Prolog
Grudzień 2014, po zabójstwie
W pomieszczeniu panowała nieznośnie wysoka temperatura. Ktoś miał przyjść sprawdzić głowicę termostatyczną od kaloryfera, bo ten wciąż grzał mimo przekręcenia pokrętła na zero, ale do tej pory nikt się nie pojawił. Aspirant Tomasz Sanakiewicz teoretycznie mógłby spróbować dokonać tej drobnej naprawy sam, ale wolał nie ryzykować, bo gdyby pogorszył sytuację, pewnie musiałby ponieść koszty serwisu. Co jakiś czas otwierał okno, ale to też nie zdawało egzaminu, bo po kilku minutach robiło się przeraźliwie zimno, szybko więc je zamykał, temperatura znów rosła, i tak w kółko. Chyba lepiej już siedzieć w tym piekarniku.
Aspirant zatrzymał wzrok na twarzy kobiety, która mogłaby być w wieku zarówno czterdziestu, jak i pięćdziesięciu lat, a miała dokładnie czterdzieści pięć, co wynikało z leżącego przed policjantem dowodu osobistego. Na jej policzkach wykwitły rumieńce. Brunetka łatwo mogłaby zgubić się w tłumie, bo miała twarz z gatunku tych, których się nie zapamiętuje: ładną, symetryczną, ale w żaden sposób się niewyróżniającą. Szczupłe ciało chowała dotychczas pod szerokim ciemnozielonym swetrem, który właśnie ściągnęła, po czym przewiesiła przez tylne oparcie krzesła.
- Możemy zaczynać? - upewnił się Sanakiewicz i chwycił za długopis.
Wpisał do protokołu imię i nazwisko świadka: Alicja Stasiak, imię ojca: Zenon, urodzona: szóstego kwietnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku, zajęcie: nauczycielka w II Liceum Ogólnokształcącym imienia Emilii Plater w Białej Podlaskiej. Pouczył kobietę o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy, wyklepał wszystkie wyćwiczone formułki i zrobił pauzę na złapanie oddechu.
- Nie mogę w to uwierzyć. - Alicja Stasiak wykorzystała tę krótką przerwę na podzielenie się swoją refleksją.
Sanakiewicz nie potrafił zliczyć, ile razy w toku tego śledztwa padły te słowa. Rodzina, sąsiedzi, przyjaciele, znajomi, internauci, miliony Polaków, nawet śledczy, którzy przecież teoretycznie wszystko już w swoim życiu widzieli - wszyscy byli wstrząśnięci. Każdy chciał poznać odpowiedź na pytanie "dlaczego?", i to chyba nawet nie była kwestia zaspokojenia ciekawości. Ludzie potrzebowali dociec prawdy dla własnego bezpieczeństwa, dowiedzieć się, jakie błędy popełniło małżeństwo z Rakowisk, aby nie podzielić ich losu. Bo przecież coś musiało pójść nie tak, prawda? Tylko ta świadomość - że istniał jakiś konkretny motyw - pozwalała trzymać się złudnego poczucia komfortu i przekonania, że takie rzeczy zawsze przytrafiają się innym ludziom.
Nawet Sanakiewicz złapał się ostatnio na tym, że z pewną dozą niepewności przypatruje się swojemu szesnastoletniemu synowi, tylko o dwa lata młodszemu przecież od zabójcy z Rakowisk.
- Od jak dawna pracuje pani w zawodzie nauczycielki? - Aspirant w żaden sposób nie skomentował słów Stasiak, tylko od razu przeszedł do rzeczy.
- Od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku - wyjaśniła kobieta. - Od początku uczę w drugim liceum ogólnokształcącym.
- W jakich okolicznościach poznała pani Maję?
- Od pierwszego września tego roku była moją wychowanką. Jestem wychowawczynią klasy trzeciej, maturalnej. Maja została przyjęta do naszej szkoły na prośbę jej matki.
- Z czego wynikała ta prośba? - Sanakiewicz oddychał z trudem. Tęsknym wzrokiem popatrzył za okno, za którym wirowały pojedyncze płatki śniegu, wprawiane w ruch przez porywy wiatru.
Nauczycielka podążyła za jego spojrzeniem.
- Może pan otworzy? - zasugerowała.
