliwy? - zapytałam.
Dama uniosła brew.
- Nie ciekawi cię, kto to? - Wzruszyłam ramionami, więc odpowiedziała na moje pytanie. - Jest szczęśliwy, ponieważ zagarnął to, czego pragniesz. Władzę. Bogactwo. Dziedzictwo. Jego ojciec ukradł ci to wszystko i przekazał jemu.
- Ostrożnie, Damo - mruknęła Kathleen. - I pamiętaj, że musi go pokochać.
Zbita z tropu zmarszczyłam brwi. Nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek pragnęła władzy albo bogactwa. I dlaczego musiałam go pokochać? Mocny uścisk Damy i zapach jaśminu mąciły mi umysł, więc się w nią wtuliłam, zapominając o chłopcu i jego skradzionym szczęściu. Chętnie oddałabym całe bogactwo Aritsaru za chwilę przytulania, dotyku bez strachu. Za to, by już nikt nie nazywał mnie niebezpieczną.
- Słuchasz, Stworzona ze Mnie? - wyszeptała Dama, a ja zamknęłam oczy i przyłożyłam policzek do jej piersi. Jej serce trzepotało jak u kolibra, a następne słowa zabrzmiały niepewnie i ostrożnie. - Kiedy poznasz chłopca z portretu...
Coś, co od lat pozostawało uśpione w moim brzuchu, nagle się przebudziło i oparzyło moją skórę jak bransoleta opinająca przedramię Melu. Przez moment oczy w odbiciu mojej twarzy na powierzchni obrazu zajaśniały niczym szmaragdy.
- Kiedy najbardziej go pokochasz, a on cię namaści... - Dama dotknęła twarzy chłopca, przysłaniając olśniewający uśmiech na jego ustach. - Nakazuję ci go zabić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki