Rozdział 5: Hotel Czarna Róża
Pomysł padł o pierwszej w nocy, kiedy Patrycja leżała w łóżku z otwartymi oczami i słuchała, jak stary spichrz trzeszczy wokół niej, jakby budynek prowadził rozmowę sam ze sobą. Trzask. Skrzypnięcie. Cichy jęk drewna, które pracuje w nocnym chłodzie. Dźwięki, które za dnia są niewidoczne - pochłonięte przez ruch, gwar, życie - ale nocą wychodzą ze ścian jak duchy i chodzą po korytarzach w skarpetach z pajęczyny.
Patrycja nie mogła spać. Zamknięte oczy pokazywały jej film, który znała na pamięć - piwnica, ciemność, butelka, upadek - i otworzyła je, bo otwarty film jest łatwiejszy do zniesienia niż zamknięty. Przynajmniej widzi się sufit. Sufit jest prawdziwy. Sufit nie oskarża.
Telefon zawibrował. Iza.
"Nie śpisz?"
"Nie."
"Ja tez nie. Myślę."
"O czym?"
"O tym ze ktoś wie gdzie nocujemy. Ten facet stal pod Dworem, potem pod Szwejkiem. Wie gdzie jesteśmy. Wie gdzie śpimy. To mi się nie podoba."
Patrycja patrzyła na ekran telefonu. Niebieskie światło rysowało na jej twarzy maski - jedną jasną, jedną ciemną - jak na obrazach Caravaggia, który malował ludzi w świetle świecy i w cieniu grzechu. Iza miała rację. Oczywiście, że miała rację. Ktoś, kto podrzuca koperty do kieszeni płaszcza w zatłoczonym lokalu, ktoś, kto podchodzi na ciemnej ulicy i zna twoje nazwisko, ktoś, kto stoi i obserwuje - ten ktoś wie, gdzie jesteście. Wie, gdzie śpicie. A hotel Spichrz, choć piękny, jest małym hotelem, z jednym wejściem, jedną recepcją i jedną nocną recepcjonistką, która czyta Dostojewskiego i prawdopodobnie nie zauważyłaby czołgu przejeżdżającego przez lobby, bo właśnie jest w rozdziale, w którym Raskolnikow wchodzi po schodach ze siekierą.
"Co proponujesz?" - napisała Patrycja.
"Zmieniamy hotel. Teraz. Dziś w nocy. Pakujemy się i jedziemy gdzie indziej. Niech szuka."
"O pierwszej w nocy? Monika śpi."
"Monika nie śpi. Monika lezy i myśli o Marku. Tak jak ty leżysz i myślisz o kopertach. Tak jak ja leżę i myslę o tym facecie. Nikt w tym hotelu nie śpi oprócz recepcjonistki i Dostojewskiego."
Patrycja uśmiechnęła się mimo wszystko. Iza miała rację po raz drugi w ciągu minuty, co było prawdopodobnie jej osobistym rekordem, choć Iza twierdziłaby, że ma rację zawsze i że reszta świata po prostu potrzebuje czasu, żeby to zauważyć.
Pięć minut później stały we trzy na korytarzu hotelowym z walizkami. Monika, wyrwana z łóżka SMS-em od Izy o treści "Wstawaj. Uciekamy. Wyjaśnię po drodze", miała na sobie jedwabną piżamę w paski, kaszmirowy szal narzucony na ramiona i wyraz twarzy kogoś, kto został obudzony z najpiękniejszego snu i jeszcze nie zdecydował, czy jest wściekły, czy przerażony.
- Iza - szepnęła Monika na korytarzu, ściskając walizkę jedną ręką i telefon drugą. - Iza, jest pierwsza w nocy. Co się dzieje? Dlaczego uciekamy?
- Nie uciekamy. Przenosimy się. Taktyczny manewr.
- Taktyczny manewr? Jesteśmy na rajdzie, nie na wojnie.
- Czasem jedno przechodzi w drugie - powiedziała Iza i ruszyła schodami w dół, ciągnąc walizkę, która na drewnianych stopniach starego spichrza wydawała dźwięk jak bęben wojenny. Bum. Bum. Bum. Każdy stopień jak krok ku czemuś, czego Monika jeszcze nie rozumiała, ale co wisiało w powietrzu - ciężkie, gęste, naelektryzowane jak niebo przed burzą.
Recepcjonistka nocna podniosła wzrok znad książki. Była na stronie dwieście trzydzieści cztery - Patrycja zauważyła, bo programistka w niej automatycznie rejestrowała liczby, daty, dane - i wyglądała na lekko zaskoczoną widokiem trzech kobiet z walizkami o pierwszej w nocy. Lekko. Nie bardzo. Pracowała w hotelu w Toruniu od pięciu lat i widziała rzeczy, przy których trzy kobiety z walizkami o pierwszej w nocy były na poziomie "normalne jak poniedziałek".
- Wymeldowujemy się - powiedziała Iza. - Proszę o rachunek.
- Teraz?
- Teraz.
- Czy coś było nie tak z pokojami?
- Pokoje wspaniałe. Belki stropowe zachwycające. Wisła za oknem malownicza. Musimy się przenieść z powodów osobistych.
Recepcjonistka skinęła głową z profesjonalizmem, który mówił: "Nie moja sprawa, ale gwarantuję, że opowiem o tym na przerwie śniadaniowej." Wystawiła rachunek. Iza zapłaciła kartą. Patrycja zostawiła napiwek. Monika stała z walizką i piżamą i wyglądała jak postać z farsy, która weszła na złą scenę.
Na ulicy - ciemno, chłodno, pusto. Wisła szumiała za murem jak publiczność w teatrze, która szepcze przed podniesieniem kurtyny. Latarnie rzucały plamy światła na bruk. Nigdzie żadnego mężczyzny w ciemnej kurtce. Żadnego cienia. Żadnych kroków. Toruń o pierwszej w nocy był miastem duchów - nie tych, które widział pan Henryk w Dworze Artusa, ale tych prawdziwych, codziennych duchów: pustych ulic, zamkniętych okien, ciszy tak głębokiej, że słychać było bicie własnego serca.
- Dokąd? - zapytała Monika. Na jej twarzy zaczynało się pojawiać coś nowego - nie senność, nie zdziwienie, ale ta bystra, analityczna uwaga kobiety, która prowadzi galerię sztuki i rozpoznaje fałszywy obraz na pierwszy rzut oka. Monika wiedziała, że coś jest nie tak. Monika wiedziała, że "taktyczny manewr" nie wynika z kaprysu. Monika czekała na wyjaśnienie i jej cierpliwość miała termin ważności krótszy niż kaszmirowy szal.
- Czarna Róża - powiedziała Iza.
Patrycja spojrzała na nią.
- Czarna Róża? O tej porze?
- Dzwoniłam. Mają wolne pokoje. Recepcja dwudziestoczterogodzinna. Pięć minut pieszo.
- Kiedy dzwoniłaś?
- Kiedy ty leżałaś i patrzyłaś w sufit. Ja też leżałam i patrzyłam w sufit, ale jednocześnie szukałam hotelu w Google, bo wielozadaniowość to moja jedyna supermoc.
Szły ciemnymi uliczkami Starówki, trzy kobiety z walizkami, w środku nocy, między kamienicami, które wyglądały jak strażnicy zasnęli na posterunku - ciemne, milczące, z zamkniętymi oczami okiennic. Bruk był nierówny i walizki podskakiwały na nim jak piłki, wydając turkot, który niósł się echem między ścianami i wracał pomnożony, jakby za nimi jechała kareta. Albo tabun koni. Albo przeszłość na kółkach, której nie da się zostawić w recepcji.
Hotel Czarna Róża mieścił się w gotyckiej kamienicy przy jednej z bocznych uliczek odchodzących od Rynku Staromiejskiego. Patrycja widziała go kiedyś za dnia - fasada z ciemnej cegły, portal wejściowy z kamiennym obramowaniem, nad drzwiami relief przedstawiający różę - i pamiętała, że pomyślała wtedy: "To wygląda jak dom wiedźmy z bajki, tyle że z gwiazdkami na Bookingu." Nocą wrażenie potęgowało się dziesięciokrotnie. Kamienica była wąska, wysoka, z ostrym szczytem dachu, który wcinał się w nocne niebo jak ostrze noża. Okna na wyższych piętrach były wąskie i głęboko osadzone w grubych murach, co nadawało im wygląd oczu zmrużonych z podejrzliwością. Drzwi wejściowe - ciężkie, dębowe, z kutym żelaznym kołatką w kształcie lwa trzymającego w pysku pierścień - wyglądały, jakby chroniły nie hotel, ale sekret.