5.
Ravn szedł przez plac Ratuszowy, kierując się w stronę Vesterbro. Ciągnął za sobą M?ffego. Chociaż było już po północy, w dodatku w środku tygodnia, jasna letnia noc sprawiła, że na ulicach kłębił się tłum ludzi, którzy, podobnie jak on, nie chcieli, by dzień już się skończył. Minął strumień turystów wylewających się z głównej bramy Tivoli. Idąc z Christianshavn, oglądał po drodze pokaz sztucznych ogni, które rozświetlały nocne niebo nad starym parkiem rozrywki feerią kolorowych świateł. Spacer dobrze mu zrobił. Nie był już pijany, to znaczy pewnie był, ale nie na tyle, żeby mu to przeszkadzało. Próbował wmówić sobie, że po prostu wybrał się na spacer przed snem. W głębi duszy wiedział jednak doskonale, dokąd zaprowadzi go nie tyle rozsądek, ile alkohol. Zmierzał do swojego dawnego miejsca pracy, do komendy na Vesterbro, Station City, która niczym forteca trwała na posterunku pośrodku terytorium wroga. Wspominał lata, kiedy był zastępcą dowódcy jednostki specjalnej i znał na pamięć wszystkie boczne uliczki w okolicy, podwórza i piwnice, każdy burdel, każdą melinę. Był po imieniu z dilerami i prostytutkami, przynajmniej z tymi, którym udało się utrzymać przy życiu na tyle długo, że zapamiętał ich twarze. Nie ciągnęła go tam tęsknota, ciągnęło go coś znacznie groźniejszego, coś, co raniło jego duszę. Stara sprawa - sprawa Evy. Wcześniej czy później zawsze się pojawiała, a już na pewno wtedy, kiedy za dużo wypił. Niewyjaśniona sprawa, która nie dawała mu spokoju.
Stał w ciemnej bramie razem z psem, który, podobnie jak on, ukrył się między cieniami z dala od obnażającego światła ulicznych latarni. Colbj?rnsensgade była niemal pusta. Stali tu już dobre pół godziny, a minęło ich jedynie kilka afrykańskich prostytutek z klientami. Jedna zdecydowanie miała powodzenie, prowadziła już kolejnego klienta. Ravn spojrzał na opuszczony salon fryzjerski po drugiej stronie ulicy. Za brudnymi szybami i pożółkłymi firankami nadal paliło się światło, mieszając się z poświatą z ekranu telewizora. Dawno już nikt się tam nie strzygł ani nie czesał. Od ponad dziesięciu lat lokal formalnie należał do stowarzyszenia etnicznego. Funkcjonował jako miejsce spotkań obywateli byłych republik radzieckich. Powstał, by ludzie mogli się spotykać i kultywować tradycje, dziedzictwo kulturowe. Klub figurował w budżecie gminy, co oznaczało, że dostawał dotację do czynszu, skromną, a jednak. W rzeczywistości lokal od pierwszego dnia istnienia był nielegalnym klubem rzeczonej mniejszości narodowej i nie tylko. Niespełna dziesięć lat wcześniej stery przejął pewien gangster, Andrei Kaminski. Rozruszał miejsce i przyciągnął międzynarodowych graczy. Wielu z nich to byli ludzie niebezpieczni, z podejrzanymi pieniędzmi, które chętnie wprowadzali w obieg w klubie Kaminskiego. Przede wszystkim dlatego, że Kaminski wiedział, jak postępować z przegrywającymi. W jego klubie nie lała się krew, lał się tylko słynny czerwony barszcz. Podawał go przegranym, którzy jeden po drugim odpadali z organizowanych przez niego turniejów. A za wszystko pobierał opłaty w wysokości dwóch procent od puli.
Drzwi po drugiej stronie ulicy otworzyły się i po chwili wyszło dwóch młodych mężczyzn o słowiańskiej urodzie. Nad nimi unosiła się chmura dymu papierosowego; mówili po rosyjsku. Doświadczenie Ravna podpowiadało mu, że to raczej płotki, nie grube ryby. Zwykle im facet był głośniejszy, im bardziej się puszył, tym niżej stał w hierarchii. Jeśli chodziło o gangi imigrantów, rockersów czy mafię ze Wschodu, Ravn rzadko się mylił. Wiedział, że trzeba uważać przede wszystkim na tych spokojnych i cichych.
Mężczyźni nie zamknęli za sobą drzwi i chodnik oświetlił strumień światła. Ravn nie zdołał dojrzeć, co tam się działo ani ilu ludzi było w środku. Nie widział też, czy był wśród nich Kaminski. Otwarte drzwi przyciągały go jak magnes. Sytuacja przypomniała mu czasy służby w jednostce specjalnej, kiedy po całych dniach śledzenia podejrzanych w końcu padał rozkaz przypuszczenia szturmu. Był to stan wyjątkowego oszołomienia. Po wielu dniach napięcia następowało odprężenie. Psychiczne i fizyczne. Poczucie wspólnoty było niesamowite. Zjednoczeni w swojej sile, otwierali kopniakiem drzwi i kładli bandytów na ziemię, zanim ci w ogóle zorientowali się, o co chodzi, zanim zdążyli zniszczyć towar. Czuli się jak królowie ulicy, kiedy ci wszyscy wytatuowani chłopcy leżeli twarzami do gleby, skuci kajdankami, a oni znajdowali kolejne kilogramy prochów. Im więcej kilogramów, tym więcej lat za kratkami. Tak właśnie miał ochotę potraktować Kaminskiego, chociażby dlatego, że jeśli ktoś wiedział coś o tamtej starej sprawie, z pewnością był to Kaminski.
Alkohol we krwi Ravna pchał go w kierunku otwartych drzwi, wyszedł z ciemności. Ale zdążył dotrzeć tylko do krawędzi chodnika, kiedy czyjaś ręka chwyciła go, wciągnęła z powrotem do bramy i postawiła pod ścianą. Smycz M?ffego się naprężyła, pies zawarczał groźnie.
- Uspokój kundla, Kruk, albo coś mu się stanie.
Ravn szarpnął za smycz, przyciągnął psa do siebie. Uciszył go, co M?ffe skwitował głuchym warknięciem.
- Co ty tu robisz, do cholery? - spytał Dennis Melby i posłał mu wściekłe spojrzenie.
- Wybrałem się na wieczorny spacer, a ty?
Melby pokręcił głową.
- Mieszasz się do pracy policji, a to jest karalne.
- To droga publiczna - odciął się Ravn, mierząc go wzrokiem. Dennis wydał mu się potężniejszy niż kiedykolwiek, przypominał nadmuchaną ropuchę. Ravn nigdy go nie lubił. - Widzę, że nadal łykasz te swoje witaminki.
- A tobie co do tego?
- Dilerzy przy kościele mają duży wybór.
Melby chwycił go ręką za szyję i mocno ścisnął.
- Jesteś zerem, Ravn. Zawsze byłeś, nawet kiedy pracowałeś w jednostce specjalnej.
- Puść mnie, zanim to się źle skończy... dla ciebie.
Melby uśmiechnął się szeroko.
- Spadaj stąd. Trzymaj się swojego gównianego Chrislianshavn, razem z innymi niedołęgami.
Ravn wyswobodził rękę z uścisku i złapał go za jaja.
- Powiedziałem, żebyś mnie puścił.
Na twarzy Melby'ego pojawił się grymas bólu, ale nie poluzował chwytu. Dotknął kciukiem grdyki Ravna. Ravnowi zrobiło się czarno przed oczami.
- Zaraz poszczuję cię psem, chętnie posmakuje twoich klejnotów.
Melby spojrzał na psa, który szarpał się na smyczy.
- Przestańcie! - rozległo się z drugiej strony bramy.
Odwrócili się w kierunku idącej w ich stronę postaci.
- Przestańcie, do cholery! - powiedział Mikkel w najczystszym północnojutlandzkim dialekcie.
Obaj poluzowali chwyt, Ravn z trudem łapał powietrze.
- Wyglądasz gównianie - odezwał się Ravn zduszonym głosem do swojego byłego partnera z patrolu.
Cienie pod oczami Mikkela świadczyły o zbyt wielu nieprzespanych nocach.
- Co tu się, do diabła, dzieje? Chcecie rozwalić operację, którą przygotowujemy od roku?
Dennis poprawił spodnie.
- Poprosiłem cywila, żeby poszedł dalej. Ale się uparł.
- Zamknij się, Dennis. Wracaj do samochodu - nakazał mu Mikkel.
Dennis spojrzał na Ravna.
- Jeszcze się zobaczymy, łachudro - rzucił i ruszył przed siebie.
Ravn patrzył za nim, kiedy szedł Cołbj?rnsensgade.
- Świruje po tych sterydach.
- A ty, jak zwykle, w formie?
Ravn wzruszył ramionami.
- Robię swoje. Czego chcesz?
- To raczej ja powinienem spytać, co tu robisz.
- Jak już mówiłem tej sterydowej bombie, wybrałem się na wieczorny spacer.
- Stoisz tu już ponad godzinę.
- Pół godziny. Musiałem chwilę odpocząć.
- Jesteśmy blisko zatrzymania Kaminskiego.
- Miałeś mnie informować, Mikkel. Zapomniałeś o tym?
Mikkel zasłonił dłonią zwisający mu z prawego ucha mikrofon, przez który łączył się z centralą.
- Uspokój się - powiedział, jeszcze bardziej ściszając głos. - Podsłuch, który ostatnio założyliśmy Kaminskiemu, potwierdził to, co wcześniej podejrzewaliśmy, a mianowicie, że nie tylko uprawia hazard, ale jest też zaangażowany w handel narkotykami, handel ludźmi i paserstwo, i to na milionowe sumy.
- To mnie nie interesuje. Obiecałeś, że jeśli pojawią się informacje, które mogą być istotne dla sprawy Evy, dowiem się o tym pierwszy.
Mikkel odwrócił wzrok.
- I to się nie zmieniło. Tyle że ciągle nic nie mamy. Z całym szacunkiem, twoja sprawa w porównaniu z tym, w co zamieszany jest Kaminski, traci nieco na znaczeniu. Prawdę mówiąc, nadal nie wiemy, czy w ogóle miał z nią cokolwiek wspólnego.
- Proponuję, żebyście spytali go o to przy najbliższej okazji... - rzucił Ravn.
Chciał wyminąć Mikkela, ale ten zatrzymał go lekkim kuksańcem w pierś.
- Odpuść, Ravn. Jesteś pijany. Obiecałem, że ci pomogę, i nie wycofuję się z tego. Przecież wiesz.
Ravn spuścił wzrok. Miał wrażenie, że nagle uszła z niego cała energia, czuł zbliżającego się kaca.
- Wszystko w porządku? Potrzebujesz pieniędzy? - spytał Mikkel i zaczął szukać po kieszeniach.
- Oszczędź sobie - warknął Ravn. - Przyciśnij Kaminskiego i wyciągnij z niego, co trzeba. Jesteś mi to winien - dodał, wskazując na niego palcem.
Mikkel skinął głową.
- Będziesz pierwszy, który się o tym dowie. O ile, oczywiście, coś nam wyjawi.
Ravn pociągnął za smycz, M?ffe się podniósł - pora wracać do domu.
- Kruk!
Ravn się odwrócił.
- Jeśli chcesz posłuchać mojej rady, to rusz się stąd.
- Nie prosiłem cię o radę.
- Mimo wszystko...
- Wiesz, jaki dzisiaj jest dzień?
Mikkel pokręcił głową.
- Trzy lata temu zginęła Eva.