Raptowny fartu brak - Eugeniusz Dębski

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Eugeniusz DębskiCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2009
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-490-3
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
GRAFIKA NA OKŁADCE Marta Żurawska
PORTRET AUTORA Agnieszka Orłowska
REDAKCJA Katarzyna Bagier
KOREKTA Urszula Gardner
SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Dariusz Nowakowski
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Na zboczu wzgórza, niemal na końcu podjazdu, usadowił się pasożytniczy wzgórek powodując, że łagodna już pozornie droga nagle stanęła dęba. Silnik sprężył się, wyciągnął nieco wyższą nutę, prawie zmarszczył się z wysiłku, ale pokonał wzniesienie, a potem samo wzgórze. Na szczycie jednak zapiszczał podejrzanie i raptownie ucichł. Siedzący w nieruchomym pojeździe Luk uniósł oczy ku górze i bezgłośnie sklął niebo.
- Nie rób mi tego - poprosił.
- Pusty zbiornik - beznamiętnie, zdyszanym głosem poinformował Silnik. - Może niezupełnie to mam na myśli, chociaż upraszczając...
- Nie chrzań, chłopie. Całą drogę klnę jak szewc!
- Ale jest pod górkę, a paliwo nie najwyższej marki.
- C-co ty mi pieprzysz?! Jakiej marki? Jakiej marki, co? Teraz mi coś mówisz o marce? Jak się układałem, to było tylko o "mięsie", prawda? Miałem kląć przez całą drogę. Tak?! Gdybym wiedział coś o warunkach dodatkowych, tobym zaproponował inne paliwo.
Silnik prychnął pogardliwie.
- Jakie?
Luk zacisnął zęby i chwilę walczył ze sobą.
- Spermę! - Splunął z całej siły w przydrożny pył.
- Akurat by wystarczyło! - ironicznie sapnął Silnik. - Chciałeś przecież wyjechać poza garaż.
Luk zeskoczył z siodełka i kopnął w oponę.
- A na tym z kolei nie zajechałbyś nawet do peryferyjnego parku.
Spokojnie, chłopie. Spokojnie. Tak nie ma sensu, uwierz mi. Spoko.
- No to jak? Klniesz czy nie? - nie ustawał Silnik.
- Zaraz, przecież nie chcesz byle czego, ty parchu pustynny? - wstawił sprytnie.
- Było.
- Rusz się, nie wkurwiaj mnie!
- No i ty masz pretensje, że nazwałem twoje przekleństwa marnym paliwem?!
Luk zawirował na pięcie jednej nogi z łokciami przyciśniętymi do brzucha.
- O, może trzeba było wybrać jakieś łamańce gimnastyczne?
- Zamknij ryja! - huknął Luk doprowadzony do szału. - Ty w pachę skubany, flegmotwórczy wyciorze! Ty w trzy pi...
- Było - flegmatycznie przerwał Silnik.
- Aaaa!!! Trzymajcie mnie! Ludzie! Lu-udzie-e!
- A propos "ludzie"... - rzeczowo wtrącił Silnik. - Znasz taki dowcip: pewien miastowy zgubił się w lesie, w strasznym lesie, i zaczyna wrzeszczeć: "Ludzie, ludzie!", a zza drzewa wychyla się Czukcza i powiada: "Ha! Jak tutaj, to: "ludzie", a jak w mieście, to pogardliwie: Czu-u-ukcza!". - Oczy-reflektory patrzyły na zamarłego w bezruchu Luka, potem ich pokrywy zamknęły się i natychmiast otworzyły.
- Hy-hy... - niepewnie roześmiał się Luk. - Idiota, jak Boga kocham, wrobili mnie w Silnik idiotę!
- Mógłbyś mi to wyjaśnić? To słowo "Czukcza" i dlaczego to śmieszy...
- Kpisz sobie ze mnie, tak? - Luk odsunął się o dwa kroki i położył rękę na kaburze. - Pokurczu moczem chłodzony... Gnido niewychechłana, jak ci wkopię kołek w tę niskochłodzoną dupę, to się sfajdasz aż po wycieraczki. - Odsunął się jeszcze o krok i zaczepił paznokieć o mosiężną klamerkę. - Tak cię, robaczku, wytrzepocę...
- Ojej, dobrze już, z górki może wystarczy - stęknął Silnik. Nie spuszczał oczu z kabury i gdy tylko zobaczył, że z człowieka uchodzi para, że ręka sięga do kieszeni po wodne dropsy, dodał przebiegle: - Ale wytłumaczysz dowcip i dołożysz jednak kilka jobów... Później, może jutro! - wrzasnął widząc, że człowiek bez ostrzeżenia wyszarpuje blaster z kabury. - W przyszłym tygodniu!
- Ruszaj, czterocylindrowa flądro!
Silnik warknął, zapracował równym rytmem. Luk zabezpieczył klamerkę kabury. Silnik odczekał chwilę.
- Oj-jej! Aleś mi dokuczył! - parsknął ironicznie, ale przedtem sprawdził, czy kabura jest zamknięta. Zgrzytnęła przekładnia, drgnęły baloniaste zbrojone tlenem opony. Dźwignia ręcznego hamulca zachrobotała i opadła, pojazd drgnął.
Człowiek poruszył się i niedbale, demonstracyjnie oparł dłoń o pogięte nadkole, rozejrzał się starannie dokoła.
- A rusz się o centymetr! - zagroził Silnikowi. - Już mam dość ciebie i całego tego cackania się. OK?
Silnik zmrużył reflektory i pyrknął obraźliwie. Niewątpliwie starał się jak mógł zamanifestować swe niezadowolenie, tymczasem człowiek okazał się istotą na tyle gruboskórną, że jego usiłowania nie miały szans powodzenia. Luk poklepał protekcjonalnie nadkole, potem wskoczył na maskę i jeszcze raz, tym razem z rzeczywistej potrzeby, a nie dla czczej demonstracji, przeleciał wzrokiem horyzont; najpierw normalnie, później przez wszczepione binokle i było to na tyle nieciekawe, że nie chciało mu się nawet sięgnąć do lornetki. Zeskoczył na ziemię, wzniecając obłoczki duszącego suchego pyłu. Przypomniał sobie o awanturze z Silnikiem i postanowił dopiec mu bardziej. Pochylił się, poklepał jeszcze raz maskę.
- Do-o-obry silniczek - powiedział. - Dobly pana silniczek, plawda?
- Nie musisz mnie chwalić, znam swoją wartość - odparł Silnik, a w jego tonie zabrzmiały wyraźne nutki zadowolenia. - A dlaczego zmieniasz głoskę "r"? - zapytał naiwnie po chwili.
- Debil - warknął Luk.
- Nie rozumiem. Może tu trzeba odwrotnie: "l" na "r"?
- Zabiję... - Luk zamierzył się nogą na koło, chciał wskoczyć na pakę, lecz zamarł słysząc:
- Nie strasz, nie strasz, bo się...
Luk odczekał chwilę z uniesioną do góry nogą, z otwartymi do kolejnego ciętego esprita ustami, wystraszony. Z tego co wiedział, a wiedział o Silnikach niemal wszystko, Silniki nie potrafiły grozić, bo nie potrafiły planować czegokolwiek, a przecież użycie groźby ma na celu jakieś korzyści w dalszej lub bliższej, ale jednak przyszłości. Popatrzył na Silnik. Zastanawiał się chwilę.
- Jedźmy - powiedział nagle Silnik.
W jego na ogół metalicznym głosie tym razem zabrzmiała wyraźna prośba. Luk wsunął się ostrożnie na siedzenie, poruszył dźwignię zamykającą owiewkę i delikatnie wcisnął pedał akceleratora.
- Czy coś się stało? - zapytał, starając się nie zdradzić emocji.
- Lepiej nie pytaj. - Silnik sam zwiększył obroty. Wbrew zamierzeniom Luka już po chwili gnali w dół o kilkanaście kilometrów na godzinę za szybko. Droga wiodła zboczem wzgórza wciąż w prawo ciasnymi, nieregularnymi spiralami.
- Skoncentruj się na prowadzeniu.
- No to nie gazuj za mnie. Wiem, na ile mnie stać - warknął rozzłoszczony Luk. - Jeszcze... - Serce podskoczyło mu do gardła, gdy okazało się, że zakręt zacieśnia się do absurdalnych granic, że wewnętrzne koła zaczynają tracić oparcie w podłożu i niemal połowę czasu spędzają w powietrzu. Gwałtownie wdusił pedał hamulca. - Szszszsz... Jeszcze trochę i byśmy zrobili pa-pa w dół!
- Jeszcze trochę i dogoni nas Kolbobum! - krzyknął histerycznie Silnik, zagłuszając terkot opon na nierównej powierzchni i trzask pracujących na maksymalnych obciążeniach resorów, zwłaszcza lewych. Krzyknął naprawdę głośno. Luk poczuł poruszenie wśród krótkich włosów na karku i trochę wyżej. - Nie żałuj pedału...
- Ale co to jest?!
- Nie pytaj...
Zakręt. Oczywiście w prawo, nagły uskok terenu, żołądek do gardła, uuups! Jakiś dziwny absurdalny kawałek prosto i znowu w prawo, ciaśniej. Luk zawisł nad prawymi kołami, coś z półki za plecami spadło i utkwiło na wysokości nerek, gniotąc ciało za każdym razem, gdy pojazd podskakiwał lub zmieniał nawet nieznacznie kierunek czy prędkość. Kanciasty przedmiot stale atakował nerki. Człowiek zacisnął zęby. Już dwie minuty wcześniej zdjął nogę z pedału gazu, bo i tak Silnik dawał pełną moc, skoncentrował się na hamulcu, używając go jednak oszczędnie w obawie, że Silnik wyłączy niepotrzebne w obecnej sytuacji urządzenie. Sytuacja musiała być tragiczna.
Luk wyszedł z kolejnego łuku, poszerzył promień skrętu, od razu zacieśnił i spazmatycznie zaczerpnął powietrza - środek drogi zajmował spory głaz, praktycznie niemożliwy do ominięcia. W tym tempie wykluczone było również hamowanie. Silnik pisnął, pojazd szarpnął się do przodu jeszcze szybciej. Luk mógł już tylko trzymać się kierownicy, zwłaszcza że i tak nie reagowała na jego ruchy. Pojazd wahnął się od lewej krawędzi szosy, uniósł się lekko na lewych kołach, musnął prawymi stok wzgórza, a nadkolami kanciastą zawadę i huknąwszy chyba wszystkim, czym mógł, o nawierzchnię drogi, pognał dalej, a po chwili naraz zanurkował, niemal wyrzucając człowieka z fotela. Luk jęknął, podkurczył nogi i przygotował się do opuszczenia szalonego wehikułu, nie widząc możliwości opanowania wozu. Coraz bardziej był przekonany, że Silnik również stracił kontrolę nad pojazdem.
- Trzymaj się, Lu-chu-chuk... - Wyboje zniekształciły imię pasażera.
Na marginesie zwykłego w takiej sytuacji procesu myślowego - mieszanki strachu, analizy sytuacji, złości na siebie, na Silniki, które zapewniały o bezpieczeństwie planetki - odezwała się myśl zwariowana, która zachowywała się jak beztroskie dziecko. Nie dostrzegała grozy położenia idiotycznie zdziwiona na przykład tym, że Silniki podskakując na wybojach, również mają kłopoty z wymową. A przecież mówią nie przez otwór gębowy, a przez specjalne szczeliny nad oczami-reflektorami.
- To ty... y-y... t-t-ty... się zatrzy-yma...
