RAIN Spraw, by cienie stały się światłem - Katarzyna Wycisk

Kup ebooka

44.99 zł
37.05 zł (36,96 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Wrze­sień, rok 2006

Jace

Sły­sząc gło­śne śmie­chy i od­głosy roz­mów, za­trzy­ma­łem się pod czer­wo­nymi drzwiami pro­wa­dzą­cymi do sali lek­cyj­nej. Moje serce przy­spie­szyło, a wszyst­kie zmy­sły wy­ostrzyły się w ułamku se­kundy. Każda część mnie wzbra­niała się przed prze­kro­cze­niem progu tego po­miesz­cze­nia, jed­nak nie mia­łem wiel­kiego wy­boru.

Wzią­łem głę­boki wdech, przy­go­to­wu­jąc się na ko­lejny dzień w tym prze­klę­tym pie­kle, o ile na coś ta­kiego można się w ogóle uod­por­nić. Nie uwa­ża­łem się za sła­bego, choć wielu pró­bo­wało mi to wmó­wić. By­łem po pro­stu... nie­kon­flik­towy. Gar­dzi­łem prze­mocą i ro­bi­łem wszystko, co w mo­jej mocy, by jej unik­nąć. Szkoda tylko, że tak rzadko mi się to uda­wało.

Po­ło­ży­łem dłoń na klamce. W mo­men­cie, gdy ją na­ci­sną­łem, ogar­nęły mnie silne mdło­ści. Naj­wy­raź­niej nie skoń­czy się tylko na po­ran­nych wy­mio­tach. Prze­łkną­łem żółć pod­cho­dzącą do gar­dła i z ni­sko spusz­czoną głową wsze­dłem do klasy.

- Hej, spójrz­cie, ciota przy­była! - krzyk­nął je­den z uczniów.

Znie­ru­cho­mia­łem na dźwięk jego głosu. Wy­star­czyło, że Ben Schne­ider kiw­nął pal­cem, a stado idio­tów, zwa­nych przez nie­któ­rych mo­imi ko­le­gami, po­dą­żało za nim bez wa­ha­nia. To, co mó­wił, było święte, a je­śli ktoś miał na tyle od­wagi, by się z nim nie zgo­dzić... no cóż, wtedy koń­czył do­kład­nie tak jak ja. Bo prze­cież ze szkolną gwiazdą się nie dys­ku­tuje!

- Śmier­dzisz jak gówno - oświad­czył, pod­cho­dząc nie­bez­piecz­nie bli­sko mnie.

- Fu­uuj! - Reszta klasy na­tych­miast się z nim zgo­dziła, wy­krzy­wia­jąc twa­rze, jakby wy­czuła po­tworny smród.

- Kiedy ty się ostatni raz ką­pa­łeś, co? - Za­dał mi py­ta­nie, na które od­po­wie­dzia­łem niby obo­jęt­nym wzru­sze­niem ra­mion. - No tak, w su­mie, to ty prze­cież na­wet ciu­chów nie zmie­niasz, więc po co mar­no­wać wodę.

- Ojej - mruk­nęła Klara, prze­wod­ni­cząca klasy. - Za­raz się po­pła­cze.

- Ni­czego in­nego bym się po tej piź­dzie nie spo­dzie­wał - do­rzu­cił jesz­cze ktoś.

Za­ci­sną­łem pię­ści, po skroni spły­nęła mi strużka potu, co tylko po­gor­szyło moją i tak bez­na­dziejną sy­tu­ację. Mia­łem ochotę na­cią­gnąć na głowę kap­tur czar­nej bluzy, ale nie by­łem w sta­nie unieść rąk. Jakby cię­żar spoj­rzeń tych dup­ków ode­brał mi zdol­ność po­ru­sza­nia się. Je­dyne, na co było mnie w tym mo­men­cie stać, to wy­co­fa­nie się o kilka kro­ków i przy­par­cie ple­cami do fra­mugi drzwi. Cią­gle prze­ły­ka­łem ślinę i mru­ga­łem, żeby nie uro­nić ani jed­nej łzy. Nie te­raz, nie przy nich. Ni­gdy wię­cej nie dam im tej sa­tys­fak­cji.

Ben zła­pał mnie za szczękę, ści­snął mocno i zmu­sił do unie­sie­nia głowy. Chi­chot po­zo­sta­łych uczniów od­bi­jał się echem od ścian, po­tę­gu­jąc moje po­czu­cie bez­rad­no­ści. W tym cza­sie zro­zu­mia­łem, że prze­ciw­sta­wia­nie się nie miało naj­mniej­szego sensu, a wręcz na­krę­cało Schne­idera, który po­tra­fił wy­ka­zać się ­nie­zwy­kłą kre­atyw­no­ścią, je­śli cho­dziło o znę­ca­nie się nade mną. Po­wie­dze­nie o wszyst­kim ro­dzi­com nie wcho­dziło w grę. Ży­wi­łem prze­ko­na­nie, że ta­kie po­su­nię­cie by­łoby gor­sze od po­strzału w ko­lano. Oczy­wi­ście mógł­bym po­roz­ma­wiać z Re­ine­rem, tylko że on miał na gło­wie waż­niej­sze rze­czy niż wy­słu­chi­wa­nie mo­jego glę­dze­nia. Mi­nął pra­wie rok od wy­padku jego ro­dzi­ców. Rok od śmierci ojca, a jemu na­dal było trudno. O wiele trud­niej niż mnie. Chcia­łem być dla niego wspar­ciem, on po­trze­bo­wał sil­nego przy­ja­ciela, a nie roz­pa­da­ją­cego się na jego oczach wraku. Po­sta­no­wi­łem więc wy­brać mil­cze­nie i prze­cze­kać ten szajs, li­cząc, że po za­koń­cze­niu szkoły od­zy­skam w miarę nor­malne ży­cie.

- Sły­sza­łem, że lu­bisz po­ły­kać. - Ben uśmiech­nął się cham­sko, zer­k­nął ką­tem oka na swoją wi­dow­nię i upew­niw­szy się, że wszy­scy pa­trzą, do­dał: - Otwórz japę, cipo!

Ści­snął mnie jesz­cze moc­niej, a kiedy spró­bo­wa­łem się wy­rwać, za­to­pił pa­lu­chy dru­giej ręki w ma­te­riale mo­jej bluzy i szarp­nął gwał­tow­nie, przy­gważ­dża­jąc mnie z po­wro­tem do fra­mugi. Za­ci­sną­łem zęby tak mocno, że przez chwilę wy­da­wało mi się, iż szczęka pęk­nie mi na pół. Chcia­łem znik­nąć, roz­pły­nąć się, byle nie mu­sieć dłu­żej stać w tym miej­scu.

Schne­ider chark­nął i splu­nął mi cel­nie w usta. Gę­sta ślina spły­nęła po mo­ich war­gach i bro­dzie. Zro­biło mi się nie­do­brze. Wbi­ja­łem pa­znok­cie w swoje dło­nie, spra­wia­jąc so­bie lekki ból. Skon­cen­tro­wa­łem się na tym pul­su­ją­cym od­czu­ciu, mo­dląc się w du­chu, by ktoś w końcu prze­rwał tę ich po­sraną za­bawę.

- Co jest? Nie zli­żesz tego? - Ben nie miał za­miaru od­pu­ścić.

Gno­jek do­piero się roz­krę­cał, a ja do­sko­nale wie­dzia­łem, że stać go na o wiele wię­cej, jed­nak w sali lek­cyj­nej mu­siał być czujny. Co in­nego to­a­leta, szat­nia, au­to­bus, któ­rego wręcz nie cier­pia­łem...

- Pan Schröder idzie! - ostrze­gła Greta, która naj­wy­raź­niej cze­kała na ko­ry­ta­rzu, pil­nu­jąc, by nikt przy­pad­kiem nie za­uwa­żył tego, co ze mną ro­bią.

- Jesz­cze z tobą nie skoń­czy­łem, brudny pe­dale! - fuk­nął Schne­ider, po czym mi­giem po­biegł do swo­jej ławki.

Od razu, gdy mnie pu­ścił, wy­tar­łem twarz przed­ra­mie­niem, po­wstrzy­mu­jąc się od zwy­mio­to­wa­nia na pod­łogę. Po­pra­wi­łem ple­cak i już chcia­łem za­jąć swoje miej­sce, gdy usły­sza­łem srogi głos na­uczy­ciela:

- Bec­ker, co ty tu­taj ro­bisz?! Na­tych­miast sia­daj na tyłku!

Śmiech... ci­chy, a jed­no­cze­śnie tak do­no­śny, że le­dwo trzy­ma­łem się na no­gach. Do tego szepty, które rów­nie do­brze ­mo­głyby być szty­le­tami wbi­ja­nymi w moje plecy.

Spu­ści­łem wzrok i ru­szy­łem w stronę ostat­niej ławki, ale za­nim do niej do­tar­łem, ktoś pod­ło­żył mi nogę. Ku roz­cza­ro­wa­niu klasy udało mi się nie upaść na twarz i nie wy­bić so­bie zę­bów.

- Ru­chy! - za­grzmiał Schröder. - Za każ­dym ra­zem to samo...

Zi­gno­ro­wa­łem jego dal­szą wy­po­wiedź. Zna­łem tę prze­mowę na pa­mięć. Nie prze­pa­dał za mną, zresztą więk­szość bel­frów mo­głaby so­bie z nim po­dać rękę. No może poza pa­nią Her­furth, na­uczy­cielką ję­zyka an­giel­skiego; ona jako je­dyna wi­działa we mnie ko­goś wię­cej niż od­rzu­co­nego przez klasę dzi­waka. Dla niej two­rzone przeze mnie tek­sty miały du­szę, dla in­nych sta­no­wiły wy­łącz­nie po­wód do kpin. Ni­gdy nie prze­szka­dzał jej mój wy­gląd ani styl by­cia. By­łem sobą i nie mia­łem za­miaru się zmie­niać tylko dla­tego, żeby ko­mu­kol­wiek do­go­dzić.

Wy­ją­łem z ple­caka książkę do matmy, dłu­go­pis i no­tat­nik, który otwo­rzy­łem na ostat­nio za­pi­sa­nej stro­nie. Słowa same po­ja­wiły się w mo­jej gło­wie, ja mu­sia­łem je tylko uło­żyć w lo­giczną ca­łość i prze­nieść na pa­pier. To mnie od­prę­żało, spra­wiało, że za­po­mi­na­łem o ota­cza­ją­cym mnie sy­fie. Po­trze­bo­wa­łem tych mo­men­tów, tego ode­rwa­nia się od rze­czy­wi­sto­ści.

Od­kąd pa­mię­ta­łem, wy­róż­nia­łem się na tle mo­ich ró­wie­śni­ków, a prze­czy­ta­nie na głos przed całą klasą dłu­giego wier­sza mo­jego au­tor­stwa tylko po­twier­dziło fakt, że nie by­łem jak inni ucznio­wie.

To nie tak, że nie po­do­bała mi się moja in­ność, lu­bi­łem ją, lecz pro­blem w tym, że po­zo­stali - nie­ko­niecz­nie. Dla więk­szo­ści by­łem za­mknię­tym w so­bie in­tro­wer­ty­kiem, marną imi­ta­cją Wil­liama Szek­spira, dzie­cia­kiem, z któ­rym nie warto się kum­plo­wać.

Dzięki Re­ine­rowi mia­łem w Grund­schule1 sta­tus nie­ty­kal­nego, ale po tym, jak on i moja sio­stra tra­fili do Gym­na­sium, a ja do Re­al­schule, wszystko ule­gło zmia­nie. Nie było już przy mnie przy­ja­ciela, który w ra­zie czego mógłby się za mną wsta­wić. Zo­sta­łem sam.

Piąta klasa zda­wała się pie­kłem na ziemi, a wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łem, że każda na­stępna bę­dzie gor­sza. Zo­stał mi rok. Tylko tyle i aż tyle. Nie mia­łem po­ję­cia, jak i czy w ogóle go prze­trwam. Rzy­ga­łem tym gów­nem, mia­łem ser­decz­nie dość co­dzien­nych szy­kan.

- Dzień do­bry. - Głos dy­rek­tora Kauf­manna wy­rwał mnie z za­my­śle­nia.

Nie­chęt­nie spoj­rza­łem na ni­skiego, star­szego męż­czy­znę w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, a póź­niej prze­nio­słem wzrok na sto­jącą obok niego dziew­czynę.

- Przy­pro­wa­dzi­łem panu nową uczen­nicę - za­ko­mu­ni­ko­wał, kła­dąc dłoń na drob­nym ra­mie­niu sza­tynki. - Niech się sama przed­stawi kla­sie, ja mam kilka waż­nych spraw do za­ła­twie­nia.

I już go nie było. Tym­cza­sem ucznio­wie wpa­try­wali się z za­cie­ka­wie­niem w nową ko­le­żankę, za­pewne oce­nia­jąc ją pod nie­mal każ­dym wzglę­dem. Po­mię­dzy ław­kami prze­pły­wały ko­men­ta­rze. Za­równo po­chlebne, jak i te iro­niczne. Zi­gno­ro­wa­łem je wszyst­kie. Wku­rzało mnie, że wy­ra­biają so­bie opi­nię na jej te­mat, nie za­mie­nia­jąc z nią ani jed­nego słowa. Nie­któ­rzy szep­tali, że pew­nie wy­le­ciała z po­przed­niej szkoły, inni, że wy­gląda na ła­twą zdzirę. Ben za­su­ge­ro­wał, że przed koń­cem roku z pew­no­ścią mu ob­cią­gnie, na co Klara za­śmiała się odro­binę zbyt gło­śno i kiw­nęła zgod­nie głową.

Byli obrzy­dliwi. Nie­na­wi­dzi­łem ich i naj­chęt­niej po­trzą­snął­bym każ­dym z nich z osobna. Mia­łem wra­że­nie, że ota­cza mnie stado dzi­kich hien, go­to­wych w każ­dej chwili rzu­cić się na ofiarę, roz­szar­pu­jąc ją na drobne czę­ści.

- Wi­taj, młoda damo. Tra­fi­łaś na bar­dzo cie­kawą lek­cję. Ale za­nim za­czniemy, przed­staw się i znajdź so­bie wolne miej­sce.

Schröder na­gle prze­obra­ził się w po­tul­nego, kul­tu­ral­nego mi­sia. Cie­kawe, kogo on chciał oszu­kać? Miał nas wszyst­kich w głę­bo­kim po­wa­ża­niu i po­dej­rze­wa­łem, że sie­dział w tym miej­scu rów­nie chęt­nie jak ja.

- Na­zy­wam się Maya Wolf, ale wszy­scy mó­wią na mnie May - od­po­wie­działa dziew­czyna z lek­kim szwaj­car­skim ak­cen­tem, a któ­ryś z chło­pa­ków gło­śno za­wył, pre­zen­tu­jąc no­wej po­ziom in­te­lek­tu­alny tej jakże wspa­nia­łej klasy.

Wy­wró­ci­łem oczami, co było głu­pim błę­dem, któ­rego skutki od­czu­łem nie­mal na­tych­miast. Fe­lix wy­strze­lił w moją stronę po­śli­nioną kulkę pa­pieru. Od­ra­ża­jące. Tylko resztka zdro­wego roz­sądku po­wstrzy­mała mnie od po­ka­za­nia temu pa­ja­cowi środ­ko­wego palca. Za­miast tego prze­cze­sa­łem włosy, po czym na­cią­gną­łem kap­tur na głowę, sta­ra­jąc się sto­pić z tłem.

- Hej.

Aż pod­sko­czy­łem, rap­tow­nie za­sła­nia­jąc twarz z obawy, że ktoś spu­ści mi wpier­dol na oczach Schrödera. Mój in­stynkt za­dzia­łał prę­dzej niż umysł i do­piero po chwili zo­rien­to­wa­łem się, że nikt nie pod­niósł na mnie ręki.

- Wszystko w po­rządku? - za­py­tała May.

Jej głos był ni­ski, cie­pły i po­my­śla­łem, że faj­nie by było usły­szeć, jak jego wła­ści­cielka się śmieje. Wła­ści­wie to nie prze­pa­da­łem za cu­dzym śmie­chem. Ko­ja­rzył mi się głów­nie z bó­lem i po­czu­ciem wstydu. Dziwne...

- Nie sia­dał­bym obok niego na twoim miej­scu! - po­ra­dził Ben, pod­czas kiedy ja na­dal mil­cza­łem jak ostatni pa­lant.

- Ja bym się bała, że mnie za­razi wszami - ode­zwała się Greta.

