3.
Hohenschönhausen, Berlin, 11 lipca 1989
Hausser przekręcił okrągłą gałkę okrętowych drzwi, które aż jęknęły, kiedy zaczął je otwierać. Chwycił gałkę obiema rękami i pociągnął, drzwi opadły ciężko na bok skrzyni. W pomieszczeniu rozszedł się ostry zapach uryny. Blada, nalana postać, która wcześniej siedziała na wpół zanurzona w mętnej wodzie, rzuciła się teraz w jego stronę. Obroża i skórzane mankiety, które mężczyzna miał założone wokół nadgarstków, były przytwierdzone łańcuchem do dna skrzyni i trzymały go w żelaznym uścisku. Hausser przyglądał się potężnie zbudowanemu mężczyźnie. Był koło sześćdziesiątki, jego skóra, po niezliczonych dniach spędzonych w wodzie, wydawała się przezroczysta, jakby zaraz miała się rozpuścić. Czarne włosy na torsie i udach wyglądały jak zmierzwiona sierść.
- Uwolnij mnie... Proszę - wydukał zsiniałymi wargami.
- Podaj numer!
Mężczyzna spojrzał błagalnie na Haussera.
- Numer jeden sześć sześć... Może mnie pan uwolnić? Proszę.
- Ależ chętnie bym to zrobił - odpowiedział Hausser. - Myślisz, że jestem tu dla przyjemności?
Mężczyzna pokręcił głową.
Hausser wyjął z kieszeni pęk kluczy. Mężczyzna wpatrywał się w nie zafascynowany, próbując wyciągnąć w stronę Haussera rękę uwięzioną w zamkniętym na kłódkę skórzanym mankiecie.
- Ale najpierw musisz powiedzieć mi prawdę.
- Ja... Ja już to zrobiłem.
Hausser pokręcił głową.
- Przez trzy miesiące kłamałeś śledczym. Co chwila przyłapywali cię na kolejnych kłamstwach. Dawali ci papierosy, częstowali kawą, byli dla ciebie mili, a jednak, a może właśnie dlatego, postanowiłeś kłamać. Dlatego przekazali cię mnie.
- Jestem niewinny. Nawet nie wiem, o co jestem oskarżony. Nikt mi tego nie powiedział.
- Sam najlepiej wiesz, co masz na sumieniu. Nikt nie musi ci tego mówić. Szkoda, że zamiast przyznać się do winy i wyrazić skruchę, zdecydowałeś się kłamać. Spójrz na siebie. Zobacz, co ci z tego przyszło.
Mężczyzna spróbował zmienić pozycję i wyciągnąć nogi, ale łańcuchy skutecznie mu to uniemożliwiły.
- Powiedziałem im prawdę.
- Więc twierdzisz, że to ja kłamię? - Hausser odwrócił wzrok od kluczy i spojrzał na mężczyznę.
- Nie... Ja... Ja nie wiem, co panu powiedzieli. Odpowiadałem szczerze na wszystkie pytania. Wszystko powiedziałem. Przysięgam. Nie mam nic do ukrycia. Proszę... Dłużej nie wytrzymam... - Zaczął łkać, cały się trząsł.
- Leo! - zawołał Hausser.
Mężczyzna przestał skamleć, wyraźnie zaskoczony, że po raz pierwszy od aresztowania ktoś użył jego imienia zamiast jak zwykle numeru.
- Sam jesteś sobie winien. Gdybyś od razu powiedział prawdę, nie skończyłbyś tutaj. Dawno już byłbyś w domu, u żony, u Gerdy i synków, Klausa, Johana i małego Stefana. Bo mielibyśmy pewność, że możemy ci ufać i że pomożesz nam zwalczać zdrajców klasowych i faszystowskich szpiegów. Wszystkich, którzy stanowią zagrożenie dla partii i dla naszej ojczyzny. To proste. A ty wszystko skomplikowałeś...
- Ale przecież ja chcę pomóc...
- Nie przerywaj mi!
Leo zagryzł wargę i spojrzał na mętną wodę w skrzyni.
- Jedyny powód, dla którego teraz z tobą rozmawiam, zamiast pozwolić ci utopić się we własnych odchodach, jest taki, że mnie jak dotąd jeszcze nie okłamałeś. Dlatego jestem skłonny zapomnieć o bajkach, którymi raczyłeś moich kolegów. Zabierając im czas. I nadużywając ich zaufania. Radzę ci dobrze się zastanowić, Leo, i zacząć ważyć słowa. - Hausser zmarszczył brwi, rzucały teraz cień na grzbiet jego nosa. - Nie znoszę kłamstw. Nienawidzę kłamstw. Za każdym razem, kiedy słyszę kłamstwo, czuję się brudny.
Hausser wychylił się do przodu i oparł rękami o krawędź skrzyni. Pęk kluczy otarł się o jej bok, Leo spoglądał na niego ukradkiem. Hausser ściszył głos.
- Rozumiesz, Leo? Tak działają na mnie kłamstwa. Rozumiesz, jak źle się z tym czuję?
Leo pokiwał głową tak energicznie, że łańcuchy zadzwoniły.
- Co... Co chce pan wiedzieć? - wyjąkał.
- Ile ci płacą? Ci wszyscy, którym pomagasz w ucieczce.
Leo odwrócił wzrok.