Jeden z gwałtownych podskoków z niemal równoczesnym zatrzymaniem wehikułu spowodował, że język Luka dostał się między zęby i został nimi przytrzaśnięty. Luk zawył głośno, a potem, trzymając zaciekle kierownicę, przerzucony przez nią górną połową ciała rąbnął twarzą w pokrywę silnika. W uszach... nie, nie w uszach - pod kopułą czaszki rozległ się wielodźwięczny trzask, przed oczami bezgłośnie eksplodowała jasność. I zamknęła się w Czarną Dziurę. Otworzyła znowu. Luk poczuł, że osuwa się po masce pojazdu, że kierownica ociera się o uda i za moment przekroczy granicę kolan, a wtedy nic już nic uratuje pasażera przed stoczeniem się na grunt, może pod koła. Ryknął coś, nie zdążył nawet zaplanować krzyku, po prostu wrzasnął rozpaczliwie, ale Silnik albo zrozumiał, o co chodzi, albo przyspieszył - pojazd runął do przodu, podskoczył i Luk dość gładko trafił niemal dokładnie w to samo miejsce, z którego przed chwilą pęd i rozhukana droga go wyrzuciły. Szlak opadał w sposób przynoszący zaszczyt odwadze projektanta, następnie, zaraz za najniższym punktem, skręcał w lewo, przenosząc się na bok siostrzanej góry.
- Wielki Bo-oż...
- Tam mamy kryjówkę! - krzyknął Silnik, zagłuszając szurgot, charkot i wizg opon. - Skręcamy w prawo - ostrzegł.
- Zgłupiałeś?! Tam nic nie...
W tej właśnie chwili przednie koła przejęły na swoją oś niemal cały ciężar pojazdu, tylne zaterkotały, uderzając we wpuszczone w grunt kamienie, chwytając rozpaczliwie namiastkę przyczepności. Silnik wyhamował niemal całkowicie i - gdy Luk napiął mięśnie, chcąc wyskoczyć w biegu ze sfiksowanego wehikułu - przyspieszył, skręcając absurdalnie koła w prawo. Za fałdą na stoku góry pojawił się kanion, naturalny twór o dnie przypominającym strukturą drogę, po której "zjeżdżali" przed chwilą. Silnik wyrwał do przodu i pognał, jakby nie zauważył, że teren wymagałby rozwagi od kozic, a uciekającemu wężowi sprawiłby niejedną niemiłą niespodziankę. Luk porzucił myśl o wyskakiwaniu, zaniechał prób kręcenia kierownicą, porzucił pomysł wyhamowania. I nadzieję. Zaparł się od dołu kolanami w koło kierownicy, wparł stopy w pedały. Palce dłoni wczepiły się w wolne centymetry kierownicy z taką siłą, że groziło im wtopienie się w jej tworzywo.
- Matko... matko... matko...
- Cicho! - syknął Silnik.
Delikatnie zwolnił do prędkości, przy której koła nie skakały po nierównościach, a amortyzatory zaczęły spełniać swe zadanie, i to nawet nieźle. Dźwięk napędu zsunął się z akordowego, przypominającego kilkugłosowy i wduszony na stałe klakson do szmeru niemal niesłyszalnego w ciszy wczesnego wieczoru. Pasażer poprawił się na fotelu, rozejrzał dokoła i płynnym, wytrenowanym ruchem wyjął z kabury siedemdziesięciodwustrzałowy pistolet. Mogłem, pomyślał, nie pieprzyć się z zakazami i kupić jednak ten blazer. Stopiłbym pół góry. Wodząc wzrokiem za sobą, trzymał broń w pogotowiu, a kiedy wrócił spojrzeniem do drogi, napotkał oczy Silnika, który przesunął wcześniej swoje narządy wzroku po masce do tyłu i do góry i mógł teraz obserwować siedzącego Luka.
- Nie rozśmieszaj mnie - szepnął Silnik. - Najwyżej wystrzelisz przez nieuwagę i zdradzisz nas. Schowaj to.
Luk pokręcił głową bez słowa. Silnik westchnął. Skręcił koła zgodnie z biegiem dna kanionu i ustawił się na wprost niskiego ciemnego otworu.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
Serwis miał pan dzisiaj zabójczy, panie pułkowniku - powiedział kapitan Sandowaniss, ściskając ponad siatką dłoń swego pogromcy, pułkownika Trefiego-Ongera, odruchowo spróbował też strzelić obcasami.
Pułkownik zawsze szacował i klasyfikował każdy czyn i niemal każde słowo podwładnych, a i przełożonych też. Dzięki temu miał w głowie cały katalog odpowiednio posegregowanych czynów - odważnych, podłych, neutralnych, egoistycznych i wielu jeszcze innych. Co do kapitana, to docenił jego talent: osądził gratulacje przychylnie - ani zbyt entuzjastyczne, ani zbyt standardowe. Wyważone, akurat, pomyślał o pochlebstwie. Precyzyjnie odmierzony ton, kontynuował rozmyślania, i co najważniejsze w pochlebstwie, dotyczy tego, z czego osobnik obgłaskiwany sam się cieszy. Serwis rzeczywiście mi wychodził, ale gdyby nawet nie, to Sando coś by znalazł. Zdolny, psiakostka!
- A tak - powiedział na głos. - Zaiste, trafiałem jak rzadko. - Mógł podnieść siatkę, by pomóc kapitanowi przejść pod nią z naręczem rakiet, lecz to by zalatywało wdzięcznością za komplement. Kapitan musiał poradzić sobie z siatką sam. I poradził sobie. - Zapraszam na piwo - powiedział Trefi-Onger, gdy adiutant wynurzył się po jego stronie kortu.
To było OK. Akurat na tyle wobec podwładnego mógł sobie pozwolić dowódca jedynego posterunku nad zapyziałą planetką.
- Byłoby mi miło. - Sandowaniss energicznie skinął głową. - Dziękuję, sir, ale ma pan wizytę, sir, tego dziennikarza. Intervipera, znaczy się.
Dobór słów i akcent na nich: "tego dziennikarza", jasno określiły stosunek kapitana do wizyty. Trefi-Onger doskonale pamiętał o Cesarzu Dziennikarzy, dla którego ukuto nawet specjalne określenie sprawności zawodowej, kapitan nie miał podstaw sądzić, że skleroza skruszyła wreszcie mur precyzyjnego i sprawnego umysłu pułkownika; dialog był fragmentem większej całości - gry w wielkodusznego przełożonego i szanującego go podwładnego. Pułkownik cmoknął, co miało znaczyć: "Potrzebne mi to jak druga dziura w dupie!".
- Na cholerną śmierć o nim zapomniałem! - rzucił, niespecjalnie się jednak starając, by zabrzmiało to przekonująco.
Zdarł z siebie przepoconą koszulkę, spodenki i skarpetki, wrzucił do gardzieli pralki udając, że nie zauważa, iż kapitan swój wilgotny strój odłożył na półkę. Wiedział, że choć instalacja jest wspólna dla wszystkich, to tak się jakoś stanie, że akurat w tej chwili nikt nie będzie prał swoich sortów. No i dobrze, jakieś przywileje stopień mieć musi. Kopnął buty w szczelinę schowka, gdzie zostaną za chwilę nawilżone grzybobójczym preparatem, potem wysuszone, nasączone innym specyfikiem, przeciwpotowym tym razem, ponownie wysuszone, uelastycznione i nabłyszczone. W tym przypadku również nie będzie dzielenia szafki suszarni z kimkolwiek z podwładnych. Kiedyś łudzono się... - pomyślał, wchodząc do kabiny z lustrem. Odruchowo ustawił się bokiem, frontem i drugim bokiem, sprawdził swoją sylwetkę. - Kiedyś łudzono się - myślał - że w przestrzeni kosmicznej naciśnie się guzik i wyskoczy nowy mundur, nowe buty i tak dalej, ale nic darmo. Wyskoczy, owszem, jeśli załadujesz tankery czymś, z czego da się wytwarzać owe mundury i buty. Wtedy taka korweta jak nasza będzie wymagała dwukrotnie mocniejszego napędu, a to podniesie koszt budowy sześciokrotnie, a wtedy... I tak dalej. Tak więc musimy dbać o swoje mundury i buty i tylko raz na kwartał, pod kontrolą logistera, pozwala się nam naciskać ów legendarny "Guziczku, nakryj się!". Dobrze mówię? "Guziczku, nakryj się"? A, nieważne!
Wybrał trzeci zestaw: oszczędnie ciepła woda, sporo chłodnej, wyraźna cyrkulacja temperatur, to wymaga pewnego wysiłku od kąpiącego - nie można po prostu długo tylko stać pod strumieniem wody, rozkoszując się nią; w zestawie trzecim, którego ostentacyjne używanie przez pułkownika nabrało cech subtelnego nacisku, musisz, bracie, szybko się namydlać i w przemyślany sposób spłukiwać, za to zużyta ciepła woda podgrzewa częściowo twoje następne porcje, tak więc z punktu widzenia statku jest to najefektywniejszy zestaw.
Trefi-Onger wiedział, kto używa innych zestawów, mimo że do całej załogi dotarło, jaki tryb kąpieli sugeruje dowódca. Postanowił, że za jakiś czas mechanik się postara, by zaczęły ich trapić awarie instalacji, i kąpać się będą wyłącznie w zimnej wodzie. Aż pojmą.
Wysmakował ostatnie krople prysznica. Gdy woda przestała ciec, podskoczył pod sitkiem, z zadowoleniem konstatując, że dobre pół litra wody opadło na kratkę - suszarka będzie krócej suszyła. Kręcąc się w walcu suszarni, pomyślał, że mógłby nieco intensywniej propagować oszczędny tryb życia, i któryś raz obiecał sobie, że już nieodwołalnie da załodze, karabinierom i obsłudze korwety jakieś dwa tygodnie czasu. Ostatecznie był tu nowy, pilnował Sacré-D.Z. dopiero od pół roku, a poprzedni dowódca więzienia nie dość, że nie zalecał oszczędzania, to jakby umyślnie narażał się dowództwu rozrzutnym stylem pełnienia służby. Za co został "karnie" przesunięty do stolicy układu Cerviss i odlatując, nie starał się nawet udawać trzeźwego.
Oficer dyżurny, zarazem dzisiejszy sekretarz Trefiego-Ongera, porucznik Vieltberg, przepisowo nie oddał honorów, siedząc przed terminalem. Pułkownik przechodząc, skinął nań ręką i nie odzywając się, pomaszerował do swojego gabinetu. Porucznik jakimś cudem dogonił go jeszcze przed drzwiami, zdążył je otworzyć przed przełożonym i odskoczyć, gdy ten, nie zwalniając ani o milimetr na minutę, minął go, rozsiewając chłodny zapach "Zest. kosmet. 4". Obszedł biurko, usiadł i wyczekująco spojrzał na Vieltberga.
- Wywiad, panie pułkowniku. Dziennikarz już czeka, przeszukany, wszystkie gadżety zneutralizowane.
- Przemycał coś? - zainteresował się blado Trefi-Onger.
- Zawsze przemycają, panie pułkowniku. Wydaje im się, że gdyby nie mieli kontrabandy, poczulibyśmy się niedowartościowani. A taki interviper dopiero!
Pułkownik z zainteresowaniem uniósł brew - skoro porucznik pozwolił sobie na prywatny, trochę toporny stylistycznie komentarz, powinien zobaczyć, że dotarł do zwierzchnika. Co z tym zrobi, to już inna sprawa.
