Rozdział drugi
Gdy stary zegar w holu wybił jedenaście razy, Staten Kirkland opuścił łóżko Quinn O'Grady. Gdy spała, ubrał się w cieniu, obserwując ją jedynie w świetle księżyca w pełni. Dała mu dziś to, czego potrzebował i jak zawsze czuł się tak, jakby on nie dał jej nic.
Wychodząc na werandę, przyglądał się świeżo obmytej ziemi, myśląc o tym, jak puste było jego życie, z wyjątkiem tych kilku godzin spędzanych z Quinn. Nigdy nie pokocha jej ani nikogo innego, ale chciał coś dla niej zrobić. Dzięki ciężkiej pracy i odziedziczonej ziemi był bogatym człowiekiem. Ona radziła sobie na farmie, ale z trudem. Mógłby jej pomóc, ale wiedział, że nigdy by mu na to nie pozwoliła.
Wkładając buty, pomyślał o tuzinie rzeczy, które mógłby tu zrobić. Na przykład naprawić stary traktor pokryty błotem lub zmodernizować system nawadniania. Traktor stał przy drodze od miesięcy. Gdyby zgodziła się na jego pomoc, wyciągnięcie starego John Deere'a i ponowne uruchomienie silnika nie zajęłoby mu nawet godziny.
Tylko że ona nie chciała nic od niego przyjąć, a on wiedział, że lepiej nie pytać.
Czasem nie był nawet pewien, czy są przyjaciółmi. Może byli czymś więcej, a może czymś mniej. Spojrzał na swoją dłoń, przypominając sobie, jak posmarowała ją kremem, i zmartwił się, że wszystkim, co ich łączy, jest strata i potrzeba, by od czasu do czasu dotknąć innej istoty ludzkiej.
Drzwi skrzypnęły. Odwrócił się, gdy Quinn, owinięta w starą kołdrę, wyszła w noc.
- Nie chciałem cię obudzić - powiedział, gdy przeszła na palcach przez delikatnie ośnieżony ganek. - Muszę wracać. Niedługo na ranczu pojawi się osiemdziesiąt nowych roczniaków. - Nigdy nie przepraszał za to, że odchodzi i teraz też tego nie robił. Po prostu stwierdzał fakty. Ze względu na kradzieże bydła i plan powiększenia stada być może będzie musiał zatrudnić więcej ludzi. Jak zawsze czuł, że musi być na swojej ziemi i czuwać.
Kiwnęła głową i stanęła przed nim.
Staten czekał. Nigdy nie dotykali się po tym, jak się kochali. Zwykle wychodził bez słowa, ale dziś najwyraźniej miała coś do powiedzenia.
Kolejna rzecz, którą prawdopodobnie robił źle, pomyślał. Nigdy nie prawił jej komplementów, nie całował jej w usta, nie wypowiadał żadnych słów po tym, jak jej dotykał. Gdyby od czasu do czasu nie wydawała z siebie drobnych odgłosów przyjemności, nie miałby pewności, że ją zaspokoił.
Teraz, stojąc tak blisko niej, czuł się bardziej jak ktoś obcy niż kochanek. Znał zapach jej skóry, ale nie miał pojęcia, o czym myśli przez większość czasu. Znała się na pikowaniu kołder i robieniu mydła z lawendy. Grała na pianinie jak anioł i nie posiadała telewizora. On znał się na prowadzeniu farmy i oglądał każdy mecz Dallas Cowboys ze swojego rozkładanego fotela.
Gdyby kiedykolwiek spędzili ponad godzinę na rozmowie, prawdopodobnie doszliby do wniosku, że nie mają ze sobą nic wspólnego. On uprawiał każdy sport w liceum, a ona grała zarówno w orkiestrze, jak i w zespole. On odbębnił większość swoich godzin na studiach online, a ona pojechała aż do Nowego Jorku, aby się uczyć. Ale kochali tę samą osobę. Amalah była najlepszą przyjaciółką Quinn i jego jedyną miłością. Rzadko rozmawiali o swoich uczuciach. Już nie rozmawiali. Tak naprawdę nigdy tego nie robili. Domyślał się, że to zbyt bolesne dla nich obojga.
Dzisiejszej nocy powietrze było spokojne, a wilgoć wisiała jak niewidzialna koronka. Quinn wyglądała na dwudziestolatkę, a nie na czterdziestolatkę. Była piękna na własny, niekrzykliwy sposób. Zawsze taka była i przypuszczał, że nadal taka będzie, nawet gdy się zestarzeje.
Ku jego zaskoczeniu pochyliła się i pocałowała go w usta.
Obserwował ją.
- Chcesz więcej? - zapytał w końcu, wiedząc, że to prawdopodobnie najgłupsza rzecz, jaką można powiedzieć nagiej kobiecie stojącej dwa centymetry od niego. Nie miał pojęcia, co mogłoby być tym więcej. Zawsze uprawiali seks raz, jeśli w ogóle go uprawiali, kiedy pukał do jej drzwi. Czasami żadne z nich nie wykonywało pierwszego ruchu i po prostu przytulali się do siebie na kanapie. Quinn nie była namiętną kobietą. To, co robili, było tylko zaspokojeniem potrzeby, którą oboje miewali od czasu do czasu.
Pocałowała go ponownie, bez słowa. Kiedy jej policzek otarł się o jego zarost, był mokry i smakował deszczem.
Staten powoli wsunął dłonie pod jej kołdrę i objął ciepłe ciało, po czym przyciągnął ją bliżej i pocałował tak, jak nie całował kobiety od śmierci żony.
Jej usta były miękkie i zachęcające. Kiedy je otworzył i wtargnął do środka, poczuł się z nią o wiele bardziej intymnie niż kiedykolwiek wcześniej, ale nie przestawał. Chciała tego od niego, a on nie miał zamiaru jej odmawiać. Nikt nigdy by się nie domyślił, że ta kobieta była wszystkim, co trzymało go w kupie w niektóre dni.
Kiedy w końcu przerwał pocałunek, Quinn wzięła głęboki oddech. Przycisnęła czoło do jego szczęki, a on czekał.
- Od teraz - szepnęła tak cicho, że bardziej poczuł jej słowa, niż je usłyszał - kiedy do mnie przychodzisz, musisz mnie pocałować na pożegnanie, zanim wyjdziesz. Jeśli śpię, obudź mnie. Nie musisz nic mówić, ale musisz mnie pocałować.
Nigdy go o nic nie prosiła. Nawet nie myślał, by odmówić. Rozłożył dłoń na jej plecach i przyciągnął ją mocno do siebie.
- Będę o tym pamiętał, jeśli tego właśnie chcesz. - Czuł, jak wali jej serce i wiedział, że nie przyszło jej to łatwo.
Przytaknęła.
- Tego właśnie chcę.
Zetknął swoje usta z jej wargami. Uwielbiał to, jak westchnęła, jakby chciała więcej, a potem się odsunęła.
- Dobranoc - powiedziała, dawkując sobie przyjemność. Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.
Odgarnął włosy do tyłu, włożył kapelusz i patrzył, jak znika w cieniu. Potrzeba powrotu już w nim narastała.
- Wrócę w piątek wieczorem, jeśli ci pasuje. Będę późno, muszę najpierw odwiedzić babcię i wykonać zadania z jej listy. Dopiero wtedy będę wolny. Jeśli chcesz, mogę przynieść coś z grilla na kolację? - Paplał, ale coś trzeba było powiedzieć, a on nie miał pojęcia co.
- I warzywa - zasugerowała.
Przytaknął. Chciała zjeść posiłek, a nie tylko mięso.
- Każę im dorzucić frytki z batatów i okrę.
Przytrzymała mocno kołdrę, jakby chciała ukryć przed nim swoje ciało. Nie spojrzała mu w oczy, kiedy dodał:
- Podobało mi się całowanie ciebie, Quinn. Nie mogę się doczekać, aby zrobić to ponownie.
Ze spuszczoną głową skinęła głową i bez słowa zniknęła w ciemności.
Zszedł z jej ganku, zastanawiając się, czy będzie już sędziwym mężczyzną, kiedy w końcu zrozumie Quinn. Z tego, co wiedział, nigdy nie miała chłopaka, gdy jeszcze chodzili do szkoły. A jego żona nie wspominała, by Quinn umawiała się z kimś, gdy wyjechała do Nowego Jorku, do tej wymyślnej szkoły muzycznej. Teraz, już po czterdziestce, nigdy nie była na randce, a tym bardziej nie miała kochanka, o którym by wiedział. Ale nie była dziewicą, kiedy kochali się po raz pierwszy.
Jednak pytanie o jej życie miłosne wydawało się zbyt osobiste.
Wsiadając do ciężarówki, skupił się na problemach na ranczu. Musiał zatrudnić ludzi; w tym miesiącu stracili trzy sztuki bydła skradzione przez złodziei. Planując nadchodzący dzień, Staten zrobił to, co zawsze: zepchnął Quinn w kąt umysłu, gdzie miała czekać, dopóki znów jej nie zobaczy.
Kiedy przejeżdżał przez małe miasteczko Crossroads, wszystkie firmy były pozamykane, z wyjątkiem całodobowej stacji benzynowej, która obsługiwała pojedynczych podróżnych potrzebujących zatankować paliwo lub na tyle odważnych, aby spróbować jedzenia.
Pół przecznicy od stacji znajdował się dom jego babci, ciemny pośród skupiska domów seniorów. Jedna ogromna lampa pośrodku tych wszystkich małych domków rzucała słaby blask na ganek każdego z nich. Malutkie białe budynki przypominały mu krąg wozów obozujących tuż przy głównej drodze. Mieszkała na ziemi Kirklandów przez pięćdziesiąt lat, ale kiedy zmarł dziadek Statena, jej mąż, chciała przeprowadzić się do miasteczka. W młodości była nauczycielką i stwierdziła, że woli przebywać z przyjaciółmi w społeczności emerytów, a nie sama w wielkim domu na ranczu.
Przeklinał bez złości, pamiętając wszystkie jej polecenia z dnia, w którym przeprowadziła się do miasteczka. Chciała, żeby jej jedyny wnuk wpadał do niej co tydzień, by wymienić baterie, wkręcić żarówki i przeprogramować telewizor, który zepsuła w ciągu tygodnia. Nie przeszkadzały mu te wizyty. Poza ojcem, który uważał, że jego domem - kiedy nie był w Waszyngtonie - jest Dallas, babcia była jedyną rodziną, którą miał Staten.
Niecałe pół kilometra za główną ulicą Crossroads światła jego ciężarówki oświetliły czterech nastolatków idących drogą między kościołem a stacją benzynową.
Trzech chłopców i dziewczyna. Piętnaście, może szesnaście lat, zgadywał Staten.
Przez chwilę myślał o Randallu. Był mniej więcej w ich wieku, kiedy się rozbił i miał na sobie taką samą niebiesko-białą kurtkę z literami, którą dwóch z tych chłopców miało na sobie dzisiejszego wieczoru.
Staten zwolnił, gdy ich wymijał.
- Potrzebujecie podwózki? - W kościele wciąż paliły się światła, a na parkingu stało kilka samochodów. Sobota wieczór, przypomniał sobie Staten. Członkowie Klubu 4-H prawdopodobnie pracowali w piwnicy nad różnymi projektami.
Jeden z dzieciaków do niego pomachał. Był to wysoki Latynos o imieniu Lucas, którego Staten brał za najstarszego syna głównego kowboja na ranczu Collinsa. Nazywał się Reyes, a Staten pamiętał, że chłopiec był jednym z tuzina młodych ludzi, którzy często byli zatrudniani na ranczu na pół etatu.
Staten słyszał, że dzieciak był prawie tak samo dobrym kowbojem jak jego ojciec. Najwyraźniej magia pracy z końmi została przekazana z ojca na syna, podobnie jak wzrost. Młody Reyes mógł być szczupły, ale dzięki pracy był w lepszej formie niż pozostali dwaj chłopcy grający w futbol. Kiedy Lucas Reyes ukończy szkołę średnią, nie będzie miał problemów z zatrudnieniem na żadnym z dużych rancz, w tym na ranczu Statena.
- Dziękujemy, panie Kirkland - odparł uprzejmie chłopak. - Właśnie idziemy na stację po colę. Wkrótce odbierze nas brat Reida Collinsa.
- Nie ma w tym chyba nic złego, proszę pana - odpowiedział rudowłosy chłopak w kurtce. Jego słowa były szybkie i cięte, przypominając Statenowi, jak brzmiał jego syn.
Ton chłopca próbującego udowodnić, że jest mężczyzną, pomyślał Staten.
Nie widział twarzy dwóch chłopców w kurtkach, ale dziewczyna podniosła głowę.
- Pracowaliśmy nad projektem na jarmark - odpowiedziała grzecznie. - Nazywam się Lauren Brigman, panie Kirkland.
Staten skinął głową. Pamiętał córkę szeryfa Brigmana. Wiedziała wystarczająco dużo, by być uprzejmą, ale to nie była jego sprawa.
- Dobry wieczór, Lauren - powiedział. - Miło cię znowu widzieć. Powodzenia z projektem.
Kiedy odjechał, potrząsnął głową. Normalnie nie zawracałby sobie głowy, by się zatrzymać. Może to było małe miasteczko w Teksasie, ale on nie był za nich odpowiedzialny. Postanowił, że jeśli jeszcze raz zobaczy młodego Reyesa, przeprosi go.
Staten przeklął. W tym tempie zamieni się we wścibskiego starca, zanim skończy czterdzieści pięć lat. Nie tak dawno temu on i Amalah chodzili na stację benzynową po spotkaniach w kościele.
Do diabła, może prośba Quinn o pocałunek wstrząsnęła nim bardziej, niż myślał. Powinien uporządkować myśli. Była tylko przyjaciółką. Kobietą, do której zwracał się, gdy nadchodziły burze. Niczym więcej. Oboje tego właśnie chcieli.
Miał mnóstwo kłopotów na ranczu, którymi musiał się martwić, aż do momentu powrotu na jej ganek w następny piątek wieczorem.
Trzydzieści kilometrów stamtąd Quinn O'Grady zwinęła się w kłębek na werandzie i obserwowała nocne niebo, wiedząc, że Staten wciąż jest w drodze do domu. Zawsze przychodził do niej w postaci szalejącej burzy, a odchodził spokojny jak świt.
Dopiero dzisiaj zaskoczyła go swoją prośbą. Tej nocy, kiedy odszedł o północy, coś się zmieniło. W jakiś sposób po pięciu latach ich związek wydawał się świeży.
Uśmiechnęła się, ciesząc się, że wykonała pierwszy ruch. Zażądała pocałunku, a on się nie zawahał. Wiedziała, że przyszedł do jej domu z potrzeby i samotności, ale dla niej to było zawsze coś więcej. Na swój cichy sposób nie mogła sobie przypomnieć, kiedy go nie kochała.
Jednak od podstawówki Staten Kirkland należał do jej najlepszej przyjaciółki, a Quinn obiecała sobie, że nigdy nie spróbuje stanąć między nimi. Nawet teraz, siedem lat po śmierci Amalah, część Statena wciąż należała do jego żony. Może nie jego serce, zdecydowała Quinn, ale bardziej jego gotowość do bycia otwartym na innych. Był zdeterminowany, by już nigdy nie pozwolić nikomu się do siebie zbliżyć. Nie chciał miłości w swoim życiu. Chciał tylko przetrwać, kochając i tracąc Amalah.
Amalah pragnęła zostać panią Kirkland od dnia, w którym razem z Quinn wybrały się na przejażdżkę konną na ranczo Double K. Zakochała się w wielkim domu, lunchach i spotkaniach. Wiedziała, jak uśmiechać się dla prasy, jak się ubierać i jak obchodzić się z Kirklandami, aby dostać to, czego chciała. Amalah była idealną żoną dla bogatego właściciela rancza.
Quinn pragnęła tylko Statena, ale nigdy ani przez chwilę nie życzyła Amalah śmierci. Staten był miłością, którą Quinn trzymała zamkniętą w sercu, wiedząc od początku, że nigdy nie ujrzy światła dziennego.
Kiedy zmarła jej najlepsza przyjaciółka, Quinn nigdy nie pojechała do Statena. Nie mogła. To nie byłoby w porządku. Nigdy nie zadzwoniła ani nie próbowała przypadkiem wpaść na niego w mieście. Amalah może i odeszła, ale Staten wciąż nie należał do niej. Nie była kobietą, która mogłaby żyć w jego świecie.
Gdy od śmierci Amalah minęły dwa lata, Staten wpadał od czasu do czasu, by sprawdzić, co u Quinn, ale jej nieśmiałość sprawiała, że ich rozmowy były krótkie.
Potem zmarł Randall.
Usłyszała o wypadku samochodowym w lokalnym radiu i płakała za chłopcem, którego znała przez całe jego życie.
Płakała za chłopcem, którego życie zostało przerwane i za ojcem, o którym wiedziała, że musi cierpieć, ale do którego nie mogła pójść. Nie wiedziałaby, co powiedzieć. Byłby otoczony ludźmi, a Quinn bała się większości ludzi.
Kiedy tamtej nocy usłyszała walenie do drzwi, nie chciała otwierać. Potem zobaczyła Statena, załamanego i potrzebującego, więc nie mogła go odtrącić.
Tej nocy przytuliła go, myśląc, że tylko ten jeden raz jej potrzebuje. Jutro będzie silniejszy i wszystko wróci do normy, ale przez tę jedną noc mogła pomóc.
Następnego ranka wyszedł bez słowa. Nie spodziewała się, że wróci, ale wrócił. Ten silny, twardy mężczyzna nigdy o nic jej nie prosił, ale brał to, co mu oferowała. Rozsądek podpowiadał jej, że to nie potrwa długo. On nazywał ich odpadkami, jakby byli czymś, czego nikt już nie chce. Ale Staten nie był odpadkiem. Pewnego dnia przestanie cierpieć z powodu burz. Pewnego dnia wróci do życia, a kiedy to zrobi, zapomni drogę do jej drzwi.
Minęło pięć lat, w czasie których Quinn zaczęła gromadzić wspomnienia. Miały ją rozgrzać, gdy przestanie do niej przychodzić. Choć wydawało się to proste, chciała być po prostu całowana. Nie z namiętności czy potrzeby, ale delikatnie.
Za każdym razem, gdy odchodził, mógł to być ostatni raz. Chciała pamiętać, że pocałował ją na pożegnanie ten ostatni raz, nawet jeśli żadne z nich nie wiedziało o tym w danej chwili.