Ści­sną­łem trzy­many w dłoni dłu­go­pis, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak jego ko­niec lą­duje w jej oku. Dla­czego?, py­ta­łem sam sie­bie, co było zu­peł­nie bez­sen­sowne, ale cza­sami nie po­tra­fi­łem się od tego po­wstrzy­mać. Za­cho­dzi­łem w głowę, co im ta­kiego zro­bi­łem. Czym pod­pa­dłem?

- Poza tym on nie lubi dziew­czyn - do­dał Fe­lix.

- Dużo bar­dziej po­doba mu się ru­cha­nie od ty...

- Spo­kój! - krzyk­nął Schröder.

May się schy­liła, by spoj­rzeć mi w twarz. Kur­tyna jej de­li­kat­nych kasz­ta­no­wych lo­ków za­sło­niła prze­dzie­ra­jące się przez okna pro­mie­nie słońca. Słodki, przy­jemny za­pach tra­fił do mo­ich noz­drzy, spra­wia­jąc, że na­bra­łem ochoty, by się uśmiech­nąć.

- Mogę? - za­py­tała, wska­zu­jąc na krze­sło obok.

Ona tak se­rio? Chce do­bro­wol­nie tra­fić na czarną li­stę Schne­idera i to od razu pierw­szego dnia? Jest nie­nor­malna? A może nie ro­zu­mie do­brze po nie­miecku i nie po­ła­pała się, że sie­dze­nie ze mną w jed­nej ławce bę­dzie jak wkro­cze­nie w ogni­stą pu­łapkę?

Wzru­szy­łem ra­mio­nami, wra­ca­jąc do swo­ich no­ta­tek.

Maya

Mi­nęły pra­wie trzy ty­go­dnie, od­kąd prze­pro­wa­dzi­łam się do Tut­tlin­gen. Tę­sk­ni­łam za do­mem w Szwaj­ca­rii, ale po­sta­no­wi­łam się nie za­ła­my­wać. Nie na­le­ża­łam do nie­śmia­łych, skry­tych dziew­czyn, a co za tym szło, zna­le­zie­nie no­wych zna­jo­mych ni­gdy nie spra­wiało mi pro­ble­mów. By­łam prze­ko­nana, że nie­ba­wem po­czuję się tu­taj jak u sie­bie.

Nie mo­głam się sku­pić na pro­wa­dzo­nej przez Schrödera lek­cji. Po­dej­rze­wa­łam, że jego mo­no­tonny spo­sób mó­wie­nia uśpiłby na­wet naj­bar­dziej nie­złom­nych uczniów. Za­kry­łam usta ręką i ziew­nę­łam sze­roko, po czym opar­łam się na łok­ciu i skie­ro­wa­łam wzrok w stronę sie­dzą­cego obok mnie chło­paka.

Mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że bie­dak pró­bo­wał się sto­pić z krze­słem, na któ­rym sie­dział, albo po pro­stu roz­pły­nąć się w po­wie­trzu. Był bar­dzo szczu­pły i blady, ale przy­stojny. Kru­czo­czarne, wy­glą­da­jące na far­bo­wane, włosy były dłuż­sze z przodu, krót­sze z tyłu. Po­strzę­piona grzywka opa­dała mu na czoło, za­sła­nia­jąc brwi. Zie­lone oczy miał mocno ob­ry­so­wane czarną kredką. No­sił cienki, okrą­gły kol­czyk w le­wym noz­drzu i drugi taki sam w dol­nej war­dze. Za­ło­żył ob­ci­słe, ciemne dżinsy i czarną bluzę z logo ze­społu Slipk­not.

Chyba się zo­rien­to­wał, że go ob­ser­wuję, bo przy­gryzł pa­zno­kieć kciuka i jesz­cze bar­dziej się zgar­bił, za­pi­su­jąc coś w ze­szy­cie.

Wes­tchnę­łam, opie­ra­jąc się o krze­sło. Chcia­łam dać mu tro­chę prze­strzeni, by po­czuł się swo­bod­niej, jed­nak nie mo­głam się po­wstrzy­mać od zer­ka­nia w jego kie­runku.

Nie mu­sia­łam umieć czy­tać w my­ślach, żeby wie­dzieć, jak bar­dzo ten chło­pak był prze­ra­żony. Głu­pie do­cinki praw­do­po­dob­nie sta­no­wiły tylko kro­plę w mo­rzu ota­cza­ją­cego go mroku. Zna­łam to. Dzie­ciaki z mo­jej daw­nej szkoły też po­tra­fiły być ist­nymi po­two­rami. Pa­mię­tam, jak kilka dziew­czyn uwzięło się na po­cho­dzącą z Tur­cji Elif. Wy­śmie­wały ją na każ­dym kroku, ­na­zy­wa­jąc Ka­nake2. Zresztą ja nie by­łam lep­sza. Za­wsze, gdy inni jej do­ku­czali, sta­łam, przy­glą­da­łam się i cze­ka­łam, aż skoń­czą. Prawda była taka, że okrop­nie się ba­łam. By­łam prze­ko­nana, że wsta­wie­nie się za Elif bę­dzie moim koń­cem. Prze­ła­ma­łam się do­piero kilka dni przed wy­jaz­dem z Schaf­fhau­sen i po­sta­no­wi­łam z nią po­ga­dać, prze­pro­sić za swoje tchó­rzo­stwo, ale wtedy było już za późno. Ja­dąc z ro­dzi­cami sa­mo­cho­dem w stronę Tut­tlin­gen, przy­się­głam so­bie, że już ni­gdy nie będę obo­jętna na krzywdę in­nych.

Rzu­ci­łam okiem na ze­gar wi­szący nad ta­blicą. Do końca lek­cji zo­stało dzie­sięć mi­nut. Schröder wła­śnie za­da­wał za­da­nie do­mowe, a blon­dyn, który wcze­śniej za­cze­pił mo­jego ko­legę z ławki, za­re­cho­tał, po­da­jąc swo­jemu są­sia­dowi kartkę wy­rwaną z ze­szytu. Strona zo­stała pusz­czona w obieg po ca­łej kla­sie, aż wresz­cie tra­fiła na blat na­szego stołu.

Ob­ra­zek przed­sta­wiał dwójkę ro­bią­cych so­bie na­wza­jem do­brze chłop­ców. Nie­trudno się było zo­rien­to­wać, kogo miał na my­śli au­tor. Do tego ktoś do­pi­sał czer­wo­nym mar­ke­rem: "Jesz­cze się nie po­wie­si­łeś, pe­dale?".

Czar­no­włosy chło­pak ze­rwał się z miej­sca równo z dzwon­kiem i mo­gła­bym przy­siąc, że na wi­dok ry­sunku za­ci­snął kur­czowo zęby.

Się­gnę­łam po tę cho­lerną kartkę, prze­klę­łam pod no­sem, po czym zmię­łam pa­pier, chcąc wy­rzu­cić śmieć do ko­sza.

- A ty do­kąd, skar­bie? - Za­trzy­mał mnie wy­soki, po­stawny blon­dyn. Typ, który gnę­bie­nie słab­szych naj­wy­raź­niej po­sta­wił so­bie za swój cel ży­ciowy. - Je­stem Ben - przed­sta­wił się, wy­cią­ga­jąc do mnie rękę.

Spoj­rza­łam na jego dłoń, póź­niej w jego lekko zmru­żone, nie­bie­skie oczy. Miał się za gwiazdę i przy­pusz­czal­nie nikt go jesz­cze nie wy­pro­wa­dził z błędu. Za­ło­ży­łam ra­miona na piersi, cho­wa­jąc pięść ze zgnie­cioną kartką pod pa­chę. Wy­pro­sto­wa­łam się, uno­sząc dum­nie głowę. Chcia­łam mu w ten spo­sób po­ka­zać, że ze mną nie warto po­gry­wać.

- To twój pierw­szy dzień, więc nie dzi­wię się, że je­steś tro­szeczkę po­gu­biona. Po­zwól, że wy­ja­śnię ci kilka pod­sta­wo­wych re­guł. - Ten im­per­ty­nencki gno­jek ob­jął mnie ra­mie­niem, jak­by­śmy byli naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, po czym za­czął mnie pro­wa­dzić w stronę ko­ry­ta­rza.

Od razu, gdy opu­ści­li­śmy salę lek­cyjną, wy­mknę­łam się z jego uści­sku, co w ogóle mu się nie spodo­bało.

- O co ci cho­dzi, ma­leńka?

- Na­zwij mnie tak jesz­cze raz, a przy­się­gam, że zła­mię ci nos - ostrze­głam śmier­tel­nie po­waż­nie.

- O, jaka na­rwana, po­doba mi się to.

Od­wró­ci­łam się na pię­cie, po­de­szłam do ko­sza i wy­rzu­ci­łam po­mięty ry­su­nek.

- Wsta­łaś dziś lewą nogą czy zimna suka to twój stały stan? - za­śmiała się ja­kaś dziew­czyna.

Ktoś inny wy­cią­gnął kartkę ze śmiet­nika, roz­ło­żył ją i wy­szcze­rzył zęby.

- Toż to istne dzieło sztuki! - stwier­dził, pre­zen­tu­jąc ry­su­nek to­wa­rzy­szą­cym nam uczniom. - Pro­po­no­wał­bym umie­ścić w szkol­nej ga­blotce.

- Da­waj to, mam ta­śmę kle­jącą! - ode­zwała się sto­jąca obok mnie blon­dynka.

- Od­biło wam? - Chcia­łam wy­rwać jej z rąk ry­su­nek, ale Ben za­stą­pił mi drogę, pa­trząc na mnie w taki spo­sób, jak­bym to ja po­stra­dała ro­zum.

- Co ci to prze­szka­dza? Tylko ro­bimy so­bie nie­winne żarty. Poza tym ani razu nie skła­ma­łem. Bec­ker to ciota, ma na­wet swo­jego chłop­ta­sia. Pech chciał, że mu­sieli się roz­stać. Za­łożę się, że be­czał przez co naj­mniej ty­dzień...

- Na­wet je­śli jest ge­jem, nie ro­zu­miem, co w tym śmiesz­nego. To ża­den po­wód, by się z niego na­bi­jać.

- Wy­lu­zuj, mała, złość pięk­no­ści szko­dzi. Żal by było ta­kiej ślicz­nej buźki.

Chciał mnie do­tknąć, więc po­spiesz­nie się od­su­nę­łam. W tle sły­sza­łam roz­ba­wioną gro­madkę dzie­cia­ków i by­łam pewna, że wła­śnie zre­ali­zo­wali swój plan przy­wie­sze­nia tych okrop­nych ba­zgro­łów w ga­blotce.

- W so­botę jest im­prezka u Fe­liksa. - Ben nie­spo­dzie­wa­nie zmie­nił te­mat. - By­łoby faj­nie, jak­byś wpa­dła. Za­po­znam cię z na­szą paczką.

- Skąd po­mysł, że chcę was po­znać?

- Słodka je­steś. - Znów ob­jął mnie ra­mie­niem.

Wszyst­kie moje mię­śnie spięły się w ułamku se­kundy.

- Bez nas zgi­niesz - oświad­czył, uśmie­cha­jąc się do mnie szel­mow­sko.

Nie po­wiem, był cho­ler­nie przy­stojny, ale za to miał pa­skudny cha­rak­ter. Ta­kie piękne, czer­wo­niut­kie, lecz ro­ba­czywe jabłko.

Ko­lejną pauzę, tę dwu­dzie­sto­mi­nu­tową, spę­dzi­li­śmy na dwo­rze, sie­dząc na scho­dach i ga­da­jąc o wszyst­kim i o ni­czym. Z tym że głów­nie ga­dał Ben, a jego nie­od­łączni kom­pani przy­ta­ki­wali mu jak stado bez­mó­zgich ba­ra­nów. Nie czu­łam się kom­for­towo w ich to­wa­rzy­stwie, ale za­uwa­ży­łam, że dzięki temu od­wró­ci­łam ich uwagę od szy­ka­no­wa­nego chło­paka. Nie mia­łam po­ję­cia, gdzie on spę­dzał prze­rwy. Do­słow­nie wy­bie­gał z klasy po każ­dym dzwonku, zni­ka­jąc jak ja­kiś ninja.

Roz­dział 2

Jace

Wbrew po­zo­rom to był na­prawdę do­bry dzień. Nie mo­głem so­bie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio mia­łem tyle luzu w szkole. Do­sko­nale wie­dzia­łem, komu za­wdzię­czam te chwile bez­tro­ski. Ben i jego klika za­jęli się nową, któ­rej na ra­zie nie po­tra­fi­łem roz­gryźć.

Na pierw­szy rzut oka May wy­da­wała się do­kład­nie taka jak reszta mo­jej klasy. Jej di­zaj­ner­skie ciu­chy aż krzy­czały, że ro­dzice dziew­czyny do­brze za­ra­biają, do tego no­siła per­fek­cyj­nie uło­żone włosy i de­li­katny, pod­kre­śla­jący urodę ma­ki­jaż. Była nie­malże ide­alna, więc w ogóle mnie nie zdzi­wiło, że Schne­ider tak się nią za­in­te­re­so­wał.

W chwili, gdy za­jęła miej­sce w mo­jej ławce, Ben aż się za­go­to­wał ze zło­ści. Na­ry­so­wany przez niego ob­ra­zek za­pewne na­wet w ma­łym stop­niu nie zre­kom­pen­so­wał mu tej znie­wagi, ale za to wy­wo­łał na jego wred­nej gę­bie sze­roki uśmiech.

Nie­na­wi­dzi­łem, gdy ob­ra­żali mo­jego przy­ja­ciela. Mo­gli wy­ży­wać się na mnie, do tego zdą­ży­łem już przy­wyk­nąć, ale Re­iner nie za­słu­żył so­bie na ta­kie trak­to­wa­nie. Gdyby był na moim miej­scu, obiłby Schne­ide­rowi dziób i do­pil­no­wał, żeby taka sy­tu­acja ni­gdy się nie po­wtó­rzyła. Ale ja nie by­łem jak on. Po­tra­fi­łem tylko ucie­kać i cho­wać się przed kło­po­tami, a kiedy spy­chano mnie na gra­nicę wy­trzy­ma­ło­ści, od­szcze­ki­wa­łem się, co tylko po­gar­szało moją sy­tu­ację.

- Jak było w szkole? - Mama po­sta­wiła na stole ta­lerz z ka­nap­kami i usia­dła na­prze­ciwko.

- Jak zwy­kle nudno - oświad­czyła sio­stra. - Ej, Re­ini o cie­bie py­tał. Ma­cie się spo­tkać w so­botę u babci?

Przy­tak­ną­łem.

- Biedny chło­pak - sko­men­to­wał tata, do­le­wa­jąc so­bie go­rą­cej her­baty.

- Pew­nie cią­gle jest mu bar­dzo trudno. - Mama po­krę­ciła głową, wy­raź­nie po­chmur­nie­jąc.

Ro­dzice moi i Re­inera od lat byli do­brymi zna­jo­mymi, dla­tego tra­giczny wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy, śmierć pana Schwa­rza i zły stan jego żony wstrzą­snęły całą na­szą ro­dziną. Sta­ra­łem się być twardy i wspie­rać przy­ja­ciela, mimo że cza­sami po­cie­sze­nie go gra­ni­czyło z cu­dem. Był bar­dzo przy­wią­zany do swo­jej matki, a ona le­żała te­raz przy­kuta do łóżka, wal­cząc o każdy ko­lejny dzień.

Ni­gdy nie za­po­mnę pustki w jego oczach, kiedy spusz­czono trumnę z jego tatą do grobu. Ba­łem się, że go stracę, a prze­cież był dla mnie jak ro­dzony brat. Nie mo­głem do tego do­pu­ścić.

- Pa­mię­tasz Mię? - za­py­tała mnie Sa­brina. - Wy­gląda na to, że Re­iner się w niej za­bu­jał. Za­łożę się, że ci dwoje będą parą jesz­cze przed za­koń­cze­niem roku.

Też mi nie­spo­dzianka. Ruda in­te­re­so­wała się moim kum­plem już w Grund­schule i tylko ślepy by tego nie za­uwa­żył. No do­bra... ślepy i Re­iner.

- Po­my­śla­łam, że mo­żemy ją za­pro­sić na moje uro­dziny, to już za dwa mie­siące! - cią­gnęła da­lej sio­stra.

- Bła­gam cię, nie baw się w swatkę. - Rzu­ci­łem jej wy­mowne spoj­rze­nie.

- Cza­sami szczę­ściu trzeba po­móc.

- A jak mi­nął twój pierw­szy dzień? - Mama za­częła mi się wni­kli­wie przy­glą­dać.

- W po­rządku - od­po­wie­dzia­łem bez wa­ha­nia, przy­kle­ja­jąc uśmiech, który z po­zoru miał wy­glą­dać na­tu­ral­nie, choć w rze­czy­wi­sto­ści wcale taki nie był.

- Jak zwy­kle ga­da­tliwy - pod­su­mo­wała z iro­nią Sa­brina.

- Jedna ga­duła w ro­dzi­nie w zu­peł­no­ści wy­star­cza - od­cią­łem się zło­śli­wie.

Po od­ro­bie­niu lek­cji wzią­łem prysz­nic, prze­bra­łem się w pi­żamę i po­ło­ży­łem na łóżku ze słu­chaw­kami w uszach. Zga­si­łem świa­tło, za­mkną­łem oczy i wsłu­cha­łem się w ostre ka­wałki ze­społu Bul­let for My Va­len­tine.

Od­kąd skoń­czy­łem dzie­sięć lat, mia­łem po­ważne pro­blemy z za­sy­pia­niem. Na­wet gdy by­łem wy­czer­pany i pa­da­łem ze zmę­cze­nia. Oba­wia­łem się kosz­ma­rów, w któ­rych na nowo prze­ży­wa­łem naj­gor­sze chwile swo­jego ży­cia. Nie wy­star­czało, że mnie szy­ka­no­wano i po­ni­żano w szkole, nocą wszystko wra­cało i to ze zdwo­joną siłą. Gdy­bym tylko mógł, w ogóle prze­stał­bym sy­piać.

Za­sta­na­wia­łem się, co mnie czeka ju­tro. Czy nowa znów usią­dzie w mo­jej ławce? A może Ben i jego banda opo­wie­dzieli jej wy­star­cza­jąco dużo obrzy­dli­wych hi­sto­ry­jek, by trzy­mała się ode mnie z da­leka? I czy uwie­rzyła w ich opo­wie­ści?

Nie chcia­łem ro­bić so­bie na­dziei, że coś może się zmie­nić, a jed­nak ja­kaś mała część mnie ubz­du­rała so­bie, że May wi­działa we mnie ko­goś wię­cej niż wdep­taną psy­chicz­nie w pod­łogę ofiarę losu.

Uni­ka­łem au­to­bu­sów szkol­nych. Jeź­dzi­łem nimi tylko wtedy, gdy po­goda nie da­wała mi wy­boru. Zwy­kle bu­dzi­łem się go­dzinę wcze­śniej i całą drogę po­ko­ny­wa­łem pie­szo lub na ro­we­rze. Nie­stety tego dnia lało i wiał po­ry­wi­sty wiatr.

Cze­ka­jąc na przy­stanku, wsłu­chi­wa­łem się w mu­zykę roz­brzmie­wa­jącą w słu­chaw­kach. Co chwilę przy­gry­za­łem dolną wargę, nie mo­gąc prze­stać my­śleć o tym, ja­kie atrak­cje przy­go­to­wano dla mnie tym ra­zem. By­łem w sta­nie znieść na­prawdę wiele, ale ja także mia­łem gra­nicę wy­trzy­ma­ło­ści.

Na­cią­gną­łem sze­roki kap­tur bluzy, opusz­cza­jąc go aż do na­sady nosa, za­su­ną­łem za­mek skó­rza­nej kurtki i wsze­dłem do au­to­busu. Naj­chęt­niej za­jął­bym miej­sce za­raz obok kie­rowcy, może wtedy Ben i jego paczka zo­sta­wi­liby mnie w spo­koju. Szkoda, że pan Frank jesz­cze ani razu mi na to nie po­zwo­lił. Nie lu­bił to­wa­rzy­stwa dzie­cia­ków... aż dziw brał, że zde­cy­do­wał się na taką, a nie inną pracę.

- Na co cze­kasz, sia­daj na tyłku! - po­go­nił mnie otyły męż­czy­zna.

- Panu rów­nież ży­czę mi­łego dnia - po­wie­dzia­łem sar­ka­stycz­nie.

W uszach po­ja­wił mi się zna­jomy pisk, a gdy roz­po­zna­łem za­gro­że­nie, serce przy­spie­szyło tempa. Utkwiw­szy spoj­rze­nie w czub­kach swo­ich gla­nów, sta­wia­łem krok za kro­kiem, okła­mu­jąc w my­ślach sa­mego sie­bie, że dziś da­dzą mi spo­kój.

Zła­pa­łem się sta­lo­wej po­rę­czy, wolną ręką po­cią­gną­łem za kra­wędź kap­tura, jesz­cze bar­dziej za­sła­nia­jąc twarz.

- Co jest, cioto? Nie sia­dasz? Dup­sko boli? - Ben nie omiesz­kał się ze mną przy­wi­tać, a cała reszta za­akom­pa­nio­wała mu grom­kim śmie­chem.

Za­drżała mi górna warga i za­nim zdą­ży­łem się od tego po­wstrzy­mać, unio­słem rękę, po­ka­zu­jąc gno­jowi środ­kowy pa­lec.

- Śmier­dzący pe­dał! - wark­nął Schne­ider.

Rap­tow­nie ze­rwał się z fo­tela, chwy­cił mnie za fraki i nie zwa­ża­jąc na pro­wa­dzą­cego po­jazd do­ro­słego, ude­rzył ko­la­nem w brzuch, a kiedy się sku­li­łem, po­pra­wił łok­ciem w plecy.

- Tam jest twoje miej­sce, cwelu, na ziemi, ra­zem z ro­ba­kami! I nie wsta­waj, do­póki ci nie po­zwolę! - roz­ka­zał to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

Nie mia­łem za­miaru obe­rwać ko­lejny raz, więc nie zo­stało mi nic in­nego, jak po­słu­chać. Klę­cza­łem przed tym dup­kiem, drżąc z wście­kło­ści i bez­rad­no­ści. Chciało mi się pła­kać i śmiać. Sam nie ro­zu­mia­łem roz­sa­dza­ją­cych mnie emo­cji.

Maya

- Có­ruś, wsta­waj! Tata już dawno jest go­towy!

Mało co nie do­sta­łam za­wału, czu­jąc na karku lo­do­wate palce, jak się po chwili oka­zało, na­le­żące do mo­jej ro­dzi­cielki. Wcią­ga­jąc z sy­kiem po­wie­trze, ze­rwa­łam się z łóżka i pra­wie przy­ła­do­wa­łam głową w jej szczękę.

- Co? Prze­cież... Ja­kim cu­dem? Głupi bu­dzik! - Prze­cze­sa­łam zmierz­wione włosy, po­tar­łam twarz i z kwa­śną miną skon­tro­lo­wa­łam go­dzinę na no­wiu­sień­kiej no­kii. - Szlag!

- Maya! - za­grzmiała moja ko­chana mama.

- Już po­je­chał? Za­raz się prze­biorę, daj mi pięć... nie, dzie­sięć mi­nut.

- Masz cztery! - Do­szedł mnie głos ojca.

- Sche­iße3, Sche­iße, Sche­iße, Sche­iße!

- Jesz­cze jedno Schei... - Mama nie do­koń­czyła, ale za to jej po­liczki aż po­czer­wie­niały. - Jesz­cze jedno prze­kleń­stwo, a nie wyj­dziesz z domu przez naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie.

W po­ry­wie gniewu już chcia­łam po­now­nie rzu­cić mię­sem, ale per­spek­tywa ki­sze­nia się w miesz­ka­niu przez całe czter­na­ście dni w ogóle mi się nie po­do­bała. Ugry­złam się w ję­zyk i z pręd­ko­ścią godną Fla­sha4 wy­sko­czy­łam z pi­żamy, za­ło­ży­łam świeże ciu­chy i znik­nę­łam w ła­zience.

Nie mia­łam czasu, by umyć włosy i zro­bić ma­ki­jaż, więc zwią­za­łam kasz­ta­nowe ko­smyki w koń­ski ogon i uma­lo­wa­łam usta błysz­czy­kiem. Nie wy­glą­da­łam źle, ale coś mi mó­wiło, że nie­które dziew­czyny z mo­jej no­wej klasy będą miały na ten te­mat inne zda­nie... Niech się walą.

Wy­bie­głam na ko­ry­tarz, wy­rwa­łam z rąk mamy po­sma­ro­wany dże­mem tost, po­dzię­ko­wa­łam i wgry­złam się w chru­piące pie­czywo, wy­cho­dząc na klatkę scho­dową, gdzie cze­kał na mnie tato.

- Ko­biety - pod­su­mo­wał, wy­wra­ca­jąc oczami, po czym dał mi ca­łusa w czoło i ra­zem ze­szli­śmy po scho­dach.

Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Tut­tlin­gen z po­wodu pracy ojca. Sta­ru­szek zaj­mo­wał się pro­gra­mo­wa­niem ma­szyn CNC. By­łam świa­doma, że nie za­ba­wimy tu­taj długo. Za ja­kiś rok mie­li­śmy wró­cić do Szwaj­ca­rii. Firma taty wy­słała go do Nie­miec, żeby przy­pil­no­wał ja­kie­goś waż­nego pro­jektu.

Po tym, jak roz­sia­dłam się na fo­telu pa­sa­żera na­szego te­re­no­wego audi, jesz­cze raz skon­tro­lo­wa­łam wy­gląd w lu­sterku sa­mo­cho­do­wym.

- Wy­glą­dasz ślicz­nie, Bien­chen5 - sko­men­to­wał tata, wy­jeż­dża­jąc z ga­rażu pod­ziem­nego.

Uśmiech­nę­łam się jed­no­cze­śnie szczę­śliwa i za­kło­po­tana. Ro­dzice na­zy­wali mnie tak, od­kąd pa­mię­tam. By­łam ich ko­chaną "psz­czółką" Mają. W kar­to­nach na stry­chu na­szego domu w Schaf­fhau­sen były scho­wane książki i prze­różne za­bawki z tej bajki: od ma­sko­tek po puz­zle. Gdy mia­łam pięć lat, mama uszyła mi na­wet ko­stium i od tego czasu więk­szość człon­ków mo­jej ro­dziny, jak tylko mnie zo­ba­czy, za­czyna gło­śno bzy­czeć.

- Wczo­raj nie mie­li­śmy oka­zji po­ga­dać. - Tata za­trzy­mał się na czer­wo­nym świe­tle i rzu­cił mi krót­kie spoj­rze­nie. - Mam na­dzieję, że u cie­bie wszystko do­brze? Po­zna­łaś ja­kieś fajne ko­le­żanki?

- Za rok wró­cimy do Szwaj­ca­rii, nie wi­dzę sensu w szu­ka­niu no­wych przy­ja­ciół.

- Masz mi za złe tę prze­pro­wadzkę. My­śla­łem, że wszystko so­bie wy­ja­śni­li­śmy i...

- To nie tak! - prze­rwa­łam mu, si­ląc się na uśmiech. - Jest spoko, choć nie­któ­rzy zdą­żyli mi już zajść za skórę.

Sta­ru­szek za­śmiał się gło­śno, a kiedy za­świe­ciło zie­lone, ru­szył w kie­runku Re­al­schule.

- Nie ma to jak do­bre pierw­sze wra­że­nie - oświad­czył.

- Mogę cię o coś za­py­tać? - Spo­chmur­nia­łam, co od razu za­uwa­żył, bo rów­nież przy­brał po­sępną minę.

- Oczy­wi­ście, Bien­chen.

- Co byś zro­bił, gdyby ktoś, a ra­czej wię­cej kto­siów, do­ku­czało słab­szemu na two­ich oczach?

- Ktoś ci do­ku­cza?

Mo­głam się do­my­ślić, że od­bie­rze to w ten spo­sób. Każdy, kto choć tro­chę mnie znał, wie­dział, że by­łam có­reczką ta­tu­sia. Ko­cha­łam tego zwa­rio­wa­nego sta­ruszka i choć nie­któ­rzy uwa­żali to za dziwne, ła­twiej mi było roz­ma­wiać z nim niż z mamą.

- Nie cho­dzi o mnie - wy­ja­śni­łam, na co uniósł brew i zer­k­nął w moją stronę z nie­do­wie­rza­niem. - Od­po­wiesz mi?

- Wsta­wił­bym się za tym bie­da­kiem. Gnę­bie­nie słab­szych jest ob­ja­wem tchó­rzo­stwa i ni­skiej sa­mo­oceny. Lu­dzie, któ­rzy do­pusz­czają się ta­kich rze­czy, czę­sto szu­kają uwagi, chcą być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia i nie zwa­żają na to, że spra­wiają ból in­nym. A wy­star­czy­łoby tro­chę wię­cej em­pa­tii.

Mó­wił tak, jakby sam do­świad­czył cze­goś po­dob­nego, co odro­binę mnie za­nie­po­ko­iło. Za­nim jed­nak zdą­ży­łam wy­cią­gnąć od niego wię­cej in­for­ma­cji, za­trzy­mał się na szkol­nym par­kingu.

- Na pewno wszystko u cie­bie w po­rządku? - Tata po­ło­żył mi rękę na udzie, po­wstrzy­mu­jąc od wyj­ścia z auta.

- Nie mu­sisz się o mnie mar­twić, dam radę. Kto jak nie ja?

- Ale w ra­zie, jakby coś... Pa­mię­taj, że mo­żesz mi o wszyst­kim po­wie­dzieć, okej?

Na­chy­li­łam się i mocno go przy­tu­li­łam, był ko­chany i nie za­mie­ni­ła­bym go na ni­kogo in­nego.

- Wi­dzimy się w domu - po­że­gna­łam się.

- Bien­chen.

- Tak?

- Masz dżem na bro­dzie.

Zdą­ży­łam na za­ję­cia w ostat­nim mo­men­cie. Nie zna­łam jesz­cze babki od an­glika, ale z tego, co opo­wia­dała Klara, wy­ni­kało, że na­le­żała ona do grona sym­pa­tycz­niej­szych na­uczy­cieli.

We­szłam do sali i szybko ru­szy­łam w stronę ostat­niej ławki. Dziew­czyny z grupy Bena po­ma­chały do mnie, ge­sty­ku­lu­jąc, że­bym do­sia­dła się do któ­rejś z nich. Uśmiech­nę­łam się, ale za­ję­łam miej­sce obok chło­paka, któ­rego imie­nia nie zna­łam.

- Hej. - Szturch­nę­łam go łok­ciem, czego pra­wie na­tych­miast po­ża­ło­wa­łam.

Bru­net wzdry­gnął się tak mocno, jak­bym przy­ło­żyła mu pię­ścią w twarz.

- Mam na imię May - przed­sta­wi­łam się na wy­pa­dek, gdyby nie pa­mię­tał. - A ty?

Spoj­rzał na mnie sze­roko otwar­tymi oczami i chyba nie był pe­wien, co zro­bić. Pro­mie­nie świa­tła za­tań­czyły w jego zie­lo­nych tę­czów­kach, spra­wia­jąc, że nie mo­głam ode­rwać od nich wzroku. Było w nich coś wy­jąt­ko­wego i tak in­ten­syw­nego, że za­pra­gnę­łam wię­cej. Nie ob­cho­dziły mnie ci­che śmie­chy w tle ani ob­raź­liwe do­cinki szep­tane przez część klasy. Chcia­łam po­znać tego chło­paka. Prze­ko­nać się, jaki był na­prawdę.

- Jace? - od­po­wie­dział py­ta­jąco, wy­wo­łu­jąc na mo­jej twa­rzy de­li­katny uśmiech.

Chcia­łam po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale za­nim to zro­bi­łam, próg po­miesz­cze­nia prze­kro­czyła na­uczy­cielka. W trak­cie lek­cji prze­ko­na­łam się, że pani Her­furth oka­zała się do­kład­nie taka, jak ją so­bie wy­obra­ża­łam. Miła i uprzejma, ale kiedy trzeba było, po­tra­fiła także upo­mnieć i przy­wo­łać nie­po­słusz­nych uczniów do po­rządku. Klasa ją sza­no­wała, co było godne po­dziwu. To były pierw­sze za­ję­cia, na któ­rych nikt nie za­cze­pił sie­dzą­cego przy mnie chło­paka. Pierw­sze, na któ­rych czu­łam się na­prawdę do­brze.

Pięć po dzie­sią­tej za­częła się długa pauza. Jace znów znik­nął mi z oczu, a Ben wraz ze swoją paczką oto­czyli mnie na ko­ry­ta­rzu, za­sy­pu­jąc py­ta­niami:

- Jak bę­dzie z tą so­botą? Mam na­dzieję, że wpad­niesz?

- Mogę po cie­bie pod­je­chać, mój brat ma prawko.

- Będą pro­centy i może coś eks­tra.

- Ka­me­ralna at­mos­fera, tylko naj­lepsi z naj­lep­szych!

- Może się po­ja­wię - od­po­wie­dzia­łam, żeby ich zbyć, ale prawda była taka, że nie bar­dzo cią­gnęło mnie na tę im­prezę.

- Po­ka­żemy ci, jak pić, tań­czyć i do­brze się ba­wić - oświad­czył Ben, usta­wia­jąc się tuż za mo­imi ple­cami.

Kiedy uło­żył dło­nie po obu stro­nach mo­ich bio­der, po­sta­wi­łam krok do przodu. Nie chcia­łam, żeby mnie do­ty­kał. W ogóle się nie zna­li­śmy!

- Wiesz, że nie mu­sisz sie­dzieć obok tego fra­jera? - ode­zwała się na­gle Le­oni, ni­ska, ru­do­włosa dziew­czyna, trzy­ma­jąca dłoń Alana.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego mia­ła­bym się prze­sia­dać. - Wy­pro­sto­wa­łam się i zmie­rzy­łam ją gniew­nym spoj­rze­niem.

- Daj­cie jej spo­kój. - Ben mach­nął ręką. - Ale nie mów, że cię nie ostrze­ga­li­śmy, jak ob­lezą cię wszy! - zwró­cił się do mnie.

Zi­gno­ro­wa­łam go. Ku mo­jej ucie­sze, roz­mowa szybko ze­szła na inny te­mat. Dziew­czyny opo­wia­dały, co za­łożą na so­bot­nią im­prezę, chło­paki, jak dużo al­ko­holu są w sta­nie wy­doić i ile la­sek za­li­czyć.

Mie­li­śmy po szes­na­ście lat i chyba każdy z nas już nie­raz my­ślał o sek­sie. Ja nie czu­łam się go­towa na ten krok, poza tym nie było mi jesz­cze dane spo­tkać ko­goś od­po­wied­niego. W Szwaj­ca­rii zna­łam kilku chło­pa­ków, któ­rzy bar­dzo mi się po­do­bali, ale prze­cież nie cho­dziło wy­łącz­nie o wy­gląd. Szu­ka­łam ko­goś wy­jąt­ko­wego. Ko­goś, w kim mo­gła­bym za­to­nąć i przy kim nie mu­sia­ła­bym ni­czego uda­wać.

Po prze­rwie wró­ci­li­śmy na za­ję­cia. Jace nie ode­zwał się do mnie ani sło­wem. Nie do końca wie­dzia­łam, czy nie chciał ze mną ga­dać, czy po pro­stu cie­szył się, że dano mu tro­chę prze­strzeni. Ben spę­dzał każdą pauzę ze mną, a zwa­żyw­szy na fakt, że nie mógł być w dwóch miej­scach jed­no­cze­śnie, śmiało wy­wnio­sko­wa­łam, że nie zro­bił ni­czego głu­piego i zo­sta­wił Jace'a w spo­koju.

Lek­cje skoń­czyły się dziś wcze­śniej, bo przed czter­na­stą. Za­nim opu­ści­łam bu­dy­nek, wyj­rza­łam przez okno. Deszcz prze­stał pa­dać kilka go­dzin temu, a niebo ozdo­biła prze­piękna tę­cza. Reszta dnia za­po­wia­dała się sło­necz­nie, co wpra­wiło mnie w do­bry na­strój. Jesz­cze nie mia­łam oka­zji, by po­znać Tut­tlin­gen. Tata koń­czył pracę do­piero po pięt­na­stej, więc po­sta­no­wi­łam na­pi­sać mu SMS-a, w któ­rym da­łam znać, że będę się szla­jać po rynku, a wpół do czwar­tej chcę się z nim spo­tkać w pu­bie, gdzie - jak twier­dził - ro­bią naj­lep­sze ke­baby w mie­ście.

Za­rzu­ci­łam ple­cak na ra­mię i ze­szłam do szatni. Na scho­dach za­trzy­mała mnie Klara, twier­dząc, że musi mi coś ko­niecz­nie po­ka­zać. Wzru­szy­łam ra­mio­nami. Mia­łam jesz­cze wy­star­cza­jąco dużo czasu, by móc chwilę z nią po­ga­dać. Za­wró­ci­łam i ra­zem z blon­dynką usia­dły­śmy pod ścianą, obok świe­tlicy.

Jace

Wy­ją­łem z szafki w szatni skó­rzaną kurtkę, prze­wie­si­łem ją przez ra­mię i wło­ży­łem słu­chawki do uszu. Włą­czy­łem mu­zykę na od­twa­rza­czu mp3, mocno po­gła­śnia­jąc. Nie po­mo­gło. I tak sły­sza­łem głosy, za­równo te rze­czy­wi­ste, jak i wy­ima­gi­no­wane. Prze­zwi­ska, do­cinki, śmie­chy...

Zmierz­wi­łem włosy tak, by gę­sta grzywka za­sło­niła mi oczy. Nie mo­głem stać się nie­wi­dzialny, co nie ozna­czało, że nie pró­bo­wa­łem. Po­pra­wi­łem ple­cak, od­cią­ga­jąc my­śli od szy­ka­nu­ją­cych mnie idio­tów i skie­ro­wa­łem się do wyj­ścia.

- A to­bie gdzie tak spieszno?

Za­mkną­łem oczy i chcia­łem wziąć głę­boki wdech, ale nie mo­głem. Mia­łem wra­że­nie, że coś przy­gnio­tło moją prze­ponę. Wszystko we mnie krzy­czało, bym ucie­kał. Co z tego, skoro stopy były jak przy­kle­jone do pod­łogi? Nie mo­głem się ru­szyć, nie mo­głem krzy­czeć, nie mo­głem zro­bić nic. Za­sty­głem, a moje serce sza­leń­czo obi­jało się w klatce pier­sio­wej, jakby chciało wy­sko­czyć na ze­wnątrz.

Zmu­si­łem się do uchy­le­nia po­wiek, a kiedy od­na­la­złem spoj­rze­niem Bena, Fe­liksa, Alana i Pe­tera, wie­dzia­łem, że nie opusz­czę szkoły bez ko­lej­nych si­nia­ków.

- Ani tro­chę mi się nie po­doba, że krę­cisz się koło tej no­wej. Trzy­maj się od niej z da­leka! - roz­ka­zał Schne­ider, co to­tal­nie mnie roz­ba­wiło, bo prze­cież zdą­ży­łem się wspo­mnia­nej dziew­czy­nie je­dy­nie przed­sta­wić.

Po­wstrzy­ma­łem się od śmie­chu, ale nie od kpią­cego wes­tchnie­nia. Błąd! Chło­paki na­tych­miast do mnie pod­bie­gły, je­den wy­rwał mi ple­cak i wy­rzu­cił jego za­war­tość, drugi zła­pał mnie od tyłu, a trzeci ze­rwał kap­tur z głowy i szarp­nął za włosy, zwra­ca­jąc twarz w stronę ich li­dera. Słu­chawki wy­pa­dły mi z uszu.

Wy­ry­wa­nie się nie miało sensu. Mu­sia­łem to po pro­stu prze­trwać. Za­cze­kać, aż wy­ła­dują na mnie fru­stra­cję i gniew, a póź­niej za­po­mnieć. Nie było in­nego wyj­ścia. Nikt się za mną nie wstawi, nikt ich nie po­wstrzyma. By­łem tylko ja i pa­ra­li­żu­jący mnie strach.

- Masz się nie zbli­żać do May! Zo­staw tę pannę w spo­koju! - Ben za­ci­snął pięść i ude­rzył mnie w brzuch.

Zgią­łem się z bólu wpół, ale jego ko­leżka przy­pil­no­wał, bym wró­cił do po­przed­niej po­zy­cji. Na­gle ogar­nął mnie bez­gra­niczny gniew i choć by­łem świa­domy, że dys­ku­to­wa­nie z tym gnoj­kiem skoń­czy się więk­szym la­niem, nie po­tra­fi­łem trzy­mać gęby na kłódkę.

- Py­ta­nie, czy ona bę­dzie chciała zo­sta­wić w spo­koju mnie. Jak my­ślisz?

Twarz Schne­idera bły­ska­wicz­nie zro­biła się czer­wona, a jego pięść po­wę­dro­wała na spo­tka­nie z moim po­licz­kiem.

- Bi­jesz jak baba - stwier­dzi­łem, na­stęp­nie prze­je­cha­łem ję­zy­kiem po zę­bach, z ulgą re­je­stru­jąc, że wszyst­kie znaj­do­wały się na miej­scu.

