1. Powrót Ramy
Excalibur, olbrzymi napędzany energią nuklearną generator sygnałów
radarowych, nie działał już prawie pół wieku. Po przejściu Ramy przez
Układ Słoneczny naprędce zaprojektowano go i zbudowano w ciągu kilku
miesięcy. W 2132 roku generator był gotów; jego zadanie polegało na
wczesnym ostrzeganiu Ziemi przed statkami kosmicznymi obcych
cywilizacji. Statek wielkości Ramy miał być widoczny z odległości równej
przeciętnemu dystansowi między gwiazdami, czyli na lata - jak zakładano
- przed tym, nim mógłby mieć jakikolwiek wpływ na sprawy ziemskie.
Decyzję o budowie Excalibura podjęto jeszcze przed przejściem Ramy przez
peryhelium. Gdy pierwszy gość z kosmosu okrążył Słońce i podążał z powrotem ku gwiazdom, armie naukowców analizowały dane z jedynej
ziemskiej misji, podczas której doszło do kontaktu z obcą cywilizacją.
Rama, ogłosiły, był obdarzonym inteligencją robotem, który nie
interesował się ani Układem Słonecznym, ani jego mieszkańcami. Oficjalny
raport pozostawiał wiele nierozwiązanych zagadek, jednak eksperci byli
zgodni co do tego, że udało im się zrozumieć jedną podstawową zasadę
inżynierii Ramów. Większość systemów i podsystemów Ramy, do których
dotarli ziemscy odkrywcy, miała dwie wersje zapasowe, stąd wydawało się,
że Obcy wszystko projektowali i budowali "trójkami". Dlatego też było
wysoce prawdopodobne, że w ślad za pierwszym olbrzymim statkiem podążą
dwa następne.
Jednak w okolicach Słońca nie pojawiły się żadne jednostki z międzygwiezdnych przestrzeni. Lata mijały, ludzie na Ziemi zajmowali się
własnymi sprawami. Zainteresowanie budowniczymi Ramy zaczęło spadać i wizyta Obcych powoli przeszła do historii.
Rama w dalszym ciągu intrygował naukowców, ale przeciętni ludzie
przestali o nim myśleć. W latach czterdziestych XXII wieku świat
pogrążony był w głębokim kryzysie ekonomicznym i brakowało funduszy na
utrzymanie Excalibura. Kilka odkryć naukowych nie mogło uzasadniać
ogromnych kosztów jego eksploatacji i po kilku latach generator został
wyłączony.
Ponowne uruchomienie Excalibura czterdzieści pięć lat później trwało
trzydzieści trzy miesiące i było tłumaczone względami naukowymi. Przez
ten czas technika radarowa znacznie się rozwinęła, a nowe metody analizy
danych bardzo podniosły wartość jego obserwacji. Gdy generator znów
utrwalał obrazy odległych planet i gwiazd, prawie nikt na Ziemi nie
spodziewał się wizyty drugiego statku kosmicznego.
Inżynier sprawujący kontrolę nad Excaliburem nie zaalarmował
przełożonych, gdy na monitorach pojawiła się dziwna plamka. Uznał ją za
wynik błędu w algorytmie przetwarzającym dane. Ale gdy plamka pojawiła
się kilkakrotnie, wezwał na pomoc naukowca. Ten przeanalizował dane i doszedł do wniosku, że tajemniczy obiekt jest kometą poruszającą się po
wydłużonej elipsie. Dopiero dwa miesiące później jakiś student obliczył,
że obiekt ma przynajmniej czterdzieści kilometrów długości i całkowicie
gładką powierzchnię.
W roku 2197 świat wiedział już, że ciałem zbliżającym się do Układu
Słonecznego jest drugi statek Obcych. Międzynarodowa Agencja Kosmiczna -
ISA - gromadziła środki, aby zorganizować wyprawę. Jej celem miało być
przecięcie trajektorii statku Obcych wewnątrz orbity Wenus pod koniec
lutego 2200 roku.
Ludzkość znowu patrzyła w gwiazdy, a głębokie filozoficzne pytania
postawione w czasie pierwszej wizyty Ramów ponownie stały się aktualne.
Statek zbliżał się ku Ziemi i setki skierowanych w jego stronę urządzeń
dostarczały coraz więcej informacji. Wiedziano już, że - przynajmniej z zewnątrz - jest taki sam jak jego poprzednik. Rama wrócił i ludzkości
raz jeszcze dane było spotkać się z przeznaczeniem.
2. Test i trening
Dziwny metaliczny twór wspinał się po skale w stronę nawisu. Wyglądał
jak chudy pancernik; wężowe ciało pokrywała łuska otaczająca zwarte
elektroniczne układy pośrodku jego trzech członów. Helikopter wisiał
mniej więcej dwa metry od ściany. Z przodu wynurzyło się długie,
giętkie, zakończone szczypcami ramię i o włos rozminęło z dziwnym
stworzeniem.
- Cholera - mruknął Janos Tabori - to prawie niemożliwe, gdy helikopter
tak się kołysze. Nawet w idealnych warunkach trudno odwalać precyzyjną
robotę z całkowicie wyciągniętym ramieniem. - Spojrzał na pilota. -
Dlaczego ta fantastyczna maszyna nie potrafi zawisnąć nieruchomo?
- Zbliż helikopter do ściany - rozkazał doktor David Brown.
Hiro Yamanaka zerknął na Browna i wprowadził polecenie do komputera.
Ekran rozbłysnął na czerwono: MANEWR NIEMOŻLIWY DO WYKONANIA. ZBYT MAŁY
PRZEŚWIT. Yamanaka milczał. Helikopter wisiał w tym samym miejscu.
- Pomiędzy śmigłem a ścianą jest pół metra, może siedemdziesiąt pięć
centymetrów - głośno myślał Brown. - W ciągu dwóch, trzech minut biot
będzie bezpieczny pod nawisem. Przejdźmy na ręczne sterowanie i złapmy
go. Tym razem bez błędu, Tabori.
Hiro Yamanaka niepewnie spojrzał za siebie na łysiejącego naukowca w okularach. Wprowadził polecenie i przekręcił dużą czarną dźwignię w lewo. Na ekranie pojawił się napis: STEROWANIE RĘCZNE, BRAK
AUTOMATYCZNEJ OCHRONY. Japończyk chwycił ster i ostrożnie zbliżył
helikopter do ściany.
Inżynier Tabori był gotów. Włożył dłonie w specjalne rękawice i kilkakrotnie zacisnął palce. Szczypce powtórzyły jego ruchy. Ramię
wysunęło się do przodu i bez kłopotu uchwyciło mechaniczne stworzenie.
Dzięki sprzężeniom zwrotnym w rękawicach Tabori poczuł, że trzyma biota.
- Mam go! - wykrzyknął uradowany i powoli zaczął cofać ramię.
Nagły podmuch wiatru pchnął helikopter w lewo i mechaniczne ramię
uderzyło w ścianę. Tabori poczuł, że jego uchwyt słabnie.
- Wyrównaj! - krzyknął, cofając wciąż ramię.
Gdy Yamanaka walczył, by opanować maszynę, nieumyślnie pochylił
nieznacznie jej dziób. Trzech członków załogi usłyszało mdlący chrzęst
bijącego o ścianę śmigła.
Japończyk natychmiast włączył automatycznego pilota. W ułamku sekundy
rozległ się alarm i ekran rozbłysnął na czerwono: ROZLEGŁE USZKODZENIA.
WYSOKIE PRAWDOPODOBIEŃSTWO KATASTROFY. KATAPULTOWAĆ ZAŁOGĘ. Yamanaka nie
zwlekał. Już po chwili wyleciał z kabiny i opadał na spadochronie.
Tabori i Brown poszli jego śladem. Gdy tylko Węgier wyjął ręce z rękawic, mechaniczne ramię puściło biota, a ten spadł z wysokości
kilkuset metrów i roztrzaskał się na tysiące kawałków.
Pozbawiony pilota helikopter znajdował się coraz niżej. Pomimo
algorytmu, który miał zapewnić bezpieczne lądowanie, leciał zygzakami.
Śmigło zostało poważnie uszkodzone. Twardo usiadł na ziemi i przechylił
się na bok.
Z windy w pobliżu śmigłowca wysiadł tęgi mężczyzna w brązowym mundurze z dystynkcjami świadczącymi o wysokim stopniu. Zjechał właśnie z centrum
dowodzenia i, wściekły, szybkim krokiem ruszył do czekającego rovera. Za
nim szła z kamerą blondynka w uniformie ISA. Mężczyzną w mundurze był
generał Walerij Borzow, dowódca operacji "Newton".
- Nikomu nic się nie stało? - spytał kierowcę, inżyniera Richarda
Wakefielda.
- Podczas katapultowania z helikoptera Janos mocno uderzył się w ramię.
Nicole właśnie rozmawiała z nim przez radio, nic sobie nie złamał. Ma
tylko sporo siniaków.
Generał usiadł obok Wakefielda na przednim siedzeniu. Blondynka,
dziennikarka Francesca Sabatini, wyłączyła kamerę i chciała zająć
miejsce z tyłu. Borzow gniewnie machnął ręką w jej stronę, żeby sobie
poszła.
- Niech pani zobaczy, co z Taborim i des Jardins - powiedział, wskazując
na równinę. - Wilson powinien już tam być.
Borzow i Wakefield ruszyli w przeciwnym kierunku. Przejechawszy
czterysta metrów, zatrzymali się przy Brownie, drobnym
pięćdziesięcioletnim mężczyźnie w nowiutkim kombinezonie. Brown zwijał
spadochron. Generał wysiadł z rovera i ruszył ku niemu.
- Wszystko w porządku, doktorze Brown? - spytał niecierpliwie.
Amerykanin w milczeniu skinął głową.
- W takim razie - ciągnął Borzow lodowatym tonem - może mógłby mi pan
powiedzieć, co właściwie sobie wyobrażał, wydając rozkaz Yamanace, by
przeszedł na ręczne sterowanie? Myślę, że dobrze by było, gdybyśmy o tym
porozmawiali teraz, na osobności.
David Brown milczał.
- Nie widział pan sygnałów ostrzegawczych? - kontynuował Borzow. - Czy
choć przez moment pomyślał pan, że naraża innych kosmonautów na
niebezpieczeństwo?
Brown podniósł wzrok i posępnie spojrzał generałowi w oczy. Gdy zaczął
mówić, jego głos zdradził emocje, które starał się ukryć.
- Wydawało mi się, że można zbliżyć helikopter do celu o kilkanaście
centymetrów. Mieliśmy jeszcze całkiem spory prześwit, a był to jedyny
sposób, żeby złapać biota. Przecież to było naszym zadaniem...
- Nie musi mi pan mówić, jakie mieliście zadanie - przerwał mu gniewnie
Borzow. - Chciałbym panu przypomnieć, że osobiście uczestniczyłem w pisaniu regulaminu. Jest w nim powiedziane, że bez względu na
okoliczności bezpieczeństwo załogi to priorytet. Zwłaszcza w czasie
symulacji... Muszę wyznać, że jestem przerażony pańską beztroską.
Helikopter jest uszkodzony, a Tabori poobijany. Ma pan szczęście, że
nikt nie zginął.
David Brown nie słuchał go już. Odwrócił się, by dokończyć składanie
spadochronu. Gwałtowne ruchy zdradzały, że jest wściekły.
Borzow wrócił do rovera. Odczekał chwilę i zaproponował Brownowi, że
podwiezie go do bazy. Amerykanin w milczeniu potrząsnął głową, zarzucił
spadochron na plecy i ruszył piechotą do windy.
3. Konferencja
Janos Tabori siedział na krześle przed salą wykładową ośrodka
szkoleniowego. Oświetlało go kilka niewielkich, lecz mocnych przenośnych
lamp.
- Odległość od symulowanego biota stanowiła granicę możliwości
mechanicznego ramienia - mówił do małej kamery trzymanej przez Francescę
Sabatini. - Dwukrotnie bez powodzenia usiłowałem go złapać. Potem doktor
Brown zadecydował, że należy przejść na ręczne sterowanie helikopterem i zbliżyć się do ściany. Niestety podmuch wiatru...
Otworzyły się drzwi sali i wyjrzała zza nich uśmiechnięta twarz.
- Wszyscy na ciebie czekamy - powiedział generał O'Toole. - Wydaje mi
się, że Borzow zaczyna tracić cierpliwość.
Francesca wyłączyła lampy i schowała kamerę do kieszeni.
- W porządku, mój węgierski bohaterze - zaśmiała się - na razie damy
sobie spokój. Nasz przełożony nie lubi czekać. - Podeszła, objęła go i delikatnie dotknęła jego zabandażowanego ramienia. - Dobrze, że nic ci
się nie stało.
Przystojny czterdziestoletni Murzyn, który przysłuchiwał się wywiadowi,
robiąc notatki na niewielkiej klawiaturze, ruszył do sali wykładowej za
Taborim i Francescą.
- Chciałbym w tym tygodniu dać coś o teleoperacji za pomocą sterowanych
rękawicą mechanicznych kończyn - szepnął Reggie Wilson do Taboriego, gdy
usiedli. - Moi czytelnicy lubią takie techniczne teksty.
- Cieszę się, że wasza trójka mogła do nas dołączyć - powiedział Borzow
sarkastycznie. - Zaczynałem już myśleć, że to zebranie jest czymś
uciążliwym i odciąga was od znacznie ważniejszych spraw, takich jak
opowiadanie o naszych nieszczęśliwych wypadkach czy opisywanie nowinek
technicznych. - Wskazał palcem Amerykanina, przed którym leżała płaska
klawiatura. - Chcesz czy nie, Wilson, przede wszystkim jesteś członkiem
załogi, a dopiero potem dziennikarzem. Nie uważasz, że choć raz
należałoby to odłożyć na bok, żebyśmy wreszcie mogli zająć się poważnymi
kwestiami? Mam wam do powiedzenia kilka rzeczy, które nie są
przeznaczone dla prasy.
Wilson włożył klawiaturę do torby. Borzow wstał i zaczął mówić, chodząc
tam i z powrotem po sali. Stół, przy którym siedzieli członkowie załogi,
był owalny, w najszerszym miejscu miał jakieś dwa metry. Przed każdym z dwunastu foteli znajdowały się klawiatura i monitor, które - nieużywane
- chowane były w blacie. Obok Borzowa siedziało pozostałych dwóch
wojskowych członków wyprawy: Europejczyk, admirał Otto Heilmann, bohater
Rady Rządów z czasu kryzysu w Caracas, oraz Amerykanin Michael Ryan
O'Toole, generał sił powietrznych. Pozostała dziewiątka nie zawsze
zajmowała te same miejsca, co szczególnie drażniło admirała Heilmanna i - w nieco mniejszym stopniu - jego przełożonego, generała Borzowa.
Niekiedy "nieprofesjonaliści" gromadzili się na drugim końcu stołu,
zostawiając pozostałe miejsca dla "kosmicznych kadetów", jak potocznie
nazywano absolwentów Akademii Kosmicznej. Po niemal roku systematycznego
występowania w mediach społeczeństwo podzieliło dwunastu członków
wyprawy na trzy grupy: "nieprofesjonalistów", czyli dwóch naukowców i dwoje dziennikarzy, "wojskową trójkę" oraz piątkę kosmonautów, którzy
podczas misji mieli wykonywać zadania wymagające wiedzy technicznej.
Jednak tego dnia dwie cywilne grupy były przemieszane. Uważany
powszechnie za czołowego eksperta do spraw pierwszej ekspedycji Ramów
sprzed siedemdziesięciu lat japoński naukowiec Shigeru Takagishi,
którego książka Atlas Ramy stanowiła dla wszystkich członków
ekspedycji obowiązkową lekturę, siedział pośrodku stołu między rosyjską
pilot Iriną Turgieniew a inżynierem kosmonautą Richardem Wakefieldem z Anglii. Naprzeciwko nich ulokowała się lekarz pokładowa Nicole des
Jardins, ciemnoskóra kobieta o francusko-afrykańskim rodowodzie, a obok
niej cichy Japończyk Yamanaka i piękna signora Sabatini. Pozostałe trzy
miejsca na "południowym końcu" owalnego stołu, przed którym na ścianie
wisiały plany Ramy, zajmowali amerykański dziennikarz Wilson, Tabori
(rosyjski kosmonauta z Budapesztu) i doktor David Brown. Ten ostatni
miał marsową minę i wyglądał bardzo poważnie; przyniósł jakieś papiery i rozłożył je na blacie.
- Wydawało mi się nie do pomyślenia - mówił Borzow, przechadzając się
wciąż - aby ktokolwiek z was mógł zapomnieć, że zostaliście wybrani do
najważniejszej misji, jaka kiedykolwiek przypadła w udziale człowiekowi.
Jednak opierając się na faktach zebranych podczas ostatnich symulacji,
muszę stwierdzić, że zaczynam zmieniać zdanie co do kwalifikacji
niektórych osób. Są tacy, którzy twierdzą, że statek Ramów będzie
dokładną kopią jego poprzednika - ciągnął - i że wobec nas, starających
się go zbadać, będzie on całkowicie bierny. Przyznaję, że badania
radarowe przeprowadzone w ostatnich trzech latach pozwalają podejrzewać,
że statek ten jest tej samej wielkości i ma tę samą strukturę. Ale nawet
jeśli okaże się on jeszcze jednym wymarłym statkiem Obcych, którzy
zginęli tysiące lat temu, zadanie to i tak jest najważniejszym w naszym
życiu. I wydaje mi się, że jego wykonanie wymaga od każdego z was dobrej
woli i maksymalnego wysiłku.
Janos Tabori chciał o coś zapytać, ale Borzow, który umilkł, by zebrać
myśli, nie dał mu dojść do słowa.
- Zachowanie członków załogi podczas ostatnich treningów było naganne.
Niektórzy są znakomici - osoby zainteresowane wiedzą, o kim mówię - ale
wielu zachowuje się tak, jakby nie zdawało sobie sprawy, co jest celem
naszej misji. Jestem niemal pewien, że dwóch czy trzech z was nawet nie
czytało regulaminu. Wiem, że wymaga to niekiedy pewnego wysiłku, ale
przecież dziesięć miesięcy temu wszyscy zgodziliście się postępować
zgodnie z nim. Nawet ci bez doświadczenia w lataniu.
Borzow przerwał, stając przy jednej z dużych map. Przekrój ukazywał
wnętrze Nowego Jorku wewnątrz pierwszego statku Ramów. Wysokie, smukłe
budynki przypominające wieżowce Manhattanu, stłoczone na wyspie pośrodku
Morza Cylindrycznego, zostały częściowo oznaczone na mapach podczas
wcześniejszej ludzkiej ekspedycji.
- W ciągu sześciu tygodni dojdzie do kontaktu ze statkiem Obcych, w którym może się znajdować podobne miasto. Będziemy reprezentować całą
ludzkość. Nie wiemy, co tam znajdziemy. Bez względu na to, co teraz
zrobimy, nasze przygotowanie może się okazać niewystarczające. I dlatego
właśnie wykonywanie wyuczonych procedur musi następować automatycznie,
żeby nasze mózgi mogły koncentrować się na tym, co nieznane...
Dowódca usiadł na końcu stołu.
- Dzisiejsze ćwiczenia okazały się kompletną katastrofą. Mogliśmy
stracić trzech cennych członków załogi i jeden z najdroższych
helikopterów na świecie. Muszę wam jeszcze raz przypomnieć, że
priorytety naszej misji zostały uzgodnione z Międzynarodową Agencją
Kosmiczną i Radą Rządów. Bezpieczeństwo załogi jest rzeczą
najważniejszą. Na drugim miejscu jest analiza struktury statku w celu
stwierdzenia potencjalnego zagrożenia dla Ziemi. - Borzow patrzył teraz
bezpośrednio na Browna, który odpowiedział mu twardym spojrzeniem. -
Dopiero gdy te dwa warunki zostaną spełnione i gdy statek Ramów okaże
się niegroźny, schwytanie jednego czy więcej biotów będzie miało jakieś
znaczenie.
- Chciałbym przypomnieć panu generałowi - rzekł niezwłocznie David Brown
dźwięcznym głosem - że zdaniem niektórych z nas do regulaminu nie należy
podchodzić w sposób mechaniczny. Trudno przecenić wagę biotów dla
środowisk naukowych. Mówiłem już wielokrotnie, zarówno podczas spotkań
dla kosmonautów, jak i w wywiadach telewizyjnych, że jeżeli drugi statek
Ramów jest taki sam jak pierwszy - co znaczy, że nasza obecność zostanie
całkowicie zignorowana - to działając powoli, będziemy zmuszeni opuścić
go i wrócić na Ziemię, nim zdobędziemy choć jednego biota, a tym samym
szansa ziemskiej nauki na poznanie osiągnięć technicznych obcej
cywilizacji zostanie zaprzepaszczona przez zbiorową histerię polityków.
- Borzow chciał odpowiedzieć, ale Brown podniósł się z fotela i gestykulując, ciągnął: - Nie, nie, najpierw proszę mnie wysłuchać. W zasadzie oskarżył mnie pan o niekompetencję podczas dzisiejszych ćwiczeń
i mam prawo do obrony. - Wziął do ręki wydruk z komputera. - Oto warunki
wstępne dzisiejszej symulacji przygotowane przez pańskich inżynierów.
Pozwoli pan, że je panu przypomnę. Warunek pierwszy: ekspedycja dobiega
końca i zostało ponad wszelką wątpliwość ustalone, że Rama II jest tak
bierny jak pierwszy i nie stanowi żadnego zagrożenia dla Ziemi. Warunek
drugi: podczas ekspedycji bioty widywano tylko sporadycznie i nigdy w grupach. - Brown spojrzał na zebranych i z wyrazu ich twarzy domyślił
się, że dobrze zaczął. Wziął głęboki oddech i kontynuował: -
Przeczytawszy te warunki, zakładałem, że symulacja ma odzwierciedlać
ostatnią szansę schwytania biota. Podczas testu myślałem o tym, czym
byłoby dostarczenie na Ziemię choć jednego z nich. W całej historii
ludzkości jedyny kontakt z obcą kulturą nastąpił w 2130 roku, gdy
kosmonauci weszli na pokład pierwszego Ramy. Jednak owoce tamtej wyprawy
- z naukowego punktu widzenia - były skromniejsze, niż być mogły. Mamy
co prawda pewne informacje, łącznie z dokładną sekcją wyglądającego jak
pająk biota, którą przeprowadziła doktor Laura Ernst, ale kosmonauci
przywieźli jedynie drobne fragmenty biomechanicznego kwiatka, który na
dodatek uległ nieodwracalnym zmianom, nim zdołano go zbadać. Poza tym z tego pierwszego spotkania nie mamy nic. Nawet tranzystora, który
pozwoliłby nam dowiedzieć się czegoś o inżynieryjnych zdolnościach
Ramów. A teraz nadarza się druga szansa. - Podniósł wzrok na sufit i ciągnął mocnym głosem: - Gdyby udało się nam dostarczyć na Ziemię dwa
lub trzy różne bioty i gdybyśmy mogli je zbadać, nasza wyprawa z pewnością byłaby największym wydarzeniem w historii ludzkości.
Zrozumienie inżynierii Ramów w pewnym sensie byłoby kontaktem z nimi.
Słowa Browna zrobiły wrażenie nawet na Borzowie. Naukowiec jak zwykle
użył swej elokwencji, by porażkę obrócić w choćby częściowe zwycięstwo.
Generał postanowił zmienić taktykę.
- Pomimo to - rzekł, korzystając z przerwy w przemówieniu Amerykanina -
nie możemy zapominać, że w czasie wyprawy nie wolno nam narażać członków
załogi na niebezpieczeństwo. - Spojrzał na siedzących przy stole
kosmonautów. - Nie mniej niż wy pragnę, byśmy wrócili z biotami i innymi
próbkami, muszę jednak przyznać, że przeraża mnie, iż z góry zakładacie,
że drugi statek będzie taki sam jak pierwszy. Jaki mamy dowód na to, że
Ramowie, ktokolwiek to jest, są nam życzliwi? Żadnego. Polowanie na
bioty może się okazać przedwczesne.
- Jednak życzliwości Ramów, panie generale, nigdy nie będziemy pewni -
rzekł Richard Wakefield. - Nawet jeśli okaże się, że drugi statek jest
taki sam jak pierwszy, nie będziemy nic wiedzieć o tym, co się stanie,
gdy spróbujemy złapać biota. Przypuśćmy, że doktor Brown ma rację i że
oba superzaawansowane statki zostały skonstruowane miliony lat temu, na
drugim końcu Galaktyki, przez nieistniejącą już cywilizację. Jak możemy
się przekonać, czy bioty nie są zaprogramowane na wypadek ataku? A jeżeli są one integralną częścią statku, niezbędną do jego poprawnego
funkcjonowania? Wtedy byłoby całkiem naturalne, że choć to maszyny, będą
się bronić. Możliwe, że nasze działanie zostanie odczytane jako wrogie i spowoduje zmianę funkcjonowania całej jednostki. Czytałem kiedyś o robocie, który w 2012 roku wpadł do etanowego morza na Tytanie. Był tak
zaprogramowany, że w razie ataku miał...
- Stop - przerwał mu z uśmiechem Janos Tabori. - Nie mówimy teraz o historii badania Układu Słonecznego. - Spojrzał na Borzowa. - Boli mnie
ramię, dowódco, mam pusty żołądek i po wrażeniach dzisiejszego dnia
jestem wyczerpany. Wasze przemówienia są wspaniałe, ale jeżeli nie ma
żadnych konkretnych spraw do przedyskutowania, chciałbym zaproponować,
byśmy zakończyli to spotkanie i choć raz mieli dość czasu na spakowanie
swoich rzeczy.
Admirał Heilmann spojrzał w jego stronę.
- Kosmonauto Tabori, konferencję zwołał generał Borzow i jedynie on może
ją zakończyć. Nie należy...
Borzow uspokoił go gestem.
- Wystarczy, Otto. Myślę, że Janos ma rację. To był naprawdę długi
dzień, podobnie jak szesnaście poprzednich. Dobrze, na razie kończymy.
Porozmawiamy, gdy wszyscy odpoczną. - Wstał. - Autobus na lotnisko
odjedzie zaraz po kolacji.
Zgromadzeni zaczęli przygotowywać się do wyjścia.
- Chciałbym, żebyście podczas odpoczynku zastanowili się nad tym
wszystkim - dodał Borzow. - Zostały nam tylko dwa tygodnie symulacji.
Zaraz po świętach zaczynamy przygotowania do startu. Te ćwiczenia są
naszą ostatnią szansą, żeby wszystko dobrze poszło. Spodziewam się, że
wrócicie w pełni sił, gotowi do wykonania czekających nas zadań i świadomi wagi naszej misji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki