Rozdział II
Lance zbliżył się powoli, ukrywając zżerającą go ciekawość. Czuł, że chciałby dowiedzieć się wszystkiego, co tylko mógł o tym człowieku.
- Witam - odpowiedział.
- Wyglądasz trochę na zagubionego.
- Bo tak właśnie się czuję - odparł Lance.
- Bez urazy. Obijamy się i czekamy tu na jednego faceta. Chciałem po prostu być towarzyski. Masz ochotę się napić?
- Najpierw muszę mieć za co.
- Spłukany?
- Ani złamanego grosza. Na dodatek nie mogę znaleźć pracy w tej dziurze.
- Słuchaj, kolego, dla odpowiednich facetów pracy jest dużo. Umiesz prowadzić ciężarówkę?
- Proszę pana, mógłbym prowadzić dwie - odparł chełpliwie Lance.
- Tak? Chciałbyś zarobić stówę?
- Oho! Brzmi nieźle. Za tyle kasy zgodziłbym się na prawie każdą pracę. Chciałem tylko mieć pewność, że ją dostanę - roześmiał się Lance.
- Dokładnie. W porządku. A teraz do rzeczy, kim jesteś i czym się zajmujesz?
- Nigdy pan o mnie nie słyszał - powiedział wymijająco Lance. - Przyjechałem z L.A.43.
- Ścigają cię prywatni detektywi?
Lance zaśmiał się ponuro, zamilkł i odwrócił nieco twarz, unikając skierowanego w jego stronę przenikliwego spojrzenia.
- Powiedz prawdę, kolego, jeśli chcesz, by twój los się odmienił. Co robiłeś w L.A.?
- Chce pan wiedzieć?
- Tak. Nie do ciebie należy zadawanie pytań - odpowiedział Uhl z niecierpliwą surowością. - Zdecyduj się.
- A niech tam, do diabła. Jestem głodny... Przyjechałem z Portland44 przed Latzty'm Corkiem - zaryzykował Lance, przypominając sobie imię podejrzanego typa z półświatka, który ostatnio wymykał się policji na wybrzeżu.
- Lewy interes, co? - rzucił mu bystre spojrzenie Uhl, pstrykając palcami.
Ze spojrzeniem zimnym jak stal odwrócił się do swych towarzyszy. Lance wykorzystał ten moment, aby upewnić się, że rozpozna kierowcę samochodu i trójkę osobników o kamiennych twarzach na tylnym siedzeniu, gdyby jeszcze kiedykolwiek ich spotkał. U boku tego siedzącego najdalej od drogi Lance zauważył lufę karabinu maszynowego.
- Cork mógł mnie zlokalizować. Jak myślisz, Dipper? - dodał Uhl.
- Nie ma szans, Bee. Od dwóch miesięcy przebywa we Frisco45, i na północy - odpowiedział wywołany.
- Tego nie wiemy - rzekł Uhl z powątpiewaniem i odwracając się z powrotem do Lance'a, wyciągnął rulon banknotów, na którym widniała banderola z nominałem sto. - Oto twoja forsa, kolego... Masz tę robotę. Jedyne ryzyko, które podejmujesz, to takie, żeby nie wystawić mnie do wiatru.
- Jeśli przyjmę tę pracę, będę lojalny - przerwał Lance.
- Wyglądasz tak znajomo... Widzisz tę wielką ciężarówkę pokrytą płótnem, na tyłach stacji benzynowej? To twój wóz. Masz nią pojechać do Tucson46. Jest pusta, ale będziesz jechał wolno, jakby była w pełni załadowana. Rozumiesz? Prędzej czy później zostaniesz zatrzymany, prawdopodobnie po zmroku, przed Tucson. To nic takiego. Udajesz głupiego. Po prostu prowadzisz ciężarówkę i nie znasz mnie. Rozumiesz?
- Nie jestem pewny, czy rozumiem, czy nie - odpowiedział z powątpiewaniem Lance. - Kto mnie zatrzyma... i dlaczego?
- Widzisz, nawet nie musisz udawać głupiego. Wszystko, co musisz zrobić, to stanąć, gdy cię zatrzymają. Rozumiesz? I nic nie wiesz.
- Ciężarówka jest twoja?
- Tak.
- Szmuglerz rumu?
- Mówiłem ci już, że jest pusta - warknął Uhl. - Jedziesz czy nie?
- Pewnie - oświadczył Lance, przyjmując oferowane pieniądze. - Co mam zrobić, gdy dotrę do Tucson?
- Będziesz na głównej autostradzie. Zatrzymaj się na pierwszej stacji paliw na obrzeżach miasta. Po prawej stronie.
- I co wtedy?
- Jeśli nie ja, to ktoś inny będzie tam na ciebie czekał.
- Założę się, że ci dżentelmeni zabiorą ciężarówkę?
- To nie twoja strawa.
- Szefie - wtrącił Dipper o bladej twarzy. - Ten krzepki ptaszek ma przy sobie broń.
- Co ty powiesz? Mam nadzieję, że zamieni się w kowboja i użyje jej na tych idiotów... Kolego, jeśli użyjesz tej sztuczki, będzie więcej.
- Ten nie wygląda na zbyt twardego - oświadczył krótko Lance. - Ale po kolei. Ruszam w drogę.
Oddalając się i starannie chowając pieniądze, Lance usłyszał, jak Uhl powiedział:
- Dip, jeśli mu się uda, przyjmiemy go.
- Uważaj, szefie. Ten facet zrobi...
Lance oddalił się i nie słyszał reszty. Na stacji zwrócił się do pracownika: "Ciężarówka gotowa?". Po otrzymaniu informacji, że "wszystko jest gotowe", Lance wspiął się na siedzenie dla kierowcy i rozejrzał się. Maszyna była świetna. Wyjeżdżając ze stacji zauważył, że wielki czarny samochód zniknął. Lance nie przyglądał się, żeby sprawdzić, co się z nim stało. Przecznicę dalej skręcił na autostradę i bez postoju przejechał przez Douglas. Gdy znalazł się za miastem, przyspieszył do dwudziestu pięciu mil na godzinę i skierował się na północ z ponurą świadomością, że zdecydował się na tę przygodę jedynie z powodu blond studentki o imieniu Madge, która tak go zaintrygowała.
- Dziwny układ - powiedział do siebie, dając upust swym domysłom. - Trafiłem w dziesiątkę tym gadaniem o Latzy'm Corku... Lewy interes? Ciekawe, co to za lewy interes? Cork był podejrzany o prawie wszystko, co działo się na północy... W każdym razie uszło mi to na sucho... A ten cały Bee Uhl, to na pewno oszust. Z Chi47... Pamiętam. Z Chicago, oczywiście. Wydaje się, że nie obchodzi go, kto o tym wie. A ta wielka ciężarówka musi mieć coś wspólnego z przemytem. Może za granicę. Albo do jakiegoś portu w zatoce... Nic mnie to nie obchodzi, za to przeszkadza mi, że ten przystojniaczek, ten palant, ma coś wspólnego z dziewczyną.
Lance pomyślał po chwili, że powinien opanować sytuację. Słowa Madge same o tym świadczyły. Flirtowała z Uhlem, najwyraźniej dla dreszczyku emocji. Z pewnością miała świadomość tego, że jest gangsterem. Być może był to sekret. Taka dziewczyna musiała być otoczona wielbicielami, nagabywana i znudzona, aż miała ich dosyć. A Uhl był przystojny, a jego twarda i bezczelna postawa mogła podobać się dziewczynie. Najwyraźniej był to początek romansu. Lance wmówił sobie i poczuł zadowolenie, że zdała sobie sprawę z popełnionego błędu, i w bezpośredni, lecz uprzejmy sposób dała to jasno do zrozumienia Uhlowi.
- Ale dlaczego chciała zadurzyć się w takim facecie? - zazdrośnie odgryzł się Lance. - Och, opanuj się, Lance!
Tylko dlatego, że ta Wasza Wysokość, jak nazwał ją student Rollie, okazała się najpiękniejszą i najbardziej fascynującą dziewczyną, jaką Lance kiedykolwiek spotkał, nie było najmniejszego powodu, żeby porównywać ją do anioła.
Lance nie potrzebował przywoływać jej obrazu. Wyrył się w jego pamięci. Pomyślał, że nie ma sensu udawać, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. To było w porządku. Wolałby jednak, żeby myśli o niej, jej piękno i czar nie nasuwały się tak natarczywie. Nie mógł ich odegnać i znów pojawił się ten żal, że nie wyszedł ze swego ukrycia owego dnia jak prawdziwy mężczyzna i nie zobaczył się z nią. Mógł przynajmniej oszczędzić jej spotkania z Uhlem. Nagle Lance'owi przyszła do głowy niepokojąca myśl. Uhl, gangster, kanciarz, przemytnik, mógł posiadać jeszcze jedno oblicze. Mógł być porywaczem. To brzmiało całkiem rozsądnie i w głowie Lance'a zrodził się pomysł. Dziewczyna musiała mieć w Kalifornii bogatą rodzinę. Jej styl, jej arystokratyczne zachowanie, jej opowiadanie o ranczu pełnym koni arabskich, to z pewnością świadczyło o bogactwie. To mogło wyjaśniać zainteresowanie Bee Uhla. Przy zbliżającym się zniesieniu prohibicji48 ci przemytnicy musieli planować już kolejne machinacje. Można było już zaobserwować rosnącą aktywność w obszarze porwań.
- Głupie czy nie, ale potraktuję to jako przeczucie - mruknął do siebie stanowczo Lance. - Obiecuję, że jeśli mi się uda, to dowiem się czegoś więcej o tym cwaniaczku ze zwitkiem studolarówek - i pod wpływem chwili pomyślał, że jeżeli sprawdzi swe podejrzenia wobec gangstera, to nie będzie dla niego problemem wrócić do Los Angeles, by ostrzec dziewczynę. Wtem zdał sobie sprawę z nagłego zadowolenia, jakie odczuł, a to sprawiło, że przeraził się. - Przestań z tymi swoimi romansami, dzieciaku - powiedział do siebie. - To są prawdziwe pieniądze, a ja wykonuję pracę, której nie powinienem był brać.
Nic jednak, co pomyślał albo sobie kombinował, nie zmieniło zasadniczo nastroju i obrazu sytuacji. Sposób, w jaki wypadki i okoliczności pojawiały się na jego drodze i to, co z nich wynikało, nauczyło go wierzyć, że mogła spotkać go osobliwa przygoda, na wielką skalę.
Od czasu do czasu mijały go przejeżdżające samochody i ciężarówki, przy czym ruch w kierunku południowym był większy. Lance nie zauważył jednak wielkiego, czarnego samochodu Uhla. Raz obejrzał się za siebie na odległość ligi lądowej49, będąc niemal pewnym, że go tam zobaczy, ale go tam nie było.
Kierowanie ciężarówką nie pozwalało na bliższe podziwianie pustynnych krajobrazów, co bardzo lubił robić podczas jazdy na Umpqua. Jednakże trud i skupienie na szczególnych okolicznościach, które doprowadziły go do tego miejsca sprawiły, że czas zdecydowanie szybko płynął. Nim się zorientował, piął się w górę po krętym zboczu przez Bisbee, wypatrując bacznie kontroli, której miał się spodziewać. Późnym popołudniem przejechał przez malownicze Tombstone, na skraju którego zatrzymał się po benzynę. To wymagało rozmienienia studolarowego banknotu, który dał mu Uhl. Pracownik obsługi na stacji paliw, człowiek z Zachodu w średnim wieku, przeniósł bystre spojrzenie błękitnych oczu z banknotu na Lance'a.
- Widziałem już wcześniej takie banknoty, i tę ciężarówkę, którą jedziesz też. Co wiesz o tym biznesie?
- Nie rozumiem - odpowiedział szorstko Lance. - Co pan rozumie przez biznes?
- Zwykle są takie dwie albo trzy ciężarówki, jak ta. Coś mi się wydaje, że jesteś nowy...
- W czym? - przerwał mu Lance.
- Ja tam nic nie mówię - odpowiedział pracownik stacji, robiąc spokojnie unik.
- Tak? W rzeczy samej, zgadza się, jak diabli, jestem nowy w tej robocie.
Ta krótka i zagadkowa wymiana zdań na nowo uświadomiła Lance'owi możliwości, które mogą się przed nim otworzyć. Potem stał się czujny i zwiększył nieco prędkość. Było już prawie ciemno, kiedy mijał Mescal, pustynną osadę i nie zatrzymał się, by zaspokoić pragnienie lub głód. Chciał jak najszybciej zakończyć to zlecenie. Noc na pustyni była aksamitna i kojąca, przynosiła przyjemny chłód, gdy ustępował żar dnia. Króliki i kojoty uskakiwały mu spod kół, szare w blasku świateł. Reflektory samochodów rozrastały się w ciemności od główek szpilek do żółtych ciał niebieskich, pędziły na niego i mijały go, pozostawiając drogę znów ciemną. Suchy zapach kurzu i pustynnych narośli zatykał mu nozdrza. W bardziej sprzyjających okolicznościach Lance chciałby bliżej przyjrzeć się pustyni. Widmowe ramiona kaktusów i gęsty gąszcz mesquite wywoływały u niego uczucie samotności.
Kilka mil za Vail50 niebo pojaśniało nieco od północnej strony. Po chwili Lance rozpoznał w tym światła Tucson, oddalonego o wiele mil, ale wyraźnie widocznego w rozrzedzonej atmosferze. Lance jadący z prędkością czterdziestu lub więcej mil na godzinę, zaczął odczuwać zdenerwowanie z powodu spodziewanej kontroli. Za każdym razem, gdy dostrzegał błysk reflektorów za sobą, był gotów do zatrzymania się. Jednak przez następną godzinę minęło go wiele samochodów, a oświetlony horyzont tak się przybliżał, że w końcu zaczął wierzyć, iż dojedzie do pierwszej stacji benzynowej po prawej bez zatrzymywania się.
Nagle pojawił się za nim samochód i przez kilka mil jechał jego śladem. Lance spodziewał się, że to ten właściwy i zmusił się do gotowości. Zwolnił do trzydziestu, a następnie do dwudziestu. Samochód jechał za nim, trzymał się nieco bardziej lewej strony. W końcu przesunął się obok Lance'a.
- Ej, kierowco. Zatrzymaj się! - zawołał zachrypnięty głos.
Lance wyłączył silnik, zahamował i z piskiem opon zatrzymał się.
- Rączki do góry! - dało się słyszeć z samochodu. Światło latarki oślepiło Lance'a.
- W porządku! - wrzasnął, wykonując rozkaz.
Z samochodu wyskoczyli dwaj mężczyźni, trzasnęły drzwi. Wóz pojechał przed siebie i zatrzymał się przed ciężarówką. Drzwiczki Lance'a zostały otworzone szarpnięciem. Światło zalało jego kabinę. Nad wycelowanym w niego pistoletem zobaczył dwie niewyraźne twarze, z których bliższa była zamaskowana. Lance usłyszał kroki za ciężarówką i szczęk zasuw.
- Bud, widziałeś go już wcześniej? - zapytał bandyta z pistoletem.
- Nie. Następny nowy - padła lakoniczna odpowiedź.
- Ktoś ty? - zażądano odpowiedzi.
- Poganiacz krów z Arizony - odpowiedział Lance. - Spłukany. Zgodziłem się prowadzić tę ciężarówkę.
- Kto cię zatrudnił?
- Nie wiem. Pięciu facetów w czarnym samochodzie w Douglas.
Z tyłu zadźwięczał zawias i rozległo się uderzenie płótna.
- Pusto, na Boga! - zawołał gniewnie ochrypły głos.
Odgłos kroków poprzedził pojawienie się dwóch kolejnych mężczyzn, spośród których, pomimo oślepiającego światła latarki, Lance rozpoznał jednego.
- Henny, zostaliśmy wykiwani. Zrobił z nas idiotów. Ciężarówka jest pusta.
- Do diabła, nie!
- Tak, do diabła! To ciężarówka do przewozu bydła. Jeszcze wczoraj, gdy je zatrzymaliśmy, była pełna krów. Druga miała...
- Zamknij się! - warknął przywódca, uderzając pistoletem w drzwi. - Ej, kierowco, ile takich ciężarówek ostatnio widziałeś?
- Widziałem sporo, od czasu do czasu - odpowiedział elokwentnie Lance. - Trzy z rzędu, przedwczoraj.
- W którą stronę jechały?
- Na północ, z Douglas.
- Ach, mówiłem ci, Henny! - wrzasnął wściekły bandyta. - One wszystkie powrócą pełne bydła. On skupuje bydło. Co o tym myślisz? Interes z bydłem. Przykrywka. Ha! Ha! Zrobił z ciebie idiotę.
- Kierowco, czy jest skrót do El Paso51 bez przejeżdżania przez Douglas? - zapytał ostro przywódca.
- Tak, w Benson52 - odpowiedział ochoczo Lance. - Droga kiepska, ale przejezdna.
Przywódca wyłączył latarkę.
- Spływaj, kowboju, gdziekolwiek jedziesz. I przekaż swojemu szefowi, że mamy oko na jego machlojki.
- Henny, jeśli istnieje skrót, choćby i najgorszy, to możemy zatrzymać ten wóz - wychrypiał mężczyzna zwany Budem.
Miał przenikliwy, nieprzyjemny i szorstki głos, który Lance zapamiętał. Czwórka bandytów pobiegła do samochodu i zapakowała się do niego.
- Zawrócić i nacisnąć na gaz! - wydał rozkaz przywódca grupy.
Po chwili ich samochód gnał z rykiem silnika po autostradzie na wschód, a Lance miał przed sobą pustą drogę. Z ulgą i większym zainteresowaniem niż kiedykolwiek nacisnął sprzęgło i pomknął w kierunku Tucson. Lance pojął, że został użyty tylko do zbicia z tropu tej bandy. Ten przekręt z bydłem wydawał się sztuczką, do przechytrzenia której potrzebne byłoby coś więcej niż jeden samochód pełen bandytów.
Podróż przez ten opustoszały odcinek drogi do wyznaczonej stacji paliw trwała krótko. Lance jechał szybko. Ciężarówka zdawała się sunąć miękko jak limuzyna. Zaledwie Lance zatrzymał się na placu stacji benzynowej, gdy dwóch mężczyzn w ciemnych ubraniach i spuszczonych na twarz kapeluszach pospieszyło mu na spotkanie. Lance był gotów. Otwierając drzwi, wysiadł z wozu z długim westchnieniem ulgi.
- Dzień dobry. Cieszę się, że was widzę. Bierzcie ją sobie - powiedział głośno.
- Zatrzymali cię? - zapytał jeden z nich nerwowo, podczas gdy drugi wskoczył za kierownicę.
- A jakże. Jakieś pięć mil drogi stąd. Powinniście słyszeć, jak Bud i Henny klęli, że jest pusta. Dałem im fałszywą wskazówkę.
- Tak? A jaką?
- Zapytali mnie o skrót do El Paso. Powiedziałem im, że tak, jest, przez Benson. Słyszałem, że to kiepska droga. Zgubią się.
- Szef będzie zadowolony. Ile wydałeś na benzynę? Zapomniał o tym i kazał mi to wyrównać.
Lance wymienił sumę, która została mu wręczona w pięciodolarowym banknocie, bez wydawania reszty.
- Blick, nie mamy całej nocy - odezwał się mężczyzna na siedzeniu kierowcy. - Kończ już.
- Uspokój się. Honey Bee dał mi polecenie, no nie...? Kierowco, jesteś w porządku. Mam ci powiedzieć, że jeśli będziesz w Douglas podczas następnej trasy, możesz dostać kolejną robotę.
- Świetnie. Zostanę, byle nie za długo. Kiedy jest ta następna trasa?
- Nie wiem. Może za miesiąc - może później.
Kiedy odeszli, Lance wszedł na stację paliw, świadomy tego, że jego przyjazd i krótka rozmowa były obserwowane.
- Jak daleko do knajpki z hash browns53? Głodny jestem jak wilk - zaczął wesoło.
- Obcy w okolicy? - odpowiedział mężczyzna, bacznie mu się przyglądając. - Na tej ulicy jest dużo miejsc, gdzie można dobrze zjeść.
- Dzięki. Tak, jestem tu obcy i nie boję się przyznać, że jechałem tą ciężarówką, bo potrzebowałem pieniędzy. Zostałem zatrzymany i zdrowo wystraszony.
- Nie musisz nic mówić. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę biznes. Miałeś szczęście.
- Tak? A na co się porwałem?
- Trudno powiedzieć.
- Widziałeś już wcześniej tę ciężarówkę?
- Zgadza się i podobne do niej. Przyjeżdżają i odjeżdżają mniej więcej co sześć tygodni.
- Handel bydłem musi się opłacać, jeśli krowy wozi się ciężarówkami - stwierdził Lance, a odczekawszy chwilę na odpowiedź, która nie nadeszła, wyszedł na ulicę.
Pośrodku drugiej przecznicy natrafił na bar, gdzie dostał kolację. Na drugim rogu znajdował się hotel. Dowiedział się, że następnego ranka może złapać autobus do Douglas. Potem poszedł spać. Wydarzenia tego dnia skłaniały do myślenia, ale nie przeszkodziły mu w zaśnięciu.
Za to następnego ranka w autobusie nie miał nic do roboty poza rozmyślaniem. Lance'owi zajęło praktycznie całą długą jazdę dojście do wniosku, że dalsze zaprzątanie sobie głowy Uhlem jest bezsensowne. Lance nie chciał już więcej jeździć żadnymi podejrzanymi ciężarówkami. Pomijając ciekawe doświadczenie, to spotkanie z Uhlem nie dawało mu żadnego powodu do zainteresowania. Jedynie dziwny związek z dziewczyną z college'u sprawił, że zastanawiał się, snuł domysły i rozmyślał nad tym, jak ją ostrzec. Nie znał przecież nawet jej nazwiska, a powrót do Los Angeles z takiego powodu już sam w sobie wydawał mu się absurdalny. Mimo to gryzło go sumienie. To jednak minęło, pozostawiając go jedynie z rosnącym uczuciem żalu. Kiedy w Douglas poszedł zobaczyć się z Umpqua, i wyobraził sobie Madge na jego pięknym koniu, omal się nie wściekł się z powodu swego sentymentalizmu i tkliwości. Mimo to myśli o dziewczynie nie chciały ustąpić i Lance w końcu się z tym pogodził.
Na północny wschód od Douglas, pustynny krajobraz Arizony prezentował swe barwy, dzikość i surowość z taką siłą, że Lance z niechęcią odwracał się plecami do górskich łańcuchów, przyćmiewających swym wyglądem te, po których jeździł w Oregonie. W jakże wspaniały kraj wjeżdżał! Przed nim piętrzyły się góry, strzeliste i wyniosłe, purpurowe z oddali, czerniejące i szare, gdy liga za ligą zbliżał się do nich. Lance nie spieszył się, zatrzymując się, by zasięgnąć informacji, ale kilka małych wiosek, które minął po drodze, nie dostarczyło mu ich zbyt wiele. Jedną noc spędził w Chiricahua, które wydawało się leżeć w samym centrum rozległego zielonoszarego, otoczonego górami terenu. Zaczął zauważać bydło w znacznej liczbie, jednak nie aż tyle, ile ta kraina rzeczywiście byłaby w stanie utrzymać. Jechał i jechał po ciągnącej się uroczej dolinie.
Zapadła ciemność. Wypytywał w Apache o miasta położone dalej na północ. Powiedziano mu, że jest ich niewiele i są od siebie bardzo oddalone. Wyglądało na to, że jego fascynacja odosobnieniem i pięknem tej położonej wysoko doliny skłoni go do spędzenia nocy na świeżym powietrzu. Nie przeszkadzało mu to. Dzień był upalny, a noc nadal ciepła. Jednak trzy godziny po zachodzie słońca ujrzał przed sobą światła i wkrótce zajechał do miejsca zwanego Bolton. W przeciwieństwie do większości innych miast, to wydawało się stosunkowo nowe, położone zarówno przy autostradzie, jak i linii kolejowej. Była tam główna ulica, jasno oświetlona, z wieloma zaparkowanymi przy niej samochodami, sklepami i kawiarniami, hotel i zajazd, bank i kino. Lance przejechał przez zewnętrzną strefę garaży i campingów. Umpqua, tak uparty i nieugięty, zaczął okazywać oznaki zmęczenia. Lance ucieszył się, widząc kilka koni uwiązanych za garażem z dala od głównej ulicy, a następnie stajnię wynajmowaną właścicielom koni. Garaż ewidentnie pełnił również rolę stacji paliw i prezentował się dość skromnie w porównaniu z okazałymi budynkami, które Lance minął.
- Cześć, kowboju - odezwał się przeciągle miły głos. - Złaź z konia i wchodź.
- Dzień dobry - odpowiedział Lance, witając krzepkiego młodzieńca o łukowatych nogach, który nagle skądś się pojawił. Było wystarczająco dużo światła, by dostrzec szczupłą, opaloną twarz, w której lśniły zmrużone, bystre i przyjazne oczy.
- Dobry Boże! Komu tyś rąbnął tego konia? - spytał osobnik.
- Żartujesz sobie ze mnie, czy tak się u was wita jeźdźców? - zapytał Lance.
- Pewnie, że żartuję. Sami mamy tu kilka wspaniałych koni, dlatego sobie pozwalam. A tak na serio, gdzieś ty go znalazł?
- Wyhodowany w Oregonie. Dostałem go, gdy był jeszcze źrebięciem. Sam go wychowałem.
- Jesteś z Oregonu? - ciągnął ten drugi, okrążając zwierzę i przyglądając się mu w sposób, który zdradzał miłość do koni. To było jak młyn na wodę dla Lance'a.
- Tak, przejechałem na nim całą drogę.
- Nie gadaj! Jasna cholera! No, patrząc na niego, wcale mnie to nie dziwi. Co za koń, kowboju. Oddałbym ci za niego mój garaż samochodowy.
- Mówisz jak kowboj - zaśmiał się Lance.
- Byłem nim. Jestem. Całe życie zjeździłem po preriach Arizony, ale w tych trudnych czasach musiałem zarabiać na utrzymanie mojej matki i swoje.
- O rany, to niedobrze. Przyjechałem do Arizony, żeby załapać się do pracy w jakieś ekipie poganiaczy bydła.
- No to nie masz szczęścia. Kowboje w dzisiejszych czasach są rzadkością. Tak, jak i sama praca. Mnóstwo bydła, a ekipy poganiaczy zmniejszyły się do dwóch lub trzech jeźdźców. To była moja praca. Trzy lata przed tym, jak nastąpiła ta klapa, pracowałem u Gene'a Stewarta, najlepszego ranczera54 w tych stronach. Kiedyś miał osiemdziesiąt tysięcy sztuk bydła, ale w ostatnich latach Gene stracił, a ja nie mogłem dłużej jeździć za darmo. Musiałem wziąć tę robotę. Zarabiam nieźle, ale jej nie cierpię.
- Dobrze cię rozumiem... To co, może mógłbym zakwaterować Umpqua w tej stajni?
- Umpqua? A co to za imię! Skąd żeś je, u diabła, wytrzasnął?
- To indiańskie. Od nazwy rzeki w Oregonie. Znaczy szybki.
- Pasuje, jak ulał. Jasne, może być ta stajnia. Pójdę z tobą... Jak mówiłeś, że się nazywasz? Ja jestem Ren Starr.
- Jeszcze nie powiedziałem. Jestem Lance Sidway.
- Masz zamiar zostać tu trochę?
- Tak, jeśli uda mi się znaleźć pracę.
Stajenny okazał się starszym mężczyzną, którego niewątpliwie otaczała aura otwartych i bezkresnych przestrzeni. Był równie entuzjastycznie nastawiony do Umpqua, co Starr. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Lance poczuł się jak w domu, wśród swoich.
- Ump, stary druhu, ta stodoła przyjemnie pachnie, nieprawdaż? - rzekł Lance i klepnąwszy zwierzę na pożegnanie, wyszedł ze Starrem. - Gdzie mogę coś zjeść i się przespać?
- Jest kilka miejsc, ale poza hotelem spodoba ci się kafejka pani Goodman. Miła kobieta, uwielbia kowbojów i prowadzi małą, pierwszorzędną knajpę.
- Może poszedłbyś ze mną? Chętnie bym porozmawiał.
- Jasne. Jestem po kolacji, ale zawsze mogę jeszcze coś zjeść. A i tak muszę już zamykać interes.
Po chwili Lance był już w środku czystego, pachnącego, małego lokalu, o wnętrzu bardziej domowym niż kawiarnianym, i został przedstawiony korpulentnej kobiecie o miłym i sympatycznym wyglądzie. Najwyraźniej miała słabość do kowbojów.
- No, Oregon, szczerze chciałbym, żebyś tu został - powiedział entuzjastycznie Starr. Wyraźnie polubił Lance'a, ze wzajemnością.
- Całą drogę z Apache coraz bardziej podobał mi się krajobraz.
- Do diabła, to jeszcze nic. Powinieneś zobaczyć okolice wzdłuż zachodniego zbocza gór Peloncillo55. Pierwszorzędne tereny łowieckie na jelenie i antylopy. Niedźwiedzie i kuguary56 są wyżej. Można łowić pstrągi, o rany! Wszędzie trawa i szałwia57.
- Brzmi wspaniale. To tam ten twój Gene Stewart hoduje swoje bydło?
- Hodował, kiedy miał dziesięć ekip poganiaczy, ale teraz zostało mu tylko z tysiąc sztuk bydła, nie licząc roczniaków i cieląt. Pozwala im po prostu paść się wokół swojego rancza, pod okiem kilku meksykańskich dzieciaków.
- Jak daleko jest to ranczo?
- Jakieś trzydzieści mil, szlakiem. Droga biegnie w górę i w dół. Samochody pokazują czterdzieści dwie mile na liczniku. Brak prac drogowych tej wiosny utrudnia jazdę.
- Zastanawiam się, jaką mam szansę się z nim dogadać? Płaca nie stanowi problemu, przez jakiś czas. Chcę jeździć po otwartej przestrzeni, zjeść porządny posiłek i potrzebuję pastwisko dla Umpqua. Widzisz, jest nauczony, by sam się paść. Alfalfa i zboże by go rozpuściły.
- Co racja, to racja... Słuchaj, Sidway, masz całkiem duże szanse na dogadanie się z Gene'em. Cholernie potrzebuje poganiaczy. Dam ci list do niego jutro rano. To małe piwo, jeśli naprawdę chcesz pracować bez zapłaty, tylko za wikt. Będzie zadowolony. Musisz tylko ostrożnie go podejść... Gene to drażliwy gość, ale sól tej ziemi. Sprzedałbym to za grosze i pojechał z tobą.
- Byłoby świetnie. Dlaczego tego nie zrobisz?
- Mama nie miałaby nic przeciwko. Te upały jej tu nie służą, ale zarabiam pieniądze i myślę, że powinienem zaoszczędzić jak najwięcej, nim znów wyruszę na szlak.
- W porządku, Ren. Dzięki za podpowiedź. Pojadę tam. Może będziemy się widywać od czasu do czasu. Chciałbym tego.
- Ja też. Pewnie, że możemy. Gene da ci raz kiedyś wolną niedzielę. Przyjadę do ciebie.
- Jakie ranczo posiada Stewart?
- Pierwsza klasa! Chyba każdy poganiacz na Zachodzie o nim słyszał. Blisko granicy. Wcześniej należało do Meksykanina o imieniu Don Carlos. Został zastrzelony na długo przed moim pojawieniem się w tej części Arizony. Dopiero co się wtedy urodziłem, ale słyszałem tę historię. Podczas meksykańskiej rewolucji, jakieś dwadzieścia pięć lat temu, Don Carlos był właścicielem tego rancza. To był hiszpański grant. A on zajmował się przemytem broni na granicy. Gene Stewart był wtedy twardzielem, kowbojem, świetnym w rzucaniu lassem i radzeniu sobie z końmi - niezawodny strzelec - a opanowanie! Nikt nie był bardziej opanowany niż ten hombre58. Dołączył do rewolucjonistów. Nazywali go El Capitan59. Po tym, jak Madero60 został zamordowany, Gene wrócił tutaj. Mniej więcej w tym samym czasie przybyła bogata dziewczyna z Nowego Jorku. Kupiła ranczo Don Carlosa. Stillwell, wówczas zarządca, zebrał najtwardszą grupę kowbojów, jaka kiedykolwiek jeździła po równinach. Nikt jednak nie był w stanie im przewodzić, dopóki nie zatrudnił Gene'a. Przegnali Don Carlosa i jego bandę z pastwisk. Zrobili z tego rancza najlepsze na całym Zachodzie. Jest piękne jak zawsze, ale strasznie podupadło przez ostatnie dwa lata... Gene poślubił swoją szefową, bogatą dziewczynę ze Wschodu. Cóż to był za romans!
- To cholernie interesujące, Ren. Chyba polubię tego Stewarta.
- Na pewno, a jeśli okażesz się tak dobry, na jakiego wyglądasz - wybacz szczerość - Gene polubi i ciebie. Był dla mnie wspaniały. A ja kochałem go jak ojca. Zawsze zatrzymuje się tutaj, żeby się ze mną zobaczyć, ma nadzieję, że kiedyś do niego wrócę, ale nigdy mi tego nie mówi. Był dzisiaj w miasteczku, czymś się martwił! Wspomniał tylko, że tracił po kilka sztuk bydła.
- Złodzieje bydła? - zawołał gwałtownie Lance.
- Tak, Sid, bydłokrady.
- Nie!
- A tak. Wciąż to się tu dzieje. Co prawda nie tak, jak kiedyś, ale tuzin sztuk teraz znaczy dla Gene'a więcej niż kilka lat temu tysiąc. Cierpiał, bo nie mógł dojść do tego, jak uprowadzono bydło. Nawet stary Nels, ostatni ze świetnej ekipy kowbojów, nie potrafił tego rozwikłać.
- Może nie myślą kreatywnie, nieszablonowo, tylko w przestarzały sposób.
- Szlag, Sid. To samo sobie pomyślałem.
- Słuchaj, Starr - powiedział Lance, jakby spłynęło na niego natchnienie. - Nie tak dawno temu prowadziłem ciężarówkę z Douglas do Tucson. Była pusta, ale wcześniej przewożono nią bydło.
Lance opowiedział pokrótce okoliczności, pod wpływem których zmuszony był do zarobienia pieniędzy, ale nie wdawał się zbytnio w szczegóły dotyczące ludzi, których spotkał na swej drodze podczas tej przygody.
- A niech mnie...! Co to była za ciężarówka?
- Duża, porządna, kryta płótnem. Zapisałem numery rejestracyjne i nazwisko właściciela, które, jak podejrzewam, nie jest nazwiskiem prawdziwego posiadacza.
- Sidway, co ty opowiadasz - powiedział spokojnie Starr. - Widuję tu trzy lub cztery takie ciężarówki mniej więcej raz w miesiącu. Jedna przejechała tędy cztery dni temu na północ.
- Przyjrzałeś się jej dokładniej?
- Nie. Tyle, że było mi nie do śmiechu, jak zwykle zresztą, bo kierowca kupił benzynę na jednej z innych stacji. Widzisz, ci faceci nigdy nie kupili ode mnie nawet galona61 benzyny. W porządku. Moje miejsce wygląda jak wygląda.
- Starr, minęli cię, bo jesteś kowbojem.
- Co ty mówisz? To jest myśl. Niezła.
- Podczas mojej podróży podsłuchałem coś, co dało mi przekonanie, że ci kierowcy ciężarówek kupowali bydło jako przykrywkę dla czegoś. Być może ostatnio zaczęli je kraść. Biznes kiepsko się kręci w tych czasach.
- Kolego, geniusz z ciebie - wykrzyknął entuzjastycznie Starr. - Przypomniałem sobie, że nie widziałem, żeby jakaś ciężarówka przejeżdżała tu w kierunku południowym. Przejeżdżają, a jakże. Tak mi powiedziano. Ale późno w nocy.
- Mamy orzech do zgryzienia.
- Interesujące. Nie wytrzymam z ciekawości. Sid, to, o czym tutaj mówiliśmy, cholernie zainteresuje Gene'a. Natychmiast mu opowiedz wszystko o tych ciężarówkach.
- Masz to jak w banku. Starr, jeśli Stewart mnie przyjmie, wyślę ci kwit i pieniądze na mój bagaż w Los Angeles.
- Chętnie go dla ciebie odbiorę... Chyba powinieneś walnąć się na siano. Masz zmęczone oczy. Chodź, zaprowadzę cię do hotelu. Tani jak przyczepa i porządny.
Po drugiej stronie ulicy Starr odezwał się:
- Dużo by opowiadać o Stewarcie, jego ranczu, i w ogóle, ale nie jestem w stanie spamiętać wszystkiego na raz... Przekonasz się, że pani Stewart jest wspaniała. To najmilsza kobieta i wciąż niczego sobie! Prawie zapomniałem o ich córce. Nic dziwnego, bo nie widziałem jej prawie cztery lata. Była wtedy dzieciakiem, ale potrafiła tak spojrzeć na mężczyznę... Wszyscy kowboje zbzikowali na jej punkcie. Ja też! Myślałem, że mam specjalne względy, bo raz pozwoliła mi się pocałować, ale myliłem się, Sid. Ta dziewczyna była utrapieniem, ale przewidywalna. Po prostu kobieca... Gene mówił mi dzisiaj, że wraca do domu. Bardzo się cieszył z tego powodu. Uwielbia ją! I może trochę też się o nią martwi... Sid, taka dziewczyna śniłaby ci się po nocach.
- Nie sądzę - oświadczył ze śmiechem Lance. - Spędziłem jakiś czas w Hollywood. O rany, miałem do czynienia z najładniejszymi i najzgrabniejszymi dziewczynami na świecie.
- Hollywood? Dobry Boże, czym ty mnie jeszcze zaskoczysz? Sid, z tobą nie można się nudzić... Zakochałeś się w którejś z tych gwiazdek?
- Ren, wpadłem po uszy przez trzy z nich. I wcale nie gwiazdy. Po prostu statystki, ładniejsze niż gwiazdy. Za każdym razem bardziej! Nie wyobrażam sobie, żebym zakochał się w dziewczynie z rancza. Bez obrazy, kolego. Moja siostra jest dziewczyną z rancza i jest moją dumą, ale zrozumiesz, o co mi chodzi, jeśli zobaczysz to na dużym ekranie.
- Masz na myśli kino? Chodzę na każdy film, czasem po dwa razy.
- No to wiesz, że nic mi nie grozi na ranczu w Arizonie.
- Jesteś tu bezpieczny, jeśli ona nie przyjedzie do domu, w co bardzo wątpię. Nie liczyłbym na to, przyjacielu... A oto i twój hotel. Powiem: adiós62, do rana. Bardzo się cieszę, że się poznaliśmy, Lance.
- Ja też, Ren. Do zobaczenia jutro wczesnym rankiem. Nie zapomnij napisać tego listu do Stewarta. Dobrej nocy.
Lance kładł się spać podekscytowany i zadowolony z wydarzeń minionego dnia i obietnic, jakie ze sobą przyniósł. Szczególnie cieszył się ze spotkania z eks-kowbojem, Starrem. Lance pomyślał, że był to facet, z którym można by było utrzymać znajomość. Szczęście towarzyszyło tej przygodzie w nowej i odległej krainie.
Następnego ranka, po wczesnym śniadaniu, Lance wybrał się na swe pierwsze arizońskie zakupy. Nabył nowy strój konny, bardzo już potrzebny zestaw do golenia i kilka innych artykułów. Niepotrzebne rzeczy związał w swój stary płaszcz, by móc wygodnie przytroczyć je do siodła. Gdy pojawił się w garażu Starra, ten spojrzał na niego z zaskoczeniem i rozbawieniem.
- Dzień dobry, Sid - powiedział, przeciągając sylaby. - Coś porabiał? Taki wystrojony. Mój Boże! Nie wiedziałem, że z ciebie taki elegant. Jak cię jeszcze zobaczą na koniu, to padną z wrażenia. Coś mi się wydaje, żeś widział córkę Gene'a Stewarta, albo o niej słyszał.
- Nie, nic z tych rzeczy. Potrzebowałem czystych ciuchów i golenia - wyjaśnił Lance. - Nie mogę starać się o pracę wyglądając jak włóczęga.
- No nie wiem, Sid - wyraził powątpiewanie Starr. - Gene woli twardych kowbojów. A w tej czerwonej chustce wyglądasz jak Buck Jones63.
- Ren, kupiłem najmniej krzykliwe ubranie, jakie miał sklepikarz - zaprotestował Lance. - Ale jeśli uważasz, że powinienem przebrać się z powrotem w...
- Żartowałem tylko. Wyglądasz dobrze. Tak naprawdę, to wyglądasz świetnie, ale żaden kowboj nie oszuka Gene'a Stewarta. On cię przejrzy na wylot, Sid. I założę się o mój warsztat, że polubi cię jak ja.
- No to raz kozie śmierć...
- To mi się podoba. A co, do diabła, się stanie, jeśli wpadniesz prosto na córkę Gene'a? Jest w drodze do domu. Gene powiedział o tym wczoraj mojej matce.
- Nie odpuszczasz, Ren. Coś bardzo interesujesz się uczuciami panny Stewart? - zażartował Lance.
- Nie! Raczej martwię się o ciebie, co stanie się z tobą, gdy ona zobaczy ciebie. A w tym nowym ubraniu z pewnością wyróżniasz się z tłumu.
- Jak wszyscy arizońscy kowboje - ciągnął dalej Lance. - Poznałem wielu z nich w Hollywood. Świetni faceci, ale głównie żartownisie, uganiający się za dziewczynami...! A na dodatek, lubiący hazard. Założę się o pięć dolców, że nawet nie zauważę tej twojej arizońskiej kowbojki... Przyjacielu, mieszkałem w Hollywood przeszło rok.
- Już to mówiłeś - odparł oschle Starr. - Zakładamy się. Tu jest ten list do Gene'a Stewarta. Mam szczerą nadzieję, że choć w połowie będziesz tak dobry, jak napisałem to w rekomendacji.
- Dzięki, Ren. Mam nadzieję, że się sprawdzę. A teraz mi powiedz, jak dojechać na to wspaniałe ranczo.
- Wyjedź na główną drogę, oczywiście kieruj się na południe. Skręć w pierwszą ścieżkę - to będzie polna dróżka - skręć w lewo. Trzymaj się jej przez jakieś pięć mil, aż dotrzesz do mostu nad potokiem. Dużo zielonych wierzb. W każdym razie to będzie pierwszy most na twojej drodze, nie możesz go przeoczyć. Po prawej stronie będzie ścieżka, biegnąca równo ze strumieniem. Wjedź na nią, kolego. Życzę ci powodzenia.
- Jak rozpoznam to ranczo, gdy już do niego dojadę?
- O rany! To jedyne ranczo w tym miejscu. Dom, stary, w hiszpańskim stylu, stoi na pagórku wśród drzew. Ściany były kiedyś białe, ale widać go z oddalonego o dziesięć mil pasma.
***
W krótkim czasie Lance opuścił Bolton, wyjeżdżając na drogę, która zdawała się wznosić i znikać w szarym mroku. Umpqua, wyczuwając coś w dali, być może zapach szałwii i otwartą przestrzeń, zaczął pokonywać ziemię kłusem. Lance ujrzał po swej prawej stronie, jak główna droga, lśniąca jak wstęga, biegła wzdłuż linii kolejowej i telegraficznych słupów na południowy zachód przez pustynię. Po jego lewej stronie, za zielonymi wierzbami graniczącymi ze strumieniem, od czasu do czasu jakieś skromne ranczo lub ceglany meksykański dom ożywiał prerię, która stopniowo, w miarę jak posuwał się naprzód, stawała się coraz bardziej dzika i dziewicza. Przed nim na horyzoncie wznosiły się górskie pasma, jedne wyraźne, drugie zamglone. Bystry wzrok Lance'a wychwytywał kicające króliki i skradające się kojoty, a także białe zady zwierząt podobnych do jeleni, które, jak stwierdził potem, były antylopami.
W końcu szlak oddalił się od potoku. Karłowate cedry i jasnofioletowa linia wyznaczały pas szałwii. Lance widział szałwię w Oregonie i Kalifornii, ale nie znał bujności i zapachu tej arizońskiej. Umpqua wyraźnie go polubił. Miało się wrażenie, że w tym czystym powietrzu unosi się intensywna woń i uniesienie. Słońce zaczęło przypiekać Lance'a w plecy; gorące powietrze parowało z ziemi jak dym; szczyty, rysujące się ostro i wyraźnie na tle błękitnego nieba, zdawała się teraz otaczać mgiełka. Na prawo, w dole, w stronę drogi, którą Lance wciąż widział, pasły się stada bydła. Natomiast szlak prowadził bardziej w lewo, w kierunku wznoszącego się terenu i nierównych, wystających, czerwonych skał i skupisk cedrów.
Nastało południe, i do tego czasu Lance obliczył, że przebył już co najmniej dwadzieścia mil, czyli dwie trzecie odległości do rancza Stewarta; wkrótce dotarł do przełęczy, o której wspomniał Starr. Widok był tak wspaniały, że Lance zatrzymał się, by popatrzeć. Podziwiał go oczarowany. Ujrzał ruchomą linię samochodowego kurzu, przecinającą rozległą, szaro-purpurową, leżącą pod nim nieckę, która musiała być południowym krańcem doliny Bernardino. Skaliste tereny, skupiska cedrów i ciemniejsze kępy drzew łagodziły monotonię prerii, przesuwającej się dalej, ku górom, którymi musiały być Peloncillos. Wtem bystre oczy Lance'a wypatrzyły zalesiony pagórek i starą hiszpańską rezydencję wzniesioną przez Don Carlosa. Prezentowała się okazale już z odległości dziesięciu mil, jak wspominał o tym Starr. Jezioro, błękitne jak klejnot, lśniło w słońcu, a jego zielony krąg wypuszczał wstęgę, która wiła się przez szarość, tworząc szeroki łuk wokół skalistego grzbietu, na który wspiął się Lance. Był to, rzecz jasna, strumień, który napotkał niżej. Była to bezkresna kraina. Jakże musiała być rozległa, skoro leżała tu dolina otoczona górskimi ścianami! Jadąc w dół szlaku Lance pomyślał z powagą, ale i z uniesieniem, że ten widok całkowicie zdobył jego serce. Znajdzie lub założy tu dom, Czuł, że winien jest dozgonną wdzięczność Renowi Starrowi.
***
Po południu Lance wjechał do małej i ładnej meksykańskiej wioski u stóp wzgórza. Słupy błękitnego dymu wznosiły się wolno ku górze. Na wpół nagie dzieci, burros64 i psy, tubylcy w barwnych strojach przyglądali mu się leniwie z ganków; nikt się nie spieszył, wszyscy zdawali się mieć czas. Lance zaryzykował zadanie pytania jednej z grupek. Niesamowicie piękna meksykańska dziewczyna, której ogromne ciemne oczy świeciły jasno i szelmowsko w stronę Lance'a, odpowiedziała mu:
- Buenos dias, se?or65.
- Nie rozumiem. Mówi pani po angielsku? - spytał łagodnie Lance, uśmiechając się do dziewczyny.
- Tak, kowboju. Pan Stewart jest w domu.
- Dziękuję, se?orita66. Myślę, że mi się tu spodoba.
Jej ciemne oczy błysnęły figlarnie i równie szybko, jak pojawił się w nich ten blask, odpowiedziała:
- Szybko poszło, se?or.
Oddalając się łagodnym zboczem, Lance rozmyślał nad tym, co powiedziała meksykańska dziewczyna.
- Co ona miała na myśli? Nie rozumiem, ale na pewno żartowała. Flirciara! W porządku, se?orita. Jeszcze się zobaczymy.
Lance nie zdążył dojechać jeszcze do miejsca, gdzie droga zakręcała na zalesiony pagórek, gdy wyprzedził go chłopiec, oznajmiając, że se?or Stewart jest w zagrodzie, na którą wskazał. Lance rzucił mu ćwierćdolarówkę i trzymając się prawej strony podnóża pagórka, ujrzał po chwili stodoły z drewnianych bali, szopy i zagrody, długi barak z omszałym dachem, stary i zwietrzały, malowniczo podupadający. Przeciągłe rżenie niewidzialnego konia wywołało parsknięcie u Umpqua. Lance jechał alejką pełną rozsypanych, leżących na ziemi żerdzi, która zmieniła się w rodzaj podwórka, gdzie zaraz po prawej stronie stała kuźnia, a przed nią kilku meksykańskich jeźdźców i czarny koń, pełnej rasy, tak zadbany, o tak lśniącej sierści, że wydawał się tu nie pasować. Wtem zza konia wyszedł wysoki biały mężczyzna. Wspaniale zbudowany, o ciemnej, skupionej i stanowczej twarzy, pooranej głębokimi zmarszczkami, o przeszywających ciemnych oczach, z siwymi pasmami na skroniach. Lance'owi nie trzeba było mówić, że to Gene Stewart. Gdy Lance podjechał, zauważył najpierw rozluźnienie na surowej twarzy Gene'a, a potem uśmiech, który miło ją ocieplił, następnie żywe zainteresowanie zarówno jeźdźcem, jak i jego koniem.
- Cześć, kowboju - ranczer powitał Lance'a przyjemnym, głębokim głosem. - Zaskoczyłeś ich.
- Kto... co? - zająknął się Lance. - Pan jest Gene Stewart?
- Tak, jestem Stewart. A ty?
- Lance Sidway. Szukam pracy.
- Dobrze... Czy to moja córka cię poleciła?
- Nie... prawdę mówiąc, proszę pana - odpowiedział Lance, przypominając sobie przemowę Starra, nagle przepełniony konsternacją i przerażeniem. - Nie znam pana córki.
- Możliwe, ale czy jej dzisiejszy powrót do domu nie ma czegoś wspólnego z twoim szukaniem pracy? - spytał Stewart, a w jego przenikliwych, bystrych oczach pojawił się błysk.
- Może, sądząc po zachowaniu poznanych przeze mnie arizońskich kowbojów - odpowiedział Lance, odzyskując równowagę, zauważywszy, że Stewart dobrze bawi się jego kosztem. - Ale nie w moim przypadku tak nie jest.
- Ach tak? No to w takim razie słucham.
- Oto mój list polecający - kontynuował Lance, podając pismo.
Stewart otworzył je i przeczytał. Nagle rozpromienił się.
- Kumpel Starra, co? Na pewno nie możesz być w pełni taki, jak opisuje Ren, ale jeśli jesteś choć w połowie tak dobry...
- Przepraszam, panie Stewart - wtrącił pospiesznie Lance. - Nie mam zamiaru się wybielać. Starr nie zna mnie lepiej od pana. Poznałem go zaledwie ubiegłego wieczora! Od razu się polubiliśmy. Powiedział mi, że może mnie pan zatrudnić. Zaproponował list polecający.
- Rozumiem. To podobne do Rena. Zsiądź konia i wejdź.
Lance zeskoczył z siodła i puścił uzdę67. Stewart zwrócił się do jednego z miejscowych chłopców, przyglądających się z podziwem koniowi:
- Pedro, daj mu pić i wytrzyj go z kurzu... Kowboju, masz wspaniałego konia. Nie dostrzegam w nim najmniejszej niedoskonałości. Każdy ranczer na Zachodzie dałby ci pracę, by mieć szansę go kupić lub ukraść.
- Umpqua jest niezrównany - odpowiedział Lance, gdy ranczer poprowadził go do miejsca na werandzie czegoś, co wyglądało jak sklep.
- Nels, chodź tu - Stewart zawołał w głąb szeroko otwartych drzwi starego budynku. Nie otrzymawszy odpowiedzi, rzekł ze skargą w głosie. - Nels jest pewnie z moją córką, ogląda jej konie. Kowboju, nie będzie ci łatwo zatrzymać tego konia.
- Och, rozumiem - roześmiał się Lance, zachwycony na myśl, że ranczer może go przyjąć. - Każda dziewczyna, która kocha konie, chciałaby, rzecz jasna, Umpqua, ale będzie musiała zabrać z nim i mnie.
- Stary kowbojski duch! Też kiedyś taki byłem... Skąd jesteś?
Lance krótko opowiedział o swoim domu w Oregonie, swych doświadczeniach na tamtejszych pastwiskach, skromnie wyliczając swe umiejętności i pomijając doświadczenie z Hollywood.
- Czy kiedykolwiek słyszałeś o tym pastwisku i moim ranczo?
- Tylko od Starra. Wspaniale byłoby móc tu pracować. Proszę dać mi szansę, panie Stewart.
- Naprawdę chciałbym - odpowiedział ranczer, uprzejmie, ale poważnie. - Kiedyś miałem najlepszą i najzacieklejszą ekipę na granicy. Ale czasy się zmieniły... Starr pisze w tym swoim liście, że płaca nie ma znaczenia.
- Chętnie zapracuję tylko na zakwaterowanie i wyżywienie.
- Jesteś bogaty?
- Dobry Boże, nie! Mam tylko kilka dolarów w kieszeni. I Umpqua. Chociaż tak, powinienem powiedzieć, że jestem bogaty.
- Sidway, nie mógłbym pozwolić ci pracować za darmo.
- Proszę pana, jeśli chodzi tylko o pieniądze, to niech to nie powstrzyma pana przed zatrudnieniem mnie - nalegał Lance.
- Powiedz prawdę. Polubię cię bardziej, jeśli przyznasz, że chcesz tę pracę ze względu na Madge.
- Madge! A kto to jest? Och, oczywiście, to pana córka... Panie Stewart, przysięgam na mój honor, że nigdy o niej nie słyszałem, aż do ostatniego wieczora, kiedy to Starr rozpływał się nad nią w pochwałach.
- I to mogło wystarczyć. Typowy kowboj z ciebie. Wszyscy jesteście po jednych pieniądzach.
- Ale nie wystarczyło. To nic nie znaczyło. Nie zaprzątam sobie teraz głowy kobietami.
- Nie kłam. Kowboje zawsze zaprzątają sobie głowy dziewczętami... Przyjmę cię, Sidway, i zapłacę ci kilka dolarów miesięcznie, dopóki interes z bydłem się nie poprawi.
- Dziękuję panu. Będę pracował najlepiej, jak umiem.
- Czy Ren wspominał, że do mnie wróci?
- Tak. Chciałby. Założę się, że to zrobi, jak tylko odłoży trochę więcej pieniędzy.
- Nie chciałbym na niego naciskać, ale z wami, młodymi, ciężko pracującymi, z waszą pomocą ja, Danny, i moi vaqueros68 możemy uratować stado. Widzisz, Sidway, ostatnio mieliśmy do czynienia z dziwnymi kradzieżami bydła...
Stewartowi przerwał przyjemny, wysoki głos, dobiegający zza rogu werandy, z alejki.
- Nels...! Na Boga, spójrz na tego czarnego konia...! Och, cóż za piękność! Och! Och!
Brzęk ostróg69 świadczył o powolnych krokach jeźdźca.
- No cóż, dziewczyno, nigdy wcześniej nie widziałem tego konia - rozległ się charakterystyczny głos, mówiący z przeciągającym, południowym akcentem. - Na pewno nie spodoba ci się, gdy powiem, że te twoje szkapy licho się przy nim prezentują.
- Bzdura! Ale on jest... Chcę go, Nels. Zdobędę go nawet, jeśli będzie kosztować dziesięć tysięcy... Tato! Tato!
Stewart szepnął:
- Wyjdź i powiedz jej, że jest jeden koń, którego nie może mieć. Będzie zabawnie.
- Zapewne, proszę pana - odparł Lance, z powątpiewaniem, ale było to pierwsze polecenie od jego szefa, a ponadto był zaciekawiony całą sytuacją, a być może nawet tym słodkim głosem. Gdy zbliżył się do rogu, usłyszał tupot stóp. Potem pojawiło się zjawisko, które wpadło prosto w jego ramiona.
- Och! - krzyknęła i zachwiała się, upadłaby, gdyby nie złapała się zwinną dłonią Lance'a. Dziewczyna - bez nakrycia głowy - z rozwianymi złocistymi włosami - z uroczo zarumienioną twarzą, dziwnie znajomą - z oczami koloru fiołków, rozszerzającymi się ze zdumienia i ciemniejącymi! - A kto to, u licha...? Ty...! Co za historia! Przecież to mój bohater!
Lance rozpoznał ją. To była jego dziewczyna z przygody na kampusie i szalonej jazdy ulicami Los Angeles. Kiedy tak otoczyła go swym wesołym, radosnym szczebiotem, a jej czerwone usta zbliżyły się do jego twarzy, by obdarować go przyjemnie chłodnym, słodkim pocałunkiem, serce w nim zamarło.
43 L.A. - skrót od Los Angeles, miasto w Kalifornii, USA.
44 Portland - miasto w USA, w stanie Oregon, w pobliżu ujścia Willamette do rzeki Kolumbia.
45 Frisco - popularny w Stanach Zjednoczonych skrót od San Francisco, miasto w USA, w środkowej części stanu Kalifornia, na półwyspie między Oceanem Spokojnym a zat. San Francisco.
46 Tucson - miasto w USA, w południowo-wschodniej części stanu Arizona, nad rz. Santa Cruz i Rillito.
47 Chi - skrót od Chicago. Miasto w USA, w północno-wschodniej części stanu Illinois, przy ujściu rz.: Chicago i Calumet do jez. Michigan.
48 Prohibicja - prawo wydany przez państwo zakaz prowadzenia działalności społecznie niepożądanej lub szkodliwej (zwłaszcza produkcji lub sprzedaży napojów alkoholowych) na obszarze całego państwa lub jego części (p. całkowita) albo znaczne ograniczenie takiej działalności (p. częściowa).
49 Liga lądowa - angielska jednostka długości równa ok. 5 km.
50 Vail - jednostka osadnicza w Stanach Zjednoczonych, w stanie Pima, Arizona, 24 mile (39 km) na południowy wschód od Tucson.
51 El Paso - miasto w USA, w stanie Teksas, nad rzeką Rio Grande, naprzeciwko meksykańskiego miasta Ciudad Juárez.
52 Benson - miasto w hrabstwie Cochise, Arizona, Stany Zjednoczone, 45 mil (72 km) na południowy wschód od Tucson.
53 Hash browns (ang.) - to popularne amerykańskie danie śniadaniowe, składające się z drobno posiekanych ziemniaków, usmażonych do zrumienienia.
54 Ranczer (ang. rancher) - osoba prowadząca ranczo, hodowca, rolnik.
55 Góry Peloncillo (ang. The Peloncillo Mountains) - (hiszp. Pelo, włosy, Pelon, bezwłosy, łysy) to pasmo górskie w północno-wschodniej Cochise County, Arizona, USA.
56 Kuguar (puma, Felis concolor) - duży gatunek z rodziny kotowatych; występuje w różnych środowiskach od półpustyni po las w Ameryce Północnej i Ameryce Południowej, od zachodniej i południowej Kanady po południowe Chile.
57 Szałwia (Salvia) - rodzaj rośliny z rodziny jasnotowatych (wargowych), wieloletnia, o wysokości około 60 cm (2 stopy); liście owalne, szorstkie lub pomarszczone i zwykle puszyste; kolor waha się od szaro-zielonego do białawo-zielonego, a niektóre odmiany są różnorodne; kwiaty mają kolce i cylindryczne dwuwargowe korony, które przyciągają różne typy zapylaczy, w tym pszczoły, motyle i kolibry.
58 Hombre (hiszp.) - człowiek, facet.
59 El Capitan (hiszp.) - kapitan,
60 Francisco Indalencio Madero (1873-1913) - polityk meksykański.
61 Galon (ang. gallon) - gal, jednostka objętości cieczy i ciał sypkich używana w krajach anglosaskich. 1 gal = 3,7854 litra.
62 Adiós (hiszp.) - Żegnaj!
63 Buck Jones - Charles Frederick Gebhart (1891-1942), amerykański aktor, znany ze swojej pracy w wielu popularnych filmach westernowych.
64 Burros (hiszp.) - osły.
65 Buenos dias, se?or (hiszp.) - Dzień dobry panu.
66 Se?orita (hiszp.) - panna, dziewczyna, panienka.
67 Uzda - ogłowie, część rzędu końskiego (sprzętu służącego do dosiadania konia wierzchowego i kierowania nim), składająca się ze skórzanych pasków (m.in. policzka, podgardla, naczółka, nachrapnika) oraz metalowego kiełzna (metalowej części ogłowia, do której są przymocowane wodze) z wodzami.
68 Vaqueros (hiszp.) - kowboje.
69 Ostroga - część oporządzenia jeźdźca ułatwiająca prowadzenie konia, przede wszystkim pobudzająca go do biegu.