- Ja... Ja nie wiem.
- Uważaj, żeby to nie były twoje ostatnie słowa. Jeśli znów skłamiesz, zamknę wieko i utopisz się we własnej urynie.
- Tysiąc dolarów! - zawołał mężczyzna. - Czasem trochę więcej. To zależy od wydatków.
- A gdzie twoi ludzie teraz kopią?
Leo zaczerpnął powietrza, wahał się.
- Gdzie, Leo? - Hausser chwycił za wieko, jakby zamierzał je zamknąć.
- Ruppiner Straße osiem. Tam gdzie jest warsztat samochodowy.
Hausser pokiwał głową i zamyślony rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Tak, chyba wiem, gdzie to jest. To tam serwisują samochody Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, tak?
Leo skinął głową.
- To był świetny kamuflaż. Pomagali nam wysoko postawieni funkcjonariusze partyjni. Teraz wszyscy chcą uciekać.
- Jak daleko się dokopaliście?
Leo wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Ale to najdłuższy z wszystkich naszych tuneli. Ma sto czterdzieści sześć metrów długości - powiedział niemal z dumą. - Niewiele już im zostało, może z czterdzieści metrów. Jeśli chłopcy się nie poddali i nie uciekli, pewnie są już gdzieś przy końcu.
- Ilu zdrajców zamierzałeś przeszmuglować?
- Około pięciuset, może więcej. W obecnych czasach taki tunel to niemal podziemna filia Interflugu. Przepraszam, ale tak wygląda prawda...
- Nie przepraszaj. Doceniam ludzi, którzy traktują swoją pracę poważnie. Nawet jeśli to przemytnicy. Przemytnicy i pedofile, tacy jak ty.
Leo otworzył szeroko usta.
- Tak, tak, Leo, wiemy wszystko. Służby mają oczy wokół głowy, wszystko widzą. Co dzieje się w sypialniach, na podwórkach, na pustych boiskach szkolnych. We wszystkich miejscach, gdzie zabawiałeś się z pionierami i z małymi dziećmi, które zwabiałeś słodyczami z Zachodu.
Hausser schował klucze do kieszeni, chwycił ręką wieko skrzyni.
- Co ty robisz?! - zawołał Leo. - Przecież wszystko powiedziałem...
- Musimy to sprawdzić. Dopóki tego nie zrobimy, zostaniesz tu, gdzie jesteś.
Zatrzasnął wieko. Obrócił gałkę, jęk zapadek zagłuszył rozpaczliwy szloch dochodzący z wnętrza skrzyni.
* * *
Trzy godziny później, kiedy było już prawie jasno i deszcz przestał padać, Hausser powrócił do więzienia w Hohenschönhausen. Wchodząc do celi, ziewnął głośno, wyraźnie znużony nocną pracą. Razem z jedną z jednostek VII Dywizji, odpowiedzialnej za operatywne działania służb bezpieczeństwa, obserwował okolicę wokół warsztatu na Ruppiner Straße. Szybko się okazało, że mimo nagłego zniknięcia Lea jego ludzie kontynuowali kopanie tunelu. W nocy niemal cały czas ktoś wchodził do budynku, w którym mieścił się warsztat, i z niego wychodził, a wczesnym rankiem z podwórza odjechała ciężarówka ze sporym ładunkiem okrytym brezentem. Hausser był przekonany, że była pod nim ziemia. Dlatego uznał, że nie ma powodu, żeby Leo musiał dłużej czekać.
Usiadł na brzegu skrzyni i zerknął do środka przez iluminator. Zobaczył błagalny wzrok więźnia. Podniósł głos.
- Mówiłeś prawdę, Leo. Dla kogoś takiego jak ty, kto całe życie przeżył w kłamstwie, musiała to być duża ulga. Obiecałem, że cię tu nie zostawię, i chciałbym dotrzymać słowa. Problem w tym, że obecny tu Muller - Hausser wskazał palcem na stojącego obok kranu krótko ostrzyżonego mężczyznę - bardzo nie lubi, kiedy ktoś opuszcza skrzynię żywy.
W tym momencie Müller odkręcił kran i woda popłynęła grubym wężem do skrzyni. Leo zaczął wyć i szarpać łańcuchy.
Hausser pokręcił głową, próbował go uciszyć.
- To nie mogło się inaczej skończyć. Skrzynia to nasza tajemnica. Najlepiej zachowana tajemnica w całym kraju.
Przez iluminator obserwował, jak poziom wody powoli się podnosi, by w końcu zakryć głowę więźnia. Słyszał jeszcze, jak mężczyzna uderza kilka razy plecami w wieko skrzyni, ale walka od początku była nierówna. Masywne stalowe wieko nie poddało się i Leo w końcu zrezygnował. W celi zapadła cisza. Kiedy skrzynia wypełniła się wodą i nieszczelne boki zaczęły przeciekać, Muller zakręcił kran. Hausser przekrzywił głowę. Patrzył, jak z otwartych ust Lea wydobywają się ostatnie bańki powietrza i gromadzą pod szkłem iluminatora. Na tle żółtej wody przypominały świeżo rozlany berliner pilsner. Nagle poczuł pragnienie. To była dobra noc, kolejny zdrajca zakończył życie, a wkrótce ktoś nowy zajmie jego miejsce.