ROZDZIAŁ DRUGI
MAJ, OSIEM LAT TEMU
Powietrze w mojej kuchni faluje, jakbym patrzyła na fatamorganę, i nagle on tu jest i dominuje przestrzeń, jakby był u siebie.
Negocjator.
Cholera jasna, podziałało.
Widzę tylko metr osiemdziesiąt chłopa i masę białoblond włosów związanych rzemykiem. Negocjator stoi do mnie plecami.
Ciszę przerywa gwizd.
- Co za denat - konstatuje, lustrując moje rękodzieło. Podchodzi do zwłok, tupiąc ciężkimi butami. Jest ubrany cały na czarno, koszulka opina szerokie bary. Spuszczam oczy na jego lewe ramię, pokryte tatuażami.
Callie, w coś ty się wpakowała?
Negocjator trąca trupa koniuszkiem buta.
- Hm, poprawka. Nie całkiem denat.
Te słowa wybijają mnie z otępienia.
- Co? - Niemożliwe, żeby żył. Strach pulsuje w moich żyłach jak żywa istota.
- Będzie cię to kosztować zapewne więcej, niż jesteś skłonna zapłacić, ale jeszcze zdołam go przywrócić do życia.
Przywrócić do życia? Co ten typ jara?
- Nie chcę, żeby żył - odpowiadam.
Negocjator się odwraca, a ja pierwszy raz w życiu mogę się mu porządnie przyjrzeć.
Gapię się i gapię. Wyobrażałam sobie jakiegoś oblecha, ale choć mężczyzna przede mną to prawdopodobnie niegodziwiec, to oblechem nie jest.
Ani trochę.
Negocjator jest olśniewająco atrakcyjny - tylko nieliczni mężczyźni są aż tak przystojni. Nie wygląda surowo, mimo że ma silnie zarysowaną żuchwę i twardy błysk w oku. Jego twarz cechuje symetria i wykwint poszczególnych rysów, jakie częściej widywałam u kobiet niż u mężczyzn. Wysokie, wyraziste kości policzkowe, filuterne, łukowate usta, błyszczące srebrne oczy. Ale nie prezentuje się kobieco - to niepodobieństwo, bo ma potężną, muskularną sylwetkę i strój poniekąd w stylu country.
To po prostu ładny mężczyzna.
Wyjątkowo ładny.
Taksuje mnie wzrokiem.
- Nie.
Patrzę na niego pytająco.
- Nie co?
- Nie wchodzę w interesy z osobami niepełnoletnimi.
Powietrze migocze, a on, o Boże, on znika.
- Czekaj! Czekaj! - Wyciągam rękę. Teraz migocze już nie tylko powietrze, lecz także moja skóra. Ostatnio często się tak dzieje - ona lekko lśni.
Przystaje i patrzy na moje ramię. Przez te jego oczy przemyka coś dzikszego niż szok, bardziej nieujarzmionego niż podniecenie. Pomieszczenie wokół niego ciemnieje i klnę się, że za jego plecami zauważam jakiś wielki, falujący kształt.
Moment przemija równie nagle, jak zaistniał.
Przymruża oczy.
- Czym ty jesteś?
Opuszczam rękę.
- Proszę - błagam go. - Naprawdę muszę zawrzeć umowę.
Negocjator wzdycha z nieskrywaną irytacją.
- Słuchaj, nie robię interesów z niepełnoletnimi. Idź na policję. - Choć mówi szorstko, z zafrasowaną, zamyśloną miną wciąż wpatruje się w moją rękę.
- Nie mogę. - Gdyby tylko wiedział. - Proszę, pomóż mi.
Negocjator zgrzyta zębami i krzywi się, jakby coś mu śmierdziało. Mierzy mnie spojrzeniem w całej mojej krwawej, rozchełstanej chwale. I znów zgrzyta zębami.
Omiata pomieszczenie wzrokiem, zatrzymując oczy na moim ojczymie. Co widzi? Czy orientuje się, że to był wypadek?
Zaczynam szczękać zębami. Obejmuję się mocno ramionami.
Mimowolnie przenosi na mnie spojrzenie. Łagodnieje nieco na twarzy, lecz po chwili znów spogląda na mnie twardo.
- Kto to?
Przełykam ślinę.
- Kto. To. Jest? - powtarza Negocjator.
- Mój ojczym - wykrztuszam.
Patrzy na mnie nieustępliwie.
- Zasłużył?
Wypuszczam urywany oddech i choć nie chcę płakać, wymyka się jedna łza. Kiwam głową bez słów.
Negocjator przygląda mi się długi czas, śledząc wzrokiem spływającą po policzku łzę.
Odwraca oczy, krzywiąc się. Pociera dłonią usta, odchodzi na dwa kroki, potem zwraca się do mnie:
- Niech ci będzie - rzuca chrapliwie. - Pomogę ci... - Znów zgrzyta zębami i przeszywa mnie przenikliwym spojrzeniem, zatrzymując je na łzie na policzku - nieodpłatnie. - Prawie się zadławił tymi słowami. - Ten jeden raz. Uznajmy, że to mój czyn społeczny na to stulecie.
Już mam mu podziękować, ale unosi rękę, zaciskając powieki.
- Nie.
Otworzywszy oczy, rozgląda się po pomieszczeniu. Czuję, jak pulsuje od niego magia. Wiem o tej - nadprzyrodzonej - stronie naszego świata. Ojczym zbudował imperium dzięki magicznym umiejętnościom.
Mimo to nie widziałam nigdy działania magii takiego rodzaju - takiego, dzięki któremu dzieją się niepojęte rzeczy. Zapiera mi dech w piersi, gdy krew nagle znika z podłogi, potem z blatu, wreszcie z moich ubrań, włosów i rąk.
Potem rozbita butelka. Jest - a już zaraz znika. Nie wiem, co to za czar, ale łaskocze mnie w skórę, przenikając pokój.
Uporawszy się z miejscem zdarzenia, Negocjator kieruje się w stronę ciała.
Przystaje i przygląda się nieboszczykowi z zaciekawieniem. Nagle tężeje.
- Czy to ten, o kim myślę?
Zapewne nie jest to sprzyjająca chwila, by wyjawić Negocjatorowi, że załatwiłam Hugh Andersa we własnej osobie, najpotężniejszego maklera giełdowego na świecie i człowieka, który za odpowiednią cenę wyjawi wszystko, czego można chcieć się dowiedzieć na temat przyszłości. Kiedy dokładnie dojdzie do sprzedaży narkotyków, czy groźby śmierci są nieszkodliwe, czy autentyczne, czy ktoś zostanie pociągnięty do odpowiedzialności, doprowadziwszy do zgonu wroga. Jeżeli Hugh nie był najlepszym na świecie jasnowidzącym, to na pewno był najbogatszym. Chociaż i tak nie uratowało go to przed śmiercią.
Co za ironia.
Negocjator przeklina sążniście.
- Jebane, przeklęte syreny - mamrocze. - Udziela mi się wasz pech.
Wzdrygam się, bo dobrze znam syrenią skłonność do niefarta. Właśnie przez to moja matka wpakowała się w niechcianą ciążę i poniosła przedwczesną śmierć.
- Masz jakichś krewnych? - pyta.
Przygryzam dolną wargę i kręcę głową, opasując się ramionami jeszcze ciaśniej. Jestem sama na świecie.
Znowu przeklina.
- Ile masz lat?
- Za dwa tygodnie skończę szesnaście. - Latami wyczekiwałam tych urodzin. W społeczności nadprzyrodzonej pełnoletność osiąga się w wieku szesnastu lat. Teraz jednak tę właśnie okoliczność można by wykorzystać przeciwko mnie. Kiedy stuknie mi ta czarodziejska liczba, będzie mnie można sądzić jak osobę dorosłą.
Od wolności dzieliły mnie dwa tygodnie. Dwa tygodnie. A potem to się porobiło.
- Wreszcie - wzdycha - jakaś dobra wiadomość. Pakuj się. Jutro przeprowadzasz się na wyspę Man.
Mrugam powiekami, bo mój mózg nie nadąża.
- Co? Chwileczkę... jutro? - Mam się przeprowadzić? W dodatku tak szybko? W głowie mi się kręci.
- Za parę tygodni w Akademii Peel zaczynają się zajęcia letnie - stwierdza.
Ulokowana na wyspie Man, leżącej na samym środeczku między Irlandią a Wielką Brytanią, Akademia Peel to najlepsza nadprzyrodzona szkoła z internatem. Od zawsze marzyłam, by do niej pójść. A teraz będę tam uczęszczać.
- Zaczniesz wtedy chodzić na lekcje i nikomu nie powiesz, że zabiłaś Hugh pierdolonego Andersa.
Wzdrygam się na te słowa.
- Chyba że wolałabyś - dodaje - bym cię tu zostawił z całym tym syfem.
O Boże.
- Nie, proszę, zostań!
Znów wzdycha z udręką.
- Zajmę się ciałem i władzami. Gdyby ktoś pytał, miał zawał serca.
Negocjator przypatruje mi się z zainteresowaniem, lecz potem mu się przypomina, że przecież się na mnie złości. Strzela palcami, a ciało zaczyna lewitować. Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie, że mam w kuchni latające zwłoki.
Negocjator pozostaje niewzruszony.
- Powinnaś coś wiedzieć.
- Hę? - Nie spuszczam oczu z unoszącego się w powietrzu ciała. Ale krypne.
- Patrz na mnie - rozkazuje Negocjator.
Skupiam się na nim od razu.
- Niewykluczone, że z czasem moja magia zacznie słabnąć. Jestem wprawdzie potężny, ale ta śliczniusia klątewka, która ciąży nad wszystkimi syrenami, może przemóc nawet moją magię. - Jakimś cudem bije od niego arogancja, mimo że właśnie mnie informuje, że jego moce mogą nie wystarczyć.
- Co się stanie, jeśli to nastąpi? - pytam.
Negocjator uśmiecha się półgębkiem. Mega dzban. Już go zdążyłam rozgryźć.
- Lepiej zacznij używać swojej aury, cherubinko - mówi, taksując mnie szybko spojrzeniem. - Przyda ci się.
Z tym tekstem na odchodnym Negocjator znika wraz z mężczyzną, którego zabiłam.
* * *
OBECNIE
Potęga.
Właśnie to kryje się w samym sercu mojego uzależnienia. Potęga. Niegdyś nieomal mnie przygniotła i pochłonęła bez reszty.
Lecz to się działo dawno temu. A teraz to ja jestem siłą, z którą trzeba się liczyć.
Prywatna sala w restauracji jaśnieje delikatnie w blasku świec. Pochylam się do Micky'ego:
- No więc będzie tak. Zwrócisz matce pieniądze, które sprzeniewierzyłeś.
Jego puste wcześniej oczy skupiają się na mnie. Gdyby spojrzenie mogło zabijać...
- Pierdol. Się.
Uśmiecham się. Wiem, że wyglądam drapieżnie.
- Słuchaj uważnie, bo więcej nie będę cię ostrzegać: wiem, że nie masz pojęcia, czym jestem. Ale zapewniam, że jestem zdolna zniszczyć ci życie, a do tego taka ze mnie sucz, że rozważę taką ewentualność. Więc jeżeli nie chcesz stracić wszystkiego, na czym ci zależy, będziesz się odnosił z szacunkiem.
Zwykli śmiertelnicy wiedzą, że nadprzyrodzeńcy istnieją, ale wolimy żyć odrębnie od tych, którzy nie są magicznie uzdolnieni, z prostej przyczyny, że kiedy zaczynamy za bardzo onieśmielać ludzi, zdarzają się takie przyjemne hece jak polowania na czarownice.
Sięgam po torebkę.
- Nie dasz rady samodzielnie być grzecznym synkiem, więc ja ci pomogę - rzucam swobodnie. Wyjmuję z torby długopis i zestaw dokumentów, które otrzymałam od klientki. Odsuwam talerz Micky'ego i kładę je przed nim.
Jeden z nich to pisemne przyznanie się do winy, a drugi - promesa. Oba dokumenty sporządził prawnik klientki.
- Zwrócisz każdego centa, którego ukradłeś. Z dziesięcioprocentowymi odsetkami.
Z ust Micky'ego dobywa się cichy odgłos.
- Czyżbyś proponował piętnaście procent odsetek?
Kręci głową energicznie.
- Tak sądziłam. Masz dziesięć minut, by przejrzeć dokumenty, a potem je podpiszesz.
W ciągu tych dziesięciu minut częstuję się winem i jedzeniem, które zostawili goście Micky'ego - skoro już wbiłam się w szpilki, bawię się na całego.
Gdy upływa czas, biorę papiery od Micky'ego. Kartkuję je, zerkając na mężczyznę. Jego twarz pokrywa obecnie niezdrowa warstewka potu. Założę się, że gdyby zdjął elegancką marynarkę, pod pachami ujrzałabym rozległe plamy.
Kończę wertować dokumenty. Następnie wsuwam je do torebki.
- Już prawie skończyliśmy.
- Prawie? - Wypowiada to słowo tak, jakby nigdy wcześniej go nie słyszał.
- Nie sądziłeś chyba, że skończy się na paru marnych podpisach? - Kręcę głową, a moja skóra oświetla teraz pomieszczenie mocniej niż blade świece. Kryjąca się we mnie syrena to uwielbia: igraszki z ofiarą. - Och, Micky, nie, nie, nie. - W tym momencie przestaję się drażnić z Mickym i zadaję ostateczny cios. Pochylam się naprzód i ze wszystkich sił nasycam głos potęgą. - Zadośćuczynisz za swoje występki. Nigdy, przenigdy już czegoś takiego nie zrobisz. Całą resztę życia będziesz się starał, by stać się lepszym człowiekiem i zaskarbić sobie przebaczenie matki.
Kiwa głową.
Biorę torebkę.
- Bądź dobrym synem. Jeżeli dojdą mnie słuchy, że było inaczej... jeżeli usłyszę o tobie cokolwiek, co postawi cię w złym świetle... znowu się spotkamy, a wcale byś tego nie chciał.
Kręci głową z pustką w oczach.
Wstaję. Zrobiłam swoje.
Wystarczy jeden rozkaz.
Zapomnij o moim istnieniu. Pstryk - moja egzystencja jest wymazana z twojej pamięci.
Odwróć wzrok. Patrzysz wszędzie, tylko nie na mnie.
Wyznaj mi swój najczarniejszy sekret. Usta i umysł cię zdradzają.
Oddaj mi swoje bogactwa. W okamgnieniu sczyścisz konto w banku.
Toń.
Toń. Toń. Toń. Giniesz.
Szczególnie ktoś w tym gustował dawno temu, gdy świat był młody, gdy syreny wyrobiły sobie opinię, że zwabiają żeglarzy na śmierć.
Toń.
Czasem gdy przebywam sam na sam ze swoimi myślami - czyli całkiem często - myślę o tych kobietach, które siedziały na skałach, nawoływały do żeglarzy i wabiły ich na śmierć. Czy naprawdę tak to się działo? Czy chciały, by oni poumierali? Dlaczego żerowały właśnie na nich? Mity o tym milczą.
Zastanawiam się, czy niektóre z nich były takie jak ja - czy ich piękno sprawiło, że stały się ofiarami, na długo przed tym, nim obdarzyło je potęgą. Czy gdzieś kiedyś jakiś żeglarz skrzywdził te kobiety, nim w ogóle zyskały własny głos. Czy popadły w gniew i rozgoryczenie tak samo jak ja i korzystały ze swojej mocy, by w odwecie karać winnych.
Zastanawiam się, ile w tej opowieści kryje się prawdy, a ile z ich ofiar ucierpiało niewinnie.
Żeruję na złych mężczyznach. To moja vendetta. Moje uzależnienie.
* * *
Wchodzę po schodach do swojego domku na plaży w Malibu. Stopy mnie bolą po wielu godzinach na obcasach. Widzę przed sobą, jak szaroniebieska farba, którą pomalowany jest dom, obłazi z drewnianych listew. Jaskrawozielony grzyb rośnie na dachówkach. Oto mój idealnie nieidealny dom.
Wchodzę do środka, a powietrze we wnętrzu pachnie oceanem. Mój dom jest prosty. Ma trzy sypialnie i wyszczerbione kafelki na blatach kuchennych, a jeśli przejdzie się po nim na bosaka, to między palce u stóp wejdzie piasek. Salon i sypialnia wychodzą na ocean, a przeciwległa ściana w obu pokojach składa się w całości z olbrzymich, przesuwnych szklanych drzwi, które otwierają się na oścież na podwórze.
Za moim niedużym podwórzem urywa się świat. Z nabrzeżnego klifu, na którym przycupnął mój dom, prowadzą kręte, drewniane schody. U ich podnóża lodowaty Ocean Spokojny całuje piaszczysty brzeg Kalifornii... oraz moje stopy, jeżeli mu pozwolę.
To miejsce jest moim azylem. Poczułam to od razu, gdy tylko pośrednik nieruchomości pokazał mi je dwa lata temu.
Przechodzę przez dom po ciemku, nie zawracając sobie głowy zapalaniem świateł, i stopniowo zdejmuję ubranie. Rzucam je byle gdzie. Jutro pozbieram, ale dzisiaj mam randkę z morzem, a potem z własnym łóżkiem.
Przez okna salonu jaśnieje mocno księżyc, a moje serce przepełnia tak bezkresna tęsknota.
W cichości serca cieszę się, że do końca pełni Eli musi się trzymać ode mnie na dystans. Jako likantrop musi pozostać w odosobnieniu podczas Świętej Siedmi - tygodnia, kiedy wypada pełnia, a on nie potrafi kontrolować przemiany z człowieka w wilka.
Z własnych przyczyn wolę w tym okresie przebywać sama - przyczyny te nie mają nic wspólnego z Eliem, lecz są zakorzenione w mojej przeszłości.
Zrzucam dżinsy i wchodzę do sypialni po strój kąpielowy. Już mam odpiąć biustonosz, gdy porusza się cień mroczniejszy niż inne.
Zduszam wrzask, który wzbiera mi w gardle. Po omacku wyszukuję na ścianie obok mnie włącznik światła. Włączam lampy w sypialni.
Przede mną, rozparty w moim łóżku, leży Negocjator.