W domu panowała martwa cisza. Żona zapowiadała wyjazd z dziećmi do swej matki. Postawił ciężką teczkę w przedpokoju i jak wytresowane zwierzę odruchowo zzuł swe mokasyny. Żona zawsze robiła wymówki, gdy wszedł o te dwa kroki za daleko w głąb mieszkania. "Buty należy zdejmować nie przekroczywszy progu" - mawiała. Ciebie tego w domu nie nauczono? To, że jesteś wychowany na wsi nie znaczy, że masz tkwić w tamtym, że ciągle, mimo doktoratu, ma ci wychodzić słoma z butów. Mechanizm uruchomiony z przesadą właściwą kobietom zadziałał tu na zasadzie odruchu, ale i fałszywego zgrzytu - czy buntu. Walizkową teczkę z aktami postawił obok okna. Na biurku zauważył gruby zeszyt w niebieskich okładkach. Tytułowa okładka odchylona była do pozycji prostopadłej, odsłaniając białą kartkę pierwszej strony zeszytu. Odruchowo zaczął wodzić wzrokiem po drobnym, charakterystycznym dla żony piśmie. Wsparty rękami o blat i pochylony nad biurkiem, w tej dziwnej pozycji rejestrował przesuwające się linie liter, układające się w niezrozumiały - w pierwszej chwili - zapis.
Myślałam o złych stronach zmiany w życiu, za każdym razem pozostawia się poza sobą coś cennego, czego nie powinno się uśmiercać, a co porzucone ginie.
K. Mansfield
Doznawał dziwnego rozdwojenia jaźni: był tu, a wracał tam, do gmachu sądu, w którym zostawił siebie, ów balast rozważań przywędrował tu, w te cztery ściany małego pokoiku. Opowiedział się przeciw karze śmierci w tej konkretnej sprawie, bo wynikało to z oceny zachowania tego konkretnego oskarżonego o zabójstwo, z okoliczności, w jakich doszło do tego, że pozbawił życia tę, w jakimś sensie prowokującą swoim zachowaniem, osobę. Ale czy przez te szczegóły, które zaowocowały śmiercią, przemykały pewne idee, które zdominowały go przy podejmowaniu ostatecznej decyzji w czasie wyrokowania? Idee bądź to zwolenników kary śmierci, tak zwanych retencjonatów, bądź walczących z nią od kilku ostatnich wieków przeciwników zwanych abolicjonistami wyrosłymi z idei filozofii humanitarnej. Już kiedyś, gdy dopiero wkraczał w zawód sędziowski, oddawał się lekturze dzieł poświęconych dwóm filozofiom karania. Według tych pierwszych to właśnie restrybucja moralna uzasadnia karę śmierci, bo zakłócona przestępstwem równowaga moralna musi być przywrócona adekwatną karą. Kara śmierci - głoszą retencjonaci - odstrasza, działa przykładowo, jest powściągowa, konieczna dla obrony społeczeństwa, jest efektywna. To prawda, stanowi środek sztucznej selekcji, eliminuje zdemoralizowanych, jest sprawiedliwą odpłatą, no może to nie najważniejsze, ale nie pociąga dużych kosztów w porównaniu z dożywociem, stanowi remedium na gwałt, ale przecież też i zabezpiecza przed samosądem, jest antycypacją śmierci. Nie bez znaczenie też jest, że domaga się jej opinia publiczna wyrażona przez suwerenne społeczeństwo, którym przecież jest naród.
Czy kara śmierci jest niehumanitarna i niegodna człowieka? Wręcz odwrotnie. Stanowi najwyższe uznanie godności ludzkiej!
Bzdura - krzyczą abolicjoniści. Kara śmierci jest nieużyteczna, niekonieczna, niesprawiedliwa, bo stanowi odwet, a odwet nie jest sprawiedliwością samą w sobie, co zauważył już Arystoteles, nieproporcjonalna, nienaprawialna, sprzeczna z celami kary, wyklucza ekspiację, nie odstrasza, stanowi pogwałcenie życia ludzkiego i godności człowieka, wprowadza terror, jest sprzeczna z dzisiejszym poziomem kultury, jest anachronizmem stanowiącym zawsze destrukcję życia ludzkiego. Tak, tak, kara śmierci gloryfikuje sprawcę. Kara śmierci bazuje na strachu. Tymczasem strach przed karą śmierci nie jest najsilniejszym mechanizmem doboru i mającym wybór ludzkiego postępowania. Wiadomo, że odstraszanie nie działa na sprawców o zaburzonych procesach świadomości, sprawców z wkalkulowanym ryzykiem, tych, u których życie nie przedstawia żadnej wartości, nie działa też na odurzającego się sprawcę. Niehumanitarność kary śmierci ma ścisły związek z zasadą etyki, w myśl której człowiek jest summum bonum. Nie zabijaj wynika z postawy szacunku dla egzystencji każdej jednostki. Z uznaniem więc takiej absolutnej wartości każdej jednostki wiąże się ujemna ocena wszystkich czynów godzących w istnienie człowieka. Jeśli tak, to istnieje bezwzględny moralny zakaz zabijania i jeżeli moralnie złe jest zabójstwo, to zła jest również kara śmierci. Ze złem należy walczyć bez używania zła.
Siedząc przy biurku przywoływał nie tak dawno odczytane w naukowych dysertacjach rozważania za i przeciw karze śmierci. Przedzierał się przez książkę Alicji Grześkowiak Kara śmierci w polskim prawie karnym i jeszcze bardziej uzmysłowił sobie, że ten spór "za" i "przeciw" drąży ludzi od wieków
Marny sędzio, włączyłeś się w ten odwieczny spór etyczny o karę śmierci prowadzony przecież bądź na płaszczyźnie aksjologicznej - jako spór o wartości - nie zabijaj, wynikający z postawy szacunku dla egzystencji każdej jednostki ludzkiej - lub też jako spór o zależności empiryczne. Wolno sprawcę pozbawić życia, o ile w ten sposób odstraszy się potencjalnych przestępców. Jedna strona twierdzi, że kara śmierci odstrasza, druga, że nie odstrasza.
Wkraczamy w XXI wiek z tym balastem, czy śmierć za śmierć, a więc zło za zło, gdy tymczasem całkowicie zniósł karę śmierci już Leopold II Toskański w kodeksie karnym z 1786 roku oraz Józef II w kodeksie Austrii z 1787. To prawda taka jak i ta, że w rok później tę karę przywrócono, a później, już w XX wieku po I wojnie światowej, ruch abolicjonistów dość skutecznie zahamowały zmiany ustrojowe, które wspierane koncepcją urodzonego przestępcy przywracały karę śmierci.
Moje małżeństwo dobiega kresu. - Jak to sig stało, że nie zauważyłam, iż to się stało, że skończyła się miłość. Stosunek męża do mnie zmieniał się systematycznie, przestał się liczyć z moim zdaniem. W jego życiu jest miejsce na pracę, jeszcze raz na pracę i działalność społeczną. Wykłady, zebrania, spotkania z młodzieżą i ludźmi w odległych miejscowościach, na to wszystko ma czas, nie ma go tylko dla żony...
Jak trafnie osądziła! Ma rację, ale czy mogę zmienić siebie? Jestem wtłoczony w coś, co determinuje mój sposób bycia, mój stosunek do obowiązku. Obowiązek? A ten małżeński obowiązek, to zobowiązanie można ignorować?
Obrazki z życia zaczęły się przesuwać niczym na zwolnionym filmie. Od czasów poznania Elżbiety, od pierwszych spotkań, poprzez ślub, który był efektem nie tylko miłości, ale również powinności wobec dziewczyny spodziewającej się dziecka.
Właściwie poznał ją w niecodziennych okolicznościach.
Prowadził jako młody sędzia sprawę z tak zwanego oskarżenia prywatnego, czyli mówiąc językiem sądowym "pyskówkę" - gdy na salę rozpraw weszły dwie dziewczyny, jedna niższa, druga wysoka o "murzyńskiej" urodzie.
Ta mniejsza zgrabna brunetka zachowywała się dziwnie, zerkając na "Wysoki Sąd" co najmniej tak, jak to się czyni w sklepie, w którym ma się znajomą ekspedientkę. Jak się później okazało owe dwie dziewczyny, które zmuszony był wyprosić z sali, bo "pyskówki" tylko na zgodny wniosek stron można prowadzić przy "drzwiach otwartych" - przyszły odwiedzić swoją koleżankę, która w tym sądzie aplikowała.
Przez tę aplikantkę poznał owe dwie dziewczyny, które zaplątały się przypadkowo lub celowo na jego salę rozpraw.
Po roku ta mniejsza - absolwentka dwóch uniwersytetów - była już jego żoną.
Zamieszkali w małym mieszkaniu. Kochali się, choć od początku tego związku towarzyszyły małe zgrzyty, uwarunkowane jakże odmienną drogą, jaką przebyli, wyniesionymi z domu obyczajami.
Oto Elżbieta, już żona, jest w ciąży. Leży zamyślona, a właściwie wyraźnie zmartwiona.
- Co ci dolega?
- Martwię się.
- Czym, zobaczysz, wszystko będzie dobrze, mój przyjaciel - znany ci doktor Kalucki - mnie o tym zapewnił. Jest to naprawdę dobry z powołania lekarz, specjalista położnik.
- Nie, nie o to się martwię.
- Tylko o co?
- O to, że dziecko, które urodzę będzie się nazywać tak brzydko, nie będzie nosić mojego nazwiska, a będzie się po prostu nazywać Brzeźniak, rozumiesz, Brzeźniak. Przyznasz, że nieładnie.
- Słuchaj, dla mnie nieważne jest, jak się kto nazywa, tylko kim jest, co daje innym, społeczeństwu. To jest miara oceny człowieka.
- Ale przyznasz, że będzie nazywać się brzydko!
Elżbieta pochodziła z rodziny z kresów, w której ojciec nosił nazwisko odnotowane już w XVI wieku, natomiast matka była córką malarki. Choć była kobietą wykształconą, małżeństwo jej było traktowane jako mezalians popełniony przez dziedzica. Dla prawdy trzeba odnotować, że podczas gdy on, zakochany w koniach, nauki nigdy nie traktował poważnie, kpił ze swego szlachecko-ziemiańskiego pochodzenia, jego małżonka, wykształcona i zdolna prawniczka, która poświęciła się nauczaniu prawa w szkole ekonomicznej, swą nobilitację poprzez małżeństwo traktowała śmiertelnie poważnie. Po prostu wżyła się w to, co nabyła, tak silnie, że była tym, kim się stała dopiero na skutek formalnego związku. Szalenie poważnie traktowała swoje związki rodzinne, swój zawód, w którym spełniała misję przekazywania prawdy o pewnych uniwersalnych wartościach, nie bacząc na narzucone schematy realizmu socjalistycznego. Miała poczucie własnej godności. Czasem jednak zachowywała się jak przechrzta, który uwierzył, iż od wieków był tym, kim się dopiero stał na skutek zmiany religii. Zastanawiające było, jakim to sposobem zwykła nauczycielka szkoły średniej nie tylko zachowuje się, ale i czuje się jak księżniczka krwi. Jako nauczycielka cieszyła się autorytetem dobrego pedagoga i wychowawcy. Uczniowie - szczególnie szkoły licealnej - cenią sobie, gdy nauczyciel jest "lepszy" niż inni, gdy otoczony jest owym tajemniczym nimbem swego pochodzenia, "lepszego" pochodzenia. I dziwne jest to, iż w ustroju programowo zwalczającym klasy posiadające, wybrzydzającym na szlachtę i równocześnie nobilitującym robotników i chłopów, ci sami chłopi, często poniewierani i lżeni przez dawną szlachtę - czasem tę najuboższą, szaraczkową, jak ją się często określa - robotnicy wyzyskiwani i pozbawiani pracy i źródła utrzymania, dzisiaj odnoszą się do nich jak do świętości. Czy faktycznie tamte kasty - szlacheckie, ziemiańskie - swoim zachowaniem i traktowaniem ludzi niższych klas zasługują na to, czy też ustrój socjalistyczny w naszym polskim wydaniu tak ich rozczarował i zawiódł ich oczekiwania? Śmieszne, ale owe charakterystyczne zachowanie wobec owej umarłej kasty daje się zauważyć u przywódców politycznych, choć oficjalnie, a nawet w rozmowach prywatnych, tego nie ujawniają. Nie przejmują pozytywnych cech sarmackich, tego, co było szlachetne ideowo, postępowania honorowego, a tylko to, co klasę tę zdeklasowało i doprowadziło do zupełnego skarlenia. Może zaciążyła tu świadomość bezpowrotności epoki i normalny w takich przypadkach szacunek do reliktów, które epoka pozostawiła nam niejako w spadku?
Sędzia Brzeźniak często się nad tym zastanawiał i zadawał pytanie, czy sam nie padł ofiarą pewnej mistyfikacji i zauroczenia owymi reliktami. Wszak Elżbieta była takim reliktem, jej rodowe nazwisko mogło zrobić wrażenie. Miała tzw. kindersztubę, lekkość i dowcip, który - jak mawiała - jest miarą inteligencji. Studia skończone, i to dzięki władzy ludowej, nie tylko na najsławniejszym uniwersytecie w Polsce, ale i za granicą.
On, chłopski syn, który wbrew woli rodziców i tej samej władzy ludowej, która programowo, bądź co bądź już w późniejszym okresie PRL-u, powinna go hołubić wbrew wszystkiemu, na przekór wszystkim przeszkodom - bez miejsca w akademiku, bez stypendium, praktycznie bez środków do życia, mieszkając w początkowym okresie na dworcu kolejowym, podjął studia, a po ich skończeniu pracę w sądownictwie, też był urzeczony tym, że ktoś inny zdobył to, a nawet więcej, bez ogromnego wysiłku i wyrzeczeń. Jeszcze dzisiaj ma w pamięci, jak po złożeniu papierów na studia został wezwany do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa.
- Złożyliście wniosek o przyjęcie na studia - zapytał go mężczyzna ubrany ni to w cywilne ubranie, ni to w mundur wojskowy, buty oficerki, spodnie wojskowe wpuszczone w cholewy oficerek, a marynarkę cywilną. Taki dziwny wojskowy cywil siedzący na końcu długiego stołu.
- Tak - odpowiedział Brzeźniak.
- No to opowiedzcie swój życiorys. Ile hektarów miał wasz ojciec?
- Dwadzieścia, no z lasem i dołami, stawami kilkadziesiąt.
- No toście kułak. A siły najemne mieliście?
- Byłem dzieckiem, nie pamiętam, wiem tylko, że cała rodzina musiała harować i to od dziecka.
- A okupacja?
- Ojciec jako powstaniec brał udział w obronie narodowej, a potem był na Węgrzech. Całe gospodarstwo Niemcy skonfiskowali. Najstarszego brata rozstrzelali, bo jako Ślązak uciekł z Werhmachtu, do którego go przymusowo wcielono.
- A pozostałe rodzeństwo?
- Kolejny brat uciekł do GG, to znaczy Generalnego Gubernatorstwa, a siostrę aresztowało gestapo - siedziała przejściowo nawet w tym gmachu, w którym siedzimy, bo tu też była siedziba gestapo.
- Myślę, że nie porównujecie, ale... A za co siedziała?
- Za działalność w ruchu oporu.
- Jaka to była organizacja?
- Antyhitlerowska.
- Ale jakie było jej oblicze, wiecie, jakie oblicze polityczne?
- Nie wiem, wiem tylko, że walczyła z okupantem.
- No dobrze, to opowiedzcie swój życiorys.
- Urodziłem się dnia piątego stycznia ...
- A po wojnie?
- Ojciec wrócił, zwrócono nam gospodarstwo, było zrujnowane...
- To kułackie.
- Ojciec chce go oddać Państwu, bo my dzieci musimy przez nie cierpieć, mimo iż pracujemy od rana do nocy. Inne dzieci mają wakacje, wyjeżdżają nad morze. Dla nas nastają wakacje, gdy rozpoczyna się rok szkolny.
- Ale one nie mają ziemi.
- My jej nie chcemy, znienawidziliśmy ją.
- Wy należycie do...?
- ZMP, przedtem do ZHP, ale...
- No to opowiedzcie swój życiorys...
- Już opowiedziałem.
- Ja was nie pytam czyście opowiedzieli, tylko mówię, że macie opowiedzieć. A o wuju, tym oficerze sanacyjnym, to przesłuchiwany zapomniał, co...?
- Czy chodzi panu o tego kapitana, dowódcę w III powstaniu śląskim i żołnierzu września?
- O tego sanacyjnego oficera, który w 1918 roku we Lwowie bił naszych komunistów, jeden z tych, no, jak im to, co im sanacja legendę tworzyła, no, z Orląt Lwowskich, dzięki którym Polska burżuazyjna, potem z Niemcami tę wojnę przepierd... Gdzie się podziewa, co, co robił po wojnie?
- W Wielkiej Brytanii, razem z wojskiem.
- Nie chciało mu się wracać, budować zręby nowego socjalistycznego państwa, co?
- Chciało, ale tuż po zakończeniu wojny z powodu stanu zdrowia lekarz wycofał go ze statku, którym miał wrócić do kraju. Zmarł w szpitalu wojskowym w Szkocji i tam też jest pochowany.
- Miał szczęście, bo bym z nim pogadał, oj pogadał.
Przesłuchiwanie trwało wiele godzin. Brzeźniak pamiętał jego przebieg jeszcze długo. Już później jako sędzia uważał, że obowiązkiem jest wymazać z praktyki taki styl przesłuchiwań. Władza ludowa, z którą jako sędzia się utożsamiał (tak wtedy myślał), to szacunek do człowieka, nawet tego postawionego w stan podejrzenia, szacunek do norm obowiązującego prawa. Może tamto właśnie przeżycie w owym gabinecie tak jednoznacznie wpłynęło na styl prowadzenia rozpraw uchodzący w całym województwie jako wzorcowy. Miał tę dziwną umiejętność godzenia ścierających się na sali rozpraw stron, godzenia różnych interesów z interesem najważniejszym, jaki sobie nakazywał, to jest ową próbą dotarcia do prawdy. Mówiono o nim, że jeśli nawet musi wymierzyć surową karę, czyni to w ten sposób, że nawet oskarżony nie ma do niego pretensji, uznając iż wyrok jest konsekwencją czynu, jakiego się dopuścił. Wymaga takiego, a nie innego werdyktu. Mówiono też, że sprawa źle przygotowana, bez przekonywających dowodów winy, nie ma szans. Swoją konsekwencją i zimną logiką zestawiania faktów doprowadzał do rozpaczy prokuratorów, którzy wypchnęli sprawę do sądu z aktem oskarżenia mimo miernych i niepewnych dowodów.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.