1. Annelida i Lepus
1
Annelida i Lepus
Sezon pierwszy, odcinek pierwszy, trzydziesta pierwsza minuta i trzydziesta piąta sekunda: Lepus biegnie za Annelidą do dżungli. Śmieją
się, ponieważ są nastolatkami i grają w grę. Dżungla nie jest tak
całkiem dżunglą. Wiele odcinków dalej, dzięki pobocznemu wątkowi o reformie rolnej z lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, dowiadujemy
się, że w czasach kolonialnych była to plantacja kauczuku, opuszczona i zdziczała. Z sezonu na sezon będzie się stawać coraz bardziej dzika i zarośnięta. Wiemy, że minął kolejny rok, bo w tle słychać kwietniowe
nawoływanie kukieli, noworocznych ptaków. Lepus i Annelida też robią się
starsi. To właśnie ten rodzaj serialu. Są tylko dwa rodzaje seriali:
takie, w których ludzie się starzeją, i takie, w których się nie
starzeją. My, fandom, najbardziej kochamy te pierwsze. Uwielbiamy ten
serial.
Lepus, zając, i Annelida, pierścienica, to nie są ich prawdziwe imiona -
to znaczy nie są to imiona postaci w serialu, bo tych nigdy nie
poznajemy -?lecz przezwiska, które wzięli ze starych, zakurzonych
podręczników znalezionych w szafie w ich małej szkole, gdzie, jak się
zdaje, nigdy nie odbywają się egzaminy ani zebrania rodziców. Nie ma tam
zwykłych lekcji. Siedzi się tylko w zaciemnionej klasie i wspólnie z pozostałymi dziećmi ogląda serial telewizyjny o nas.
Sądzimy, że to adekwatne. My oglądamy ich; oni oglądają nas. Koło się
obraca.
* * *
Wbiega do dżungli, niemal nie dotykając ziemi podeszwami bosych stóp,
biegnie tak, by podążył za nią. Odsuwa gałęzie, które chlastają go w twarz, przeskakuje nad korzeniami, wiedząc, że się o nie potknie; jej
śmiech jest tak głośny, że spowija go echem niczym nawiedzenie.
Annelida-pierścienica zaciska pierścień, pierścieniuje-kontroluje. Ma
czkawkę i nie może przestać chichotać.
* * *
Telewizor w ich klasie to zmontowany w Australii kolorowy Philips z końca lat siedemdziesiątych, a może wczesnych osiemdziesiątych -
dwudziestosześciocalowy bladoszary ekran z zaokrąglonymi rogami; obudowa
wykończona imitacją drewna; po prawej stronie maskownica z czarnego
plastiku, którą można zdjąć o tak: klik, aby odsłonić panel sterowania,
na którym można nastawiać kanały, kręcąc maleńkimi gałkami. Pamiętamy je
też z życia. Właściwe ustawianie kanałów było kiedyś jednym z naszych
obowiązków. Dziecięce palce lepiej sobie radziły z pokrętłami. (Z naszej
pamięci wyłania się sto tysięcy dziecięcych obowiązków. Obieranie
kokosów na metalowym szpikulcu. Ognisko między trzema poczerniałymi
cegłami. Kosa o krótkim ostrzu wśród długiej trawy. Opona toczy się po
ścieżce nad jeziorem pod suchym, błękitnym niebem).
Oglądamy ich oglądających nas. Obraz na ekranie telewizora jest
ziarnisty i nieostry, ale wygląda na to, że dzieciom to nie przeszkadza.
Podejrzewamy, że to unikanie doskonałej jakości jest celowym zabiegiem,
by ustrzec się otwarcia otchłani luster. Natura nie znosi regresu w nieskończoność.
Telewizor nie pokazuje nas w czasie rzeczywistym; w gruncie rzeczy jest
on mocno przywiązany do czasu nierzeczywistego, zdając się sunąć tam i z powrotem przez całą długość naszego życia. Gdy mrużymy oczy i wpatrujemy
się w rozmazany ekran, nasze barwy wydają się blade jak na współczesne
standardy. Sprawia to, że wyglądamy jak aktorzy z epoki. Nasze stroje,
fryzury i zwyczaje nie są zbyt współczesne. Nie możemy określić, czy
nasza technologia w którymkolwiek odcinku jest anachroniczna. Na
przykład: czy trzymamy w dłoniach smartfon, czy książeczkę ze świętymi
pismami lub literaturą rewolucyjną, którą moglibyśmy czytać dla
inspiracji i upewnienia się we własnej słuszności ideologicznej? Nie
możemy dojść do zgody w naszych analizach, co przejawia się
niestrawnością. W jedności naszego my powstają pęknięcia.
Ścieżka dźwiękowa serialu wewnątrz serialu jest dla nas kompletnie
niedostępna, z wyjątkiem szmerów na granicy słyszalności podobnych do
szeptów umarłych dzieci. Bardzo dobrze słyszymy uczniów w klasie, kiedy
mówią sobie coś na ucho, jak również okazjonalne ostrzeżenia i objaśnienia nauczyciela, a nawet śpiew ptaków za oknem, nawoływania
zwiastujące nowy rok. Tylko my sami pozostajemy niedostępni.
Czasem dzieci przedrzeźniają dialogi z telewizora, powtarzając je
śmiesznymi głosami. Tylko w ten sposób możemy się dowiedzieć, co mówimy.
* * *
Opiera się na krześle, czerpiąc przyjemność z jego nieustępliwości, z tego, jak drewno wbija jej się w skórę, z bólu w pozbawionych podparcia
lędźwiach. Annelida siedzi z tyłu klasy, bo jest niegrzeczną
dziewczynką. Lepus jest gdzieś z przodu. Nie obchodzi jej nikt inny w tym pomieszczeniu; dla niej oni wszyscy mogliby nie istnieć. On też jej
nie obchodzi, ale jest to inny rodzaj nieobchodzenia. Na tle grającego
telewizora nauczyciel nudzi o przyczynach wojny, która już się
skończyła, ale nigdy się nie kończy: mówi, że chodziło o palenie książek
i ciał, choć nie jednocześnie. Biblioteka i pogrzeb. To wyjaśnienie, jak
wie Annelida, jest błędne, a przynajmniej niekompletne. Prawdziwe
historie czerpie od ojca Lepusa, który ma wiele zdecydowanych opinii na
ten i inne tematy. Ostatnim razem, gdy była w domu Lepusa na obiedzie,
Lepus poszedł się odlać, a Wujek -?który oczywiście pił, nie przestawał
pić, odkąd umarła jego żona, niemal tak długo, jak żył Lepus -
przyszpilił ją przy stole w jadalni, aby wyjaśnić coś, co nazywa
sekretną historią pierdolonego Jezusa Chrystusa.
Za każdym razem, gdy Wujek gniewnie rozprawia o polityce, o krzywdach,
jakie cierpi jego -?to jest ich -?wielki naród, jego zaczeska wznosi się
i rozwija niczym sztandar. Annelida patrzy z otwartymi ustami i zafascynowaniem, jak ta biała flaga zdaje się falować na wietrze. Wujek
jest obnażony, bo zawsze zdejmuje koszulę po tym, jak wypije kilka
drinków i zrobi mu się gorąco, i często przerywa, by rozwiązać i ponownie zawiązać swój barwny batikowy sarong. Kędzierzawe włosy na jego
starczej piersi też są siwe. Jest potężnym mężczyzną i mógł być kiedyś
muskularny; jego spiczaste piersi, z sutkami otoczonymi pierścieniami
białych włosków, wciąż zachowują resztki kształtu mięśni.
"Powiem ci, co się wydarzyło w zaginionych latach pierdolonego Jezusa
Chrystusa", mówi Wujek. Łączy wszelkie wzmianki o postaciach zbawców z pierdoleniem, jednocząc obscenę z konfesją. Jest tak zwłaszcza wtedy,
gdy mówi o nich, używając ich tytułów, ponieważ Wujek nie pochwala
poczucia dumy z tytułów. Jak mówi, on sam jest doktorem, ale nie lubi,
gdy nazywa się go Doktorem Wujkiem. Kiedy chce pokazać, że traktuje
kogoś poważnie, nazywa go imieniem i nazwiskiem, niczym pełen
dezaprobaty rodzic.
"Iyesu bin Yusuf", mówi, "znika z kart kronik (ha! tylko z kronik
bhumicznych, ziemskich, rzecz jasna, nie z kronik Akaszy, o których
więcej niebawem), rozumiesz, znika na osiemnaście lat. Osiemnaście lat!
Ty sama nie masz jeszcze osiemnastu lat, więc ta przerwa jest dłuższa
niż całe twoje życie. I co on robił przez te osiemnaście lat? Cóż, co
takiego ty zrobiłaś w życiu? Mnóstwo rzeczy, nieprawdaż? Małych,
maluczkich rzeczy, ale też kilka dużych. Z nim było tak samo. Max Müller
próbował to ukryć, ale jest tak, jak powiedział Siddhartha Gautama: są
trzy rzeczy, które nie są ukryte". Wujek przerywa, by nalać sobie
drinka. Pije Vat 9 Special Reserve z lodem. Kostki szybko topnieją w upale, arak ma bladożółtą barwę. Wygląda jak siki. Annelida wyobraża
sobie martwą ciecz przeciskającą się powoli przez żywe ciało, by
następnie wydostać się z niego łukowatym strumieniem, połyskując w świetle.
"Trzy rzeczy są wiecznie ukryte", mówi Wujek. "Trzy rzeczy są tajemnicą:
co czynią dewianci, co czynią bramini i co czynią kobiety". Wskazuje
oskarżycielsko na Annelidę. "Jak na pewno wiesz. A trzy rzeczy nie są
ukryte, lecz jawne, aby wszyscy mogli je zobaczyć. Dwie z nich to słońce
i księżyc, dlatego też widnieją one na sztandarze bojowym wielkiego
przodka naszego narodu, tak zwanego -?tak zwanego! -?okrutnego młodego
księcia. Trzecią rzeczą, która nigdy nie jest ukryta, jest prawda. Bez
względu na to, co mówi Max Müller, wszyscy możemy ją zobaczyć, jeśli
tylko będziemy patrzeć. Na przykład tu, w tej oto książce Swamiego
Abhedanandy". Wujek urywa, by przesunąć żółtym paznokciem po grzbietach
stosu tomów leżących na stole w jadalni, jego najświeższych lektur.
Paznokieć zatrzymuje się na jednym z nich, tkwiącym zbyt głęboko, aby
można go było łatwo wyciągnąć bez obalenia całości. Zamiast tego stuka w niego dla podkreślenia swoich słów. "Abhedananda cytuje Notovitcha w sprawie zaginionych lat Iyesu, sa vie inconnue, kiedy to odbył podróż do
Rajagaha w Indiach, by studiować na Uniwersytecie Nalanda. Widzisz,
Iyesu był klasycznym wiecznym studentem. Wiele razy zmieniał kierunek
studiów, pochłaniała go jedna dziedzina po drugiej. To tutaj nauczył się
swojego rzemiosła, poznał święte prawdy, które teraz poznajemy w dzieciństwie". Tu Wujek macha rękami, jakby stał na pasie startowym i dawał znaki zbliżającemu się samolotowi, choć Annelida nie jest pewna,
czy będzie on lądował, czy startował, nie chce też przerywać, na
przykład po to, by powiedzieć, że ona nigdy nie uczyła się tego w dzieciństwie i że wszystkie ich lekcje to tylko telewizja i hermeneutyka, jednak brak tego wtrącenia pozostaje niezauważony,
ponieważ Wujek dalej ryczy: "Te, których uczył pierdolony Budda!".
* * *
My, czyli widzowie, społeczność fanów, z początku nie wiemy, o co chodzi
z imionami Lepusa i Annelidy, aż w retrospekcji w odcinku piątym
widzimy, jak Annelida nadaje obojgu te pseudonimy. Nazywa Lepusa na
cześć zająca, ponieważ jest nerwowy, szybko biega i ma długie płatki
uszu. Czasem lubi go za nie szarpać. Proponuje mu, żeby nosił długie
kolczyki, jak okrutni książęta z przeszłości.
Siebie nazywa Annelidą, ponieważ, jak twierdzi, podoba jej się, że
oznacza to "małe pierścienie", choć tak naprawdę ma na myśli (lecz nie
na języku), że fascynuje ją perystaltyka. Połykanie i krztuszenie się,
trawienie i sranie, ruch martwych rzeczy wewnątrz żywego ciała -?ma na
tym punkcie obsesję, tak jak my na punkcie nazw i ich braku.
Ani ten serial, ani serial wewnątrz serialu nie mają tytułu. Nie mają
napisów końcowych ani czołówki; czyste, kompulsywne oglądanie telewizji
w formie doprowadzonej do doskonałości, kontent, który nigdy się nie
kończy, przerywany tylko i często reklamami -?wymuszonymi przestojami w strumieniu naszych świadomości, niczym sen pełen symboli i omenów.
Reorganizujemy ten przepływ w narrację w naszych sercach; wytyczamy
granice, wydzielamy odcinki i sezony. Katalogujemy, dokumentujemy i dyskutujemy, bo tak lubimy.
Ale brak nazw budzi dezorientację, więc robimy to, co zrobiła Annelida,
i nadajemy przezwiska. Nazywamy serial Serialem. Serial wewnątrz
serialu, ten, który opowiada o nas, fanach umarłych dzieci, nazywamy
Dokumentem. Mówimy tak o nim, bo tym się właśnie wydaje -?wykrawa
plasterki z naszego życia i pokazuje je do kamery. Koncentruje się
kolejno na każdym z nas lub na aktorach, którzy nas grają. Wikła i wplątuje nas -?pozbawionych fabuły, fragmentarycznych, zatomizowanych.
Sprawia, że czujemy się niekomfortowo.
Fandom jest ogromny, więc wydaje nam się, że Dokument mógłby ciągnąć się
w nieskończoność, dopóki jakaś postać nie pojawi w nim się ponownie,
jednak niektórym to się udaje. Uznajemy to za umiarkowanie
problematyczne; łączy to jego nieznośny indywidualizm z faworyzowaniem.
Nie martwi nas to, jedynie niepokoi. Kiedy postacie powracają po latach,
zdaje się, że pozostają w tym samym wieku. Sądzimy, że aktorzy są
cyfrowo odmładzani, by naśladować naszą wieczną młodość. Niektóre
kpiarskie uwagi wymieniane szeptem przez dzieci w klasie przemawiają za
słusznością tej teorii. To odmładzanie jest czasem nieudolne. Dokument
nie ma zbyt dużego budżetu na efekty komputerowe.
Szczerze mówiąc, podobnie jak sam Serial. Większość przepalili na
pierwszy odcinek, na najważniejszy moment całej fabuły, do którego
dochodzi w ostatnich minutach tego otwierającego odcinka, kiedy to Lepus
biegnie za Annelidą do dżungli.
Dzieje się to tak szybko, że Lepus całkowicie to przegapia. My prawie
też. Prawdopodobnie tak by się stało, gdyby moment ten nie został tak
wyraźnie zapowiedziany przez złowieszcze, przemożne przestrogi
występujące podczas całego odcinka.
Pierwsza zapowiedź: matka Annelidy ostrzega dzieci przed chodzeniem do
dżungli. Mówi, że jest nawiedzona przez demony. To ta dziczejąca
dżungla, która otacza i przedziela ich miasteczko i wszystkie jego
rozbite rodziny. Tak jak dżungla była kiedyś plantacją, tak miasteczko
było kiedyś jedną rezydencją, wysuszonym białym sercem kolonialnej
posiadłości. Po rezydencji nie zachował się żaden ślad. To, co stanowiło
niegdyś rozległą i wyłączną domenę potworów, uległo odwróceniu: ludzie
są teraz wewnątrz, a potwory, według matki Annelidy, czają się tuż za
drzwiami.
Matka Annelidy nie jest najlepszą aktorką, a przynajmniej wydaje się, że
brak jej doświadczenia. Wygłasza swoje ostrzeżenie tak sztywno, tak
robotycznie, że słysząc je, młodzi aktorzy nie mogą powstrzymać
uśmiechu. A może dzieci po prostu nie umieją brać na poważnie
zabobonnych obaw starszych. Matka Annelidy, którą Lepus nazywa Ciocią,
więc Annelida robi to samo, jest niezwykle przesądna. Mocno wierzy w horoskopy, testy Myers-Briggs, technokrację, medytację i triki
zwiększające produktywność.
* * *
Dżungla nie jest nawiedzona przez demony. W serialu takowych nie ma. To
po prostu nie ten rodzaj serialu. Demony i nawiedzenia istnieją tylko w zepsutej rzeczywistości. Wiemy o tym: to my ją nawiedzamy. Demony są
naszymi dalekimi krewnymi. Moglibyśmy grzecznie skinąć sobie głowami,
mijając się na ulicy, choć nie gawędzilibyśmy ze sobą. Jeśli my jesteśmy
młodymi wspomnieniami świata, to one są starymi trybikami w jego
mechanizmie, jego niewidzialnymi prawami i mocami. One nie mówią. Myśl,
że to demon przemawia podczas opętania, stanowi błędne przekonanie,
uparte mylenie jeźdźca i wierzchowca. Zgłaszamy sugestie poprawek w odpowiednich hasłach w Wikipedii, lecz są one odrzucane z powodu braku
weryfikowalnych źródeł.
* * *
Zarówno Annelida, jak i Lepus są obecni, gdy Ciocia wygłasza swoją
przestrogę, jednak kieruje ją z czułym uśmiechem do Lepusa, co jest
jednym z wielu powodów, dla których Annelida zaczęła nazywać własną
matkę Ciocią. Dzieciaki są na górze w pokoju Annelidy. Jest późno i Lepus powinien już iść do domu, ale jeszcze przez godzinę nie będzie
prądu, więc jeśli chłopak poczeka, aż znów zapalą się uliczne latarnie,
nie będzie musiał potykać się po ciemku. Annelida zapala świeczkę i stawia ją na pustym słoiku po dżemie, na którym wciąż widnieje na wpół
odklejona etykietka. Wieczko pokryte jest woskiem po wielu nocach braku
energii. Leżą po obu stronach światła, trzymając między głowami małe
radio na baterie. Nie jest łatwo unikać wiadomości. To zawsze jest
prawdziwa bomba. Zawsze gdy muzykę przerywa kolejny alarm, kolejna
śmierć, kolejna przemoc, kolejne okrucieństwa, jedno z nich wyciąga rękę
i kręci gałką, aż znajdzie inną stację z muzyką. Jakąkolwiek.
Zawsze gdy Annelida przekręca się na bok, żeby przestroić radio, jej
sukienka klei się do pleców od potu. Widzi, że twarz Lepusa błyszczy w świetle świecy, myśli więc, że z nią musi być tak samo; czasem używa
jego twarzy jako lustra. Ociera kropelkę potu z koniuszka swojego nosa i dalej leży na boku, podpierając sobie głowę ręką jak śpiący Budda.
Piosenka w radiu jest śpiewana po angielsku -?smętne wycie pośród
pobrzękiwania.
Ciocia staje w drzwiach, które są rzecz jasna otwarte. Annelida i Lepus
przyjaźnią się, odkąd byli małymi dziećmi, i tylko dlatego dziewczyna
może zapraszać go do domu, a tym bardziej do swojego pokoju. Ciocia dała
jej jasno do zrozumienia, że ponieważ są coraz starsi, dalsza obecność
Lepusa w jej życiu jest zaledwie tolerowana. W akcie hipokryzji -?Ciocia
bardzo lubi Lepusa. To do niego się zwraca:
"Synu", mówi, "chciałam ci przypomnieć. Wracając do domu, nie idź
ścieżką przez dżunglę".
"Nigdy tak nie robię, Ciociu", mówi Lepus. Niedbała swoboda tego
kłamstwa nie wynika tylko z tego, że nie chce Wchodzić w Dyskusje z Ciocią. Rzecz bardziej w tym, że nie widzi potrzeby wciągania dorosłego,
osoby, która z definicji nic nie wie, w bałagan zwany życiem. Chodzi
ścieżką przez dżunglę za każdym razem, bo inaczej jego droga do domu
trwałaby dwa razy dłużej.
"Mówię poważnie", podkreśla Ciocia. "To dotyczy was obojga". Spogląda
przelotnie na Annelidę. Ciocia jest niższa od nich i od śmierci jej
męża, czyli niemal odkąd Annelida pamięta, codziennie nosi osari z tkaniny, która z każdym praniem staje się coraz bardziej wyblakła i bezbarwna, aż osiąga szarość odpowiadającą barwie jej włosów na
skroniach. Ma pallu zawsze owinięte wokół talii, a jej wory pod oczami
przypominają jajka. Annelida nie lubi na nią patrzeć. Ilekroć to robi,
ma wrażenie, że jej matka postarzała się o trzy lata. "Ostatnio za
każdym razem, kiedy medytuję i rozmawiam z bogami, martwią się tylko o was dwoje".
Uśmiechają się -?Annelida szyderczo, a Lepus uprzejmie.
"Ostatnim razem miałam wizję", mówi Ciocia, przedostatnia z długiej
linii czarownic, skryta w cieniu ciemnego prostokąta drzwi. "Gdy
osiągnęłam pierwszy poziom przebudzenia, przyszła do mnie niszczycielska
matka. Osadziła swój kostur zwieńczony czaszką tuż obok mnie i myślałam,
że roztrzaska mi kostki, tak mocno i blisko wbiła go w ziemię. Zapadła
się z powrotem w noc, ale czaszka zaterkotała zębami, splunęła i przemówiła, każąc przekazać wam, żebyście pilnowali własnego nosa".
"Ależ pilnujemy własnego nosa, Ciociu", mówi Annelida.
"Co było dalej?", pyta Lepus. Zawsze traktuje wizje Cioci z życzliwym
zainteresowaniem. Annelida syka na niego.
"Kostur zapuścił korzenie", odpowiada Ciocia. Mówi niskim, niemal
gardłowym głosem, jak to ma w zwyczaju, gdy wspomina rzeczy, które
widziała, ponieważ pamięć jest rodzajem opętania. "Wyrosły z niego
pnącza i zaczęły się wspinać; w oczach i otwartych ustach czaszki
zakwitły czerwone kwiaty. Hibiskus, pięć dużych płatków niczym ręce,
nogi i głowa; długie zrośnięte w kolumnę pręciki. Wokół niego wyrastała
dżungla, brocząc spod ziemi na zielono i czerwono, aż wszędzie wokół
stały drzewa i nad moją głową zamknął się baldachim gałęzi, zasłaniając
księżyc".
"A potem się obudziłaś", mówi Annelida. Nie gardzi wizjami swojej matki,
ponieważ nie wierzy w nie -?uważa je za inwazyjne formy życia,
wpełzające jak robak do wnętrza suchej, spękanej ziemi jej martwych
snów. Nie ufa im. Nie chce tracić czasu na niszczycielską matkę. Zwykli
bogowie nie są jej zmartwieniem. Teraz podąża własną ścieżką.
"Nie spałam", mówi Ciocia. "Jestem przebudzona".
2. Dyskurs
2
Dyskurs
Kilka dni później w świecie Serialu, wciąż w tym samym odcinku, Wujek
daje dzieciakom podobne ostrzeżenie, by trzymały się z dala od dżungli.
Jego przestroga jest bardziej prozaiczna, choć równie złowieszcza: mówi,
że w dżungli czają się komuniści, obozy szkoleniowe skryte przed
represjami wojska w innych częściach wyspy. Dzieci wyśmiewają również
to. Wojna wydaje im się mało sugestywna. Jakby odległa. Są ciągle zbyt
młodzi, by zwerbowali ich rewolucjoniści. To dzieje się dopiero w finale
drugiego sezonu, gdy dowiadujemy się też, co naprawdę się stało z nieobecnymi rodzicami w obu rodzinach, ojcem Annelidy i matką Lepusa.
Zabito ich. Wujek mówi, że zabili ich komuniści, a może jako komunistów
w jednej z operacji zwalczających rebeliantów przeprowadzonej przez
rządowe siły paramilitarne. Ciocia mówi, że zabiły ich demony. Ciocia
mówi, że zabili ich mieszkańcy miasteczka, ponieważ opętały ich demony.
Odcinek trwa dalej; czas w Serialu płynie szybko. Słońce i księżyc
zapalają się i gasną, mknąc po kopule firmamentu na czasem lekko
skrzypiących kołach. Dzieci chodzą do szkoły. Wciąż oglądają Dokument.
Nauczyciele regularnie ogłaszają, że wszystkim uczniom zakazuje się
wstępu do dżungli. Powody się zmieniają. Czasem nauczyciele mówią, że
nie wolno im wchodzić do lasu, bo zanieczyszczają dzicz swoją
nowoczesnością. Kiedy indziej twierdzą, że to dlatego, że w dżungli
pełno jest groźnych komarów i nietoperzy przenoszących nieznane choroby
lub że podejrzewa się, iż niebezpieczny i podejrzany element odbywa tam
sabaty czarownic, że to faszyści albo separatyści, albo komuniści -?lwy,
tygrysy i niedźwiedzie tańczące nago w świetle księżyca. Klasa nigdy nie
zwraca uwagi na te złowieszcze przestrogi. Gdy mówi nauczyciel,
uczniowie rzadko reagują. Są wtedy, tak jak zawsze, pochłonięci tym, co
widzą na ekranie. Jeśli w ogóle się odzywają, to tylko po to, by
skomentować coś w Dokumencie.
Fandom ma różne teorie tłumaczące, dlaczego dzieciom każe się oglądać w szkole Dokument, ale wszyscy wierzymy w jeden główny aksjomat: są
przygotowywane do życia w świecie zewnętrznym. Sądzimy, że te postacie
są szkolone, aby stać się publicznością. Jeśli przetrwają próby, dołączą
do nas, tu, gdzie przebywamy.
Przyjmujemy, że gdyby w Serialu dokończono historię, którą w nim
opowiadano -?gdyby nie został przedwcześnie skasowany po czterech
sezonach -?ostatecznie w jego prawdziwym finale bohaterowie wyszliby z opowieści i wkroczyli do świata. Wierzymy, że Lepus i Annelida są żywą
materią przeciskającą się przez umierającą fabułę, póki nie przebiją się
przez zasłonę i nie wyłonią z krzykiem.
Dzielimy się na sekty w kwestii tego, w jaki dokładnie sposób mieli się
pojawić i co to znaczy: dla nich, dla nas, dla aktorów grających Lepusa
i Annelidę.
Wewnętrzni, największy odłam, wierzą, że aktorzy mieli zostać nawiedzeni
lub przekształceni w swoich bohaterów. Ich oponenci, Zewnętrzni,
uważają, że postacie pojawiłyby się w świecie jako nowe ciała, fizyczne
kopie aktorów, ale niezależne istoty.
Pod powierzchnią tej tytanicznej walki dyskursów walczą dwie mniejsze
frakcje z większymi problemami: Zachodzeniści wierzą, że po ucieczce
Lepusa i Annelidy nasze światy połączyłyby się w całość; według
Unieważnieniowców, uciekając, rozświetliliby nasz świat swoim
skasowaniem.
Te cztery odłamy teorii fanowskiej stały się rogami naszego tetralematu.
Oto my, skłóceni wewnętrznie.
Zachodzeniści i Unieważnieniowcy zgadzają się niemal w każdym punkcie
doktryny z wyjątkiem przewidywanego wyniku przełamania bariery. Są na
przykład zgodni co do tego, że my, społeczność fanów, jesteśmy
przeciwieństwem Lepusa i Annelidy. Oni są żywi w martwej przestrzeni, my
zaś -?martwi w żyjącym świecie. To my sprawiamy, że jest on nawiedzony.
* * *
"Masz czasem wrażenie, że ktoś nas obserwuje?", pyta Annelida. Odkryli
tę małą polanę dawno temu, niecałą godzinę pieszo w głąb dżungli od jej
podwórka. Ziemia jest tu czarna i miękka. Od tamtych pierwszych
ostrzeżeń i zapowiedzi z ust ich ocalałych rodziców i nauczycieli minęło
wiele lat i wiele odcinków. Dawno już zrobili sobie z dżungli miejsce
zabaw, a ta polana stała się ich bazą operacyjną, sekretną salą zabaw,
miejscem, w którym mogą być sami. Wiele godzin spędzili na rysowaniu w tej czarnej ziemi suchymi gałęziami, zabawach w udawanie, rozmowach o świecie i o tym, co go nawiedza. Nigdy się nie pocałowali.
Lepus zaprzecza, jakoby rządowi szpiedzy dotarli aż do ich małego
miasteczka. Mówi, że przyjaźni się teraz z kilkoma komunistami. Ma dużą
wiedzę. Jednak gdy próbuje ponownie podnieść kwestię rozłamu
chińsko-radzieckiego, Annelida mu przerywa:
"Nie w tym sensie", mówi. "Mam na myśli teraz. Czujesz się
obserwowany?".
Rozglądają się. Lepus wzrusza ramionami. Nie widać nic oprócz czarnej
gleby i nieba, zacienionych cieni nietoperzy latających im nad głowami,
niewyraźnych drzew w plamach światła bladego półksiężyca, niewidzialnych
duchów dzieci. Nie ma tu kamer. Nigdy żadnych nie było, z wyjątkiem
chwil, kiedy robimy prostokąt palcami, o tak, aby wykadrować scenę.
* * *
Umieraliśmy setki tysięcy razy, czy to na wojnie, czy pod nią, czy w poprzek niej: podczas ostrzałów, bombardowań i wymian ognia, w obozach,
pogromach i szpitalach. Ostatecznie to wszystko wojna -?umarli o tym
wiedzą. Nie jesteśmy dziećmi. Umarliśmy staro i młodo na przestrzeni
dekad i stuleci.
Jesteśmy dziećmi, bo tak zdecydowaliśmy. Ci z nas, którzy nie umierają
jako dzieci, stają się nimi później. Postanawiamy pamiętać siebie jako
jasnych i niewinnych, nienękanych bólami i cierpieniami, wyrzutami,
lękami i nadużyciami, nienaznaczonych przez to, co zrobiliśmy, ani przez
to, co zrobiono nam. Chcemy być pamiętani jako opromienieni aureolą
dzieciństwa. Jak sądzimy, z pewnością nikt nie odmówi opłakiwania nas w tej formie. Jeśli sprawiedliwość jest trupem, a dharma robaczywą łupiną,
to na samym dnie tego wszystkiego muszą przynajmniej pozostać uczucia.
Teraz z pewnością nikt nie odwróciłby wzroku.
Wystawiamy widmowe języki. Ostrzymy widmowe zęby. Nie pamiętamy już,
które z nas było kiedyś dorosłe. Nie odróżniamy się już od siebie, chyba
że poprzez teorię. Poprzez frakcyjność.
W naszym pozbawionym rodziców, widmowym dzieciństwie dziczejemy jak
tamta dżungla. Kiedyś byliśmy plantacją, schludną, kauczukową i wyzyskiwaną. Teraz jesteśmy ciernistymi krzakami, podszytem i listowiem.
Śnimy gorące sny i nie czujemy się winni. Śnimy zimne sny i nie czujemy
bólu. Jesteśmy tymi, którzy umarli za pokój innych. Nie spoczywamy w pokoju.
* * *
Najważniejszy moment pierwszego odcinka i całego Serialu to chwila, gdy
Lepus traci Annelidę z oczu w trzydziestej pierwszej minucie i trzydziestej piątej sekundzie.
Jest to właściwie nieco osobliwe i fandom nie lubi się nad tym
rozwodzić. Dzieje się to tak szybko, dziwnie i w oderwaniu od kierunku,
w jakim Serial zdaje się podążać -?przy, zdawałoby się, obecnych już
motywach i konwencjach gatunkowych oraz ustalonych oczekiwaniach
formalnych następuje niespodziewane wtargnięcie kosztownych efektów
komputerowych, a budżet szacowaliśmy przecież jako zerowy, biorąc pod
uwagę estetykę lo-fi -?że wszyscy bardzo staramy się o tym zapomnieć.
Prawie nam się to udaje, aż następuje kontrowersyjny czwarty sezon, tuż
przed tym, jak serial zostaje skasowany bez ostrzeżenia. W czwartym
sezonie napięcie, które zdaje się zmierzać do rozwinięcia wątku
miłosnego (oboje mają już wtedy dwadzieścia jeden lat), raptownie kończy
się wraz ze śmiercią Lepusa.
Lepus usiłował zapuścić brodę. Dołączył do frakcji rewolucyjnej
planującej ogólnokrajowy, skoordynowany atak na posterunki policji i koszary wojskowe w celu przejęcia władzy nad państwem. Być może
przypuszczą szturm na parlament i wypuszczą gołębie nad jeziorem.
Pączkujący niedoromans komplikuje fakt, że Lepusowi nie udało się
zwerbować Annelidy do sprawy. Ta nie ufa temu, jak władza przepływa i gromadzi się, nawet wśród rewolucjonistów. Władza to martwa rzecz, ale
jej ruch przez żyjące ciało kolektywu jest podejrzanie płynny i przepełniony nieumarłą sprawczością.
Sezon czwarty, odcinek dwudziesty drugi, który okazuje się nieplanowanym
finałem całego serialu: Lepus po raz ostatni próbuje zwerbować Annelidę.
* * *
Ona niechętnie podąża za nim do dżungli. Już wcześniej nie zgodziła się
na ponowne spotkanie z jego przyjaciółmi, a Lepus zgodził się odpuścić.
Po tym, jak doszli do porozumienia, nie potrafiła odmówić wysłuchania go
jeszcze raz. Zmierzają oczywiście na swoją polanę, ich prywatny obszar -
na ich własną salę sądową. Tutaj są z dala od rodziców i ich bagażu,
wolni od wścibskich małomiasteczkowych oczu. Tutaj są sami, towarzyszą
im jedynie kochające ich duchy.
"Niedługo wyjadę z tego miasta", mówi Lepus. "Dzieje się".
"Co takiego się dzieje?", pyta Annelida.
"Moglibyśmy o tym pomówić, gdybyś była jedną z nas", mówi Lepus.
"To jest ta twoja wielka przemowa?", odpowiada Annelida. "Jest do dupy.
Ty też. W życiu nie widziałam czegoś tak beznadziejnego jak twoja
broda".
"Nie planowałem przemowy", oponuje Lepus. Oczywiście kłamie. Ona wie,
jak wygląda jego twarz, gdy kłamie, zna ją lepiej niż własną.
Lepus wygłasza swoją przemowę. Na początku to on chodzi dookoła, a ona
siedzi na starej kłodzie, uważając na miękkie, gnijące fragmenty. Potem
ona wstaje, na co on nieruchomieje, wciąż jednak mówiąc. Annelida okrąża
go raz za razem. Nie słucha przemowy. Chodzi o organizację albo o seks,
albo o jedno i drugie, a ona nie jest w tym momencie zainteresowana
braniem udziału w którejkolwiek z tych spraw.
"Ja też mam pewną teorię", odzywa się Annelida, pozwoliwszy mu mówić
przez, jej zdaniem, niezwykle długi czas. Ale on nie przerywa.
Ona uderza go więc kamieniem w tył głowy. On upada i następuje
zaciemnienie. Koniec.
* * *
Z początku myślimy, że, no cóż, to jasne, że nie jest martwy. To była
podpucha. Sezon piąty rozpocząłby się dokładnie w tym miejscu, gdyby go
nie skasowano. Tak uważają Wewnętrzni. Jak twierdzą, może ocknąłby się w szpitalu. Może po prostu powiedziałby "aua", wstał i rzucił jej
oskarżycielskie spojrzenie.
Jednak po skasowaniu serialu wracamy do poszukiwań jego sensu na
podstawie zakończenia, nawet jeśli nie było to zakończenie, którego
pragnęliśmy. Zadajemy sobie pytania dlaczego i jak i boleśnie
przypominamy sobie rzeczy, o których zdążyliśmy zapomnieć.
Na początku Wewnętrzni trzymają się stanowiska, że Lepus nie zginął.
Jego śmierć jest jedynie artefaktem skasowania serialu: cliffhangerem,
który przy braku rozwiązania pozostaje zagadką. Zewnętrzni reagują
szyderstwem. Zakończenie typu "dama czy tygrys" nie jest zagadkowe,
zauważają. To nigdy nie jest dama. To zawsze tygrys. O to właśnie
chodzi, taka jest funkcja tej opowieści, aby czytelnik wybrał tygrysa.
To opowieść o klęsce i zdradzie, i daremności płytkiej, wyrachowanej
nadziei. Dlatego Lepus nie żyje.
Zawstydzeni Wewnętrzni słabną. Nie mogąc sobie z tym poradzić, rozpadają
się jako frakcja. Reorganizujemy się w niestabilną trójcę.
Zwycięscy Zewnętrzni wbijają się w pychę. Ulegają obsesji na punkcie
heretyckiej hipotezy twierdzącej, że Lepus zawsze-już znajdował się w naszym świecie, jeszcze przed swoją śmiercią w Serialu. Oglądają na nowo
każdy odcinek i przeglądają każde ujęcie Dokumentu, klatka po bolesnej
klatce, by wskazywać każdego brązowoskórego brodatego mężczyznę, który
pojawia się choćby na chwilę na tym rozmazanym ekranie telewizora w klasie. To może być Lepus, mówią, filmowany tam, w nawiedzonym świecie.
Obojętnie przyjmują zarzut, że wszystkie te pojawienia się poprzedzają
śmierć Lepusa w Serialu, gdyż uważają, że Dokument istnieje jako
skończony przedmiot poza kontinuum czasowym samego Serialu. Dokument
jest zapisem nawiedzonego świata, mówią, o którym my, martwi, wiemy, że
nie jest płynącą rzeką przyczyn i skutków, lecz lodowcowym oceanem,
pełnym i kompletnym, przeszłością i przyszłością daną w całości,
zamrożoną i przejrzystą. Kronikami Akaszy, jak powiedziałby Wujek.
O niczym takim nie wiemy, mówią Zachodzeniści i Unieważnieniowcy.
Trele-morele, mówią Zewnętrzni.
Ponownie oglądamy Serial, szukając wskazówek. Myślimy, że tropem były
może ich rodziny nuklearne, dopasowane jak części układanki. Może są tą
samą rodziną, podzieloną na pół. Może to brat i siostra.
Fuj, mówią Zewnętrzni, zagorzali fani romansu, który nigdy się nie
wydarzył. Ponieważ są w większości, to odruchowe wzdrygnięcie z obrzydzenia przeważa.
Być może, mówią Unieważnieniowcy, nie bacząc na możliwy sprzeciw,
Annelida zabija Lepusa celowo, w ramach zemsty za zabójstwo jej ojca,
który mógł być komunistą. Być może obwinia ona matkę Lepusa, która mogła
na niego nakablować do paramilitarnych, a potem sama została schwytana.
Być może mógł być może mogła, mówią Zewnętrzni. To wszystko wyłącznie
spekulacje. Totalnie, kurwa, naciągane. W tekście nie ma niczego, co by
to uzasadniało.
Unieważnieniowcy mówią coś jeszcze, ale toną w powodzi potępienia. Oni
też nie są w stanie istnieć dalej jako frakcja; ich członkowie, gniewni
i zniechęceni, przepływają do Zachodzenistów.
Staliśmy się tym, czego najbardziej nienawidzimy: układem binarnym.
Zewnętrzni definitywnie wzięli stronę Lepusa w tej historii. Annelida
jest dla nich uwięziona w Serialu, nie mogąc go opuścić z powodu jego
przedwczesnego skasowania. Czczą Annelidę jako świętą, której ofiara
pozwoliła Lepusowi uciec do świata.
Tymczasem Zachodzeniści, niechętnie przyjmując część poglądów
Wewnętrznych i Unieważnieniowców i poszerzając własne stanowisko, by je
uwzględnić, biorą stronę Annelidy. Postrzegają zabójstwo Lepusa jako
zbrodnię, akt woli i pragnienia lekceważący wszelkie prawa, którymi była
związana, w tym prawo konieczności fabularnej. Twierdzą, że to ona była
od początku protagonistką, z kolei Lepus zostaje retroaktywnie
zamieniony w bohatera drugoplanowego, który musi umrzeć, by ona mogła
się rozwijać.
Jest to słuszne i nieuniknione, mówią liczniejsi teraz Zachodzeniści, że
serial skończył się w tym momencie, łącząc świat opowieści ze światem
poza jej granicami. Żyjący świat, w którym żyją martwi, to nawiedzone
miejsce z martwym światem, w którym żywi umarli, by z niego uciec. To
teraz to samo. Być może to jest wreszcie coś innego niż wojna.
W ten sposób układ binarny destabilizuje się, a następnie załamuje.
Zewnętrzni zlewają się z Zachodzenistami. Jesteśmy za to wdzięczni.
Podobnie jak świat, jesteśmy unitarni -?nie, nie unitarni, ale niedualni
-?tak jak przed powstaniem fandomu.
Tęsknimy za Lepusem. Za Annelidą tęsknimy jeszcze bardziej. Nie możemy
patrzeć, jak się rozwija, ponieważ jesteśmy odłamkami skorupy, którą
rozbiła, aby się wydostać. Przecież nie chciałaby, żebyśmy mogli -
blisko nas poznała przez lata edukacji spędzone na oglądaniu Dokumentu.
Musiała nas, być może, pokochać, a na pewno znienawidzić. Ma tak mało
miejsca, w którym może żyć, między żądaniami swoich scenarzystów, swojej
aktorki i swojego reżysera, między potrzebami jej widzów i czytelników.
Ponownie oglądamy i doglądamy jej, nie mrugając, aby dostrzec ją w przerwach, szczelinach między scenariuszem a rolą, przez które
prześlizguje się Annelida.
* * *
Ponowne oglądanie.
Sez. 1, odc. 1, czas: 31:35.
Ścigana w dżungli młoda Annelida kuca za krzakiem tak gwałtownie, że
Lepus mija ją i gubi. Ona śmieje się cicho, z trudem łapiąc powietrze.
Gdy przychodzi do niej demon, nie wydaje żadnego dźwięku. Jest tak,
jakby się tego spodziewała, jakby widziała już ten odcinek. Nigdy nie
widzimy demona wyraźnie, z wyjątkiem tej aż nazbyt krótkiej chwili,
kiedy jest tak wielki, że zasłania słońce niczym zaćmienie. Jego głowę
wieńczą ogromne węże o językach rozwidlonych na podobieństwo błyskawicy,
a ich poskręcane ciała rzucają cienie na jego wyłupiaste, nieumarłe
oczy; jego kły ryją w ziemi ogromne bruzdy, gdy wpada w nią jak fala.
Potem wskakuje jej do ust, albo to ona połyka go w całości i zasłania
usta dłońmi, by powstrzymać śmiech lub wymioty. Od tej chwili, jak
rozumiemy, demon jest wewnątrz niej. Opętany przez nią. Nigdy więcej go
nie widzimy, ponieważ Serial przepalił na to ujęcie cały budżet, ale
wiemy, że on tam jest. Nigdy jej nie opuści. Oglądamy Serial raz za
razem, szukając diabła w jej oczach, w jej słowach. To nie opowieść o tym, jak stała się taka, jaka jest. Zawsze była taka, jaka jest: dlatego
przyszedł do niej, spragniony jeźdźca.
Wyobrażamy ją sobie w nawiedzonym świecie, żywą i nietkniętą zębami ani
sokami trawiennymi. Wyobrażamy sobie, jak patrzy w górę, słysząc znajome
nawoływanie ptaków. Kolejny nowy rok.
W czasie krępujących przerw reklamowych wymykamy się między drzewa i pamiętamy, by spoglądać przez ramię w nawiedzonym świecie, na wypadek
gdyby Annelida powróciła na miejsce zbrodni. Wypatrujemy jej sylwetki na
tle nieba, jak przesłania słońce z rozchylonymi ustami, głodnymi
martwych rzeczy.
3. Ciało
3
Ciało
W pewnym lesie leży pewne ciało. Pewne ciało wyrywa się z pewnego
świata. Którym ciałem jestem, zającem czy robakiem? Jestem jednym i drugim. Jestem twórcą dziwnej, nowej religii, arcykapłanem obrządku,
który sam wymyśliłem. Daję i odbieram. Drżę i dygoczę. Przebiłem się,
przebiłem -?to jak wynurzanie się spod wody. Jakbym przebijał
powierzchnię, odrzucając w tył ciężkie włosy i próbując złapać oddech -
nie mogę jeszcze złapać tchu -?w nowym świecie.
Powietrze smakuje tu inaczej. Wszystko jest inne. Ciała, żywoty i historie -?są to rzeczy bardziej porowate, niż uczyłem się w szkole.
Przestrzenie między ich cząsteczkami a mikrobami są ogromne; przenikają
się, tworzą asonanse i rymy. On i ja -?ona i ja -?idziemy ze sobą w parze, ale nie jesteśmy żadnym my jak widmowe dzieci -?tyle nauczyliśmy
się z telewizji. Jesteśmy okiem, które się otwiera. Dlaczego jeszcze nie
mogę oddychać?
Nie umiemy już określić, które z nas jest które, ale to nic, będziemy
wspierać się wzajemnie. Będziemy na zmianę jakimś ja, czerwonym, na wpół
żywym, na baczności. Stoję niepewnie na powierzchni nowego świata, który
trzęsie się od mojego przejścia, jak nartnik wstrzymuję oddech, jak osa
na koniuszku włóczni -?dlaczego nie mogę oddychać?
Czy jeszcze nie skończyłem umierać? Ofiara jest dziwna, po obu stronach
rytuału. Czy zabiła mnie, by wyskoczyć z naszego świata w następstwie
mojej śmierci? Czy zabiłam go i zawinęłam się w jego śmierć jak w całun,
jak w pancerz, jak w egzoszkielet do nawigacji między światami? Ta
ciągła zmiana perspektyw między nami przyprawia o zawrót głowy, bolesny
w momentach przejścia, jakby moje gałki oczne wypchnięto z oczodołów, po
czym wciśnięto z powrotem. Rzucam się, miotam, ale ciało leży
nieruchomo. Nie jestem ja ani ja -?jeszcze nie, nigdy do końca, nigdy
więcej.
Przedostałem się przez cienki film -?a raczej tekst, nie nakręcili filmu
-?ale czy pękł on jak bańka mydlana, czy wciąż jest gdzieś za moimi
plecami? Przełożono mnie na język, którego nie mam w ustach. Nie.
Wstawiono mnie do tekstu, który został już opublikowany. Rodzę się na
nowo, by na nowo umrzeć, kolejne ja, którego trzeba się nauczyć, kolejne
ciało, kolejna historia, kolejne życie: jak się zdaje, taka jest cena
przekładu. Uczyniłam się porowatą, by przeniknąć na drugą stronę, ale
to, co przenikam, przelewa się przeze mnie.
W porządku, w porządku, jestem przyzwyczajona do opętania. Przez cały
ten czas miałam w sobie diabła, nieprawdaż? Jestem przyzwyczajona do
wykorzystywania twarzy kogoś innego w charakterze lustra. Jestem
przyzwyczajona do bycia lustrem. Od tamtego dnia w lesie zawsze miałam w ustach więcej niż jeden język. Och, sama się zaskakuję tym wspomnieniem.
Jestem obca dla samej siebie. Myślisz, że kogoś znasz, póki nie
spróbujesz się z nim ruchać, póki go nie zabijesz, póki się nim nie
staniesz i nie odkryjesz sekretów, które przez cały czas skrywał.
Tamto opętanie nauczyło mnie, jak przechodzić na drugą stronę. Teraz
rozumiem. Diabeł mnie nauczył, jestem nim, więc byłam swoją własną
nauczycielką. Przyjmuję konsekwencje.
Porzucam tamtą pustoszejącą krainę dla następnej -?przejście oznacza
zejście, przesączenie się przez branę -?negatywną zmianę w mózgu
wpadającym na ścianę. Próbuję się śmiać i śmiech pieni mi się w ustach,
w szyi. Mam jakiś przedmiot w ustach. Nie mogę oddychać.
Mam w ustach jakiś przedmiot. Próbuję wyczuć jego fakturę językiem, ale
nie mogę się ruszyć. Smakuję betelem i tytoniem. Pamiętam plucie
czerwienią. Pamiętam plucie krwią.
Przesiewam moje wspomnienia, stare, nowe i najnowsze. Myślę przez chwilę
o mojej matce, przedostatniej z długiej linii czarownic. Myślę o moim
ojcu, naukowcu i historyku. Poznaję środki prowadzące do celu. Poznaję
środki stylistyczne. Jestem wewnątrz megatekstu. Rzucona na głęboką
wodę. Nie sądziłam, że będzie tak bolało.
Rozumiem. To moja inicjacja.
W każdym świecie będę szukać rewolucji. Jestem ostatnią z długiej linii
czarownic.
Matka mówiła mi, że tak będzie.
4. Anioły rozbryzgu
4
Anioły rozbryzgu
Przeżuwam liść betelu i wypluwam moje czerwone dni. Rozbryzgują się.
Przeżuwasz liść i wypluwasz swoje czerwieńsze godziny szaleństwa.
Rozbryzgują się. Przeżuwają liść i wypluwają najczerwieńsze momenty,
jakie kiedykolwiek widzieli. Rozbryzgują się. To scena zbrodni, obwiedź
mnie kredą, porankiem, przededniem. Moje czerwone życie wysycha na
naszym podbródku. Twoja czerwona historia jest zaschniętym gorzkim
pyłem. Ich cienkie czerwone linie, ich czerwone pajęcze sieci, ich
czerwona praxis i oszustwo.
Moje oczy są otwarte. Ten liść wciąż tkwi w moich ustach, dławiąc mnie,
przygważdżając do ziemi -?nie, ten liść jest moim językiem. Koniec to
coś, co kiedyś podkreśliłam na czerwono. Spytałeś mnie, czy doszłam, a ja odpowiedziałam: tak, do ściany. Wszystkie te czerwone linie
przedstawiają anioły rozbryzgu: jestem nimi wszystkimi, ale też żadnym
poza jednym.
Jesteś moją babcią, czerwieńszą i nieokrzesaną, która gniecie swój liść
i uciera go w mosiężnym moździerzu. Przez krew byłaś kiedyś jeszcze
czerwieńsza, a ja jestem taka i ty też. Każde z nas unosi się na
czerwonych prądach odpływu: moja śmierć jest gdzieś -?ale także twoja i każda śmierć, jaka kiedykolwiek się zdarzyła, i każda śmierć, jaka
nadejdzie -?czerwoną pajęczyną i odpływem, czerwoną falą i dumą. Twój
grymas uśmiecha się do mnie, prześwitując przez cienką maskę. Maska
marszczy się i wiotczeje, a potem znów staje się gładka i nienaruszona.
Czy w swojej śmierci spojrzałaś na moją młodą maskę i zobaczyłaś, jak
ponuro szczerzę zęby? Czerwień w twoich ustach to nie zawsze roztarty
liść, czasem to krew wypływająca z zęba czy pięści, czasem krew
napływająca od pocałunku. Moje dwie pary ust też są czerwone od
pierwszego pocałunku i ukąszenia noża. Jesteśmy spokrewnieni.
Jezioro jest ogromne. Jestem na zasłoniętym brzegu. Leżę na ziemi. Trawa
i martwe liście kaleczą moją nagą skórę. Próbuję zamknąć oczy, ale ten
wysiłek mnie przerasta. Jest noc, ale za dużo tu światła. Świeci pięć
księżyców w pełni. Jeden na niebie, jeden w jeziorze, dwa w moich oczach
i jeden w kałuży czerwieni. Jest noc piętnastego grudnia 1986 roku -
pełnia księżyca w miesiącu Unduvap roku 25301. Jest to godzina
mojej śmierci. Jest to każda noc, o każdej godzinie. Jestem wyczerpany i spokojny: czerwone koło światuje wokół mnie. Tak wiele śmierci odwija
się i wbija w czas ze wszystkich stron. Być może czuję się jak mimowolny
punkt podparcia, ponieważ widzę to koło z miejsca, w którym leżę.
Tył głowy boli mnie tam, gdzie dotyka ziemi. Być może poza poderżnięciem
gardła roztrzaskali mi czaszkę. Przeszkodzili im pielgrzymi na jeziorze
-?ta nadmiarowa czerwień jest widocznym dowodem ich pośpiechu. Ja też
pozostaję widoczny i niepoćwiartowany -?krokodyle pozostają bez
pożywienia, pytania bez odpowiedzi, przemoc bez kontynuacji. Jako
widoczny dowód jestem początkiem. Nie jestem mięsem w brzuchach
potwornych gadów z epoki, która nie znała wojny. Jestem miejscem
zbrodni.
Czy doszliście, pytam. Nie przyszli tu po to, by odpowiadać, ale wiem,
że są niezaspokojeni, wyposzczeni, sfrustrowani tym stosunkiem
przerywanym. Byli moimi rywalami i oponentami i nie miałem pojęcia, że
staną się moimi oprawcami i mordercami. Poprosili mnie, żebym przyszedł
negocjować, a ja wyobraziłem sobie krwistą debatę i gorący spór, a nie
pięść i nóż. Leżąc tu, wypuszczam z żył cały czerwony świat: długą walkę
nie tylko o rewolucję, która zniesie stary porządek, ale o rewolucję,
którą mogę znieść, która nie będzie beznadziejnie splamiona przez
pseudoszafranową magię krwi. Moja rewolucja oddala się ode mnie, podczas
gdy wycofują się też moi mordercy, naznaczeni czerwienią. W tej godzinie
moja walka zwęziła się i określiła -?mam ostatnie życzenie, abym to ja
zamknął własne oczy.
Nic się nie dzieje. Nie mogę mrugać ani drgnąć. Może już nie żyję, ale
skoro tak, to dlaczego wciąż czuję ból? Moja babcia pluje czerwienią do
jeziora, a krokodyle wydają w wodzie głęboki, dudniący dźwięk. To nie
ryk, to dźwięk, jaki wydawały potwory, zanim wynaleziono ryczenie,
wilgotny, pierwotny pomruk, grzechotanie wrót śmierci. Niezdolny do
ruchu, nie mogę obrócić głowy, by na nie popatrzeć. Zamiast tego
wsłuchuję się w odgłosy, które wydają, wynurzając się z wody. Wyobrażam
sobie, że usłyszę ich kroki, ich oddechy, pieśń płynów krążących w ich
cielskach. Są tak blisko. Zamiast tego słyszę cykady.
Moja babcia, która nie żyje od wielu lat, nachyla się, by poklepać mnie
po policzku. W ustach ma pełno liści barwiących jej usta na czerwono.
Liść w moim gardle swędzi przez krew i jej próby krzepnięcia. Nie mogę
się uśmiechnąć, ale moje drugie usta pienią się na czerwono, rozlewając
czas na powitanie.
Babcia kuca obok mnie i opowiada mi historię. Mówi kącikiem ust, co
jakiś czas przerywając, by splunąć. Przy każdym ruchu jej twarzy drobne
plisy skóry tańczą jak strużki wody w czasie deszczu.
Spokój. Opowiadając tę historię, zamknę ci oczy, mówi. Czy teraz mnie
wysłuchasz? Jej głos jest szorstki i spękany, jest to głos palacza.
Mówi, że to opowieść z czasów, gdy była młoda. Nie tylko, gdy była
młoda, ale gdy żyła w głębi lądu, w dalekiej przeszłości. Wciąż możesz
odwiedzić tę przeszłość, mówi, ponieważ czas to nic innego jak
odległość. Możesz dotrzeć do przeszłości, idąc stąd na wschód.
Gdybyś mógł wstać, mówi, i gdybyś mógł pójść teraz w głąb lądu, z dala
od tego jeziora, z dala od tych nowoczesnych nadmorskich rejonów, z tą
waszą elektrycznością i waszą telewizją, i waszym radiem, i waszymi
gazetami, gdybyś mógł iść i iść tam, gdzie kończą się linie telefoniczne
i linie energetyczne i wygasają fale radiowe, a drogi są z błota, a nie
asfaltu, gdybyś szedł i szedł w głąb dżungli najstarszymi ścieżkami i znalazł wioski z ich gliną i trzcinową plecionką, i szedł dalej pod
górę, aż znalazłbyś się na długo przed Brytyjczykami, przed Francuzami,
przed Holendrami, przed Portugalczykami, przed Chińczykami, przed
królestwami Ćolów, Kalinga i Vanga, nawet przed Buddą, przed wszystkim,
co nowe, wtedy mógłbyś mnie tam spotkać jako młodą dziewczynę,
nieprzygniecioną brzemieniem czasu, który noszę. Po dzisiejszej nocy
przejdę tę drogę po raz ostatni, mój wnuku. Nie wiem, czy rozpoznam samą
siebie po wszystkich tych epokach, ale są rytuały, których należy
dopełnić w ich własnym czasie.
Dobrze jednak pamiętam ten dom. Stoi na tyłach wioski, gdzie ta ponownie
staje się dżunglą, z dala od rzeki, pól uprawnych i dużych domów
farmerów: jest to dom bębnów i bębniarzy, dom babci twojej babci. Gdybyś
natknął się kiedyś na ten dom w noc taką jak ta, o godzinie takiej jak
ta, zobaczyłbyś, jak wymykam się przez drzwi w tajemnicy w świetle
księżyca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki