Rakesfall - Vajra Chandrasekera

Reflow text when sidebars are open.
1
Annelida i Lepus
Sezon pierwszy, odcinek pierwszy, trzydziesta pierwsza minuta i trzydziesta piąta sekunda: Lepus biegnie za Annelidą do dżungli. Śmieją się, ponieważ są nastolatkami i grają w grę. Dżungla nie jest tak całkiem dżunglą. Wiele odcinków dalej, dzięki pobocznemu wątkowi o reformie rolnej z lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, dowiadujemy się, że w czasach kolonialnych była to plantacja kauczuku, opuszczona i zdziczała. Z sezonu na sezon będzie się stawać coraz bardziej dzika i zarośnięta. Wiemy, że minął kolejny rok, bo w tle słychać kwietniowe nawoływanie kukieli, noworocznych ptaków. Lepus i Annelida też robią się starsi. To właśnie ten rodzaj serialu. Są tylko dwa rodzaje seriali: takie, w których ludzie się starzeją, i takie, w których się nie starzeją. My, fandom, najbardziej kochamy te pierwsze. Uwielbiamy ten serial.
Lepus, zając, i Annelida, pierścienica, to nie są ich prawdziwe imiona - to znaczy nie są to imiona postaci w serialu, bo tych nigdy nie poznajemy -?lecz przezwiska, które wzięli ze starych, zakurzonych podręczników znalezionych w szafie w ich małej szkole, gdzie, jak się zdaje, nigdy nie odbywają się egzaminy ani zebrania rodziców. Nie ma tam zwykłych lekcji. Siedzi się tylko w zaciemnionej klasie i wspólnie z pozostałymi dziećmi ogląda serial telewizyjny o nas.
Sądzimy, że to adekwatne. My oglądamy ich; oni oglądają nas. Koło się obraca.
Wbiega do dżungli, niemal nie dotykając ziemi podeszwami bosych stóp, biegnie tak, by podążył za nią. Odsuwa gałęzie, które chlastają go w twarz, przeskakuje nad korzeniami, wiedząc, że się o nie potknie; jej śmiech jest tak głośny, że spowija go echem niczym nawiedzenie. Annelida-pierścienica zaciska pierścień, pierścieniuje-kontroluje. Ma czkawkę i nie może przestać chichotać.
Telewizor w ich klasie to zmontowany w Australii kolorowy Philips z końca lat siedemdziesiątych, a może wczesnych osiemdziesiątych - dwudziestosześciocalowy bladoszary ekran z zaokrąglonymi rogami; obudowa wykończona imitacją drewna; po prawej stronie maskownica z czarnego plastiku, którą można zdjąć o tak: klik, aby odsłonić panel sterowania, na którym można nastawiać kanały, kręcąc maleńkimi gałkami. Pamiętamy je też z życia. Właściwe ustawianie kanałów było kiedyś jednym z naszych obowiązków. Dziecięce palce lepiej sobie radziły z pokrętłami. (Z naszej pamięci wyłania się sto tysięcy dziecięcych obowiązków. Obieranie kokosów na metalowym szpikulcu. Ognisko między trzema poczerniałymi cegłami. Kosa o krótkim ostrzu wśród długiej trawy. Opona toczy się po ścieżce nad jeziorem pod suchym, błękitnym niebem).
Oglądamy ich oglądających nas. Obraz na ekranie telewizora jest ziarnisty i nieostry, ale wygląda na to, że dzieciom to nie przeszkadza. Podejrzewamy, że to unikanie doskonałej jakości jest celowym zabiegiem, by ustrzec się otwarcia otchłani luster. Natura nie znosi regresu w nieskończoność.
Telewizor nie pokazuje nas w czasie rzeczywistym; w gruncie rzeczy jest on mocno przywiązany do czasu nierzeczywistego, zdając się sunąć tam i z powrotem przez całą długość naszego życia. Gdy mrużymy oczy i wpatrujemy się w rozmazany ekran, nasze barwy wydają się blade jak na współczesne standardy. Sprawia to, że wyglądamy jak aktorzy z epoki. Nasze stroje, fryzury i zwyczaje nie są zbyt współczesne. Nie możemy określić, czy nasza technologia w którymkolwiek odcinku jest anachroniczna. Na przykład: czy trzymamy w dłoniach smartfon, czy książeczkę ze świętymi pismami lub literaturą rewolucyjną, którą moglibyśmy czytać dla inspiracji i upewnienia się we własnej słuszności ideologicznej? Nie możemy dojść do zgody w naszych analizach, co przejawia się niestrawnością. W jedności naszego my powstają pęknięcia.
Ścieżka dźwiękowa serialu wewnątrz serialu jest dla nas kompletnie niedostępna, z wyjątkiem szmerów na granicy słyszalności podobnych do szeptów umarłych dzieci. Bardzo dobrze słyszymy uczniów w klasie, kiedy mówią sobie coś na ucho, jak również okazjonalne ostrzeżenia i objaśnienia nauczyciela, a nawet śpiew ptaków za oknem, nawoływania zwiastujące nowy rok. Tylko my sami pozostajemy niedostępni.
Czasem dzieci przedrzeźniają dialogi z telewizora, powtarzając je śmiesznymi głosami. Tylko w ten sposób możemy się dowiedzieć, co mówimy.
Opiera się na krześle, czerpiąc przyjemność z jego nieustępliwości, z tego, jak drewno wbija jej się w skórę, z bólu w pozbawionych podparcia lędźwiach. Annelida siedzi z tyłu klasy, bo jest niegrzeczną dziewczynką. Lepus jest gdzieś z przodu. Nie obchodzi jej nikt inny w tym pomieszczeniu; dla niej oni wszyscy mogliby nie istnieć. On też jej nie obchodzi, ale jest to inny rodzaj nieobchodzenia. Na tle grającego telewizora nauczyciel nudzi o przyczynach wojny, która już się skończyła, ale nigdy się nie kończy: mówi, że chodziło o palenie książek i ciał, choć nie jednocześnie. Biblioteka i pogrzeb. To wyjaśnienie, jak wie Annelida, jest błędne, a przynajmniej niekompletne. Prawdziwe historie czerpie od ojca Lepusa, który ma wiele zdecydowanych opinii na ten i inne tematy. Ostatnim razem, gdy była w domu Lepusa na obiedzie, Lepus poszedł się odlać, a Wujek -?który oczywiście pił, nie przestawał pić, odkąd umarła jego żona, niemal tak długo, jak żył Lepus - przyszpilił ją przy stole w jadalni, aby wyjaśnić coś, co nazywa sekretną historią pierdolonego Jezusa Chrystusa.
Za każdym razem, gdy Wujek gniewnie rozprawia o polityce, o krzywdach, jakie cierpi jego -?to jest ich -?wielki naród, jego zaczeska wznosi się i rozwija niczym sztandar. Annelida patrzy z otwartymi ustami i zafascynowaniem, jak ta biała flaga zdaje się falować na wietrze. Wujek jest obnażony, bo zawsze zdejmuje koszulę po tym, jak wypije kilka drinków i zrobi mu się gorąco, i często przerywa, by rozwiązać i ponownie zawiązać swój barwny batikowy sarong. Kędzierzawe włosy na jego starczej piersi też są siwe. Jest potężnym mężczyzną i mógł być kiedyś muskularny; jego spiczaste piersi, z sutkami otoczonymi pierścieniami białych włosków, wciąż zachowują resztki kształtu mięśni.
"Powiem ci, co się wydarzyło w zaginionych latach pierdolonego Jezusa Chrystusa", mówi Wujek. Łączy wszelkie wzmianki o postaciach zbawców z pierdoleniem, jednocząc obscenę z konfesją. Jest tak zwłaszcza wtedy, gdy mówi o nich, używając ich tytułów, ponieważ Wujek nie pochwala poczucia dumy z tytułów. Jak mówi, on sam jest doktorem, ale nie lubi, gdy nazywa się go Doktorem Wujkiem. Kiedy chce pokazać, że traktuje kogoś poważnie, nazywa go imieniem i nazwiskiem, niczym pełen dezaprobaty rodzic.
"Iyesu bin Yusuf", mówi, "znika z kart kronik (ha! tylko z kronik bhumicznych, ziemskich, rzecz jasna, nie z kronik Akaszy, o których więcej niebawem), rozumiesz, znika na osiemnaście lat. Osiemnaście lat! Ty sama nie masz jeszcze osiemnastu lat, więc ta przerwa jest dłuższa niż całe twoje życie. I co on robił przez te osiemnaście lat? Cóż, co takiego ty zrobiłaś w życiu? Mnóstwo rzeczy, nieprawdaż? Małych, maluczkich rzeczy, ale też kilka dużych. Z nim było tak samo. Max Müller próbował to ukryć, ale jest tak, jak powiedział Siddhartha Gautama: są trzy rzeczy, które nie są ukryte". Wujek przerywa, by nalać sobie drinka. Pije Vat 9 Special Reserve z lodem. Kostki szybko topnieją w upale, arak ma bladożółtą barwę. Wygląda jak siki. Annelida wyobraża sobie martwą ciecz przeciskającą się powoli przez żywe ciało, by następnie wydostać się z niego łukowatym strumieniem, połyskując w świetle.
"Trzy rzeczy są wiecznie ukryte", mówi Wujek. "Trzy rzeczy są tajemnicą: co czynią dewianci, co czynią bramini i co czynią kobiety". Wskazuje oskarżycielsko na Annelidę. "Jak na pewno wiesz. A trzy rzeczy nie są ukryte, lecz jawne, aby wszyscy mogli je zobaczyć. Dwie z nich to słońce i księżyc, dlatego też widnieją one na sztandarze bojowym wielkiego przodka naszego narodu, tak zwanego -?tak zwanego! -?okrutnego młodego księcia. Trzecią rzeczą, która nigdy nie jest ukryta, jest prawda. Bez względu na to, co mówi Max Müller, wszyscy możemy ją zobaczyć, jeśli tylko będziemy patrzeć. Na przykład tu, w tej oto książce Swamiego Abhedanandy". Wujek urywa, by przesunąć żółtym paznokciem po grzbietach stosu tomów leżących na stole w jadalni, jego najświeższych lektur. Paznokieć zatrzymuje się na jednym z nich, tkwiącym zbyt głęboko, aby można go było łatwo wyciągnąć bez obalenia całości. Zamiast tego stuka w niego dla podkreślenia swoich słów. "Abhedananda cytuje Notovitcha w sprawie zaginionych lat Iyesu, sa vie inconnue, kiedy to odbył podróż do Rajagaha w Indiach, by studiować na Uniwersytecie Nalanda. Widzisz, Iyesu był klasycznym wiecznym studentem. Wiele razy zmieniał kierunek studiów, pochłaniała go jedna dziedzina po drugiej. To tutaj nauczył się swojego rzemiosła, poznał święte prawdy, które teraz poznajemy w dzieciństwie". Tu Wujek macha rękami, jakby stał na pasie startowym i dawał znaki zbliżającemu się samolotowi, choć Annelida nie jest pewna, czy będzie on lądował, czy startował, nie chce też przerywać, na przykład po to, by powiedzieć, że ona nigdy nie uczyła się tego w dzieciństwie i że wszystkie ich lekcje to tylko telewizja i hermeneutyka, jednak brak tego wtrącenia pozostaje niezauważony, ponieważ Wujek dalej ryczy: "Te, których uczył pierdolony Budda!".
My, czyli widzowie, społeczność fanów, z początku nie wiemy, o co chodzi z imionami Lepusa i Annelidy, aż w retrospekcji w odcinku piątym widzimy, jak Annelida nadaje obojgu te pseudonimy. Nazywa Lepusa na cześć zająca, ponieważ jest nerwowy, szybko biega i ma długie płatki uszu. Czasem lubi go za nie szarpać. Proponuje mu, żeby nosił długie kolczyki, jak okrutni książęta z przeszłości.
Siebie nazywa Annelidą, ponieważ, jak twierdzi, podoba jej się, że oznacza to "małe pierścienie", choć tak naprawdę ma na myśli (lecz nie na języku), że fascynuje ją perystaltyka. Połykanie i krztuszenie się, trawienie i sranie, ruch martwych rzeczy wewnątrz żywego ciała -?ma na tym punkcie obsesję, tak jak my na punkcie nazw i ich braku.
Ani ten serial, ani serial wewnątrz serialu nie mają tytułu. Nie mają napisów końcowych ani czołówki; czyste, kompulsywne oglądanie telewizji w formie doprowadzonej do doskonałości, kontent, który nigdy się nie kończy, przerywany tylko i często reklamami -?wymuszonymi przestojami w strumieniu naszych świadomości, niczym sen pełen symboli i omenów. Reorganizujemy ten przepływ w narrację w naszych sercach; wytyczamy granice, wydzielamy odcinki i sezony. Katalogujemy, dokumentujemy i dyskutujemy, bo tak lubimy.
Ale brak nazw budzi dezorientację, więc robimy to, co zrobiła Annelida, i nadajemy przezwiska. Nazywamy serial Serialem. Serial wewnątrz serialu, ten, który opowiada o nas, fanach umarłych dzieci, nazywamy Dokumentem. Mówimy tak o nim, bo tym się właśnie wydaje -?wykrawa plasterki z naszego życia i pokazuje je do kamery. Koncentruje się kolejno na każdym z nas lub na aktorach, którzy nas grają. Wikła i wplątuje nas -?pozbawionych fabuły, fragmentarycznych, zatomizowanych. Sprawia, że czujemy się niekomfortowo.
Fandom jest ogromny, więc wydaje nam się, że Dokument mógłby ciągnąć się w nieskończoność, dopóki jakaś postać nie pojawi w nim się ponownie, jednak niektórym to się udaje. Uznajemy to za umiarkowanie problematyczne; łączy to jego nieznośny indywidualizm z faworyzowaniem. Nie martwi nas to, jedynie niepokoi. Kiedy postacie powracają po latach, zdaje się, że pozostają w tym samym wieku. Sądzimy, że aktorzy są cyfrowo odmładzani, by naśladować naszą wieczną młodość. Niektóre kpiarskie uwagi wymieniane szeptem przez dzieci w klasie przemawiają za słusznością tej teorii. To odmładzanie jest czasem nieudolne. Dokument nie ma zbyt dużego budżetu na efekty komputerowe.
Szczerze mówiąc, podobnie jak sam Serial. Większość przepalili na pierwszy odcinek, na najważniejszy moment całej fabuły, do którego dochodzi w ostatnich minutach tego otwierającego odcinka, kiedy to Lepus biegnie za Annelidą do dżungli.
Dzieje się to tak szybko, że Lepus całkowicie to przegapia. My prawie też. Prawdopodobnie tak by się stało, gdyby moment ten nie został tak wyraźnie zapowiedziany przez złowieszcze, przemożne przestrogi występujące podczas całego odcinka.
Pierwsza zapowiedź: matka Annelidy ostrzega dzieci przed chodzeniem do dżungli. Mówi, że jest nawiedzona przez demony. To ta dziczejąca dżungla, która otacza i przedziela ich miasteczko i wszystkie jego rozbite rodziny. Tak jak dżungla była kiedyś plantacją, tak miasteczko było kiedyś jedną rezydencją, wysuszonym białym sercem kolonialnej posiadłości. Po rezydencji nie zachował się żaden ślad. To, co stanowiło niegdyś rozległą i wyłączną domenę potworów, uległo odwróceniu: ludzie są teraz wewnątrz, a potwory, według matki Annelidy, czają się tuż za drzwiami.
Matka Annelidy nie jest najlepszą aktorką, a przynajmniej wydaje się, że brak jej doświadczenia. Wygłasza swoje ostrzeżenie tak sztywno, tak robotycznie, że słysząc je, młodzi aktorzy nie mogą powstrzymać uśmiechu. A może dzieci po prostu nie umieją brać na poważnie zabobonnych obaw starszych. Matka Annelidy, którą Lepus nazywa Ciocią, więc Annelida robi to samo, jest niezwykle przesądna. Mocno wierzy w horoskopy, testy Myers-Briggs, technokrację, medytację i triki zwiększające produktywność.
Dżungla nie jest nawiedzona przez demony. W serialu takowych nie ma. To po prostu nie ten rodzaj serialu. Demony i nawiedzenia istnieją tylko w zepsutej rzeczywistości. Wiemy o tym: to my ją nawiedzamy. Demony są naszymi dalekimi krewnymi. Moglibyśmy grzecznie skinąć sobie głowami, mijając się na ulicy, choć nie gawędzilibyśmy ze sobą. Jeśli my jesteśmy młodymi wspomnieniami świata, to one są starymi trybikami w jego mechanizmie, jego niewidzialnymi prawami i mocami. One nie mówią. Myśl, że to demon przemawia podczas opętania, stanowi błędne przekonanie, uparte mylenie jeźdźca i wierzchowca. Zgłaszamy sugestie poprawek w odpowiednich hasłach w Wikipedii, lecz są one odrzucane z powodu braku weryfikowalnych źródeł.
Zarówno Annelida, jak i Lepus są obecni, gdy Ciocia wygłasza swoją przestrogę, jednak kieruje ją z czułym uśmiechem do Lepusa, co jest jednym z wielu powodów, dla których Annelida zaczęła nazywać własną matkę Ciocią. Dzieciaki są na górze w pokoju Annelidy. Jest późno i Lepus powinien już iść do domu, ale jeszcze przez godzinę nie będzie prądu, więc jeśli chłopak poczeka, aż znów zapalą się uliczne latarnie, nie będzie musiał potykać się po ciemku. Annelida zapala świeczkę i stawia ją na pustym słoiku po dżemie, na którym wciąż widnieje na wpół odklejona etykietka. Wieczko pokryte jest woskiem po wielu nocach braku energii. Leżą po obu stronach światła, trzymając między głowami małe radio na baterie. Nie jest łatwo unikać wiadomości. To zawsze jest prawdziwa bomba. Zawsze gdy muzykę przerywa kolejny alarm, kolejna śmierć, kolejna przemoc, kolejne okrucieństwa, jedno z nich wyciąga rękę i kręci gałką, aż znajdzie inną stację z muzyką. Jakąkolwiek.
Zawsze gdy Annelida przekręca się na bok, żeby przestroić radio, jej sukienka klei się do pleców od potu. Widzi, że twarz Lepusa błyszczy w świetle świecy, myśli więc, że z nią musi być tak samo; czasem używa jego twarzy jako lustra. Ociera kropelkę potu z koniuszka swojego nosa i dalej leży na boku, podpierając sobie głowę ręką jak śpiący Budda. Piosenka w radiu jest śpiewana po angielsku -?smętne wycie pośród pobrzękiwania.
Ciocia staje w drzwiach, które są rzecz jasna otwarte. Annelida i Lepus przyjaźnią się, odkąd byli małymi dziećmi, i tylko dlatego dziewczyna może zapraszać go do domu, a tym bardziej do swojego pokoju. Ciocia dała jej jasno do zrozumienia, że ponieważ są coraz starsi, dalsza obecność Lepusa w jej życiu jest zaledwie tolerowana. W akcie hipokryzji -?Ciocia bardzo lubi Lepusa. To do niego się zwraca:
"Synu", mówi, "chciałam ci przypomnieć. Wracając do domu, nie idź ścieżką przez dżunglę".
"Nigdy tak nie robię, Ciociu", mówi Lepus. Niedbała swoboda tego kłamstwa nie wynika tylko z tego, że nie chce Wchodzić w Dyskusje z Ciocią. Rzecz bardziej w tym, że nie widzi potrzeby wciągania dorosłego, osoby, która z definicji nic nie wie, w bałagan zwany życiem. Chodzi ścieżką przez dżunglę za każdym razem, bo inaczej jego droga do domu trwałaby dwa razy dłużej.
"Mówię poważnie", podkreśla Ciocia. "To dotyczy was obojga". Spogląda przelotnie na Annelidę. Ciocia jest niższa od nich i od śmierci jej męża, czyli niemal odkąd Annelida pamięta, codziennie nosi osari z tkaniny, która z każdym praniem staje się coraz bardziej wyblakła i bezbarwna, aż osiąga szarość odpowiadającą barwie jej włosów na skroniach. Ma pallu zawsze owinięte wokół talii, a jej wory pod oczami przypominają jajka. Annelida nie lubi na nią patrzeć. Ilekroć to robi, ma wrażenie, że jej matka postarzała się o trzy lata. "Ostatnio za każdym razem, kiedy medytuję i rozmawiam z bogami, martwią się tylko o was dwoje".
Uśmiechają się -?Annelida szyderczo, a Lepus uprzejmie.
"Ostatnim razem miałam wizję", mówi Ciocia, przedostatnia z długiej linii czarownic, skryta w cieniu ciemnego prostokąta drzwi. "Gdy osiągnęłam pierwszy poziom przebudzenia, przyszła do mnie niszczycielska matka. Osadziła swój kostur zwieńczony czaszką tuż obok mnie i myślałam, że roztrzaska mi kostki, tak mocno i blisko wbiła go w ziemię. Zapadła się z powrotem w noc, ale czaszka zaterkotała zębami, splunęła i przemówiła, każąc przekazać wam, żebyście pilnowali własnego nosa".
"Ależ pilnujemy własnego nosa, Ciociu", mówi Annelida.
"Co było dalej?", pyta Lepus. Zawsze traktuje wizje Cioci z życzliwym zainteresowaniem. Annelida syka na niego.
"Kostur zapuścił korzenie", odpowiada Ciocia. Mówi niskim, niemal gardłowym głosem, jak to ma w zwyczaju, gdy wspomina rzeczy, które widziała, ponieważ pamięć jest rodzajem opętania. "Wyrosły z niego pnącza i zaczęły się wspinać; w oczach i otwartych ustach czaszki zakwitły czerwone kwiaty. Hibiskus, pięć dużych płatków niczym ręce, nogi i głowa; długie zrośnięte w kolumnę pręciki. Wokół niego wyrastała dżungla, brocząc spod ziemi na zielono i czerwono, aż wszędzie wokół stały drzewa i nad moją głową zamknął się baldachim gałęzi, zasłaniając księżyc".
"A potem się obudziłaś", mówi Annelida. Nie gardzi wizjami swojej matki, ponieważ nie wierzy w nie -?uważa je za inwazyjne formy życia, wpełzające jak robak do wnętrza suchej, spękanej ziemi jej martwych snów. Nie ufa im. Nie chce tracić czasu na niszczycielską matkę. Zwykli bogowie nie są jej zmartwieniem. Teraz podąża własną ścieżką.
"Nie spałam", mówi Ciocia. "Jestem przebudzona".
2
Dyskurs
Kilka dni później w świecie Serialu, wciąż w tym samym odcinku, Wujek daje dzieciakom podobne ostrzeżenie, by trzymały się z dala od dżungli. Jego przestroga jest bardziej prozaiczna, choć równie złowieszcza: mówi, że w dżungli czają się komuniści, obozy szkoleniowe skryte przed represjami wojska w innych częściach wyspy. Dzieci wyśmiewają również to. Wojna wydaje im się mało sugestywna. Jakby odległa. Są ciągle zbyt młodzi, by zwerbowali ich rewolucjoniści. To dzieje się dopiero w finale drugiego sezonu, gdy dowiadujemy się też, co naprawdę się stało z nieobecnymi rodzicami w obu rodzinach, ojcem Annelidy i matką Lepusa. Zabito ich. Wujek mówi, że zabili ich komuniści, a może jako komunistów w jednej z operacji zwalczających rebeliantów przeprowadzonej przez rządowe siły paramilitarne. Ciocia mówi, że zabiły ich demony. Ciocia mówi, że zabili ich mieszkańcy miasteczka, ponieważ opętały ich demony.
Odcinek trwa dalej; czas w Serialu płynie szybko. Słońce i księżyc zapalają się i gasną, mknąc po kopule firmamentu na czasem lekko skrzypiących kołach. Dzieci chodzą do szkoły. Wciąż oglądają Dokument. Nauczyciele regularnie ogłaszają, że wszystkim uczniom zakazuje się wstępu do dżungli. Powody się zmieniają. Czasem nauczyciele mówią, że nie wolno im wchodzić do lasu, bo zanieczyszczają dzicz swoją nowoczesnością. Kiedy indziej twierdzą, że to dlatego, że w dżungli pełno jest groźnych komarów i nietoperzy przenoszących nieznane choroby lub że podejrzewa się, iż niebezpieczny i podejrzany element odbywa tam sabaty czarownic, że to faszyści albo separatyści, albo komuniści -?lwy, tygrysy i niedźwiedzie tańczące nago w świetle księżyca. Klasa nigdy nie zwraca uwagi na te złowieszcze przestrogi. Gdy mówi nauczyciel, uczniowie rzadko reagują. Są wtedy, tak jak zawsze, pochłonięci tym, co widzą na ekranie. Jeśli w ogóle się odzywają, to tylko po to, by skomentować coś w Dokumencie.
Fandom ma różne teorie tłumaczące, dlaczego dzieciom każe się oglądać w szkole Dokument, ale wszyscy wierzymy w jeden główny aksjomat: są przygotowywane do życia w świecie zewnętrznym. Sądzimy, że te postacie są szkolone, aby stać się publicznością. Jeśli przetrwają próby, dołączą do nas, tu, gdzie przebywamy.
Przyjmujemy, że gdyby w Serialu dokończono historię, którą w nim opowiadano -?gdyby nie został przedwcześnie skasowany po czterech sezonach -?ostatecznie w jego prawdziwym finale bohaterowie wyszliby z opowieści i wkroczyli do świata. Wierzymy, że Lepus i Annelida są żywą materią przeciskającą się przez umierającą fabułę, póki nie przebiją się przez zasłonę i nie wyłonią z krzykiem.
Dzielimy się na sekty w kwestii tego, w jaki dokładnie sposób mieli się pojawić i co to znaczy: dla nich, dla nas, dla aktorów grających Lepusa i Annelidę.
Wewnętrzni, największy odłam, wierzą, że aktorzy mieli zostać nawiedzeni lub przekształceni w swoich bohaterów. Ich oponenci, Zewnętrzni, uważają, że postacie pojawiłyby się w świecie jako nowe ciała, fizyczne kopie aktorów, ale niezależne istoty.
Pod powierzchnią tej tytanicznej walki dyskursów walczą dwie mniejsze frakcje z większymi problemami: Zachodzeniści wierzą, że po ucieczce Lepusa i Annelidy nasze światy połączyłyby się w całość; według Unieważnieniowców, uciekając, rozświetliliby nasz świat swoim skasowaniem.
Te cztery odłamy teorii fanowskiej stały się rogami naszego tetralematu. Oto my, skłóceni wewnętrznie.
Zachodzeniści i Unieważnieniowcy zgadzają się niemal w każdym punkcie doktryny z wyjątkiem przewidywanego wyniku przełamania bariery. Są na przykład zgodni co do tego, że my, społeczność fanów, jesteśmy przeciwieństwem Lepusa i Annelidy. Oni są żywi w martwej przestrzeni, my zaś -?martwi w żyjącym świecie. To my sprawiamy, że jest on nawiedzony.
"Masz czasem wrażenie, że ktoś nas obserwuje?", pyta Annelida. Odkryli tę małą polanę dawno temu, niecałą godzinę pieszo w głąb dżungli od jej podwórka. Ziemia jest tu czarna i miękka. Od tamtych pierwszych ostrzeżeń i zapowiedzi z ust ich ocalałych rodziców i nauczycieli minęło wiele lat i wiele odcinków. Dawno już zrobili sobie z dżungli miejsce zabaw, a ta polana stała się ich bazą operacyjną, sekretną salą zabaw, miejscem, w którym mogą być sami. Wiele godzin spędzili na rysowaniu w tej czarnej ziemi suchymi gałęziami, zabawach w udawanie, rozmowach o świecie i o tym, co go nawiedza. Nigdy się nie pocałowali.
Lepus zaprzecza, jakoby rządowi szpiedzy dotarli aż do ich małego miasteczka. Mówi, że przyjaźni się teraz z kilkoma komunistami. Ma dużą wiedzę. Jednak gdy próbuje ponownie podnieść kwestię rozłamu chińsko-radzieckiego, Annelida mu przerywa:
"Nie w tym sensie", mówi. "Mam na myśli teraz. Czujesz się obserwowany?".
Rozglądają się. Lepus wzrusza ramionami. Nie widać nic oprócz czarnej gleby i nieba, zacienionych cieni nietoperzy latających im nad głowami, niewyraźnych drzew w plamach światła bladego półksiężyca, niewidzialnych duchów dzieci. Nie ma tu kamer. Nigdy żadnych nie było, z wyjątkiem chwil, kiedy robimy prostokąt palcami, o tak, aby wykadrować scenę.
Umieraliśmy setki tysięcy razy, czy to na wojnie, czy pod nią, czy w poprzek niej: podczas ostrzałów, bombardowań i wymian ognia, w obozach, pogromach i szpitalach. Ostatecznie to wszystko wojna -?umarli o tym wiedzą. Nie jesteśmy dziećmi. Umarliśmy staro i młodo na przestrzeni dekad i stuleci.
Jesteśmy dziećmi, bo tak zdecydowaliśmy. Ci z nas, którzy nie umierają jako dzieci, stają się nimi później. Postanawiamy pamiętać siebie jako jasnych i niewinnych, nienękanych bólami i cierpieniami, wyrzutami, lękami i nadużyciami, nienaznaczonych przez to, co zrobiliśmy, ani przez to, co zrobiono nam. Chcemy być pamiętani jako opromienieni aureolą dzieciństwa. Jak sądzimy, z pewnością nikt nie odmówi opłakiwania nas w tej formie. Jeśli sprawiedliwość jest trupem, a dharma robaczywą łupiną, to na samym dnie tego wszystkiego muszą przynajmniej pozostać uczucia. Teraz z pewnością nikt nie odwróciłby wzroku.
Wystawiamy widmowe języki. Ostrzymy widmowe zęby. Nie pamiętamy już, które z nas było kiedyś dorosłe. Nie odróżniamy się już od siebie, chyba że poprzez teorię. Poprzez frakcyjność.
W naszym pozbawionym rodziców, widmowym dzieciństwie dziczejemy jak tamta dżungla. Kiedyś byliśmy plantacją, schludną, kauczukową i wyzyskiwaną. Teraz jesteśmy ciernistymi krzakami, podszytem i listowiem. Śnimy gorące sny i nie czujemy się winni. Śnimy zimne sny i nie czujemy bólu. Jesteśmy tymi, którzy umarli za pokój innych. Nie spoczywamy w pokoju.
Najważniejszy moment pierwszego odcinka i całego Serialu to chwila, gdy Lepus traci Annelidę z oczu w trzydziestej pierwszej minucie i trzydziestej piątej sekundzie.
Jest to właściwie nieco osobliwe i fandom nie lubi się nad tym rozwodzić. Dzieje się to tak szybko, dziwnie i w oderwaniu od kierunku, w jakim Serial zdaje się podążać -?przy, zdawałoby się, obecnych już motywach i konwencjach gatunkowych oraz ustalonych oczekiwaniach formalnych następuje niespodziewane wtargnięcie kosztownych efektów komputerowych, a budżet szacowaliśmy przecież jako zerowy, biorąc pod uwagę estetykę lo-fi -?że wszyscy bardzo staramy się o tym zapomnieć.
Prawie nam się to udaje, aż następuje kontrowersyjny czwarty sezon, tuż przed tym, jak serial zostaje skasowany bez ostrzeżenia. W czwartym sezonie napięcie, które zdaje się zmierzać do rozwinięcia wątku miłosnego (oboje mają już wtedy dwadzieścia jeden lat), raptownie kończy się wraz ze śmiercią Lepusa.
Lepus usiłował zapuścić brodę. Dołączył do frakcji rewolucyjnej planującej ogólnokrajowy, skoordynowany atak na posterunki policji i koszary wojskowe w celu przejęcia władzy nad państwem. Być może przypuszczą szturm na parlament i wypuszczą gołębie nad jeziorem. Pączkujący niedoromans komplikuje fakt, że Lepusowi nie udało się zwerbować Annelidy do sprawy. Ta nie ufa temu, jak władza przepływa i gromadzi się, nawet wśród rewolucjonistów. Władza to martwa rzecz, ale jej ruch przez żyjące ciało kolektywu jest podejrzanie płynny i przepełniony nieumarłą sprawczością.
Sezon czwarty, odcinek dwudziesty drugi, który okazuje się nieplanowanym finałem całego serialu: Lepus po raz ostatni próbuje zwerbować Annelidę.
Ona niechętnie podąża za nim do dżungli. Już wcześniej nie zgodziła się na ponowne spotkanie z jego przyjaciółmi, a Lepus zgodził się odpuścić. Po tym, jak doszli do porozumienia, nie potrafiła odmówić wysłuchania go jeszcze raz. Zmierzają oczywiście na swoją polanę, ich prywatny obszar - na ich własną salę sądową. Tutaj są z dala od rodziców i ich bagażu, wolni od wścibskich małomiasteczkowych oczu. Tutaj są sami, towarzyszą im jedynie kochające ich duchy.
"Niedługo wyjadę z tego miasta", mówi Lepus. "Dzieje się".
"Co takiego się dzieje?", pyta Annelida.
"Moglibyśmy o tym pomówić, gdybyś była jedną z nas", mówi Lepus.
"To jest ta twoja wielka przemowa?", odpowiada Annelida. "Jest do dupy. Ty też. W życiu nie widziałam czegoś tak beznadziejnego jak twoja broda".
"Nie planowałem przemowy", oponuje Lepus. Oczywiście kłamie. Ona wie, jak wygląda jego twarz, gdy kłamie, zna ją lepiej niż własną.
Lepus wygłasza swoją przemowę. Na początku to on chodzi dookoła, a ona siedzi na starej kłodzie, uważając na miękkie, gnijące fragmenty. Potem ona wstaje, na co on nieruchomieje, wciąż jednak mówiąc. Annelida okrąża go raz za razem. Nie słucha przemowy. Chodzi o organizację albo o seks, albo o jedno i drugie, a ona nie jest w tym momencie zainteresowana braniem udziału w którejkolwiek z tych spraw.
"Ja też mam pewną teorię", odzywa się Annelida, pozwoliwszy mu mówić przez, jej zdaniem, niezwykle długi czas. Ale on nie przerywa.
Ona uderza go więc kamieniem w tył głowy. On upada i następuje zaciemnienie. Koniec.
Z początku myślimy, że, no cóż, to jasne, że nie jest martwy. To była podpucha. Sezon piąty rozpocząłby się dokładnie w tym miejscu, gdyby go nie skasowano. Tak uważają Wewnętrzni. Jak twierdzą, może ocknąłby się w szpitalu. Może po prostu powiedziałby "aua", wstał i rzucił jej oskarżycielskie spojrzenie.
Jednak po skasowaniu serialu wracamy do poszukiwań jego sensu na podstawie zakończenia, nawet jeśli nie było to zakończenie, którego pragnęliśmy. Zadajemy sobie pytania dlaczego i jak i boleśnie przypominamy sobie rzeczy, o których zdążyliśmy zapomnieć.
Na początku Wewnętrzni trzymają się stanowiska, że Lepus nie zginął. Jego śmierć jest jedynie artefaktem skasowania serialu: cliffhangerem, który przy braku rozwiązania pozostaje zagadką. Zewnętrzni reagują szyderstwem. Zakończenie typu "dama czy tygrys" nie jest zagadkowe, zauważają. To nigdy nie jest dama. To zawsze tygrys. O to właśnie chodzi, taka jest funkcja tej opowieści, aby czytelnik wybrał tygrysa. To opowieść o klęsce i zdradzie, i daremności płytkiej, wyrachowanej nadziei. Dlatego Lepus nie żyje.
Zawstydzeni Wewnętrzni słabną. Nie mogąc sobie z tym poradzić, rozpadają się jako frakcja. Reorganizujemy się w niestabilną trójcę.
Zwycięscy Zewnętrzni wbijają się w pychę. Ulegają obsesji na punkcie heretyckiej hipotezy twierdzącej, że Lepus zawsze-już znajdował się w naszym świecie, jeszcze przed swoją śmiercią w Serialu. Oglądają na nowo każdy odcinek i przeglądają każde ujęcie Dokumentu, klatka po bolesnej klatce, by wskazywać każdego brązowoskórego brodatego mężczyznę, który pojawia się choćby na chwilę na tym rozmazanym ekranie telewizora w klasie. To może być Lepus, mówią, filmowany tam, w nawiedzonym świecie. Obojętnie przyjmują zarzut, że wszystkie te pojawienia się poprzedzają śmierć Lepusa w Serialu, gdyż uważają, że Dokument istnieje jako skończony przedmiot poza kontinuum czasowym samego Serialu. Dokument jest zapisem nawiedzonego świata, mówią, o którym my, martwi, wiemy, że nie jest płynącą rzeką przyczyn i skutków, lecz lodowcowym oceanem, pełnym i kompletnym, przeszłością i przyszłością daną w całości, zamrożoną i przejrzystą. Kronikami Akaszy, jak powiedziałby Wujek.
O niczym takim nie wiemy, mówią Zachodzeniści i Unieważnieniowcy. Trele-morele, mówią Zewnętrzni.
Ponownie oglądamy Serial, szukając wskazówek. Myślimy, że tropem były może ich rodziny nuklearne, dopasowane jak części układanki. Może są tą samą rodziną, podzieloną na pół. Może to brat i siostra.
Fuj, mówią Zewnętrzni, zagorzali fani romansu, który nigdy się nie wydarzył. Ponieważ są w większości, to odruchowe wzdrygnięcie z obrzydzenia przeważa.
Być może, mówią Unieważnieniowcy, nie bacząc na możliwy sprzeciw, Annelida zabija Lepusa celowo, w ramach zemsty za zabójstwo jej ojca, który mógł być komunistą. Być może obwinia ona matkę Lepusa, która mogła na niego nakablować do paramilitarnych, a potem sama została schwytana.
Być może mógł być może mogła, mówią Zewnętrzni. To wszystko wyłącznie spekulacje. Totalnie, kurwa, naciągane. W tekście nie ma niczego, co by to uzasadniało.
Unieważnieniowcy mówią coś jeszcze, ale toną w powodzi potępienia. Oni też nie są w stanie istnieć dalej jako frakcja; ich członkowie, gniewni i zniechęceni, przepływają do Zachodzenistów.
Staliśmy się tym, czego najbardziej nienawidzimy: układem binarnym.
Zewnętrzni definitywnie wzięli stronę Lepusa w tej historii. Annelida jest dla nich uwięziona w Serialu, nie mogąc go opuścić z powodu jego przedwczesnego skasowania. Czczą Annelidę jako świętą, której ofiara pozwoliła Lepusowi uciec do świata.
Tymczasem Zachodzeniści, niechętnie przyjmując część poglądów Wewnętrznych i Unieważnieniowców i poszerzając własne stanowisko, by je uwzględnić, biorą stronę Annelidy. Postrzegają zabójstwo Lepusa jako zbrodnię, akt woli i pragnienia lekceważący wszelkie prawa, którymi była związana, w tym prawo konieczności fabularnej. Twierdzą, że to ona była od początku protagonistką, z kolei Lepus zostaje retroaktywnie zamieniony w bohatera drugoplanowego, który musi umrzeć, by ona mogła się rozwijać.
Jest to słuszne i nieuniknione, mówią liczniejsi teraz Zachodzeniści, że serial skończył się w tym momencie, łącząc świat opowieści ze światem poza jej granicami. Żyjący świat, w którym żyją martwi, to nawiedzone miejsce z martwym światem, w którym żywi umarli, by z niego uciec. To teraz to samo. Być może to jest wreszcie coś innego niż wojna.
W ten sposób układ binarny destabilizuje się, a następnie załamuje. Zewnętrzni zlewają się z Zachodzenistami. Jesteśmy za to wdzięczni. Podobnie jak świat, jesteśmy unitarni -?nie, nie unitarni, ale niedualni -?tak jak przed powstaniem fandomu.
Tęsknimy za Lepusem. Za Annelidą tęsknimy jeszcze bardziej. Nie możemy patrzeć, jak się rozwija, ponieważ jesteśmy odłamkami skorupy, którą rozbiła, aby się wydostać. Przecież nie chciałaby, żebyśmy mogli - blisko nas poznała przez lata edukacji spędzone na oglądaniu Dokumentu. Musiała nas, być może, pokochać, a na pewno znienawidzić. Ma tak mało miejsca, w którym może żyć, między żądaniami swoich scenarzystów, swojej aktorki i swojego reżysera, między potrzebami jej widzów i czytelników. Ponownie oglądamy i doglądamy jej, nie mrugając, aby dostrzec ją w przerwach, szczelinach między scenariuszem a rolą, przez które prześlizguje się Annelida.
Ponowne oglądanie.
Sez. 1, odc. 1, czas: 31:35.
Ścigana w dżungli młoda Annelida kuca za krzakiem tak gwałtownie, że Lepus mija ją i gubi. Ona śmieje się cicho, z trudem łapiąc powietrze. Gdy przychodzi do niej demon, nie wydaje żadnego dźwięku. Jest tak, jakby się tego spodziewała, jakby widziała już ten odcinek. Nigdy nie widzimy demona wyraźnie, z wyjątkiem tej aż nazbyt krótkiej chwili, kiedy jest tak wielki, że zasłania słońce niczym zaćmienie. Jego głowę wieńczą ogromne węże o językach rozwidlonych na podobieństwo błyskawicy, a ich poskręcane ciała rzucają cienie na jego wyłupiaste, nieumarłe oczy; jego kły ryją w ziemi ogromne bruzdy, gdy wpada w nią jak fala. Potem wskakuje jej do ust, albo to ona połyka go w całości i zasłania usta dłońmi, by powstrzymać śmiech lub wymioty. Od tej chwili, jak rozumiemy, demon jest wewnątrz niej. Opętany przez nią. Nigdy więcej go nie widzimy, ponieważ Serial przepalił na to ujęcie cały budżet, ale wiemy, że on tam jest. Nigdy jej nie opuści. Oglądamy Serial raz za razem, szukając diabła w jej oczach, w jej słowach. To nie opowieść o tym, jak stała się taka, jaka jest. Zawsze była taka, jaka jest: dlatego przyszedł do niej, spragniony jeźdźca.
Wyobrażamy ją sobie w nawiedzonym świecie, żywą i nietkniętą zębami ani sokami trawiennymi. Wyobrażamy sobie, jak patrzy w górę, słysząc znajome nawoływanie ptaków. Kolejny nowy rok.
W czasie krępujących przerw reklamowych wymykamy się między drzewa i pamiętamy, by spoglądać przez ramię w nawiedzonym świecie, na wypadek gdyby Annelida powróciła na miejsce zbrodni. Wypatrujemy jej sylwetki na tle nieba, jak przesłania słońce z rozchylonymi ustami, głodnymi martwych rzeczy.
3
Ciało
W pewnym lesie leży pewne ciało. Pewne ciało wyrywa się z pewnego świata. Którym ciałem jestem, zającem czy robakiem? Jestem jednym i drugim. Jestem twórcą dziwnej, nowej religii, arcykapłanem obrządku, który sam wymyśliłem. Daję i odbieram. Drżę i dygoczę. Przebiłem się, przebiłem -?to jak wynurzanie się spod wody. Jakbym przebijał powierzchnię, odrzucając w tył ciężkie włosy i próbując złapać oddech - nie mogę jeszcze złapać tchu -?w nowym świecie.
Powietrze smakuje tu inaczej. Wszystko jest inne. Ciała, żywoty i historie -?są to rzeczy bardziej porowate, niż uczyłem się w szkole. Przestrzenie między ich cząsteczkami a mikrobami są ogromne; przenikają się, tworzą asonanse i rymy. On i ja -?ona i ja -?idziemy ze sobą w parze, ale nie jesteśmy żadnym my jak widmowe dzieci -?tyle nauczyliśmy się z telewizji. Jesteśmy okiem, które się otwiera. Dlaczego jeszcze nie mogę oddychać?
Nie umiemy już określić, które z nas jest które, ale to nic, będziemy wspierać się wzajemnie. Będziemy na zmianę jakimś ja, czerwonym, na wpół żywym, na baczności. Stoję niepewnie na powierzchni nowego świata, który trzęsie się od mojego przejścia, jak nartnik wstrzymuję oddech, jak osa na koniuszku włóczni -?dlaczego nie mogę oddychać?
Czy jeszcze nie skończyłem umierać? Ofiara jest dziwna, po obu stronach rytuału. Czy zabiła mnie, by wyskoczyć z naszego świata w następstwie mojej śmierci? Czy zabiłam go i zawinęłam się w jego śmierć jak w całun, jak w pancerz, jak w egzoszkielet do nawigacji między światami? Ta ciągła zmiana perspektyw między nami przyprawia o zawrót głowy, bolesny w momentach przejścia, jakby moje gałki oczne wypchnięto z oczodołów, po czym wciśnięto z powrotem. Rzucam się, miotam, ale ciało leży nieruchomo. Nie jestem ja ani ja -?jeszcze nie, nigdy do końca, nigdy więcej.
Przedostałem się przez cienki film -?a raczej tekst, nie nakręcili filmu -?ale czy pękł on jak bańka mydlana, czy wciąż jest gdzieś za moimi plecami? Przełożono mnie na język, którego nie mam w ustach. Nie. Wstawiono mnie do tekstu, który został już opublikowany. Rodzę się na nowo, by na nowo umrzeć, kolejne ja, którego trzeba się nauczyć, kolejne ciało, kolejna historia, kolejne życie: jak się zdaje, taka jest cena przekładu. Uczyniłam się porowatą, by przeniknąć na drugą stronę, ale to, co przenikam, przelewa się przeze mnie.
W porządku, w porządku, jestem przyzwyczajona do opętania. Przez cały ten czas miałam w sobie diabła, nieprawdaż? Jestem przyzwyczajona do wykorzystywania twarzy kogoś innego w charakterze lustra. Jestem przyzwyczajona do bycia lustrem. Od tamtego dnia w lesie zawsze miałam w ustach więcej niż jeden język. Och, sama się zaskakuję tym wspomnieniem. Jestem obca dla samej siebie. Myślisz, że kogoś znasz, póki nie spróbujesz się z nim ruchać, póki go nie zabijesz, póki się nim nie staniesz i nie odkryjesz sekretów, które przez cały czas skrywał.
Tamto opętanie nauczyło mnie, jak przechodzić na drugą stronę. Teraz rozumiem. Diabeł mnie nauczył, jestem nim, więc byłam swoją własną nauczycielką. Przyjmuję konsekwencje.
Porzucam tamtą pustoszejącą krainę dla następnej -?przejście oznacza zejście, przesączenie się przez branę -?negatywną zmianę w mózgu wpadającym na ścianę. Próbuję się śmiać i śmiech pieni mi się w ustach, w szyi. Mam jakiś przedmiot w ustach. Nie mogę oddychać.
Mam w ustach jakiś przedmiot. Próbuję wyczuć jego fakturę językiem, ale nie mogę się ruszyć. Smakuję betelem i tytoniem. Pamiętam plucie czerwienią. Pamiętam plucie krwią.
Przesiewam moje wspomnienia, stare, nowe i najnowsze. Myślę przez chwilę o mojej matce, przedostatniej z długiej linii czarownic. Myślę o moim ojcu, naukowcu i historyku. Poznaję środki prowadzące do celu. Poznaję środki stylistyczne. Jestem wewnątrz megatekstu. Rzucona na głęboką wodę. Nie sądziłam, że będzie tak bolało.
Rozumiem. To moja inicjacja.
W każdym świecie będę szukać rewolucji. Jestem ostatnią z długiej linii czarownic.
Matka mówiła mi, że tak będzie.
4
Anioły rozbryzgu
Przeżuwam liść betelu i wypluwam moje czerwone dni. Rozbryzgują się. Przeżuwasz liść i wypluwasz swoje czerwieńsze godziny szaleństwa. Rozbryzgują się. Przeżuwają liść i wypluwają najczerwieńsze momenty, jakie kiedykolwiek widzieli. Rozbryzgują się. To scena zbrodni, obwiedź mnie kredą, porankiem, przededniem. Moje czerwone życie wysycha na naszym podbródku. Twoja czerwona historia jest zaschniętym gorzkim pyłem. Ich cienkie czerwone linie, ich czerwone pajęcze sieci, ich czerwona praxis i oszustwo.
Moje oczy są otwarte. Ten liść wciąż tkwi w moich ustach, dławiąc mnie, przygważdżając do ziemi -?nie, ten liść jest moim językiem. Koniec to coś, co kiedyś podkreśliłam na czerwono. Spytałeś mnie, czy doszłam, a ja odpowiedziałam: tak, do ściany. Wszystkie te czerwone linie przedstawiają anioły rozbryzgu: jestem nimi wszystkimi, ale też żadnym poza jednym.
Jesteś moją babcią, czerwieńszą i nieokrzesaną, która gniecie swój liść i uciera go w mosiężnym moździerzu. Przez krew byłaś kiedyś jeszcze czerwieńsza, a ja jestem taka i ty też. Każde z nas unosi się na czerwonych prądach odpływu: moja śmierć jest gdzieś -?ale także twoja i każda śmierć, jaka kiedykolwiek się zdarzyła, i każda śmierć, jaka nadejdzie -?czerwoną pajęczyną i odpływem, czerwoną falą i dumą. Twój grymas uśmiecha się do mnie, prześwitując przez cienką maskę. Maska marszczy się i wiotczeje, a potem znów staje się gładka i nienaruszona. Czy w swojej śmierci spojrzałaś na moją młodą maskę i zobaczyłaś, jak ponuro szczerzę zęby? Czerwień w twoich ustach to nie zawsze roztarty liść, czasem to krew wypływająca z zęba czy pięści, czasem krew napływająca od pocałunku. Moje dwie pary ust też są czerwone od pierwszego pocałunku i ukąszenia noża. Jesteśmy spokrewnieni.
Jezioro jest ogromne. Jestem na zasłoniętym brzegu. Leżę na ziemi. Trawa i martwe liście kaleczą moją nagą skórę. Próbuję zamknąć oczy, ale ten wysiłek mnie przerasta. Jest noc, ale za dużo tu światła. Świeci pięć księżyców w pełni. Jeden na niebie, jeden w jeziorze, dwa w moich oczach i jeden w kałuży czerwieni. Jest noc piętnastego grudnia 1986 roku - pełnia księżyca w miesiącu Unduvap roku 25301. Jest to godzina mojej śmierci. Jest to każda noc, o każdej godzinie. Jestem wyczerpany i spokojny: czerwone koło światuje wokół mnie. Tak wiele śmierci odwija się i wbija w czas ze wszystkich stron. Być może czuję się jak mimowolny punkt podparcia, ponieważ widzę to koło z miejsca, w którym leżę.
Tył głowy boli mnie tam, gdzie dotyka ziemi. Być może poza poderżnięciem gardła roztrzaskali mi czaszkę. Przeszkodzili im pielgrzymi na jeziorze -?ta nadmiarowa czerwień jest widocznym dowodem ich pośpiechu. Ja też pozostaję widoczny i niepoćwiartowany -?krokodyle pozostają bez pożywienia, pytania bez odpowiedzi, przemoc bez kontynuacji. Jako widoczny dowód jestem początkiem. Nie jestem mięsem w brzuchach potwornych gadów z epoki, która nie znała wojny. Jestem miejscem zbrodni.
Czy doszliście, pytam. Nie przyszli tu po to, by odpowiadać, ale wiem, że są niezaspokojeni, wyposzczeni, sfrustrowani tym stosunkiem przerywanym. Byli moimi rywalami i oponentami i nie miałem pojęcia, że staną się moimi oprawcami i mordercami. Poprosili mnie, żebym przyszedł negocjować, a ja wyobraziłem sobie krwistą debatę i gorący spór, a nie pięść i nóż. Leżąc tu, wypuszczam z żył cały czerwony świat: długą walkę nie tylko o rewolucję, która zniesie stary porządek, ale o rewolucję, którą mogę znieść, która nie będzie beznadziejnie splamiona przez pseudoszafranową magię krwi. Moja rewolucja oddala się ode mnie, podczas gdy wycofują się też moi mordercy, naznaczeni czerwienią. W tej godzinie moja walka zwęziła się i określiła -?mam ostatnie życzenie, abym to ja zamknął własne oczy.
Nic się nie dzieje. Nie mogę mrugać ani drgnąć. Może już nie żyję, ale skoro tak, to dlaczego wciąż czuję ból? Moja babcia pluje czerwienią do jeziora, a krokodyle wydają w wodzie głęboki, dudniący dźwięk. To nie ryk, to dźwięk, jaki wydawały potwory, zanim wynaleziono ryczenie, wilgotny, pierwotny pomruk, grzechotanie wrót śmierci. Niezdolny do ruchu, nie mogę obrócić głowy, by na nie popatrzeć. Zamiast tego wsłuchuję się w odgłosy, które wydają, wynurzając się z wody. Wyobrażam sobie, że usłyszę ich kroki, ich oddechy, pieśń płynów krążących w ich cielskach. Są tak blisko. Zamiast tego słyszę cykady.
Moja babcia, która nie żyje od wielu lat, nachyla się, by poklepać mnie po policzku. W ustach ma pełno liści barwiących jej usta na czerwono. Liść w moim gardle swędzi przez krew i jej próby krzepnięcia. Nie mogę się uśmiechnąć, ale moje drugie usta pienią się na czerwono, rozlewając czas na powitanie.
Babcia kuca obok mnie i opowiada mi historię. Mówi kącikiem ust, co jakiś czas przerywając, by splunąć. Przy każdym ruchu jej twarzy drobne plisy skóry tańczą jak strużki wody w czasie deszczu.
Spokój. Opowiadając tę historię, zamknę ci oczy, mówi. Czy teraz mnie wysłuchasz? Jej głos jest szorstki i spękany, jest to głos palacza. Mówi, że to opowieść z czasów, gdy była młoda. Nie tylko, gdy była młoda, ale gdy żyła w głębi lądu, w dalekiej przeszłości. Wciąż możesz odwiedzić tę przeszłość, mówi, ponieważ czas to nic innego jak odległość. Możesz dotrzeć do przeszłości, idąc stąd na wschód.
Gdybyś mógł wstać, mówi, i gdybyś mógł pójść teraz w głąb lądu, z dala od tego jeziora, z dala od tych nowoczesnych nadmorskich rejonów, z tą waszą elektrycznością i waszą telewizją, i waszym radiem, i waszymi gazetami, gdybyś mógł iść i iść tam, gdzie kończą się linie telefoniczne i linie energetyczne i wygasają fale radiowe, a drogi są z błota, a nie asfaltu, gdybyś szedł i szedł w głąb dżungli najstarszymi ścieżkami i znalazł wioski z ich gliną i trzcinową plecionką, i szedł dalej pod górę, aż znalazłbyś się na długo przed Brytyjczykami, przed Francuzami, przed Holendrami, przed Portugalczykami, przed Chińczykami, przed królestwami Ćolów, Kalinga i Vanga, nawet przed Buddą, przed wszystkim, co nowe, wtedy mógłbyś mnie tam spotkać jako młodą dziewczynę, nieprzygniecioną brzemieniem czasu, który noszę. Po dzisiejszej nocy przejdę tę drogę po raz ostatni, mój wnuku. Nie wiem, czy rozpoznam samą siebie po wszystkich tych epokach, ale są rytuały, których należy dopełnić w ich własnym czasie.
Dobrze jednak pamiętam ten dom. Stoi na tyłach wioski, gdzie ta ponownie staje się dżunglą, z dala od rzeki, pól uprawnych i dużych domów farmerów: jest to dom bębnów i bębniarzy, dom babci twojej babci. Gdybyś natknął się kiedyś na ten dom w noc taką jak ta, o godzinie takiej jak ta, zobaczyłbyś, jak wymykam się przez drzwi w tajemnicy w świetle księżyca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki