Ranking Pierwszych Dam Ameryki - John B. Roberts II

-
Proszę czekać

WSTĘP

Postać Eleanor Roosevelt stanowi kamień milowy w historii pierwszych dam. Wcześniej ich obecność publiczna wzrastała, choć powoli i stopniowo, lecz rola nadal ograniczona była do obowiązków towarzyskich gospodyni Białego Domu. Potem nastąpiła gwałtowna zmiana. Ocena działalności prezydenta zależy od tego, jak zachowa się on w przełomowych momentach w dziejach narodu - to stwierdzenie odnosi się także do Eleanor Roosevelt, która potrafiła "dojrzewać" wraz z narodem i stawić czoło Wielkiemu Kryzysowi. Pogrążeni w rozpaczy Amerykanie z wdzięcznością powitali jej zaangażowanie w tworzenie reguł Nowego Ładu oraz aktywność na arenie politycznej. W warunkach innych niż atmosfera kryzysu żona Roosevelta z pewnością doczekałaby się krytyki za sięganie po nienależną jej władzę. A jednak po Eleanor Roosevelt pierwsze damy cieszyły się już swobodą realizowania swej roli w taki sposób, jaki pragnęły, i osiągania swoich celów. Jedyne ograniczenie było wspólne dla wszystkich polityków: musiały zdobyć i utrzymać społeczne oraz polityczne poparcie dla swoich wysiłków.

Zadania pierwszej damy nie zostały określone w konstytucji. Jej rola kształtowała się w sposób nieoficjalny: pozycja każdej pierwszej damy wyrastała na osiągnięciach tej, którą zastąpiła, lub - odwrotnie - polityczne błędy poprzedniczki osłabiały znaczenie następczyni.

W początkach republiki rola pierwszej damy nie była jeszcze zdefiniowana, nie tylko formalnie, ale nawet zwyczajowo. Należało ją dopiero stworzyć i to w dosłownym znaczeniu tego słowa. Przed rokiem 1789 na świecie istniało niewiele demokratycznych państw, z których politycznych, społecznych i dyplomatycznych doświadczeń mogłoby czerpać wzór młode państwo, jakim były wówczas Stany Zjednoczone. Rozwijająca się republika powinna być traktowana jako pełnoprawny, choć nowy członek rodziny narodów. Najprostszym sposobem realizacji tego celu było naśladowanie zwyczajów istniejących od wieków mocarstw, co jednak oznaczałoby ukształtowanie pozycji pierwszej damy na wzór królowej lub księżnej na europejskich dworach. Zdecydowanie trudniejszym rozwiązaniem było stworzenie protokołu, który oddawałby wyjątkowy, rewolucyjny charakter państwa - etykiety przedkładającej równość nad arystokratyczną hierarchię i podkreślającej demokratyczne cnoty, nie zaś naśladującej dworskie maniery królów i królowych.

Rozdarcie między chęcią naśladowania zwyczaju funkcjonującego na europejskich dworach a zamiarem tworzenia zupełnie nowych amerykańskich wzorców wywierało - od początku dziejów republiki - piętno na oczekiwaniach stawianych pierwszym damom. W XIX wieku pierwszym damom - na przykład Elizabeth Monroe i Louisie Adams - wytykano, że Biały Dom zbytnio przypominał dwór królewski. Ponad 100 lat później pod ogniem publicznej krytyki znalazła się Nancy Reagan, która poleciła odnowić wystrój prezydenckiej siedziby oraz zorganizowała ceremonie inauguracyjne w stylu zbyt "królewskim" dla gustu przeciętnych obywateli. Jednak innym pierwszym damom, jak Jane Pierce i Sarah Polk, wytykano, że Biały Dom wydawał się za ich czasów miejscem niemal zwyczajnym, a imprezy towarzyskie - nieciekawe. Nie każda pierwsza dama, która poświęcała swój czas i wysiłek wyłącznie publicznym występom i urządzaniu rezydencji, była krytykowana. Jacqueline Kennedy, choć realizowała swą rolę w bardzo tradycyjny sposób, otaczały powszechny szacunek i uznanie.

Również pełna sprzeczności była społeczna ocena otwartego zaangażowania pierwszych dam w politykę, przy czym granice akceptacji wydają się jeszcze bardziej nieostre. Większość pierwszych dam brała aktywny udział w politycznych karierach mężów. Używały swych wpływów, by wspierać różne inicjatywy, kształtować ogólną politykę, przyspieszać wypowiedzenie wojny, zatrudniać i zwalniać prezydenckich doradców. Często działania te nie wykraczały poza sferę prywatną.

W czasach, które nastąpiły po zakończeniu wojny o niepodległość, pierwsze damy były silnymi kobietami, którym nieobce były gorzkie doświadczenia wojenne, miały też zdecydowane poglądy na polityczną przyszłość kraju. Abigail Adams pragnęła otwarcie występować w roli polityka, jednak społeczne konwenanse nie pozwalały kobietom na takie postępowanie. W miarę jak kraj rósł w siłę, pierwsze damy nabierały wiktoriańskiej dystynkcji. W XX wieku, gdy kobiety uzyskały prawo głosu, pierwsze damy zaczęły pełnić coraz bardziej aktywną rolę w polityce, zwłaszcza podczas kampanii przedwyborczych. Wydaje się naturalne, że kobieta - zaangażowana w kampanię prezentującą koncepcję polityczną kandydata na prezydenta - po jego elekcji bierze udział we wprowadzaniu w życie prezentowanych wcześniej planów. Jednak ten ostatni krok na drodze do podziału władzy między prezydenta i pierwszą damę okazał się niełatwy do realizacji. Dwudziestowieczne pierwsze damy, jak Edith Galt Wilson i Lady Bird Johnson, prowadziły publiczne działania zarówno podczas kampanii, jak i w okresie realizacji programu politycznego mężów. Nancy Reagan była aktywną siłą w kształtowaniu politycznego oblicza Białego Domu i pomagała małżonkowi w osiąganiu jego celów, lecz spotkała się z ostrą krytyką za przekroczenie granic roli pierwszej damy. Hillary Clinton w początkach kadencji posiadała pozycję bliską pozycji męża, zbliżając się do funkcji współprezydenta, lecz niepowodzenie jej ambitnej inicjatywy przebudowy systemu ubezpieczeń w ramach narodowej opieki zdrowotnej wpłynęło bardzo niekorzystnie na jej pozycję pierwszej damy. Musiała ograniczyć się do bardziej tradycyjnie pojmowanych zadań, choć nieoficjalnie wciąż wywierała wpływ na realizację politycznych planów męża.

W mojej książce oceniam pierwsze damy z perspektywy człowieka pozostającego w nurcie spraw politycznych. Szczególną uwagę poświęcam ich zaangażowaniu w najważniejsze problemy prezydentury, oczywiście w takim zakresie, w jakim je znamy. Prezydentura to polityczne partnerstwo, choć nie zawsze zachowana jest równość stron. Obiektem mojego zainteresowania są więc pierwsze damy jako polityczne partnerki małżonków.

Wynoszenie pierwszych dam na piedestał źle służy naszemu rozumieniu ich roli w politycznych działaniach prezydentów oraz postrzeganiu ich samych jako jednostek ludzkich. Julia Grant nie tylko wydawała składające się z 25 dań przyjęcia w Białym Domu, ale także w tajemnicy pobierała pieniądze, by opłacić swą rozrzutność, a następnie użyła swoich wpływów, aby zablokować śledztwo w sprawie korupcji. Jane Pierce urządzała w Białym Domu seanse spirytystyczne, by skomunikować się z nieżyjącym synem Bennym. Mary Lincoln kupowała rękawiczki z tą samą chorobliwą gorliwością, z jaką Imelda Marcos kolekcjonowała buty, i posunęła się nawet do wydawania rozkazów na papierze Departamentu Wojny, podpisanych "Pani Prezydent". Każda z tych kobiet dysponowała mniejszym lub większym politycznym wpływem na swego małżonka.

Największa pierwsza dama Ameryki była biseksualistką, a jej kochanka mieszkała wraz z nią w Białym Domu. We Franklin D. Roosevelt Presidential Library (bibliotece prezydenckiej Franklina D. Roosevelta) znajduje się 18 pudeł z osobistymi papierami Loreny Hickok, dokumentującymi jej romans z Eleanor Roosevelt. Zawartość tego archiwum nie tylko poszerza perspektywę, z jakiej patrzymy na tę niezwykłą postać, która zawsze zajmuje pierwsze miejsce we wszystkich dotychczasowych rankingach, lecz także - jako że Eleanor Roosevelt wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością, a jej zasługi dla kształtowania nowoczesnego oblicza Ameryki są powszechnie znane - powinna przyczynić się do wzrostu tolerancji. Wydawałoby się, że odkrycie tych świadectw stanie się niezwykle cennym przyczynkiem do naszej wiedzy. Jednak kiedy Doris Faber, była reporterka "New York Timesa", zbierająca materiały do biografii pierwszej damy, natrafiła na archiwum Loreny Hickok, podjęła akcję lobbingową, w której efekcie materiały te pozostały utajnione aż do roku 2000! Faber, która w latach 40. publikowała w "Timesie" artykuły na temat Eleanor Roosevelt, sądziła, że ukrywając prawdę, ochroni dziedzictwo Eleanor jako pierwszej damy.

"Doniesienia spod piedestału" to relikt XIX wieku, który jednak przetrwał do dziś. Od czasów Marthy Waszyngton prasa i opinia publiczna interesują się życiem żony prezydenta. Gdy gazety stały się medium obejmującym swym zasięgiem cały kraj, stroje i fryzury pierwszych dam zaczęły kształtować modę kobiecą w Ameryce. Kiedy zaś wydawcy gazet i pism zrozumieli rozległość wpływu, jaki obraz pierwszych dam wywierał na czytelniczki, obowiązek pisania o gospodyniach Białego Domu przypadł reporterkom. W tyle nie pozostali specjaliści od reklamy, za których sprawą pierwsze damy zachwalały wiele produktów, od mydła i perfum w XIX wieku po farby i samochody w wieku XX. Społeczne wpływy pierwszych dam uznawano na długo przed tym, nim ktokolwiek zdał sobie sprawę z ogromnej roli, jaką odgrywają w polityce.

Znaczną część naszej wiedzy o pierwszych damach zawdzięczamy dziennikarkom, które jako pierwsze zaczęły o nich pisać. Niestety, jako że w XIX wieku kobiety nie posiadały prawa głosu, materiały prasowe dotyczące pierwszych dam ograniczają się do nowinek towarzyskich. Wyjątkiem były okresy kampanii przedwyborczych, gdy na temat wzbudzających kontrowersje małżonek kandydatów publikowano niepochlebne artykuły. Podobno Rachel Jackson zmarła z rozpaczy po tym, jak podczas kampanii w 1828 roku prasa zarzuciła jej bigamię. Jej przypadek był jednak nietypowy. Zazwyczaj w gazetach można było przeczytać o ustawieniu stołów podczas przyjęć w Białym Domu lub kreacji, w której gospodyni witała gości.

Pierwsza obszerna książka o żonach prezydentów, autorstwa Laury Holloway, ukazała się w 1880 roku pod tytułem The Ladies of the White House (Damy Białego Domu). Składały się na nią szczegółowe biografie pierwszych dam od Marthy Waszyngton do Lucretii Garfield. Książka ta, dokumentująca pierwszy poważny wysiłek spisania zasług pierwszych dam, wciąż pozostaje pozycją klasyczną.

Jeszcze długo po tym, jak kobiety uzyskały prawo głosu i stały się istotną siłą polityczną, pisanie o pierwszych damach pozostawało domeną dziennikarek. Pierwsza reporterka przydzielona przez jedną z ogólnokrajowych gazet do pisania relacji z Białego Domu zwierzyła mi się - pod warunkiem że nie podam jej nazwiska - że buntowała się przeciwko obowiązkowi pisania o pierwszej damie, ponieważ nie chciała, by zaszufladkowano ją jako "dziennikarkę od babskich spraw". Działo się to w połowie lat 80. XX wieku.

Spektakularne działania należały do prezydentów, ceremoniał był polem do popisu dla pierwszych dam. Nawet o Eleanor Roosevelt, która regularnie urządzała konferencje prasowe dla dziennikarek, które nazywała "swoimi dziewczynkami", pisały przede wszystkim kobiety, jak Doris Faber z "New York Timesa". Gdy stało się oczywiste, że Eleanor nie jest przeciętną pierwszą damą, o prawo wstępu na jej konferencje zaczęli się ubiegać także dziennikarze. Odmówiono im jednak tego przywileju. Wschodnie skrzydło było dla dziewcząt, zachodnie - dla chłopców.

Oczywiście w rzeczywistości nigdy nie istniał tak ścisły podział według płci. Kobiety Białego Domu zawsze dysponowały możliwościami wpływania na sprawy państwowe, kampanie polityczne i obsadę stanowisk. "Doniesienia spod piedestału" ukrywały ten stan rzeczy, gdyż zakładano, że amerykańska opinia publiczna nie jest gotowa, by zaakceptować pierwszą damę jako siłę mającą znaczący udział w rządach. Pierwsze damy, które stanowiły realną siłę polityczną - od Edith Galton po Nancy Reagan - stawały się obiektem krytyki. Wiele z nich wyciągnęło z tego wniosek, że publiczną działalność wykraczającą poza oficjalny ceremoniał najbezpieczniej ograniczyć do spraw niebudzących kontrowersji, które obejmowały między innymi tradycyjną dobroczynność, upiększanie autostrad, zapobieganie narkomanii i walkę z analfabetyzmem. W efekcie publiczny wizerunek pierwszej damy XXI wieku stanowi specyficzne połączenie obrazu gospodyni Białego Domu z okresu, gdy udział kobiet w życiu społecznym i politycznym był ograniczony, i wizerunku kobiety zaangażowanej jedynie w zakulisowe działania polityczne, tak stosowane, by zrażały jak najmniejszą liczbę wyborców. Pierwsze damy piszą książki o psach i dzieciach w Białym Domu, a także wygłaszają publicznie niewiarygodne stwierdzenia, jak Barbara Bush, która powiedziała: "On się nie miesza do gospodarstwa, a ja się nie mieszam do państwa".

Czytając powyższe słowa, pamiętajmy, że kobiety mają w Stanach Zjednoczonych prawo głosu od 80 lat, stanowią większość w college'ach, na uniwersytetach, a także wśród absolwentów w dziedzinach od medycyny po weterynarię i prawo. Żaden Amerykanin nie uwierzy, że współmałżonek polityka nie angażuje się w znaczącym stopniu w jego działania związane ze sprawowaniem władzy. W mojej książce nie zajmuję się publicznym wizerunkiem pierwszych dam, piszę raczej o kobietach, które dzieliły Biały Dom z prezydentami.

KTO JEST PIERWSZĄ DAMĄ?

Definicja pojęcia "pierwszej damy" nie jest jasna. W niektórych publikacjach jako pierwsze damy wymienia się wyłącznie żony prezydentów. Prowadzi to do takich absurdów, jak uwzględnienie w szeregu pierwszych dam małżonki Andrew Jacksona, Rachel, która zmarła między wybraniem go na prezydenta w 1828 roku a inauguracją w następnym roku, co oznacza, że nigdy nie pełniła ona obowiązków pierwszej damy! Takie ograniczenie rozumienia tego pojęcia powoduje pominięcie innych kobiet, które brały na siebie obowiązki pierwszej damy, np. niezwykle popularnej Harriet Lane czy Marthy Randolph Jefferson. Dla mnie ta sprawa jest oczywista: pierwszą damą możemy nazwać każdą kobietę, która podczas kadencji prezydenta wypełnia zadania pierwszej damy.

Jakie są jednak te zadania? Także i na to pytanie przez cały okres istnienia Stanów Zjednoczonych nie sformułowano jasnej odpowiedzi. Termin first lady jest w powszechnym użyciu dopiero od XX wieku. Dawniej kobiety Białego Domu nazywano równie często Mrs President, Lady Presidentress, Madame President lub po prostu "panią" - na przykład Lady Washington. Jeszcze w początkach XX wieku Marian West zatytułowała swój artykuł o pierwszych damach: Nasze królowe na cztery lata.

James Rosebush, przez cztery lata pełniący obowiązki szefa personelu Białego Domu za czasów Nancy Reagan, opisuje pierwszą damę jako polityczną partnerkę prezydenta. "To praca dla dwojga - mówi. - Potrzeba dwóch osób, żeby ją wykonać". Susan Porter Rose, która pracowała dla Pat Nixon, Betty Ford i Barbary Bush, potwierdza, że oficjalne i polityczne obowiązki prezydentury są w dzisiejszych czasach tak wielkie, że muszą być realizowane przez parę małżeńską.

Nawet najmniej aktywne politycznie spośród pierwszych dam angażowały się w politykę. Każdy, kto próbował zaplanować usadzenie gości przy weselnym stole, zrozumie trud podejmowania w jednej sali Białego Domu politycznych rywali, sojuszników i potencjalnych popleczników. A spróbujmy sobie wyobrazić planowanie przyjęcia w przededniu wojny secesyjnej albo kryzysu impeachmentowego! Pierwsza dama nie musi wygłaszać przemówień ani walczyć o realizację celów politycznych, aby być partnerką prezydenta. Wszystkie jej działania - jak prawie wszystko, co dzieje się w Białym Domu - są natury politycznej.

Niektórzy prezydenci sprzeciwiali się udziałowi pierwszej damy w sprawach polityki, inni w znacznej mierze polegali na pomocy małżonki. Wszyscy jednak - z wyjątkiem Chestera Artura - mieli u swego boku kobiety, które wspierały ich w realizacji obowiązków prezydenta.

W mojej książce nie ma szczegółowych biografii, nie uwzględniłem też każdego aspektu roli pełnionych przez pierwsze damy. Skupiłem się na ich działalności politycznej: wspieraniu prezydenta w jego poczynaniach, wykorzystywaniu swoich talentów dyplomatycznych, wreszcie zaangażowaniu podczas kampanii i wyborów. Nie każda pierwsza dama kochała politykę, ale wszystkie były politycznymi partnerkami, czy tego chciały, czy nie.

RANKING PIERWSZYCH DAM

Eleanor Smeal z Feminist Majority Fund (Fundacji Większości Feministycznej) zauważa, że te pierwsze damy, które wykorzystywały swoje wpływy w obronie praw kobiet, znajdują się na czołowych miejscach rankingu. W wywiadzie, którego udzieliła mi na potrzeby niniejszej książki, stwierdziła, że eksponowana pozycja pierwszej damy daje jej "wielką okazję niesienia pomocy". Kobiety, które skorzystały z tej okazji, cieszą się najwyższą popularnością. Smeal radzi pierwszym damom, by starały się "być kimś, kto czegoś dokonał!"

Pomysł tworzenia rankingu pierwszych dam nie spodobał się Susan Porter Rose, zwłaszcza że ocen mieli dokonać wykładowcy college'u. "Muszę przyznać, że pomysł rankingu naprawdę mnie poruszył - powiedziała w wywiadzie. - Prawie zaczęłam się śmiać na myśl, że mają je oceniać naukowcy. Oni są tak daleko od prawdziwego życia. Opisywać pierwsze damy, tworzyć ich historię - to jedno, ale nie widzę sensu w ich klasyfikowaniu".

Ludzie związani z polityką lubią mawiać, że "percepcja to prawda", innymi słowy, że w polityce liczy się najbardziej to, co ludzie uważają za prawdę. Ranking jest tylko jedną z form postrzegania. A nasz ogląd pierwszych dam to rzecz skomplikowana.

Pierwsze damy, podobnie jak prezydentów, postrzegano w rozmaity sposób w różnych momentach. Pierwsze wrażenie oddaje ich wizerunek w oczach współczesnych, których opinię poznajemy dzięki relacjom ze znanych im wydarzeń. Wszyscy lokatorzy Białego Domu starali się świadomie kształtować swój wizerunek, jak również wpływać na społeczny obraz prezydentury, choć nie wszystkim udawało się to z równym powodzeniem. Wizerunek Florence Harding, która rozumiejąc potęgę mediów, zaangażowała się w ważną za prezydentury jej męża sprawę weteranów I wojny światowej, był w oczach Amerykanów niezwykle korzystny. Postępowanie Florence przyniosło jej ogromną popularność. Gdyby to, jak wywiązywała się z obowiązków pierwszej damy, oceniano za prezydentury Hardinga, dostałaby najwyższe noty. Jednak działania kształtujące wizerunek, choć na krótką metę mogą być bardzo efektywne, rzadko mają trwałe skutki, jeśli nie oddają politycznej rzeczywistości. Po śmierci Hardinga opinią publiczną wstrząsnęła seria skandali korupcyjnych. Choć Florence, pozostając w niemal całkowitym odosobnieniu, przez miesiąc paliła obciążające ją i męża dokumenty, twierdząc, że wyjęte z kontekstu mogłyby zostać źle zrozumiane, wizerunku Hardinga nic już nie było w stanie uratować. Dzisiaj Florence Harding zajmuje miejsce w dalekiej końcówce rankingu. Natomiast kiedy Bess Truman opuszczała Biały Dom, jej mąż cieszył się niezwykle małą popularnością. Dziś zupełnie inaczej ocenia się jego ogromną rolę w ostatecznym zwycięstwie w zimnowojennej konfrontacji. Przed śmiercią w 1982 roku Bess Truman oraz jej mąż zostali zrehabilitowani w oczach społeczeństwa.

Do ostatecznej weryfikacji dochodzi późno, zazwyczaj długo po tym, jak prezydent i pierwsza dama opuścili Biały Dom. W ciągu kilku pierwszych lat po zakończeniu prezydentury ukazują się wspomnienia osób związanych z Białym Domem i pracowników administracji prezydenckiej. Mogą jednak minąć dziesiątki lat, zanim szczere relacje zostaną upublicznione, a na jaw wyjdą takie tajemnice jak tożsamość Deep Throat[1]. Eleanor Roosevelt nie żyła już od prawie 20 lat, gdy badaczom udostępniono dokumenty Loreny Hickok. Nigdy się nie dowiemy, jaki był stan wiedzy George'a i Barbary Bushów o aferze Iran-contras, dopóki ich potomkowie będą robić kariery w polityce. Dla ludzi związanych z polityką ochrona dostępu do władzy jest sprawą najwyższej wagi. Świadectwa czasem wychodzą na jaw i pomagają wyjaśnić sekrety historii, równie często jednak bywają niszczone. Niejedna z XIX-wiecznych pierwszych dam spaliła swoją polityczną korespondencję. Edith Roosevelt, która prowadziła wymagające niezwykłego wyczucia i dyplomacji sprawy swego męża, miała zwyczaj niszczyć swoje papiery. Z powyższych powodów historyczna ocena pierwszych dam, jaką próbowałem przeprowadzić, nigdy nie może być tak pełna, jak byśmy sobie tego życzyli.

W ocenie działalności pierwszych dam nie sposób uniknąć subiektywizmu. Perspektywę obserwacji najbardziej zniekształcają polityczne uprzedzenia. Demokraci przychylniej oceniają wybranki prezydentów reprezentujących ich partię, analogicznie ich polityczni adwersarze. Zwolennicy jakiejś sprawy pochwalą te pierwsze damy, które także jej broniły. Ci, którzy uważają, że pierwsze damy powinny trzymać się z daleka od rządów, najwyżej ocenią kobiety, które w swej publicznej działalności były apolityczne i poświęcały się raczej urządzaniu przyjęć w Białym Domu i tworzeniu kanonów mody.

Ja sam, jako że kiedyś zajmowałem się tworzeniem strategii politycznych i byłem blisko związany z Białym Domem, mam skłonność oceniać przede wszystkim skuteczność pierwszej damy i ostateczny efekt jej działań. Jeśli prezydent nie został ponownie wybrany, nie mogę uznać, że jego żona dobrze wywiązała się ze swych obowiązków, choć być może cieszyła się dużą popularnością. Z drugiej strony, osoba pierwszej damy może budzić wiele kontrowersji, lecz jeśli pomogła ona mężowi przetrwać kryzys impeachmentu lub osiągnąć cele, jakie zakładał w swym programie, zasługuje na uznanie. Czytelnicy zauważą, że moja ocena dokonań pierwszych dam pozostaje czasem w sprzeczności z wynikami badań naukowców ze Siena College; jako człowiek związany osobiście z polityką patrzę na nie z perspektywy innej niż przyjęta przez badaczy.

Istotą badań opinii publicznej jest ich nieustanna zmienność, zaś rankingi akceptacji polityka bardzo szybko tracą aktualność. Uważam je za pozbawione znaczenia, jeżeli nie rozpatruje się ich w związku z użytkiem, jaki polityk czynił ze swojej władzy. Istotne jest więc, czy popularny prezydent lub popularna pierwsza dama wykorzystali swe wpływy, aby dokonać czegoś ważnego. Wysoka pozycja w rankingu, która nie idzie w parze z wynikami, znaczy tyle co nic, chyba że rozpatrujemy popularność jako osiągnięcie samo w sobie. Betty Ford zajmuje wysoką pozycję w rankingach, lecz prezydentura Forda była zaledwie przeciętna, a jemu samemu nie udało się ponownie wygrać wyborów. Po wojnie w Zatoce Perskiej George H.W. Bush miał bardzo wysokie notowania, których jednak nie udało mu się zdyskontować, jego kampania, która miała mu zapewnić drugą kadencję w Białym Domu, zakończyła się niepowodzeniem. W polityce liczy się efekt, zarówno prezydenta, jak i jego żonę musimy oceniać z perspektywy ostatecznego wyniku ich działań. Co osiągnęli? Czy odnieśli sukces polityczny? Czy zrealizowali cele, które uważali za najważniejsze? Dokonując oceny roli kolejnych pierwszych dam, starałem się odpowiedzieć na te pytania.

Ja sam poważnie podchodzę do zjawiska zaangażowania kobiet w politykę. W 1994 roku miałem zaszczyt prowadzić kampanię Bernadette Castro, pragnącej zdobyć ten sam fotel w Senacie, na którym udało się w 2000 roku zasiąść Hillary Clinton. Lubię myśleć, że Bernadette przetarła szlaki i dzięki niej nowojorczycy zaakceptowali kobietę senatora.

RANKING SIENA COLLEGE RESEARCH INSTITUTE

Z pomysłem przeprowadzenia wśród naukowców ankiety na temat roli i znaczenia pierwszych dam wystąpiła kobieta. Profesorowie Doug Lonnstrom i Tom Kelly ze Siena College Research Institute w Nowym Jorku wykonali już kilka podobnych badań dotyczących prezydentów, gdy żona Lonnstroma zasugerowała, by objęli nimi także pierwsze damy. Efektem tych starań jest ranking pierwszych dam przeprowadzony w 1982 roku. Badanie powtórzono w 1993 roku, aby objąć nim żony ostatnich prezydentów i uzyskać materiał do oceny zmian w stosunku do pierwszych dam.

Badanie ukazuje opinie pracowników akademickich. Na jego potrzeby stworzono kwestionariusz, który został rozesłany do reprezentatywnej grupy kierowników wydziałów historycznych college'ów oraz uniwersytetów. Zostali oni poproszeni o przekazanie kwestionariusza osobom, które uważają za najbardziej kompetentne w kwestii pierwszych dam.

Kwestionariusz obejmuje 10 kluczowych kryteriów, które Lonnstrom i Kelly uznali za charakteryzujące pierwsze damy w każdym okresie historycznym. Te czynniki to umysłowość pierwszej damy, jej przygotowanie do pełnienia obowiązków małżonki prezydenta, wartość jej dokonań dla kraju, znaczenie dla prezydentury, niezależność, uczciwość, osiągnięcia, zdolności przywódcze, odwaga oraz publiczny wizerunek. Akademiccy eksperci przyznawali każdej z pierwszych dam punkty w powyższych kategoriach. Zsumowane wyniki pozwoliły określić pozycję każdej z ocenianych kobiet w stosunku do innych pierwszych dam.

Najlepszy wynik to oczywiście 100 punktów, lecz średnia wynosi 60. Trzeba podkreślić, że pierwsza dama, która w rankingu z 1993 roku zajmuje ostatnie, 37. miejsce, zdobyła w sumie 52,62 punktu, podczas gdy sklasyfikowana na miejscu ósmym - 69,61 punktu. Oznacza to, że 28 pierwszych dam, które znajdują się na miejscach poniżej pierwszej dziesiątki aż do końca tabeli, osiągnęło wyniki różniące się maksymalnie o 15 punktów. Co to oznacza?

Ostateczny wynik badania pokazuje trudności w ocenie, których nie potrafią uniknąć nawet specjaliści. Znaczna część pierwszych dam otrzymała bardzo zbliżoną punktację. Różnice są relatywnie niewielkie. Wyjątek stanowi zajmująca pierwsze miejsce Eleanor Roosevelt, której wynik o 16 punktów przewyższa ocenę notowanej na piątym miejscu Rosalynn Carter, a o prawie 10 punktów ocenę Abigail Adams (miejsce trzecie).

Kelly podkreśla, że oceny dokonywane przez naukowców akademickich są obarczone pewnym błędem. Respondenci, wykładowcy wyższych uczelni, zazwyczaj wyznają poglądy bardziej liberalne i demokratyczne niż przeciętny Amerykanin. Według Kelly'ego na wynik badania wpływa także "czynnik współczesności". Im bliżej naszych czasów, tym wyższa ocena pierwszych dam, które są obecne we wspomnieniach respondentów. Pierwsze damy pełniące tę funkcję w ostatnich latach wypadają w rankingu zdecydowanie najlepiej. W pierwszej dziesiątce rankingu trzy kobiety żyły w wiekach XVIII i XIX, jedna pełniła swe obowiązki w początkach XX wieku, zaś sześć - w okresie od Wielkiego Kryzysu do dziś. "Wynik badania mówi więcej o respondentach niż o pierwszych damach" - zauważa Kelly.

W 1993 roku kwestionariusz wypełniło 125 specjalistów. Można przypuszczać, że w miarę jak wzrastać będzie zainteresowanie pierwszymi damami oraz wysokość przyznawanych na badania funduszy, powiększy się także grono respondentów. Podczas pracy nad moją książką Siena College Research Institute przygotowywał się do przeprowadzenia trzeciego rankingu.

PIERWSZA DAMA PRZYSZŁOŚCI

Pisząca dla "Newsweeka" Eleanor Clift sądzi, że XXI wiek nada nowe znaczenie roli pierwszej damy. "W przyszłości pierwsze damy będą przypominać raczej Hillary Clinton niż Barbarę czy Laurę Bush - powiedziała podczas wywiadu - ponieważ więcej kobiet pracuje zawodowo. Pierwsze damy w stylu Hillary będą szczególnie popularne". Hillary Clinton jako pierwsza małżonka prezydenta nie porzuciła pracy w swoim zawodzie, lecz mało prawdopodobne, by była ostatnią. W przyszłości żona prezydenta może zechcieć kontynuować karierę zawodową. "Żona jednego z potencjalnych demokratycznych kandydatów na fotel prezydencki jest lekarką - powiedziała Clift - zasugerował on, że jeśli zwycięży w wyborach, ona będzie prowadziła praktykę w Waszyngtonie". Szef personelu Białego Domu za czasów Nancy Reagan, James Rosebush, w pewnym stopniu zgadza się z Eleanor Clift. "Rzeczywiście, stanowi to do pewnego stopnia odbicie roli kobiet w amerykańskim społeczeństwie". Rosebush zauważył jednak, że każda kobieta wykonuje swoje obowiązki w sobie tylko właściwy sposób.

Rola małżonka głowy państwa musi się zmienić, kiedy po raz pierwszy na stanowisko prezydenta zostanie wybrana kobieta, zwłaszcza jeśli jej mąż będzie robił niezależną karierę. Czy będziemy oczekiwać, że ograniczy się do organizowania imprez towarzyskich w Białym Domu? Czy żona będzie mogła swobodnie zasięgać jego porady w sprawach realizowania swojego programu politycznego? Czy będzie musiał znaleźć sobie neutralne pole do działania, czy też będzie brał udział w politycznej działalności żony, jak w 1993 roku próbowała to uczynić Hillary Clinton w przypadku reformy systemu opieki zdrowotnej? I wreszcie, jeżeli Amerykanie zaakceptują męża kobiety prezydenta jako posiadającego równe jej prawa partnera, czy pierwsza dama, która zajmie jego miejsce, będzie się cieszyła taką samą wolnością?

Miejmy nadzieję, że już niebawem poznamy odpowiedź na te pytania. Trzeba zauważyć, że udział kobiet w polityce zwiększa się, choć bardzo powoli. Pewnego dnia prezydentem zostanie kobieta, a wtedy pojawi się jeszcze jedno niezwykle istotne pytanie: Jakim słowem będziemy określać jej męża?

Martha Dandridge Custis Waszyngton

12. w rankingu Siena College Research Institute

Pierwsza dama u boku 1. prezydenta w latach 1789-1797

Nasze szczęście lub nieszczęście zależy w większej mierze od naszych decyzji niż od okoliczności.

#Po spotkaniu z oddziałami pospolitego ruszenia na łąkach pod Lexington brytyjscy żołnierze zostali zmuszeni do odwrotu. W niebo biły kłęby dymu z płonących domostw. Brytyjczycy, przywykli do walki w XVIII-wiecznym stylu, gdzie żołnierze stali w szeregu naprzeciw wojsk wroga, strzelając do nieprzyjaciół, byli przerażeni nieustającą kanonadą i ostrzeliwaniem zza murów, drzew i budynków.

Porucznik John Barker z Regimentu Królowej napisał:

Ostrzeliwano nas ze wszystkich stron, a zwłaszcza z tyłu, ludzie kryli się w domach, czekali, aż przejdziemy i wtedy strzelali. Okolica była pełna wzgórz, lasów, kamiennych murów, z których rebelianci nie omieszkali korzystać, wszystkie te miejsca gęsto obsadzali ludzie, którzy bez ustanku zasypywali nas kulami. (...) Maszerowaliśmy około dziewięciu lub dziesięciu mil; ich liczba wciąż wzrastała, a naszych coraz więcej padało martwych, rannych lub wycieńczonych, byliśmy całkowicie otoczeni ogniem tak nieprzerwanym, że nie sposób sobie tego wyobrazić.

Od pierwszego dnia wojny także kobiety stanęły w szeregach rewolucjonistów. "Nawet kobiety miały rusznice - napisał anonimowy brytyjski obserwator - widziano, jak jedna, stojąc między ojcem i mężem w oknie domu, strzela z rusznicy. Tam to wszyscy troje, wraz z maleńkim dzieckiem, poznali niebawem całą grozę tego dnia".

Kobiety stawały się także ofiarami przemocy. Hannah Adams leżała w połogu, gdy wycofujący się brytyjscy żołnierze wdarli się do jej domu.

(...) Trzech żołnierzy wpadło do pokoju, w którym leżałam w łożu, zdolna z trudem przejść do kominka, od chwili powicia dziecka nie byłam nawet u drzwi. Jeden z żołnierzy natychmiast rozsunął zasłony wokół łóżka za pomocą bagnetu i wymierzył go w moją pierś. Krzyknęłam natychmiast: "Na miłosierdzie boże, nie zabijaj mnie!" "Niech cię diabli" - odrzekł. Inny, który stał obok, powiedział: "Nie skrzywdzimy kobiety, jeśli opuści dom, ale dom na pewno spalimy". Natychmiast wstałam, zarzuciłam na siebie pled, wyszłam i z dzieckiem w ramionach wczołgałam się do stojącego nieopodal spichlerza na kukurydzę. (...) Natychmiast podpalili dom, w którym pozostawiłam pięcioro dzieci i nikogo poza nimi, dom był w największym niebezpieczeństwie i groziło mu całkowite spalenie.

Pennsylvania County of Safety (rada bezpieczeństwa w Pensylwanii) donosił po przejściu brytyjskich oddziałów pod dowództwem lorda Cornwallisa przez Pennytown o następujących wydarzeniach:

Poza tym, że 16 młodych kobiet, które uciekły do lasów, aby uniknąć żołnierskiej brutalności, zostało schwytanych i uprowadzonych, pewien mężczyzna przeżył hańbę, gdy zgwałcono jego żonę i jedyną córkę (10-letnie dziecko). (...) Inna 13-letnia dziewczynka została zabrana z domu ojca, zaprowadzona do stodoły, następnie zgwałcona, potem zaś użyło sobie na niej jeszcze pięć tych zwierząt.

Rewolucja była - aż do wojny w Wietnamie - najdłuższym konfliktem zbrojnym w amerykańskiej historii. Jej okrutne dziedzictwo wywarło niezatarte piętno na krajobrazie Ameryki i zbiorowej psychice jej mieszkańców. W roku 1789, gdy Martha Waszyngton została pierwszą damą, wspomnienia wojny o niepodległość były świeże i żywe. To właśnie one obudziły w Marcie poczucie społecznego posłannictwa i potrzebę pełnienia patriotycznych obowiązków. W pierwszej kolejności realizacja obietnic rewolucji - oto, jak rozumiała zadania żony prezydenta.

Martha była pierwszą małżonką prezydenta, która zastąpiła męża podczas publicznych uroczystości. Ponieważ Jerzy Waszyngton czuł się na tyle chory, że uniemożliwiało mu to wzięcie udziału w nabożeństwie poświęconym pamięci generała Nathanaela Greene'a, bohatera rewolucji, żona zajęła jego miejsce wśród dygnitarzy i członków Kongresu.

Większość historyków opisuje Marthę Waszyngton jako niechętną swoim obowiązkom pierwszą damę, która uważała zadania małżonki prezydenta za obciążające i męczące. Jednak badacze ci źle zinterpretowali źródła historyczne. Martha z radością spełniała większość powinności pierwszej damy - lecz nie te, które wiązały się z podejmowaniem gości, wydawaniem przyjęć i innymi wydarzeniami publicznymi, które w późniejszym czasie uznano za domenę gospodyń Białego Domu. Pociągało ją za to wszystko, co miało związek z walką zbrojną w okresie wojny o niepodległość.

Jej wnuk Custis Waszyngton wspominał, że weterani, których odsyłano od drzwi gabinetu generała Waszyngtona, z radością spotykali się z panią Waszyngton. Często wręczała im niewielkie kwoty w formie podarunków i uwielbiała słuchać ich wojennych opowieści, rewanżować się także swoimi wspomnieniami. Czasem wstawiała się za weteranami, którzy mieli jakieś zatargi z prawem i nalegała, by mąż skorzystał dla nich z prawa łaski.

Troska Marthy Waszyngton o los weteranów rewolucji stanowi dowód społecznej świadomości znacznie szerszej niż ta, która cechowała damy równe jej pozycją, zamknięte w tradycyjnych rolach wyznaczonych przez płeć i ograniczone do towarzyskiego życia w salonach. Ale Martha była zupełnie inną kobietą.

Urodziła się w 1731 roku w możnej i znanej rodzinie z Wirginii jako najstarsza córka Johna i Frances Dandridge'ów, właścicieli plantacji w okolicy Williamsburga, który był siedzibą brytyjskiego gubernatora. Podobnie jak wiele kobiet w jej czasach, Martha rozwijała swoje talenty towarzyskie, lecz nie otrzymała znaczącej edukacji. Jej utrapieniem pozostała słaba znajomość gramatyki i pisowni, ale potrafiła sobie z tym problemem poradzić. Kiedy jako młoda wdowa musiała zająć się prowadzeniem interesów, zatrudniła sekretarza, któremu dyktowała listy, a następnie przepisywała je własną ręką. Jako pierwsza dama każdego dnia czytała kilka różnych gazet. Wytrwałość w dążeniu do celu była cechą wyraźnie się ujawniającą w charakterze Marthy już wtedy, gdy liczyła sobie ona kilkanaście lat.

Jako śmiała 17-latka zdobyła serce Daniela Parke'a Custisa, ponaddwukrotnie starszego od niej, będącego doskonałą partią kawalera. Została jego żoną rok później, a w ciągu kolejnych ośmiu lat powiła czworo dzieci. Dwoje zmarło w wieku niemowlęcym, zaś dwoje - Patsy i Jack - zaledwie wyrosło z powijaków, gdy Daniel Custis w 1757 roku zakończył życie. Martha została nagle bogatą wdową. Spadek po mężu obejmował setki niewolników i 17 000 akrów upraw tytoniu. Sama zajęła się prowadzeniem interesów i mimo braków w wykształceniu korespondowała z partnerami handlowymi w odległym Londynie. Wiele lat później, udzielając rad swej siostrzenicy, mówiła jakby o sobie:

Pragnęłabym szczeże (sic!), abyś nie szczędziła trudów, by zajmować się swoimi sprawami, nie polegając na innych, jako że jedynie to daje szczęście - kierować swoim życiem własnymi rękami, nie zawierzając innym (...). Chciałabym, żebyś była tak niezależna, jak pozwolą okoliczności, a w tym celu musisz dołożyć starań, by sama zarządzać swoim majątkiem. Jeśli ty tego nie uczynisz, nikt inny cię nie zastąpi.

Martha Dandridge Custis niedługo pozostała we wdowieństwie. W 1759 roku poślubiła Jerzego Waszyngtona. Przez następne 25 lat cieszyli się domowym szczęściem, doglądając plantacji i biorąc udział w towarzyskim życiu Fredericksburga, Alexandrii i Williamsburga.

Aż do rewolucji.

Jeśli można w kilku słowach opisać życie Jerzego i Marthy Waszyngtonów, najlepszym określeniem będzie "pełniona z niechęcią służba". Zarówno poczucie obowiązku, jak i niechętny do niego stosunek możemy wyczytać z listu, który Jerzy wysłał do Marthy z Filadelfii, gdzie II Kongres Kontynentalny powołał go na naczelnego dowódcę amerykańskich wojsk.

Moja Najdroższa,

Pragnę Ci napisać o sprawie, która napełnia mnie trudną do wyrażenia troską, tym głębszą i większą, gdy pomyślę, jaki niepokój przyniesie Tobie. Kongres zdecydował, że cała armia, która powstała, by bronić amerykańskiej sprawy, zostanie oddana w moje ręce i że natychmiast mam ruszać do Bostonu, by przejąć dowództwo.

Możesz mi wierzyć, moja droga Patsy, a zapewniam Cię o tym z największą powagą, że, tak daleki będąc od starań o to stanowisko, czyniłem ogromne wysiłki, by go uniknąć, nie tylko dlatego, że nie chcę opuszczać Ciebie i rodziny, ale i dlatego, że jestem świadom, iż owo zadanie przerasta moje możliwości i że więcej prawdziwego szczęścia dałby mi czas spędzony z Tobą w domu (...). Lecz skoro przeznaczenie nałożyło na mnie ten obowiązek, będę żywił nadzieję, że podejmując się go, przysłużę się jakiemuś dobremu celowi.

Gdy wybuchła wojna, Martha nie oczekiwała bezczynnie w Mount Vernon. Mimo obaw męża, dołączyła do niego na froncie. Podobno chwaliła się, że słyszała huk działa, który rozpoczął walki i była dość blisko, by usłyszeć, jak cichnie artyleria - a przechwałki te nie odbiegały zbyt daleko od prawdy.

Zachował się w źródłach opis osoby Marthy Waszyngton, w 1777 roku towarzyszącej wojskom, którego autorką była odwiedzająca ją Martha Dangerfield Bland. Pisała do swej szwagierki:

Ta zacna dama wydaje się być niezmiernie szczęśliwa, gdy przebywa u boku swego "Staruszka", jak go nazywa. Często urządzamy konne przejażdżki - generał, jego pani, panna Livingston i jego adiutanci (...). Generał wówczas zrzuca maskę bohatera i zmienia się w miłego, skorego do pogawędki kompana. Czasem okazuje ogromny tupet - w sposób, jaki Ty, Fanny i ja tak lubimy.U boku swego "Staruszka" Martha pomagała przepisywać wojskową korespondencję, co w czasach przed wynalezieniem kserokopiarek i Internetu było ciężką i niewdzięczną pracą. Dzięki temu poznała sekrety wojskowego wywiadu i strategii, warunki życia w armii i sposoby zapewniania jej zaopatrzenia - a raczej walki z brakami w zaopatrzeniu - w broń, mundury, amunicję i żywność.

Martha całą duszą była oddana sprawom wojny. Tworzyła organizacje kobiet, które miały wspomagać walczących. Ich członkinie spotykały się między innymi w Kennmore Inn we Fredericksburgu, wzniesionym w 1752 roku początkowo jako miejska rezydencja siostry Jerzego, Betty. Kobiety pomagały przygotowywać bandaże, pakować odmierzone porcje prochu, by żołnierze w ogniu bitwy mogli szybko nabić karabin lub muszkiet, zajmowały się rannymi w szpitalach. Starały się też ulżyć rodzinom walczących oraz tym, którym Brytyjczycy spalili domostwa, wybili żywy inwentarz czy zniszczyli plony. Wysiłki lady Waszyngton ściągnęły na nią wrogość Brytyjczyków, którzy w pewnej chwili zagrozili nawet, że wezmą ją do niewoli.

Czy może więc dziwić, że ta kobieta czynu uważała towarzyskie obowiązki pierwszej damy za nużące? Za czasów Waszyngtona Dom Prezydenta został przeniesiony z Nowego Jorku do Filadelfii. W obu tych miastach Martha nie tylko musiała sprostać obowiązkom żony prezydenta, lecz wraz z mężem tworzyła też zwyczaje odpowiadające wizerunkowi nowej republiki.

Najłatwiejsze byłoby naśladowanie protokołu europejskich dworów z ich - tak często spotykanymi - zmanierowaniem, przerostem form i sztywną etykietą. Dzieciństwo i młodość spędzone w pobliżu kolonialnego Williamsburga z pewnością przyzwyczaiły Marthę do takiego modelu życia towarzyskiego. Jednak generał i jego małżonka nadali rozrywkom w Białym Domu inny wyraz.

Ich głównym celem była legitymizacja młodej republiki. Starali się zrealizować ten cel poprzez sformułowanie protokołu, który stanowił niełatwe połączenie zasad plebejskiej równości i arystokratycznego poważania hierarchii. Pierwszą tendencję wyrażało otwarcie Domu Prezydenta dla obywateli w dzień Nowego Roku. Tradycja ta, która przetrwała aż do 1930 roku, była dowodem gotowości do spotkania się ze zwykłymi ludźmi. Zgodnie z drugą tendencją w każdy piątek w Białym Domu odbywały się formalne przyjęcia gości. Przybywający - wyłącznie za zaproszeniami - byli anonsowani w wejściu i sadzani według godności. Do siedzących podchodził prezydent, by zamienić z nimi kilka słów. Kobiety przechodziły do osobnej sali, gdzie znajdował się bufet, podczas gdy mężczyźni rozmawiali o polityce. Panowała - zamierzona - atmosfera skromności i pewnej surowości. Inaczej niż na europejskich dworach, nie przewidywano żadnych rozrywek. Pełne godności piątkowe przyjęcia u prezydenta miały wzbudzić w ambasadorach z Europy podziw dla powagi młodej republiki. Przyjęcia kończyły się punktualnie o 21.00.

Martha ubierała się prosto, lekceważąc panującą modę. Ulubionym jej środkiem lokomocji był jednak złocony powóz, którego używała codziennie, udając się z wizytą. Niebawem gazety zaczęły krytykować pierwszą damę, że zachowuje się jak królowa. Inni natomiast narzekali, że protokołowi Białego Domu brakuje dworskiej elegancji, a europejska monarchini z pewnością potrafiłaby zgromadzić wokół siebie królewską świtę, która robiłaby lepsze wrażenie. Po raz pierwszy, a przecież nie ostatni, prasa wysuwała zarzuty pod adresem pierwszej damy.

Martha podobno wyrażała opinie na temat polityki prezydenta, zwłaszcza zagranicznej. Okres prezydentury Waszyngtona charakteryzuje obawa przed "uwikłaniem w problemy międzynarodowe", którą obecnie nazwalibyśmy izolacjonizmem. Waszyngton zawarł oficjalny pokój z Anglią na mocy traktatu Jaya, podpisał proklamację neutralności, aby uniknąć wciągnięcia Stanów w europejskie wojny i sygnował traktat Pinckneya, który porządkował relacje z Hiszpanią. W swoich listach Martha wyrażała pogląd, że czas uciszyć animozje czasów rewolucji i przywrócić dobre układy z Anglią.

Zdecydowany czuwać nad zachowaniem status quo w kwestii władzy wykonawczej leżącej w rękach prezydenta, podczas dwóch kadencji Waszyngton nie rozszerzał jej ani nie pozwalał na jej uszczuplanie. Miał świadomość, że Kongres próbuje zmniejszyć prerogatywy prezydenta, zwłaszcza w sprawach polityki zagranicznej. Musiał także dbać, by wszystkie stany uznawały władzę rządu federalnego. Wysłał do Pensylwanii wojska z rozkazem stłumienia "buntu whisky"[2], poddając tym samym siłę administracji federalnej pierwszej poważnej próbie. Po ośmiu latach prezydentury pozostawił solidną konstrukcję, której działanie było dowodem, że nowa konstytucja funkcjonuje tak jak zakładali jej twórcy; stanowiło to jaskrawy kontrast z losem większości rewolucyjnych rządów.

Dla Jerzego i Marthy rewolucja i prezydentura były powinnościami, poważnymi zobowiązaniami. Dla nich koncepcja wolności i samostanowienia Ameryki okazała się więcej niż marzeniem. Nigdy się nie dowiemy, do jakiego stopnia poglądy Marthy wpłynęły na politykę Waszyngtona. Udzielane przez nią rady pozostały w sferze prywatnej, niewiele z nich zatem znalazło odbicie w zachowanej korespondencji. Jest rzeczą trudną, o ile nie niemożliwą, nie traktować jej jak oddanej partnerki w kwestiach polityki. Obraz Marthy, w najtrudniejszym okresie rewolucji kopiującej przy blasku świecy rozkazy i listy wojskowe czy u boku generała galopującej przez smagane wiatrem równiny, jest zbyt żywy. Po śmierci Jerzego w 1799 roku zniszczyła całą prywatną korespondencję, którą prowadzili przez 20 burzliwych lat publicznego życia. Gdyby listy te przetrwały do naszych czasów, moglibyśmy lepiej zrozumieć wyjątkowy związek partnerski Marthy i Jerzego Waszyngtonów. Ale nawet bez nich wydaje się oczywiste, że Martha dobrze wykorzystała dary, które otrzymała od losu.

Słowa tej rzekomo niewykształconej kobiety zdają się powtarzać wiersze z Szekspirowskiego Hamleta. "Nie mogę obwiniać go za to, że działał zgodnie ze swym rozumieniem obowiązku wobec kraju - pisała do przyjaciółki. - Nadal mocno pragnę być radosna i szczęśliwa, w jakiejkolwiek znajdę się sytuacji".

Martha zmarła 22 maja 1802 roku, pozostawiając niewiele dowodów politycznej działalności. Nie będąc już pierwszą damą, otwarcie wyrażała swoje polityczne zapatrywania, dzieląc się nimi z przyjaciółmi, którzy odwiedzali ją w Mount Vernon. Możemy jedynie zgadywać, o czym rozmawiała z prezydentem jako jego małżonka.

Dziś, kiedy przekształcenie się Stanów Zjednoczonych z potęgi kolonialnej w supermocarstwo przyjmujemy jako oczywistość, nie doceniamy ogromu i powagi wyzwań, przed którymi stanęli założyciele państwa. Gdyby współcześni historycy właściwie oceniali skalę trudności zwycięstwa rewolucyjnej wojny i stworzenia nowego systemu rządów, Martha Waszyngton znalazłaby się w pierwszej dziesiątce rankingu pierwszych dam. Gdy rodził się naród, ta kobieta nie stała z boku.

Abigail Smith Adams

3. w rankingu Siena College Research Institute

Pierwsza dama u boku 2. prezydenta w latach 1797-1801

Wszyscy mężczyźni, gdyby mogli, byliby tyranami.

Abigail Adams była pierwszą nowoczesną małżonką prezydenta. Gdyby w jej czasach istniały programy telewizyjne czy audycje radiowe, na pewno pojawiałaby się w nich jako częsty - i wypowiadający się szczerze - gość. O ile jej poprzedniczka Martha Waszyngton podczas ośmiu lat prezydentury męża skrywała swoje poglądy polityczne, to Abigail zachowywała się zupełnie inaczej.

Abigail pragnęła zabierać głos w dialogu politycznym, który toczyli obywatele młodej republiki. Swoje zdanie w sprawach programów partii i polityki wyrażała w listach do najważniejszych gazet, które wysyłała z jasną intencją publikacji. Nie były to jednak znane dzisiaj listy do redaktora naczelnego. Obecnie polityk, który pragnie wypowiedzieć swoje zdanie w jakiejś sprawie, udziela wywiadu lub organizuje konferencję prasową. W XVIII wieku zamieszczał list na łamach gazety. Jego przeciwnicy odpierali zarzuty, czasami wymiana ripost trwała miesiącami. Wielka debata na temat nowego systemu rządów rewolucyjnego państwa, opublikowana pod tytułem Federalist Papers (Dokumenty federalisty), pierwotnie miała postać drukowanej w gazecie polemiki. Autorzy listów równie często występowali pod swoimi prawdziwymi nazwiskami, jak i używali pseudonimów.

Abigail Adams publikowała pod pseudonimem lub - co było w owych czasach powszechne - anonimowo. W zwartej społeczności Filadelfii, gdzie prezydent Adams przebywał przez cały okres swej 4-letniej prezydentury - poza ostatnimi czterema miesiącami, wydawcy znali nazwiska autorów, których teksty pojawiały się na łamach ich pism, a niebawem znali je także wszyscy politycy w mieście, zarówno wyrażający te same, jak i odmienne przekonania. Była to działalność polityczna w pełnym znaczeniu tego słowa.

Jako pierwsza dama, Abigail Adams stworzyła także inne precedensy. Regularnie przysłuchiwała się debatom w Izbie Reprezentantów. Uczestniczyła w podejmowaniu decyzji personalnych, rekomendując swojemu mężowi kandydatów na poszczególne stanowiska. Walczyła w imieniu swej partii - tak aktywnie, że kongresman antyfederalista Albert Gallatin, nazwał ją "panią prezydent nie Stanów Zjednoczonych, lecz jednej partii". Dwa wieki później republikanie wysuwali podobne zarzuty pod adresem innej pierwszej damy, Hillary Clinton.

Istnieją oczywiście istotne różnice między polityczną działalnością Abigail Adams i pierwszych dam XX i XXI wieku. Abigail nie miała prawa głosu w wyborach, nie mogła starać się o objęcie żadnego stanowiska ani występować publicznie jako samodzielny polityk. Jednak to, że jej siła wyrastała z władzy męża, nie zmienia faktu, iż wywierała wpływ na politykę partii, zarówno w sferze wewnętrznej, jak i zagranicznej oraz na sprawy politycznego patronatu.

Gdyby wydarzenia potoczyły się wedle jej życzeń, mogłaby zdziałać znacznie więcej. Gdy jej mąż tworzył zarys konstytucji, Abigail przekonywała go, żeby uwzględnił w niej prawa kobiet. "Pragnę, żebyś pamiętał o damach i okazał im więcej szczodrości i przychylności niż twoi przodkowie - pisała. - Nie kładź nieograniczonej władzy w ręce mężów. Pamiętaj, że wszyscy mężczyźni, gdyby mogli, byliby tyranami. Jeśli niewiasty nie zostaną otoczone szczególną troską i uwagą, jesteśmy zdecydowane podnieść bunt i nie będziemy się czuły związane prawem, zgodnie z którym nie posiadamy prawa głosu ani przedstawicielstwa".

Aby zrozumieć kobietę, która tak otwarcie korzystała ze swojej władzy i wydaje się postacią tak nietypową w swoich czasach, musimy przyjrzeć się jej bliżej. Przyszła na świat w listopadzie 1744 roku w Weymouth w stanie Massachusetts w rodzinie z politycznym rodowodem. Jej matka, z domu Quincy, pochodziła z jednego z najbardziej znaczących rodów Nowej Anglii. Dziadek Abigail był sędzią Sądu Najwyższego Massachusetts. Oświecone poglądy jej ojca Williama Smitha, kwakierskiego pastora[3], przyczyniły się do poszerzenia zakresu edukacji córki.

Choć nie uczęszczała do żadnej szkoły, odebrała gruntowne wykształcenie domowe. Uczyła się łaciny, historii i literatury, czytała Szekspira i Moliera, a także filozofów politycznych swoich czasów. Jako nastolatka śledząca żywe polityczne dysputy, które ukazywały się na łamach "Spectatora", popularnego londyńskiego pisma poświęconego sztukom i literaturze, zapoznała się z myślą Johna Locke'a.

Swego przyszłego męża Johna Adamsa spotkała w wieku 18 lat. Współcześni opisywali ją jako wysoką, szczupłą dziewczynę o błyszczących inteligencją oczach. Dwa lata trwały zaloty. Oboje dawali często dowody silnej woli i błyskotliwości umysłu. Pewnego dnia John Adams wysłał do Abigail niezbyt grzeczny list ze spisem jej wad. Odpowiedziała, że ucieszył ją tak bardzo, jak kogoś innego uradowałby list o zaletach, po czym wyliczyła niedostatki Johna. Ten dialog "ataku i kontrataku" oraz gotowość do prowadzenia polemik wyraźnie ukazują niezależny charakter Abigail.

Rodzina Johna Adamsa nie mogła się równać ze Smithami. W XVIII wieku prawnicze wykształcenie, jakie uzyskał na Uniwersytecie Harvarda, nie dawało takiego prestiżu jak dzisiaj. Mimo to Abigail poślubiła go w 1768 roku. Ich pierwsze wspólne domostwo w Bostonie nazwali "Białym Domem" - jakby przeczuwając przyszłość. Trzydzieści dwa lata później Abigail Adams jako pierwsza z prezydenckich małżonek wprowadziła się do Domu Prezydenta, dziś zwanego Białym Domem.

Wbrew obawom rodziny Abigail John Adams wkrótce zdobył pozycję, jakiej mógłby mu pozazdrościć stary ród Quincych. Był jednym z organizatorów bostońskiego "buntu herbacianego"[4]. Brał udział w I Kongresie Kontynentalnym w 1774 roku. Należał do komisji, która sformułowała treść Deklaracji Niepodległości i konstytucji. W okresie wojny o niepodległość negocjował pomoc z Francją i Holandią. W 1783 roku ustalał warunki traktatu pokojowego między Wielką Brytanią a nowo powstałymi Stanami Zjednoczonymi i przez pięć kolejnych lat był posłem na dworze św. Jakuba. Sprawował funkcję wiceprezydenta za kadencji Waszyngtona w latach 1789-1797, by wreszcie zasiąść na fotelu prezydenckim.

Na początku jego kariery, gdy brał udział w obradach Kongresu Kontynentalnego podczas wojny o niepodległość, Abigail prowadziła farmę i dom w Quincy w stanie Massachusetts, podczas gdy jej mąż podróżował między Filadelfią a Massachusetts. W ciągu dziewięciu lat między 1774 a 1783 rokiem Abigail często pozostawała osamotniona i właściwie prawie sama - z dobrym skutkiem - wychowała czwórkę dzieci.

Podobnie jak Martha Waszyngton, Abigail całym sercem służyła sprawie rewolucji. Podczas bitwy pod Bunker Hill topiła cynę na kule dla niedostatecznie wyposażonych wojsk kolonialnych. Na pewno wiedziała o planach spiskowców z Bostonu. Mąż ufał jej w każdej sprawie. Abigail była rewolucjonistką w pełnym znaczeniu tego słowa.

Gdy mąż ją opuszczał, Abigail wysyłała do niego nawet trzy listy dziennie (pomyślmy, ile mogłaby ich przesłać w erze Internetu!). Nie pisała o zwykłych domowych wydarzeniach, lecz o politycznych trendach, nastrojach społecznych, sprawach, które poruszały obywateli - dostarczała wiadomości, których pożąda każdy prawdziwy polityk. Wzbogacała je przy tym własnymi poglądami i ocenami, Adams zauważył, że "zawierają więcej dobrych myśli, błyskotliwych pomysłów i rozsądku, niż zdarza mi się napotkać w ciągu tygodnia".

Po zawarciu pokoju między Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią w 1783 roku (zgodnie z Artykułami Konfederacji nowa republika nie miała prezydenta, a rządził nią Kongres Kontynentalny, dopiero po pięciu latach ratyfikowano nową konstytucję, a Jerzy Waszyngton został jednogłośnie wybrany na prezydenta w 1789 roku) John sprawował obowiązki posła na dworze św. Jakuba, zaś Abigail towarzyszyła mu w Londynie. Dotąd zdarzyło jej się odwiedzać jedynie Boston, nie była w żadnym innym większym mieście, a cóż dopiero mówić o stolicy światowego mocarstwa. Mimo to wydaje się, że nie czuła się onieśmielona. To ona zajęła się poszukiwaniami rezydencji odpowiedniej dla ambasadora Stanów Zjednoczonych, znalazła ją na Grosvenor Square, gdzie po dziś dzień mieści się ambasada USA. Przez kolejne 15 lat Abigail mieszkała w Paryżu, Nowym Jorku, Filadelfii i wreszcie w nowo powstałym mieście, znanym dziś jako Waszyngton w Dystrykcie Columbia. Będąc pierwszą damą, Martha Waszyngton doceniła młodą panią Adams jako wartościową sojuszniczkę. Abigail miała dość czasu, by wyszlifować swoje talenty towarzyskie w dyplomatycznych kręgach Europy, co czyniło z niej pożyteczną doradczynię w sprawach etykiety i polityki. W okresie prezydentury Waszyngtona Martha dbała, by pani Adams zawsze była w pobliżu i na stałe zarezerwowała dla niej krzesło po swojej prawej stronie. Nie można chyba wątpić, że niekryjąca swoich poglądów politycznych Abigail służyła pani Waszyngton radą także w tej dziedzinie.

Tradycja cotygodniowych przyjęć u prezydenta, wprowadzona za czasów Waszyngtona, była kontynuowana także w okresie prezydentury Adamsa, choć przeniesiono je na wtorkowy i czwartkowy wieczór. Ponieważ nie istniał jeszcze budżet zawierający również odpowiednią kwotę na oficjalne wydatki reprezentacyjne, wszystkie koszty prezydent pokrywał z własnej kieszeni. Podobnie jak w przypadku Marthy Waszyngton, do obowiązków Abigail jako pierwszej damy należała nużąca konieczność oddawania wizyt. W liście do swej córki pisała, że jednego dnia odwiedziła 15 domów, mimo trudności, jakie nastręczało poruszanie się po "tym dzikim mieście" - Waszyngtonie - gdyż goście przybywali z odległości 5-6 kilometrów, a "jedna rewizyta zajmuje cały dzień". Podobnie jak pani Waszyngton, Abigail interesowała się bardzo sprawami wojskowymi. W New Jersey zwiedziła obóz sił federalnych, by chwalić się potem, że dokonała przeglądu oddziałów w zastępstwie naczelnego wodza!

Dzień pierwszej damy był wypełniony męczącymi obowiązkami. Abigail wstawała o 5.00 i kilka godzin poświęcała swojej rodzinie. O 11.00 zaczynało się "urzędowanie". Czasem jednego dnia pojawiało się nawet 60 gości. Późnym popołudniem Abigail składała rewizyty. Do posiadłości prezydenta wracała około 19.00. Często musiała jeszcze się pojawić na oficjalnej kolacji dla kongresmanów, senatorów, członków gabinetu lub korpusu dyplomatycznego.

Jednym z największych wyzwań, z jakimi musiał się zmierzyć Adams, było zachowanie neutralności USA w okresie wojen napoleońskich. Francuzi, którzy podczas wojny o niepodległość udzielili Ameryce trudnego do przecenienia wsparcia, spodziewali się rewanżu. Prezydent Adams podzielał opinię Waszyngtona, że Stany Zjednoczone powinny unikać wikłania się w politykę międzynarodową. Francuzi zaczęli zatrzymywać amerykańskie statki handlowe i domagać się ich wykupu. Paraliżując transport morski, od którego zależała gospodarka Ameryki, mieli nadzieję zmusić Adamsa, by przyjął ich warunki. Pomysł obrócił się jednak przeciwko nim. Adams odmówił negocjowania z francuskimi dyplomatami, którzy żądali udzielenia pożyczki i wykupienia statków. Zamiast tego stworzył Departament Marynarki i rozkazał, by amerykańskie statki handlowe wyposażono w broń. To właśnie przy tej okazji padło słynne zdanie: "Miliony na obronę, ani centa na haracz".

W odpowiedzi na wzrastającą groźbę uwikłania kraju w skomplikowaną sieć międzynarodowych sojuszy i intryg, towarzyszących wojnom napoleońskim, Kongres przegłosował Alien and Sedition Act (ustawę o obcych i buntach). Dawała ona rządowi federalnemu prawo - nakazem prezydenta - deportacji cudzoziemców, aresztowania obywateli i zamykania gazet. Największe obawy Abigail wzbudzali imigranci, którzy przybywali do Stanów Zjednoczonych z ogarniętej rewolucyjnym chaosem Francji. Podejrzewała, że wielu z nich spiskuje przeciwko nowej amerykańskiej republice. Prezydent podpisał kontrowersyjne prawo, zgodnie z którym Kongres w ciągu dwóch lat musiał wznowić ustawy, inaczej automatycznie wygasną. Po 11 września 2001 roku Kongres debatował nad zastosowaniem podobnego rozwiązania, dotyczącego prerogatyw, które miał otrzymać prezydent Bush do walki z terroryzmem.

Abigail Adams uważała, że wojna z Francją jest nieunikniona. Z jej listów wynika, że oczekiwała jej wypowiedzenia w 1798 roku, gdy napięcie osiągnęło najwyższy poziom. Abigail przerażały okrucieństwa rewolucji francuskiej, zwłaszcza sposób, w jaki przywódcy szafowali śmiercią, pogrążając kraj w fali terroru. To, co opisywała jako "zabójstwo króla" i rozpasanie "anarchii, chaosu, morderstw", budziło w niej wstręt. Sądziła, że Francja, której posiadłości rozciągały się wzdłuż Missisipi aż po Nowy Orlean, zamierza wzniecić bunt niewolników, by zagarnąć całą Amerykę Północną. Jej obawy nie były całkowicie bezpodstawne. Groźba powstania niewolników, połączonego z francuską inwazją, skłoniła Adamsa - choć negocjacje z Francją postąpiły krok naprzód - do wyznaczenia Charlesa Pinckneya, posła we Francji, na dowódcę oddziałów federalnych w Georgii. Gdyby wówczas John posłuchał Abigail, Stany Zjednoczone zostałyby wciągnięte w wojny napoleońskie. Jednak w tej kwestii żona i mąż zdecydowanie się różnili. Historia pokazała, że Abigail myliła się w ocenie francuskich zamiarów w Ameryce Północnej, co znacznie obniża jej pozycję w świecie dyplomacji.

Adamsowi udało się uniknąć zaangażowania kraju w wojny europejskie i wreszcie podpisać z Francją traktat pokojowy, który respektował amerykańską neutralność. Niektórzy historycy sądzą, że było to jedno z największych osiągnięć tego prezydenta, który zapobiegł uwikłaniu kruchej jeszcze, wówczas młodej republiki w wojnę grożącą jej zniszczeniem.

Jednak współcześni nie cenili tak wysoko jego dokonań. Starania o reelekcję nie powiodły się i drugi prezydent Stanów Zjednoczonych stał się pierwszym, który pełnił obowiązki przez jedną kadencję.

John i Abigail Adamsowie oddali władzę. Choć Abigail uskarżała się (podobnie jak Martha Waszyngton), że życie polityczne ograbia ją z cennego czasu, wydaje się jasne, że przy rezygnacji z życia prywatnego na rzecz władzy poświęcenie nie jest jedynym problemem. Jak pisała Abigail:

Mogę szczerze i z głębi serca powiedzieć, że najstraszniejszą konsekwencją odejścia z życia publicznego jest to, iż moja władza czynienia dobra dla współtowarzyszy została zmniejszona i ograniczona, lecz - choć środków nie staje - wola i pragnienie są nadal żywe.

Oto słowa prawdziwej aktywistki. W korespondencji Tomasza Jeffersona z czasów jego połowicznego wycofania się do Monticello (jego posiadłość w Wirginii) odnajdujemy te same słowa, które znamy z wypowiedzi Marthy Waszyngton i Abigail Adams. Wszyscy troje mówią o poświęceniu i "straconych latach" w służbie publicznej, podkreślając, że znacznie bliższe im są przyjemności życia w domowym zaciszu. Największą siłę mają słowa Jeffersona, który uskarżał się na ciężar publicznych obowiązków i zarzekał się, że nic nie skłoni go do powrotu do spraw publicznych, gdyż pragnie pozostać w Monticello, gdzie z radością wiedzie żywot dżentelmena i gospodarza. Najbardziej wymownie wypowiada się na ten temat w okresie bezpośrednio poprzedzającym powrót do władzy na stanowisku wiceprezydenta za prezydentury Adamsa!

Wielu historyków skupiło się na skargach Abigail, która ubolewała nad osobistymi kosztami życia publicznego. Abigail nie jest wyjątkiem. Ludzie, którzy przez lata poświęcali się polityce, nierzadko żywią do władzy podobne uczucie miłości-nienawiści. Pragną zachować prywatność - na co nie pozwalają im media, inni politycy oraz społeczeństwo - lecz niejeden o wiele bardziej pożąda władzy.

Stwierdzenie Abigail, że pragnie nadal czynić użytek z władzy, choć nie ma już odpowiednich możliwości, pozwala nam wejrzeć we współczesną, można by powiedzieć, osobowość tej niezwykłej kobiety. Inaczej niż Martha Waszyngton, Abigail Adams sądziła, że jako pierwszej damie należą się jej władza i równe prawa, w tym także prawo głosu w kształtowaniu spraw nowego narodu. "Jeśli kobieta nie trzyma sterów (sic!) rządu - pisała do Johna - nie widzę powodu, by nie mogła osądzać sposobu, w jaki są one sprawowane". Abigail wierzyła, że kobieta ma wolność oceniania rządów i wyrażania swej opinii na ich temat, nawet jeżeli odmówiono jej prawa głosowania i uniemożliwiono obejmowanie stanowisk.

Zarówno wśród politycznych elit Filadelfii, jak i wśród zwykłych obywateli Abigail Adams była popularną pierwszą damą. Na jej cześć nadano nawet nazwę kompanii piechoty z Massachusetts - Lady Adams Rangers (Rangersi pani Adams). Mniejsze sukcesy odnosiła jako dyktatorka trendów, choć na tym właśnie jej zależało. W Europie ogromne wrażenie wywarły na niej delikatne tkaniny i krój sukien, a także wyrafinowane dworskie maniery, które starała się wprowadzić w prezydenckim protokole oraz rozrywkach w Białym Domu. Lecz polityczne konsekwencje elekcji z 1800 roku, które przyniosły Johnowi etykietkę monarchisty, w połączeniu ze świadomie plebejskim stylem administracji Jeffersona sprawiły, że w tej kwestii odniosła niepowodzenie.

Mimo to rozległość wpływów politycznych oraz aktywność społeczna umieszczają Abigail Adams w gronie najwyżej cenionych pierwszych dam. Choć myliła się w swoich sądach (zwłaszcza w sprawie napięć między Stanami Zjednoczonymi a Francją, kiedy to pragnęła wypowiedzenia wojny w okresie największego natężenia kryzysu), doskonale orientowała się w kwestiach politycznych oraz sprawowaniu rządów i zdobyła międzynarodowe doświadczenie. Nie wahała się też użyć swoich wpływów, by kształtować politykę zagraniczną.

Na największe uznanie zasługuje Abigail Adams jako wzór do naśladowania. Wyznaczyła wysoki standard, nie tylko sobie, ale także innym kobietom, ustanowiłaby jeszcze wyższy, gdyby udało jej się usunąć prawne ograniczenia, które zamykały jej i innym kobietom drogę do niezależnego rozwoju. W innym stuleciu stałaby się może Eleanor Roosevelt lub Hillary Clinton. Dla wszystkich kobiet może być wzorem niezależności, dochodzenia swych praw i politycznej aktywności. Wysoka pozycja Abigail Adams w rankingu Siena College Research Institute wynika z zasług, jakie oddała w walce na rzecz praw kobiet. Jak zauważyła Eleanor Smeal z Feminist Majority Fund, niezależnie od czasów, w których żyła, pierwsza dama występująca w obronie kobiet, otrzymuje wyższą ocenę.

Martha Jefferson Randolph i Mary Jefferson Eppes

19. w rankingu Siena College Research Institute

Pierwsze damy u boku 3. prezydenta w latach 1801-1809

Kobiety o wielkiej ogładzie.

Wielebny Manasseh Cutler

Przez dwie kadencje Thomasa Jeffersona obowiązki pierwszej damy sprawowały jego dwie córki. Kiedy w 1801 roku Jefferson został prezydentem, był wdowcem już od 19 lat.

Wojna o niepodległość zebrała okrutne żniwo w rodzinie Jeffersonów, wywierając też negatywny wpływ na ciążę Marthy Wayles Skelton, żony Thomasa. Obawiając się o zdrowie żony, Jefferson odszedł z Kongresu Kontynentalnego, w którego obradach brał udział w latach 1775-1776, czyli w okresie największej rewolucyjnej gorączki. Był autorem Deklaracji Niepodległości, aktu wyrażającego szerokie koncepcje polityczne w tak prostych słowach, że wydaje się owocem prawie boskiego natchnienia. Aby pozostać blisko rodziny, Jefferson musiał odrzucić stanowisko dyplomatyczne w Paryżu u boku Benjamina Franklina. Zamiast tego poświęcił się polityce lokalnej w Wirginii. Stworzył podstawy Statute on Religious Liberty (Statutu o Wolności Religijnej), który uważał za jedno ze swoich największych osiągnięć, na równi z autorstwem Deklaracji Niepodległości, założeniem University of Virginia oraz zdobyciem stanowiska gubernatora kolonii w 1771 roku.

Kiedy zimą 1781 roku brytyjskie oddziały opanowały Richmond, Martha uciekła ze stolicy stanu z kilkutygodniowym noworodkiem. Dziecko umarło niecałe dwa miesiące później. Zaledwie miesiąc potem rodzina znów musiała ratować się ucieczką przed Brytyjczykami, którzy wdarli się do Monticello. Martha zmarła we wrześniu 1782 roku, kilka miesięcy po urodzeniu córeczki. W dzienniku Jeffersona pod datą 6 września 1782 roku znajdujemy jedynie następujące słowa: "Moja droga żona zmarła dziś o godzinie 11.45 rano".

Wymowny zazwyczaj Jefferson nigdy nie przelał na papier wspomnień o tym związku. Jego starszej córce, także noszącej imię Martha, zawdzięczamy opis jego rozpaczy, sporządziła go 50 lat po śmierci swej matki. Jefferson zamknął się w Monticello na trzy tygodnie, gorączkowo krążąc po pokoju, póki nie opadł z sił.

Przez trzy tygodnie nie opuszczał swego pokoju, a ja ani na chwilę go nie odstępowałam - pisała córka Jeffersona. - Przemierzał pomieszczenie niemal bez przerwy, noc i dzień, kładąc się rzadko, gdy ciało było zupełnie wyczerpane. (...) Gdy wreszcie opuścił pokój, siadł na konia i od tej chwili wciąż przebywał w siodle, włócząc się po górach, po najmniej uczęszczanych drogach i przez lasy, w tych melancholijnych wędrówkach byłam jego nieodłączną towarzyszką, samotnym świadkiem wielu gwałtownych wybuchów żalu (...).

Gdy Thomas Jefferson powrócił, by wziąć udział w pracach Kongresu Kontynentalnego w latach 1783-1784 i przyjął opuszczone przez Franklina stanowisko dyplomatyczne we Francji, rudowłosa, 10-letnia córka pojechała do Europy razem z nim. Przez pięć lat pobierała edukację w Abbaye Royale de Panthemont pod Paryżem. W wieku 17 lat poślubiła kuzyna, Thomasa Randolpha Manna Juniora. Choć w chwili, gdy jej ojciec został prezydentem, miała już własną rodzinę, postarała się, aby siedem zimowych tygodni na przełomie lat 1801-1802, na początku kadencji Jeffersona, spędzić u jego boku, sprawując obowiązki pierwszej damy.

Był to dla Jeffersona niezwykle ważny okres. W stolicy nastąpił ostry podział na federalistów i republikanów, dominujące w owym czasie stronnictwa polityczne. Federaliści, w których rękach pozostawał fotel prezydenta przez pierwsze 12 lat po uchwaleniu konstytucji, uważali poglądy Jeffersona, zagorzałego republikanina, za bluźniercze. Rozdział między dwiema frakcjami pogłębił się w chwili odejścia Waszyngtona, czego efektem było obranie przez kolegia elektorskie - w 1797 roku - federalisty Adamsa na prezydenta i republikanina Jeffersona na wiceprezydenta.

Najważniejsza różnica zdań między dwiema partiami dotyczyła zasięgu władzy rządu federalnego. Federaliści, jak Waszyngton i Adams, pragnęli silnego rządu centralnego. Republikanie uważali go za próbę przywrócenia władzy brytyjskiej korony, spod której tak niedawno wyzwolili się mieszkańcy kolonii, lecz pod "amerykańskim przebraniem". Federaliści z kolei żywili podejrzenia, że republikanie, pokładający idealistyczną wiarę w lud, zechcą zrównywać w prawach klasy społeczne i wprowadzą rządy motłochu. Historyczne podłoże tej animozji stanowiła Wielka Rewolucja Francuska, którą rozpoczęło antymonarchiczne powstanie pod hasłem wolności. Na początku wielu Amerykanów popierało rewolucjonistów. Gdy jednak ruch przekształcił się w walkę klas i rządy terroru, a następnie doszło do kontrrewolucji i wyniesienia do władzy Napoleona Bonaparte, federaliści uznali, że zwykłym ludziom nie można powierzać zbyt wielkiej władzy. Francuskie intrygi i zagrożenie wojną za kadencji Adamsa pogłębiło ich obawy.

Wybory w 1801 roku poprzedziła pierwsza negatywna kampania polityczna w historii Stanów Zjednoczonych. Zwolennicy Adamsa ostrzegali, że Jefferson i republikanie spowodują anarchię. Natomiast gazety, będące w rękach stronników Jeffersona, rozpuszczały plotki, jakoby Adams planował ożenić się z jedną z córek Jerzego III i przywrócić rządy królewskie. W efekcie wybory pozostały nierozstrzygnięte i trzeba było 36 głosów członków Izby Reprezentantów, by Jefferson mógł zostać obwołany zwycięzcą.

Jefferson od początku starał się wytworzyć atmosferę wspólnej walki, która powinna połączyć oba stronnictwa. Mimo to Adams nie pojawił się w Senacie, by wysłuchać mowy inauguracyjnej następcy, uznawanej za jedno z najlepszych przemówień w historii Ameryki. Gdyby przyszedł, byłby - podobnie jak pozostali słuchacze - zaskoczony słowami Jeffersona, który podkreślał wspólne interesy obu partii: "Wszyscy jesteśmy republikanami, wszyscy jesteśmy federalistami".

W takich oto okolicznościach Martha zaczęła pełnić obowiązki pierwszej damy. Decyzja, aby pozostawić rodzinę i małe dzieci, by jako pierwsza dama u boku ojca pomagać mu w tworzeniu nowego stylu rządów, z pewnością nie była łatwa. Mąż Marthy, człowiek wybuchowy, najprawdopodobniej sprzeciwiał się jej wyjazdom.

Wspomagany przez córkę Jefferson zapoczątkował zmiany w zwyczajach wprowadzonych przez Waszyngtona i Adamsa. Inaczej niż podczas formalnych przyjęć, krytykowanych przez republikanów jako zbyt przypominające królewskie uczty, w Białym Domu zapanowała swobodna atmosfera. Jefferson rzadko jadał sam. Zazwyczaj towarzyszyło mu przy stole 8 do 10 osób, zaś Martha pełniła obowiązki gospodyni. Sztywną formalność i surowe zasady hierarchii podczas posiłków, wprowadzone przez Waszyngtona i Adamsa, Jefferson zastąpił - do pewnego stopnia - egalitaryzmem. Zamówił okrągły stół, dzięki czemu wszyscy zaproszeni mieli szansę wziąć równy udział w rozmowie.

Obiady u prezydenta nie stały się jednak przez to mniej eleganckie. Francuski szef kuchni oraz lokaj, zatrudnieni przez Jeffersona, podawali gościom wykwintne dania. Wydatki Jeffersona na rozrywkę i alkohole były niezwykle wysokie. Obstawał też przy tym, by opłacać wszelkie koszty związane z pobytem Marthy w Waszyngtonie, także nowe stroje, które pomagała jej wybierać Dolley Madison.

Młodsza córka Jeffersona, Mary, przez rodzinę często nazywana Marią, w pewnych okresach także przebywała w Waszyngtonie. Zimą 1802-1803 dwie młode kobiety wspólnie pełniły obowiązki "pierwszych dam". Wywarły dobre wrażenie nawet na federalistach, między innymi na wielebnym Manassehu Cutlerze, który, zaproszony do Białego Domu na pierwszy obiad w sezonie towarzyskim, opisał je jako "kobiety o wielkiej ogładzie, bardzo subtelne i dość ładne".

Natomiast mieszkająca na przeciwnym brzegu Potomacu, w Mount Vernon, Martha Waszyngton nie ukrywała swej antypatii do Jeffersona. Po śmierci męża przestała w jakikolwiek sposób się ograniczać w wyrażaniu swoich poglądów politycznych. W rozmowach z gośćmi nazywała Jeffersona podłym demagogiem.

Mimo to wezwanie do "wspólnej walki" zdawało się łagodzić różnice między frakcjami. Choć otwarcie wojujące przeciw republikanom gazety federalistów przez cały czas trwania politycznej kariery Jeffersona nie ustawały w atakach i rozgłaszały plotki, jakoby miał dzieci z niewolnicą Sally Hemings, opozycja wydawała się topnieć po spotkaniu z uroczymi córkami Jeffersona.

Jefferson miał u swego boku nie tylko obie córki, lecz także swoich zięciów. Zarówno mąż Marthy, Thomas Randolph Mann, jak i małżonek Mary, John Eppes, w 1802 roku zostali wybrani na członków Kongresu. Podczas obrad mieszkali z Jeffersonem.

W 1804 roku w wieku 25 lat zmarła Mary. Nieraz wyrażała niepokój o swą starszą siostrę, silniejszą fizycznie i emocjonalnie bliższą Jeffersonowi. On sam kochał obie równie mocno, w liście do przyjaciela, napisanym w okresie żałoby, stwierdził, że stracił "połowę wszystkiego, co posiadał".

Martha nadal spędzała wiele czasu u boku ojca. W 1805 roku, na początku jego drugiej kadencji, pozostała przy nim przez kilka miesięcy. Podczas tej wizyty miało miejsce precedensowe wydarzenie: narodziny dziecka pierwszej damy. James Madison Randolph, ósmy potomek Marthy, był pierwszym dzieckiem, które przyszło na świat w Białym Domu.

Dzisiaj rządy Jeffersona uważa się za jedne z najważniejszych w historii Stanów Zjednoczonych. Zaniepokojony perspektywą wtargnięcia Francji w granice kraju, Jefferson przekonał członków Kongresu, by w sekrecie przyznali mu 2 000 000 dolarów na negocjacje z Napoleonem. Dzięki tej kwocie rozpoczął rozmowy, w efekcie których doszło do zakupu Luizjany. Dzięki zakupowi - w cenie około trzech centów za akr - ziem rozciągających się od basenu Missisipi po Góry Skaliste obszar Stanów Zjednoczonych podwoił się. Jefferson opłacił ekspedycję Lewisa i Clarka, którzy wyruszyli w kierunku Pacyfiku, by nanieść nowe terytoria na mapy i otworzyć je dla handlu oraz osadnictwa. Wreszcie, pod koniec drugiej kadencji, Jefferson podpisał ustawę znoszącą handel niewolnikami.

Mocno zadłużony na skutek wydatków, jakie przez osiem lat ponosił na cele reprezentacyjne, Jefferson przeniósł się do swej posiadłości w Wirginii, Monticello. Aby zebrać pieniądze, sprzedał cenną kolekcję książek, która stała się zalążkiem Biblioteki Kongresu.

Martha wraz z rodziną przeprowadziła się do Monticello w 1809 roku. Jej ojciec zmarł w 1826 roku, a mąż dwa lata później. Posiadłość sprzedano, by spłacić długi. Resztę życia Martha spędziła w domach swoich 12 dzieci. Zmarła w wieku 67 lat.

Dolley Payne Todd Madison

4. w rankingu Siena College Research Institute

Pierwsza dama u boku 4. prezydenta w latach 1809-1817

A teraz, moja droga siostro, muszę opuścić ten dom, gdyż inaczej wycofujące się wojska uczynią mnie jego więźniem (...). Kiedy znów do Ciebie napiszę i gdzie będę jutro, nie umiem powiedzieć!

Kiedy w 1985 roku, na początku drugiej kadencji Ronalda Reagana, zdecydowano się zerwać tynki z fasady Białego Domu w celu jej odnowienia i odmalowania, robotnicy natrafili na pamiątkę po czasach prezydentury Madisona. Wokół okien widać było ciemne plamy - niezatarty ślad oblężenia i spalenia Białego Domu (oraz innych ważnych budowli Waszyngtonu) przez Brytyjczyków podczas wojny 1812 roku.

Dolley Madison została zapamiętana jako kobieta, która, podczas gdy oddziały brytyjskie zbliżały się do stolicy, ratowała przed zniszczeniem dzieła sztuki i narodowe skarby. W sierpniu 1814 roku główny wódz James Madison pozostawił żonę, by kierować ruchami amerykańskich wojsk. Z pewnością było to dramatyczne pożegnanie. Brytyjski dowódca groził, że weźmie Dolley do niewoli i każe jej przejść ulicami Londynu, jak to wieki wcześniej czynili z jeńcami rzymscy wodzowie.

Nową stolicę uważano za dobrze ufortyfikowaną. Od strony Kapitolu dwie twierdze, Fort Washington i Fort Hunt, wznosiły się po obu stronach wąskiego nurtu Potomacu. Baterie artylerii, część umocnień projektu Pierre'a L'Enfanta, dzięki któremu Waszyngton miał stać się miastem nie do zdobycia, stanowiły klasyczną zaporę przeciwko atakowi nieprzyjacielskiej floty. Jednak Brytyjczycy, wylądowawszy w Maryland, obeszli statyczną linię obrony. Po klęsce amerykańskich wojsk pod Bladensburgiem miasto było w zasadzie bezbronne.

Stojąc na dachu, Dolley obserwowała przez lunetę, jak waszyngtończycy w panice opuszczają miasto. W jej rękach znajdowały się teksty konstytucji i Deklaracji Niepodległości oraz tyle dokumentów - zarówno oficjalnych sprawozdań posiedzeń gabinetu Madisona, jak i tajnych wskazówek dla jego członków - ile zdołała wepchnąć do kufra powozu. Wraz z bezcennymi rękopisami zabrała portret Waszyngtona pędzla Gilbera Stuarta, kilka czerwonych zasłon oraz srebra stołowe. Tuż przed pojawieniem się Brytyjczyków udało jej się uciec z Białego Domu, w eskorcie jednego wymachującego szablą oficera. Rezydencja spłonęłaby do fundamentów, gdyby nie deszcz, który zgasił płomienie; z budynku pozostały jedynie cztery zewnętrzne ściany. Wykonany przez Stuarta portret Waszyngtona to jedyny ocalały do dziś fragment wyposażenia pierwszego Białego Domu.

Odwaga Dolley Madison przyniosła jej nieśmiertelną sławę. Przed wojną znana jako szczodra gospodyni i kreatorka mody, swym bohaterstwem dowiodła, że jest kimś więcej niż tylko ozdobą towarzystwa.

Dolley urodziła się w 1768 roku w Karolinie Północnej jako córka kwakrów Johna i Mary Coles Payne'ów. Kiedy miała 15 lat, jej ojciec przeniósł dom rodzinny do kosmopolitycznej Filadelfii. Tam spotkała prawnika Johna Todda, także kwakra. Poślubiła go w 1790 roku i niebawem urodziła dwójkę dzieci.

Rozkwit stolicy nie trwał długo. W 1793 roku w Filadelfii wybuchła epidemia żółtej febry. W ciągu pięciu miesięcy zmarło 5000 osób, między innymi mąż Dolley i ich młodsze dziecko. W wieku 25 lat Dolley została wdową i samotną matką. Majątkiem zmarłego męża zarządzał jej szwagier, zanim wreszcie udało się doprowadzić do tego, by go zwrócił, Dolley i jej syn Payne żyli niemal w ubóstwie.

Nie minęło wiele czasu, gdy wokół wysokiej, zgrabnej młodej wdowy o przenikliwych błękitnych oczach i czarnych włosach pojawili się zalotnicy. Jeden z nich, kongresman James Madison, był bohaterem wojny o niepodległość oraz jednym z najważniejszych autorów konstytucji. Liczył sobie o 17 lat i kilkanaście centymetrów więcej niż Dolley Todd. Ten - zdawałoby się - niedobrany związek popierała pierwsza dama, Martha Waszyngton, przez małżeństwo daleka powinowata Dolley. Zaprosiła ona młodą kobietę do siebie i w bezpośredni sposób spytała o jej konkurenta. Nim pozwoliła Dolley odejść, dała jej do zrozumienia, że ona i Jerzy patrzą na ich związek z przychylnością.

James i Dolley Madison wzięli ślub kilka miesięcy później, we wrześniu 1794 roku. Ponieważ "Jemmy" nie był kwakrem, Dolley została usunięta z Towarzystwa Przyjaciół[5]. Jednak już wcześniej żółta febra osłabiła jej wiarę. Przyjęła wykluczenie z kręgu wyznawców jako rodzaj wyzwolenia, dzięki któremu mogła oddawać się przyjemnościom życia towarzyskiego, modnie ubierać i w pełni korzystać z życia. To przynoszące wolność zdarzenie nadało nowy sens jej osobistej niezależności. Zamiast przekazać prawa do swego majątku nowemu małżonkowi, Dolley zatrzymała domostwo swoje i Todda. Dochody z najmu należały więc wyłącznie do niej. Wydawała je na modne stroje i uwielbianą tabakę.

Dzięki małżeństwu z kongresmanem Dolley Madison weszła w najwyższe kręgi towarzyskie i polityczne Filadelfii. Nie brakowało jej talentów towarzyskich, miała pamięć do nazwisk i twarzy, potrafiła też rekompensować niedostatki Jamesa, który nie umiał gawędzić o błahostkach i tworzyć swobodnej atmosfery. Dolley była wymarzoną panią domu.

W 1801 roku Jefferson podniósł Madisona do godności sekretarza stanu. Dolley zabawiała teraz nie tylko polityków, ale także zagranicznych dyplomatów, a w miarę jak rosły jej umiejętności, Jefferson coraz częściej zapraszał ją, by pomagała mu podejmować gości w Domu Prezydenta. Nim w 1809 roku została pierwszą damą, Dolley Madison znana już była w politycznych kręgach i zdobyła doświadczenie niezbędne, by podołać wymaganiom tej roli.

Dolley rozpoczęła kadencję w wielkim stylu, wydając pierwszy w historii bal inauguracyjny. Jej strój opisała Margaret Bayard Smith:

Miała suknię z bladego, cielistego aksamitu, prostą w kroju, z bardzo długim trenem, lecz bez najmniejszej ozdoby, oraz piękne kolczyki, bransolety i naszyjnik z pereł. Przybranie głowy stanowił turban z aksamitu w tym samym kolorze i z białej satyny (z Paryża), z dwoma wspaniałymi piórami rajskiego ptaka.

Margaret Smith, pisarka, która stała się przyjaciółką Dolley, przyczyniła się w istotny sposób do przeobrażenia Dolley Madison w sławę w skali całego kraju. Mąż Margaret, Samuel, wydawał "National Intelligencer", pierwszą gazetę o ogólnokrajowym zasięgu. "Intelligencer" zamieszczał doniesienia o przyjęciach urządzanych przez Dolley, o jej strojach, a nawet ulubionych zwierzętach. Amerykanki zaczęły naśladować styl pierwszej damy. Ten rodzaj reklamy uczynił z niej kreatorkę mody dla całych Stanów Zjednoczonych, jak dziś bywają gwiazdy filmu i telewizji.

Pierwszą innowacją, jaką wprowadziła Dolley w Białym Domu, było przywrócenie cotygodniowych przyjęć, na wzór tych wydawanych przez Marthę Waszyngton i Abigail Adams, a których Jefferson zaprzestał na rzecz obiadów w mniejszym gronie. Po raz pierwszy Dolley urządziła levée[6] - jak je nazywano - w środę, 30 marca 1809 roku. Pierwsza dama wystąpiła w stroju, którego nie powstydziłaby się królowa, lecz zdołała zadbać o dobre samopoczucie gości, jej crushes[7] - bo pod taką nazwą stały się znane - były okazjami do doskonałej zabawy.

Dolley krążyła swobodnie między gośćmi, podczas gdy jej mniej towarzyski małżonek zaszywał się w kącie jednej z reprezentacyjnych sal, by pogrążyć się w dyskusji na tematy polityczne. Jeden ze smakołyków, które Dolley serwowała na swoich przyjęciach, stał się ulubionym przysmakiem Amerykanów. Były to lody, francuski specjał, z którym zapoznała się dzięki Jeffersonowi, a który podawała przy bufecie w małych czarkach z ciasta. Dolley chętnie dzieliła się przepisem ze swoimi gośćmi i wkrótce cały kraj zajadał się lodami.

Madisonowie wydawali także obiady dla 20-30 osób. Te ekskluzywne imprezy pozwalały prezydentowi poznać poglądy politycznych przeciwników i sojuszników w bardziej intymnej atmosferze. Dolley Madison zasiadała u szczytu stołu, bowiem, jak mówiono, mąż wysoko cenił jej takt i umiejętność subtelnego kierowania konwersacją. Wiedział on także, że pociągająca, pełna życia małżonka to jego polityczny atut, zaś umieszczenie jej na eksponowanym miejscu wśród gości zwiększa atrakcyjność zaproszenia do Białego Domu.

Jefferson nieraz polegał na Dolley, gdy miał przyjąć w Białym Domu damy, zazwyczaj głównym obowiązkiem żony prezydenta było spotkanie z małżonkami oficjeli, którzy w wielkiej liczbie przebywali w Waszyngtonie. To zadanie nabierało szczególnego znaczenia podczas sesji Kongresu. Dolley nazywała te spotkania "przyjęciami dla gołąbek". Być może ich znaczenie nie ograniczało się tylko do rozrywki towarzyskiej, gdyż pozwalały one gospodyni wydobyć od zaproszonych dam informacje na temat poglądów ich mężów na aktualne kwestie polityczne.

Wszystkie te rozrywki wymagały znacznych nakładów finansowych. Dolley kazała urządzić na nowo Biały Dom za cenę 11 000 dolarów, wówczas była to fortuna. Ze względu na coraz dłuższe listy gości podwojono liczbę służby, a Dolley dokupiła sreber i porcelany. Także jej kreacje kosztowały niemało. Amerykański konsul we Francji uskarżał się, że bardzo wiele czasu zajmuje mu poszukiwanie najmodniejszych strojów i dodatków dla "Lady Presidentress" Madison.

Kobiety w całym kraju starały się upodobnić do Dolley, naśladując jej upodobanie do tabaki, miłość do lodów, a nawet kupując - jak ona - papugi. Abigail Adams, która pragnęła dyktować styl, świadomie wybierała jedwabie zamiast noszonych przez Marthę Waszyngton muślinów. Nie udało jej się jednak wzbudzić takiego zainteresowania, z jakim spotykały się wszystkie poczynania Dolley, mimo że ta wcale się o to nie starała. Kobiety naśladowały ją zarówno w wyglądzie, jak i upodobaniach, choć w rzeczywistości najbardziej podziwiały pasję życia Dolley.

Dolley z radością korzystała z uroków życia, jej namiętność nie obejmowała jednak sfery polityki. Bywała na posiedzeniach Izby Reprezentantów i Senatu, zachęcała też kobiety, by czyniły podobnie, lecz zachowało się niewiele świadectw potwierdzających, by we własnym imieniu starała się wywierać wpływ na decyzje polityków. Abigail Adams pozostawiła niewątpliwy dowód swej aktywności w tej dziedzinie w postaci korespondencji z mężem. Martha Waszyngton jako pierwsza dama była wzorem dyskrecji, posuwając się nawet do tego, że po śmierci małżonka spaliła wszystkie listy, jakie do siebie napisali. Jednak w późniejszym okresie goście posiadłości w Mount Vernon mieli okazję poznać jej polityczne poglądy, które wyrażała tak swobodnie, iż nie sposób wątpić, że polityka przez całe życie stanowiła jej pasję. Natomiast Dolley Madison była pierwszą damą w zupełnie innym stylu. Owszem, opiekowała się niektórymi osobami z kręgu swych znajomych, ułatwiając im uzyskanie państwowych stanowisk. Jednak w porównaniu z Abigail Adams, która chętnie sprawowała ten rodzaj politycznego patronatu, Dolley cechowała większa wstrzemięźliwość. Pisarz Washington Irving na przykład wyrażał rozczarowanie, gdy nie uczyniła najmniejszego wysiłku, by pomóc mu zdobyć intratną posadę w dyplomacji.

James Madison objął fotel prezydencki, gdy Europą wstrząsały wojny napoleońskie, zaś jego prezydenturę naznaczyły konflikty zbrojne, których kulminacją była wojna 1812 roku. Francja i Wielka Brytania, dwaj najbardziej zaciekli antagoniści, stanęli do walki, a Stany Zjednoczone znalazły się między nimi jak w potrzasku. Podczas balu inauguracyjnego udało się uniknąć drobnego incydentu dyplomatycznego z udziałem wszystkich trzech krajów. Ambasadorzy francuski i angielski spodziewali się, że otrzymają miejsca tuż obok Dolley Madison, lecz pierwsza dama z zimną krwią opanowała sytuację, siadając dokładnie pomiędzy nimi. Prezydent nie był jednak w stanie z równą łatwością rozwiązywać problemów polityki zagranicznej. Starał się doprowadzić do ustalenia równowagi pomiędzy oboma krajami, lecz amerykańska dyplomacja oraz sankcje handlowe zawiodły. W 1809 roku, na trzy dni przed zakończeniem swojej kadencji, Jefferson podpisał Non-Intercourse Act (Ustawę o braku stosunków), która zakazywała handlu z Wielką Brytanią i Francją, co miało być odwetem za zatrzymywanie amerykańskich statków handlowych. Madison wprowadził ustawę w życie, lecz przyniosła tak niewielki skutek, że kontakty handlowe z oboma krajami zostały przywrócone pod warunkiem, że kraje te będą respektować neutralność Stanów Zjednoczonych. Jednak tylko Francja przystała na takie rozwiązanie, co zaowocowało nowymi sankcjami, tym razem wymierzonymi tylko w Wielką Brytanię. W 1811 roku Brytyjczycy namówili do powstania Indian Szaunisów. Choć zostali oni wraz ze sprzymierzonymi z nimi plemionami pokonani przez generała - i przyszłego prezydenta - Williama Henry'ego Harrisona w bitwie pod Tippecanoe, na angielską prowokację Madison zareagował wypowiedzeniem wojny. Atak wojsk amerykańskich na Kanadę dał Brytyjczykom pretekst do inwazji i zniszczenia Waszyngtonu. W 1815 roku bitwa pod Nowym Orleanem dała Ameryce nowego bohatera i pomogła odbudować narodową dumę, tak mocno nadwątloną przez zniszczenie stolicy. Nacierające w kierunku Nowego Orleanu oddziały angielskie liczebnością dwukrotnie przewyższały obrońców miasta, zorganizowanych pod wodzą generała Andrew Jacksona, lecz doświadczeni w walkach z Indianami żołnierze i osadnicy z pogranicza okazali się niełatwymi dla Brytyjczyków przeciwnikami. Otoczyli ich i zabili 2600 ludzi, sami tracąc tylko ośmiu. Bitwa pod Nowym Orleanem stała się tematem popularnej ballady, którą wciąż, przy wtórze śpiewu zebranych, grają zespoły w irlandzkich pubach w Stanach Zjednoczonych.

Gdy w 1816 roku Andrew Jackson przybył do Waszyngtonu, Dolley Madison powitała go jak bohatera. Gości było tak wielu, że ledwie można było się poruszać. Pragnąc - jak twierdziła pierwsza dama - zapewnić lepsze oświetlenie, nakazała niewolnikom, by ustawili się w salach jako "żywe świeczniki".

Można się spierać, czy w istotnych kwestiach Dolley Madison przyczyniła się do rozbudowania roli małżonki prezydenta. Jako pierwsza spośród pierwszych dam udzieliła oficjalnego wywiadu do gazety. Podczas wojny wygłaszała krótkie patriotyczne mowy, co także było precedensem. Po wojnie wypełniała obowiązki na rzecz społeczności jako członkini zarządu Washington City Orphans Asylum (Przytułku dla sierot miasta Waszyngton) i zachęciła inne damy z towarzystwa, by także wspomogły tę instytucję. Nie tylko uczyniła donację w postaci 20 dolarów oraz krowy, ale także zajęła się szyciem ubrań dla sierot i namawiała do tego inne kobiety. Jest to pierwszy udokumentowany przypadek, by pierwsza dama wykorzystała swój wpływ oraz pozycję dla wsparcia akcji dobroczynnej.

Rola pierwszej damy uległa rozszerzeniu także w sferze ceremoniału i handlu. Jej imieniem ochrzczono statek. Nuty skomponowanego na jej cześć menueta sprzedawano w całej Ameryce. Potentat handlu produktami bobrzymi, John Jacob Astor, którego powodzenie zależało od transportu morskiego, wiedząc o zainteresowaniu Dolley modą, obsypywał ją prezentami, wśród których były także futra. Dolley Madison uświadomiła Ameryce niewypowiedzianą dotąd głośno prawdę: kobieta o wysokiej pozycji może wywierać wpływ nie tylko na swego męża (a czasem ponad nim), lecz również na całe społeczeństwo. Niektórzy ludzie zaczęli czynić starania, by zdobyć przychylność pierwszej damy dla swoich zamiarów. To także stało się precedensem.

Kończąc drugą kadencję, James Madison jako polityk znajdował się u szczytu popularności. Historycy zgadzają się, że gdyby zapragnął, z łatwością wygrałby wybory po raz trzeci. Jednak Madison, podobnie jak przed nim Waszyngton i Jefferson, postanowił nie kandydować. Wraz z żoną opuścili stolicę, do której Dolley powróciła już jako wdowa. Także wówczas cieszyła się dużą popularnością.

Podczas prezydentury Polka nieraz zdarzało się, że goście wychodzili wcześniej z przyjęć w Białym Domu, by odwiedzić Dolley. Sarah Polk nie chciała podawać alkoholu w Białym Domu, lecz Dolley nie miała podobnych skrupułów, jeśli chodzi o raczenie gości trunkami! Gdy w 1849 roku 82-letnia Dolley po raz ostatni brała udział w przyjęciu w Białym Domu, włożyła swój charakterystyczny turban z piórami. Zmarła kilka miesięcy później. Jej pogrzeb, wystawny jak oficjalna uroczystość państwowa, podobno zrobił większe wrażenie niż pochówek jakiegokolwiek prezydenta. Dolley Madison jako jedyna pierwsza dama została wyróżniona przyznaniem honorowego miejsca w Kongresie.

Elizabeth Kortright Monroe

23. w rankingu Siena College Research Institute

Pierwsza dama w latach 1817-1825 u boku 5. prezydenta

La belle Americaine - piękna Amerykanka

Określenie, jakim obdarzyli Elizabeth Monroe Francuzi

Nic lepiej nie ilustruje problemów, w jakie obfitowały losy Elizabeth Monroe, niż historia ślubu jej najmłodszej córki. Uroczystość ta, która miała być pierwszą tego rodzaju w Białym Domu, okazała się punktem krytycznym w "bezsensownej wojnie protokołu" - według określenia sekretarza stanu Johna Quincy'ego Adamsa. Musiał on pilnie użyć swych dyplomatycznych umiejętności, by uśmierzyć buntownicze nastroje mieszkańców Waszyngtonu, których sprawa ta intrygowała, ale i oburzała.

Siedemnastoletnia Maria była zaręczona ze swoim kuzynem, młodszym asystentem prezydenta, Samuelem Lawrence'em Gouverneurem. Ponieważ rzecz działa się w zhierarchizowanym światku polityki, każdy, kto w Waszyngtonie uważał się za osobę o znaczącej pozycji, niecierpliwie oczekiwał na zaproszenie. W miarę, jak zbliżała się data ślubu, napięcie wzrastało w sposób niekontrolowany.

Dolley Madison wydałaby wystawne przyjęcie weselne, lecz bardziej powściągliwi Monroe'owie woleli urządzić skromniejszą, bardziej prywatną uroczystość. Starsza siostra Marii, Elizabeth, w rodzinie nazywana Elizą, zajęła się planowaniem wesela. Podczas prezydentury Monroego Eliza często przejmowała obowiązki organizatorki i gospodyni imprez towarzyskich w Białym Domu, pomagając matce, o której mówiono, że choruje. Istnieją pewne dowody przemawiające za hipotezą, że Elizabeth Monroe cierpiała na epilepsję. Eliza nie wysłała zaproszeń do zagranicznych dyplomatów, a nawet zasugerowała, żeby nie przysyłali podarunków. Aby zaspokoić ciekawość opinii publicznej i wymagania świata polityki, młoda para miała - po powrocie z pięciodniowej podróży poślubnej - wydać skromne przyjęcie w Białym Domu. Dla uczczenia zaślubin zaplanowano zorganizowanie kilku balów, z których jeden miał się odbyć w rezydencji komandora Stephena Decatura na Lafayette Square, położonej po przeciwnej stronie Pennsylvania Avenue względem Białego Domu.

Na pierwszy rzut oka był to dobry kompromis. Monroe'owie nie doceniali jednak ogromu snobizmu wśród członków młodej klasy politycznej Waszyngtonu. Gdy do Białego Domu dotarły echa rosnącego niezadowolenia, sekretarza stanu Adamsa wysłano, by udał się do domów wszystkich urażonych dygnitarzy i wytłumaczył im osobiście, że ślub jest prywatną sprawą rodziny Monroe'ów. Jego wysiłek był jednak zupełnie niepotrzebny. Nim nadszedł dzień ślubu, pierwsza dama, Elizabeth Monroe, była najbardziej znienawidzoną osobą w kręgach towarzyskich miasta. Wpływowi mieszkańcy Waszyngtonu spodziewali się, że będą obecni na ceremonii ślubu, a nie tylko na oficjalnym przyjęciu, zorganizowanym niemal tydzień potem. Nawet plany innych rozrywek uległy niespodziewanemu zakłóceniu, gdyż dwa dni po balu Stephen Decatur otrzymał w swoim domu śmiertelną ranę w pojedynku. Na czas żałoby odwołano wszystkie przyjęcia w stolicy. "Apolityczne" wesele w Białym Domu okazało się towarzyską katastrofą. Monroe'owie nie zrozumieli, że wszystko, co się dzieje w Waszyngtonie - nawet rodzinne wesele - ma znaczenie polityczne, zaś sfera prywatności mieszkańców Białego Domu jest niezwykle wąska.

Ten błąd wydaje się zaskakujący w przypadku kobiety, której postępowanie, nim została pierwszą damą, sugeruje, że nie brakowało jej doświadczenia w życiu towarzyskim. Elizabeth Kortright urodziła się we wpływowej nowojorskiej rodzinie, której bogactwo wzrosło na zalegalizowanym piractwie. Jej ojciec, trudniący się kaperką podczas wojen z Francją i Indianami, zatrzymywał statki, które pływały pod francuską banderą, po czym handlował ich ładunkiem oraz samymi jednostkami.

Nastoletnia Elizabeth poznała Jamesa Monroego w owym czasie przebywającego w Nowym Jorku w charakterze członka Kongresu Kontynentalnego. Wysoki i przystojny weteran wojny o niepodległość musiał być ciekawą postacią. Brał udział w kilku kampaniach pod dowództwem Waszyngtona i został poważnie ranny w bitwie pod Trenton. Nim zakończył swą karierę w wojsku, dosłużył się stopnia podpułkownika i zyskał zaufanie Waszyngtona. W 1786 roku poślubił liczącą zaledwie 17 lat Elizabeth.

Całe swe dorosłe życie Elizabeth spędziła w otoczeniu polityków i dyplomatów. W roku 1794, gdy Waszyngton mianował Monroego posłem we Francji, małżeństwo przeniosło się do Paryża. Tam Elizabeth Monroe wsławiła się tym, że pomogła markizie de Lafayette uniknąć śmierci na gilotynie. Działo się to w najstraszniejszym okresie rewolucyjnego terroru. W ciągu sześciu tygodni stracono ponad 1500 osób, między innymi matkę markizy de Lafayette. Jej mąż został zatrzymany w Austrii, a ona sama przebywała w paryskim więzieniu. Bezpośrednia interwencja ze strony nowo mianowanego posła amerykańskiego raczej nie przyniosłaby zamierzonego skutku, z pewnością nie byłaby też zgodna z instrukcjami Waszyngtona, który zalecał ostrożność i zachowanie neutralności w sprawach dotyczących Francuzów.

Wydaje się prawie pewne, że Elizabeth i James wspólnie opracowali chytry plan. Postanowili wykorzystać opinię publiczną, a zwłaszcza właściwą jej umiejętność wywoływania zamętu, i przygotowali powóz, który miał zwracać uwagę jaskrawymi barwami. Młoda Elizabeth udała się samotnie do więzienia, posuwający się powoli przez ulice pojazd przyciągnął zainteresowanie tłumów. Jasna twarz i ciemne loki Elizabeth stanowiły frapujący widok. Stając pod bramą więzienia, miała już sporą asystę.

Elizabeth głośno oznajmiła swe przybycie, starając się, by tłum usłyszał, że jest żoną amerykańskiego posła. Strażnicy zgodzili się wyprowadzić madame Lafayette, aby kobiety mogły się przywitać. Uściskały się na oczach ciekawskich paryżan. Nadzieje małżonków Monroe spełniły się: wieść o ich trosce o los markizy szybko rozniosła się po mieście. Niebawem James mógł się spotkać z Komitetem Bezpieczeństwa Publicznego, któremu podlegali więźniowie. Sprytna manipulacja, w której małżonkowie Monroe wykorzystali opinię publiczną, zaowocowała bezpiecznym uwolnieniem madame Lafayette. Gdy 30 lat później markiz odwiedził Amerykę, w podzięce wręczył im dwie marmurowe obudowy do kominków. Można je oglądać do dziś w Ashlawn-Highland, plantacji Monroe'ów pod Charlottesville w Wirginii.

Francuzi nazywali Elizabeth la belle Americaine - piękną Amerykanką. Wszystko wskazuje, że w Paryżu była popularna i podziwiana ze względu na swoje talenty towarzyskie. Zarówno ona, jak i jej małżonek zbliżyli się do swych francuskich gospodarzy - tak bardzo, że w 1796 roku Waszyngton ponownie powołał Jamesa na stanowisko posła we Francji. W 1803 roku Jefferson wyznaczył mu funkcję wysłannika nadzwyczajnego i posła pełnomocnego we Francji, dokąd oboje z Elizabeth powrócili jeszcze raz. Tym razem był to krótki epizod. Choć Monroe zręcznie prowadził negocjacje z Napoleonem w sprawie zakupu terytorium Luizjany, Jefferson obawiał się, że doszło między nimi do zbyt dużego zbliżenia, które mogłoby narazić na szwank neutralność, jaką - zdaniem prezydenta - powinno zachować nowe państwo. Monroe był posłem we Francji zaledwie pół roku, po czym został mianowany na takie samo stanowisko w Wielkiej Brytanii.

W 1810 roku Madison mianował Monroego sekretarzem stanu. Małżonkowie przeprowadzili się do Waszyngtonu. Wydaje się, że Elizabeth dobrze dawała sobie radę w roli gospodyni w środowisku członków korpusu dyplomatycznego i miała powodzenie w towarzyskich kręgach stolicy.

Świadomość ogromnego sukcesu, jaki odniosła w Paryżu oraz najwyraźniej udanego debiutu w Waszyngtonie każe się tym bardziej dziwić niepopularności Elizabeth Monroe jako pierwszej damy. Trzeba jednak podkreślić, że następczyni Dolley Madison była w tej roli skazana na niepowodzenie. Dolley uczyniła siebie i Biały Dom towarzyskim centrum Waszyngtonu, niezwykle wysoko podnosząc poprzeczkę w kwestii oczekiwań wobec przyszłych prezydenckich małżonek. Ustanowiła standard, któremu niewiele kobiet byłoby w stanie sprostać. W przypadku Elizabeth Monroe problemem nie było jednak to, że Dolley była wyjątkowo trudnym wzorem do naśladowania, lecz to, że Elizabeth nawet nie starała się jej dorównać.

Objąwszy obowiązki pierwszej damy, Elizabeth Monroe od razu dała wszystkim do zrozumienia, że nie będzie wypełniać męczącego obowiązku oddawania wizyt, który znosiły wszystkie jej poprzedniczki. W praktyce rewizyty oznaczały każdego dnia wiele godzin podróżowania powozem po wyboistych drogach lub zmuszały do brnięcia w błocie niebrukowanych ulic w celu odwzajemnienia uprzejmości żonom senatorów, kongresmanów i dyplomatów. W erze przed wynalezieniem telefonu ten ważny sposób okazywania grzeczności zabierał bardzo wiele czasu, będąc przy tym nieskuteczną i niepewną metodą nawiązywania kontaktów. Odwiedzająca równie dobrze mogła dowiedzieć się, że gospodyni wyszła z domu, by sama składać wizyty, jak również zastać ją w salonie, oczekującą na gości. W XIX wieku osoby z towarzystwa krążyły bez ustanku, pozostawiając swoje karty wizytowe i otrzymując wizytówki, nim doszło do spotkania. Można to porównać do wymiany telefonów, lecz zużywającej więcej czasu i wymagającej większego wysiłku.

Sposób wyznaczania pozycji w społeczeństwie XIX-wiecznym różnił się od dzisiejszego, zwłaszcza w zhierarchizowanym światku Waszyngtonu. W XXI wieku mieszkańcy stolicy poznają swoje miejsce na drabinie społecznej dzięki częstotliwości, z jaką odpowiada się na ich telefony. Stwierdzenie Elizabeth Monroe, że nie będzie oddawać wizyt, uderzyło w najgłębsze społeczne obawy członków klasy politycznej. Choć kontynuowała tradycję regularnych levées, jej postępowanie musiało trafić w najczulszy punkt. "W salonie u prezydenta stał wczoraj żałosny rząd pustych krzeseł - pisała jedna z pań - przybyło tylko pięć dam". Niektórzy z komentatorów uważają, że żonie głowy państwa z rozmysłem czyniono afronty.

Za wymówkę usprawiedliwiającą zmianę w protokole posłużyło słabe zdrowie Elizabeth. Istniały spekulacje, jakoby Elizabeth była epileptyczką, której zdarzały się nieprzewidziane ataki. Jeśli tak, mogło to uzasadniać jej pragnienie, by ograniczyć publiczne wystąpienia. Jednak waszyngtończycy zauważyli, że - w tych rzadkich chwilach, gdy pojawiała się między ludźmi - jej wygląd zaprzeczał opowieściom o kłopotach ze zdrowiem. Piękna Elizabeth wydawała się młodsza niż w rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy to rzeczywiście niedomagania fizyczne stanowiło powód, dla którego unikała bywania w towarzystwie, wyjaśnienie nie zostało powszechnie przyjęte.

Niebawem nieprzychylne dla Elizabeth porównania z Dolley Madison przekształciły się w oskarżenia, że zaczyna się zachowywać jak królowa. Niechęć do pierwszej damy pogłębiła się, gdy remontowany od czasu pożaru w 1814 roku Biały Dom został otwarty dla odwiedzających w dzień Nowego Roku 1818.

Kongres przegłosował, by na cele remontu i ponownego wyposażenia rezydencji przeznaczyć 20 000 dolarów. Elizabeth z zapałem zajęła się realizacją tego zadania. Wynajęła francuską firmę Russela i La Farge'a, by zajęła się urządzeniem wnętrz; wkrótce skromniejsze, wykonane z ciemnego lśniącego drewna i zdobione ornamentami z brązu umeblowanie w stylu kolonialnym zostało zastąpione meblami sprowadzonymi z Francji. Niektóre z nich nosiły jeszcze herb Ludwika XVIII. Również we Francji powstał serwis według nowego wzoru, z amerykańskim orłem pośrodku talerzy i półmisków. W efekcie radosną i swobodną atmosferę, którą nadała wnętrzom Dolley Madison, zastąpił bardziej królewski i surowy styl empire. Mieszkańcom Waszyngtonu musiał się wydawać obcy. Pragnąc jak najszybciej urządzić rezydencję, Monroe'owie użyli części własnych mebli, wynagradzając to sobie sumą 9000 dolarów ze skarbu państwa. Takie postępowanie, w połączeniu z przekroczeniem budżetu na remont Białego Domu i koniecznością wielokrotnego uchwalania przez Kongres dodatkowych funduszy, aby wyrównać braki, wywołało niewielki skandal, specjalna komisja Kongresu musiała zająć się uporządkowaniem finansów.

Na wielką ceremonię ponownego otwarcia Białego Domu Elizabeth włożyła suknię uszytą według najnowszych trendów mody francuskiej. Szeptano, że na ten jeden importowany strój wydała 1500 dolarów. Elizabeth nie stała się jednak kreatorką stylu - przeciwnie, wyszydzono ją za to, że przybiera pyszną postawę monarchini. Jeden z gości noworocznego przyjęcia skrytykował ją za "królewskie" skinienie głową, którym witała przybywających. Takie zachowanie pozwalało dokonywać kolejnych niekorzystnych dla Elizabeth porównań z bardziej energiczną Dolley Madison. Poprzednia pierwsza dama także wydawała majątek na swoje suknie - za jeden tylko transport importowanych strojów należało uiścić podatek w wysokości 2000 dolarów - lecz każdy ruch Elizabeth dostarczał pożywki krytykom w waszyngtońskiej "wojnie protokołu".

Pod koniec drugiego roku prezydentury towarzyskie życie Monroe'ów ograniczyło się do imprez w ściśle męskim gronie. Poza kilkoma godnymi odnotowania wyjątkami, takimi jak obiad wydany dla markiza de Lafayette, kadencja Jamesa Monroego pod względem towarzyskim nie była warta wspomnienia.

Pozostaje to w jaskrawym kontraście z wyjątkowymi osiągnięciami tego prezydenta w dziedzinie polityki i dyplomacji. Aby zmniejszyć międzynarodowe napięcie, zapoczątkował serię ugód zawartych z Wielką Brytanią, dotyczących Stanów Zjednoczonych i Kanady, którą rozpoczął traktat Rusha-Bagota z 1818 roku, ustanawiający zmniejszenie flot wojennych Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych na obszarze Wielkich Jezior. Inne umowy regulowały kwestie łowisk oraz linii demarkacyjnej, wytyczonej wzdłuż 49. równoleżnika. W oparciu o osiągnięcia Monroego przyszli prezydenci kontynuowali dzieło demilitaryzacji pogranicza amerykańsko-kanadyjskiego. W wyniku ich starań powstała najdłuższa na świecie granica, po której obu stronach nie ma znaczących sił wojskowych. Obecnie traktujemy pokojowe stosunki z Kanadą jako coś naturalnego, lecz podczas kadencji Monroego sprawa ta daleka była od przesądzenia.

W polityce wewnętrznej Monroe starał się utrzymać równowagę między stanami niewolniczymi a wolnymi. Podpisany przezeń Kompromis Missouri[8] jednocześnie określał Maine jako stan wolny, zaś Missouri jako stan niewolniczy. Poglądy Monroego były w jego czasach postępowe: popierał emancypację i powrót czarnych do Afryki. To podczas jego kadencji Liberię uczyniono przystanią dla byłych niewolników, zaś jej stolicę Monrowię nazwano od jego nazwiska.

Najważniejszym osiągnięciem piątego prezydenta pozostaje sformułowanie doktryny Monroego. Nie jest ona oficjalnym traktatem ani międzynarodową konwencją, lecz wypowiedzianą przez prezydenta deklaracją, której siła zapobiegła jednak ingerencjom Europejczyków na półkuli zachodniej. Jeszcze ponad wiek później doktryna Monroego stanowiła jedną z podstaw polityki zimnej wojny, mającej na celu powstrzymanie postępów komunizmu w Ameryce Łacińskiej.

W 1820 roku Monroe został ponownie wybrany na prezydenta. Nie spotkał się z najmniejszą opozycją. Wszyscy członkowie kolegium elektorów - poza jednym, który zdecydował się oddać głos na Johna Quincy'ego Adamsa, choć ten nie prowadził kampanii prezydenckiej - głosowali na Monroego. Ten wynik pozostaje rekordem do dzisiaj. Podczas dwóch pełnionych przez niego kadencji walki między partiami osłabły tak bardzo, że federaliści praktycznie znikli ze sceny politycznej jako zorganizowana siła. Czasy Monroego zostały zapamiętane jako "era życzliwości".

Trudno ocenić polityczne wpływy Elizabeth Monroe w okresie dwóch prezydentur jej męża. Urywki korespondencji wskazują na to, że odegrała pewną rolę w sprawach polityki, między innymi na fakt, że przyczyniła się do sformułowania zasad doktryny Monroego. Inaczej niż płodna epistolografka Abigail Adams czy niekryjąca swych poglądów Martha Waszyngton, kończąc pełnienie obowiązków pierwszej damy, Elizabeth Monroe pozostawiła nam niewiele wyraźnych śladów swej działalności. Nie sposób stwierdzić na pewno, w jakich obszarach wywierała wpływ na polityczne decyzje męża.

Niezależnie traktująca protokół, zdecydowana sama planować swój czas, broniąca prywatności rodziny, Elizabeth pozostaje postacią zagadkową. Jak to możliwe, by kobieta tak świadoma znaczenia opinii publicznej, zdolna wykorzystać ją, by ratować życie madame de Lafayette, okazała się tak głucha na jej wymagania, będąc już pierwszą damą?

Można przypuszczać, że był to świadomy wybór. Z powodów, których być może nigdy w pełni nie zrozumiemy, Elizabeth Monroe postanowiła nie starać się dorównać Dolley Madison. Przyszłe pierwsze damy mogłyby jej dziękować za precedens, jaki ustanowiła, biorąc w swe ręce zarządzanie własnym czasem.

Elizabeth Monroe zmarła w Oak Hill, rezydencji Monroe'ów w hrabstwie Loudoun w Wirginii, 23 września 1830 roku. Mąż przeżył ją o 19 miesięcy. W swej autobiografii wyraził wdzięczność za to, że dzieliła z nim obowiązki publiczne, jakie na ich małżeństwo nałożyły rewolucja oraz jej polityczne następstwa.

Nie do wybaczenia byłoby zachować dla siebie stwierdzenie, że nieprawdopodobieństwem wydaje się, aby jakakolwiek kobieta wywiązała się z zadań wynikających ze związku z takim partnerem (jak ja), wymagającym takich starań, a także z zadań matki i rodzicielki, z większą uwagą, delikatnością i stosownością niż ona.

James zmarł 4 kwietnia 1831 roku.