Raport z Madrytu - Iwona Zielińska-Sąsiada

Kup ebooka

32.00 zł
25.60 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zanim rzeczywistość spoliczkowała nas wirusem SARS-CoV-2, ciągle się spieszyłam. Rytm mojego życia wyznaczały praca i lista rzeczy do wykonania, które zapisywałam w telefonie. Lista zamiast maleć, codziennie rosła. Kiedy odhaczałam jeden punkt, natychmiast pojawiało się kilka nowych pomysłów, projektów, spotkań i wyjazdów. Wydarzeń, dzięki którym czułam, że żyję. Przepełniała mnie satysfakcja z dobrze wykonanej pracy, a posiadanie listy zadań sprawiało, że miałam poczucie uporządkowania i zorganizowania. Siebie też. Można powiedzieć: byłam modelowym przykładem ambitnej pracującej kobiety.

Tylko nie wiem, jak to się działo, że ciągle brakowało mi czasu. Na wyczekiwany odpoczynek, na który nie miałam siły. W nocy nie mogłam się doczekać nadejścia dnia. Byłam ciągle zmęczona. W pracy koniec jednego projektu był zarazem początkiem kolejnego. Tak jakoś się działo. Jestem jednostką zadaniową i nie lubię przestojów. Zaczynam, realizuję i kończę projekt.

Pamiętam siebie sprzed pandemii. W ciągłym stresie. Trenowałam bieg za uciekającym czasem. Najpierw był sprint, potem bieg z przeszkodami, a na końcu biegi długodystansowe. Starałam się je wygrywać. Byłam ciekawa, kto zwycięży - czas czy ja. Pewnie nikt nie lubi przegrywać, starałam się więc wszystko robić coraz szybciej. Byłam wiecznie na adrenalinie - jakbym codziennie po kilka razy skakała na bungee. Czułam pulsującą krew, szum w głowie, przyjemne podniecenie.

Taki stan trwał wiele lat.

Nie pamiętam, w którym momencie przestałam wyglądać z zaciekawieniem przez okno pociągu, którym jeździłam do Madrytu. Kątem oka rejestrowałam jelenie i dziki, którymi się kiedyś zachwycałam. Z czasem nie widziałam już nic. Pozostał mi tylko zwyczaj siadania przy oknie. Z telefonem.

Jazda do pracy pociągiem, która kiedyś tak mnie cieszyła, stała się powodem frustracji. Bo pociąg jechał za wolno, co chwila stawał, ulegał awariom i ciągle się spóźniał. Generalnie miałam wrażenie, że zasapana biegnę za wagonem z napisem JA.

Byłam w ciągłym niedoczasie. Czułam się jak chomik biegający na kole, które nie przestawało się kręcić. Tak jak on nie wiedziałam, gdzie jest początek i gdzie koniec. I kiedy się zatrzymać. Pewnie byłoby tak dalej, ale napadł na nas wirus. I zatrzymał to koło. Samoizolacja spowodowała, że zwolniłam. Postanowienie pisania przyszło naturalnie.

Codzienne wpisy traktowałam jak jeden z ważnych elementów przebywania z towarzyszącą mi samotnością. Zapiski były kotwicą pozwalającą przytrzymać łódkę, w której przestraszona siedziałam w czasie sztormu. Dobrze zarzucona kotwica trzymała mnie w pionie w bezpiecznej odległości od kamienistego brzegu, chroniąc przed obijającym się o burty strachem.

Po 60 dniach samoizolacji mogłam ponownie wsiąść do pociągu. I poczułam, ile straciłam. Bo ja ten pośpiech miałam w sobie. Ja go sobie wyhodowałam. Postanowiłam już więcej nie wyprzedzać kalendarza.

14 marca 2020

Premier hiszpańskiego rządu Pedro Sánchez wprowadził stan wyjątkowy z uwagi na wzrastającą liczbę zachorowań na COVID-19. Zapewnił jednak, że Hiszpania jest przygotowana na stawienie czoła epidemii. Podobno to tylko trochę "cięższa grypa".

Mamy zachowywać środki ostrożności i pozostać w domu do odwołania. Słowo confinamiento - samoizolacja - brzmi niepokojąco. To nowe słowo w moim słowniku. Gdyby nie pandemia, pewnie w ogóle bym go nie poznała. Dostaję wiadomość od naszego dyrektora, że od poniedziałku 16 marca będziemy pracować zdalnie. Do kiedy? Nie wiadomo. Całe szczęście, że w piątek wzięłam z pracy telefon służbowy. Inaczej wszystkie rozmowy z partnerami hiszpańskimi w sprawie odwoływanych wydarzeń musiałabym prowadzić z telefonu prywatnego, który po godzinie rozmów jest tak gorący, że mógłby pełnić funkcję żelazka.

Odwołuję udział Adama Zagajewskiego w Madryckiej Nocy Książek oraz spotkanie z Olgą Tokarczuk, która w ramach swojego europejskiego touru miała wziąć udział w festiwalu Literaktum. Wszyscy żałujemy - najbardziej zawiedzeni są organizatorzy festiwalu. Nie ukrywają rozżalenia. Już drugi raz jestem zmuszona odwołać wizytę Olgi w San Sebastián.

Mam nadzieję, że stan wyjątkowy nie potrwa długo. Tymczasem próbuję ratować inne wydarzenia. Koncert jazzowy Marcina Maseckiego w Bilbao może uda się przesunąć na maj. Cały czas odpisuję na mejle i rozmawiam z partnerami hiszpańskimi, odwołując i przenosząc na nieokreślone terminy jesienne zaplanowane wydarzenia literackie i muzyczne.

Hiszpanie są zdezorientowani. Żadna instytucja, z którą współpracujemy, nie potrafi nam udzielić konkretnej informacji. Ustalamy z naszymi partnerami, że będziemy się informować na bieżąco odnośnie do możliwości realizacji wspólnych projektów bądź przesunięcia ich na późniejsze terminy. Na razie jednak trzeba poodwoływać wszystkie wydarzenia zaplanowane na marzec. Cały dzień zajmuje mi wysyłanie mejli: odwołuję tłumaczy, anuluję rezerwacje w hotelach, staram się zwracać bilety lotnicze naszych gości. Rozmawiam z wydawcami, księgarzami, muzykami. Ustalamy wstępnie prowizoryczne terminy. To pozwala mi nie myśleć o stanie wyjątkowym. Jutro zabiorę się za mniej pilne sprawy - czyli za wydarzenia, które mają się odbyć w kwietniu.

Po północy idę spać.

Jestem wykończona.

Zanim zasnęłam, ostatnią myślą było: "Jak dobrze, że będę mogła się wyspać".

15 marca 2020

Dobrze spałam - a to w przypadku mojej bezsenności jest jak wygranie ważnej bitwy z niewidocznym wrogiem.

Zanim zasnęłam, chwilę leżałam zadowolona i spokojna przy otwartym na oścież oknie. Wsłuchiwałam się w wiatr atakujący osiedlowy piorunochron, który stoi na placu dokładnie naprzeciwko okna naszej sypialni.

Lubię odgłosy metalowego słupa, które przypominają sztorm na morzu. Metalowy piorunochron wydaje z siebie regularne: bum, bum, bum.

A ja dzięki temu lepiej śpię.

Lubię wiatr. Bo wiem, że na pewno zasnę.

Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że zasypiam w śpiworze na łódce. Fale dotykają burty jachtu, a wtedy odzywają się szekle i miarowo uderzają o metalowy maszt.

Bum, bum, bum.

Zasypiam.

Podczas wietrznych nocy śnią mi się Mazury.

Nie Wyspy Kanaryjskie ani Majorka, ani Karaiby.

Śnią mi się wschody i zachody słońca na jeziorach. Wiatr z całej siły dmucha w żagle, popychając nas do przodu. Słychać szum wody rozbijającej się o dziób łódki.

Czuję podniecenie na widok portu Almaturu na Kisajnie, w drodze do Rydzewa. Portu, którego nie da się pomylić z żadnym innym z uwagi na widoczne z dala charakterystyczne oczy wymalowane czarną farbą na długim białym budynku hangaru stojącego na nabrzeżu.

Śni mi się cumowanie na dziko na Bełdanie. Tam gdzie wcześnie rano we mgle można zobaczyć dzikie tarpany.

Mazury.

Tęsknię za rozmową drzewa z wiatrem. Za szeptem jeziora w cieniu nocy. Za zapachem dymu z ogniska, za pieczonym ziemniakiem, za dźwiękiem gitary. I za panem Zdziśkiem, który przyjeżdża rano ze świeżym pieczywem wyczekiwanym już od wieczora.

Zasypiam późno.

Rano czuję się jak po nocnej imprezie. Dokuczają mi lekki ból głowy i suchość w gardle.

Nie pójdę dziś w góry. Nikogo nie spotkam, nie mam żadnego planu.

Usiadłam, żeby zebrać rozbiegane myśli w kucyk. Ścisnęłam je gumką. Rzucam kotwicę i zaczynam organizować sobie dzień w ramach obowiązkowej samoizolacji.

Pióro wyrysowało mi listę zawsze odkładanych na później rzeczy, które mogłabym teraz zrobić.

Później zamieniło się miejscem z teraz. I przyznam szczerze: trochę mnie to zaskoczyło.

17 marca 2020

Opublikowałam dziś list na Facebooku:

Drogi Facebookowiczu.

Jestem mamą. Mamą młodej lekarki, która tydzień temu rozpoczęła pracę w jednym z wrocławskich szpitali. Chcę, abyś wiedział, że bardzo się o nią boję. Boję się, ponieważ wiem, w jakich warunkach pracuje w czasach szerzącego się po kraju COVID-19.

W szpitalu, w którym odbywa staż, nie ma maseczek ochronnych ani rękawiczek. Mają jedną, którą się wymieniają, idąc do pacjenta. Moja córka znajduje się w grupie ryzyka. Jest bardziej narażona na kontakt z zakażonym pacjentem albo z osobą, która może nieświadomie inkubować w sobie wirusa.

Piszę więc z prośbą do Ciebie, który tak bardzo nie lubisz zakazów, któremu nic się nie stanie, ponieważ jesteś odważny i niczego się nie boisz.

Do Ciebie, który nie stosujesz się do wydanych zarządzeń i beztrosko wychodzisz z domu: żeby pobiegać, pojeździć na rowerze, na rolkach, pospacerować.

To przecież straszne, że musisz "siedzieć w domu". I w dodatku bardzo się nudzisz, wprost męczysz, siedząc bezczynnie, jak często można przeczytać na Twoim facebookowym murze.

Więc jeśli masz za dużo czasu - proszę Cię, zatrzymaj się na chwilę w swoich narzekaniach i postaraj się wyobrazić sobie, że moja córka, jej koledzy oraz cała rzesza lekarzy, pielęgniarek i personelu medycznego w całym kraju wykonują ogromny wysiłek, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa i zatrzymać pandemię.

Każdemu z Was, którzy tak bardzo dbacie o swoją formę fizyczną w tych dniach i nie potraficie tydzień usiedzieć w domu, życzę, aby w trakcie biegu, zjazdu na rowerze, na desce, rolkach lub innej aktywności nie przydarzył się Wam wypadek, który spowoduje, że znajdziecie się na SOR-ze.

Na SOR-ze, który generalnie i tak jest przeludniony i słabo przystosowany do przyjmowania wielu pacjentów jednocześnie. Tego chyba nie trzeba specjalnie tłumaczyć nikomu, kto zna realia polskiej służby zdrowia. Używam słowa "chyba", ponieważ brak mi słów na określenie Twojego zachowania.

Czy potrzebny jest wyraźny zakaz wychodzenia z domu, abyś uświadomił sobie, że Twoje nieodpowiedzialne zachowanie może spowodować wzrost liczby pacjentów na SOR-ach?

Że będzie więcej chorych do obsłużenia, ponieważ według specjalistów liczba zakażonych osób w Polsce będzie cały czas wzrastać?

Jeśli obojętne jest Ci Twoje zdrowie, to może pomyśl przez chwilę o tych, którzy opiekują się chorymi i zakażonymi. Być może Twoimi bliskimi. Twoją mamą, tatą, bratem, siostrą lub kuzynem. Przyjrzyj się, w jakich warunkach pracują. I jak długo. Po ile godzin spędzają na dyżurach. I każdy z nich naraża swoje zdrowie, a w dodatku pracuje bez podstawowych środków ochronnych. O tym się nie mówi, więc może o tym nie wiesz. Ale ja wiem i martwię się. Moja córka codziennie jeździ tramwajem do pracy i z pracy. Być może za chwilę ktoś ją zarazi lub ona kogoś - zupełnie nieświadomie. Jeździ BEZ maseczki ochronnej, ponieważ w pracy jej w nią nie wyposażyli, a w aptekach ich nie ma. Wykupili je ci, którzy w maseczkach wychodzą na spacer do parku, jeżdżą na rowerach, na deskach lub rolkach.

ZOSTAŃ W DOMU.

Tylko tyle i aż tyle możesz zrobić dla innych i dla siebie.