- Jak mówiłem, dane o Jadraydonie Huttereccim do mnie na ekran - powiedział. - Te pierdoły, które przy nim znaleziono, tu na stół... Albo nie, nie trzeba, niech nie myśli, że przywiązujemy do nich jakąkolwiek wagę. Oddać mu i nawet nie neutralizować, tylko spryskać profitem i śledzić. - Już wcześniej przemyślał wszystko, teraz tylko sprawdził, czy postępuje zgodnie z własnym planem. Wskazał palcem podajnik napojów: - Proszę gościnną siódemkę. - Zastanawiał się chwilę. - Wszystko. Prosić Hutterecciego.
Porucznik przepisowo wykonał zwrot, całe ciało w jednej linii, unikając częstego błędu: bioder wyprzedzających skręt reszty ciała, i wymaszerował z pokoju. Pułkownik zerknął na nagle rozjarzony ekran, lecz widniały tam tylko dobrze już mu znane dane o czołowym dziennikarzu trustu IMI, gwieździe kilku publikatorów i prezenterze najpopularniejszego programu Sieci. Oprócz danych statystycznych i towarzyskich znajdowały się tam również info o słabostkach i przyzwyczajeniach Jadraydona, ale już przy pierwszym czytaniu Trefi-Onger uznał je za zbyt ostentacyjne, zbyt dokładnie odmierzone, jednym słowem - za spreparowane tylko po to, aby w zaskakujący sposób zyskać przewagę nad osobą, która by usiłowała zdominować Hutterecciego. Wcześniej pułkownik zamierzał podawać trunki bez pytania, żeby dziennikarz zrozumiał: "Jesteś na tacy, chłopie. Wiemy o tobie wszystko". Teraz jednak zmienił zdanie i zdecydował, że postara się uświadomić Hutterecciemu, iż jest tylko petentem, a na takiego nie zwykło się na pokładzie "Tarczy" tracić niepotrzebnie czasu, zapoznając go na przykład ze zwyczajami. Trefi-Onger wytrenował rano dyskretne ziewnięcie, które planował wykorzystać, gdyby rozmowa się przeciągnęła, ale wypróbował je już teraz.
Gdy nad taflą drzwi zapulsował świetlny sygnał, trącił taster i wstał. Hutterecci wszedł energicznie, idąc, nie wyciągał ręki do powitania, pułkownikowi pozostawiając decyzję co do formy. Trefi-Onger zdecydował się na wymianę uścisków i odnotował w głowie, że gość nie sięgnąłby tych szczytów, na których się rozsiadł, VIP-a od interview z VIP-ami, gdyby nie opanował niuansów psychologii stosowanej, na przykład zbijając bąki przed wywiadami. Prócz uścisków wymienili powitalne neutralne uśmiechy, dziennikarz dyskretnie położył na biurku zainfekowany Imperialnym Daktylogramem glejt od samego Ministra Informacji. Taki kodopis otwierał niemal wszystkie drzwi, a przynajmniej nie pozwalał ich zatrzaskiwać bez ważkiego powodu przed nosem posiadacza. JH, jak było powszechnie wiadomo, otrzymał w swoim życiu więcej takich kodopisów niż chyba cała reszta dziennikarzy razem wzięta. Rozsiadł się wygodnie. Założył nogę na nogę, w uchu błysnął masywny klips. Miał nie za duże, może nawet proporcjonalnie za małe, ale pytająco, szacująco i swobodnie patrzące oczy, w ostrym świetle gabinetu wygolona czaszka powinna była blikować, skoro tak się nie działo, musiał przed wejściem łysinę pokryć matem. Innym zaakcentowanym przez naturę elementem twarzy dziennikarza była wydatna, jakby opuchnięta dolna warga, wyraźnie za duża jak na wykrój ust i dlatego wystająca poza wargę górną.
- Dawno już nie oddalałem się na taką odległość od Centrum Systemu - powiedział Jadraydon.
Ależ zadupie, przetłumaczył sobie Trefi-Onger. Uśmiechnął się podstępnie i zapytał:
- Zna pan taki dom, w którym szambo znajdowałoby się w salonie?
- Kryguje się pan, pułkowniku - bez pardonu zaatakował Hutterecci. - Nikt by się nie ośmielił nazwać pana, dowódcy najważniejszego więzienia cesarskiego, szefem szamba.
Pułkownik wyczuł, że powinien teraz uśmiechnąć się wdzięcznie. Powinien, lecz tego nie zrobił. Nie spodobało mu się w ogóle zestawienie swojej osoby z szambem, nawet w przeczeniu. Czubkiem palca przesunął o ćwierć milimetra w prawo podstawkę flexera, gospodarskim okiem przejechał po biurku, przeciągnął dłonią po blacie.
- Mam nadzieję - mruknął w końcu. - Chyba trafnie użył pan sformułowania "nie ośmielił".
Podniósł wzrok i posłał gościowi spojrzenie pełne wyczekiwania, dziennikarz pokiwał głową, rozsiadł się wygodnie.
- Do rzeczy więc - zaproponował. - Przyleciałem tu, jak pan wie, dla Gentisa Metsegona.
Pułkownik Trefi-Onger nie udawał, że nie wie, o kogo chodzi:
- Łasica...
Jadraydon prychnął zjadliwie.
- To pańscy koledzy tak go uhonorowali po kolejnej ucieczce.
- Tak, wiem.
- Niektórzy nazywają go również Onefir. To taki mały nieszkodliwy wężyk hodowany w terrariach, wie pan po co? - Nie czekając na odpowiedź pułkownika, kończył, nie kryjąc satysfakcji: - Jeśli jest jakaś możliwość ucieczki, on z niej skorzysta, taki mały, cholernie sprawny tester szczelności więzienia.
- Bardzo malownicze - skonstatował niewzruszony pułkownik. Jeszcze raz dotknął palcem podstawki flexera. - Oczekuje pan czegoś ode mnie? Kartoteki panu nie pokażę...
- Nie potrzebuję - pokręcił głową rozczarowany jego opanowaniem dziennikarz.
- Mogę służyć zdjęciem czy też...
- Dziękuję - po raz drugi przerwał pułkownikowi. Udał, że nie zauważył, jak przez oczy rozmówcy przemknął cień niezadowolenia. Pułkownik nie przywykł, żeby mu przerywano, i to dwa razy w odstępie dziesięciu sekund. - Mam taką zasadę: wchodzę w życiorys człowieka bez żadnego obciążenia, nie mam do niego żadnych pretensji, nie trzymam w ręku cenzurki z jego żywota, dokonań, poczucia humoru, jakości wychowania dzieci i tak dalej. Rozumie pan? Chcę, żeby ten człowiek sam wpisał do właściwych rubryk odpowiednie oceny. Taki sobie wypracowałem modus faciendi, że pozwalam pokazać siebie w dowolnym świetle. Wiem z doświadczenia, że nikt lepiej nie oskarży człowieka niż on sam, nikt lepiej go nie ośmieszy, ale też nie wytłumaczy. Rozumie pan? Ja wchodzę jak ta czysta księga: nic nie wiem, nic nie chcę wiedzieć, może nawet nie mogę. Co będzie zapisane, nie ode mnie zależy.
Uśmiechnął się miło. Rozłożył ręce w geście: "Naprawdę ja tu niewiele mam do powiedzenia!".
Pułkownik siedział nieruchomo. Nie zamierzał kwitować w żaden sposób, a tym bardziej uśmiechem nadętych wyznań pismaka. Korciło go, by sprawdzić w kompie łacinę, którą posłużył się Hutterecci, lecz nie poruszył nawet palcem. Z zadowoleniem odnotował, że dziennikarz zaczyna się czuć niepewnie w przedłużającej się ciszy. Odczekał jeszcze chwilę.
- W takim razie w czym mógłbym panu pomóc? A może potrzebuje pan tylko promu?
Dziennikarz przechylił głowę i zmrużył oczy. Wyglądał w tej chwili jak człowiek nasłuchujący poleceń czy informacji dobiegających z sufitu. Trefiego-Ongera na ułamek sekundy zastanowiła skuteczność aparatury pokładowej w wykrywaniu wspomagających wszczepów.
Hutterecci poruszył się, jakby stracił łączność.
- Nie - oświadczył z mocą. - Mam kilka pytań... - I nie czekając na przyzwolenie, zadał pierwsze: - Czy na planecie rzeczywiście nie ma strażników?
- Nie ma. To nie jest żaden konzentration gulag, jak mawiali przodkowie, ani żadna katorga mająca na celu wycieńczenie więźnia. Oni nie karczują na czczo lasów pożerani żywcem przez pijawki, hecyny i żwije. To po prostu ciężkie więzienie. - Z ułożonych na blacie dłoni wysunął się wskazujący palec i przez chwilę wskazywał sufit, lecz chodziło tylko o podkreślenie mających paść słów. - Wszyscy tu mają jeden wyrok: dożywocie, i dodatkowo świadomość, że nie istnieje coś takiego jak skrócenie kary. Tu nie ma amnestii. - Teraz dwa palce podkreślały to, co mówił: - Ale też nie ma umyślnej eksterminacji.
- Skazani grzecznie odbywają karę? - Hutterecci nie zamierzał kryć ironii, zadając pytanie.
- Przekona się pan sam. - Pułkownik wolno splótł palce i pozwolił sobie na zjadliwość: - Chyba że już pan spasował?
- Absolutnie nie! - warknął Jadraydon. - Pytam tylko, czy tam się kotłują jakieś bandy, czy mają jakiś rząd, kto tam jest najważniejszy.
- Ależ!... - Trefi-Onger popatrzył na dziennikarza z niesmakiem. - Imperator, rzecz jasna! - I po chwili dodał: - I ja jako jego przedstawiciel!
Na czole Hutterecciego zalśniło lekko odbicie płynącego z sufitu światła, co z przyjemnością odnotował pułkownik. W jego charakterze nie leżało jednak znęcanie się nad rozmówcą, może dlatego został wybrany na szefa straży imperialnego więzienia.
- Na planecie znajdują się najciężsi przestępcy naszych czasów. Ale nie są to jacyś zdegenerowani pedofile, gwałciciele, zbiry z twarzami pokrojonymi laserowymi ostrzami - uśmiechnął się, widząc zaś wściekłość w oczach żurnalisty, poszerzył uśmiech wystarczająco wyraźnie. - To są wrogowie Imperium, a nie poszczególnych członków jego społeczności.
I mają - pomyślał - do dyspozycji tylko trzy sztuki antykwarycznej broni palnej z nieznaną ilością amunicji. Ponieważ ostatni raz owa broń wypaliła siedemdziesiąt dwa lata temu, jest nadzieja, że zaginęła na amen wraz ze śmiercią jakiegoś więźnia.
Hutterecciemu drgnęły wargi, najwyraźniej chciał powiedzieć: "Przestępca to przestępca!", lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Sam zamiar rozzłościł pułkownika.
- Naprawdę nie musi się pan niczego obawiać! - Po tych słowach Hutterecci spurpurowiał na twarzy. - Ale rzecz jasna poleci pan na dół dopiero po podpisaniu stosownego dokumentu, w którym oświadcza pan, że na własną odpowiedzialność i tak dalej, i tak dalej...
- Pan też nie musi się niczego obawiać! - warknął Jadraydon Hutterecci doprowadzony do szału; natychmiast uprzytomnił sobie, że dał się sprowokować. Był zbyt starym wyjadaczem, by nie zrozumieć, co powinien zrobić. Odetchnął głęboko. - Leciałem tu diabli wiedzą ile, wynudziłem się setnie, napisałem dwa rozdziały nikomu, ze mną chyba włącznie, niepotrzebnej powieści... I co? Miałbym się teraz wynosić z podkulonym jęzor... Tfu! Co ja mówię... z podkulonym ogonem?
