Randka w ciemno - Ella Andrup

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Cho­dzę ner­wowo po miesz­ka­niu. Ken­dra wy­bie­gła w zło­ści już kilka go­dzin temu. Nie za­dzwo­niła ani nie na­pi­sała. Nie od­pi­suje na moje ese­mesy. Kurde, ale je­stem głupi. Dla­czego po­zwo­li­łem jej odejść? Idiota ze mnie. Dla­czego nic nie po­wie­dzia­łem ani nie zro­bi­łem cze­goś, żeby ją za­trzy­mać? Czy już ją stra­ci­łem? Nie, nie po­zwolę na to. Mu­szę ją tylko od­na­leźć, a po­tem wszystko prze­ga­damy.

Gdy dzwo­nię po raz trzeci, Vega na­dal twier­dzi, że Ken­dra nie od­zy­wała się ani do niej, ani do Emmy Jo. Kur­czę, co ro­bić? Jak, do cho­lery, mam do niej do­trzeć? Z fru­stra­cji rwę włosy z głowy, prze­kli­nam i walę pię­ścią w ścianę. Nie po­maga. Mu­szę zna­leźć Ken­drę.

W po­śpie­chu ła­pię jesz­cze w przed­po­koju klu­czyki do sa­mo­chodu i scho­dzę na par­king pod­ziemny. Nie po­doba mi się, że mu­szę to zro­bić, ale wy­szu­kuję nu­mer i dzwo­nię do Aslana, jed­no­cze­śnie wrzu­cam bieg.

- Halo - od­zywa się szorstki głos.

- Aslan... Tu Lo­gan, od Ken­dry... - Nie koń­czę, Aslan mi prze­rywa.

- Prze­cież wiem, do li­cha, kim je­steś. Czego? - Te­raz już brzmi nie tyle szorstko, ile od­py­cha­jąco.

- Czy jest u cie­bie Ken­dra? - py­tam i nie­na­wi­dzę się za to. Po­wiedz, że nie, po pro­stu od­po­wiedz: nie! Wła­ści­wie jed­nak mam na­dzieję, że po­twier­dzi, wtedy wie­dział­bym przy­naj­mniej, gdzie ona jest.

- Ken­dra? Nie, no co ty. Nie mu­sisz jej od razu po­dej­rze­wać o... Ale co się dzieje? Dla­czego, do cho­lery, dzwo­nisz i py­tasz o nią? - Złość Aslana na­gle za­mie­nia się w nie­po­kój. - Coś jej się stało? Ostrze­gam, je­śli przez cie­bie...

Prze­ry­wam po­łą­cze­nie i jadę w kie­runku miesz­ka­nia Ken­dry.

Już z da­leka wi­dzę wy­soki apar­ta­men­to­wiec. Za­czyna mnie ogar­niać nie­zro­zu­miały lęk, jak­bym spóź­niał się na ja­kieś ważne wy­da­rze­nie. Par­kuję sa­mo­chód na pierw­szym wol­nym miej­scu, cho­ciaż jest prze­zna­czone dla nie­peł­no­spraw­nych. Wy­sia­dam i zer­kam w górę na bu­dy­nek.

Wo­kół pa­nuje ci­sza. Zmro­ziło mnie. Moje serce prze­staje bić. Krew od­pływa z mó­zgu i od razu za­czyna mi się krę­cić w gło­wie. Na bal­ko­nie miesz­ka­nia Ken­dry do­strze­gam dwie sto­jące obok sie­bie po­staci. Trzy­mają się za ręce, ale to nie dla­tego świat wo­kół mnie za­czyna się roz­pa­dać. Ci lu­dzie stoją po nie­wła­ści­wej stro­nie po­rę­czy.

- Ken­dra! Nie, Ken­dra!!! Nie skacz! - Za­czy­nam biec i za­uwa­żam Jimmy'ego. W de­spe­ra­cji krzy­czę do niego. Może jemu uda się ją po­wstrzy­mać. - Jimmy, po­móż jej... Ken­dra!!!

Wi­dzę po jej ru­chach, że za­nim zro­biła krok do przodu, usły­szała mnie. Jest jed­nak za późno. Nie da się jej ura­to­wać. Dziew­czyna spada już w kie­runku bez­li­to­snego chod­nika.

Moje serce za­styga. Czuję się, jakby ktoś wy­rwał mi je z piersi. Krzy­czę gło­śno i nie­przy­tom­nie. Ken­dra rzu­ciła się w to samo po­wie­trze, w któ­rym te­raz roz­cho­dzi się mój krzyk. Gdyby tylko słowa mo­gły schwy­tać tę naj­pięk­niej­szą, naj­cu­dow­niej­szą istotę, jaką kie­dy­kol­wiek w ży­ciu spo­tka­łem, a po­tem od­dać mi ją całą i zdrową.

To ozna­cza dla mnie ko­niec ży­cia.

Ken­dra chce umrzeć u mych stóp. Za­my­kam oczy i cze­kam na od­głos zde­rze­nia jej ciała z zie­mią...

Roz­dział 1

Kry­sta­liczny dźwięk ude­rza­ją­cych o sie­bie kie­lisz­ków gi­nie w okrzy­kach wzno­szo­nych przez nas to­a­stów. Przez chwilę za­lega ci­sza, w trak­cie któ­rej de­lek­tu­jemy się bo­ga­tym bu­kie­tem wina, po czym nie­mal chó­rem wzdy­chamy za­do­wo­lone.

Emma Jo od­zywa się jako pierw­sza.

- Ostat­nio trudno nam było umó­wić się na ta­kie spo­tka­nie. Zdaję so­bie sprawę, że je­stem pra­co­ho­liczką, ale wła­śnie dla­tego po­trze­buję was, dziew­czyny. Z kim in­nym mia­ła­bym ob­ga­dy­wać swo­ich ko­le­gów z biura? - Śmieje się, ale wiemy z Vegą, że mówi, co my­śli. Nie jest ła­two wy­trzy­mać w pracy z ty­ra­ni­zu­ją­cymi ko­le­gami, któ­rzy na­gmin­nie kradną ci po­my­sły i przy­pi­sują so­bie twoje suk­cesy.

- Nie mu­sisz prze­cież cze­kać na na­sze winne wie­czory, żeby so­bie ulżyć. Je­śli mam po­trzebę, piję rów­nież i we wto­rek, ale masz zu­pełną ra­cję... - Vega prze­rywa na chwilkę, żeby prze­łknąć łyk wina. - Też uwa­żam, że wszystko cią­gle kręci się wo­kół pracy. Kiedy, do cho­lery, będę mieć dość czasu, żeby zna­leźć so­bie fa­ceta? Jak tak da­lej pój­dzie, to pew­nie wy­pad­nie na ko­goś z pracy i szcze­rze mó­wiąc, nie chcę tego. Nie, dzię­kuję!

Wzno­simy to­ast, żeby w ten spo­sób za­ma­ni­fe­sto­wać na­sze po­par­cie dla jej słów.

- A pro­pos fa­ce­tów. Na­prawdę nic cie­ka­wego nie dzieje się w wa­szym ży­ciu? Mam ochotę po­słu­chać o wa­szych sza­lo­nych eska­pa­dach. Wie­cie prze­cież, że je­stem ich cie­kawa, bo sama ra­czej nie ko­rzy­stam z tego typu przy­jem­no­ści.

- Ostat­nio mam dość wszyst­kich fa­ce­tów, a na­wet je­śli ja­kiś się zbliża, za­bi­jam go wzro­kiem, tak że nie, żad­nych dzia­łań na moim fron­cie - pod­kre­śla Emma Jo. - A co tam u na­szej be­auty qu­een? Za­zwy­czaj już po kilku dniach znaj­du­jesz so­bie nową ofiarę. Przy­znaj się, kogo te­raz trzy­masz na muszce?

- Ni­kogo szcze­gól­nego. Mam prze­rwę... Te flirty, randki, ro­manse za­czy­nają mnie mę­czyć... - ucina Vega, ale wi­dać po niej, że jesz­cze nie skoń­czyła. Trzeba je­dy­nie po­zwo­lić jej na ze­bra­nie my­śli. - Ni­gdy nie są­dzi­łam, że ta­kie słowa w ogóle przejdą mi przez usta, ale... Wy­daje mi się, że mam ochotę na coś wię­cej. Dłuż­szy zwią­zek z ro­man­tycz­nymi ko­la­cjami. Spa­cery. Dziki, spon­ta­niczny seks... - do­daje, a my wy­bu­chamy śmie­chem.

- To zna­czy, że może wła­śnie od­kry­łaś swój nowy cel. Za dużo było w tych przy­go­dach me­lo­dra­matu ro­dem z ta­nich ro­man­si­deł... - chi­cho­cze Emma Jo. - Choć to w ogóle do cie­bie nie­po­do­bne... Ale czemu nie? Go for it, girl! Nie­stety jed­nak ta­kie po­sta­no­wie­nie nie na­daje się na wy­zwa­nie!

- No wła­śnie, prze­cież... - pisz­czy Vega w unie­sie­niu - czas na wy­zwa­nie! Czyja te­raz ko­lej?

Mnie także za­czyna wcią­gać ten na­strój, pod­eks­cy­to­wana cze­kam na coś wy­jąt­ko­wego. Wy­zwa­nia przyj­mu­jemy zwy­kle na zmianę. Mu­simy za­wsze - nie­za­leż­nie od ich ro­dzaju - za­ak­cep­to­wać je i wy­ko­nać z na­le­żytą sta­ran­no­ścią. Już pięć lat wy­my­ślamy so­bie na­wza­jem różne za­da­nia. Mimo że nie­które z nich koń­czyły się ka­ta­strofą, nie da­jemy za wy­graną. Dzięki wy­zwa­niom bar­dziej się do sie­bie zbli­ży­ły­śmy, choć kilka razy mało bra­ko­wało, a by­śmy się przez nie po­kłó­ciły.

Na­gle, zu­peł­nie bez żad­nego po­wodu Emma Jo wy­bu­cha za­raź­li­wym śmie­chem i po chwili śmie­jemy się ra­zem. Kiedy w końcu od­zy­skuje od­dech, mówi:

- Sorry, ale przy­po­mniało mi się, jak cię aresz­to­wano, Ken­dra. Chcia­łam wtedy, że­byś ku­piła ja­kiś seks­ga­dżet. - Emma znowu za­czyna chi­cho­tać.

Pa­mię­tam tę sy­tu­ację aż za do­brze.

- Oj nie, choć­bym bar­dzo chciała, ni­gdy tego nie za­po­mnę... - Nie­spo­dzie­wany ru­mie­niec po­ja­wia się na mo­ich po­licz­kach. - Na­prawdę pró­bo­wa­łam wy­ma­zać ten dzień z pa­mięci - do­daję, cho­wa­jąc twarz w dło­niach, pod­czas gdy Emma Jo i Vega zwi­jają się ze śmie­chu.

- Ni­gdy w ży­ciu nie przy­pusz­cza­ła­bym, że od­wa­żysz się coś ukraść! Na­sza mała, nie­winna i nie­śmiała Ken­dra, która za­wsze jest taka po­prawna, pew­nego dnia prze­mie­niła się w zło­dzie­jaszka - do­daje Emma, śmie­jąc się do utraty tchu. - Można po­wie­dzieć, że mia­łaś dwa wy­zwa­nia w jed­nym.

- No wiesz, nie mo­głam tak po pro­stu pójść do kasy i ku­pić sztucz­nego pe­nisa albo jesz­cze coś gor­szego - wy­rzu­cam z sie­bie i przy­po­mi­nam so­bie, jak w tam­tym skle­pie ogar­nęła mnie pa­nika. Co mia­łam zro­bić? Nie zna­łam asor­ty­mentu, więc albo mu­sia­łam po­pro­sić o po­moc, albo... Tak, po pro­stu wzię­łam pierw­szą lep­szą rzecz. Ni­gdy nie wy­co­fa­ła­bym się z wy­zwa­nia, a już na pewno nie wtedy, gdy za nie­wy­ko­na­nie za­da­nia grozi fun­do­wa­nie dziew­czy­nom wy­cieczki do Lon­dynu, z za­ku­pami włącz­nie.

- Ja­sne, pierw­szą lep­szą. Trzeba na­zy­wać rze­czy po imie­niu, nie? Dasz radę po­wie­dzieć na głos pas ze sztucz­nym pe­ni­sem? Ze wszyst­kich ga­dże­tów mu­sia­łaś aku­rat wy­brać pas z pe­ni­sem... - W ro­ze­śmia­nym gło­sie Vegi sły­chać po­dziw i za­że­no­wa­nie. - Kur­czę, o czym ty wtedy my­śla­łaś?

- Wzię­łam coś z półki i scho­wa­łam do torby. Nie mia­łam po­ję­cia, co to było. Prze­cież nie mo­głam wie­dzieć, że sprze­dawca cały czas ob­ser­wo­wał mnie przez ka­merę - pró­buję się tłu­ma­czyć, bo mimo że to wy­zwa­nie uzna­wa­łam za jedną z ka­ta­strof, na jego wspo­mnie­nie też się uśmie­cham.

- Nie za­po­mnę miny po­li­cjan­tów, gdy po cie­bie przy­je­cha­ły­śmy na po­ste­ru­nek. Oni też le­dwo się po­wstrzy­my­wali od śmie­chu. Je­stem prze­ko­nana, że gdy­byś tylko chciała, mo­gła­byś któ­re­goś z nich za­li­czyć. Fa­ceci w mun­du­rach są prze­cież sek­sowni. - Vega wzdy­cha zna­cząco.

- Pew­nie my­śleli, że je­stem ja­kąś per­wer­syjną suką, a do tego tchórz­liwą, która wsty­dzi się ku­po­wać seks­ga­dżety. Może fa­ceci w mun­du­rach są sek­sowni, ale ja wolę ich trzy­mać na bez­pieczną od­le­głość - pod­kre­ślam, ma­cha­jąc rę­kami w ge­ście od­mowy, żeby wy­raź­nie po­ka­zać, co o tym my­ślę.

- Shit... idzie oj­czu­lek - szep­cze Emma Jo, śmie­jąc się.

- Do­bry wie­czór, dro­gie pa­nie.

Uśmie­cham się lekko, sły­sząc ten głę­boki i cie­pły głos. Nasz ulu­biony kel­ner pod­szedł do ma­łego, okrą­głego sto­lika, który zaj­mu­jemy w po­pu­lar­nej, dość za­tło­czo­nej re­stau­ra­cji. Wiemy do­kład­nie, co za­raz po­wie.

- Nie dość że je­ste­ście mo­imi ulu­bio­nymi, naj­pięk­niej­szymi klient­kami, to jesz­cze naj­gło­śniej­szymi - mówi, uśmie­cha­jąc się. - Dro­gie pa­nie, do­brze wie­cie, co chcę wam prze­ka­zać... Bar­dzo pro­szę, weź­cie pod uwagę obec­ność in­nych go­ści i roz­ma­wiaj­cie tro­chę ci­szej.

- Bar­dzo mi przy­kro, pa­nie sze­fie - od­po­wiada Vega for­mal­nym to­nem. - Nie chcia­ły­śmy prze­szka­dzać. Bę­dziemy ci­szej.

- Dzię­kuję. To nie­zmier­nie miło - mówi, przej­mu­jąc ton Vegi, ale za­raz do­daje szep­tem: - Cie­kaw je­stem, kto dziś do­sta­nie ko­lejne wy­zwa­nie.

Gdy po­now­nie zo­sta­jemy same, Emma Jo wraca do roz­mowy o fa­ce­tach w mun­du­rach:

- Przy­po­mi­nam so­bie tam­tych przy­stoj­nych ra­tow­ni­ków me­dycz­nych z ka­retki po­go­to­wia, tacy mo­gliby mnie czule prze­ba­dać...

- Ach, ja też ich pa­mię­tam... A ty, Ken­dra, pa­mię­tasz? Gdy wzię­łaś na ce­low­nik mój lęk wy­so­ko­ści i za­żą­da­łaś, że­bym prze­szła się po rusz­to­wa­niu.

Te­raz już nie mogę się po­wstrzy­mać od śmie­chu, ale pró­buję mó­wić ci­cho:

- Pew­nie, rany... Ty cy­ko­rze! Da­ła­byś radę, gdy­byś nie była taką drama qu­een, wpa­dłaś w hi­ste­rię. Prze­cież wcale nie było aż tak wy­soko.

- Nie, dzię­kuję, dzie­się­cio­cen­ty­me­trowe szpilki w zu­peł­no­ści mi wy­star­czają - pod­su­mo­wuje Vega, która z za­sady nie lubi tra­cić gruntu pod no­gami. Do­słow­nie. Pró­bo­wa­ły­śmy kie­dyś na­mó­wić ją na prze­jażdżkę prze­szkloną windą ze­wnętrzną. Pod­da­ły­śmy się w mo­men­cie, gdy za­gro­ziła, że spu­ści nam wpier­dol, zu­peł­nie na po­waż­nie.

- Fajni byli ci dwaj ra­tow­nicy z ka­retki, szcze­gól­nie po­tem, gdy już dali mi leki prze­ciw­bó­lowe! - do­daje Vega.

Wszyst­kie wy­bu­chamy śmie­chem, a ja wy­obra­żam so­bie, jak nasz kel­ner wła­śnie marsz­czy brwi.

- Nie by­łaś cał­kiem przy­tomna, do tego zła­mana ręka i skrę­cona kostka. Na­prawdę... - szy­dzi z Vegi Emma Jo, jakby zła­mana ręka to nie było nic wiel­kiego.

- Zda­jesz so­bie sprawę, że do tej pory za­wsze, gdy robi się zimno, mam pro­blemy z tą sztywną kostką? A masz po­ję­cie, jak trudno cho­dzi się w szpil­kach po ta­kiej kon­tu­zji? - Vega sili się na po­wagę, ale nie spo­sób się z niej nie śmiać.

- Weź le­piej cia­steczko na otar­cie łez! Mo­żesz po­ży­czyć ode mnie kon­wersy. Nie ro­zu­miem, jak ty w ogóle mo­żesz co­dzien­nie cho­dzić w bu­tach na ob­ca­sach - na­śmiewa się Emma Jo.

- Tu cho­dzi o styl i klasę, więc ni­gdy nie wło­ży­ła­bym two­ich kon­wer­sów z tym sa­mym prze­ko­na­niem co ty. Wszyst­kie też do­brze wiemy, że ty ra­czej nie po­win­naś za­kła­dać de­si­gner­skich bu­tów - od­pala Vega.

- Na pewno by­ła­bym wdzięczna za far­ma­ko­lo­gię, jaką do­sta­łaś wtedy w ka­retce, gdy ro­bi­ły­śmy so­bie ta­tu­aże. Cho­lera, ale bo­lało - do­daje Emma. Zu­peł­nie nie­świa­do­mie pod­no­szę rękę i do­ty­kam skóry za uchem, gdzie pięk­nym, ka­li­gra­ficz­nym pi­smem za­pi­sane są dwa słowa.

- A te­raz - Vega na­gle pro­mie­niuje prze­sad­nym en­tu­zja­zmem - przy­szła pora na nowe wy­zwa­nie, a ja wy­my­śli­łam ide­alne dla Ken­dry.

- Ej, ostat­nio też by­łam ja. Te­raz to chyba na cie­bie ko­lej, Vega - pró­buję się wy­krę­cić, ale do­brze wiem, że mi się nie uda. Umó­wi­ły­śmy się prze­cież, że mu­simy przyj­mo­wać rzu­cane nam wy­zwa­nia.

- Może i tak, ale to za­da­nie po pro­stu mu­sisz wy­ko­nać. - Vega bły­ska­wicz­nie mnie uci­sza. Dum­nie przed­sta­wia nam szcze­góły swo­jego po­my­słu. - W pią­tek wy­stro­imy cię jak na­leży i pój­dziesz na randkę w ciemno, a do­kład­nie na speed da­ting.

- Co?! No weź!

- Ależ tak... Masz dość od­wagi?

Roz­dział 2

- Ken­dra, po­cze­kaj tu chwilę, a ja w tym cza­sie przy­niosę wię­cej bia­łego wina. - Kroki Vegi od­da­lają się w ko­ry­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do kuchni. Sły­szę, jak otwiera lo­dówkę.

Ma­cham rę­kami, żeby la­kier do pa­znokci szyb­ciej wy­schnął. Te­raz już po­winno być w po­rządku. Vega dała z sie­bie wszystko, żeby za­pew­nić mi per­fek­cyjny look, a ja w stu pro­cen­tach po­le­gam na jej umie­jęt­no­ściach. Po­wie­dzia­łam jej, że nie chcę wy­glą­dać jak pro­sty­tutka, więc spró­bo­wała pod­kre­ślić mój na­tu­ralny wdzięk: fran­cu­ski ma­ni­cure, neu­tralny make-up, duże, mięk­kie loki ze­brane w po­zor­nie nie­sfor­nym koku. Aby uwy­dat­nić moją opa­le­ni­znę, zo­sta­wiła kilka opa­da­ją­cych na ra­miona pu­kli wło­sów. Wy­brała mi rów­nież su­kienkę. Stwier­dziła, że nikt nie przej­dzie obo­jęt­nie obok tego mroź­no­nie­bie­skiego je­dwa­biu. Są­dzę jed­nak, że tro­chę prze­sa­dza.

Vega wraca z wi­nem, po czym wci­ska mi do ręki pełny kie­li­szek.

- Pij, mała! Wy­glą­dasz, jak­byś tego po­trze­bo­wała!

Ma­czam usta w lo­do­wa­tym drinku i od razu czuję, jak prze­cho­dzą mnie ciarki, choć al­ko­hol zo­sta­wia po so­bie cie­pły ślad. Jest le­piej, niż się spo­dzie­wa­łam, a dzięki od­po­wied­niej ilo­ści al­ko­holu i do­świad­cze­niu Vegi w dzie­dzi­nie mody i urody czuję się nie tylko zmy­słowo, ale i sek­sow­nie. Na­dal nie je­stem do końca prze­ko­nana do tego wy­zwa­nia, ale spró­bo­wać trzeba.

Dawno nie by­łam na żad­nej randce, a jesz­cze daw­niej w po­waż­nym związku, dla­tego mu­szę wy­ci­snąć z wie­czoru tyle, ile się tylko da. Dla­czego wła­ści­wie speed da­ting w ciemno? Sama na­zwa brzmi dzi­wacz­nie. Poza tym mu­szę przy­znać, że choć to może być zwy­kłe uprze­dze­nie, za­sta­na­wiam się, co za typ lu­dzi przy­cho­dzi na ta­kie im­prezy.

Vega wy­darła się na mnie ostat­nio, gdy po raz ko­lejny dys­ku­to­wa­ły­śmy na ten te­mat. Stwier­dziła, że ci­skam kiep­skimi wy­mów­kami. Speed da­ting to po­do­bno ide­alne roz­wią­za­nie dla za­go­nio­nych fa­ce­tów, któ­rzy nie mają czasu na prze­sia­dy­wa­nie co week­end w ba­rach ani na cza­to­wa­nie na por­ta­lach rand­ko­wych. Tymi sło­wami ucina dys­ku­sję.

- Tak­sówka już przy­je­chała. - Lekko po­de­ner­wo­wany głos Vegi wy­rywa mnie z za­my­śle­nia. Przy­ja­ciółka przy­tula mnie po­spiesz­nie i ca­łuje w po­li­czek. Mam wra­że­nie, że jest rów­nie spięta jak ja.

- Po­wo­dze­nia. To na pewno bę­dzie cu­do­wny wie­czór!

Za­nim za­mknie za mną drzwi, chwy­tam jesz­cze swoją la­skę i zmie­rzam w stronę scho­dów. Na dole sły­szę, że na ze­wnątrz ktoś wy­siada z auta. To pew­nie do­brze znany mi kie­rowca tak­sówki Ema­nuel chce się ze mną przy­wi­tać. Cie­płą dło­nią ła­pie mnie za ra­mię, żeby bez­piecz­nie za­pro­wa­dzić mnie do sa­mo­chodu. Moje zmy­sły sku­piają się na za­pa­chu wody po go­le­niu, któ­rej za­wsze używa.

- Wi­taj, bo­gini! Wy­glą­dasz prze­cu­dow­nie! Kim jest ten szczę­ściarz? - do­py­tuje się Ema­nuel, a jed­no­cze­śnie, jak przy­stało na dżen­tel­mena, po­maga mi wsiąść do auta.

- Nie wiem, Ema­nu­elu - od­po­wia­dam szcze­rze, si­ląc się na uśmiech.

***

Gdy do­cie­ram na miej­sce, ktoś pro­wa­dzi mnie do stołu z jed­nym krze­słem, na któ­rym ostroż­nie sia­dam. Go­spo­dyni za­pew­nia mnie, że męż­czy­zna, który usią­dzie po prze­ciw­nej stro­nie, bę­dzie wi­dział rów­nie nie­wiele przez wi­szącą mię­dzy nami za­słonę. Świa­do­mość, że po­zo­stanę ano­ni­mowa, uspo­kaja mnie. Je­śli sy­tu­acja wy­mknie się spod kon­troli i bę­dzie słabo, tak jak się spo­dzie­wam, wy­mknę się po ci­chu tak, że nikt nie zdąży mnie za­uwa­żyć.

Cze­ka­jąc na po­czą­tek przed­sta­wie­nia, wsłu­chuję się w ota­cza­jące mnie dźwięki. Pró­buję na­sta­wić się po­zy­tyw­nie, ale zde­ner­wo­wa­nie i wąt­pli­wo­ści są sil­niej­sze. Zbie­ram się w so­bie, bo nie uśmie­cha mi się fi­nan­so­wać dziew­czy­nom wy­cieczki do Lon­dynu. Ni­gdy nic nie wia­domo. Czyż nie dla­tego wła­śnie za­czę­ły­śmy sta­wiać so­bie na­wza­jem wy­zwa­nia? Żeby żyć ciut in­ten­syw­niej, pró­bo­wać rze­czy, któ­rych ina­czej by­śmy nie zro­biły. Pa­mię­ta­jąc więc o tych wszyst­kich faj­nych za­da­niach, pró­buję wziąć się w garść.

Pierw­szy fa­cet, który siada przede mną, spra­wia wra­że­nie mi­łego. Grzecz­nie pyta, czym się zaj­muję i czym się in­te­re­suję. Do­brze, że nie pyta o coś tak ba­nal­nego jak na przy­kład wy­gląd. Od­wza­jem­niam py­ta­nia i szybko wy­ła­nia się ob­raz do­brego ojca ro­dziny, po­rzu­co­nego przez żonę dla in­nego. Sam te­raz zaj­muje się dwójką dzieci i w ogóle nie kryje, że na­dal ca­łym ser­cem ko­cha byłą żonę. Robi mi się go okrop­nie żal, ale to oczy­wi­ste, że sporo czasu musi jesz­cze upły­nąć, nim bę­dzie go­towy na ko­lejny zwią­zek. Wszystko, co mówi, w ja­kimś sen­sie do­ty­czy jego by­łej. Kiedy sły­szę dzwo­nek za­po­wia­da­jący zmianę part­nera, grzecz­nie mu dzię­kuję za po­świę­cony czas i od­sy­łam go da­lej. Okej, pierw­sze koty za płoty. Nie tak źle, wła­ści­wie tro­chę nudno. Mu­szę jesz­cze dać szansę kilku ko­lej­nym, żeby móc po­wie­dzieć, że za­li­czy­łam.

Na­stępny męż­czy­zna to cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo po­przed­niego. Już z da­leka czuć za­pach ta­niej wody ko­loń­skiej. Nie trzeba go wi­dzieć, żeby po­czuć jego aro­gan­cję. In­stynkt pod­po­wiada mi, że musi być nie­przy­jemny dla ko­biet. Może to za­brzmieć jak uprze­dze­nie, ale moje prze­czu­cia za­zwy­czaj się spraw­dzają. Opo­wiada płyt­kie i spro­śne żarty. Mówi cią­gle o so­bie, z jed­nym wy­jąt­kiem, gdy pyta, czy mam duże cycki i czy mia­ła­bym ochotę pójść z nim do łóżka. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że sam uważa się za dar nie­bios dla ko­biet. Gdy od­sy­łam go da­lej, jesz­cze za­nim do­biega nas sy­gnał o zmia­nie, od razu sły­szę urazę w jego zmie­nio­nym gło­sie.

Ogar­nia mnie znu­że­nie i za­sta­na­wiam się, czy to był naj­lep­szy po­mysł. Po­ja­wia się myśl o wyj­ściu, ale po­sta­na­wiam zo­stać, bo prze­cież cena za wy­co­fa­nie się z wy­zwa­nia jest dość wy­soka.

Kiedy ko­lejny fa­cet zaj­muje miej­sce na­prze­ciwko, moje zmy­sły sku­piają się na przy­jem­nej woni jego per­fum. Nie­świa­do­mie biorę głę­boki od­dech, aby za­pach mnie prze­nik­nął.

- Do­bry wie­czór - od­zywa się ni­skim, szorst­kim gło­sem i od razu po­bu­dza moją wy­ob­raź­nię. - Mam na imię Lo­gan... - Milk­nie, cze­ka­jąc na moją re­ak­cję.

Naj­pierw od­chrzą­kuję, po czym od­po­wia­dam prze­jęta:

- Do­bry wie­czór, mam na imię Ken­dra. Miło cię po­znać.

- I na­wza­jem. Mogę za­py­tać, co cię tu spro­wa­dza? Bra­łaś już udział w ta­kiej za­ba­wie?

- Nie, ni­gdy - wy­rwało mi się tro­chę za szybko. - To jest... Hm, może tro­chę dziwne, ale... Moje przy­ja­ciółki rzu­ciły mi wy­zwa­nie. Po­le­gało wła­śnie na wzię­ciu udziału w ta­kim wy­da­rze­niu oraz oczy­wi­ście zna­le­zie­niu faj­nego chło­paka. Mu­szę przy­znać, że już mia­łam wy­cho­dzić, bo pierw­sze dwa spo­tka­nia nie oka­zały się wiel­kim suk­ce­sem...

- Do trzech razy sztuka, nie tak się mówi?

Aha, te­raz na pewno się uśmie­cha.

- Cie­szę się za­tem, że zo­sta­łaś. Ja też je­stem tu pierw­szy raz i chyba też nie do końca tu pa­suję. Może to za­brzmi mało ory­gi­nal­nie, ale za­ry­zy­kuję... Wy­da­jesz się fajna.

Choć fak­tycz­nie nie po­pi­sał się kre­atyw­no­ścią, pod­daję się jego uro­kowi.

- Mogę cię o coś za­py­tać?

- Oczy­wi­ście! Ina­czej ni­gdy nie przej­dziemy do ko­lej­nego etapu - od­po­wia­dam roz­ba­wiona, pró­bu­jąc go w ten spo­sób za­chę­cić.

Roz­mowa za­czyna się to­czyć. Pyta, co spra­wia mi w ży­ciu naj­więk­szą przy­jem­ność, a ja bez za­sta­no­wie­nia od­po­wia­dam, że ra­dość dzieci. Kiedy re­aguje cie­płym śmie­chem, znowu mi się wy­daje, że ma w so­bie coś, co mnie przy­ciąga.

Po chwili sły­szymy dźwięk oznaj­mia­jący zmianę part­ne­rów. Co ro­bić? Nie dam so­bie ode­brać ta­kiej szansy. Nie chcę ry­zy­ko­wać ko­lej­nych spo­tkań z fa­ce­tami, któ­rych in­te­re­suje je­dy­nie roz­miar mo­jego sta­nika. Mu­szę dzia­łać, za­nim odej­dzie.

- Co po­wiesz na po­szu­ka­nie ja­kie­goś in­nego, bar­dziej od­po­wied­niego na taką roz­mowę miej­sca? - py­tam, jed­no­cze­śnie przy­ła­puję się na tym, że ner­wowo stu­kam ob­ca­sem o pod­łogę. Może jed­nak le­piej było za­gad­nąć, czy nie in­te­re­suje go przy­pad­kiem roz­miar mo­jej bie­li­zny. Te­raz albo ni­gdy.

- Bar­dzo chęt­nie - od­po­wiada tro­chę zbyt ocho­czo, a mnie na­wet śmie­szy ten jego prze­sadny en­tu­zjazm.

Ogar­nia się jed­nak i do­daje:

- Mo­żemy się spo­tkać na ze­wnątrz. Wy­daje mi się, że są tu­taj dwa od­dzielne wyj­ścia. Jak cię roz­po­znam?

Zu­peł­nie za­po­mnia­łam, że prze­cież jesz­cze mnie nie wi­dział, przez moje ciało prze­cho­dzi dreszcz nie­po­koju. A może po­win­nam po­wie­dzieć mu o tym już te­raz... Nie, nie czas na za­sta­na­wia­nie się, mó­wię więc szybko: - Błę­kitna su­kienka, któ­rej nie da się prze­oczyć - a w my­ślach do­daję jesz­cze "i sta­nik w roz­mia­rze 75B". Szybko wstaję, żeby nie po­ża­ło­wać zbyt po­chop­nej de­cy­zji. Nie­źle, tak bez­po­śred­nia i za­dziorna za­zwy­czaj nie je­stem.

Stoję ty­łem do bu­dynku. Cie­płe wie­czorne po­wie­trze de­li­kat­nie pie­ści moją skórę. Szal wisi na ra­mie­niu i za­krywa la­skę, którą trzy­mam w dłoni. Nie dla­tego, że się wsty­dzę, ale nie chcę ry­zy­ko­wać, że na jej wi­dok chło­pak za­wróci i odej­dzie. Nie byłby to pierw­szy raz, kiedy fa­cet ucieka przez białą la­skę.

- Hm... Masz ra­cję. Ta­kich su­kie­nek po­winno się za­ka­zać - szep­cze mi do ucha głę­boki, mę­ski głos. Cie­pło jego ciała łą­czy się z moim, a zmy­sły łap­czy­wie wy­chwy­tują za­pach wody ko­loń­skiej. Uśmie­cham się, od­wra­ca­jąc się w jego stronę.

- Wy­jaw mi prawdę, tu musi być ja­kaś pu­łapka - cią­gnie. - Czego szuka tak prze­piękna ko­bieta na speed da­ting w ciemno? - Sły­szę, że mówi bez złych in­ten­cji, ale jego słowa są jak nóż w serce, czuję, jak­bym tra­ciła grunt pod no­gami. Pu­łapka, można i tak to na­zwać, wiem już, że znik­nie za­pewne tak szybko, jak się po­ja­wił. Pod­trzy­muje mnie za ra­mię, pyta, czy wszystko okej, ale zwal­nia lekko w środku zda­nia, te­raz już zo­ba­czył i wie.

- Tak... Tak, wszystko okej, a naj­więk­sza pu­łapka to fakt, że je­stem nie­wi­doma - pró­buję brzmieć pew­nie, ale głos ła­mie mi się lekko przy ostat­nim sło­wie.

Wy­czu­wam, że robi krok w tył, przy­go­to­wuję się za­tem na po­rażkę. Ostry gwizd prze­szywa ci­szę, tak że pra­wie pod­ska­kuję, po­tem sły­szę od­głos ha­mul­ców pod­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu.

- Na­sza ka­reta przy­je­chała - mówi Lo­gan bez cie­nia wa­ha­nia w gło­sie, kła­dzie rękę na mo­ich ple­cach i pro­wa­dzi mnie w stronę kra­węż­nika, a po­tem od razu do tak­sówki. Słowo "na­sza" do­daje mi otu­chy i znowu oży­wia mo­tylki w brzu­chu. Gdy męż­czy­zna już sie­dzi obok mnie w tak­sówce, po­daje kie­rowcy na­zwę re­stau­ra­cji, któ­rej nie znam.

- Mam na­dzieję, że lu­bisz ta­pas, bo mam za­miar dziś wie­czo­rem za­pew­nić ci masę pysz­no­ści.

Mo­tylki w moim brzu­chu ko­tłują się jak osza­lałe, bu­dząc w ten spo­sób całe ciało.

Gdy do­cie­ramy do re­stau­ra­cji, wy­czu­wam dużo róż­nych przy­jem­nie pach­ną­cych przy­praw. Lo­gan trzyma rękę na mo­jej ta­lii i pew­nie pro­wa­dzi mnie do wska­za­nych nam miejsc. Za­cho­wuje się jak dżen­tel­men, jego ru­chy wy­dają się na­tu­ralne, ra­czej nie trak­tuje mnie spe­cjal­nie, bo je­stem nie­wi­doma. Mięk­kie dy­wany w re­stau­ra­cji świad­czą o jej wy­so­kim stan­dar­dzie. Krze­sła są cięż­kie i ta­pi­ce­ro­wane za­równo na sie­dze­niu, jak i na opar­ciu. W lo­kalu roz­brzmiewa dys­kretna mu­zyka, do­piero po chwili orien­tuję się, że grana jest na żywo na pia­ni­nie gdzieś w głębi sali.

Lo­gan pyta, czy je­stem na coś uczu­lona lub może cze­goś nie lu­bię, a po­nie­waż od­po­wiedź brzmi "nie", za­ma­wia dla nas obojga. Do­sta­jemy zimne, mu­su­jące wino, moja głowa staje się lekka. Roz­mowa to­czy się bez oporu i szybko obej­muje ko­lejne te­maty. Gdy ser­wują nam je­dze­nie, Lo­gan przy­siada się do mnie. Za każ­dym ra­zem, gdy bie­rze coś no­wego, naj­pierw opi­suje, z czego się składa, a po­tem daje mi do po­sma­ko­wa­nia, pro­sto do buzi. Ni­gdy przed­tem nie za­sta­na­wia­łam się nad tym, że je­dze­nie i seks mogą sta­no­wić taką mie­szankę wy­bu­chową. Roz­pa­lam się co­raz bar­dziej. Przez chwilę zo­sta­wia swój pa­lec na dłu­żej na mo­ich ustach, a ja od­waż­nie wy­li­zuję go do su­cha. Sły­szę, jak mru­czy, gdy ostroż­nie go pod­gry­zam. Wszyst­kie moje zmy­sły pra­cują in­ten­syw­nie, a wino jesz­cze po­tę­guje ten efekt w ca­łym ciele. Tro­chę dres­singu zo­staje mi na bro­dzie, lecz Lo­gan szybko ociera ją ser­we­tką i za­nim re­aguję, jego usta już do­ty­kają mo­ich.

Od­su­wam się prze­stra­szona, ale od razu ża­łuję. Po­chy­lam się w jego kie­runku, szep­cząc:

- Choć już się naja­dłam, mam jesz­cze ochotę na de­ser... - Znaj­duję dło­nią jego kark i po­woli pro­wa­dzę palce wzdłuż kra­wę­dzi koł­nie­rzyka aż do kra­wata, za który mocno chwy­tam, żeby przy­cią­gnąć fa­ceta do sie­bie. Na­sze twa­rze są tak bli­sko sie­bie. Czuję pro­mie­niu­jące od niego cie­pło. Na­sze usta po­now­nie się do­ty­kają. Od­su­wam się jed­nak de­li­kat­nie i wcią­gam głę­boko po­wie­trze prze­siąk­nięte mę­sko­ścią, wodą ko­loń­ską i po­żą­da­niem.

- Oh, fuck... - ję­czy ci­cho, po czym woła do kel­nera: - Po­pro­szę ra­chu­nek!

***

Jazda tak­sówką to eg­za­min z sa­mo­kon­troli. W po­wie­trzu wisi na­pię­cie, a ręka, którą Lo­gan po­ło­żył na moim ko­la­nie, pa­rzy i roz­pala mnie jak po­chod­nię. Ry­suje pal­cem wska­zu­ją­cym esy-flo­resy na we­wnętrz­nej czę­ści mo­jego uda. Czuję, że je­stem już wil­gotna i go­towa.

Gdy tak­sówka się za­trzy­muje, zu­peł­nie nie umiem roz­po­znać oko­licy. Jak­by­śmy byli na pod­ziem­nym par­kingu, bo każdy nasz krok po wyj­ściu z sa­mo­chodu od­bija się cha­rak­te­ry­stycz­nym dla be­tonu echem. Sta­jemy i cze­kamy na windę. Od­kąd opu­ści­li­śmy re­stau­ra­cję, nie ode­zwa­li­śmy się do sie­bie ani sło­wem. Winda przy­jeż­dża, a Lo­gan po­zdra­wia męż­czy­znę, pew­nie ja­kie­goś są­siada, ale nie na­wią­zuje roz­mowy. Wła­ści­wie na­wet nie wiem, czy je­ste­śmy w win­dzie sami, dla­tego za­cho­wuję spo­kój, mimo że moje ciało do­maga się do­tyku dłoni męż­czy­zny.

Lo­gan kła­dzie swą cie­płą rękę na mo­ich ple­cach, jakby sły­szał, o czym my­ślę, aby po chwili prze­su­nąć ją na po­śladki, piesz­cząc je de­li­kat­nie.

Po wyj­ściu z windy znowu się do ko­goś od­zywa, co zna­czy, że chyba ten czło­wiek nam w niej to­wa­rzy­szył. Moje ob­casy gło­śno stu­kają o po­sadzkę, która ko­ja­rzy mi się z luk­su­sem. Tym­cza­sem Lo­gan, cały czas trzy­ma­jąc rękę na mo­ich ple­cach, pro­wa­dzi mnie do swo­jego miesz­ka­nia.

Wcho­dzimy do środka. Bie­rze ode mnie szal i to­rebkę i gdzieś od­kłada. Cią­gle mil­czymy. Po­żą­da­nie przej­muje kon­trolę i lekko go po­py­cham, aż do ściany. Moje usta znaj­dują jego, aby po­łą­czyć się w na­mięt­nym po­ca­łunku. Na­sze ręce wę­drują wszę­dzie, za­chłan­nie ba­damy sie­bie na­wza­jem. Kiedy wresz­cie ła­piemy od­dech, Lo­gan chwyta mnie i pod­nosi. Spla­tam nogi wo­kół jego bio­der, a moja cipka, w tej po­zy­cji zu­peł­nie zde­ma­sko­wana, pul­suje w kon­tak­cie z jego twar­dym człon­kiem. Czuję, że jest tak samo złak­niony mnie, jak ja jego.

Przed ko­lej­nym kro­kiem ściąga mi jesz­cze gumkę z wło­sów, tak że loki opa­dają na ra­miona. Ostroż­nie kła­dzie mnie na stole. Chłód tej po­wierzchni spra­wia przy­jem­ność roz­pa­lo­nej skó­rze. Gdy leżę na ple­cach, Lo­gan sta­wia moje stopy na bla­cie, a po­tem roz­chyla ko­lana. Je­stem te­raz przed nim ob­na­żona. Su­kienkę pod­ciąga do góry i wil­got­nymi po­ca­łun­kami prze­suwa się od brzu­cha w kie­runku łona. Ca­łuje moje wargi sro­mowe przez cienki ma­te­riał maj­tek, po czym ściąga je ze mnie. Je­stem tam go­rąca, mo­kra i na­brzmiała. Przez moje ciało prze­cho­dzi dreszcz, kiedy ję­zy­kiem roz­dziela więk­sze wargi, za­pew­nia­jąc mi w ten spo­sób mój pierw­szy or­gazm. Gdy liże, ssie i wciąga moją łech­taczkę ustami, jed­no­cze­śnie wsuwa we mnie pa­lec. Z tru­dem pod­no­szę się ze stołu na tyle, żeby za­nu­rzyć dło­nie w jego wło­sach, ale or­gazm przej­muje kon­trolę i wy­łą­cza resztki opa­no­wa­nia. Ję­czę gło­śno i wpy­cham jego głowę głę­biej po­mię­dzy swoje nogi. Ostat­nia fala eks­tazy koń­czy or­gazm, po czym zmę­czona opa­dam na stół, pusz­cza­jąc jego miękką czu­prynę.

Lo­gan chwyta mnie dłońmi za plecy i pod­nosi. Zdej­muje mi su­kienkę przez głowę, roz­pina sta­nik. Na­gle zdaję so­bie sprawę, że sie­dzę cał­kiem goła na stole w miesz­ka­niu ob­cego fa­ceta, który na­dal jest w pełni ubrany. Kręci mnie to.

- Gdy­byś tylko wie­działa, jaka je­steś piękna - mówi ci­cho i kła­dzie rękę na mo­jej piersi. Drugą ca­łuje, po czym za­czyna ob­li­zy­wać su­tek, który na­tych­miast tward­nieje. Kiedy na­gle piesz­czota ustaje, czuję nie­do­syt, ale po­ja­wia się lekki po­dmuch, dzięki któ­remu su­tek staje się jesz­cze tward­szy. Na­stęp­nie, gdy Lo­gan miękko ści­ska go war­gami, wy­syła mocne im­pulsy pro­sto do mo­jej cipki. Wy­do­bywa się ze mnie wtedy coś mię­dzy ję­kiem a wes­tchnie­niem.

- Chcę, że­byś mnie prze­le­ciał! - mó­wię od­waż­nie. Słowa te brzmią obco i nie­na­tu­ral­nie w mo­ich ustach, ale jed­no­cze­śnie to naj­szczer­sza prawda.

Na­gle ze wsty­dem opa­no­wuję się i przy­cią­gam nogi do sie­bie. Co ja wy­ra­biam?! Prze­cież za­zwy­czaj taka nie je­stem. Czuję, że ta moja po­trzeba jest in­stynk­towna, pier­wotna, ata­wi­styczna. Ni­gdy do tej pory tak nie re­ago­wa­łam na żad­nego fa­ceta. W se­kundę uświa­da­miam so­bie, że je­stem zu­peł­nie naga. To, co mnie przed chwilą na­krę­cało, te­raz wy­daje się nie­wła­ściwe i nie­wy­godne. Chcąc się za­kryć, krzy­żuję ręce na piersi.

- Prze­pra­szam, ja... - Co in­nego mam po­wie­dzieć? Co mogę po­wie­dzieć, żeby nie po­my­ślał, że je­stem ja­kimś roz­ka­pry­szo­nym dzie­cia­kiem, szcze­gól­nie te­raz, gdy koń­czę, za­nim sko­rzy­stał.

- Wy­bacz mi - mówi Lo­gan, okry­wa­jąc moje na­gie ciało sza­lem, a po­tem mnie obej­muje. Opiera brodę na mo­jej gło­wie, głasz­cze po wło­sach. - To ja po­wi­nie­nem prze­pra­szać. Da­łem się po­nieść i za­po­mnia­łem o sza­cunku. Ken­dra, na­prawdę bar­dzo cię prze­pra­szam.

- Nie, to ja prze­pra­szam, albo ra­czej... Ech, może le­piej skończmy z tymi prze­pro­si­nami? To ma­giczne słowo za­raz straci swą moc - stwier­dzam, za­po­mi­nam o wsty­dzie i wtu­lam się moc­niej w jego silne ra­miona. - Po­do­bało mi się... Tak na­prawdę bar­dzo mi się po­do­bało...

- Hmm... Też mia­łem ta­kie wra­że­nie - śmieje się ci­cho i nie roz­luź­nia uści­sku. - Mnie rów­nież się po­do­bało.

Pró­buję mu wy­tłu­ma­czyć, że nor­mal­nie nie mam w zwy­czaju tak się za­cho­wy­wać.

- To chyba dla­tego, że nie je­stem przy­zwy­cza­jona do rzu­ca­nia się w ten spo­sób w ra­miona przy­stoj­nych fa­ce­tów. Naj­wi­docz­niej mnie też po­nio­sło.

- Wy­daje mi się, że cza­sem nie na­leży zbyt wiele roz­my­ślać. Cho­dzi o to, żeby nie­kiedy po­pró­bo­wać cze­goś nie­bez­piecz­nego, je­śli wiesz, co mam na my­śli. - W jego gło­sie sły­chać śmiech.

Po­ta­kuję, stu­ka­jąc brodą o jego klatkę pier­siową. Je­śli nie przy­ję­ła­bym wy­zwa­nia, nie by­łoby mnie tu i tych sil­nych ra­mion wo­kół mo­jego ciała, jesz­cze cią­gle lekko drżą­cego po nie­daw­nym, cu­dow­nym or­ga­zmie.

- My­ślę, że się nie ob­ra­zisz, gdy po­wiem, mimo że to brzmi ba­nal­nie, że jest mię­dzy nami nie­zła che­mia - mam­ro­czę pro­sto w jego ład­nie pach­nącą ko­szulę. - Przy­znasz mi chyba ra­cję?

Tym ra­zem śmieje się tak gło­śno, że aż szumi mu w pier­siach. Przy­jemny, sek­sowny dźwięk. Śmieję się ra­zem z nim.

- No a co te­raz my­ślisz? Czy po­win­ni­śmy spró­bo­wać za­cho­wy­wać się po­rząd­nie i cy­wi­li­zo­wa­nie, czy może po­win­ni­śmy po­now­nie za­chłan­nie rzu­cić się na sie­bie?

Lo­gan lekko mnie od sie­bie od­ciąga i bie­rze moją twarz w swoje dło­nie. Czuję, jak mi się przy­gląda.

- Nie chcę cy­wi­li­zo­wa­nie. Chcę co naj­mniej jesz­cze je­den z tych prze­cu­dow­nych or­ga­zmów - chi­cho­czę jak na­sto­latka.

- Kur­czę, taka od­po­wiedź mnie cie­szy - mam­ro­cze ochry­ple. Znowu mnie pod­nosi, prze­cho­dzimy szybko przez miesz­ka­nie do sy­pialni. Kła­dzie mnie na łóżku. Sły­szę dźwięk spa­da­ją­cych na pod­łogę bu­tów, od­pi­na­nego roz­po­rka, cie­pły, stłu­miony dźwięk opa­da­ją­cych ubrań. Jego od­dech przy­spie­sza, a po­tem czuję, jak ma­te­rac się ugina.

Wraca at­mos­fera ocze­ki­wa­nia, na­pię­cia i pod­nie­ce­nia. Po­żą­da­nie wraca z ko­smiczną pręd­ko­ścią, a ja za­ci­skam ręce na prze­ście­ra­dle.

- Te­raz cię prze­lecę, mocno i szybko, a po­tem będę się z tobą ko­chać. I jesz­cze raz, i jesz­cze, aż bę­dziesz mnie bła­gać o li­tość - mówi roz­ka­zu­ją­cym to­nem, nie ma tu py­tań o po­zwo­le­nie.

Roz­chyla moje nogi i kła­dzie się na mnie. Jedną ręką sięga do mego kro­cza, mru­cząc z za­do­wo­le­nia, kiedy od­krywa, jaka je­stem mo­kra. Jego ciało wy­daje się ta­kie twarde, ale i mięk­kie za­ra­zem. Dra­piąc go pa­znok­ciami, zo­sta­wiam bruzdy na jego umię­śnio­nych ple­cach. Chwyta mnie w nad­garst­kach i prze­kłada mi ręce nad głowę. Je­stem te­raz cał­ko­wi­cie zdana na jego ła­skę. Moje ciało jest w pełni do­stępne i czeka z na­dzieją, aż je so­bie weź­mie.

Kiedy wcho­dzi we mnie, od­dy­cham z ulgą. Po­ru­sza się we mnie szybko i gwał­tow­nie - ję­czymy te­raz już ra­zem, chó­rem. Cał­kiem mnie wy­peł­nia, nie je­stem pewna, czy go ca­łego zmiesz­czę, aż do mo­mentu, gdy wy­czu­wam nad­cho­dzący or­gazm. Staję się jesz­cze bar­dziej mo­kra i po­żą­dam bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Wkrótce łą­czymy się we wszech­moc­nym or­ga­zmie, a on jakby ra­żony prą­dem wy­daje z sie­bie ni­ski dźwięk i opada na mnie. Dy­szy, nie mo­gąc zła­pać po­wie­trza. Jego skóra jest wil­gotna od potu. Le­żymy po­tem skle­jeni, do­cho­dząc do sie­bie. Od­dech cich­nie, a serce wraca do swo­jego zwy­kłego rytmu. Czuję się ze­rżnięta.

- Chwi­leczkę - oznaj­mia Lo­gan i zo­sta­wia mnie samą w łóżku, które na­gle wy­daje się prze­ogromne i pu­ste. Wraca do mnie ten nie­przy­jemny nie­po­kój, ale sta­ram się go stłam­sić. Wsłu­chuję się w od­głosy krzą­ta­nia w po­koju obok, a po­tem kro­ków.

- Leż spo­koj­nie. Po­my­śla­łem, że cię umyję.

Nie zdą­żam od­po­wie­dzieć, a już myjka śli­zga się po moim ciele i usuwa resztki potu, na­sie­nia oraz wszel­kich pły­nów. Nie­swojo mi, więc chcę się od­su­nąć, ale wtedy Lo­gan ca­łuje mnie i prosi, bym spo­koj­nie le­żała. De­cy­duję się być po­słuszna i sta­ram się bar­dziej zre­lak­so­wać.

- Jesz­cze z tobą nie skoń­czy­łem, Ken­dra. Masz siłę na wię­cej?

Kiedy wsty­dli­wie po­ta­kuję, pod­ciąga mnie w górę łóżka, tak bym się­gnęła po­rę­czy u wez­gło­wia. Przy­wią­zuje moje ręce czymś mięk­kim, może moim sza­lem? Je­stem znowu bez­bronna i bez­silna.

Lo­gan ostroż­nie gry­zie moje sutki, zo­sta­wia­jąc je na­brzmiałe. Jego ręka znowu wę­druje na dół po­mię­dzy moje nogi. Mo­głoby się wy­da­wać, że moje ciało ma już dość, ale nic po­dob­nego, tym ru­chem bu­dzi je znowu do ży­cia. Pal­cami de­li­kat­nie pie­ści łech­taczkę. Po ta­kim sek­sie je­stem obo­lała, więc nie szczę­dzi czasu, żeby mnie przy­go­to­wać. Każdy jego do­tyk jest spo­kojny i ła­godny. Wkłada do środka pa­lec, ma­suje, aż znowu ro­bię się tam wil­gotna. Wtedy wolno wcho­dzi we mnie i ostroż­nie po­ru­sza się w przód i w tył. Czuję, że ma­te­riał wo­kół nad­garst­ków roz­luź­nia się, moje dło­nie są znowu wolne. Miękko głasz­czę plecy Lo­gana. Na­sze ciała są sple­cione ze sobą, two­rzymy jed­ność. De­spe­racko szu­ka­jąc cią­głego kon­taktu, przy­le­gamy do sie­bie. In­ten­syw­ność tego do­świad­cze­nia po­zwala ciału na przy­ję­cie ko­lej­nego cie­płego, mięk­kiego or­ga­zmu. Spływa po mnie jak mor­ska piana na brzegu plaży.

Le­żymy tak przy­tu­leni do sie­bie, po­tem Lo­gan znowu mnie ob­mywa, a jego de­li­katne mu­śnię­cia utu­lają moje zmę­czone ciało do snu.

***

Śpimy ra­zem przez go­dzinę, ale siła przy­cią­ga­nia jest zbyt silna, by za­snąć głę­boko. Kiedy Lo­gan wstaje z łóżka, od razu się bu­dzę.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łem ci prze­szka­dzać. - Sły­szę uśmiech w jego gło­sie i wy­czu­wam za­do­wo­le­nie, że już nie śpię.

- Chodź, na­pijmy się wina.

Bie­rze mnie za rękę i na­rzuca na moje ra­miona ko­szulę. Jest długa, sięga mi do po­łowy ud. Do­kład­nie ją za­pi­nam, pod­wi­jam rę­kawy, pach­nie nim.

- Hmm... - wzdy­cham.

Moc­niej ści­ska mnie za rękę, pro­wa­dzi za sobą. Ostroż­nie sa­dza mnie na wy­so­kim krze­śle ba­ro­wym. Sia­dam ci­chutko i sły­szę, jak wyj­muje kie­liszki i bu­telkę wina.

- Wo­lisz białe czy czer­wone? - pyta.

- Aku­rat te­raz wolę zimne, białe wino. Mu­szę się tro­chę schło­dzić.

Lo­gan się śmieje, a jego śmiech jest za­raź­liwy. Wy­ciąga ko­rek z bu­telki. Na­lewa wino i prze­suwa kie­li­szek po stole w moją stronę po to, by mi go wsu­nąć do ręki, a przy oka­zji de­li­kat­nie ją mu­ska.

- Bar­dzo się cie­szę, że to mnie dzi­siaj wy­bra­łaś - stwier­dza szcze­rze. - Na zdro­wie, droga Ken­dro.

Z pie­ką­cymi po­licz­kami przy­łą­czam się do to­a­stu, po czym za­nu­rzam usta w chłod­nym, mu­su­ją­cym wi­nie. Sma­kuje jak eks­plo­zja przy­jem­nej sło­dy­czy, bą­bel­ków i złak­nio­nego chłodu.

Wła­ści­wie nie mam po­ję­cia, która jest go­dzina ani jak długo sie­dzimy w kuchni, roz­ma­wia­jąc o wszyst­kim i o ni­czym. Roz­mowa pły­nie rów­nie wartko jak wino. Lo­gan mówi o swo­jej pracy. Ma firmę po­li­gra­ficzną. Za­trud­nia sporo lu­dzi, ale sam pra­cuje za­wsze z domu. Na co dzień biz­nesu do­gląda jego przy­ja­ciel El­liot. Gdy opo­wiada o tym wszyst­kim, w jego gło­sie sły­szę dumę.

- Dla­czego sam nie pro­wa­dzisz biura? - py­tam, bo wy­obra­żam so­bie, że byłby z niego wspa­niały biz­nes­men.

- Trzy lata temu mia­łem wy­pa­dek. - Od­po­wiedź za­dźwię­czała mi w uszach jak zimna stal. - Chęt­nie opo­wiem ci całą hi­sto­rię, ale jesz­cze nie dziś... Jesz­cze nie je­stem go­towy. Sprawa wy­gląda tak, że mam na twa­rzy bli­znę i wie­lo­krot­nie wi­dzia­łem, że lu­dzie czują się... - waha się, nie wie­dząc, ja­kiego słowa użyć - nie­swojo w moim to­wa­rzy­stwie. - Po­zwala, by słowa wy­brzmiały do końca, za­nim po­now­nie po­dej­muje wą­tek:

- Z tego po­wodu na przy­kład stra­ci­łem klien­tów. Po­sta­no­wi­łem więc, że naj­le­piej po­zwo­lić El­lio­towi za­rzą­dzać biu­rem. Dba o per­so­nel, do­brze ich trak­tuje. Te­raz ma wiele do nad­ro­bie­nia, to jest ostatni mo­ment i on o tym wie.

Od­po­wiedź Lo­gana ro­dzi mi­lion ko­lej­nych py­tań, ale sły­szę, że to nie pora, aby dzie­lił się ze mną wspo­mnie­niami. Słowo "jesz­cze" brzę­czy mi gło­wie. "Jesz­cze" nie jest go­towy.

Nie chce dzi­siaj o tym roz­ma­wiać, tak po­wie­dział. To zna­czy, że chce się ze mną po­now­nie spo­tkać. Za­czyna we mnie kieł­ko­wać na­dzieja.

Kiedy otwie­ramy ko­lejną bu­telkę wina, opo­wia­dam o swo­jej pracy w wy­daw­nic­twie, w któ­rym jako lek­torka na­gry­wam au­dio­bo­oki. Lo­gan spra­wia wra­że­nie za­in­te­re­so­wa­nego, za­daje masę py­tań. Wspo­mi­nam rów­nież o swo­jej cu­krzycy. Wła­ści­wie to nie jest te­mat, który czę­sto po­ru­szam w roz­mo­wie z ob­cymi, rów­nież i te­raz ro­bię to jakby przy oka­zji. Wy­czuwa, że nie mam siły wcho­dzić w szcze­góły ani mar­no­wać tej pięk­nej nocy na roz­mowę o tym, że je­stem nie­wi­doma. Je­dyne, czego pra­gnę w tej chwili, to po­być zwy­kłą dziew­czyną. Chcę roz­ma­wiać o waż­nych dla nas spra­wach i pa­sjo­nu­ją­cych rze­czach.

Mimo że od wina za­czyna mi się krę­cić w gło­wie, czuję się do­brze w to­wa­rzy­stwie Lo­gana.

- Pięk­nie wy­glą­dasz - prawi mi kom­ple­ment, kiedy po­ja­wia się prze­rwa w roz­mo­wie. - Twoje oczy są troszkę za­mglone, ale fan­ta­stycz­nie błysz­czą. Twoje po­liczki płoną. No i jesz­cze włosy, które są po­tar­gane w taki spo­sób, jakby mó­wiły: "Upra­wia­łam seks całą noc...". To jest mega sek­sowne - pod­śmiewa się, a ja au­to­ma­tycz­nie się­gam ręką do wło­sów, pró­bu­jąc je wy­gła­dzić.

- Nie, prze­stań. Jesz­cze nie skoń­czy­łem ko­chać się z tobą, a w ta­kim wy­da­niu mnie pod­nie­casz.

O rany! Nie mam po­ję­cia, czy moje ciało zdzierży wię­cej, choć jego słowa od razu mnie roz­grze­wają.

Roz­dział 3

Na­stęp­nego ranka bu­dzę się zdez­o­rien­to­wana. Pró­buję zro­zu­mieć, co się stało. Do­piero obo­lałe ciało przy­po­mina mi o zda­rze­niach mi­nio­nej nocy. Czuję na zmianę żar i za­kło­po­ta­nie, okropny nie­po­kój ssie mnie w brzu­chu. Otwie­ram oczy, ale prze­cież nic nie wi­dzę, za­czyna mi się ro­bić żal sa­mej sie­bie. Chcia­ła­bym móc te­raz zo­ba­czyć twarz Lo­gana. Jego opie­kuń­czość, za­równo w sło­wach, jak i w czy­nach, na pewno pro­mie­niuje z niego cały czas. Rzadko my­ślę o tym, że chcia­ła­bym znowu wi­dzieć, bo zdą­ży­łam do­sto­so­wać swoje ży­cie do tej sy­tu­acji i za­ak­cep­to­wać, że ona się ni­gdy nie zmieni. Jed­nak te­raz... Zu­peł­nie nowe emo­cje wy­kieł­ko­wały w eks­pre­so­wym tem­pie. Nie umiem ich do­kład­nie na­zwać - czy to za­zdrość, czy ro­dzaj tę­sk­noty. Nie czuję się pełna, a z dru­giej strony... Tak jakby Lo­gan mnie do­peł­niał. Wszystko już zu­peł­nie mie­sza mi się w gło­wie.

Wtedy zwra­cam uwagę na cie­płe, silne ciało, o które się opie­ram. Oto­czył mnie opie­kuń­czo ra­mie­niem, na co od razu re­aguje mój umysł. Gdy pró­buję się po­ru­szyć, znowu czuję, że wszystko mnie boli. To była nie­zła jazda bez trzy­manki. Ni­gdy przed­tem nie upra­wia­łam ta­kiego seksu i ni­gdy przed­tem z żad­nym fa­ce­tem nie by­łam tak in­ten­syw­nie i tak bli­sko. Znaj­duję szal, któ­rym zwią­zał mnie wczo­raj wie­czo­rem. Wpa­dam na po­mysł. Te­raz moja ko­lej.

Od­naj­duję pal­cami jego ra­miona, klatkę pier­siową i twarde mię­śnie brzu­cha. Spo­sób, w jaki od­dy­cha, pod­po­wiada mi, że już się obu­dził, ale nic nie mówi. Da­lej ba­dam jego ciało, zmie­rza­jąc pal­cami w stronę bio­der i umię­śnio­nych ud, a po­tem lekko w górę do jego pe­nisa, który rów­nież zdą­żył się już obu­dzić. Do­ty­kam go i piesz­czę. Sły­szę, jak Lo­gan wzdy­cha. Uśmie­cham się. Ko­cha­li­śmy się, pie­przy­li­śmy się całą noc, ale wła­ści­wie nie mia­łam moż­li­wo­ści po­znać jego ciała.

- Wczo­raj wie­czo­rem da­łeś mi pre­zent. Mi­niona noc jest nie do opi­sa­nia, dzięki to­bie się­gnę­łam szczy­tów, o któ­rych ist­nie­niu nie mia­łam po­ję­cia. Te­raz pora na mnie. - To po­wie­dziaw­szy, z sza­lem w ręku się­gam jego twa­rzy. Cią­gnę Lo­gana do sie­bie, by usiadł, po­tem za­wią­zuję mu oczy. - Po­zba­wiam cię jed­nego z naj­waż­niej­szych zmy­słów. Mu­sisz te­raz bar­dziej sku­pić się na po­zo­sta­łych: do­tyku, słu­chu, wę­chu i smaku. Za­cznij od tego pierw­szego.

Ocie­ram się swoim cia­łem o niego, scho­dzę w dół mię­dzy jego nogi, czuję, że jest już twardy i go­towy. Biorę go łap­czy­wie do ust. Liżę ca­łego, ssę mo­kry i na­pięty żo­łądź.

- Te­raz słu­chaj... - Na­sze od­de­chy łą­czą się w jed­nym ryt­mie. Ję­czę z lu­bo­ści, pod­nieca mnie, że mam jego członka w buzi. Biorę go głę­boko do gar­dła i za­sy­sam.

Nie za­po­mi­nam rów­nież o ją­drach. Gdy je ob­li­zuję i do­ty­kam, wy­czu­wam, jak się na­pi­nają.

- Ach... Ken­dra... To... Za­raz... dojdę - ję­czy Lo­gan, se­kundę po­tem wy­bu­cha w mo­ich ustach. Cie­pła i słona sperma strzela mi w gar­dło, po­ły­kam każdą jej kro­plę, ni­gdy nie sma­ko­wała mi tak jak te­raz.

- Sma­kuj i wą­chaj płyny mi­ło­ści... - Się­gam do jego twa­rzy, ca­łuję go głę­boko, dzie­ląc się z nim sło­nymi reszt­kami jego wła­snej eks­tazy na moim ję­zyku. Na­stęp­nie zbli­żam po­woli swój mo­kry srom ku jego ustom. Lo­gan mocno chwyta moje po­śladki i po­żą­dli­wie mnie wy­li­zuje. No­sem pie­ści wargi i za­ciąga się ich za­pa­chem. Przed szczy­to­wa­niem uwal­niam się i prze­su­wam tak, by jego czło­nek wśli­zgnął się we mnie. Jest tak twardy, że lekko wy­peł­nia moją cał­kiem już mo­krą i bar­dzo wraż­liwą cipkę. Kiedy go ujeż­dżam, ra­zem do­cho­dzimy.

Ścią­gam szal z jego oczu, na­dal pró­bu­jąc opa­no­wać od­dech. Rów­no­waga sił wraca do po­przed­niego stanu. Do­ty­kam twa­rzy Lo­gana, głasz­cząc jej nie­równe li­nie, wy­obra­żam so­bie, jak wy­gląda. Do­piero te­raz wy­czu­wam za­głę­bie­nie. Bli­zna, która cią­gnie się od skroni aż do brody. Jest nie­równa, chro­po­wata. Po­wie­dział prze­cież, że ma bli­znę na twa­rzy, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że jest aż tak źle.

Wy­raź­nie można wy­czuć na­pię­cie w jego ciele, lecz gdy chce się od­su­nąć, biorę jego twarz w obie ręce.

- Ciii... - uspo­ka­jam go i da­lej śle­dzę pal­cami bieg bli­zny. Lo­gan pró­buje prze­chy­lić głowę, ale nie po­zwa­lam mu uciec. - Nie wi­dzę cię, ale cię czuję. Wy­czu­wam cię nie tylko rę­koma, lecz rów­nież ser­cem. Mu­szę z niego ko­rzy­stać, kiedy nie mogę się po­słu­żyć wzro­kiem. - Trzy­ma­jąc jego twarz w dło­niach, mó­wię jak naj­bar­dziej szcze­rze. - Je­steś przy­stoj­nym fa­ce­tem. Wy­da­jesz się mieć do­bre serce i ce­nisz so­bie bli­skość. Obie­caj, że nie­za­leż­nie od wszyst­kiego nie po­zwo­lisz ni­komu so­bie tego ode­brać!

- Ni­gdy nie do­świad­czy­łem cze­goś po­dob­nego. Bu­dzisz we mnie uczu­cia, które z jed­nej strony prze­ra­żają, a z dru­giej sta­no­wią ro­dzaj wy­zwa­nia - mówi z po­dzi­wem w gło­sie. - To, co wła­śnie dla mnie zro­bi­łaś... Łał! Brzmie­nie two­jego or­ga­zmu. Wspo­mnie­nie two­jej cipki cia­sno obej­mu­ją­cej mo­jego fiuta... I ten smak, za­pach... Oka­zuje się, że ni­gdy na­prawdę nie ko­rzy­sta­łem ze swo­ich zmy­słów. Sporo mnie do tej pory omi­jało. Ken­dra, na­ucz mnie wię­cej - wy­ją­kał na ko­niec.

***

- Dzię­kuję za śnia­da­nie. By­łam głodna jak wilk... - Od­sta­wiam fi­li­żankę po ka­wie i wzdy­cham gło­śno.

Lo­gan przy­go­to­wał pyszny po­si­łek. Od wie­ków nie ja­dłam fran­cu­skich to­stów, więc po­chło­nę­łam ich wię­cej, niż po­win­nam.

W kuchni zro­biło się na­gle bar­dzo ci­cho. Jak mam lub mamy z tego te­raz wy­brnąć? Głę­boko w środku wcale nie chcę stąd wy­cho­dzić, ale będę mu­siała. Za kilka go­dzin mam się spo­tkać z dziew­czy­nami, a przed­tem mu­szę się jesz­cze wy­ką­pać.

Prze­ry­wamy ci­szę w tym sa­mym mo­men­cie:

- To chyba po­win­nam... Już...

- Ken­dra, ja na­prawdę...

Śmie­jemy się ra­zem, tro­chę sztucz­nie to brzmi.

- Prze­pra­szam, co po­wie­dzia­łeś? - py­tam z na­dzieją, że wró­cimy do luź­nej at­mos­fery sprzed chwili.

- Ken­dra, spę­dzi­łem na­prawdę cu­do­wną noc. - Prze­rywa, by od­chrząk­nąć. - Ni­gdy do­tąd nie po­zna­łem tak pięk­nej i wy­jąt­ko­wej ko­biety jak ty. Da­łaś mi szansę do­świad­czyć cze­goś szcze­gól­nego, ale jak wspo­mnia­łem, rów­nie mocno mnie to prze­raża.

Nie wiem, co mu na to od­po­wie­dzieć, cze­kam więc z nie­po­ko­jem na jego ko­lejne słowa.

- Je­stem dość bo­gaty... - Urywa. - To nie miało tak za­brzmieć... Nie tak sno­bi­stycz­nie... Chcę po­wie­dzieć, że w ciągu ostat­nich kilku lat nie po­zna­łem żad­nej szcze­rej ko­biety, która pra­gnę­łaby mnie dla mnie... Dla mo­jego cha­rak­teru, to mam na my­śli. Wszyst­kie jed­nak umiały przy­my­kać oko na mój wy­gląd, póki do­sta­wały to, co chciały.

Naj­pierw nie ro­zu­miem, o czym mówi. Kto by go nie chciał? Je­śli ktoś tu jest wy­jąt­kowy, to prze­cież on. Wtedy przy­po­mi­nam so­bie o bliź­nie na jego twa­rzy.

- Za­leży mi, że­byś do­brze zro­zu­miała... Przed wy­pad­kiem mia­łem na­rze­czoną. Zo­sta­wiła mnie krótko po tym, jak le­ka­rze stwier­dzili, że wię­cej nie są w sta­nie po­pra­wić. Za dużo po­łą­czeń ner­wo­wych, które w trak­cie ko­lej­nej ope­ra­cji mo­gły zo­stać uszko­dzone. Wo­la­łem wy­glą­dać jak te­raz, niż mieć spa­ra­li­żo­wane pół twa­rzy.

Za­lega ci­sza. Chcia­ła­bym coś po­wie­dzieć, ale nie wiem, w któ­rym kie­runku zmie­rza ta roz­mowa. Nie chcę mu prze­ry­wać, póki opo­wiada.

- Moja na­rze­czona nie umiała tego zro­zu­mieć. Dała mi wy­bór. Albo jesz­cze je­den wy­si­łek i ko­lejna ope­ra­cja pla­styczna, albo mnie zo­stawi. Le­d­wie mie­siąc póź­niej zo­ba­czy­łem zdję­cie, na któ­rym idzie po czer­wo­nym dy­wa­nie w to­wa­rzy­stwie in­nego go­ścia.

Szczęka mi opada. Jak można być tak wy­ra­cho­wa­nym?

- Ce­lina jest piękna i od­nosi suk­cesy. Żyje w świe­tle re­flek­to­rów, więc nie może mieć fa­ceta z nie­od­po­wied­nim wy­glą­dem.

Gdy­bym mo­gła te­raz zo­ba­czyć Lo­gana, my­ślę, że wzru­szałby ra­mio­nami. Wy­daje się zu­peł­nie obo­jętny, gdy mi o tym opo­wiada. Dla od­miany ja je­stem mega wku­rzona.

- Nie ro­zu­miem, jak można się za­cho­wać tak obrzy­dli­wie! Jak mo­głeś za­rę­czyć się z taką... suką?! - wy­pa­lam i od razu robi mi się głu­pio, że oce­niam ją tak po­chop­nie.

Lo­gan wy­bu­cha śmie­chem, jed­no­cze­śnie po­woli za­czyna sprzą­tać ze stołu.

- Było, mi­nęło... - Po­dą­żam za jego po­ru­sza­ją­cym się po kuchni gło­sem, który te­raz zmie­rza w moją stronę. - Chcia­łem po pro­stu po­wie­dzieć, że po związku z Ce­liną spo­ty­ka­łem tylko ta­kie ko­biety, które były ze mną dla pie­nię­dzy... I na­gle po­ja­wiasz się ty... - Jego głos jest już bar­dzo bli­sko, po­dob­nie jak ota­cza­jący mnie ze wszyst­kich stron za­pach. De­li­kat­nym ru­chem od­gar­nia mi z czoła ko­smyk wło­sów i mówi da­lej: - Czuję się tro­chę jak w Pięk­nej i be­stii. Pew­nie wszy­scy wo­kół też uznają, że wy­trzy­mu­jesz ze mną, bo nie mo­żesz mnie zo­ba­czyć.

Za­czy­nam się nie­po­koić, więc od­po­wia­dam mu ci­cho:

- Moż­liwe, że pa­trzysz te­raz na je­dyną osobę, która wie, kim rze­czy­wi­ście je­steś, bo nie oce­niam cię po wy­glą­dzie, a po cha­rak­te­rze.

- Ken­dra, bar­dzo chciał­bym cię le­piej po­znać, ale... Za­słu­gu­jesz na fa­ceta, z któ­rego bę­dziesz dumna. My­ślę, że cały czas miał­bym wra­że­nie, że je­stem nie dość do­bry... - Znowu milk­nie. Sły­szę, jak siada, a po­tem do­daje: - Trudno to wy­tłu­ma­czyć. Nie umiem zna­leźć od­po­wied­nich słów...

Ogar­nia mnie smu­tek. Miał naj­zwy­czaj­niej ochotę na dy­manko, i tyle. Ha­muję się, od­rzu­cam tę okropną myśl.

- Wszystko w po­rządku. Wy­daje mi się, że ro­zu­miem, co masz na my­śli... - od­po­wia­dam i wstaję od stołu. - Lo­gan, chcia­ła­bym już te­raz iść do domu.

Zbiera mi się na płacz. Roz­cza­ro­wa­nie i ja­kiś ro­dzaj zło­ści pię­trzą się w mo­jej gło­wie, stają się co­raz sil­niej­sze. Kur­czę, czuję się jak idiotka. Spę­dzi­li­śmy ze sobą jedną noc. Czego ja się spo­dzie­wa­łam? Miał upaść na ko­lana i za­ofe­ro­wać mi resztę swo­jego ży­cia? Tak.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej je­stem już w tak­sówce. Lo­gan pro­po­no­wał, że mnie od­wie­zie, ale nie da­ła­bym rady, więc za­dzwo­ni­łam po Ema­nu­ela, który od razu po mnie przy­je­chał. Czuję się tak głu­pio, że trud­niej mi po­wstrzy­mać się od pła­czu, niż dźwi­gać cię­żar ca­łego świata. Oka­zało się po pro­stu, że na­daję się za­le­d­wie na jedną noc.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki