Rozdział 3
Jace
Obudziłem się z uśmiechem na twarzy, szczęśliwy, że nie musiałem iść do szkoły. Była sobota i zważając, że miałem ją spędzić z Reinerem u babci, dzień zapowiadał się bardzo dobrze. Wczoraj, przed pójściem spać pisałem z moim przyjacielem na ICQ10. Nie musiałem go widzieć, wystarczyło czytać między wierszami - był w czarnej dupie. Jego matka czuła się coraz gorzej, a obawa, że również umrze, zostawiając go samego, była niebezpiecznie bliska spełnienia. Nie miałem pojęcia, jak go pocieszyć, nie było takich słów, które oddałyby mu tatę i postawiły na nogi mamę. Nie żyliśmy w świecie, gdzie istniała magia, nie mieliśmy szans, by przechytrzyć śmierć.
Po tym, jak doprowadziłem się w łazience do stanu używalności, wkroczyłem do kuchni, by zrobić sobie i mojej rodzinie śniadanie. Uwielbiałem gotować, choć mało kto o tym wiedział. Wrzuciłem do odtwarzacza płytę z najnowszym albumem System of a Down i wcisnąłem "play". Nie chcąc obudzić siostry i mamy (tata wstał już o świcie i pojechał z wujkiem na ryby), ściszyłem nieco dźwięk. Wyjąłem z lodówki potrzebne produkty, postawiłem na płycie patelnię i rozgrzałem na niej masło. Po kilku minutach w całym pomieszczeniu pachniało już smakowitym śniadaniem w postaci tortilli z jajkiem, serem i warzywami. Na dużym drewnianym stole rozłożyłem zastawę dla trzech osób i nałożyłem każdemu sporą porcję potrawy. Kiedy kończyłem robić kawę, do kuchni wparowała Sabrina, a zaraz za nią ciągle zaspana mama.
- Umm, cudnie pachnie - wymruczała moja siostra, dała mi buziaka w policzek i zabrała się za jedzenie.
- Proszę cię, kochanie, zmień tę muzykę. - Moja rodzicielka poprawiła poły szlafroka, zerkając kątem oka na odtwarzacz CD.
Posłuchałem, przełączając na radio. Nie każdy miał tak zajebisty gust jak ja i trzeba było to zaakceptować. Byłem wdzięczny rodzicom, że nie starali się zrobić ze mnie kogoś, kim nie byłem. Zdawałem sobie sprawę, że mój wygląd nie do końca im się podobał i najchętniej wyrzuciliby z mojej szafy wszystkie ciemne ciuchy. Kiedy pierwszy raz zafarbowałem włosy na czarno, mama dosłownie znieruchomiała na kilka sekund, później zamrugała zdezorientowana, aż w końcu uraczyła mnie krótkim: "aha", cokolwiek miało to znaczyć. Tata stwierdził, że to przejściowa faza nastoletniego buntu i niedługo mi przejdzie. Miał nieziemski ubaw z robienia mi zdjęć... I nie chodziło o beztroskie fotografie lądujące w rodzinnym albumie. Mój staruszek tworzył dokumentację, jak on to nazywał, fazy na emo punka, żeby mieć się z czego pośmiać, gdy wreszcie dorosnę. Po prostu boki zrywać.
Kącik moich ust drgnął lekko na wspomnienie ojca żartującego sobie z moich podkreślonych oczu i dziadka Antona, który parsknął wtedy gromkim śmiechem, z trudem wyduszając z siebie historię o latach młodości swojego kochanego synka. Okazało się, że tata wcale nie był taki święty, jak próbował mnie i Sabrinie wmówić. Kiedy miał mniej więcej tyle lat co ja, ponoć obsesyjnie słuchał zespołu KISS, z czasem upodabniając się do członków tej charakterystycznej grupy, a co za tym szło, mój makijaż był niczym w porównaniu z jego... arcydziełem. I tak, widziałem zdjęcia.
Nigdy nie brałem docinków staruszka na poważnie, byłem świadomy, że nie miały na celu mi dopiec. No może troszeczkę, ale to zupełnie coś innego niż obrzucenie mnie balonami napełnionymi moczem czy spłukanie głowy w śmierdzącym kiblu.
W jednej chwili uszło ze mnie całe szczęście. Nie chciałem myśleć o tych kretynach ze szkoły i nie rozumiałem, dlaczego nawet poza budą czułem ich obecność za plecami. Śmiali się, popychali mnie, pluli, drwili.
- O której masz autobus? - Pytanie mamy wyrwało mnie z powoli nadciągającej ciemności.
- Pojadę na rowerze, jest spoko pogoda - odpowiedziałem, obdarzając ją uśmiechem.
Od pewnego czasu byłem naprawdę dobry w kamuflowaniu uczuć. Nie mogłem pozwolić, by rodzice poznali prawdę o tym, co działo się w szkole. Mieli dość zmartwień, a mnie jeszcze nie zabrakło sił, by przejść przez to gówno samotnie. Najtrudniej było latem, gdy słońce dawało nieźle popalić. Ukrywanie siniaków pod bluzami z długimi rękawami stawało się wręcz niewykonalne. Pociłem się jak świnia. Wtedy z pomocą przychodziła moja wybujała wyobraźnia. Jeśli ktoś zauważył ślady pobicia, wymyślałem na szybko jakąś historyjkę. Czasem winowajcą okazywały się schody, innym razem kant stołu albo jakiś kamień na drodze, o który się potknąłem, upadając prosto na twarz. Jak na razie nikt nie stawiał moich wyjaśnień pod znakiem zapytania. Uczyłem się pilnie i przynosiłem do domu dobre stopnie, co wcale nie było takie łatwe, zważając na fakt, że Ben i jego paczka często dorywali mnie przed zajęciami, niszcząc moje zadania domowe. Na szczęście ten szczegół również udało mi się ogarnąć - każde wypracowanie pisałem dwa razy. Podczas kiedy jedno zostawało zniszczone, drugie wędrowało do nauczyciela.
- Mam nadzieję, że wasze pokoje lśnią czystością! - Mama dopiła resztkę kawy i wstała od stołu, zerkając na zapięty wokół nadgarstka zegarek. - Wrócisz jutro na obiad? - zwróciła się do mnie, na co od razu przytaknąłem. - A ty, młoda damo? - Odnalazła spojrzeniem moją siostrę.
- Szeryfie - młoda wyszczerzyła dumnie zęby - już ci mówiłam, że dziś przyjeżdża do mnie Emma, więc w moim pokoju jest megaporządek.
Oj tak, tego byłem pewien. Po akcji z majtkami wiszącymi na jej lampie Sabrina nie odważyła się więcej nakłamać mamie. Okropnie żałowałem, że nie zdążyłem utrwalić tamtej bezcennej chwili aparatem. Moja siostra otwierająca drzwi do swojego pokoju, trójka jej najlepszych przyjaciół, w tym chłopak, w którym się potajemnie podkochiwała, a przed ich oczami luźne bawełniane majty w kropki. Nasza rodzicielka potrafiła być kreatywna, a przy tym odrobinę złośliwa, ale to tworzyło z niej matkę idealną.
Babcia mieszkała w Immendingen, spokojnej wiosce oddalonej od naszego mieszkania o dwanaście kilometrów. Jazda rowerem zajmowała zwykle trochę dłużej niż pół godziny. Lubiłem ruch, choć wielu uważało mnie za wroga sportu. Nienawidziłem WF-u, ale nie dlatego, że byłem z niego słaby. Gdybym miał zdawać wszystkie ćwiczenia w pojedynkę i trenować tylko na oczach pana Kehlmanna, zapewne kończyłbym każde zajęcia z wyróżnieniem. Jednak nasz wuefista kładł duży nacisk na pracę w grupach, co owocowało tym, iż niemal każda lekcja WF-u kończyła się moim publicznym ośmieszeniem. Raz nawet złamano mi nos, niby przez nieuwagę. Tak, akurat. Może i bym uwierzył w te brednie, gdyby nie rozbawienie malujące się na twarzy Bena chwilę po tym, jak z moich nozdrzy poleciała krew. Przez dwa tygodnie musiałem chodzić z opatrunkiem, co było dla klasowej elity kolejną okazją do zrównywania mnie z ziemią.
Jadąc wzdłuż Dunaju, przywołałem w pamięci obraz zmarłego dziadka Gustava. Kiedy jeszcze żył, często zabierał mnie nad rzekę biegnącą blisko domu jego i babci. Spacerując, zbieraliśmy kamienie, później siadaliśmy na brzegu i wrzucaliśmy je do wody. To mnie odprężało. Czasami, kiedy nie widziałem już żadnego światła w tunelu, przyjeżdżałem w to miejsce sam, zamykałem oczy i wyobrażałem sobie, że mój dziadek stoi zaraz obok. Niekiedy to wystarczało, by przywrócić we mnie nadzieję.
Zdyszany dotarłem na miejsce i oparłem rower o wielką czereśnię, na której kilka lat temu wybudowaliśmy z Reinerem i naszymi ojcami domek. Przez podłogę, ściany i dach naszej drewnianej siedziby przechodziły gałęzie. Spanie tam w chłodne noce było prawie niemożliwe, ale my i tak już nieraz tego próbowaliśmy. Do czasu, aż mój przyjaciel nabawił się ostrego zapalenia płuc.
Wyjąłem z uszu słuchawki i wyłączyłem odtwarzacz mp3. Ściągnąłem kaptur z głowy i przeczesałem rozmierzwione włosy. Babcia nie lubiła, gdy chowałem twarz, przeszkadzała jej nawet czapka z daszkiem. Na dworze było to przez nią akceptowane, lecz po przekroczeniu progu domu stawało się wręcz niedopuszczalne. A wiadomo, że za każdą niedopuszczalną rzecz dostawało się od starszej pani po łapach i, co gorsza, nie było deseru.
Uniosłem rękę, chcąc wcisnąć dzwonek, i w tym samym momencie mało nie dostałem drzwiami w dziób. Odsunąłem się pospiesznie, rozszerzając oczy ze zdziwienia, po czym spojrzałem na wychodzącego Reinera.
- Bro, to był zamach na moje życie! - przywitałem się z nim przyjacielskim klepnięciem w ramię.
- Na twoje? Stary, ja tu czekam od godziny! Twoja babcia zdążyła we mnie wepchnąć pół blachy ciasta. Popatrz tylko na to! - Złapał się za brzuch. - W takim stanie żadna panna mnie nie zechce. - Roześmiał się zaraźliwym śmiechem, ale w jego oczach i tak dostrzegłem ból.
Reiner już taki był. Można powiedzieć, że sztukę aktorską opanował do perfekcji, a ja szybko się od niego uczyłem i już dawno przerosłem mistrza.
Znałem przyjaciela wystarczająco dobrze, by rozpoznać odpowiednie momenty do rozmów o jego rodzicach. Ten z całą pewnością taki nie był. Obaj potrzebowaliśmy odpoczynku od ciągłego przebywania w mroku. Potrzebowaliśmy choć odrobiny światła. Najwyraźniej nasza wczorajsza konwersacja na ICQ była wystarczającą pomocą. Przynajmniej na razie.
- Powinieneś wreszcie zaprosić Rudą na randkę - stwierdziłem, wspominając słowa Sabriny, zaklinającej się, że Reiner wpadł po uszy. - Nawet moja siostra zauważyła, że ślinisz się na jej widok, czyli musi być z tobą naprawdę źle.
- No i właśnie... - przeciągnął ostatni wyraz, jakby nie mógł się zdecydować, co tak właściwie chciał powiedzieć.
Wszedłem do domu, zamknąłem za sobą drzwi i razem z Reinerem wkroczyliśmy na korytarz. Ciągle czekałem, aż kumpel wydusi z siebie resztę zdania, ale widocznie to było dla niego nie lada wyzwanie.
Po tym, jak przywitałem się z babcią i na dzień dobry zostałem zmuszony wpakować w siebie dwa kawałki świeżo upieczonej szarlotki, wreszcie dotarliśmy do mojego pokoju.
- Połknąłeś język? - zapytałem w końcu, padając na jeden z superwygodnych foteli, i wyciągnąłem nogi.
- Dobra... - zaczął i znów nie skończył, wystawiając moją cierpliwość na próbę. Podrapał się z tyłu głowy, postał jeszcze przez chwilę, aż wreszcie wypalił: - Mia będzie dzisiaj na takiej jednej imprezie. Zaprosiła mnie, ale powiedziałem, że raczej nie przyjdę. Kojarzysz Feliksa? Chodziliśmy razem do Grundschule. Co ja pieprzę, jasne, że wiesz, kogo mam na myśli. Chodzi o to, że... ta impreza jest u niego.
- Chcesz tam pójść - wywnioskowałem śmiało, czując przeszywające mnie na wskroś dreszcze.
- To nie tak... To znaczy... - Westchnął głośno, siadając na drugim fotelu, odchylił się i zawiesił wzrok na suficie.
- Ona ci się serio podoba, co?
Uśmiechnął się, dając mi tym niemą odpowiedź. Jako dobry przyjaciel powinienem mu zaproponować, żebyśmy razem pojechali na tę durną imprezę. Nie mogłem jednak tego zrobić. Gdybym pojawił się w domu Feliksa, Reiner odkryłby, w jakiej dupie się znajdowałem. Ben i jego klika parsknęliby śmiechem na mój widok, a później zmieszaliby mnie z błotem. Mojemu kumplowi nie spodobałby się sposób, w jaki mnie traktują. Rzuciłby się na chłopaków i poobijał im gęby. Tajemnica wyszłaby na jaw i nie mógłbym już dłużej udawać, że wszystko było w jak najlepszym porządku.
- Myślisz, że miałbym u niej jakieś szanse? - Reiner oparł łokcie o kolana, patrząc na mnie z nadzieją.
- Ruda lata za tobą od dobrych kilku lat, więc nie zadawaj głupich pytań. Przestań zgrywać nieśmiałego i się z nią umów! Gwarantuję ci, że się zgodzi!
- Jeśli jest tak, jak twierdzisz, to wyjaśnij mi z łaski swojej, dlaczego Mia będzie na imprezie z Alanem.
- Tak ci powiedziała?
Zacisnął usta w cienką linię.
- Czyli nie - skwitowałem.
- On też tam przyjdzie - wyjaśnił, wyraźnie się krzywiąc.
- Tak samo jak kilkunastu chłopaków z mojej klasy. Czy to znaczy, że Mia będzie się obściskiwać po kolei z każdym?
- Uważaj na słowa - zagroził mi, co podsumowałem gromkim śmiechem.
- Pojedź tam sam - zaproponowałem nagle, zaskakując tym Reinera.
- Jak sam? Odbiło ci?
- Nie mam ochoty na bibę.
- Stary, nie ściemniaj, że wolisz siedzieć na chacie i wpieprzać ciasteczka babci.
A żebyś wiedział, przeszło mi przez myśl, ale nie odważyłem się powiedzieć tego na głos. Wszystko było lepsze od spotkania Bena. Nakazałem sobie spokój i miałem nadzieję, że przyjaciel nie zauważy, jak bardzo się spiąłem. Założyłem ręce za głowę i skierowałem wzrok na okno, byle nie musieć patrzeć Reinerowi w oczy.
- Nie czuję się zbyt dobrze. - Spróbowałem jakoś wybrnąć z tej patowej sytuacji. - Od rana boli mnie głowa, wziąłem nawet jakieś proszki.
- Uważaj, bo ci uwierzę. Gadaj, o co naprawdę chodzi.
Przełknąłem ślinę, a ubrania, które miałem na sobie, nagle wydały mi się okropnie ciasne. Noga zaczęła mi nerwowo podskakiwać. Nie byłem w stanie się od tego powstrzymać. Gorączkowo szukałem dobrej wymówki, a w mojej głowie jak na złość zapanowała pustka. Nie chciałem skopać Reinerowi humoru, ale byłem tego niebezpiecznie bliski. Wystarczyłoby wspomnieć o jego rodzicach... Wtedy nigdzie by mnie nie ciągnął, bo sam straciłby ochotę na cokolwiek.
Nie!, zdecydowałem w milczeniu. Okazałbym się samolubnym dupkiem, posuwając się do czegoś tak słabego.
- Jest mecz - wypaliłem, przypominając sobie, że Reiner mówił mi o nim kilka dni temu. - Myślałem, że chciałeś go obejrzeć?
- Tak, ja chciałem, ty nie znosisz piłki nożnej. Kurwa, Becker, nie rób ze mnie idioty, przecież widzę, że coś jest na rzeczy.
Oho... pojechał nazwiskiem. Domyśli się... a później zacznie się martwić.
Powiedziałby o wszystkim rodzicom? Moje życie w szkole już było piekłem, a jeśli mama pojawiłaby się u dyra i zaczęłaby opowiadać, jaki to jej synek jest biedny, bo go inne dzieci szykanują...
- Odwal się, okej? - wyrwało mi się, czego natychmiast pożałowałem, a mimo to nie potrafiłem trzymać gęby na kłódkę. - Jak ty chcesz się oderwać od całego świata, to jest w porządku, ale jak ja nie mam ochoty pójść na jakąś pieprzoną imprezę, to już nie? Zastanów się!
- Jace...
- Daj mi spokój.
Wstałem i powędrowałem do łazienki. Reiner pewnie pomyślał, że mi odjebało albo że przed przyjazdem tutaj jarałem jakiegoś mocnego jointa.
Zamknąłem drzwi na klucz, oparłem się o brzeg umywalki, przeklinając siebie w myślach, po czym odkręciłem wodę i przemyłem twarz. Czułem się jak ostatnia łajza.
Gdy uspokoiłem oddech, podniosłem wzrok, spoglądając na swoje odbicie. Zmierzwione włosy sterczały we wszystkich kierunkach, a pomalowane czarną kredką oczy wydawały się dziwnie obce, jakby przestały należeć do mnie. Miałem wrażenie, że znajduję się w potrzasku. Reiner przypuszczalnie zachodził w głowę, co wywołało we mnie tak gwałtowną reakcję. Modliłem się w duchu, by nie doszedł do słusznych wniosków.
Jeszcze raz rozważyłem wszystkie za i przeciw pojawienia się w domu Feliksa. Nieważne, jak bardzo starałem się znaleźć coś pozytywnego, ni chuja nie dawałem rady.
O mało nie podskoczyłem, słysząc głośne pukanie do drzwi.
- Sorry, Jace - wymamrotał przyjaciel. - Pogadajmy.
Wziąłem głęboki wdech, wytarłem dłonie i twarz w ręcznik, po czym wyszedłem z łazienki, konfrontując się z Reinerem.
- Nie pojedziesz ze mną na tę imprezę - zagadnął, więc skinąłem głową. - I nie powiesz mi też dlaczego? - Znów przytaknąłem. - Ma to związek z Feliksem?
Nawet nie drgnąłem, by nie dawać mu żadnych wskazówek. I tak za dużo już wiedział. Został mi tylko rok. Żeby rozpocząć szkolenie na zawodowego strażaka, nie potrzebowałem matury, wystarczył Hauptschulabschluss11.
- Wiem, że ostatnio nie byłem zbyt rozmowny - zaczął, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. - Ta cała sytuacja z moimi rodzicami... wypadek...
- Nie mam ci tego za złe, nigdy nie miałem.
- Wiem, ale...
- Obejrzyjmy ten głupi mecz. - Celowo zmieniłem temat, nie mogąc znieść jego posępnej miny, która z każdą sekundą przybierała bardziej przygnębiający wyraz.
Reiner zaśmiał się krótko i przytaknął.
- Dzięki, bro - powiedział.
Maya
Pierwszy tydzień w nowej szkole minął zadziwiająco szybko. Ben okazał się okropnie upartym typem i chyba naprawdę myślał, że przed zakończeniem roku wyląduje między moimi nogami. Wbrew temu, co mówił mój tata, byłam przekonana, że Schneider wręcz emanował pewnością siebie. Chłopak miał się za jakieś bożyszcze.
Nie ugięłam się pod presją rówieśników. Każdą lekcję spędzałam w ławce Jace'a, cierpliwie przebijając się przez jego pancerz. Nie ufał mi, co wcale mnie nie dziwiło, ale bywały momenty, w których się zapominał i pokazywał swoje prawdziwe ja. W piątek udało mi się znów do niego dołączyć i spędzić w jego towarzystwie kilka godzin z dala od szkoły.
Doszłam też do wniosku, że Klara wcale nie była taka zła, jak mi się z początku wydawało. W pewnym sensie przypominała dawną mnie. Najzwyczajniej w świecie nie chciała zostać odrzucona przez klasową elitę. Robiła, co uważała za najbezpieczniejsze - gnoiła Jace'a, licząc, że w ten sposób nie straci przywilejów związanych z przynależnością do paczki Bena.
Współczułam jej i postanowiłam, że wyciągnę ją z tej bańki. Nie było warto podążać za kretynami, którzy w przyszłości staną się nic nieznaczącymi szarymi ludźmi. Tylko ze względu na nią zgodziłam się pójść na dzisiejszą imprezę.
Jeszcze nigdy nie zawiodłam zaufania rodziców, dlatego kiedy zapytałam ich, czy mogę wyjść do znajomych, od razu się zgodzili. Nie ominął mnie standardowy wykład o spożywaniu alkoholu i przedwczesnym seksie. Myślę, że mama i tata znali mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, iż nadal byłam dziewicą i nie zamierzałam tego tak szybko zmienić. Co do procentów... Pierwsze piwo wypiłam rok temu, z tym że słowo "wypiłam" w ogóle nie oddawało prawdziwości tamtej sytuacji - w rzeczywistości ledwie siorbnęłam bursztynowego, gazowanego napoju, skrzywiłam się z niesmakiem i o mało co nie wyplułam tego, co ciążyło mi na języku, z powrotem do kufla. Kilka tygodni później, na urodzinach mojej kuzynki, odkryłam urok drinków. Do dziś pamiętam, jak Hannah trzymała mi włosy, podczas kiedy wyrzygiwałam zawartość żołądka do muszli klozetowej. I żeby było śmieszniej, to nie było najgorsze! Rano zapoznałam się z kolejną nowością - megakacem. Od tamtej chwili uważałam z ilością wlewanych w siebie procentów.
Po zrobieniu idealnego makijażu i wyprostowaniu włosów włożyłam obcisły turkusowy top z dekoltem w serek i dżinsową spódniczkę. Wygrzebałam z szafy kurtkę, żeby nie zamarznąć na dworze, po czym zasznurowałam ulubione trampki.
- Napisz, gdy dotrzesz na miejsce - odezwała się mama.
Od razu rozpoznałam, że mimo wszystko była zdenerwowana. To, że mi ufała, nie oznaczało, że ufała kolegom z mojej szkoły. Co prawda mogłabym oszczędzić jej stresu, skłamać, że idę spać, i cichaczem wymknąć się z domu, ale to nie w moim stylu. Poza tym, gdyby coś poszło nie tak i rodzice odkryliby moje zniknięcie, nerwów byłoby jeszcze więcej, a do tego z całą pewnością dostałabym dożywotni szlaban.
- Wiem, mamo. Dam znać. - Uśmiechnęłam się do niej, mając nadzieję, że nie zwariuje do czasu, gdy wrócę.
- Przed dwunastą w domu! - przypomniał tata.
- Tak jest, sir. - Zasalutowałam mu rozbawiona.
- Żadnego alkoholu i...
- Wiem - powtórzyłam, powstrzymując się od wywrócenia oczami.
Byłam ważna dla rodziców i bardzo się z tego powodu cieszyłam, ale czasami miałam ochotę się wyrwać, zaszaleć i niczym nie przejmować. Byłam nastolatką, miałam prawo do błędów, a nawet musiałam takowe popełnić, by czegoś się nauczyć.
Uściskałam mamę i tatę - nie wstydziłam się takich gestów i nie rozumiałam moich rówieśników, którzy wręcz stronili od swoich rodziców. Dla mnie buziaki na dobranoc, obejmowanie się i zażyłe kontakty to coś normalnego i gdyby ich w moim życiu zabrakło, poczułabym się wybrakowana i samotna.
Usłyszawszy dzwonek domofonu, wyszłam z mieszkania i szybko zbiegłam po schodach. Na zewnątrz powitało mnie chłodne powietrze, więc zapięłam kurtkę pod samą szyję i potarłam o siebie dłonie.
- Siemka! - Z niebieskiego bmw wyskoczyła Klara.
Wyglądała tak bosko, że poczułam maleńkie ukłucie zazdrości. Miała na sobie różową sukienkę i ładne buty na obcasie, do tego eleganckie kolczyki i stylowo pokarbowane włosy. Jej kobiece kształty i mocny makijaż skutecznie kamuflowały młody wiek. Gdybym nie wiedziała lepiej, dałabym jej dwadzieścia kilka lat, a nie szesnaście.
- Wow - skomentowałam, mierząc ją wzrokiem od góry do dołu. - Proszę, nie mów mi, że reszta lasek też się tak odwaliła.
Zamiast odpowiedzieć, głośno się zaśmiała i rzuciła się mi na szyję, jakbyśmy były najlepszymi przyjaciółkami. Intensywny zapach jej perfum wdarł się agresywnie do moich nozdrzy i gardła. Mimowolnie zakasłałam, ale odwzajemniłam uścisk.
- Felix pisał, że powoli zaczynają się schodzić. Zapowiada się niezła biba - oświadczyła, kierując się w stronę samochodu.
Podczas kiedy ona zajęła miejsce z przodu, ja wcisnęłam się na tylne siedzenie. Zaraz obok mnie siedział Ben, a po jego lewej stronie Alan.
Przywitałam się z nimi, ukrywając lekkie skrępowanie. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć, ale za każdym razem, gdy znajdowałam się w pobliżu Schneidera, ogarniał mnie dziwny niepokój i nie chodziło o to, że gościu bardzo wyraźnie do mnie zarywał. Nie byłam brzydka. Zdawałam sobie sprawę, że mogę się podobać chłopakom. Sęk w tym, że Ben patrzył na mnie tak, jakbym już należała do niego.
- A ten tutaj - zanim ruszyliśmy, Klara wskazała na naszego kierowcę - to mój kochany starszy braciszek, Thomas.
Ostrzyżony na jeża mężczyzna uniósł od niechcenia rękę, ale nie zaszczycił nas nawet słowem. Gdybym miała zgadywać, postawiłabym na to, że w tym momencie wolałby znajdować się zupełnie gdzie indziej.
Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, impreza już powoli się rozkręcała. Dwójka chłopaków paliła skręta przed wejściem. Nie znałam ich, ale przypuszczałam, że chodziliśmy do tej samej szkoły, choć wyglądali na o wiele starszych.
Klara wzięła mnie pod ramię i pociągnęła w ich kierunku. Typ w zielonej koszuli uśmiechnął się na nasz widok, a jego kompan pokłonił się delikatnie, złapał dłoń mojej towarzyszki i złożył na niej pocałunek.
- Ej, nie śliń się do mojej panny, durniu - wtrącił się Felix. Pojawił się jakby znikąd. - Możemy być, kurwa, najlepszymi przyjaciółmi, ale są rzeczy, którymi nie dzielę się z nikim. - Ustawił się tuż obok swojej dziewczyny i objął ją ramieniem w talii.
- Ty jesteś tą nową - zauważył najniższy z chłopaków. - Mam na imię Michi, a to Peter. - Wskazał swojego kumpla.
- May. - Podaliśmy sobie ręce, a kiedy zaproponowali mi skręta, grzecznie odmówiłam.
- Wejdźmy lepiej do środka, masz gęsią skórkę.
Aż się wzdrygnęłam, gdy poczułam za plecami twardą klatkę piersiową Bena. Blondyn dotknął palcami odkryte miejsce na mojej szyi, a kiedy instynktownie się do niego obróciłam, pocałował mnie w kącik ust.
Moje oczy zrobiły się w jednej chwili nienaturalnie wielkie i tylko szok powstrzymał mnie od wymierzenia mu policzka. Zanim ocknęłam się z oszołomienia, chłopak złapał moją dłoń i razem przekroczyliśmy próg domu.
- Poproszę kurtkę. - Ben złapał za suwak zamka i chciał rozpiąć moją ramoneskę, ale byłam już na tyle przytomna, żeby się odsunąć i trzepnąć go po łapach.
- Potrafię się sama rozebrać - rzuciłam, w ogóle nie myśląc nad tym, jak to zabrzmi w jego uszach.
- W to nie wątpię, kotku. No dalej, pokaż mi, jak to się robi - zachęcił, zakładając ramiona na piersi, i zlustrował mnie spojrzeniem jak drapieżnik swoją ofiarę chwilę przed zagryzieniem.
Zmrużyłam złowrogo oczy. Mimo że byłam nastolatką i naoglądałam się wystarczająco dużo filmów ze szkolnymi bad boyami, jego aroganckie zachowanie wcale mnie nie pociągało.
Ściągnęłam kurtkę i podałam ją Benowi, a on powiesił okrycie na wieszaku.
- Wyglądasz... - przygryzł kciuk, pożerając mnie wzrokiem - gorąco.
Przełknęłam niepewnie, co chyba zauważył, bo kącik jego ust lekko się uniósł, tworząc na twarzy krzywy uśmiech.
- Czego się napijesz? Mamy czystą, piwo i, z tego, co widziałem w lodówce, zaczęte wino. Pewnie stara Feliksa sobie popija, żeby kompletnie nie zwariować z tym oszołomem - zażartował, a może i nie, trudno to stwierdzić.
- Wolałabym nie pić.
- No co ty, nie dopuszczę, żebyś uschła z pragnienia.
- Chodzi mi o procenty - wyjaśniłam, choć byłam przekonana, że niepotrzebnie, bo on doskonale wiedział, co miałam na myśli.
- Jasne, nie ma sprawy. Może być sok?
Zdziwiło mnie, że nie naciskał. Sądziłam, że mnie wyśmieje i będzie nagabywał na drinka aż do skutku. Czyżby znęcający się nad Jace'em idiota nie był tak doszczętnie zły?
Ben musiał się domyślić, co właśnie przeszło mi przez głowę, bo westchnął, zrezygnowany, i na moment spuścił wzrok.
- Posłuchaj... - zaczął osobliwym tonem. - Wiem, że masz mnie za kompletnego złamasa. Ta sprawa z Beckerem... - Skrzywił się i nerwowo przeczesał włosy palcami. - Nie lubię go i może czasami przesadzam.
- Czasami przesadzasz? - powtórzyłam jego słowa z niedowierzaniem. - Tak nazywasz szykanowanie innych?
- Oj tam, od razu szykanowanie. To tylko żarty.
- Ja tego tak nie odebrałam i śmiem twierdzić, że Jace także nie.
- Po jakiego chuja tak się nim przejmujesz? Wyluzuj. - Stanął dwa razy na palcach, jakby ten ruch w jakimś stopniu go uspokajał. - Okej, mam dla ciebie propozycję: zostawię tego frajera w spokoju, jeśli... jeśli dasz mi szansę.
- Chyba nie bardzo wiem, co masz na myśli.
- Podobasz mi się, chcę cię bliżej poznać. Dogłębnie - wyszeptał ostatni wyraz i ani się obejrzałam, jak stał już tuż przede mną, trzymając między palcami pasmo moich włosów. - Jak już pewnie zauważyłaś, jestem rozpieszczonym gnojkiem, który zawsze dostaje to, czego chce. A teraz chcę ciebie. Przemyśl moją propozycję, a ja w tym czasie skoczę po twój sok.
Kiedy się oddalił, żołądek ścisnął mi się niemiłosiernie, a wraz z nim także moje pięści. Nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć. Byłam dla Bena tylko punktem do odhaczenia? Jakimś chorym wyzwaniem? O co mu, do jasnej cholery, chodziło? Chciał mnie zaliczyć czy naprawdę poznać? Byłam naiwna, licząc na to drugie? Obiecałam sobie, że zawsze będę szukać w ludziach dobra, bez względu na to, jak bardzo okażą się zniszczeni. Powinnam dać temu typowi szansę? Po tym, co już o nim wiedziałam? Po tym, czego byłam świadkiem w szkole?
Prychnęłam z irytacją.
- Hej, co tak stoisz na korytarzu?! - zawołał ktoś z salonu.
Rozluźniłam się nieco i skierowałam wzrok na siedzącą przy stoliku parę. Greta leżała na okazałej sofie, z głową opartą o kolana jakiegoś chłopaka, który, pijąc piwo, zajadał się chipsami.
- Mam dziką ochotę na taniec - wymruczała, podnosząc się powoli z miejsca, następnie przyciemniła światło i włożyła do odtwarzacza inną płytę. Pomieszczenie wypełniła wolna, głośna muzyka. Po kilku dźwiękach rozpoznałam Justina Timberlake'a. Nie był to mój ulubiony wokalista, ale skłamałabym, twierdząc, że moje biodra nie miały ochoty poruszać się w rytm jego piosenki.
Wydawało mi się, że Greta była już lekko wstawiona. Jej makijaż rozmazał się delikatnie w paru miejscach, a spódniczka, która normalnie powinna kończyć się przed kolanami, prawie odsłaniała majtki.
Dziewczyna zmrużyła oczy, odchyliła się i jednym sprawnym ruchem uwolniła burzę blond loków z ciasno spiętego koka. Zaczęła się kokieteryjnie poruszać, zerkając co chwilę w stronę siedzącego na kanapie typa, któremu widocznie podobało się to przedstawienie, o czym świadczyło choćby wyraźne wybrzuszenie w jego spodniach.
Na drugim końcu salonu zauważyłam kilka nieznajomych twarzy, wśród nich średniego wzrostu rudowłosą piękność, nieustannie zerkającą na swoją komórkę. Czyżby na kogoś czekała?
- Twój sok. - Ben wrócił ze szklanką soku pomarańczowego i butelką piwa.
Podziękowałam, upiłam mały łyk, po czym odstawiłam szkło na stolik.
Blondyn chwycił moją rękę i pociągnął mnie na środek pomieszczenia, dołączając do tańczącej samotnie Grety.
- Zaczekaj, ja nie...
Nie dał mi skończyć, obracając mną w miejscu. Kiepska była ze mnie tancerka: nigdy nie miałam poczucia rytmu, partnerów tylko deptałam, spoglądając im przepraszająco w oczy i uśmiechając się do nich drętwo.
- Jeszcze masz szansę, żeby zrezygnować - powiedziałam dość głośno, żeby mnie usłyszał. - Jeśli tego nie zrobisz, twoje stopy mocno ucierpią.
Pokręcił głową i ignorując moje ostrzeżenie, objął mnie w pasie, uśmiechając się leniwie.
- Przepraszam, że poznałaś mnie od tej złej strony - oświadczył, totalnie mnie tym zaskakując. - Możemy zacząć od nowa?
Nie odtrąciłam go, ponieważ nieprzyjemne uczucie, które zwykle mi przy nim towarzyszyło, nagle przygasło. Przytaknęłam i położyłam mu dłonie na ramionach, niepewnie odwzajemniając uśmiech. Zaczęliśmy tańczyć, a raczej powoli się bujać, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę.
- Myślisz, że złym pierwszym wrażeniem można wszystko spieprzyć? - zapytał, łapiąc moje spojrzenie.
- Na twoje szczęście wierzę w drugą szansę - przyznałam zgodnie z prawdą.
- To dobrze. - Odczytałam z ruchu jego warg. - Jak ci się u nas podoba?
- W Tuttlingen? Nie jestem pewna. Nie zdążyłam jeszcze poznać miasta.
Poza miejscami, które pokazał mi Jace, dodałam w myślach.
- Moglibyśmy czasami gdzieś razem wyskoczyć.
- Może kiedyś...
- Zawsze zgrywasz trudno dostępną? - zadał kolejne pytanie, przysuwając się jeszcze bliżej.
- Skąd pomysł, że cokolwiek zgrywam?
- Rzucasz mi wyzwanie?
Wywróciłam oczami.
- Lubię wyzwania - dodał, zjeżdżając dłonią na moje pośladki.
- Śmiem sądzić, że lubisz także swoje równe, białe zęby?
Zmarszczył brwi, nie mając pojęcia, do czego piję.
- Jeśli twoja łapa zaraz nie zniknie z mojego tyłka, przysięgam, że wybiję ci co najmniej jedynki. - Uśmiechnęłam się do niego słodko, zalotnie trzepocząc rzęsami.
Od razu posłuchał, zwilżając usta koniuszkiem języka.
- Nie zrobiłabyś tego - stwierdził, choć wyraźnie poznałam, że wcale nie był tego pewien.
- Przekonaj się...
- Wolę zaczekać, aż sama mnie o to poprosisz. - Mrugnął do mnie.
- Wierzysz w bajki?
- Czasami...
Piosenka dobiegła końca, a w jej miejsce rozbrzmiała jakaś szybka nuta. Spoczęliśmy na wygodnej, aczkolwiek pokrytej pokruszonymi chipsami kanapie. Ben wypił całą butelkę piwa, po czym otworzył sobie kolejne.
- Rodzice Feliksa będą wściekli, gdy to zobaczą - stwierdziłam, rozejrzawszy się po salonie.
- Są w górach, mają wrócić dopiero w poniedziałek. Ogarniemy ten syf jutro. To normalka - stwierdził chłopak, przysuwając się do mnie na tyle blisko, że gdy mówił, czułam alkohol w jego oddechu. - Za rok nas opuścisz?
- A co, będziesz za mną tęsknił? - zażartowałam.
- Niewykluczone. Na pewno ty będziesz tęsknić za mną.
- Masz o sobie zbyt wysokie mniemanie.
- A wy o czym tak tu sobie rozmawiacie? - wtrąciła się niespodziewanie Klara.
Dziewczyna wcisnęła się między mnie a Bena i zaczęła nam opowiadać, jak wczoraj Greta przekłuwała jej pępek. Te informacje naprawdę nie były mi potrzebne, ale ona zdawała się mieć na ten temat zupełnie inne zdanie. Na koniec ściągnęła bluzkę, prezentując nie tylko nowy kolczyk, ale także czerwony koronkowy stanik. Na widok jej półnagich, pełnych piersi chłopakom aż zaświeciły się oczy.
Dopiero po kilkunastu minutach zdołałam ją przekonać, by się ubrała, co oczywiście w ogóle nie spodobało się męskiej części naszego grona.
- Zajaracie? - krzyknął Felix, otwierając jedno z okien na oścież.
- Chodź - zachęcił mnie Ben, ale ja pokręciłam głową. - Nikt cię nie będzie zmuszał do palenia, tylko sobie z nimi posiedzimy.
- Mów za siebie - odezwała się Klara, popychając mnie w stronę ciągnącego skręta chłopaka. - Próbowałaś tego kiedyś?
- Nie i nie chcę - odpowiedziałam stanowczo.
- Zawsze jest ten pierwszy raz! Nie bądź taką sztywniarą.
Dziewczyna odebrała skręta od Feliksa i przystawiła go do moich ust.
- Spierdalaj od niej, głucha jesteś? - włączył się Ben. - Powiedziała, że nie chce.
Klara powtórzyła słowa blondyna, przedrzeźniając go, po czym dodała:
- Od kiedy stałeś się taki porządny?
- Jesteś najebana - fuknął. - Ogarnij swoją pannę, zanim stracę cierpliwość - zwrócił się do gospodarza. - Wszystko w porządku? - Spojrzał w moją stronę.
Był spięty, co w ogóle mi do niego nie pasowało. W szkole zachowywał się inaczej. Sprawiał wrażenie oziębłego macho, mającego się za pępek świata. Sądziłam, że już nic nie zmieni mojego zdania, a jednak... Z każdą chwilą spędzoną w towarzystwie Bena coraz mniej go nienawidziłam. Każde wypowiedziane przez niego zdanie utwierdzało mnie w przekonaniu, że klasowy dupek to tylko rola, w którą się wcielał, by przetrwać.
Impreza rozkręcała się na dobre. Drinki krążyły wokół stołu i szumiały w głowach, muzyka zagłuszała słowa, salwy śmiechu odbijały się od ścian. Dałam się namówić na piwo smakowe, ale poza tym nie wlałam w siebie więcej alkoholu. Spoglądając na niektórych imprezowiczów, uznałam, że była to znakomita decyzja.
Gdzieś przed jedenastą Greta zniknęła w łazience, a kiedy nie wychodziła z niej przez bite pół godziny, wkroczyłyśmy z Klarą do środka, by skontrolować stan koleżanki. Dziewczyna zasnęła w wannie, z zarzyganymi włosami i ciuchami. Śmierdziało jak w jakiejś melinie. Szybko dołączyły do nas chłopaki z klasy.
- Zadzwonicie po jej rodziców? - zapytałam nieśmiało, choć i tak znałam odpowiedź.
- Chcesz, żeby mnie zamordowała? - Klara popatrzyła na mnie wielkimi oczami. - Nic jej nie będzie, prześpi się, jutro ją wyszorujemy i odstawimy do domu.
- To może chociaż przenieśmy ją w wygodniejsze miejsce? - zaproponowałam.
- Ja jej nie tknę - zaznaczył Felix, za co oberwał w potylicę od swojej laski.
- Wezmę ją pod pachy, ale ktoś musi przytrzymać nogi - oświadczył Ben, zbierając tym samym kolejnych kilka punktów.
- Pomogę ci - zgłosiłam się i bez wahania chwyciłam za kostki chrapiącej Grety.
- Gotowa? - zapytał, a kiedy przytaknęłam, wspólnie podnieśliśmy koleżankę i chwiejnym krokiem podążyliśmy na piętro, w stronę pokoju Feliksa.
- Błagam, tylko nie na moje wyro! - uskarżał się gospodarz.
Nie zwracając na niego uwagi, położyliśmy Gretę na idealnie zaścielonym łóżku.
Wyprostowałam się i odetchnęłam zmęczona, wycierając spływającą mi po czole strużkę potu. Greta to kawał baby. Wysoka i dobrze zbudowana. Nie była gruba, choć słyszałam, że sama często tak o sobie mówiła. Miała ładne krągłości i nie wyglądała jak standardowa wychudzona modelka. Moim zdaniem była śliczna i na jej miejscu nie zaprzątałabym sobie głowy dietami.
- Nie będą się o nią martwić? - zwróciłam się do Klary.
- Wątpię. Zaraz wyślę SMS-a do jej mamy. Greta często zostaje u mnie na noc.
- Chcesz ich okłamać?
- Napiszę, że będziemy spały pod jednym dachem, co wcale nie jest kłamstwem. - Wzruszyła beztrosko ramionami. - Makówka pracuje! - Popukała się w głowę.
- Zostajesz u Feliksa? - zdziwiłam się, ogarnięta lekkim niepokojem. - Ale mówiłaś, że przed północą wracamy.
- Nie bądź taka drętwa, jutro jest niedziela, mamy wolne.
- Nie o to chodzi, obiecałam, że wrócę do domu...
- I wrócisz, tyle że jutro - dokończyła za mnie.
- Hej. - Ktoś złapał mnie za ramię i odciągnął od wstawionej koleżanki.
Ben wyszedł ze mną z pokoju, po czym razem zeszliśmy po schodach. Chłopak podszedł do stolika w salonie, wziął duży łyk piwa i znów do mnie dołączył.
- Nie przejmuj się nią, jeśli chcesz, zamówię ci taksówkę - oświadczył, czego zupełnie się po nim nie spodziewałam. - Chodź na chwilę na dwór, pogadamy na spokojnie. Muszę zajarać, bo zaraz zwariuję.
Kilka minut później siedzieliśmy w ogrodowej altance: ja na ławce, a Ben na stole. Przyglądając mi się uważnie, wydobył z kieszeni kurtki paczkę papierosów, którą bawił się przez chwilę, przekładając w dłoni. Potem wyjął jedną fajkę i zapaliwszy ją, zachłannie się zaciągnął.
- Chcesz? - zaproponował, a wraz ze słowami z jego ust wydostał się szary dym.
- Nie, dzięki, to nie dla mnie. W zeszłym roku mało co nie wyplułam płuc, tak się zakrztusiłam - zdradziłam, szczerząc się na tamto wspomnienie.
Nagle moje myśli powędrowały w innym kierunku. Sama nie wiedziałam, jaki był tego powód. Możliwe, że miałam sobie za złe, iż poczułam się w towarzystwie Bena dobrze. Przywołałam w pamięci obraz pobitego Jace'a, w pośpiechu zbierającego swoje rzeczy. Posmutniałam, spuszczając wzrok, nie mając odwagi dłużej patrzeć w oczy towarzyszącego mi chłopaka. Wyrzuty sumienia niespodziewanie przybrały na sile, kłując mnie od środka niczym dobrze zaostrzony nóż.
- Mogę cię o coś zapytać? - wydusiłam z siebie, nadal wpatrując się w czubki swoich butów.
- Dawaj - zachęcił mnie, raczej nieświadomy, co go czeka.
- Dlaczego akurat Jace?
W końcu odważyłam się znów na niego spojrzeć. Chciałam zarejestrować każdy szczegół jego zachowania. Odwrócił głowę, żeby wypuścić dym, po czym zgasił papierosa i wyrzucił go do napełnionego wodą słoika.
- Bo mnie wkurwia - odpowiedział po dłuższym namyśle.
- Pytam serio.
Mięśnie szczęki Bena zaczęły pracować, a jego spojrzenie stwardniało, zrobiło się wręcz lodowate. Z całkiem sympatycznego chłopaka ni stąd, ni zowąd przeobraził się w rozwścieczonego gbura.
- To pierdolony pedał, wystarczy ci ta informacja? Wkurwia mnie nawet to, że muszę podczas lekcji siedzieć z nim w tym samym pomieszczeniu.
Chciałam powiedzieć coś jeszcze, ale ugryzłam się w język. Te dwa zdania były jak kubeł zimnej wody. Wszystko, co pozytywne, nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie i poczułam gorzki smak rozczarowania.
Wstałam i nie odzywając się do niego, wyszłam na brukowaną, wąską ścieżkę, prowadzącą do bramy wyjściowej.
- Zaczekaj! - zawołał, ale nie miałam zamiaru się zatrzymywać, a tym bardziej do niego wracać. - Kurwa, May, stój!
Podbiegł do mnie i ustawiwszy się ze mną twarzą w twarz, złapał za ramiona, powstrzymując od dalszej drogi.
- Taksówka zaraz powinna podjechać - oznajmiłam beznamiętnie, łapiąc za jego nadgarstki, i odepchnęłam go od siebie, bynajmniej nie delikatnie.
- O co ci chodzi? - Nie zamierzał mnie przepuścić.
- O co mi chodzi? - Uniosłam wysoko brwi, uśmiechając się przy tym nerwowo. Potrząsnęłam energicznie głową i założyłam ręce na piersi, jakby ten gest miał magiczną moc chronienia mnie. - O co tobie chodzi? Dlaczego za wszelką cenę chcesz zmienić życie Jace'a w piekło? Co on ci zrobił? Gnojenie słabszych sprawia ci przyjemność? Wiesz, że to chore?
- Nie masz o niczym pojęcia - wysyczał, a kiedy mnie mijał, by wrócić do domu, szturchnął mnie ramieniem z taką siłą, że na moment straciłam równowagę.