- Możemy spróbować. Termostat chyba się zepsuł. Wyłączamy kaloryfer, a on cały czas grzeje - wyjaśnił aspirant, podnosząc się zza biurka.
Z trudem przecisnął się pomiędzy stojącymi blisko siebie meblami, czego nie ułatwiał mu brzuch, nad którym miał popracować, ale ciągle brakowało na to czasu, chęci albo i jednego, i drugiego. Uchylił okno i z satysfakcją wciągnął przez nozdrza do płuc lodowate powietrze. O tak, tego właśnie potrzebował. Tą samą drogą, już nieco sprawniej, wrócił do biurka.
- Dlaczego więc matka Mai poprosiła o przyjęcie córki do szkoły, w której pani pracuje? - podjął przerwany wątek.
- Wyjaśniła, że powodem przeniesienia był konflikt w poprzedniej placówce, do której uczęszczała Maja, ale nie rozwinęła tematu. Z tego, co wiem, dyrekcji też nie podała szczegółów, zresztą przecież nie miała takiego obowiązku.
- Rozmawiała pani z Mają na temat tego domniemanego konfliktu? - zapytał aspirant.
Temperatura w pomieszczeniu zrobiła się całkiem przyjemna, ale Sanakiewicz doskonale zdawał sobie sprawę, że za kilka minut pokój się wyziębi i zaczną z nauczycielką szczękać zębami.
- Nie. - Widać było po Stasiak, że się zawahała. - Muszę przyznać, że nie miałam okazji dobrze poznać Mai. Była u mnie w klasie właściwie tylko przez trzy miesiące, w grudniu już w ogóle nie pojawiła się w szkole. Uczę języka angielskiego, obowiązuje podział na grupy i ona była w tej drugiej, którą prowadził inny nauczyciel, więc widywałam ją tylko na lekcji wychowawczej, a w planie jest przewidziana na nią tylko jedna godzina, więc... - Zrobiła pauzę. Zwilżyła usta językiem i założyła kosmyk cienkich włosów za ucho. Było po niej widać, że jest zestresowana z powodu przesłuchania. - Maja opuszczała dużo zajęć - dodała po dłuższej chwili.
- "Dużo" to znaczy?
- Tak dużo, że groziło jej nieklasyfikowanie z kilku przedmiotów. Miała frekwencję na poziomie trzydziestu, czterdziestu procent. Tak jak powiedziałam, w grudniu w ogóle nie przyszła na zajęcia, a zanim ją zatrzymano trzynastego, było przecież dziesięć dni szkolnych.
- Rozmawiała pani z Mają na temat jej nieobecności? - Sanakiewicz szybko odnotował w protokole słowa nauczycielki.
- Tak, oczywiście, na tym między innymi polega praca wychowawcy. Maja obiecywała mi, że się poprawi, że poprawi frekwencję - doprecyzowała Stasiak.
- A czy były z nią jakieś inne problemy, na przykład z zachowaniem?
Przez chwilę Alicja zastanawiała się nad odpowiedzią.
- Nie, raczej nie. Problemem były głównie te nieobecności.
- Czy Maja nawiązała bliższe relacje z uczniami z pani klasy?
- Na pewno nie. Była jakby poza grupą, pewnie dlatego, że tak rzadko w ogóle bywała w szkole. - Nauczycielka zdjęła z oparcia krzesła sweter. Rzeczywiście robiło się już nieprzyjemnie. - Po zatrzymaniu Mai przez policję rozmawiałam z moją klasą o całej tej sytuacji, podpytywałam, no bo, tak jak mówiłam, ja tam mam tylko jedną godzinę wychowawczą w tygodniu i z połową klasy angielski, więc mogłam coś przeoczyć. Uczniowie potwierdzili to, co zaobserwowałam: że Mai nie zależało na nawiązaniu żadnych relacji w tej klasie. Powiedziała komuś, że ma swoich przyjaciół poza tą szkołą i nie potrzebuje nowych znajomości.
- No dobrze. Zeznała pani, że nie miała okazji dobrze poznać Mai. Ale przecież cokolwiek może pani o niej powiedzieć.
Stasiak zastanawiała się przez dłuższą chwilę.
- Kiedyś powiedziała mi, że chciałaby w przyszłości pisać scenariusze.
Aspirant nie dał po sobie znać, jak bardzo rozczarowała go ta odpowiedź, również dlatego, że sam miał syna w szkole średniej. Wolał żywić nadzieję, że wychowawczyni jego dziecka mogłaby powiedzieć o nim nieco więcej.
- No dobrze, a jak wyglądał kontakt matki Mai ze szkołą?
- Nie było jej na żadnym z trzech zebrań. Nie wiem, czy Maja w ogóle informowała ją o terminach tych spotkań. Jeśli chce pan poznać moją prywatną opinię, uważam, że matka albo nie miała większego wpływu na córkę, albo zostawiła jej wolną rękę w kwestiach szkolnych - zeznała nauczycielka.
Przez kilkadziesiąt sekund w pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie szmerem długopisu sunącego po papierze. Dwóch policjantów zajmujących pozostałe biurka w pokoju wyjechało w teren, więc Sanakiewicz miał ten komfort, że mógł przesłuchać Alicję Stasiak w ciszy i spokoju.
- Jak ubierała się Maja? Czy ubiór w jakiś sposób wyróżniał ją na tle rówieśników?
- Raczej normalnie - odpowiedziała szybko nauczycielka, naciągając poły swetra na ramiona.
Sanakiewiczowi wyrwało się z gardła głośne westchnienie, po czym odłożył długopis na protokół i zaczął znów przeciskać się w stronę okna. Można zwariować z tym kaloryferem.
Po chwili wrócił do biurka i zadał świadkowi kolejne pytanie:
- Czy Maja wspominała o jakichś problemach, czy to w domu, czy...
- Nic mi na ten temat nie wiadomo - ubiegła aspiranta nauczycielka.
- Czym się interesowała, jak spędzała wolny czas? - zapytał Sanakiewicz, chociaż przypuszczał już, jaka będzie odpowiedź.
- Nic mi na ten temat nie wiadomo - powtórzyła Stasiak i szybko dodała, jakby poczuła potrzebę wytłumaczenia się: - Tak jak już powiedziałam, Maja była w mojej klasie bardzo krótko.
Aspirant oczywiście nie podzieliłby się swoją refleksją ze świadkiem, ale podejrzewał, że ta niewiedza wynika nie z niekompetencji nauczycielki, a z wadliwego działania całego systemu. Przypuszczał, że Alicja Stasiak nie jest jedyną wychowawczynią w tym kraju, która kompletnie nie znała swojej podopiecznej. Przepełnione klasy, przeładowany program, brak możliwości poznania uczniów, porozmawiania z nimi o ich problemach, zainteresowaniach. Zero miejsca na indywidualność, czysty kolektywizm.
- Czy Maja wykazywała skłonności do przemocy?
- Niczego takiego nie zauważyłam, a i nikt z klasy się nie skarżył.
- Czym się pasjonowała, jakie filmy oglądała, jakiej muzyki słuchała?
- Nie wiem.
- Czy Maja interesowała się tak zwaną bronią białą? - Sanakiewicz już znał odpowiedź na to pytanie, ale musiał je zadać, bo znajdowało się we wniosku o pomoc prawną i przesłuchanie świadków z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.
Lublin bardzo szybko zabrał Białej Podlaskiej to śledztwo, co jednak nie sprawiło, że kryminalni z miejskiej zostali z niego wyłączeni, bo stale przesłuchiwali świadków i ściśle współpracowali z wojewódzką tu, na miejscu. Pewnie na decyzję o przejęciu sprawy przez lubelską komendę wpływ miały nie tylko brutalność czynu i wysokość kary grożącej za popełnienie tego rodzaju przestępstwa, ale i jego medialność. Dziennikarze z całego kraju nagle zjechali się do powiatu bialskiego. Nie było w tym kraju stacji telewizyjnej lub radiowej, gazety czy portalu, które nie umieściłyby na jedynce Rakowisk. Sanakiewicz nie przypominał sobie sprawy kryminalnej, która w ostatnich latach aż tak rozpaliłaby Polaków, no może z wyjątkiem Madzi z Sosnowca.
- Nic mi na ten temat nie wiadomo - odpowiedziała Alicja Stasiak, głośno przy tym wzdychając.
Aspirant skrupulatnie zanotował ostatnie słowa nauczycielki.
Odpowiedź na pytanie "dlaczego?" coraz bardziej rozmywała się w gęstej mgle, która już kolejne późne popołudnie z rzędu rozlewała się nad miastem.