Nagle odprężył się, a pułkownik zrozumiał, że dziennikarz postanowił zaniechać tej swojej obliczonej na tępego klawisza gry. Zainteresowało go, z jakiej strony pokaże się teraz Hutterecci.
- Dobra. Panie pułkowniku, mam wrażenie, że samotny lot ujemnie wpłynął na moją formę. Moglibyśmy zacząć rozmowę jeszcze raz? - Trefi-Onger wykonał leciutki ruch brwią. - No więc mam nadzieję, że pomoże mi pan. Chcę zrobić sążnisty wywiad z najsłynniejszym uciekinierem wszech czasów, Gentisem Metsegonem...
- Ustalmy tylko jedno: dla pana może to jest romantyczny uciekinier. Ja pamiętam, bo muszę pamiętać, że nie byłoby tych jego widowiskowych ucieczek, gdyby nie przebywał w więzieniach, a żeby się tam znaleźć, musiał coś przeskrobać. Zostać przestępcą, krótko mówiąc. Dla mnie jest więc przestępcą. Owszem, inteligentnym i sympatycznym, ale jednak to człowiek osądzony i skazany przez sąd spełniający, co sam przyznaje, wszelkie warunki.
- Ale ma na koncie siedemnaście ucieczek!
- Czternaście, czterna-aście, szanowny panie. Proszę nie popadać w przesadę. - Pułkownik po raz pierwszy nieco żywiej zareagował na słowa dziennikarza. Natychmiast się w tym zorientował i uśmiechnął pobłażliwie.
- No tak, wielka mi różnica: siedemnaście czy czternaście ucieczek z ciężkich więzień Imperium! - sarkastycznie prychnął Hutterecci.
- Rzeczywiście o kilkanaście za dużo - przyznał wielkodusznie pułkownik. - Dlatego w końcu wylądował tutaj. Mamy go tu już jedenaście lat i nic nie wskazuje na rozłąkę w historycznie określonej przyszłości.
Dziennikarz odzyskał już kontenans, uśmiechnął się, chwycił dolną wargę między kciuk i wskazujący palec, pociągnął lekko i puścił.
Plumk!
Rozbawiło to niespodziewanie obu, Trefi-Onger chrząknął, by ukryć uśmiech, Hutterecci zaś, przyzwyczajony do wprawiania w zakłopotanie rozmówców, wyszczerzył zęby.
- Proponuję zawieszenie broni, panie pułkowniku.
- Nie wypowiadałem panu wojny, panie Hutterecci. - Trefi-Onger skorzystał z okazji, żeby mu dociąć. "Gdyby tak było, nie siedzielibyśmy sobie tu spokojnie!" - I nadal nie widzę powodu, by to robić. Natomiast widzę wyraźny powód do wypicia lampki koniaku za pomyślność pańskiej misji.
W odpowiedzi dostał wyraźnie wdzięczny uśmiech. Podszedł do barku ukrytego w metalizowanej płycie segmentu roboczego, wyjął smukłą wysoką butelkę i dwa kieliszki z rżniętego w pionowe karby kryształu. "Zestaw gościnny nr 7". Hutterecci ponownie plumknął dolną wargą. Atmosfera wyraźnie się oczyściła.
- Czyli - pułkownik nalał do kieliszków koniaku, trysnęły z naczyń na pokój iskry złocistego światła - reasumując: nie potrzebuje pan od nas niczego prócz promu. Dwukrotnie, rzecz jasna. Zapisujemy to i my, i pan. - Wskazał kciukiem ścianę za sobą, gdzie pulsowała dioda. Takim samym kolorem od początku rozmowy pulsował klips receivera i teraz Trefi-Onger wskazał go innym palcem. - Dlatego nie próbujemy go skasować.
Hutterecci uśmiechnął się chytrze.
- To zupełnie inna technologia. Absolutna nowość. Zabierając klips, niczego pan nie skasuje, to tylko, że tak powiem, głowica zapisująca. Sam zapis znajduje się już gdzieś we mnie, ja jestem nośnikiem zapisanej informacji. Dobre, prawda? Przyznam, że nie bardzo rozumiem zasadę działania, nawet nie bardzo wiem, na czym konkretnie zapisywany jest protokół: na spirali DNA, w jądrach, komórkach czy innym cholerstwie... - wzruszył ramionami.
- Hm...
- Naprawdę - uniósł rękę do przysięgi. - Mogę albo odsłuchać zapis bezpośrednio, albo skorzystać z pomocy kompa do selekcji i redakcji protokołu. Fajne to jest. Zasilanie od ciepła ciała, żadnych dodatkowych nośników, a z doświadczenia wiem, że im bardziej są potrzebne, tym trudniej je znaleźć, załadować czy odczytać.
Uśmiechnął się szeroko niczym dziecko zadowolone z nowej zabawki, zasalutował kieliszkiem i skosztował trunku. Pułkownik poruszył brwią - na peryferyjny świat Sacré-D.Z. takie techniczne nowinki przychodziły ze znacznym opóźnieniem, może właśnie w cargo, które przywiózł dziennikarz, znalazła się dokumentacja i egzemplarze tego cuda? Trefi-Onger również umoczył usta w alkoholu.
- Czy moja interpretacja pańskich zamiarów jest pełna? - zapytał, pomijając kwestię technicznego wyposażenia dziennikarza.
- Tak, dokładnie tyle pomocy oczekuję - odparł, a pułkownik usłyszał wyraźnie: "Tylko tyle!". - Jeśli można, jutro. Dzisiaj za pańskim pozwoleniem zwiedziłbym tę korwetę, a rano jazda na dół. - Westchnął wyraźnie zadowolony z siebie.
Palec pułkownika dotknął opuszką leżącego dokładnie na wprost piersi glejtu, pod nim było zrzeczenie się wszelkich pretensji związanych z ryzykiem pobytu na więziennej planecie. Podpisane w trzech miejscach przez Hutterecciego. Gdyby stała mu się jakakolwiek krzywda i gdyby spróbował zrzucić winę na kogokolwiek, wróciłby na tę czy podobną planetę szybciej, niżby zdążył sobie uświadomić, jak głupia i nieskończenie naiwna była próba wykantowania Imperium.
- No to życzę powodzenia w misji.
Trefi-Onger wstał zdecydowanie, sztywno obmaszerował biurko i energicznie wyciągnął rękę do podnoszącego się dopiero dziennikarza, wymienili mocne uściski dłoni. Gospodarz okrasił go lekkim uśmiechem, co natychmiast wychwyciło czujne oko JH.
Maszerując za przewodnikiem do miejsca zakwaterowania, niczym nie różniącego się od przeciętnego trzygwiazdkowego hotelu i chyba tylko z powodu lokalizacji noszącego nazwę kwatery, zastanawiał się nad tym uśmieszkiem. No nic, pomyślał w końcu. Grunt, że nie wytrzymał pan, pułkowniku, a ja będę się miał na baczności, bo Jadraydon w języku verto znaczy chytry. Zachichotał w duchu - nie było takiego języka, ale już kilkakrotnie stosował to ostrzeżenie i zawsze wprawiało w konsternację rozmówcę. Pożałował, że nie pomyślał o wtrąceniu tej sztuczki do rozmowy, niechby teraz Trefi-Onger katował komp pytaniami o język verto.
Ch-cha!
W śluzie jakiś dowcipny skazaniec wydrapał na ścianie: "Spodoba ci się tutaj, bracie. Nie ma celników, więc możesz bez myta wnieść na powierzchnię tej planety absolutnie wszystko - i kombinezon, i koszulę, i buty!" Z napisu tryskała gorycz. Gdybyś, BRACIE, pomyślał ironicznie Hutterecci, nie mocował się z obowiązującym prawem, nie musiałbyś teraz drapać łyżką po ścianie. Nie trzeba by było... Stop! Zaczynam oceniać, a zawsze się tego wystrzegałem!
Przez gęste kratki na zbiegu sufitu i ścian powiało świeżym, zdecydowanie innym niż na promie powietrzem. Przede wszystkim miało obszerne spektrum zapachowe - jakiś nalot kurzu i roślinnej woni, coś jak w suchych górach czy też na pustyni na obrzeżu górskiego łańcucha. I jeszcze coś, czego nie dało się szybko i łatwo zdefiniować. Jadraydon Hutterecci, niezupełnie w zgodzie z tym, co mówił pułkownikowi, przygotowywał się solidnie do wywiadów, w każdym razie wiedział, czego oczekiwać od Sacré-D.Z. - atmosfera z większą ilością gazów szlachetnych, więc głosy są piskliwsze. Woda tylko słona, mniej lub bardziej, ale zawsze. Pod względem biologicznym - niemal zero zasiedlenia miejscowego. Planeta bardzo zdrowa i nieskończenie nudna. Chyba dlatego nie zrobiła kariery, przegrywając sromotnie z setkami ciekawszych pod względem kolonialnym. Znakomite ciążenie - o dwanaście setnych niższe niż standard ziemski.
Pod niemal każdym względem świetnie.
Jedyna planeta, której cała populacja nie zgodzi się z taką oceną, pomyślał zgryźliwie.
Ch-cha!
Coś załomotało za ścianą grubego pancerza, pewnie zsuwał się jakiś trap. Cały kadłub zadrżał, przenikliwie zgrzytnęła źle umocowana płyta, ocierając się o drugą, i nagle trap-ściana drgnął. Hutterecci nie patrząc pociągnął do siebie wózek i posłuszny automacik potoczył się przy nodze człowieka, gdy po stromym trapie schodził na powierzchnię więziennej planety. Wyhamowawszy, dziennikarz wciągnął nieufnie powietrze przez nos i skrzywił się. Mogło być gorzej!
Nie musiał długo szukać, właściwie nie musiał w ogóle szukać - budynek obsługi technicznej znajdował się sto, sto dwadzieścia metrów od ostrego dziobu promu i nikt jako tako myślący nie powinien stać i rozglądać się za nim, bo na lądowisku ten był jedynym, skutecznie chronionym pancerzem i przemyślnymi systemami obronnymi. Gość usłyszał z tyłu zgrzyt, odruchowo przesunął się do przodu, równocześnie przez ramię sprawdził źródło odgłosów i widząc, że trap wolno podnosi się do góry, ruszył w kierunku blokhauzu, bo taki był jedyny sensowny kierunek po przylocie do więzienia.
- Z ogromną przyjemnością staję na gościnnej sakredzańskiej ziemi - powiedział z patosem Hutterecci. - Nasze narody łączy od niepamiętnych... - wykonał ręką szeroki zamach, jakby chciał z forhendu cisnąć krążek nowej interplanetarnej zabawki plateau. - Pierdu, pierdu i jeszcze raz to samo!
Powietrze nadal wydawało mu się pyliste, ale wzrok zadawał kłam smakowi; chrząknął i splunął, starając się - choć był na lądowisku sam - nie robić tego ostentacyjnie. Ustalił kierunek poruszania wózka i podążył za nim, wkrótce musieli skręcić, by ominąć przysadzisty techterminal, i dopiero teraz Jadraydon zobaczył, że za nim teren nieznacznie się obniża, a płaski wąwóz prowadzi prosto do kilkunastu budynków zgrupowanych w trzech dużych skupiskach i jednym małym, pewnie dopiero powstającym. Ściany wąwozu, równe i płaskie, porastało coś bardzo zbliżonego do mchu, coś w jednostajnym kolorze, co tworzyło kobierzec z lekka sfalowany. Hutterecci podniósł wzrok na niebo i maszerował chwilę z zadartą głową. Potem zmrużył oczy, spojrzał na wyblakłe słońce i zatrzymał się. Przesłonił rozjarzoną tarczę palcami i przez szczelinę przyjrzał się jeszcze raz - nie świeciła równym blaskiem, przez dysk przebiegały niespokojne falowania, jakby między obserwatorem a słońcem wirowały jakieś wymyślne, nierówne, skokami poruszające się śmigła wiatraka czy podziurawiona jak rzeszoto tarcza wentylatora.
- Zaprawdę, Panie - mruknął do siebie - czy trzeba tak za każdym razem, przy każdej planetce udowadniać, że ma się nieskończoną wyobraźnię i możliwości?
Parów doprowadził go do osady i jak znakomicie wyszkolony kamerdyner rozpłynął się bez śladu. Jadraydon Hutterecci znalazł się przed szynkiem, co zrozumiał, ujrzawszy szyld "Szynk". Psyknął na wózek, ale musiał dogonić tragarza, wycelować nim w drzwi i ponownie wystartować, ominął urządzenie kombinujące, jak by tu wdrapać się po schodkach, nie wciągając kółek, pchnął drzwi lokalu i wszedł.
Było tu chłodno jak i na zewnątrz, mroczno i nadal powietrze drapało w gardle. Tutaj pewnie nawet umyślnie, pomyślał. Jak zadrapie w gardle, to się napijesz. Odruchowo skierował się do kontuaru - stare przyzwyczajenie ze starych czasów - wymyślając przystający do sytuacji slogan reklamowy. Na przykład: "Po szklanie i mija drapanie!".
Nie był z niego dumny, prosta przeróbka już funkcjonującego: "Po szklanie i na rusztowanie!". Dopiero teraz zauważył, że to, co nazwał w duchu szynkwasem, nie mogło nim być i nie było. Brakowało w jego najbliższej okolicy kilkuset butelek z trunkami. No, niech będzie, że kilkudziesięciu!
Ale żeby nie było ani jednej? Trochę bezradnie rozejrzał się dokoła, lecz w zasięgu wzroku nie znalazł się żaden człowiek. Jęknął i nasadą dłoni palnął się w czoło. Więzienie! Nie widząc ani klawiszy, ani krat, ani wieżyczek strażniczych, murów i tego wszystkiego, co się z tym kojarzy, zapomniał, że jest na wię-zien-nej planecie. Trudno stwarzać najgroźniejszym więźniom Imperium warunki do zaspokajania prymitywnych alkoholowych zachcianek. Przestąpił z nogi na nogę, nabrał w płuca powietrza, chcąc wezwać kogoś, rzucił jednak spojrzenie na ścianę i zmarszczył brwi - przez szczelinę docierały promienie słońca, które teraz, gdy nie oślepiały, łatwiej zdradzały swoją specyfikę, to znaczy drżenie i migotliwość.
- Można ześwirować, nie?
Hutterecci drgnął, poruszył się, szukając źródła głosu, w tej samej chwili do szynku z łomotem wpakował się wózek. Musiał nakazać sobie spokój, nie chcąc w pierwszych minutach pobytu na planecie dawać powodu do kpin i drwin. Nagle pomyślał, że upieranie się przy swoim wariancie przybycia i pobytu, ze zdradzeniem zawodu i przyczyny wizyty, mogło być głupie. Trefi-Onger proponował udawanie jednego z więźniów, ale Jadraydonowi jakoś nie spodobał się ten pomysł. Obiektywnie wytłumaczył sobie, że pułkownik nie ma ani takiej władzy, by zostawić go ot, tak sobie, w więzieniu, ani nie powinien mieć powodu, by planować czy nawet próbować planować tak głupi numer, w gruncie rzeczy zaś pomysł kolidował w jakiś sposób z jego poczuciem honoru. Otrząsnął się i rozejrzał jeszcze raz. Od drzwi w jedynej ścianie bez okien maszerował do niego wysoki, mniej więcej jego wzrostu mężczyzna. Kilka kroków przed gościem wysunął do przodu rękę i idąc tak, przecinał kilka świetlnych szczelin - najpierw ręką, potem całym ciałem.
- Witam nową żabę w naszym wiaderku! - powiedział wesoło. - Cześć! Jeśli ci...
Hutterecci, z powodu wydatnej dolnej wargi przezywany w dzieciństwie Żabą, najeżył się odruchowo.
- Spokojnie, chłopie. Nie jestem żadną nową żabą. Przyleciałem tu na pobyt czasowy w sprawach zawodowych i za jakiś czas wrócę...
Więzień poderwał wyciągniętą rękę, której Hutterecci i tak jeszcze nie zdążył uścisnąć, i zatrzepotał dłonią w górze.
- No jasne, ale ze mnie idiota! - zawołał. - Hutterecci! Jadraydon Hutterecci! Znam pana jak każdy widzący we wszechświecie organizmów powyżej ameby!
Po jednej chybionej próbie zaniechał "tykania". Dziennikarz podejrzliwie wpił się spojrzeniem w oczy mężczyzny podskakującego z podniecenia w miejscu. Tamten pokręcił głową.
- Dobrze, że pan mnie ostrzegł - przyznał się. - Poleciałbym z wrzaskiem, że sam Hutterecci wylądował w naszym cebrzyku. - Plasnął wierzchem dłoni w drugą. - Rozumiem. Reportaż z więziennej planety. Losy ludzkie, ponure krajobrazy, sprawiedliwość czy okrucieństwo i tak dalej?
Pozwolił sobie na porozumiewawczy uśmiech.
Zaczyna się, jęknął w duchu Jadraydon. Ciągle to samo. Dlaczego każdemu dupkowi wydaje się, że potrafi napisać reportaż, podczas gdy za własnoręcznie napisany życiorys powinien dostać dwa lata w obozie pracy? Zaraz mi podsunie tematy, powie: "Nie chcę się wtrącać, ale mamy tu...".
- Nigdzie pan nie znajdzie szerszej galerii typów - kontynuował namolny tubylec. - Wystarczy tylko wysłuchać...
Przerwał zainteresowany dźwiękiem za swoimi plecami. Wózek kończył wyładowywanie bagażu Jadraydona, schował szybko wysięgnik i okręcił się wokół własnej osi. Gaduła rzucił się doń, wskoczył na platformę. Wózek zamarł w miejscu. Mężczyzna skinieniem przywołał Hutterecciego, który wbrew swojej woli zbliżył się o dwa kroki.
- Niech pan tu wejdzie - polecił. - Wtedy nie będzie mógł uciec...
Gdy gość niepewny, co robić, wszedł na platformę, więzień zeskoczył i wyjąwszy z kieszeni wielofunkcyjny scyzoryk, zaczął szpikulcem podważać płytkę na pulpicie tragarza.
- Po co to panu? - zainteresował się żywy bagaż.
- Gdyby... No puszczaj!... - Mężczyzna stękał i posapywał, usiłując coraz to inne ostrze wpakować gdzieś we wnętrze maszyny. - Wie pan, to by było coś... Jedyny na planecie mechaniczny środek transportu. Albo przynajmniej z jego bebechów da się coś zmajstrować.
Wózek nagle zadrżał, z jego trzewi wydobył się głośny, niewątpliwie ostrzegawczy terkot, suchy, kościany, przypominający odgłos terkotki grzechotnika z Zugandey. Jadraydon sprężył się do skoku, mężczyzna powstrzymał go:
- Jeszcze moment, nic panu nie zrobi, zeskoczy pan.
Zaczął nasadą dłoni gwałtownie wbijać trzon scyzoryka w pulpit wózka, ale już nic nie mogło się udać - tragarz szarpnął się, zatrzymał, ruszył jeszcze raz ostro i dziennikarz musiał zeskoczyć. Napierający właściwie całym ciałem na wózek mężczyzna omal nie runął na brzuch.
- A żeby cię zatarło! - krzyknął w stronę rączo oddalającej się maszyny. Patrzyli obaj, jak huknął w drzwi, dobiegł ich krótki werbel, gdy koła tragarza sturlały się po stopniach. Mężczyzna energicznie majtnął ręką, zamknął scyzoryk. Potarł ręce. - Dla kogo więc przyleciał pan na Sacramencką Dziwkę?
- Dla Gentisa Metsegona.
Nieznajomy wydął policzki, jakby skleiły mu się wargi i musiał wypuszczać powietrze przez wąziuteńką szczelinkę między nimi. Rozbawione powszednie spojrzenie zanikło wessane do głowy, mężczyzna zmrużył lekko oczy. Wyglądał teraz jak cwany domokrążca zastanawiający się za rogiem domu, jak wcisnąć gospodarzom coś zupełnie niepotrzebnego.
- Gentisa Metsego-ona - powtórzył, przeciągając "o".
Powtarza jak każdy, kto zamierza zyskać na czasie, pomyślał Jadraydon, albo skłamać. Zmrużył również oczy, ale inaczej - złośliwie, wrednie, żeby mężczyzna zobaczył, iż rozszyfrował jego konsternację.
- Przepraszam - powiedział łagodnie. "Spokojnie, Jadie, nie rób sobie wrogów od pierwszej sekundy pobytu na... ha-ha! Sacramenckiej Dziwce." - Mam słuch przytępiony tysiącami godzin w słuchawkach - wyciągnął dłoń. - Nie dosłyszałem pańskiego miana?...
Zawiesił głos. Mężczyzna parsknął, wypuścił powietrze z bani ust i ponownie wyciągnął dłoń do żurnalisty, w końcu doszło do zetknięcia się ich rąk. Obaj włożyli w powitanie trochę energii, ocenili i docenili siłę uścisku drugiego.
- Liander. Liander D'abantarnes. Ze świata Porto Swanebo. - Hutterecci wzruszeniem ramion i lekkim uśmiechem przeprosił za ignorancję. - OK, nie każdy wie - uśmiechnął się i Liander. - To peryferie cywilizacji.
Puścili swoje dłonie i zamarli w milczeniu. Liander poczuł się odrobinę niezręcznie, od razu podniósł dłoń do głowy i wskazującym palcem, wyciągniętym jak lufa pistoletu, podrapał się energicznie za prawym uchem. Cmoknął.
- No tak. Jest tyle spraw do załatwienia... Może zacznijmy od drinka? Dla kogoś z zewnątrz to świństwo, ale nie ma nic innego - wzruszył ramionami. - Dzięki Panu, że choć to jest.
Przybysz obdarzył go wdzięcznym uśmiechem. Miał w walizce trochę koniaku, lecz taką ilość uważał za lekarstwo i nie zamierzał się nim pochopnie dzielić. Liander wskazał kierunek, sam ruszył szybciej i obszedł szynkwas. Spod lady wyjął plastiglasowy pojemnik z czymś niemal przezroczystym, odszpuntował i nalał do dwóch szklaneczek. Ostry laboratoryjny zapach rozszedł się po najbliższym otoczeniu. Gazy, jak przypomniał sobie niespodziewanie Hutterecci, dążą do zajęcia całej zaproponowanej kubatury. Starając się nie okazać strachu, sięgnął po szklaneczkę. Jednocześnie wypili, solidarnie skrzywili się i razem łapczywie zaczerpnęli powietrza.
- No to jedno mamy z głowy: prezentację miejscowego samogonu. To co pan ma w walizce, radzę zachować jako argument na jakąś specjalną okazję - powiedział Liander, pozornie nie zauważając drgnięcia dziennikarza. - Jest pan zorientowany w specyfice tej planety?
- O tyle, o ile - skrzywił się żurnalista. - Nie potrzebuję teraz zbyt wielu danych. Wiem, że odsiaduje tu wyroki trochę ponad pięć tysięcy ludzi...
- Prawie siedem - wtrącił się Liander. - Ale proszę dalej.
- Siedem, dobrze. Jesteście skupieni w szesnastu grupach, co daje po jakieś czterysta osób na grupę. Panuje tu dość duża swoboda, nie ma klasycznej straży więziennej, nie ma jakiegoś zarządu, nie ma specjalnych reguł...
- Pardon, nie ma żadnych reguł?! - przerwał oburzony D'abantarnes. - Jeśli ktoś przeszkadza innym, to musi się zmienić.
- A jeśli nie chce?
- Musi albo z nim kończymy. Znalazłyby się przykłady.
Dziennikarz poczuł nagłą potrzebę przełknięcia śliny, udało mu się jednak ukryć falę lęku, która klasycznymi lodowatymi ciarkami przemknęła po plecach. Spokojnie kiwnął głową: "Jasne. Rozumiem". Liander sięgnął po nieapetyczny pojemnik z mocną i również nieapetyczną cieczą, dolał do szklaneczek, obserwujący go z niepokojem dziennikarz odnotował w duchu, że poprzednia porcja alkoholu zostawiła na ściankach naczynia mętne białawe ślady. Chwyciwszy w dłoń szklaneczkę, otulił ją dłonią, żeby przynajmniej nie widzieć, co pije.
- Nie wątpię, że można by o tym miejscu napisać kilka książek... - powiedział i pomyślał: "Akurat nie miałbym co robić, tylko opisywać tych wszystkich wyrzutów!". - Lecz mnie interesuje przede wszystkim Gentis Metsegon zwany Łasicą. W jego życiorysie natrafiłem na kupę sprzecznych danych. Dla samej ich weryfikacji warto było wycierać dupę po tych wszystkich korytarzach i poczekalniach w oczekiwaniu na cud w postaci glejtu. - Zaczerpnął powietrza całą piersią i uniósł naczynie. - Podobno sam Imperator ma cenzurować mój tekst, dlatego muszę ściśle trzymać się permitu.
Rozmówca poważnie skinął głową, jakby nie raz już miał do czynienia z cenzurowymi glejtami. Zabawni są, pomyślał Hutterecci, ci wszyscy tubylcy. Nie czekając już na żadne sygnały, wlał w usta i przełknął piekącą, zajeżdżającą drożdżami i acetonem ciecz. Z pewną dozą wisielczego humoru musiał przyznać, że już czuje lekkie mrowienie w wargach i słabe pieczenie w górnych koniuszkach uszu - alkohol nie był smaczny, ale miał kopa.
- Jednakowoż... - Uświadomił sobie, że zaczyna mieć w czubie i zaraz zacznie hojną ręką częstować skarbem ze swojej walizki, kogo tylko się da. Zacisnął pęta na rozhukanej duszy, dając pierwszeństwo obowiązkowi. - Czy możesz mi wskazać Gentisa? Zaprowadzić mnie do niego?
D'abantarnes dopiero teraz wypił swój alkohol, irytująco wolno, jakby próbował pokazać, że i najgorszego rodzaju bimbrem można się delektować. Oblizał nawet wargi, odstawił szklaneczkę i rozejrzał się po szynku trzeźwo, dokładnie, zastanawiając się nad czymś. Gość odnotował, że na ściankach szklaneczek jeszcze wyraźniejszy stał się ten kredowy osad, z żołądka pomknęła w górę bańka powietrza.
- Wierz albo nie, ale tylko za moim pośrednictwem możesz się dogadać z... Gentisem...
Prawie na pewno zamiast : "z Gentisem" chciał powiedzieć coś innego, pomyślał dziennikarz, czując znajome ssanie w dołku. Jak zawsze gdy Tajemnica machała mu przed oczyma czerwoną płachtą. Poza tym jakoś dziwacznie zaakcentował "dogadać się"! Spokojnie. Niech sam się zahaczy!
Wykonał swój znany na czterystu światach ruch brwiami - lewa w górę, prawa w dół. Potarł brodę i odruchowo omal nie "plumknął" wargą.
- I w związku z tym jakiego oczekujesz wynagrodzenia? - pozwolił sobie na ironię panujący już nad sytuacją dziennikarz.
Od razu zrozumiał, że popełnił błąd.
- Kpisz sobie ze mnie czy jak?! - wrzasnął obrażony Liander. - Jakiego wynagrodzenia? Tu? Na Dziwce? Ja miałbym szabrować coś dla siebie tylko dlatego, że jedyny dogadałem się swego czasu z Łasicą? O-ż kurwa!.. - plasnął z całej siły dłonią we własne udo. W pustej knajpie rozległ się niezły huk. - Ja oczekuję wynagrodzenia?! - wrzasnął.
Odwrócił się na pięcie. Hutterecci wyciągnął rękę i otworzył usta. Uważał, że jego błyskawiczna umiejętność szybkiego bilansowania potencjalnych zysków i przewidywanych strat jest jedną z cech koniecznych do sprawnego poruszania się po meandrach profesji, dlatego gdy tylko wynikała taka potrzeba, bez wahania poświęcał honor i ego dla korzyści zawodowych. Zamierzał szybko przeprosić D'abantarnesa, lecz ten po pół kroku zawrócił. Hutterecci powstrzymał się na razie od częstowania go satysfakcją.
- Ja ci chciałem pomóc. Chciałem, żebyś powstrzymał się od wypytywania o Łasicę do... - zawahał się na pół sekundy - ...jutra. Jutro go tu będziesz miał. Ale jeśli zaczniesz gadać o nim z każdym, kto tego będzie chciał... - pokręcił głową na znak, że on umywa ręce.
Sięgnął po pojemnik z berbeluchą, energicznie zaszpuntował go i przechyliwszy się przez kontuar, zdjął z widoku. Hutterecci odetchnął.
- Wybacz, jeśli cię uraziłem - postanowił być wielkoduszny. - Nie masz pojęcia, jak wiele razy spotykałem się z próbami wyszarpania ze mnie, z gazety jakiejś kwoty. Jakiejkolwiek! Za byle co, za wskazanie palcem ulicy, za zakichane przypomnienie sobie, kiedy pierwszy raz ktoś zobaczył kałuże krwi przed swoim domem.
Liander cofnął głowę jak przymierzający się do ataku wąż, rozważał dwie sekundy ostatnie słowa Jadraydona.
- Jaja sobie robisz ze mnie... - powiedział niepewnie.
- To tylko taki nasz dziennikarski dowcip opowiadany, kiedy chcemy się poskarżyć na ciężką pracę.
- Taaa... - Gospodarz uśmiechnął się niewyraźnie, z lekkim przymusem. - No więc powiem ci tak: ktokolwiek będzie ci... - przerwał i wsłuchał się w odgłosy dobiegające od drzwi. Ktoś potknął się o stopień i zaklął bez emocji. Potem zawołał: "Albinos! Idziesz tu?". D'abantarnes dokończył pośpiesznie: - Cokolwiek ci ktokolwiek poza mną powie o Łasicy, będzie to albo powtórzenie moich opowieści, albo zwyczajna cholerna konfabulacja. Wytrzymaj do jutra.
Hutterecci podszedł i bez słowa mocno, po męsku uścisnął mu dłoń. Zaskoczony Liander niemal nie zdążył oddać uścisku.
- Pokoje gościnne? - zmienił temat Jadraydon na znak, że tamten mają załatwiony.
- Masz do wyboru cztery od ulicy i dwa od podwórka. Te od ulicy mają ładniejszy widok z okna, a w tych od podwórka nie przeszkadza hałas z ulicy. - Odczekał chwilę i dodał: - To z kolei taki nasz miejscowy dowcip.
Został nagrodzony lekkim, ale serdecznym uśmiechem. Obszedł ladę, zabrzęczał jakimiś przedmiotami, na ladzie pojawiły się metalowe staroświeckie klucze z dużymi drewnianymi stożkami mającymi zapobiec zgubieniu. Gość sięgnął i wziął pierwszy z brzegu.
- Zdaję się na swoją szczęśliwą gwiazdę - oznajmił. Pozbierał bagaże i ruszył do schodów. Za jego plecami, przy drzwiach, ale jeszcze na ganku, ktoś głośno się roześmiał. - Wykąpałbym się i strzelił jednego małego - poinformował przez ramię.
- Kiedy tylko zechcesz - natychmiast zareagował Liander. - Dzisiaj ja tu mam dyżur, siedzę do zamknięcia, czyli do kiedy będę chciał. - Sięgnął pod blat i wyjął fartuszek barmana, strzepnął nim i zręcznie zawiązał go na sobie. - Aha! Jadłodajnia jest dwa budynki stąd.
- Nie da się uniknąć tych mrożonych wysięków?
- Da się. Każdy, kto gotuje, czyli prawie każdy, z przyjemnością się z tobą podzieli. Ja proponuję chili con carne. Miejscową odmianę, ale na tyle subtelną, że nawet poznasz co to.
- Trzymam cię za słowo!
Kiedy jego głowa znalazła się już na poziomie piętra i stracił z oczu knajpę, usłyszał skrzypienie drzwi i hałaśliwe powitanie, lecz nie zatrzymywał się już. Poszedł korytarzem, szukając piątki. Oczywiście musi być na samym końcu, pomyślał niezadowolony z losowania. Przedostatni pokój miał właściwy numer. Miał też okna wychodzące na ulicę, martwą i cichą, możliwą do wyróżnienia tylko dlatego, że tak nazywa się na ogół przestrzenie ograniczone szeregami domów. Ta ulica nie miała jezdni, chodników, kolein, nawet kałuż. Nie mogło być tego wszystkiego, bo wiąże się to z pojazdami, których na Sacré-D.Z. nie było. Hutterecci przyglądał się chwilę pejzażowi, monotonnemu, jałowemu i szaremu jak płaty ograniczające pole operacyjne, pokonał puchnącą we wnętrzu ochotę na samotnego kielicha. Zatarł ręce. Czuł podniecenie i zdawał sobie sprawę, że w dużej części jest ono wynikiem dwóch szklaneczek samogonu. Dlaczego powiedział, że tylko za jego pośrednictwem mogę "dogadać się" z Łasicą? Dlaczego tak akcentuje, że tylko... Cholera! Tylko nie mówcie mi, że zmarł?! Nie spóźniłem się, nie - przecież żyje. Uff...
Poczuł na czole pot. Wyszarpnął płat ligazy z walca ściennego i wytarł twarz. Wykończę się w tej robocie, pożałował siebie. Człowiek może lecieć cztery miechy, a na miejscu się okaże, że klient dawno odcumował z tego świata. Chyba jednak sobie strzelę...
Rozejrzał się po segmencie. Wycofane z armii koszarowe łóżko numer pięć, na przyściennej półce standardowy box expresso-freezer-micro; w łazience prysznic starego typu, ale niemal nie używany, i pełny zestaw kosmetyczny, za ścianą z rotalitów, okrągłej odmiany luksferów, sedes z pomarszczoną ze starości błoną na pokrywie i ogromna rolka papieru. Muszę pamiętać, żeby odwinąć kilkanaście metrów, bo sobie dupsko podrapię, zakonotował, a potem, poczuwszy nagłą potrzebę, ściągnął spodnie i gatki, zdarł celofanowy hymen i wygodnie rozparł się na sedesie. Szarpnięta rola odwinęła niechętnie niecały metr suchego, nieprzyjemnie trzeszczącego papieru, musiał powtórzyć operację kilka razy, zanim pojawił się papier o normalnej fakturze.
Prysznic chwilę charczał, zanim zdecydował się trysnąć wodą, najpierw chłodną i mętną, po chwili cieplejszą i czystą. Lekko słoną. Długo manipulował kurkami, stojąc pod strumieniami wrzątku i ciekłego lodu, aż poczuł, że umysł przeciera się z alkoholowej mgiełki. Nie wycierał ciała, tylko poparskując, potrząsając głową i siejąc na wszystkie strony kroplami wody, wrócił do pokoju i włożywszy do ust opłatek nasączony roztworem nepastyny, uwalił się w fotelu zdecydowany poświęcić rozmyślaniom nad wywiadem najbliższe dwie godziny. Miękki trank spowodował, że umysł pracował na pełnych obrotach trzy kwadranse, potem raptownie wyłączył się i Jadraydon zapadł w dwugodzinną drzemkę.
Obudził się za dziesięć szósta. Kiedy spał, walizki wytrzymały standardowe dwie godziny i nie otrzymawszy innych poleceń, otworzyły się i rozłożyły pneumowieszaki, mógł więc przebrać się w świeże ubranie. Zdecydował się na praktyczny zestaw "Wycieczka za miasto 3": lekkie, wygodne i mocne buty, spodnie z kilkoma kieszeniami, jakby człowiek wybierając się za miasto, musiał taszczyć ze sobą w kieszeniach pełny zestaw ratunkowy plus zestaw używek, zestaw leków i kilka innych zestawów. Do tego cienka syntjedwabna koszula ("Nie utrzyma się na niej żadna wesz!" zachwalała ulotka, sprzedawca nie wiedział, co to jest wesz) i bluza chyba z samych zszytych ze sobą kieszeni, zapinanych, zaciskanych lub zawiązywanych. Z barku wyjął nie grubszą od palca piersiówkę i schował ją do kieszeni koszuli, przelotnie pomyślał, że jeśli zapomni, gdzie ją włożył, spędzi wieczór o suchym pysku, gorączkowo obmacując się po klatce piersiowej, brzuchu i pod pachami. Włożył do ust innego tranka, z którego emanowała energia i ochota do życia. Zamknął starannie drzwi. Skierował się do schodów, na szczycie zatrzymał go gwar dobiegający z dołu, typowe knajpiane odgłosy - skomasowane strzępy zawziętych sporów, ponaglenia, domaganie się uwagi, okrzyki skierowane do barmana i sąsiadów. Ciekawe, czy pułkownik wie o pędzonej tu truciźnie? Pewnie tak. Powie, że to nie katorga, tylko miejsce szczególnego odosobnienia, gdzie nie przysyła się alkoholu, a inne używki w minimalnej ilości, nie zapewnia się skazanym rozrywek ani wizyt rodziny, ale też nie katuje się ich nadzorem. Po prostu - są tu i mają pozostać. Tyle.
Zszedł na dół, szynk był pełen ludzi. W kilku miejscach ponad głowy ulatywały kłęby aromatycznego dymu, z kąta dobiegał stukot bil na dwóch stołach. Rozgorączkowani bilardziści i kibice zamierali w momencie, kiedy ktoś mierzył kijem, zaraz po uderzeniu wybuchał bezładny zgiełk. Przy barze, teraz jasno oświetlonym, zastawionym kilkoma rodzajami glinianych i plastikowych pojemników zawierających pewnie to samo świństwo, stało i siedziało kilka osób. Pozostałych kilkadziesiąt siedziało przy tuzinie stolików, przy wszystkich prowadzono jakieś karciane gry.
Na widok Jadraydona część gości przerwała rozmowy i grę, natężenie hałasu zauważalnie spadło. Zajęty rozmową z jakimś klientem Liander podniósł wzrok i widząc dziennikarza, zaczerpnął powietrza, by huknąć na całe gardło:
- Hej, więźniowie! Mamy tu wolnego człowieka. To gatunek tak rzadki, że pod specjalną ochroną, każdy ma go traktować co najmniej jak swoje podanie o amnestię! Jasne? Jadraydon Hutterecci przyleciał tu, gdzie Pan Bóg wsadza koniec gruszki, chcąc zrobić światu lewatywę, by napisać coś o Sacramenckiej Dziwce. Nieduża to szansa, ale i tak lepsza niż żadna na uświadomienie światu, co to jest. Tak więc, cholerne kryminalisty, rozumiecie: atencja, szacunek i uśmiech!
Rozległy się pojedyncze oklaski, przerodziły w dość gromkie brawa. Dziennikarz wyemitował serdeczny szeroki uśmiech. Ciekawe, pomyślał schodząc po schodach i już wyciągając rękę do kilku wyciągniętych, co chciał im i mnie przez to przemówienie powiedzieć? Im przypomniał, o czym można bezpiecznie rozmawiać, czyli o sobie, mnie - jaką umowę zawarliśmy: żadnych wyznań na temat celu wizyty. Ciekawe... Zaczął ściskać dłonie.
- Cześć! Miło mi... Cześć!.. Jadraydon. Jadraydon... Dla przyjaciół Jadie. Witam...
Obawiał się, że będzie się przedzierał przez tłum kilkanaście minut, z pewnym rozczarowaniem jednak skonstatował, że osiem, dziesięć uściśniętych dłoni to wszystko. Dotarł do kontuaru, za którym królował Liander. Miał na sobie jasną koszulę, niemal białą, i czarną muchę, do tego fartuszek, a włosy natarł brylantyną czy czymś podobnym i w sumie znakomicie grał rolę barmana.
Na kontuarze, trochę jakby nie na miejscu, stało kilka ogromnych słojów z marynatami - ogórkami, pomidorami, dynią makaronową, papryką w dwu kolorach, jakimiś fasolami, fetesonami i jeszcze czymś. Na półkach za plecami barmana stało kilka znanych już Jadraydonowi kanistrów i kilkanaście szklaneczek, ale - to było źródło drugiego zaskoczenia w ciągu minuty czy dwóch - przed zaledwie kilkoma z gości stały naczynia z białymi smugami na ściankach. Hutterecci był pewien, że skoro już pędzą tu alkohol, to wieczorami, a może i całymi dniami pętają się po planecie zapici, smutni, rozczarowani do całego świata ludzie.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
Z ziemi wystają trzy szklane kopuły, rozumiesz? - Nawigator pochylił się w stronę Kita, wisiał nad blatem stołu. Miał minę człowieka dzielącego się z innym życiową tajemnicą.
Babuschka przystanął w progu zaintrygowany opowieścią Martinsona. Rozgorączkowany nawigator gwałtownym ruchem przesunął szklany cylinder, z którego Kit popijał karminowy sok. Dowódca szarpnął się, chcąc uratować szklanicę przed wywróceniem, ale Martinsonowi sprzyjało szczęście - sok energicznie uderzył w ściankę naczynia, wystrzelił w górę, zrobił fikołka i wrócił do cylindra. Martinson nawet tego nie zauważył.
- Ja podchodzę bliżej, pytam, co to jest, a oni mi odpowiadają, że miejscowy bogacz pochował w ten sposób swoją córkę. Że wkopał w ziemię olbrzymie akwarium, złożył tam córkę, wyssał z pomieszczenia powietrze i napełnił je helem czy czymś podobnym. Jest przekonany, że ona w tej atmosferze odżyje, a przez te kopuły można będzie ją oglądać. Rozumiesz coś z tego?
- Nic. - Kit sięgnął po swoją szklankę.
Babuschka wzruszył ramionami i podszedł do podajnika.
- Ja też - powiedział.
Martinson odchylił się w krześle, wlokąc po stole długie ramiona.
- Tja... - rzucił.
Babuschka odwrócił się, trzymając w dłoniach naczynia. Z jednego unosił się gorący kawowy aromat, z drugiego chłodny obłok znad mrożonej śmietanki. Podszedł do stołu i usiadł, ostentacyjnie daleko od Martinsona, zmierzył odległość i przesunął oba naczynia poza zasięg nawigatora.
- Gdzie to widziałeś? - zapytał, wytrząsając gęstą śmietankę do kubka z kawą.
- Śniło mi się dzisiaj. - Nawigator z obrzydzeniem patrzył na manipulacje pilota. - To jednak jest jakieś... obsceniczne - rzucił.
- Sen? - Babuschka koniuszkiem języka zlizał wystającą poza brzeg naczynia śmietankową falę.
- Nie, to twoje picie. Najpierw kawa ze śmietanką, potem mniej kawy, więcej śmietanki, potem niemal sama śmietanka z resztkami kawy. - Wzdrygnął się teatralnie. - Rodzaj masturbacji?...
- Och, a już myślałem, że szykuje się jakaś akcja. - Babuschka siorbnął z kubka, starając się nie zmieszać zawartości. Najwyraźniej odpowiadał tylko na kwestię dotyczącą snu. - Pomyśleć, że kiedyś uważałem robotę w patrolowaniu za jedno z ciekawszych zajęć dostępnych współczesnemu...
- Jeśli ktoś zaczyna mówić o patrolowaniu "robota"... - Kit wieloznacznie wciągnął powietrze - za dwie doby może złożyć podanie...
Najpierw nieśmiało, a po chwili bardziej natarczywie odezwał się sygnał przywołania. Babuschka i Martinson popatrzyli na dowódcę.
- Zawsze coś wykraczesz - warknął Martinson. - Masz swoje dwie doby!
Podszedł do konsolety i uruchomił odczyt. Invocator zagrzechotał, wyłączył się na chwilę i włączył ponownie, ale przez pierwszą minutę dekoder i głośnik tylko zawodziły upiornie, jakby komunikat odtwarzany był z elastycznej taśmy.
- SP 122. Odczyt o-ou-ougraniczony - zawyło w głośniku. - Zadanie, pi-iui-lne: lądować na planecie Rozterka, w osadzie Geyeella. Odebrać stamtąd dwu ocalałych z incyde-e-e-uentu pasażerów...
- Stop! - zawołał Kit, podrywając się z krzesła. Gestem ponaglił pilota i nawigatora. - Martin: kurs. Babuschka: dane o tej Geyeelli. Zbiórka w sterówce.
- Jakbyśmy mogli się zebrać gdzie indziej - mruknął głośno Babuschka. - Już idę.
Wybiegł pierwszy. Martinson ruszył w jego ślady. Na korytarzu pilot zapytał nawigatora:
- Wiesz, dlaczego Kit zawsze pierwszy i w samotności wysłuchuje komunikatów? Czekaj! - powstrzymał odpowiedź Martinsona. - Nie dlatego, że tak mówi regulamin. Po prostu potem może wejść do sterówki jak ktoś kompetentny i wyjaśnić dwóm tępym grzmotom, o co chodzi, mówię ci!
- Nadwrażliwy jesteś - zachichotał Martinson.
- A idź... Jesteś taki sam.
- Yhy. A ty po prostu spalasz się z ciekawości. Najchętniej położyłbyś się pod drzwiami z uchem przy szparze i podsłuchał, co jest w komunikacie. Tak jakby dziesięć minut zmieniało...
Babuschka wyprzedził Martinsona i pierwszy wpadł do sterówki. Zaatakował komputer serią pytań, poczekał na pierwsze dane, rozwalił się w fotelu, kursorem zaznaczył odpowiednie fragmenty z całości podstawowej informacji. Martinson miał prostsze zadanie, skończył wcześniej i dla treningu w pamięci weryfikował otrzymane dane. Wyniki się zgadzały. Jak zawsze. Do sterówki wszedł Kit.
- Nie chcę ci robić nadziei - popatrzył na Babuschkę. - Ale sprawa jest nietypowa. Co prawda nie ratujemy ludzkości, nie będzie pomników i hymnów dla ocalałych bohaterów przestworzy, ale...
- Gadaj! - wrzasnął Babuschka.
- Kurs? - Kit spokojnie odwrócił się do Martinsona. Podszedł do swojego fotela przy drzwiach. Usiadł i odczekał, aż Martinson potwierdzi kurs i uruchomi odliczanie. - Awarii uległ prywatny transportowiec, stary dezel. Na pokładzie była dwójka ludzi i pies. Aha! I mobilny robot. Na pewno nie żyje właściciel, a zarazem dowódca, Johan Xore. Po wybuchu w przedziale napędowym wylądował na Rozterce i posłał ostatni komunikat. My mamy zabrać z Geyeelli jego córkę i robola. Ona nazywa się Larna, robot ma imię i jakieś tam kody, nie pamiętam. Pytania? - Odczekał chwilę. - Babuschka?
- Geyeella... Tu są pytania - oznajmił wolno pilot. - Nic wam się nie kojarzy? Miasto, największe i jedyne na Rozterce. Planeta Rozterka, fajne, co? Miasto liczy ponad pół miliona mieszkańców, nie przyjmuje statków, choć ma lądowisko, i nie posiada własnej floty, nawet jednego statku. Właściwie miasto jest zarazem państwem i bazą, wszystkim. Objęte kuratelą i kupą zakazów: nie lądować, nie kontaktować się, nie narzekać...
- Nie co?...
Babuschka dał znak, że dopiero teraz będzie bomba:
- Po przymusowym lądowaniu, zresztą po zamierzonym również... - Zwolnił tempo wypowiedzi, cedził słowa, wyraźnie dzieląc je na sylaby. - ...następuje bezapelacyjne zniszczenie statku, a załoganci stają się nieodwołalnie mieszkańcami Geyeelli. To zarządzenie Ziemi. Nieodwołalne.
- Babuschka!... - Pilot przerwał i popatrzył na dowódcę. Kit nie dość, że przerwał mu, to jeszcze bębnił paznokciem wskazującego palca w podłokietnik fotela. - Odsiej swoje...
- Nie ma w tym krzty fikcji. - Babuschka roześmiał się z goryczą jak człowiek, któremu nie wierzy się kolejny raz, mimo że mówi prawdę. - To wygląda jak dobrowolne więzienie: chcesz, ląduj, ale już nie wystartujesz! Oczywiście są jakieś uzasadnienia, tyle że nie wąchałbym ich bez podwójnych filtrów: podobno planeta jest siedliskiem mutawirusów, niespecjalnie złośliwych w atmosferze rodzimej, zabójczych w innych warunkach. - Plasnął dłonią w kolano. - Nie-e-e no... Ludzie, tego by nie wymyślił nawet schorowany pisarz.
W sterówce zapadłaby cisza, gdyby nie nerwowe posapywanie Babuschki. Martinson odruchowo rzucił spojrzenie na ekran z odczytem przedstartowym.
- Siedem minut - powiedział.
Kit zabębnił dwoma palcami w podłokietnik. Babuschka przestał sapać. Komputer, nieświadomy napięcia w pomieszczeniu, pozwolił sobie na akustyczny meldunek. Kit odczekał, aż umilknie głośnik.
- Tak czy tak, startujemy. Ale najpierw... - Jego fotel skoczył do pulpitu. Dowódca zaczął stukać w klawiaturę. - Włącz odliczanie - powiedział do ekranu przed sobą, nie przerywając pisania.
Martinson szybko wcisnął klawisz, z głośnika wyrwało się: "Czterysta siedemnaście...", Martinson trącił suwak na pulpicie, ściszył komputer. Gdy głośnik powiedział: "Sto siedemnaście", Kit popatrzył na załogę.
- Lecimy, ale lądowanie uzależniłem od informacji.
- Sto... - szepnął głośnik.
Fotele Kita i nawigatora wchłonęły siedzących. Babuschka szarpnął do siebie pulpit i ustawił go na wysokości piersi.
- Pięćdziesiąt...
Poczuli charakterystyczne zapadanie się i natychmiastowe odbicie, potem długie kilkusekundowe zaciskanie się przestrzeni, kiedy receptory, nie mogąc sobie poradzić z wrażeniami, podsuwały najbliższe skojarzenie - wysychanie skóry posmarowanej warstwą kurczącej się masy.
- A dalej? - zapytał Babuschka.
- Dobrze, że mamy cię w załodze... - powiedział Kit.
- Pewnie, że dobrze.
- ...bo sami nie musimy zadawać tylu pytań - dokończył spokojnie Kit.
- Zostawiasz nam łatwiejszą robotę: udzielanie odpowiedzi - uzupełnił Martinson.
Babuschka machnął ręką.
- Nie wytrącicie mnie z równowagi. Ustawić kurs na podejście do Geyeelli?
- Możesz, tylko poczekaj z odbiciem. - Kit wstał i rzuciwszy szybkie spojrzenie na pasmo info, przeciągnął się. - Dajmy im trochę czasu na zorientowanie się... na... do... - zająknął się. - Do namysłu, do cholery! - niemal krzyknął rozzłoszczony na samego siebie.
- Dobrze. - Babuschka potulnie pochylił się nad klawiaturą. Mógł rozpocząć zabawę i zakończyć po kilku uderzeniach w klawisze, ale wszczął z kosmosem długi dialog, jakby miał do czynienia z debilem. Poza sobą słyszał ciszę i nie zamierzał jej przerywać ani nawet mącić spojrzeniem. Oderwał się od pulpitu, gdy komunikator zasygnalizował nadejście "bomby informacyjnej". - No!
Kit powstrzymał się od komentarzy. Uruchomił natychmiastowy odczyt, przez ekran popłynęły szeregi słów.
"Ostateczna informacja. Pierwotnie tylko dla dowódcy." Litery zabarwiły się na czerwono. Kit wydał z siebie nieartykułowany pomruk. Babuschka i Martinson bez słowa wstali z foteli i wyszli ze sterówki. Na korytarzu Babuschka uderzył pięścią powietrze przed sobą, poprawił lewym prostym.
- Tak się buduje cholerny autorytet dowódcy - warknął.
- Przestań. Gdyby szefostwo wiedziało, że tak ci zależy na pierwszeństwie, pewnie zaadresowaliby tę bombę.
- Domyślam się.
Ruszył do przodu, co krok, dwa atakując powietrze przed sobą ciosami pięści. Martinson poszedł za nim, zachowując dystans i patrząc pod nogi, jakby obawiał się potknięcia o znokautowany tlen.
W mesie pilot podszedł do manipoola, ale nawet nie dotknął blatu flippera. Pokiwał się na stopach, obrzucając pustym spojrzeniem zachęcająco rozjarzony pulpit. Martinson sprawdził swój kubek, siorbnął, niedbale cisnął pustym naczyniem w kierunku otworu zmywaka. W ciszy przetrwali kilka minut, potem do mesy wszedł Kit.
- Reszta informacji - powiedział od progu. - W Geyeelli znajduje się robot Tercu JLo 722 i Larna Xore. Johan Xore umarł w wyniku obrażeń, tuż przed śmiercią przekazał informację najwyższej wagi. Możemy wiedzieć tylko tyle, że to pierwszy stopień do prawdziwej rewolucji w inżynierii genetycznej. Musimy, powtarzam: MUSIMY odzyskać te dane. Są zaszyfrowane, ale mieszkańcy Geyeelli mogą szantażować ich posiadaniem Ziemię, mogą żądać zdjęcia izolacji ze swojej planety, a to z kolei zagraża całej ludzkości. Sprawa jest więc delikatna, tak że każde działanie usprawiedliwi osiągnięcie celu. Ziemia uprzedziła Rozterkę o naszym przybyciu. Geyeella wyraziła zgodę na lądowanie i start.
Babuschce, który wpatrywał się w napięciu w dowódcę, wydało się, że Kit jakby się zająknął, kończąc zdanie. Bezlitośnie zapytał:
- A co przed nami ukryłeś?
Kit zastanawiał się sekundę czy dwie, wreszcie machnął ręką:
- Niech wam będzie!... Planeta jest izolowana nie z powodu wirusa. Tak brzmi wersja oficjalna. Dla nas to żadna różnica, bo i tak musimy mieć filtry. Powodem jest narkotyk w atmosferze. Cała ludność jest pod permanentnym wpływem tego świństwa, które nazywa się depyelotop. Ma też inne nazwy: Ścieżka Szczęściarza, Złoty Kopciuszek, Rajski Pył i kupę innych równie pochlebnych. Powoduje uzależnienie, a jest niebezpieczny, bo nie rujnuje, cholera, organizmu, a jednocześnie powoduje stały stan lekkiej euforii. Geyeella, musicie wiedzieć, jest osadą religijnych... hm, fanatyków?... Tak, fanatyków. Nie wiadomo, czy to pod wpływem Rajskiego Pyłu czy niezależnie wytworzyła się tam dziwaczna religia. Może zresztą narkotyk tylko umacnia ludzi w wierze. Mają dwóch bogów, nie pamiętam imion. Boga dobra i boga zła. W zależności od tego, jak się komu wiedzie, modli się do przeciwnego bóstwa, bo stanem idealnym jest rozmowa między dobrem i złem, powodzeniem i pechem. Człowiek powinien dążyć do tego, by być w środkowym punkcie. Ale nas to nie interesuje. - Kit zrobił wreszcie krok i wszedł do mesy. Podrapał się po karku. - Nas interesuje to, że Geyeella może dyktować pewne warunki, inaczej wypuści Złotego Kopciuszka z klatki. Ziemia w zamian za trzymanie dżinna w butelce dostarcza na Geyeellę pewne towary i nie wtrąca się w żywot Geyeellan. Szefostwo dogadało się już z kapłanami, pozwolą nam na lądowanie szalupy i zabranie tych dwu osób z miasta, ale Ziemia ostrzega, że raczej powinniśmy liczyć tylko na siebie. - Uniósł stopę i oparł się czubkiem buta na siedzeniu własnego fotela. - Można nawet podejrzewać pułapkę, musimy jednak spróbować. Jeśli kapłani się dowiedzą, że mają coś, na czym bardzo, bardzo zależy Ziemi, zaczną stawiać nowe warunki. Podobno ostatnio zaczęli przebąkiwać o konieczności ekspansji swojej religii na inne planety. Oczywiście ramię w ramię ze światopoglądem idzie narkotyk. - Dowódca podszedł bliżej stołu i przestawił szklanki tak, że utworzyły trójkąt. - Teraz wiecie już wszystko. Pytania? Pomysły?
- Wspomniałeś coś o pułapce... - bąknął Martinson.
- Pułapka w tym sensie, że udzielając nadzwyczaj ochoczo precedensowego zezwolenia na lądowanie i start, spodziewają się, że albo sobie nie poradzimy ze znalezieniem poszukiwanych osób, albo... i przed tym zwłaszcza przestrzega nas dowództwo... albo chcą zagarnąć szalupę i może całego peta.
- Fajni gospodarze - mruknął Babuschka.
- Inne komentarze? Pytania?
- Jak właściwie mamy szukać? Wylądujemy i będziemy łazili pośród tych wszystkich ćpaczy? Pytali o obcą dziewczynę i robota?
- Mamy się skontaktować z pomniejszym kapłanem. - Kit zdecydowanie odsunął wszystkie szklanki i usiadł na stole, twarzą zwrócony do podwładnych. - Nazywa się Ranibez.
Babuschka plasnął otwartą dłonią o powierzchnię manipoola. Flipper uznał to za zaproszenie do gry. Wysunął tackę na żetony, lecz Babuschka bezwzględnym uderzeniem wcisnął ją z powrotem.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.