Rakesfall - Vajra Chandrasekera

-
Proszę czekać

1. Annelida i Lepus

1

Anne­lida i Lepus

Sezon pierw­szy, odci­nek pierw­szy, trzy­dzie­sta pierw­sza minuta i trzy­dzie­sta piąta sekunda: Lepus bie­gnie za Anne­lidą do dżun­gli. Śmieją się, ponie­waż są nasto­lat­kami i grają w grę. Dżun­gla nie jest tak cał­kiem dżun­glą. Wiele odcin­ków dalej, dzięki pobocz­nemu wąt­kowi o refor­mie rol­nej z lat sie­dem­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku, dowia­du­jemy się, że w cza­sach kolo­nial­nych była to plan­ta­cja kau­czuku, opusz­czona i zdzi­czała. Z sezonu na sezon będzie się sta­wać coraz bar­dziej dzika i zaro­śnięta. Wiemy, że minął kolejny rok, bo w tle sły­chać kwiet­niowe nawo­ły­wa­nie kukieli, nowo­rocz­nych pta­ków. Lepus i Anne­lida też robią się starsi. To wła­śnie ten rodzaj serialu. Są tylko dwa rodzaje seriali: takie, w któ­rych ludzie się sta­rzeją, i takie, w któ­rych się nie sta­rzeją. My, fan­dom, najbar­dziej kochamy te pierw­sze. Uwiel­biamy ten serial.

Lepus, zając, i Anne­lida, pier­ście­nica, to nie są ich praw­dziwe imiona - to zna­czy nie są to imiona postaci w serialu, bo tych ni­gdy nie pozna­jemy -?lecz prze­zwi­ska, które wzięli ze sta­rych, zaku­rzo­nych pod­ręcz­ni­ków zna­le­zio­nych w sza­fie w ich małej szkole, gdzie, jak się zdaje, ni­gdy nie odby­wają się egza­miny ani zebra­nia rodzi­ców. Nie ma tam zwy­kłych lek­cji. Sie­dzi się tylko w zaciem­nio­nej kla­sie i wspól­nie z pozo­sta­łymi dziećmi ogląda serial tele­wi­zyjny o nas.

Sądzimy, że to ade­kwatne. My oglą­damy ich; oni oglą­dają nas. Koło się obraca.

* * *

Wbiega do dżun­gli, nie­mal nie doty­ka­jąc ziemi pode­szwami bosych stóp, bie­gnie tak, by podą­żył za nią. Odsuwa gałę­zie, które chla­stają go w twarz, prze­ska­kuje nad korze­niami, wie­dząc, że się o nie potknie; jej śmiech jest tak gło­śny, że spo­wija go echem niczym nawie­dze­nie. Anne­lida-pier­ście­nica zaci­ska pier­ścień, pier­ście­niuje-kon­tro­luje. Ma czkawkę i nie może prze­stać chi­cho­tać.

* * *

Tele­wi­zor w ich kla­sie to zmon­to­wany w Austra­lii kolo­rowy Phi­lips z końca lat sie­dem­dzie­sią­tych, a może wcze­snych osiem­dzie­sią­tych - dwu­dzie­sto­sze­ścio­ca­lowy bla­do­szary ekran z zaokrą­glo­nymi rogami; obu­dowa wykoń­czona imi­ta­cją drewna; po pra­wej stro­nie maskow­nica z czar­nego pla­stiku, którą można zdjąć o tak: klik, aby odsło­nić panel ste­ro­wa­nia, na któ­rym można nasta­wiać kanały, krę­cąc maleń­kimi gał­kami. Pamię­tamy je też z życia. Wła­ściwe usta­wia­nie kana­łów było kie­dyś jed­nym z naszych obo­wiąz­ków. Dzie­cięce palce lepiej sobie radziły z pokrę­tłami. (Z naszej pamięci wyła­nia się sto tysięcy dzie­cię­cych obo­wiąz­ków. Obie­ra­nie koko­sów na meta­lo­wym szpi­kulcu. Ogni­sko mię­dzy trzema poczer­nia­łymi cegłami. Kosa o krót­kim ostrzu wśród dłu­giej trawy. Opona toczy się po ścieżce nad jezio­rem pod suchym, błę­kit­nym nie­bem).

Oglą­damy ich oglą­da­ją­cych nas. Obraz na ekra­nie tele­wi­zora jest ziar­ni­sty i nie­ostry, ale wygląda na to, że dzie­ciom to nie prze­szka­dza. Podej­rze­wamy, że to uni­ka­nie dosko­na­łej jako­ści jest celo­wym zabie­giem, by ustrzec się otwar­cia otchłani luster. Natura nie znosi regresu w nie­skoń­czo­ność.

Tele­wi­zor nie poka­zuje nas w cza­sie rze­czy­wi­stym; w grun­cie rze­czy jest on mocno przy­wią­zany do czasu nierze­czywistego, zda­jąc się sunąć tam i z powro­tem przez całą dłu­gość naszego życia. Gdy mru­żymy oczy i wpa­tru­jemy się w roz­ma­zany ekran, nasze barwy wydają się blade jak na współ­cze­sne stan­dardy. Spra­wia to, że wyglą­damy jak akto­rzy z epoki. Nasze stroje, fry­zury i zwy­czaje nie są zbyt współ­cze­sne. Nie możemy okre­ślić, czy nasza tech­no­lo­gia w któ­rym­kol­wiek odcinku jest ana­chro­niczna. Na przy­kład: czy trzy­mamy w dło­niach smart­fon, czy ksią­żeczkę ze świę­tymi pismami lub lite­ra­turą rewo­lu­cyjną, którą mogli­by­śmy czy­tać dla inspi­ra­cji i upew­nie­nia się we wła­snej słusz­no­ści ide­olo­gicz­nej? Nie możemy dojść do zgody w naszych ana­li­zach, co prze­ja­wia się nie­straw­no­ścią. W jed­no­ści naszego my powstają pęk­nię­cia.

Ścieżka dźwię­kowa serialu wewnątrz serialu jest dla nas kom­plet­nie nie­do­stępna, z wyjąt­kiem szme­rów na gra­nicy sły­szal­no­ści podob­nych do szep­tów umar­łych dzieci. Bar­dzo dobrze sły­szymy uczniów w kla­sie, kiedy mówią sobie coś na ucho, jak rów­nież oka­zjo­nalne ostrze­że­nia i obja­śnie­nia nauczy­ciela, a nawet śpiew pta­ków za oknem, nawo­ły­wa­nia zwia­stu­jące nowy rok. Tylko my sami pozo­sta­jemy nie­do­stępni.

Cza­sem dzieci prze­drzeź­niają dia­logi z tele­wi­zora, powta­rza­jąc je śmiesz­nymi gło­sami. Tylko w ten spo­sób możemy się dowie­dzieć, co mówimy.

* * *

Opiera się na krze­śle, czer­piąc przy­jem­ność z jego nie­ustę­pli­wo­ści, z tego, jak drewno wbija jej się w skórę, z bólu w pozba­wio­nych pod­par­cia lędź­wiach. Anne­lida sie­dzi z tyłu klasy, bo jest nie­grzeczną dziew­czynką. Lepus jest gdzieś z przodu. Nie obcho­dzi jej nikt inny w tym pomiesz­cze­niu; dla niej oni wszy­scy mogliby nie ist­nieć. On też jej nie obcho­dzi, ale jest to inny rodzaj nie­ob­cho­dze­nia. Na tle gra­ją­cego tele­wi­zora nauczy­ciel nudzi o przy­czy­nach wojny, która już się skoń­czyła, ale ni­gdy się nie koń­czy: mówi, że cho­dziło o pale­nie ksią­żek i ciał, choć nie jed­no­cze­śnie. Biblio­teka i pogrzeb. To wyja­śnie­nie, jak wie Anne­lida, jest błędne, a przy­naj­mniej nie­kom­pletne. Praw­dziwe histo­rie czer­pie od ojca Lepusa, który ma wiele zde­cy­do­wa­nych opi­nii na ten i inne tematy. Ostat­nim razem, gdy była w domu Lepusa na obie­dzie, Lepus poszedł się odlać, a Wujek -?który oczy­wi­ście pił, nie prze­sta­wał pić, odkąd umarła jego żona, nie­mal tak długo, jak żył Lepus - przy­szpi­lił ją przy stole w jadalni, aby wyja­śnić coś, co nazywa sekretną histo­rią pier­do­lo­nego Jezusa Chry­stusa.

Za każ­dym razem, gdy Wujek gniew­nie roz­pra­wia o poli­tyce, o krzyw­dach, jakie cierpi jego -?to jest ich -?wielki naród, jego zacze­ska wznosi się i roz­wija niczym sztan­dar. Anne­lida patrzy z otwar­tymi ustami i zafa­scy­no­wa­niem, jak ta biała flaga zdaje się falo­wać na wie­trze. Wujek jest obna­żony, bo zawsze zdej­muje koszulę po tym, jak wypije kilka drin­ków i zrobi mu się gorąco, i czę­sto prze­rywa, by roz­wią­zać i ponow­nie zawią­zać swój barwny bati­kowy sarong. Kędzie­rzawe włosy na jego star­czej piersi też są siwe. Jest potęż­nym męż­czy­zną i mógł być kie­dyś musku­larny; jego spi­cza­ste piersi, z sut­kami oto­czo­nymi pier­ście­niami bia­łych wło­sków, wciąż zacho­wują resztki kształtu mię­śni.

"Powiem ci, co się wyda­rzyło w zagi­nio­nych latach pier­do­lo­nego Jezusa Chry­stusa", mówi Wujek. Łączy wszel­kie wzmianki o posta­ciach zbaw­ców z pier­do­le­niem, jed­no­cząc obscenę z kon­fe­sją. Jest tak zwłasz­cza wtedy, gdy mówi o nich, uży­wa­jąc ich tytu­łów, ponie­waż Wujek nie pochwala poczu­cia dumy z tytu­łów. Jak mówi, on sam jest dok­to­rem, ale nie lubi, gdy nazywa się go Dok­to­rem Wuj­kiem. Kiedy chce poka­zać, że trak­tuje kogoś poważ­nie, nazywa go imie­niem i nazwi­skiem, niczym pełen dez­apro­baty rodzic.

"Iyesu bin Yusuf", mówi, "znika z kart kro­nik (ha! tylko z kro­nik bhu­micz­nych, ziem­skich, rzecz jasna, nie z kro­nik Aka­szy, o któ­rych wię­cej nie­ba­wem), rozu­miesz, znika na osiem­na­ście lat. Osiem­na­ście lat! Ty sama nie masz jesz­cze osiem­na­stu lat, więc ta prze­rwa jest dłuż­sza niż całe twoje życie. I co on robił przez te osiem­na­ście lat? Cóż, co takiego ty zro­bi­łaś w życiu? Mnó­stwo rze­czy, nie­praw­daż? Małych, malucz­kich rze­czy, ale też kilka dużych. Z nim było tak samo. Max Müller pró­bo­wał to ukryć, ale jest tak, jak powie­dział Sid­dhar­tha Gau­tama: są trzy rze­czy, które nie są ukryte". Wujek prze­rywa, by nalać sobie drinka. Pije Vat 9 Spe­cial Rese­rve z lodem. Kostki szybko top­nieją w upale, arak ma bla­do­żółtą barwę. Wygląda jak siki. Anne­lida wyobraża sobie mar­twą ciecz prze­ci­ska­jącą się powoli przez żywe ciało, by następ­nie wydo­stać się z niego łuko­wa­tym stru­mie­niem, poły­sku­jąc w świe­tle.

"Trzy rze­czy są wiecz­nie ukryte", mówi Wujek. "Trzy rze­czy są tajem­nicą: co czy­nią dewianci, co czy­nią bra­mini i co czy­nią kobiety". Wska­zuje oskar­ży­ciel­sko na Anne­lidę. "Jak na pewno wiesz. A trzy rze­czy nie są ukryte, lecz jawne, aby wszy­scy mogli je zoba­czyć. Dwie z nich to słońce i księ­życ, dla­tego też wid­nieją one na sztan­da­rze bojo­wym wiel­kiego przodka naszego narodu, tak zwa­nego -?tak zwa­nego! -?okrut­nego mło­dego księ­cia. Trze­cią rze­czą, która ni­gdy nie jest ukryta, jest prawda. Bez względu na to, co mówi Max Müller, wszy­scy możemy ją zoba­czyć, jeśli tylko będziemy patrzeć. Na przy­kład tu, w tej oto książce Swa­miego Abhe­da­nandy". Wujek urywa, by prze­su­nąć żół­tym paznok­ciem po grzbie­tach stosu tomów leżą­cych na stole w jadalni, jego naj­śwież­szych lek­tur. Pazno­kieć zatrzy­muje się na jed­nym z nich, tkwią­cym zbyt głę­boko, aby można go było łatwo wycią­gnąć bez oba­le­nia cało­ści. Zamiast tego stuka w niego dla pod­kre­śle­nia swo­ich słów. "Abhe­da­nanda cytuje Noto­vit­cha w spra­wie zagi­nio­nych lat Iyesu, sa vie incon­nue, kiedy to odbył podróż do Raja­gaha w Indiach, by stu­dio­wać na Uni­wer­sy­te­cie Nalanda. Widzisz, Iyesu był kla­sycz­nym wiecz­nym stu­den­tem. Wiele razy zmie­niał kie­ru­nek stu­diów, pochła­niała go jedna dzie­dzina po dru­giej. To tutaj nauczył się swo­jego rze­mio­sła, poznał święte prawdy, które teraz pozna­jemy w dzie­ciń­stwie". Tu Wujek macha rękami, jakby stał na pasie star­to­wym i dawał znaki zbli­ża­ją­cemu się samo­lo­towi, choć Anne­lida nie jest pewna, czy będzie on lądo­wał, czy star­to­wał, nie chce też prze­ry­wać, na przy­kład po to, by powie­dzieć, że ona ni­gdy nie uczyła się tego w dzie­ciń­stwie i że wszyst­kie ich lek­cje to tylko tele­wi­zja i her­me­neu­tyka, jed­nak brak tego wtrą­ce­nia pozo­staje nie­zau­wa­żony, ponie­waż Wujek dalej ryczy: "Te, któ­rych uczył pier­do­lony Budda!".

* * *

My, czyli widzo­wie, spo­łecz­ność fanów, z początku nie wiemy, o co cho­dzi z imio­nami Lepusa i Anne­lidy, aż w retro­spek­cji w odcinku pią­tym widzimy, jak Anne­lida nadaje obojgu te pseu­do­nimy. Nazywa Lepusa na cześć zająca, ponie­waż jest ner­wowy, szybko biega i ma dłu­gie płatki uszu. Cza­sem lubi go za nie szar­pać. Pro­po­nuje mu, żeby nosił dłu­gie kol­czyki, jak okrutni ksią­żęta z prze­szło­ści.

Sie­bie nazywa Anne­lidą, ponie­waż, jak twier­dzi, podoba jej się, że ozna­cza to "małe pier­ście­nie", choć tak naprawdę ma na myśli (lecz nie na języku), że fascy­nuje ją pery­stal­tyka. Poły­ka­nie i krztu­sze­nie się, tra­wie­nie i sra­nie, ruch mar­twych rze­czy wewnątrz żywego ciała -?ma na tym punk­cie obse­sję, tak jak my na punk­cie nazw i ich braku.

Ani ten serial, ani serial wewnątrz serialu nie mają tytułu. Nie mają napi­sów koń­co­wych ani czo­łówki; czy­ste, kom­pul­sywne oglą­da­nie tele­wi­zji w for­mie dopro­wa­dzo­nej do dosko­na­ło­ści, kon­tent, który ni­gdy się nie koń­czy, prze­ry­wany tylko i czę­sto rekla­mami -?wymu­szo­nymi prze­sto­jami w stru­mie­niu naszych świa­do­mo­ści, niczym sen pełen sym­boli i ome­nów. Reor­ga­ni­zu­jemy ten prze­pływ w nar­ra­cję w naszych ser­cach; wyty­czamy gra­nice, wydzie­lamy odcinki i sezony. Kata­lo­gu­jemy, doku­men­tu­jemy i dys­ku­tu­jemy, bo tak lubimy.

Ale brak nazw budzi dez­orien­ta­cję, więc robimy to, co zro­biła Anne­lida, i nada­jemy prze­zwi­ska. Nazy­wamy serial Seria­lem. Serial wewnątrz serialu, ten, który opo­wiada o nas, fanach umar­łych dzieci, nazy­wamy Doku­men­tem. Mówimy tak o nim, bo tym się wła­śnie wydaje -?wykrawa pla­sterki z naszego życia i poka­zuje je do kamery. Kon­cen­truje się kolejno na każ­dym z nas lub na akto­rach, któ­rzy nas grają. Wikła i wplą­tuje nas -?pozba­wio­nych fabuły, frag­men­ta­rycz­nych, zato­mi­zo­wa­nych. Spra­wia, że czu­jemy się nie­kom­for­towo.

Fan­dom jest ogromny, więc wydaje nam się, że Doku­ment mógłby cią­gnąć się w nie­skoń­czo­ność, dopóki jakaś postać nie pojawi w nim się ponow­nie, jed­nak nie­któ­rym to się udaje. Uzna­jemy to za umiar­ko­wa­nie pro­ble­ma­tyczne; łączy to jego nie­zno­śny indy­wi­du­alizm z fawo­ry­zo­wa­niem. Nie mar­twi nas to, jedy­nie nie­po­koi. Kiedy posta­cie powra­cają po latach, zdaje się, że pozo­stają w tym samym wieku. Sądzimy, że akto­rzy są cyfrowo odmła­dzani, by naśla­do­wać naszą wieczną mło­dość. Nie­które kpiar­skie uwagi wymie­niane szep­tem przez dzieci w kla­sie prze­ma­wiają za słusz­no­ścią tej teo­rii. To odmła­dzanie jest cza­sem nie­udolne. Doku­ment nie ma zbyt dużego budżetu na efekty kom­pu­te­rowe.

Szcze­rze mówiąc, podob­nie jak sam Serial. Więk­szość prze­pa­lili na pierw­szy odci­nek, na naj­waż­niej­szy moment całej fabuły, do któ­rego docho­dzi w ostat­nich minu­tach tego otwie­ra­ją­cego odcinka, kiedy to Lepus bie­gnie za Anne­lidą do dżun­gli.

Dzieje się to tak szybko, że Lepus cał­ko­wi­cie to prze­ga­pia. My pra­wie też. Praw­do­po­dob­nie tak by się stało, gdyby moment ten nie został tak wyraź­nie zapo­wie­dziany przez zło­wiesz­cze, prze­możne prze­strogi wystę­pu­jące pod­czas całego odcinka.

Pierw­sza zapo­wiedź: matka Anne­lidy ostrzega dzieci przed cho­dze­niem do dżun­gli. Mówi, że jest nawie­dzona przez demony. To ta dzi­cze­jąca dżun­gla, która ota­cza i prze­dziela ich mia­steczko i wszyst­kie jego roz­bite rodziny. Tak jak dżun­gla była kie­dyś plan­ta­cją, tak mia­steczko było kie­dyś jedną rezy­den­cją, wysu­szo­nym bia­łym ser­cem kolo­nial­nej posia­dło­ści. Po rezy­den­cji nie zacho­wał się żaden ślad. To, co sta­no­wiło nie­gdyś roz­le­głą i wyłączną domenę potwo­rów, ule­gło odwró­ce­niu: ludzie są teraz wewnątrz, a potwory, według matki Anne­lidy, czają się tuż za drzwiami.

Matka Anne­lidy nie jest naj­lep­szą aktorką, a przy­naj­mniej wydaje się, że brak jej doświad­cze­nia. Wygła­sza swoje ostrze­że­nie tak sztywno, tak robo­tycz­nie, że sły­sząc je, mło­dzi akto­rzy nie mogą powstrzy­mać uśmie­chu. A może dzieci po pro­stu nie umieją brać na poważ­nie zabo­bon­nych obaw star­szych. Matka Anne­lidy, którą Lepus nazywa Cio­cią, więc Anne­lida robi to samo, jest nie­zwy­kle prze­sądna. Mocno wie­rzy w horo­skopy, testy Myers-Briggs, tech­no­kra­cję, medy­ta­cję i triki zwięk­sza­jące pro­duk­tyw­ność.

* * *

Dżun­gla nie jest nawie­dzona przez demony. W serialu tako­wych nie ma. To po pro­stu nie ten rodzaj serialu. Demony i nawie­dze­nia ist­nieją tylko w zepsu­tej rze­czy­wi­sto­ści. Wiemy o tym: to my ją nawie­dzamy. Demony są naszymi dale­kimi krew­nymi. Mogli­by­śmy grzecz­nie ski­nąć sobie gło­wami, mija­jąc się na ulicy, choć nie gawę­dzi­li­by­śmy ze sobą. Jeśli my jeste­śmy mło­dymi wspo­mnie­niami świata, to one są sta­rymi try­bi­kami w jego mecha­ni­zmie, jego nie­wi­dzial­nymi pra­wami i mocami. One nie mówią. Myśl, że to demon prze­ma­wia pod­czas opę­ta­nia, sta­nowi błędne prze­ko­na­nie, uparte myle­nie jeźdźca i wierz­chowca. Zgła­szamy suge­stie popra­wek w odpo­wied­nich hasłach w Wiki­pe­dii, lecz są one odrzu­cane z powodu braku wery­fi­ko­wal­nych źró­deł.

* * *

Zarówno Anne­lida, jak i Lepus są obecni, gdy Cio­cia wygła­sza swoją prze­strogę, jed­nak kie­ruje ją z czu­łym uśmie­chem do Lepusa, co jest jed­nym z wielu powo­dów, dla któ­rych Anne­lida zaczęła nazy­wać wła­sną matkę Cio­cią. Dzie­ciaki są na górze w pokoju Anne­lidy. Jest późno i Lepus powi­nien już iść do domu, ale jesz­cze przez godzinę nie będzie prądu, więc jeśli chło­pak poczeka, aż znów zapalą się uliczne latar­nie, nie będzie musiał poty­kać się po ciemku. Anne­lida zapala świeczkę i sta­wia ją na pustym sło­iku po dże­mie, na któ­rym wciąż wid­nieje na wpół odkle­jona ety­kietka. Wieczko pokryte jest woskiem po wielu nocach braku ener­gii. Leżą po obu stro­nach świa­tła, trzy­ma­jąc mię­dzy gło­wami małe radio na bate­rie. Nie jest łatwo uni­kać wia­do­mo­ści. To zawsze jest praw­dziwa bomba. Zawsze gdy muzykę prze­rywa kolejny alarm, kolejna śmierć, kolejna prze­moc, kolejne okru­cień­stwa, jedno z nich wyciąga rękę i kręci gałką, aż znaj­dzie inną sta­cję z muzyką. Jaką­kol­wiek.

Zawsze gdy Anne­lida prze­kręca się na bok, żeby prze­stroić radio, jej sukienka klei się do ple­ców od potu. Widzi, że twarz Lepusa błysz­czy w świe­tle świecy, myśli więc, że z nią musi być tak samo; cza­sem używa jego twa­rzy jako lustra. Ociera kro­pelkę potu z koniuszka swo­jego nosa i dalej leży na boku, pod­pie­ra­jąc sobie głowę ręką jak śpiący Budda. Pio­senka w radiu jest śpie­wana po angiel­sku -?smętne wycie pośród pobrzę­ki­wa­nia.

Cio­cia staje w drzwiach, które są rzecz jasna otwarte. Anne­lida i Lepus przy­jaź­nią się, odkąd byli małymi dziećmi, i tylko dla­tego dziew­czyna może zapra­szać go do domu, a tym bar­dziej do swo­jego pokoju. Cio­cia dała jej jasno do zro­zu­mie­nia, że ponie­waż są coraz starsi, dal­sza obec­ność Lepusa w jej życiu jest zale­d­wie tole­ro­wana. W akcie hipo­kry­zji -?Cio­cia bar­dzo lubi Lepusa. To do niego się zwraca:

"Synu", mówi, "chcia­łam ci przy­po­mnieć. Wra­ca­jąc do domu, nie idź ścieżką przez dżun­glę".

"Ni­gdy tak nie robię, Cio­ciu", mówi Lepus. Nie­dbała swo­boda tego kłam­stwa nie wynika tylko z tego, że nie chce Wcho­dzić w Dys­ku­sje z Cio­cią. Rzecz bar­dziej w tym, że nie widzi potrzeby wcią­ga­nia doro­słego, osoby, która z defi­ni­cji nic nie wie, w bała­gan zwany życiem. Cho­dzi ścieżką przez dżun­glę za każ­dym razem, bo ina­czej jego droga do domu trwa­łaby dwa razy dłu­żej.

"Mówię poważ­nie", pod­kre­śla Cio­cia. "To doty­czy was obojga". Spo­gląda prze­lot­nie na Anne­lidę. Cio­cia jest niż­sza od nich i od śmierci jej męża, czyli nie­mal odkąd Anne­lida pamięta, codzien­nie nosi osari z tka­niny, która z każ­dym pra­niem staje się coraz bar­dziej wybla­kła i bez­barwna, aż osiąga sza­rość odpo­wia­da­jącą bar­wie jej wło­sów na skro­niach. Ma pallu zawsze owi­nięte wokół talii, a jej wory pod oczami przy­po­mi­nają jajka. Anne­lida nie lubi na nią patrzeć. Ile­kroć to robi, ma wra­że­nie, że jej matka posta­rzała się o trzy lata. "Ostat­nio za każ­dym razem, kiedy medy­tuję i roz­ma­wiam z bogami, mar­twią się tylko o was dwoje".

Uśmie­chają się -?Anne­lida szy­der­czo, a Lepus uprzej­mie.

"Ostat­nim razem mia­łam wizję", mówi Cio­cia, przed­ostat­nia z dłu­giej linii cza­row­nic, skryta w cie­niu ciem­nego pro­sto­kąta drzwi. "Gdy osią­gnę­łam pierw­szy poziom prze­bu­dze­nia, przy­szła do mnie nisz­czy­ciel­ska matka. Osa­dziła swój kostur zwień­czony czaszką tuż obok mnie i myśla­łam, że roz­trza­ska mi kostki, tak mocno i bli­sko wbiła go w zie­mię. Zapa­dła się z powro­tem w noc, ale czaszka zater­ko­tała zębami, splu­nęła i prze­mó­wiła, każąc prze­ka­zać wam, żeby­ście pil­no­wali wła­snego nosa".

"Ależ pil­nu­jemy wła­snego nosa, Cio­ciu", mówi Anne­lida.

"Co było dalej?", pyta Lepus. Zawsze trak­tuje wizje Cioci z życz­li­wym zain­te­re­so­wa­niem. Anne­lida syka na niego.

"Kostur zapu­ścił korze­nie", odpo­wiada Cio­cia. Mówi niskim, nie­mal gar­dło­wym gło­sem, jak to ma w zwy­czaju, gdy wspo­mina rze­czy, które widziała, ponie­waż pamięć jest rodza­jem opę­ta­nia. "Wyro­sły z niego pną­cza i zaczęły się wspi­nać; w oczach i otwar­tych ustach czaszki zakwi­tły czer­wone kwiaty. Hibi­skus, pięć dużych płat­ków niczym ręce, nogi i głowa; dłu­gie zro­śnięte w kolumnę prę­ciki. Wokół niego wyra­stała dżun­gla, bro­cząc spod ziemi na zie­lono i czer­wono, aż wszę­dzie wokół stały drzewa i nad moją głową zamknął się bal­da­chim gałęzi, zasła­nia­jąc księ­życ".

"A potem się obu­dzi­łaś", mówi Anne­lida. Nie gar­dzi wizjami swo­jej matki, ponie­waż nie wie­rzy w nie -?uważa je za inwa­zyjne formy życia, wpeł­za­jące jak robak do wnę­trza suchej, spę­ka­nej ziemi jej mar­twych snów. Nie ufa im. Nie chce tra­cić czasu na nisz­czy­ciel­ską matkę. Zwy­kli bogo­wie nie są jej zmar­twie­niem. Teraz podąża wła­sną ścieżką.

"Nie spa­łam", mówi Cio­cia. "Jestem prze­bu­dzona".

2. Dyskurs

2

Dys­kurs

Kilka dni póź­niej w świe­cie Serialu, wciąż w tym samym odcinku, Wujek daje dzie­cia­kom podobne ostrze­że­nie, by trzy­mały się z dala od dżun­gli. Jego prze­stroga jest bar­dziej pro­za­iczna, choć rów­nie zło­wiesz­cza: mówi, że w dżun­gli czają się komu­ni­ści, obozy szko­le­niowe skryte przed repre­sjami woj­ska w innych czę­ściach wyspy. Dzieci wyśmie­wają rów­nież to. Wojna wydaje im się mało suge­stywna. Jakby odle­gła. Są cią­gle zbyt mło­dzi, by zwer­bo­wali ich rewo­lu­cjo­ni­ści. To dzieje się dopiero w finale dru­giego sezonu, gdy dowia­du­jemy się też, co naprawdę się stało z nie­obec­nymi rodzi­cami w obu rodzi­nach, ojcem Anne­lidy i matką Lepusa. Zabito ich. Wujek mówi, że zabili ich komu­ni­ści, a może jako komu­ni­stów w jed­nej z ope­ra­cji zwal­cza­ją­cych rebe­lian­tów prze­pro­wa­dzo­nej przez rzą­dowe siły para­mi­li­tarne. Cio­cia mówi, że zabiły ich demony. Cio­cia mówi, że zabili ich miesz­kańcy mia­steczka, ponie­waż opę­tały ich demony.

Odci­nek trwa dalej; czas w Serialu pły­nie szybko. Słońce i księ­życ zapa­lają się i gasną, mknąc po kopule fir­ma­mentu na cza­sem lekko skrzy­pią­cych kołach. Dzieci cho­dzą do szkoły. Wciąż oglą­dają Doku­ment. Nauczy­ciele regu­lar­nie ogła­szają, że wszyst­kim uczniom zaka­zuje się wstępu do dżun­gli. Powody się zmie­niają. Cza­sem nauczy­ciele mówią, że nie wolno im wcho­dzić do lasu, bo zanie­czysz­czają dzicz swoją nowo­cze­sno­ścią. Kiedy indziej twier­dzą, że to dla­tego, że w dżun­gli pełno jest groź­nych koma­rów i nie­to­pe­rzy prze­no­szą­cych nie­znane cho­roby lub że podej­rzewa się, iż nie­bez­pieczny i podej­rzany ele­ment odbywa tam sabaty cza­row­nic, że to faszy­ści albo sepa­ra­ty­ści, albo komu­ni­ści -?lwy, tygrysy i niedź­wie­dzie tań­czące nago w świe­tle księ­życa. Klasa ni­gdy nie zwraca uwagi na te zło­wiesz­cze prze­strogi. Gdy mówi nauczy­ciel, ucznio­wie rzadko reagują. Są wtedy, tak jak zawsze, pochło­nięci tym, co widzą na ekra­nie. Jeśli w ogóle się odzy­wają, to tylko po to, by sko­men­to­wać coś w Doku­men­cie.

Fan­dom ma różne teo­rie tłu­ma­czące, dla­czego dzie­ciom każe się oglą­dać w szkole Doku­ment, ale wszy­scy wie­rzymy w jeden główny aksjo­mat: są przy­go­to­wy­wane do życia w świe­cie zewnętrz­nym. Sądzimy, że te posta­cie są szko­lone, aby stać się publicz­no­ścią. Jeśli prze­trwają próby, dołą­czą do nas, tu, gdzie prze­by­wamy.

Przyj­mu­jemy, że gdyby w Serialu dokoń­czono histo­rię, którą w nim opo­wia­dano -?gdyby nie został przed­wcze­śnie ska­so­wany po czte­rech sezo­nach -?osta­tecz­nie w jego praw­dzi­wym finale boha­te­ro­wie wyszliby z opo­wie­ści i wkro­czyli do świata. Wie­rzymy, że Lepus i Anne­lida są żywą mate­rią prze­ci­ska­jącą się przez umie­ra­jącą fabułę, póki nie prze­biją się przez zasłonę i nie wyło­nią z krzy­kiem.

Dzie­limy się na sekty w kwe­stii tego, w jaki dokład­nie spo­sób mieli się poja­wić i co to zna­czy: dla nich, dla nas, dla akto­rów gra­ją­cych Lepusa i Anne­lidę.

Wewnętrzni, naj­więk­szy odłam, wie­rzą, że akto­rzy mieli zostać nawie­dzeni lub prze­kształ­ceni w swo­ich boha­te­rów. Ich opo­nenci, Zewnętrzni, uwa­żają, że posta­cie poja­wi­łyby się w świe­cie jako nowe ciała, fizyczne kopie akto­rów, ale nie­za­leżne istoty.

Pod powierzch­nią tej tyta­nicz­nej walki dys­kur­sów wal­czą dwie mniej­sze frak­cje z więk­szymi pro­ble­mami: Zacho­dze­ni­ści wie­rzą, że po ucieczce Lepusa i Anne­lidy nasze światy połą­czy­łyby się w całość; według Unie­waż­nie­niow­ców, ucie­ka­jąc, roz­świe­tli­liby nasz świat swoim ska­so­wa­niem.

Te cztery odłamy teo­rii fanow­skiej stały się rogami naszego tetra­le­matu. Oto my, skłó­ceni wewnętrz­nie.

Zacho­dze­ni­ści i Unie­waż­nie­niowcy zga­dzają się nie­mal w każ­dym punk­cie dok­tryny z wyjąt­kiem prze­wi­dy­wa­nego wyniku prze­ła­ma­nia bariery. Są na przy­kład zgodni co do tego, że my, spo­łecz­ność fanów, jeste­śmy prze­ci­wień­stwem Lepusa i Anne­lidy. Oni są żywi w mar­twej prze­strzeni, my zaś -?mar­twi w żyją­cym świe­cie. To my spra­wiamy, że jest on nawie­dzony.

* * *

"Masz cza­sem wra­że­nie, że ktoś nas obser­wuje?", pyta Anne­lida. Odkryli tę małą polanę dawno temu, nie­całą godzinę pie­szo w głąb dżun­gli od jej podwórka. Zie­mia jest tu czarna i miękka. Od tam­tych pierw­szych ostrze­żeń i zapo­wie­dzi z ust ich oca­la­łych rodzi­ców i nauczy­cieli minęło wiele lat i wiele odcin­ków. Dawno już zro­bili sobie z dżun­gli miej­sce zabaw, a ta polana stała się ich bazą ope­ra­cyjną, sekretną salą zabaw, miej­scem, w któ­rym mogą być sami. Wiele godzin spę­dzili na ryso­wa­niu w tej czar­nej ziemi suchymi gałę­ziami, zaba­wach w uda­wa­nie, roz­mo­wach o świe­cie i o tym, co go nawie­dza. Ni­gdy się nie poca­ło­wali.

Lepus zaprze­cza, jakoby rzą­dowi szpie­dzy dotarli aż do ich małego mia­steczka. Mówi, że przy­jaźni się teraz z kil­koma komu­ni­stami. Ma dużą wie­dzę. Jed­nak gdy pró­buje ponow­nie pod­nieść kwe­stię roz­łamu chiń­sko-radziec­kiego, Anne­lida mu prze­rywa:

"Nie w tym sen­sie", mówi. "Mam na myśli teraz. Czu­jesz się obser­wo­wany?".

Roz­glą­dają się. Lepus wzru­sza ramio­nami. Nie widać nic oprócz czar­nej gleby i nieba, zacie­nio­nych cieni nie­to­pe­rzy lata­ją­cych im nad gło­wami, nie­wy­raź­nych drzew w pla­mach świa­tła bla­dego pół­księ­życa, nie­wi­dzial­nych duchów dzieci. Nie ma tu kamer. Ni­gdy żad­nych nie było, z wyjąt­kiem chwil, kiedy robimy pro­sto­kąt pal­cami, o tak, aby wyka­dro­wać scenę.

* * *

Umie­ra­li­śmy setki tysięcy razy, czy to na woj­nie, czy pod nią, czy w poprzek niej: pod­czas ostrza­łów, bom­bar­do­wań i wymian ognia, w obo­zach, pogro­mach i szpi­ta­lach. Osta­tecz­nie to wszystko wojna -?umarli o tym wie­dzą. Nie jeste­śmy dziećmi. Umar­li­śmy staro i młodo na prze­strzeni dekad i stu­leci.

Jeste­śmy dziećmi, bo tak zde­cy­do­wa­li­śmy. Ci z nas, któ­rzy nie umie­rają jako dzieci, stają się nimi póź­niej. Posta­na­wiamy pamię­tać sie­bie jako jasnych i nie­win­nych, nie­nę­ka­nych bólami i cier­pie­niami, wyrzu­tami, lękami i nad­uży­ciami, nie­na­zna­czo­nych przez to, co zro­bi­li­śmy, ani przez to, co zro­biono nam. Chcemy być pamię­tani jako opro­mie­nieni aure­olą dzie­ciń­stwa. Jak sądzimy, z pew­no­ścią nikt nie odmówi opła­ki­wa­nia nas w tej for­mie. Jeśli spra­wie­dli­wość jest tru­pem, a dharma roba­czywą łupiną, to na samym dnie tego wszyst­kiego muszą przy­naj­mniej pozo­stać uczu­cia. Teraz z pew­no­ścią nikt nie odwró­ciłby wzroku.

Wysta­wiamy wid­mowe języki. Ostrzymy wid­mowe zęby. Nie pamię­tamy już, które z nas było kie­dyś doro­słe. Nie odróż­niamy się już od sie­bie, chyba że poprzez teo­rię. Poprzez frak­cyj­ność.

W naszym pozba­wio­nym rodzi­ców, wid­mo­wym dzie­ciń­stwie dzi­cze­jemy jak tamta dżun­gla. Kie­dyś byli­śmy plan­ta­cją, schludną, kau­czu­kową i wyzy­ski­waną. Teraz jeste­śmy cier­ni­stymi krza­kami, pod­szy­tem i listo­wiem. Śnimy gorące sny i nie czu­jemy się winni. Śnimy zimne sny i nie czu­jemy bólu. Jeste­śmy tymi, któ­rzy umarli za pokój innych. Nie spo­czy­wamy w pokoju.

* * *

Naj­waż­niej­szy moment pierw­szego odcinka i całego Serialu to chwila, gdy Lepus traci Anne­lidę z oczu w trzy­dzie­stej pierw­szej minu­cie i trzy­dzie­stej pią­tej sekun­dzie.

Jest to wła­ści­wie nieco oso­bliwe i fan­dom nie lubi się nad tym roz­wo­dzić. Dzieje się to tak szybko, dziw­nie i w ode­rwa­niu od kie­runku, w jakim Serial zdaje się podą­żać -?przy, zda­wa­łoby się, obec­nych już moty­wach i kon­wen­cjach gatun­ko­wych oraz usta­lo­nych ocze­ki­wa­niach for­mal­nych nastę­puje nie­spo­dzie­wane wtar­gnię­cie kosz­tow­nych efek­tów kom­pu­te­ro­wych, a budżet sza­co­wa­li­śmy prze­cież jako zerowy, bio­rąc pod uwagę este­tykę lo-fi -?że wszy­scy bar­dzo sta­ramy się o tym zapo­mnieć.

Pra­wie nam się to udaje, aż nastę­puje kon­tro­wer­syjny czwarty sezon, tuż przed tym, jak serial zostaje ska­so­wany bez ostrze­że­nia. W czwar­tym sezo­nie napię­cie, które zdaje się zmie­rzać do roz­wi­nię­cia wątku miło­snego (oboje mają już wtedy dwa­dzie­ścia jeden lat), rap­tow­nie koń­czy się wraz ze śmier­cią Lepusa.

Lepus usi­ło­wał zapu­ścić brodę. Dołą­czył do frak­cji rewo­lu­cyj­nej pla­nu­ją­cej ogól­no­kra­jowy, sko­or­dy­no­wany atak na poste­runki poli­cji i koszary woj­skowe w celu prze­ję­cia wła­dzy nad pań­stwem. Być może przy­pusz­czą szturm na par­la­ment i wypusz­czą gołę­bie nad jezio­rem. Pącz­ku­jący nie­do­ro­mans kom­pli­kuje fakt, że Lepu­sowi nie udało się zwer­bo­wać Anne­lidy do sprawy. Ta nie ufa temu, jak wła­dza prze­pływa i gro­ma­dzi się, nawet wśród rewo­lu­cjo­ni­stów. Wła­dza to mar­twa rzecz, ale jej ruch przez żyjące ciało kolek­tywu jest podej­rza­nie płynny i prze­peł­niony nie­umarłą spraw­czo­ścią.

Sezon czwarty, odci­nek dwu­dzie­sty drugi, który oka­zuje się nie­pla­no­wa­nym fina­łem całego serialu: Lepus po raz ostatni pró­buje zwer­bo­wać Anne­lidę.

* * *

Ona nie­chęt­nie podąża za nim do dżun­gli. Już wcze­śniej nie zgo­dziła się na ponowne spo­tka­nie z jego przy­ja­ciółmi, a Lepus zgo­dził się odpu­ścić. Po tym, jak doszli do poro­zu­mie­nia, nie potra­fiła odmó­wić wysłu­cha­nia go jesz­cze raz. Zmie­rzają oczy­wi­ście na swoją polanę, ich pry­watny obszar - na ich wła­sną salę sądową. Tutaj są z dala od rodzi­ców i ich bagażu, wolni od wścib­skich mało­mia­stecz­ko­wych oczu. Tutaj są sami, towa­rzy­szą im jedy­nie kocha­jące ich duchy.

"Nie­długo wyjadę z tego mia­sta", mówi Lepus. "Dzieje się".

"Co takiego się dzieje?", pyta Anne­lida.

"Mogli­by­śmy o tym pomó­wić, gdy­byś była jedną z nas", mówi Lepus.

"To jest ta twoja wielka prze­mowa?", odpo­wiada Anne­lida. "Jest do dupy. Ty też. W życiu nie widzia­łam cze­goś tak bez­na­dziej­nego jak twoja broda".

"Nie pla­no­wa­łem prze­mowy", opo­nuje Lepus. Oczy­wi­ście kła­mie. Ona wie, jak wygląda jego twarz, gdy kła­mie, zna ją lepiej niż wła­sną.

Lepus wygła­sza swoją prze­mowę. Na początku to on cho­dzi dookoła, a ona sie­dzi na sta­rej kło­dzie, uwa­ża­jąc na mięk­kie, gni­jące frag­menty. Potem ona wstaje, na co on nie­ru­cho­mieje, wciąż jed­nak mówiąc. Anne­lida okrąża go raz za razem. Nie słu­cha prze­mowy. Cho­dzi o orga­ni­za­cję albo o seks, albo o jedno i dru­gie, a ona nie jest w tym momen­cie zain­te­re­so­wana bra­niem udziału w któ­rej­kol­wiek z tych spraw.

"Ja też mam pewną teo­rię", odzywa się Anne­lida, pozwo­liw­szy mu mówić przez, jej zda­niem, nie­zwy­kle długi czas. Ale on nie prze­rywa.

Ona ude­rza go więc kamie­niem w tył głowy. On upada i nastę­puje zaciem­nie­nie. Koniec.

* * *

Z początku myślimy, że, no cóż, to jasne, że nie jest mar­twy. To była pod­pu­cha. Sezon piąty roz­po­cząłby się dokład­nie w tym miej­scu, gdyby go nie ska­so­wano. Tak uwa­żają Wewnętrzni. Jak twier­dzą, może ock­nąłby się w szpi­talu. Może po pro­stu powie­działby "aua", wstał i rzu­cił jej oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie.

Jed­nak po ska­so­wa­niu serialu wra­camy do poszu­ki­wań jego sensu na pod­sta­wie zakoń­cze­nia, nawet jeśli nie było to zakoń­cze­nie, któ­rego pra­gnę­li­śmy. Zada­jemy sobie pyta­nia dla­czego i jak i bole­śnie przy­po­mi­namy sobie rze­czy, o któ­rych zdą­ży­li­śmy zapo­mnieć.

Na początku Wewnętrzni trzy­mają się sta­no­wi­ska, że Lepus nie zgi­nął. Jego śmierć jest jedy­nie arte­fak­tem ska­so­wa­nia serialu: clif­fhan­ge­rem, który przy braku roz­wią­za­nia pozo­staje zagadką. Zewnętrzni reagują szy­der­stwem. Zakoń­cze­nie typu "dama czy tygrys" nie jest zagad­kowe, zauwa­żają. To ni­gdy nie jest dama. To zawsze tygrys. O to wła­śnie cho­dzi, taka jest funk­cja tej opo­wie­ści, aby czy­tel­nik wybrał tygrysa. To opo­wieść o klę­sce i zdra­dzie, i darem­no­ści płyt­kiej, wyra­cho­wa­nej nadziei. Dla­tego Lepus nie żyje.

Zawsty­dzeni Wewnętrzni słabną. Nie mogąc sobie z tym pora­dzić, roz­pa­dają się jako frak­cja. Reor­ga­ni­zu­jemy się w nie­sta­bilną trójcę.

Zwy­cię­scy Zewnętrzni wbi­jają się w pychę. Ule­gają obse­sji na punk­cie here­tyc­kiej hipo­tezy twier­dzą­cej, że Lepus zawsze-już znaj­do­wał się w naszym świe­cie, jesz­cze przed swoją śmier­cią w Serialu. Oglą­dają na nowo każdy odci­nek i prze­glą­dają każde uję­cie Doku­mentu, klatka po bole­snej klatce, by wska­zy­wać każ­dego brą­zo­wo­skó­rego bro­da­tego męż­czy­znę, który poja­wia się choćby na chwilę na tym roz­ma­za­nym ekra­nie tele­wi­zora w kla­sie. To może być Lepus, mówią, fil­mo­wany tam, w nawie­dzo­nym świe­cie. Obo­jęt­nie przyj­mują zarzut, że wszyst­kie te poja­wie­nia się poprze­dzają śmierć Lepusa w Serialu, gdyż uwa­żają, że Doku­ment ist­nieje jako skoń­czony przed­miot poza kon­ti­nuum cza­so­wym samego Serialu. Doku­ment jest zapi­sem nawie­dzo­nego świata, mówią, o któ­rym my, mar­twi, wiemy, że nie jest pły­nącą rzeką przy­czyn i skut­ków, lecz lodow­co­wym oce­anem, peł­nym i kom­plet­nym, prze­szło­ścią i przy­szło­ścią daną w cało­ści, zamro­żoną i przej­rzy­stą. Kro­ni­kami Aka­szy, jak powie­działby Wujek.

O niczym takim nie wiemy, mówią Zacho­dze­ni­ści i Unie­waż­nie­niowcy. Trele-morele, mówią Zewnętrzni.

Ponow­nie oglą­damy Serial, szu­ka­jąc wska­zó­wek. Myślimy, że tro­pem były może ich rodziny nukle­arne, dopa­so­wane jak czę­ści ukła­danki. Może są tą samą rodziną, podzie­loną na pół. Może to brat i sio­stra.

Fuj, mówią Zewnętrzni, zago­rzali fani romansu, który ni­gdy się nie wyda­rzył. Ponie­waż są w więk­szo­ści, to odru­chowe wzdry­gnię­cie z obrzy­dze­nia prze­waża.

Być może, mówią Unie­waż­nie­niowcy, nie bacząc na moż­liwy sprze­ciw, Anne­lida zabija Lepusa celowo, w ramach zemsty za zabój­stwo jej ojca, który mógł być komu­ni­stą. Być może obwi­nia ona matkę Lepusa, która mogła na niego naka­blo­wać do para­mi­li­tar­nych, a potem sama została schwy­tana.

Być może mógł być może mogła, mówią Zewnętrzni. To wszystko wyłącz­nie spe­ku­la­cje. Total­nie, kurwa, nacią­gane. W tek­ście nie ma niczego, co by to uza­sad­niało.

Unie­waż­nie­niowcy mówią coś jesz­cze, ale toną w powo­dzi potę­pie­nia. Oni też nie są w sta­nie ist­nieć dalej jako frak­cja; ich człon­ko­wie, gniewni i znie­chę­ceni, prze­pły­wają do Zacho­dze­ni­stów.

Sta­li­śmy się tym, czego naj­bar­dziej nie­na­wi­dzimy: ukła­dem binar­nym.

Zewnętrzni defi­ni­tyw­nie wzięli stronę Lepusa w tej histo­rii. Anne­lida jest dla nich uwię­ziona w Serialu, nie mogąc go opu­ścić z powodu jego przed­wcze­snego ska­so­wa­nia. Czczą Anne­lidę jako świętą, któ­rej ofiara pozwo­liła Lepu­sowi uciec do świata.

Tym­cza­sem Zacho­dze­ni­ści, nie­chęt­nie przyj­mu­jąc część poglą­dów Wewnętrz­nych i Unie­waż­nie­niow­ców i posze­rza­jąc wła­sne sta­no­wi­sko, by je uwzględ­nić, biorą stronę Anne­lidy. Postrze­gają zabój­stwo Lepusa jako zbrod­nię, akt woli i pra­gnie­nia lek­ce­wa­żący wszel­kie prawa, któ­rymi była zwią­zana, w tym prawo koniecz­no­ści fabu­lar­nej. Twier­dzą, że to ona była od początku pro­ta­go­nistką, z kolei Lepus zostaje retro­ak­tyw­nie zamie­niony w boha­tera dru­go­pla­no­wego, który musi umrzeć, by ona mogła się roz­wi­jać.

Jest to słuszne i nie­unik­nione, mówią licz­niejsi teraz Zacho­dze­ni­ści, że serial skoń­czył się w tym momen­cie, łącząc świat opo­wie­ści ze świa­tem poza jej gra­ni­cami. Żyjący świat, w któ­rym żyją mar­twi, to nawie­dzone miej­sce z mar­twym świa­tem, w któ­rym żywi umarli, by z niego uciec. To teraz to samo. Być może to jest wresz­cie coś innego niż wojna.

W ten spo­sób układ binarny desta­bi­li­zuje się, a następ­nie zała­muje. Zewnętrzni zle­wają się z Zacho­dze­ni­stami. Jeste­śmy za to wdzięczni. Podob­nie jak świat, jeste­śmy uni­tarni -?nie, nie uni­tarni, ale nie­du­alni -?tak jak przed powsta­niem fan­domu.

Tęsk­nimy za Lepu­sem. Za Anne­lidą tęsk­nimy jesz­cze bar­dziej. Nie możemy patrzeć, jak się roz­wija, ponie­waż jeste­śmy odłam­kami sko­rupy, którą roz­biła, aby się wydo­stać. Prze­cież nie chcia­łaby, żeby­śmy mogli - bli­sko nas poznała przez lata edu­ka­cji spę­dzone na oglą­da­niu Doku­mentu. Musiała nas, być może, poko­chać, a na pewno znie­na­wi­dzić. Ma tak mało miej­sca, w któ­rym może żyć, mię­dzy żąda­niami swo­ich sce­na­rzy­stów, swo­jej aktorki i swo­jego reży­sera, mię­dzy potrze­bami jej widzów i czy­tel­ni­ków. Ponow­nie oglą­damy i doglą­damy jej, nie mru­ga­jąc, aby dostrzec ją w prze­rwach, szcze­li­nach mię­dzy sce­na­riu­szem a rolą, przez które prze­śli­zguje się Anne­lida.

* * *

Ponowne oglą­da­nie.

Sez. 1, odc. 1, czas: 31:35.

Ści­gana w dżun­gli młoda Anne­lida kuca za krza­kiem tak gwał­tow­nie, że Lepus mija ją i gubi. Ona śmieje się cicho, z tru­dem łapiąc powie­trze. Gdy przy­cho­dzi do niej demon, nie wydaje żad­nego dźwięku. Jest tak, jakby się tego spo­dzie­wała, jakby widziała już ten odci­nek. Ni­gdy nie widzimy demona wyraź­nie, z wyjąt­kiem tej aż nazbyt krót­kiej chwili, kiedy jest tak wielki, że zasła­nia słońce niczym zaćmie­nie. Jego głowę wień­czą ogromne węże o języ­kach roz­wi­dlo­nych na podo­bień­stwo bły­ska­wicy, a ich poskrę­cane ciała rzu­cają cie­nie na jego wyłu­pia­ste, nie­umarłe oczy; jego kły ryją w ziemi ogromne bruzdy, gdy wpada w nią jak fala. Potem wska­kuje jej do ust, albo to ona połyka go w cało­ści i zasła­nia usta dłońmi, by powstrzy­mać śmiech lub wymioty. Od tej chwili, jak rozu­miemy, demon jest wewnątrz niej. Opę­tany przez nią. Ni­gdy wię­cej go nie widzimy, ponie­waż Serial prze­pa­lił na to uję­cie cały budżet, ale wiemy, że on tam jest. Ni­gdy jej nie opu­ści. Oglą­damy Serial raz za razem, szu­ka­jąc dia­bła w jej oczach, w jej sło­wach. To nie opo­wieść o tym, jak stała się taka, jaka jest. Zawsze była taka, jaka jest: dla­tego przy­szedł do niej, spra­gniony jeźdźca.

Wyobra­żamy ją sobie w nawie­dzo­nym świe­cie, żywą i nie­tkniętą zębami ani sokami tra­wien­nymi. Wyobra­żamy sobie, jak patrzy w górę, sły­sząc zna­jome nawo­ły­wa­nie pta­ków. Kolejny nowy rok.

W cza­sie krę­pu­ją­cych przerw rekla­mo­wych wymy­kamy się mię­dzy drzewa i pamię­tamy, by spo­glą­dać przez ramię w nawie­dzo­nym świe­cie, na wypa­dek gdyby Anne­lida powró­ciła na miej­sce zbrodni. Wypa­tru­jemy jej syl­wetki na tle nieba, jak prze­sła­nia słońce z roz­chy­lo­nymi ustami, głod­nymi mar­twych rze­czy.

3. Ciało

3

Ciało

W pew­nym lesie leży pewne ciało. Pewne ciało wyrywa się z pew­nego świata. Któ­rym cia­łem jestem, zają­cem czy roba­kiem? Jestem jed­nym i dru­gim. Jestem twórcą dziw­nej, nowej reli­gii, arcy­ka­pła­nem obrządku, który sam wymy­śli­łem. Daję i odbie­ram. Drżę i dygo­czę. Prze­bi­łem się, prze­bi­łem -?to jak wynu­rza­nie się spod wody. Jak­bym prze­bi­jał powierzch­nię, odrzu­ca­jąc w tył cięż­kie włosy i pró­bu­jąc zła­pać oddech - nie mogę jesz­cze zła­pać tchu -?w nowym świe­cie.

Powie­trze sma­kuje tu ina­czej. Wszystko jest inne. Ciała, żywoty i histo­rie -?są to rze­czy bar­dziej poro­wate, niż uczy­łem się w szkole. Prze­strze­nie mię­dzy ich czą­stecz­kami a mikro­bami są ogromne; prze­ni­kają się, two­rzą aso­nanse i rymy. On i ja -?ona i ja -?idziemy ze sobą w parze, ale nie jeste­śmy żad­nym my jak wid­mowe dzieci -?tyle nauczy­li­śmy się z tele­wi­zji. Jeste­śmy okiem, które się otwiera. Dla­czego jesz­cze nie mogę oddy­chać?

Nie umiemy już okre­ślić, które z nas jest które, ale to nic, będziemy wspie­rać się wza­jem­nie. Będziemy na zmianę jakimś ja, czer­wo­nym, na wpół żywym, na bacz­no­ści. Stoję nie­pew­nie na powierzchni nowego świata, który trzę­sie się od mojego przej­ścia, jak nar­t­nik wstrzy­muję oddech, jak osa na koniuszku włóczni -?dla­czego nie mogę oddy­chać?

Czy jesz­cze nie skoń­czy­łem umie­rać? Ofiara jest dziwna, po obu stro­nach rytu­ału. Czy zabiła mnie, by wysko­czyć z naszego świata w następ­stwie mojej śmierci? Czy zabi­łam go i zawi­nę­łam się w jego śmierć jak w całun, jak w pan­cerz, jak w egzosz­kie­let do nawi­ga­cji mię­dzy świa­tami? Ta cią­gła zmiana per­spek­tyw mię­dzy nami przy­pra­wia o zawrót głowy, bole­sny w momen­tach przej­ścia, jakby moje gałki oczne wypchnięto z oczo­do­łów, po czym wci­śnięto z powro­tem. Rzu­cam się, mio­tam, ale ciało leży nie­ru­chomo. Nie jestem ja ani ja -?jesz­cze nie, ni­gdy do końca, ni­gdy wię­cej.

Prze­do­sta­łem się przez cienki film -?a raczej tekst, nie nakrę­cili filmu -?ale czy pękł on jak bańka mydlana, czy wciąż jest gdzieś za moimi ple­cami? Prze­ło­żono mnie na język, któ­rego nie mam w ustach. Nie. Wsta­wiono mnie do tek­stu, który został już opu­bli­ko­wany. Rodzę się na nowo, by na nowo umrzeć, kolejne ja, któ­rego trzeba się nauczyć, kolejne ciało, kolejna histo­ria, kolejne życie: jak się zdaje, taka jest cena prze­kładu. Uczy­ni­łam się poro­watą, by prze­nik­nąć na drugą stronę, ale to, co prze­ni­kam, prze­lewa się przeze mnie.

W porządku, w porządku, jestem przy­zwy­cza­jona do opę­ta­nia. Przez cały ten czas mia­łam w sobie dia­bła, nie­praw­daż? Jestem przy­zwy­cza­jona do wyko­rzy­sty­wa­nia twa­rzy kogoś innego w cha­rak­te­rze lustra. Jestem przy­zwy­cza­jona do bycia lustrem. Od tam­tego dnia w lesie zawsze mia­łam w ustach wię­cej niż jeden język. Och, sama się zaska­kuję tym wspo­mnie­niem. Jestem obca dla samej sie­bie. Myślisz, że kogoś znasz, póki nie spró­bu­jesz się z nim ruchać, póki go nie zabi­jesz, póki się nim nie sta­niesz i nie odkry­jesz sekre­tów, które przez cały czas skry­wał.

Tamto opę­ta­nie nauczyło mnie, jak prze­cho­dzić na drugą stronę. Teraz rozu­miem. Dia­beł mnie nauczył, jestem nim, więc byłam swoją wła­sną nauczy­cielką. Przyj­muję kon­se­kwen­cje.

Porzu­cam tamtą pusto­sze­jącą kra­inę dla następ­nej -?przej­ście ozna­cza zej­ście, prze­są­cze­nie się przez branę -?nega­tywną zmianę w mózgu wpa­da­ją­cym na ścianę. Pró­buję się śmiać i śmiech pieni mi się w ustach, w szyi. Mam jakiś przed­miot w ustach. Nie mogę oddy­chać.

Mam w ustach jakiś przed­miot. Pró­buję wyczuć jego fak­turę języ­kiem, ale nie mogę się ruszyć. Sma­kuję bete­lem i tyto­niem. Pamię­tam plu­cie czer­wie­nią. Pamię­tam plu­cie krwią.

Prze­sie­wam moje wspo­mnie­nia, stare, nowe i naj­now­sze. Myślę przez chwilę o mojej matce, przed­ostat­niej z dłu­giej linii cza­row­nic. Myślę o moim ojcu, naukowcu i histo­ryku. Poznaję środki pro­wa­dzące do celu. Poznaję środki sty­li­styczne. Jestem wewnątrz mega­tek­stu. Rzu­cona na głę­boką wodę. Nie sądzi­łam, że będzie tak bolało.

Rozu­miem. To moja ini­cja­cja.

W każ­dym świe­cie będę szu­kać rewo­lu­cji. Jestem ostat­nią z dłu­giej linii cza­row­nic.

Matka mówiła mi, że tak będzie.

4. Anioły rozbryzgu

4

Anioły roz­bry­zgu

Prze­żu­wam liść betelu i wyplu­wam moje czer­wone dni. Roz­bry­zgują się. Prze­żu­wasz liść i wyplu­wasz swoje czer­wień­sze godziny sza­leń­stwa. Roz­bry­zgują się. Prze­żu­wają liść i wyplu­wają najczer­wień­sze momenty, jakie kie­dy­kol­wiek widzieli. Roz­bry­zgują się. To scena zbrodni, obwiedź mnie kredą, poran­kiem, przeded­niem. Moje czer­wone życie wysy­cha na naszym pod­bródku. Twoja czer­wona histo­ria jest zaschnię­tym gorz­kim pyłem. Ich cien­kie czer­wone linie, ich czer­wone paję­cze sieci, ich czer­wona pra­xis i oszu­stwo.

Moje oczy są otwarte. Ten liść wciąż tkwi w moich ustach, dła­wiąc mnie, przy­gważ­dża­jąc do ziemi -?nie, ten liść jest moim języ­kiem. Koniec to coś, co kie­dyś pod­kre­śli­łam na czer­wono. Spy­ta­łeś mnie, czy doszłam, a ja odpo­wie­dzia­łam: tak, do ściany. Wszyst­kie te czer­wone linie przed­sta­wiają anioły roz­bry­zgu: jestem nimi wszyst­kimi, ale też żad­nym poza jed­nym.

Jesteś moją bab­cią, czer­wień­szą i nie­okrze­saną, która gnie­cie swój liść i uciera go w mosięż­nym moź­dzie­rzu. Przez krew byłaś kie­dyś jesz­cze czer­wień­sza, a ja jestem taka i ty też. Każde z nas unosi się na czer­wo­nych prą­dach odpływu: moja śmierć jest gdzieś -?ale także twoja i każda śmierć, jaka kie­dy­kol­wiek się zda­rzyła, i każda śmierć, jaka nadej­dzie -?czer­woną paję­czyną i odpły­wem, czer­woną falą i dumą. Twój gry­mas uśmie­cha się do mnie, prze­świ­tu­jąc przez cienką maskę. Maska marsz­czy się i wiot­czeje, a potem znów staje się gładka i nie­na­ru­szona. Czy w swo­jej śmierci spoj­rza­łaś na moją młodą maskę i zoba­czy­łaś, jak ponuro szcze­rzę zęby? Czer­wień w two­ich ustach to nie zawsze roz­tarty liść, cza­sem to krew wypły­wa­jąca z zęba czy pię­ści, cza­sem krew napły­wa­jąca od poca­łunku. Moje dwie pary ust też są czer­wone od pierw­szego poca­łunku i uką­sze­nia noża. Jeste­śmy spo­krew­nieni.

Jezioro jest ogromne. Jestem na zasło­nię­tym brzegu. Leżę na ziemi. Trawa i mar­twe liście kale­czą moją nagą skórę. Pró­buję zamknąć oczy, ale ten wysi­łek mnie prze­ra­sta. Jest noc, ale za dużo tu świa­tła. Świeci pięć księ­ży­ców w pełni. Jeden na nie­bie, jeden w jezio­rze, dwa w moich oczach i jeden w kałuży czer­wieni. Jest noc pięt­na­stego grud­nia 1986 roku - peł­nia księ­życa w mie­siącu Undu­vap roku 25301. Jest to godzina mojej śmierci. Jest to każda noc, o każ­dej godzi­nie. Jestem wyczer­pany i spo­kojny: czer­wone koło świa­tuje wokół mnie. Tak wiele śmierci odwija się i wbija w czas ze wszyst­kich stron. Być może czuję się jak mimo­wolny punkt pod­par­cia, ponie­waż widzę to koło z miej­sca, w któ­rym leżę.

Tył głowy boli mnie tam, gdzie dotyka ziemi. Być może poza pode­rżnię­ciem gar­dła roz­trza­skali mi czaszkę. Prze­szko­dzili im piel­grzymi na jezio­rze -?ta nad­mia­rowa czer­wień jest widocz­nym dowo­dem ich pośpie­chu. Ja też pozo­staję widoczny i nie­po­ćwiar­to­wany -?kro­ko­dyle pozo­stają bez poży­wie­nia, pyta­nia bez odpo­wie­dzi, prze­moc bez kon­ty­nu­acji. Jako widoczny dowód jestem począt­kiem. Nie jestem mię­sem w brzu­chach potwor­nych gadów z epoki, która nie znała wojny. Jestem miej­scem zbrodni.

Czy doszli­ście, pytam. Nie przy­szli tu po to, by odpo­wia­dać, ale wiem, że są nie­za­spo­ko­jeni, wyposz­czeni, sfru­stro­wani tym sto­sun­kiem prze­ry­wa­nym. Byli moimi rywa­lami i opo­nen­tami i nie mia­łem poję­cia, że staną się moimi opraw­cami i mor­der­cami. Popro­sili mnie, żebym przy­szedł nego­cjo­wać, a ja wyobra­zi­łem sobie krwi­stą debatę i gorący spór, a nie pięść i nóż. Leżąc tu, wypusz­czam z żył cały czer­wony świat: długą walkę nie tylko o rewo­lu­cję, która znie­sie stary porzą­dek, ale o rewo­lu­cję, którą mogę znieść, która nie będzie bez­na­dziej­nie spla­miona przez pseu­do­sza­fra­nową magię krwi. Moja rewo­lu­cja oddala się ode mnie, pod­czas gdy wyco­fują się też moi mor­dercy, nazna­czeni czer­wie­nią. W tej godzi­nie moja walka zwę­ziła się i okre­śliła -?mam ostat­nie życze­nie, abym to ja zamknął wła­sne oczy.

Nic się nie dzieje. Nie mogę mru­gać ani drgnąć. Może już nie żyję, ale skoro tak, to dla­czego wciąż czuję ból? Moja bab­cia pluje czer­wie­nią do jeziora, a kro­ko­dyle wydają w wodzie głę­boki, dud­niący dźwięk. To nie ryk, to dźwięk, jaki wyda­wały potwory, zanim wyna­le­ziono rycze­nie, wil­gotny, pier­wotny pomruk, grze­cho­ta­nie wrót śmierci. Nie­zdolny do ruchu, nie mogę obró­cić głowy, by na nie popa­trzeć. Zamiast tego wsłu­chuję się w odgłosy, które wydają, wynu­rza­jąc się z wody. Wyobra­żam sobie, że usły­szę ich kroki, ich odde­chy, pieśń pły­nów krą­żą­cych w ich ciel­skach. Są tak bli­sko. Zamiast tego sły­szę cykady.

Moja bab­cia, która nie żyje od wielu lat, nachyla się, by pokle­pać mnie po policzku. W ustach ma pełno liści bar­wią­cych jej usta na czer­wono. Liść w moim gar­dle swę­dzi przez krew i jej próby krzep­nię­cia. Nie mogę się uśmiech­nąć, ale moje dru­gie usta pie­nią się na czer­wono, roz­le­wa­jąc czas na powi­ta­nie.

Bab­cia kuca obok mnie i opo­wiada mi histo­rię. Mówi kąci­kiem ust, co jakiś czas prze­ry­wa­jąc, by splu­nąć. Przy każ­dym ruchu jej twa­rzy drobne plisy skóry tań­czą jak strużki wody w cza­sie desz­czu.

Spo­kój. Opo­wia­da­jąc tę histo­rię, zamknę ci oczy, mówi. Czy teraz mnie wysłu­chasz? Jej głos jest szorstki i spę­kany, jest to głos pala­cza. Mówi, że to opo­wieść z cza­sów, gdy była młoda. Nie tylko, gdy była młoda, ale gdy żyła w głębi lądu, w dale­kiej prze­szło­ści. Wciąż możesz odwie­dzić tę prze­szłość, mówi, ponie­waż czas to nic innego jak odle­głość. Możesz dotrzeć do prze­szło­ści, idąc stąd na wschód.

Gdy­byś mógł wstać, mówi, i gdy­byś mógł pójść teraz w głąb lądu, z dala od tego jeziora, z dala od tych nowo­cze­snych nad­mor­skich rejo­nów, z tą waszą elek­trycz­no­ścią i waszą tele­wi­zją, i waszym radiem, i waszymi gaze­tami, gdy­byś mógł iść i iść tam, gdzie koń­czą się linie tele­fo­niczne i linie ener­ge­tyczne i wyga­sają fale radiowe, a drogi są z błota, a nie asfaltu, gdy­byś szedł i szedł w głąb dżun­gli naj­star­szymi ścież­kami i zna­lazł wio­ski z ich gliną i trzci­nową ple­cionką, i szedł dalej pod górę, aż zna­lazłbyś się na długo przed Bry­tyj­czy­kami, przed Fran­cu­zami, przed Holen­drami, przed Por­tu­gal­czy­kami, przed Chiń­czy­kami, przed kró­le­stwami Ćolów, Kalinga i Vanga, nawet przed Buddą, przed wszyst­kim, co nowe, wtedy mógł­byś mnie tam spo­tkać jako młodą dziew­czynę, nie­przy­gnie­cioną brze­mie­niem czasu, który noszę. Po dzi­siej­szej nocy przejdę tę drogę po raz ostatni, mój wnuku. Nie wiem, czy roz­po­znam samą sie­bie po wszyst­kich tych epo­kach, ale są rytu­ały, któ­rych należy dopeł­nić w ich wła­snym cza­sie.

Dobrze jed­nak pamię­tam ten dom. Stoi na tyłach wio­ski, gdzie ta ponow­nie staje się dżun­glą, z dala od rzeki, pól upraw­nych i dużych domów far­me­rów: jest to dom bęb­nów i bęb­nia­rzy, dom babci two­jej babci. Gdy­byś natknął się kie­dyś na ten dom w noc taką jak ta, o godzi­nie takiej jak ta, zoba­czył­byś, jak wymy­kam się przez drzwi w tajem­nicy w świe­tle księ­życa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki