1
- Pomoże mi pani?
Spojrzała na stojącą tuż obok staruszkę. Kobieta musiała być w wieku niedawno zmarłej matki Klementyny. Wysuszona, pomarszczona, przygarbiona, w brzydkich butach, za długim płaszczu i rozerwanej reklamówce z Biedronki na głowie, chroniącej przed zimnym deszczem.
- Strasznie ślisko dzisiaj - wyjaśniała przepraszającym tonem.
- Ależ oczywiście - powiedziała Klementyna.
Staruszka wzięła ją pod rękę i ścisnęła za dłoń. Nie miała rękawiczek. Jej skóra była miękka, jakby z waty, lekko obwisła, nieprzyjemnie nierówna. Klementyna potrafiła wyczuć niewielkie, tłuste zgrubienia, miękkie guzki. Przeszedł ją dreszcz. Pomyślała, że za niedługo też ją to czeka.
Taka brzydka starość. Kiedy ciało zaczyna się kurczyć, zwijać, porastać krostami, włoskami i po prostu śmierdzieć. To chyba ten zapach najbardziej przerażał. Coś jakby mieszanina naftaliny, moczu i śmierci. To dlatego starsze kobiety, jeśli tylko mogły sobie na to pozwolić, wylewały na siebie te ciężkie piżmowe perfumy.
- Ja panią przepraszam, ale ja się boję - wyjaśniła staruszka. - W moim wieku to człowiek się przewróci, poślizgnie i łup, biodro złamane. A jak biodro złamane, to się już można do trumny kłaść.
- Nic nie szkodzi - zapewniła Klementyna.
Przechodziły właśnie nad głęboką kałużą tuż przy krawężniku. Brodziły w szarej brei na wpół roztopionego ciemnego śniegu, pokrywającego białe pasy przejścia dla pieszych. Staruszka wyrzucała z siebie raz po raz krótkie, płytkie oddechy. Jak maszyna, która próbuje zaskoczyć. Klementyna pomyślała, że to pewnie coś z płucami. Nowotwór. Rozedma. Gruźlica. Podobno na nowo zbierała żniwo. A może po prostu banalne zapalenie. Wszystkie te choroby, które czekają również ją. I to nie w trudnej do przewidzenia przyszłości, ale za lat pięć, góra dziesięć.
- Wezmę od pani tę siatę - powiedziała.
- Strasznie pani miła.
Kobieta podała ciężką torbę, wypełnioną po brzegi zakupami. Ważyło to chyba z pięć kilogramów. Klementyna poczuła ukłucie zazdrości. Jej lodówka była niemalże pusta. Został tylko skrawek żółtego sera oraz słoik dżemu. Ostatni kawałek szynki, jaki miała, zrobił się obślizgły, nieprzyjemnie pachniał. Bez żalu rzuciła go ptakom.
- Straszna jest ta pogoda - stwierdziła staruszka, wyszarpując z siebie słowa pomiędzy oddechami. - Niby na plusie, a zimno... zimno... no, zimno jak skurwysyn. Pani mi wybaczy, ale tak się dzisiaj mówi, prawda?
Klementyna skinęła głową. Przeszły na drugą stronę ulicy i skręciły w lewo. Nie przeszkadzało jej to. I tak szła w tamtą stronę. Wędrowały wąskimi uliczkami starego Mokotowa.
- Dla mnie to nie jest zima. W zimie to ma być zimno. Poniżej zera. Śnieg. Wtedy da się żyć. A to, co teraz jest... Ech... Ledwo coś spadnie, a jeśli spadnie, to zaraz się topi. I potem jest taki brud. Takie nie wiadomo co! A pani wie, co jest najgorsze?
- Co takiego?
- Że przez tę ciepłotę żadnych bakterii nie wymrozi. Bo to musi być mocno poniżej zera, żeby te wszystkie wirusy, te wszystkie bakterie pozdychały. A w takich temperaturach to one mają jak na wakacjach. I przez to tak ludzie chorują. Pani zobaczy. Kiedyś tak nie chorowali.
- Chyba tak - zgodziła się Klementyna. Wiedziała, że to najlepsza strategia podczas rozmów z takimi staruszkami. Potakiwać grzecznie, potwierdzać, zgadzać się mechanicznie. One i tak nie słuchały. Musiały powiedzieć swoje. Wyrzucić z siebie stosy słów, które zbierały się w nich całymi dniami. Jakby się bały, że inaczej się zmarnują. Mama była dokładnie taka sama.
- Pani wybaczy, ale ja tutaj - powiedziała. Wskazała na duży, dwupiętrowy przedwojenny budynek ze sporym poddaszem. Potem podała kobiecie torbę z zakupami. Ona jednak jej nie wzięła. Zrobiła lekko zmartwioną minę. - Miałam nadzieję, że odprowadzi mnie pani do domu - wyjaśniała. - Ślisko jest, ta torba ciężka. A to już blisko.
Klementyna uśmiechnęła się przepraszająco.
- Nie dam rady. Jestem umówiona.
- W tej szkole? - domyśliła się staruszka.
- Tak.
Staruszka zmarszczyła czoło tak mocno, że reklamówka z Biedronki nasunęła się jej na oczy.
- Niech pani nie puszcza tam swojego dziecka - powiedziała. - Tam źli ludzie pracują. Nie warto. Niech pani znajdzie normalną szkołę dziecku... - przerwała, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę, na ile lat wygląda Klementyna - ...wnukowi może. Przepraszam, to nie moja sprawa, dziecko, wnuk...
- Pani wybaczy, ale muszę już iść.
Potrząsnęła zakupami, by ją trochę pospieszyć, i zaraz się zawstydziła. Gest był niepotrzebny i nieuprzejmy. Kobieta wzięła torbę.
- Dziękuję pani za pomoc. - Pokiwała głową. - Ale dziecka to niech pani tam nie posyła. Bardzo proszę.
Klementyna, patrząc, jak staruszka drobi, ostrożnie stawia kroki i chwieje się pod ciężarem siatki z zakupami, poczuła w sercu bolesny wyrzut sumienia. Idiotyczny, bo przecież pomogła tej kobiecie. A nie mogła się spóźnić na to spotkanie. Nie, biorąc pod uwagę jej sytuację.
Zadzwoniła domofonem przy bramie. Przedstawiła się. Powiedziała, z jaką sprawą przychodzi. Rozległo się nieprzyjemne, metalowe brzęczenie i wpuszczono ją do środka.
Żeliwne szpikulce wysokiego płotu, otaczającego podwórko, dźgały powietrze, a na kamiennych słupach umieszczono drobne, ostre druciki, które bardziej niż włamywaczy miały odstraszać ptaki. W przestrzeń pomiędzy potężnymi drzewami wkomponowano zgrabnie plac zabaw dla dzieci: huśtawki, małe ścianki do wspinania, boisko do koszykówki z jednym koszem. Pomiędzy nimi prowadził szeroki chodnik z czerwonej kostki.
Klementyna podeszła do ciężkich, wysokich drzwi prowadzących do wnętrza budynku. Otworzyły się przed nią automatycznie z cichym, nieprzyjemnym szumem elektrycznych urządzeń. W środku przywitał ją starszy mężczyzna z siwym wąsem, granatowy strój przypominał mundur.
- Pani do pani dyrektor? - zapytał.
- Tak.
- To pani się tutaj wpisze, dobrze?
Spod niewielkiego stolika wyjął gruby zeszyt formatu A4 i podsunął Klementynie. Znalazła odpowiednią rubrykę i wpisała swoje imię, nazwisko oraz godzinę wejścia.
- Proszę pójść na pierwsze piętro, a potem zaraz na lewo, do sekretariatu - powiedział ochroniarz.
- Dziękuję.
Uderzyła ją cisza, kiedy szła nadspodziewanie wąskim i dziwnie czystym korytarzem. Na ścianach pomalowanych na spokojny beżowy kolor zawieszono tablice edukacyjne oraz ogłoszenia o konkursach naukowych i osiągnięciach najzdolniejszych uczniów. Za to schody były drewniane. Skrzypiały pod każdym krokiem.
Zastukała do drzwi sekretariatu.
- Proszę!
Weszła do środka. Dwie sekretarki siedziały za ustawioną naprzeciw ladą i stukały w klawiatury komputerów. Jedna z nich, blondynka w wieku około czterdziestu lat, poprawiła włosy i spojrzała na Klementynę ciężkim, zmęczonym wzrokiem.
- Tak?
- Klementyna Jastrzębska - przedstawiła się. - Jestem umówiona na rozmowę o pracę.
Sekretarka sięgnęła po telefon.
- Noż kurwa mać! - ryknął ktoś z pomieszczenia obok. Na drzwiach widniała pozłacana tabliczka z napisem "Dyrekcja". - Ile razy mam ci to tłumaczyć?! To są, kurwa, wpływy, to są koszty. To pierwsze ma być większe od tego drugiego, do jasnego chuja!
- Nie odzywaj się tak do mnie! Nie u mnie w gabinecie! Nie wolno ci!
Pierwszy głos, mocny, należał do mężczyzny. Drugi, niebezpiecznie ocierający się o granicę histerii, do kobiety.
- Ale muszę, kurwa! Bo jak mówię spokojnie, to do ciebie nie dociera!
- Masz w tej chwili przestać!!!
- Bo co?!
Klementyna odpowiedzi już nie usłyszała, bo kłócąca się dwójka ściszyła głos. Sekretarki posłały sobie znaczące spojrzenia. Potem blondynka zerknęła na nią, otworzyła usta, jakby chciała skomentować całą sytuację, ale zaraz chyba uznała, że lepiej tego nie robić, bo gwałtownie je zamknęła i zaczęła intensywnie stukać w klawisze klawiatury.
Klementyna dałaby wiele za szklankę zimnej wody i krzesło. Była zdenerwowana, a kłótnia, której stała się właśnie świadkiem, jeszcze tylko ten stan pogłębiła. Wzięła torebkę w obie dłonie i trzymała ją przed sobą niby tarczę. Ścisnęła, żeby ukryć drżenie rąk. Przez moment zastanawiała się, czy nie wyjść. Z rozmowy o pracy pewnie nic nie wyjdzie. Ona zamieniła się w strzępek nerwów, a dyrektorka pewnie nie będzie miała teraz głowy do rozmowy z potencjalną pracownicą. W najlepszym wypadku szybko się jej pozbędzie. W najgorszym i najbardziej prawdopodobnym spróbuje się na niej wyżyć. A potem Klementyna przypomniała sobie stos piętrzących się na stole rachunków i pustki w lodówce. Nie mogła pozwolić sobie na ucieczkę. Dostała szansę od losu. Musiała przynajmniej spróbować.
Drzwi pokoju dyrektorki otworzyły się gwałtownie i uderzyły z hukiem o ladę. Czarnowłosy, lekko opalony mężczyzna w szarym garniturze zatrzymał się w pół kroku. Spojrzał na pracujące za ladą kobiety, nagle machnął gniewnie ręką i wyszedł z sekretariatu.
Klementyna dostrzegła w głębi gabinetu szafy z dokumentami, kilka dyplomów, krzesło ze skórzanym obiciem i stare, ciężkie, dębowe meble. Brakowało tylko dwóch szabli zawieszonych na ścianie i gabloty z orderami.
- Czy powinnam...? - zapytała szeptem blondynki, ale ta tylko pokręciła przecząco głową i gestem dała znak, żeby była cicho.
Po kilku minutach Klementyna usłyszała szuranie odsuwanego krzesła i charakterystyczny dźwięk szpilek uderzających o podłogę. W progu pojawiła się dyrektorka. Ubrana w szarą garsonkę wysoka, szczupła kobieta o sięgających do ramion brązowych włosach, twarzy pokrytej grubą warstwą kosmetyków i ustami napuchniętymi od kwasu hialuronowego. Ściągnęła okulary w czarnej oprawie.
- Pani Klementyna? - zapytała sucho.
- Tak. Dzień dobry.
- Zapraszam do mojego gabinetu.
Nie czekając na reakcję, wróciła do siebie. Klementyna zerknęła szybko na sekretarki, szukając u nich wsparcia, porady albo chociaż odrobiny życzliwości. Zamiast tego blondynka pospieszyła ją gestem.
- Pani dyrektor nie lubi czekać - wyszeptała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki