Rozdział pierwszy
W ukrytej komnacie gdzieś w krainie Serca
młoda wojowniczka szykowała się do starcia. Dwunastoletnia Raya
wciągnęła rękawiczki. Sięgnęła po bambusowe kije do walki i zakryła
twarz czarną maską. Zatrzymała się jeszcze na chwilę, by związać włosy,
a potem wymknęła się w ciemną noc.
Na dworze wilgotne powietrze zdawało się skrzyć od elektryczności, choć
Raya nie miała pewności, czy to z powodu nadciągającej burzy, czy też
emocji, które jej towarzyszyły.
Lekkim krokiem przebiegła po krytych dachówką dachach twierdzy Serca.
Jej stopy w cienkich skórzanych bucikach stąpały niemal bezszelestnie,
nawet gdy z kocią zwinnością przeskakiwała z budynku na budynek. W końcu
wylądowała na ziemi.
Z nieba spadły pierwsze krople deszczu, rozmywając ślady dziewczynki,
która zakradała się w stronę komnaty Smoczego Kamienia.
Twierdza wznosiła się na szczycie skalnego łuku w samym środku Serca.
Pod splątanymi gałęziami i pnączami Raya odnalazła sekretne przejście.
Rozejrzała się dookoła, by mieć pewność, czy nikt jej nie widział, po
czym bezszelestnie wślizgnęła się do środka.
Ruszyła oświetlonym pochodniami tunelem, przesuwając dłońmi po mijanych
ścianach. Pod palcami wyczuwała kształty smoków, które wyryto tutaj
przed setkami lat.
Nagle przystanęła. Rysa w ścianie zdawała się głębsza niż inne...
Raya przyklękła i przyjrzała się wilgotnym kocim łbom, które tworzyły
posadzkę. Jeden z kamieni był obluzowany. Raya ostrożnie go wcisnęła.
SZUUU!
Z sufitu opadła sieć dokładnie w miejscu, w którym Raya stała. Lecz
dziewczyna właśnie tego się spodziewała. Przeturlała się w tył, z łatwością unikając pułapki.
- Ktoś tu wyraźnie udaje sprytnego - mruknęła pod nosem.
Sięgnęła do sakiewki, skąd wyciągnęła niewielką kulę pokrytą twardą
łuską. Postukała w nią palcem, a wtedy kula się rozwinęła, ukazując parę
lśniących czarnych oczu i uroczy włochaty pyszczek.
- No dobrze, Tuk Tuk - powiedziała do zwierzątka. - Do roboty!
Umieściła pupila na ziemi, a ten zwinął się w łuskowatą kulę i potoczył
przez tunel, aktywując kolejne pułapki.
Jedna po drugiej z sufitu zaczęły opadać sieci. Ale Tuk Tuk zwinnie
przeturlał się pod nimi.
W połowie podziemnego korytarza dostrzegł robaczka i podreptał za nim,
zupełnie zapominając o swoim zadaniu.
- Tuk Tuk! - syknęła Raya ostrym szeptem. - Skup się.
Zwierzątko ponownie zwinęło się kulę i doturlało do końca korytarza.
Raya przeczołgała się pod sieciami do miejsca, w którym czekał na nią
Tuk Tuk. Delikatnie wzięła go w dłoń i pogłaskała po głowie.
- No, byczku, idziesz jak burza. Sklej piąteczkę.
Tuk Tuk spróbował przybić jej piątkę, ale stracił równowagę i przewrócił
się na grzbiet.
- Czekaj, już pomagam. - Raya podniosła go i włożyła z powrotem do
sakiewki.
Stała teraz przed wielkimi okrągłymi kamiennymi drzwiami. Wyciągnęła
kije zza pasa i umieściła je w otworach, otwierając wrota. Wysunęła
stopy z bucików, zostawiła je przy wejściu, po czym przestąpiła próg. Aż
westchnęła z zachwytu.
Błyszczące niebieskie kwiaty znaczyły ciemność punktami światła niczym
gwiazdy. Szmaragdowa woda płynęła w górę po kamiennych stopniach, nic
sobie nie robiąc z prawa grawitacji. Raya znalazła się w komnacie
Smoczego Kamienia.
Sklepienie podtrzymywane przez cztery posągi smoków otwierało się na
nocne niebo. Podłogę przykrywała woda.
Pośrodku komnaty, zawieszony w powietrzu siłą własnej magii, jarzył się
Smoczy Kamień.
Raya wzięła głęboki oddech. Nareszcie. Na tę chwilę przygotowywała się
przez całe dotychczasowe życie.
Do serca komnaty prowadziła ścieżka z kamieni na pół zanurzonych w wodzie. Raya pokonała kilka z nich, lecz nagle zamarła.
- Momencik... Coś za łatwo mi idzie.
Obejrzała się za siebie. A gdy zwróciła się z powrotem w stronę
klejnotu, ujrzała przed sobą wojownika w złotej masce.
Odruchowo zacisnęła palce na kijach.
- Wodzu, wiem, że zrobisz wszystko, żeby mnie powstrzymać. Ale nie masz
szans - powiedziała.
- Ostry język nie zastąpi ostrego miecza, młoda wojowniczko -
odpowiedział wódz Benja. Głos dochodzący spod maski był spokojny i niski. - Zapewniam cię, że nie postawisz stopy w kręgu Smoczego
Kamienia. Nawet jednego palca.
Raya zerknęła na miecz wiszący u jego pasa. Dobrze znała broń wodza.
Jego zakrzywione ostrze mogło zmieniać się w bicz, który był w stanie
pokonać trzech wojowników naraz. Nie tylko umiejętności czyniły z wodza
najstraszliwszego wojownika wszystkich pięciu krain.
- W takim razie lepiej chwytaj za miecz - rzuciła Raya zuchwale, choć
jej serce biło jak szalone. - Przyda ci się.
- Nie sądzę. - Wódz odpiął miecz od pasa, ale nie wyjął go z pochwy.
Raya rzuciła się w lewo, licząc, że tym ruchem go zaskoczy. Benja stanął
jej na drodze. Kije dziewczynki zawirowały w powietrzu, lecz każde ich
uderzenie trafiało w próżnię.
Dostrzegając swoją szansę, spróbowała wyminąć przeciwnika. Jej stopy
szukały oparcia na śliskich kamieniach. Przez moment wydało jej się, że
zdoła się prześlizgnąć.
Sprawną paradą wódz Benja wybił jej broń z dłoni i przewrócił na ziemię.
Kije zastukały o kamienie.
Raya upadła na plecy i leżała nieruchomo, starając się złapać oddech.
Stanął nad nią. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.
- Biip.
Uniósł złotą maskę. W jego oczach błyszczała duma. Uśmiechnął się do
córki.
- Tak jak mówiłem, nie postawiłaś stopy w kręgu. Nawet palca. Nie udało
się, Rayo.
Dziewczynka uniosła brew.
- Czyżby?
Ojciec zerknął w dół. Wyciągała stopę daleko przed siebie. Czubek jej
palca dotykał wewnętrznego kręgu Smoczego Kamienia.
- Raya... - Ojciec pokręcił głową i zaśmiał się pod nosem. - Powinienem
był poprzestać na stopie.
Dziewczynka podniosła się z szerokim uśmiechem.
- Hej, nie przejmuj się, wodzu. Robiłeś, co mogłeś.
- Wcale się nie przejmuję. I skończ już z tym wodzem, mów mi ba albo
ojcze. Gratulacje, Kropelko. Wspaniale sobie poradziłaś - pochwalił
córkę, używając popularnego w dawnej Kumandrze pieszczotliwego
określenia. - Przeszłaś tę próbę.
Wyciągnął do niej rękę, zapraszając do wewnętrznego kręgu.
Raya zastygła, delektując się swoim triumfem. Nareszcie. Spełniło się
jej marzenie. Po chwili postąpiła krok do przodu.
Smoczy Kamień unosił się kilka cali nad postumentem, a jego błękitny
blask oświetlił jej twarz. Z bliska Raya dostrzegła, że w środku coś
migocze. Poczuła moc mieszkającej w nim magii.
- Rety - szepnęła wzruszona. - Więc tak wygląda duch Sisu.
Benja przyklęknął i skłonił głowę, unosząc dłonie nad czoło i układając
je w kształt koła. Raya poszła w jego ślady. Patrzyła oczarowana, jak
drobne kropelki wody unoszą się w powietrze i wirują wokół klejnotu.
- Od wielu pokoleń nasza rodzina pełni rolę strażników skarbu -
przemówił Benja. - Od dziś jesteś jednym z nich.
Benja nabrał w dłoń świętą wodę i polał nią głowę pochylonej w ukłonie
córki. Krople spływające po twarzy dziewczynki zalśniły wewnętrznym
blaskiem. Płynnym ruchem przepłynęły w powietrzu i krążyły wokół
klejnotu.
- Rayo, księżniczko Serca, moja córko - powiedział Benja z powagą -
mianuję cię strażniczką Smoczego Kamienia.
Z dumą otoczył córkę ramieniem. Raya czuła jednocześnie ekscytację i głębokie zmęczenie. Od kiedy pamiętała, trenowała i przygotowywała się,
by pewnego dnia dostąpić tego zaszczytu. Długie miesiące i lata ciężkiej
pracy były tego warte.
Rozdział drugi
Słońce właśnie wyjrzało zza horyzontu, gdy
Raya i jej ojciec opuścili komnatę Smoczego Kamienia. Raya poczuła na
twarzy poranny wietrzyk, który przyniósł skrzekliwe gdakanie kur.
Serce leżało w środkowym biegu rzeki Kumandra układającej się w kształt
smoka, dokładnie tam, gdzie znajdowałoby się jego serce. Kraina karmiona
wodami potężnej rzeki była żyzna, bujna i soczyście zielona.
Weszli do pałacu, a niesiona euforią Raya szła kilka kroków przed wodzem
Benją, co jakiś czas zadając powietrzu ciosy i przecinając je zwinnymi
kopnięciami.
Ojciec przyglądał się dziewczynce z rozbawieniem.
- Kogoś tu roznosi radość - zauważył.
- No jasne - przyznała Raya. - W końcu teraz każdy, kto spróbuje wykraść
Smoczy Kamień, będzie musiał stawić czoła parce najsroższych mieczy,
jakie widziało wszystkie pięć ludów.
- Cieszę się, że nie brak ci entuzjazmu, Kropelko - odparł Benja - bo
mam ci coś ważnego do powiedzenia. Te wszystkie ludy... właśnie tu jadą.
Raya okręciła się na pięcie i spojrzała na ojca, wytrzeszczając oczy.
- Serio? - zapytała, a Benja przytaknął. - Dobra, dobra, damy radę.
Jestem gotowa. Dokładnie wiem, jak spuścimy im łomot.
- Poważnie? A powiedz mi, co właściwie o nich wiesz - poprosił.
Raya oczami wyobraźni zobaczyła pustynną krainę, gdzie najemnik z zaciętą miną ostrzył i wypróbowywał swój miecz. Obraz był wyraźny, jakby
była tam naprawdę.
- Zacznijmy od Ogona. Piekielna pustynia pełna przebiegłych najemników,
którzy za nic mają zasady i fair play.
Potem wyobraziła sobie miasto portowe, w którym handlarze podrzucali w powietrze owoce i rozcinali je na równe kawałki, zanim zdążyły opaść.
- Drugi jest Szpon. Miasto machlojek i masakrycznie mściwych mistrzów
miecza. Zbudowany na wodzie labirynt bazarów, gdzie każdy jest sprawny w gębie, a jeszcze sprawniejszy w walce.
Raya przeniosła się w ukryte pod warstwą śniegu góry, które
zamieszkiwała armia barbarzyńców.
- Trzy: Grzbiet. Zlodowaciała ziemia zamieszkała przez złowieszczo
zawadiackich ziomów uzbrojonych w zdecydowanie za duże olbrzymie topory
- powiedziała.
I na koniec najważniejsze: wojownicy Kła. Raya wyobraziła ich sobie
stojących w równym rzędzie, każdy z wielkim kotem w ramionach.
- Czwarty i ostatni jest Kieł, nasz największy konkurent. Kieruje
kohortami skrytobójczych kilerów oraz ich wściekłych kotów. Prch!
Raya prychnęła niczym prawdziwy kocur, a Tuk Tuk próbował ją naśladować.
Po chwili znaleźli się w pałacowej kuchni.
- No to tak: potrzebujemy masy wielkich kusz. I katapult. I... ooo ja cię!
Już wiem! Może nawet katapult na płonące pociski? - podsunęła
podekscytowana.
Benja z niewzruszonym spokojem dosypywał przyprawy do kotła, w którym
bulgotała zupa.
- A co powiesz na... pastę krewetkową z Ogona, szczyptę imbiru ze Szpona,
pędy bambusa z Grzbietu, papryczki chili z Kła i brązowy cukier z Serca?
- Otrujemy ich? - spytała Raya z nadzieją.
- Skąd! Nikt nikogo nie będzie truł. Aha, wojny też nie będzie.
Podzielimy się z nimi posiłkiem - odparł Benja, podając jej miskę zupy.
- Zaraz, że co? - Raya wybałuszyła oczy na ojca.
- Zaprosiłem ich tutaj.
- Ale przecież to nasi wrogowie - zauważyła mocno skołowana.
- Tylko przez zwykłe nieporozumienie. Uważają, że Smoczy Kamień zapewnia
nam bogactwo - wyjaśnił Benja.
Raya prychnęła.
- Przecież to nieprawda. Wcale tego nie robi.
- Ale oni w to wierzą, tak jak my wierzymy w wiele rzeczy o nich, które
w rzeczywistości są bzdurą - odparł Benja. - Jest powód, dla którego
każda kraina wzięła swoją nazwę od części ciała smoka. Te ludy kiedyś
żyły ze sobą w zgodzie i harmonii. W Kumandrze.
- To było wieki temu. - Raya lekceważąco machnęła ręką i siorbnęła łyk
zupy.
- I znów może tak być. Słuchaj, jeśli się nie opamiętamy i nie nauczymy
ufać sobie nawzajem, wkrótce porozrywamy się na strzępy. Nie chcę, żeby
moja córka żyła w takim świecie.
Raya westchnęła.
- Wierzę, że Kumandra może być jednym krajem. Jak kiedyś... - ciągnął. -
Ale trzeba zrobić ten pierwszy krok. Zaufaj mi.
Raya spojrzała na ojca. Ufała mu. Wódz Benja nigdy nie zawiódł Serca. Z pewnością i tym razem wiedział, co robi.