Raya i ostatni smok. Biblioteczka przygody. Disney - Tenny Nellson

Kup ebooka

22.00 zł
18.70 zł (17,54 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

W ukry­tej kom­na­cie gdzieś w kra­inie Serca młoda wojow­niczka szy­ko­wała się do star­cia. Dwu­na­sto­let­nia Raya wcią­gnęła ręka­wiczki. Się­gnęła po bam­bu­sowe kije do walki i zakryła twarz czarną maską. Zatrzy­mała się jesz­cze na chwilę, by zwią­zać włosy, a potem wymknęła się w ciemną noc.

Na dwo­rze wil­gotne powie­trze zda­wało się skrzyć od elek­trycz­no­ści, choć Raya nie miała pew­no­ści, czy to z powodu nad­cią­ga­ją­cej burzy, czy też emo­cji, które jej towa­rzy­szyły.

Lek­kim kro­kiem prze­bie­gła po kry­tych dachówką dachach twier­dzy Serca. Jej stopy w cien­kich skó­rza­nych buci­kach stą­pały nie­mal bez­sze­lest­nie, nawet gdy z kocią zwin­no­ścią prze­ska­ki­wała z budynku na budy­nek. W końcu wylą­do­wała na ziemi.

Z nieba spa­dły pierw­sze kro­ple desz­czu, roz­my­wa­jąc ślady dziew­czynki, która zakra­dała się w stronę kom­naty Smo­czego Kamie­nia.

Twier­dza wzno­siła się na szczy­cie skal­nego łuku w samym środku Serca.

Pod splą­ta­nymi gałę­ziami i pną­czami Raya odna­la­zła sekretne przej­ście. Rozej­rzała się dookoła, by mieć pew­ność, czy nikt jej nie widział, po czym bez­sze­lest­nie wśli­zgnęła się do środka.

Ruszyła oświe­tlo­nym pochod­niami tune­lem, prze­su­wa­jąc dłońmi po mija­nych ścia­nach. Pod pal­cami wyczu­wała kształty smo­ków, które wyryto tutaj przed set­kami lat.

Nagle przy­sta­nęła. Rysa w ścia­nie zda­wała się głęb­sza niż inne...

Raya przy­klę­kła i przyj­rzała się wil­got­nym kocim łbom, które two­rzyły posadzkę. Jeden z kamieni był oblu­zo­wany. Raya ostroż­nie go wci­snęła.

SZUUU!

Z sufitu opa­dła sieć dokład­nie w miej­scu, w któ­rym Raya stała. Lecz dziew­czyna wła­śnie tego się spo­dzie­wała. Prze­tur­lała się w tył, z łatwo­ścią uni­ka­jąc pułapki.

- Ktoś tu wyraź­nie udaje spryt­nego - mruk­nęła pod nosem.

Się­gnęła do sakiewki, skąd wycią­gnęła nie­wielką kulę pokrytą twardą łuską. Postu­kała w nią pal­cem, a wtedy kula się roz­wi­nęła, uka­zu­jąc parę lśnią­cych czar­nych oczu i uro­czy wło­chaty pysz­czek.

- No dobrze, Tuk Tuk - powie­działa do zwie­rzątka. - Do roboty!

Umie­ściła pupila na ziemi, a ten zwi­nął się w łusko­watą kulę i poto­czył przez tunel, akty­wu­jąc kolejne pułapki.

Jedna po dru­giej z sufitu zaczęły opa­dać sieci. Ale Tuk Tuk zwin­nie prze­tur­lał się pod nimi.

W poło­wie pod­ziem­nego kory­ta­rza dostrzegł robaczka i podrep­tał za nim, zupeł­nie zapo­mi­na­jąc o swoim zada­niu.

- Tuk Tuk! - syk­nęła Raya ostrym szep­tem. - Skup się.

Zwie­rzątko ponow­nie zwi­nęło się kulę i dotur­lało do końca kory­ta­rza.

Raya prze­czoł­gała się pod sie­ciami do miej­sca, w któ­rym cze­kał na nią Tuk Tuk. Deli­kat­nie wzięła go w dłoń i pogła­skała po gło­wie.

- No, byczku, idziesz jak burza. Sklej pią­teczkę.

Tuk Tuk spró­bo­wał przy­bić jej piątkę, ale stra­cił rów­no­wagę i prze­wró­cił się na grzbiet.

- Cze­kaj, już poma­gam. - Raya pod­nio­sła go i wło­żyła z powro­tem do sakiewki.

Stała teraz przed wiel­kimi okrą­głymi kamien­nymi drzwiami. Wycią­gnęła kije zza pasa i umie­ściła je w otwo­rach, otwie­ra­jąc wrota. Wysu­nęła stopy z buci­ków, zosta­wiła je przy wej­ściu, po czym prze­stą­piła próg. Aż wes­tchnęła z zachwytu.

Błysz­czące nie­bie­skie kwiaty zna­czyły ciem­ność punk­tami świa­tła niczym gwiazdy. Szma­rag­dowa woda pły­nęła w górę po kamien­nych stop­niach, nic sobie nie robiąc z prawa gra­wi­ta­cji. Raya zna­la­zła się w kom­na­cie Smo­czego Kamie­nia.

Skle­pie­nie pod­trzy­my­wane przez cztery posągi smo­ków otwie­rało się na nocne niebo. Pod­łogę przy­kry­wała woda.

Pośrodku kom­naty, zawie­szony w powie­trzu siłą wła­snej magii, jarzył się Smo­czy Kamień.

Raya wzięła głę­boki oddech. Naresz­cie. Na tę chwilę przy­go­to­wy­wała się przez całe dotych­cza­sowe życie.

Do serca kom­naty pro­wa­dziła ścieżka z kamieni na pół zanu­rzo­nych w wodzie. Raya poko­nała kilka z nich, lecz nagle zamarła.

- Momen­cik... Coś za łatwo mi idzie.

Obej­rzała się za sie­bie. A gdy zwró­ciła się z powro­tem w stronę klej­notu, ujrzała przed sobą wojow­nika w zło­tej masce.

Odru­chowo zaci­snęła palce na kijach.

- Wodzu, wiem, że zro­bisz wszystko, żeby mnie powstrzy­mać. Ale nie masz szans - powie­działa.

- Ostry język nie zastąpi ostrego mie­cza, młoda wojow­niczko - odpo­wie­dział wódz Benja. Głos docho­dzący spod maski był spo­kojny i niski. - Zapew­niam cię, że nie posta­wisz stopy w kręgu Smo­czego Kamie­nia. Nawet jed­nego palca.

Raya zer­k­nęła na miecz wiszący u jego pasa. Dobrze znała broń wodza. Jego zakrzy­wione ostrze mogło zmie­niać się w bicz, który był w sta­nie poko­nać trzech wojow­ni­ków naraz. Nie tylko umie­jęt­no­ści czy­niły z wodza naj­strasz­liw­szego wojow­nika wszyst­kich pię­ciu krain.

- W takim razie lepiej chwy­taj za miecz - rzu­ciła Raya zuchwale, choć jej serce biło jak sza­lone. - Przyda ci się.

- Nie sądzę. - Wódz odpiął miecz od pasa, ale nie wyjął go z pochwy.

Raya rzu­ciła się w lewo, licząc, że tym ruchem go zasko­czy. Benja sta­nął jej na dro­dze. Kije dziew­czynki zawi­ro­wały w powie­trzu, lecz każde ich ude­rze­nie tra­fiało w próż­nię.

Dostrze­ga­jąc swoją szansę, spró­bo­wała wymi­nąć prze­ciw­nika. Jej stopy szu­kały opar­cia na śli­skich kamie­niach. Przez moment wydało jej się, że zdoła się prze­śli­zgnąć.

Sprawną paradą wódz Benja wybił jej broń z dłoni i prze­wró­cił na zie­mię. Kije zastu­kały o kamie­nie.

Raya upa­dła na plecy i leżała nie­ru­chomo, sta­ra­jąc się zła­pać oddech. Sta­nął nad nią. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.

- Biip.

Uniósł złotą maskę. W jego oczach błysz­czała duma. Uśmiech­nął się do córki.

- Tak jak mówi­łem, nie posta­wi­łaś stopy w kręgu. Nawet palca. Nie udało się, Rayo.

Dziew­czynka unio­sła brew.

- Czyżby?

Ojciec zer­k­nął w dół. Wycią­gała stopę daleko przed sie­bie. Czu­bek jej palca doty­kał wewnętrz­nego kręgu Smo­czego Kamie­nia.

- Raya... - Ojciec pokrę­cił głową i zaśmiał się pod nosem. - Powi­nie­nem był poprze­stać na sto­pie.

Dziew­czynka pod­nio­sła się z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Hej, nie przej­muj się, wodzu. Robi­łeś, co mogłeś.

- Wcale się nie przej­muję. I skończ już z tym wodzem, mów mi ba albo ojcze. Gra­tu­la­cje, Kro­pelko. Wspa­niale sobie pora­dzi­łaś - pochwa­lił córkę, uży­wa­jąc popu­lar­nego w daw­nej Kuman­drze piesz­czo­tli­wego okre­śle­nia. - Prze­szłaś tę próbę.

Wycią­gnął do niej rękę, zapra­sza­jąc do wewnętrz­nego kręgu.

Raya zasty­gła, delek­tu­jąc się swoim trium­fem. Naresz­cie. Speł­niło się jej marze­nie. Po chwili postą­piła krok do przodu.

Smo­czy Kamień uno­sił się kilka cali nad postu­men­tem, a jego błę­kitny blask oświe­tlił jej twarz. Z bli­ska Raya dostrze­gła, że w środku coś migo­cze. Poczuła moc miesz­ka­ją­cej w nim magii.

- Rety - szep­nęła wzru­szona. - Więc tak wygląda duch Sisu.

Benja przy­klęk­nął i skło­nił głowę, uno­sząc dło­nie nad czoło i ukła­da­jąc je w kształt koła. Raya poszła w jego ślady. Patrzyła ocza­ro­wana, jak drobne kro­pelki wody uno­szą się w powie­trze i wirują wokół klej­notu.

- Od wielu poko­leń nasza rodzina pełni rolę straż­ni­ków skarbu - prze­mó­wił Benja. - Od dziś jesteś jed­nym z nich.

Benja nabrał w dłoń świętą wodę i polał nią głowę pochy­lo­nej w ukło­nie córki. Kro­ple spły­wa­jące po twa­rzy dziew­czynki zalśniły wewnętrz­nym bla­skiem. Płyn­nym ruchem prze­pły­nęły w powie­trzu i krą­żyły wokół klej­notu.

- Rayo, księż­niczko Serca, moja córko - powie­dział Benja z powagą - mia­nuję cię straż­niczką Smo­czego Kamie­nia.

Z dumą oto­czył córkę ramie­niem. Raya czuła jed­no­cze­śnie eks­cy­ta­cję i głę­bo­kie zmę­cze­nie. Od kiedy pamię­tała, tre­no­wała i przy­go­to­wy­wała się, by pew­nego dnia dostą­pić tego zaszczytu. Dłu­gie mie­siące i lata cięż­kiej pracy były tego warte.

Rozdział drugi

Słońce wła­śnie wyj­rzało zza hory­zontu, gdy Raya i jej ojciec opu­ścili kom­natę Smo­czego Kamie­nia. Raya poczuła na twa­rzy poranny wie­trzyk, który przy­niósł skrze­kliwe gda­ka­nie kur.

Serce leżało w środ­ko­wym biegu rzeki Kuman­dra ukła­da­ją­cej się w kształt smoka, dokład­nie tam, gdzie znaj­do­wa­łoby się jego serce. Kra­ina kar­miona wodami potęż­nej rzeki była żyzna, bujna i soczy­ście zie­lona.

Weszli do pałacu, a nie­siona eufo­rią Raya szła kilka kro­ków przed wodzem Benją, co jakiś czas zada­jąc powie­trzu ciosy i prze­ci­na­jąc je zwin­nymi kop­nię­ciami.

Ojciec przy­glą­dał się dziew­czynce z roz­ba­wie­niem.

- Kogoś tu roz­nosi radość - zauwa­żył.

- No jasne - przy­znała Raya. - W końcu teraz każdy, kto spró­buje wykraść Smo­czy Kamień, będzie musiał sta­wić czoła parce naj­sroż­szych mie­czy, jakie widziało wszyst­kie pięć ludów.

- Cie­szę się, że nie brak ci entu­zja­zmu, Kro­pelko - odparł Benja - bo mam ci coś waż­nego do powie­dze­nia. Te wszyst­kie ludy... wła­śnie tu jadą.

Raya okrę­ciła się na pię­cie i spoj­rzała na ojca, wytrzesz­cza­jąc oczy.

- Serio? - zapy­tała, a Benja przy­tak­nął. - Dobra, dobra, damy radę. Jestem gotowa. Dokład­nie wiem, jak spu­ścimy im łomot.

- Poważ­nie? A powiedz mi, co wła­ści­wie o nich wiesz - popro­sił.

Raya oczami wyobraźni zoba­czyła pustynną kra­inę, gdzie najem­nik z zaciętą miną ostrzył i wypró­bo­wy­wał swój miecz. Obraz był wyraźny, jakby była tam naprawdę.

- Zacznijmy od Ogona. Pie­kielna pusty­nia pełna prze­bie­głych najem­ni­ków, któ­rzy za nic mają zasady i fair play.

Potem wyobra­ziła sobie mia­sto por­towe, w któ­rym han­dla­rze pod­rzu­cali w powie­trze owoce i roz­ci­nali je na równe kawałki, zanim zdą­żyły opaść.

- Drugi jest Szpon. Mia­sto machlo­jek i masa­krycz­nie mści­wych mistrzów mie­cza. Zbu­do­wany na wodzie labi­rynt baza­rów, gdzie każdy jest sprawny w gębie, a jesz­cze spraw­niej­szy w walce.

Raya prze­nio­sła się w ukryte pod war­stwą śniegu góry, które zamiesz­ki­wała armia bar­ba­rzyń­ców.

- Trzy: Grzbiet. Zlo­do­wa­ciała zie­mia zamiesz­kała przez zło­wiesz­czo zawa­diac­kich zio­mów uzbro­jo­nych w zde­cy­do­wa­nie za duże olbrzy­mie topory - powie­działa.

I na koniec naj­waż­niej­sze: wojow­nicy Kła. Raya wyobra­ziła ich sobie sto­ją­cych w rów­nym rzę­dzie, każdy z wiel­kim kotem w ramio­nach.

- Czwarty i ostatni jest Kieł, nasz naj­więk­szy kon­ku­rent. Kie­ruje kohor­tami skry­to­bój­czych kile­rów oraz ich wście­kłych kotów. Prch!

Raya prych­nęła niczym praw­dziwy kocur, a Tuk Tuk pró­bo­wał ją naśla­do­wać. Po chwili zna­leźli się w pała­co­wej kuchni.

- No to tak: potrze­bu­jemy masy wiel­kich kusz. I kata­pult. I... ooo ja cię! Już wiem! Może nawet kata­pult na pło­nące poci­ski? - pod­su­nęła pod­eks­cy­to­wana.

Benja z nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem dosy­py­wał przy­prawy do kotła, w któ­rym bul­go­tała zupa.

- A co powiesz na... pastę kre­wet­kową z Ogona, szczyptę imbiru ze Szpona, pędy bam­busa z Grzbietu, papryczki chili z Kła i brą­zowy cukier z Serca?

- Otru­jemy ich? - spy­tała Raya z nadzieją.

- Skąd! Nikt nikogo nie będzie truł. Aha, wojny też nie będzie. Podzie­limy się z nimi posił­kiem - odparł Benja, poda­jąc jej miskę zupy.

- Zaraz, że co? - Raya wyba­łu­szyła oczy na ojca.

- Zapro­si­łem ich tutaj.

- Ale prze­cież to nasi wro­go­wie - zauwa­żyła mocno sko­ło­wana.

- Tylko przez zwy­kłe nie­po­ro­zu­mie­nie. Uwa­żają, że Smo­czy Kamień zapew­nia nam bogac­two - wyja­śnił Benja.

Raya prych­nęła.

- Prze­cież to nie­prawda. Wcale tego nie robi.

- Ale oni w to wie­rzą, tak jak my wie­rzymy w wiele rze­czy o nich, które w rze­czywistości są bzdurą - odparł Benja. - Jest powód, dla któ­rego każda kra­ina wzięła swoją nazwę od czę­ści ciała smoka. Te ludy kie­dyś żyły ze sobą w zgo­dzie i har­mo­nii. W Kuman­drze.

- To było wieki temu. - Raya lek­ce­wa­żąco mach­nęła ręką i siorb­nęła łyk zupy.

- I znów może tak być. Słu­chaj, jeśli się nie opa­mię­tamy i nie nauczymy ufać sobie nawza­jem, wkrótce poroz­ry­wamy się na strzępy. Nie chcę, żeby moja córka żyła w takim świe­cie.

Raya wes­tchnęła.

- Wie­rzę, że Kuman­dra może być jed­nym kra­jem. Jak kie­dyś... - cią­gnął. - Ale trzeba zro­bić ten pierw­szy krok. Zaufaj mi.

Raya spoj­rzała na ojca. Ufała mu. Wódz Benja ni­gdy nie zawiódł Serca. Z pew­no­ścią i tym razem wie­dział, co robi.