By­łem na­prawdę do­bry w pro­wo­ko­wa­niu. Cza­sami tylko dzięki temu na­dal trzy­ma­łem się na no­gach. Ba­łem się tych dup­ków i oni do­sko­nale o tym wie­dzieli, a słowa sta­no­wiły moją je­dyną broń. Zwy­kle uda­wało mi się mil­czeć, ale kiedy miarka się prze­bie­rała, wy­bu­cha­łem jak wul­kan i było mi wszystko jedno, ile razy mnie zdzielą.

- Chłopcy prze­stali ci wy­star­czać, szmato? - za­py­tał, znów ude­rza­jąc, tym ra­zem w że­bra. Nie wło­żył w to ca­łej siły, ha­mo­wał się. Przy­pusz­czal­nie nie chciał prze­giąć i stra­cić swo­jego worka do bi­cia.

Po­wód, dla któ­rego po­sta­no­wił mi do­ło­żyć, był śmieszny i zu­peł­nie nie­po­ważny, ale Ben po­tra­fił mnie sko­pać na­wet za to, że od­dy­cha­łem tym sa­mym po­wie­trzem co on. Każdy pre­tekst do przy­ło­że­nia mi był wy­star­cza­jąco do­bry.

Wąt­pi­łem, by May się mną in­te­re­so­wała. Przy­pusz­czal­nie wy­brała moją ławkę, bo było jej mnie żal. Ta­kie dziew­czyny jak ona nie oglą­dały się za prze­gra­nymi. Ży­wi­łem prze­ko­na­nie, że wy­trwa w swoim po­sta­no­wie­niu góra kilka ty­go­dni, po czym prze­sią­dzie się do ko­goś in­nego.

- Nie zbli­żaj się do niej - po­wtó­rzył Ben, wy­mie­rza­jąc mi jesz­cze je­den cios.

Przy­trzy­mu­jący mnie Fe­lix za­re­cho­tał tuż obok mo­jego ucha, po czym po­pchnął mnie tak, że upa­dłem na ko­lana. Ale to im nie wy­star­czyło. Ktoś kop­nął mnie w plecy, a póź­niej na­ci­snął stopą, aż do­tkną­łem twa­rzą pod­łogi.

- Je­steś ni­kim, nie wiem, po co ty tu w ogóle przy­cho­dzisz. By­łoby le­piej, gdy­byś się po­wie­sił.

- No co ty, nie zro­bię ci tego - rzu­ci­łem. - Za bar­dzo byś za mną tę­sk­nił.

Kop­niak w bok ode­brał mi na kilka se­kund dech. Prze­wró­ci­łem się na plecy, sy­cząc z bólu i za­czą­łem się hi­ste­rycz­nie śmiać. Nie lu­bili tego, ale ten od­ruch był sil­niej­szy ode mnie. Kiedy czu­łem, że zbli­żam się do gra­nicy wy­trzy­ma­ło­ści, cał­ko­wi­cie tra­ci­łem kon­trolę.

- Chory po­jeb! - ryk­nął na po­że­gna­nie Schne­ider.

Ktoś na mnie splu­nął, inny kop­nął w nogi. Nie wsta­łem, do­póki nie na­bra­łem pew­no­ści, że so­bie po­szli.

Maya

Kiedy prze­glą­da­jąca "Bravo"6 Klara za­częła się do­słow­nie roz­pły­wać z za­chwytu nad jed­nym z wo­ka­li­stów US57, po­de­szła do nas grupka chło­pa­ków z klasy. Dziew­czyna za­mknęła cza­so­pi­smo i scho­wała je do ple­caka. Ode­tchnę­łam z ulgą, bo mia­łam już dość tej bez­sen­sow­nej pa­pla­niny. Po pierw­sze nie prze­pa­da­łam za tego typu mu­zyką, po dru­gie za­czy­nało mnie mdlić od wy­słu­chi­wa­nia jej wzdy­chań. Okej, Ri­chie8 był ni­czego so­bie, ale to tylko wy­gląd. Poza tym Ben był prak­tycz­nie jego ła­twiej do­stępną ko­pią. Cie­kawe, czy Klara pod­ko­chi­wała się także w nim?

- Co tam? - Fe­lix mru­gnął do sie­dzą­cej obok mnie blon­dynki.

- Mam ochotę na loda - oświad­czyła, a po jej mi­nie wy­wnio­sko­wa­łam, że wcale nie cho­dziło o zimny de­ser.

- Spa­dajmy stąd! - Ką­cik ust Fe­liksa po­wę­dro­wał w górę. Chło­pak wy­cią­gnął rękę do Klary i po­mógł jej wstać, po czym ra­zem znik­nęli, na­wet się nie że­gna­jąc.

- A ty? - za­py­tał mnie Ben.

- Co ja?

- Masz ochotę na loda?

Wy­wró­ci­łam oczami, pod­no­sząc się z miej­sca. Po­pra­wi­łam włosy i po­kle­pa­łam Bena po ra­mie­niu, si­ląc się przy tym na uśmiech.

- Oba­wiam się, że nie masz ta­kiego, który by mi po­sma­ko­wał. - Pu­ści­łam do niego oczko, po­ma­cha­łam i ode­szłam, nie re­agu­jąc na jego gło­śne na­rze­ka­nie i pro­te­sty.

Cza­sami się za­sta­na­wia­łam, czy na­sto­letni fa­ceci rze­czy­wi­ście my­ślą wy­łącz­nie o sek­sie. Nie po­trze­bo­wa­łam tego, a przy­naj­mniej nie w tam­tym mo­men­cie. Ma­rzy­łam o czymś praw­dzi­wym, głę­bo­kim... i by­łam pewna, że zdo­by­cie tego gra­ni­czyło z cu­dem.

Scho­dząc do szatni, usły­sza­łam sze­lest i ci­cho wy­ma­wiane prze­kleń­stwa. W pierw­szej chwili nie roz­po­zna­łam głosu, ale kiedy po­dą­ży­łam za źró­dłem ha­łasu, od­kry­łam, do kogo na­le­żał. Za­ci­snę­łam pię­ści, zda­jąc so­bie sprawę z wła­snej na­iw­no­ści. Przez krótki mo­ment łu­dzi­łam się, że Ben zo­sta­wił Jace'a w spo­koju, ale to by­łoby zbyt piękne.

Do­tarło do mnie coś jesz­cze. Klara nie za­ga­dała mnie przy­pad­kiem. Nie chciała, że­bym na­kryła bandę na gno­je­niu chło­paka, i nie daj Boże, ich od tego po­wstrzy­mała. Po­czu­łam złość, ale nie by­łam pewna, czy bar­dziej wku­rza­łam się na Bena, czy na samą sie­bie.

Nie cze­ka­jąc, po­de­szłam do klę­czą­cego na pod­ło­dze bru­neta, który cho­wał do ple­caka po­roz­rzu­cane książki i ze­szyty. Po­mo­głam mu bez słowa, a kiedy skoń­czy­li­śmy i Jace chciał się pod­nieść, z jego ust wy­do­było się ci­che syk­nię­cie.

- Coś cię boli? - za­py­ta­łam, czu­jąc się jak kom­pletna idiotka, po­nie­waż w głębi sie­bie wie­dzia­łam, że przed chwilą go po­bili.

- Py­ta­nie, co mnie nie boli - mruk­nął, a z jego ust wy­do­był się iro­niczny śmiech.

Tak, on na­prawdę się za­śmiał, a ja śmiało stwier­dzi­łam w my­ślach, że mi się to po­doba. Dawno nie sły­sza­łam cze­goś tak praw­dzi­wego i spon­ta­nicz­nego. Więk­szość lu­dzi wo­lała uda­wać, po­ka­zu­jąc in­nym ko­goś, kim wcale nie są.

- Daj mi to - roz­ka­za­łam i nie przej­mu­jąc się pro­te­stami Jace'a, chwy­ci­łam jego ple­cak.

- Nie po­win­naś mi po­ma­gać.

- A to niby dla­czego?

- To im się nie spodoba.

- No i? - Unio­słam brwi, wni­kli­wie przy­glą­da­jąc się chło­pa­kowi.

Nie chcia­łam go spło­szyć albo za­brzmieć nie­uprzej­mie. Wy­da­wał się cał­kiem faj­nym go­ściem i wbrew temu, co pró­bo­wali mi wmó­wić Ben i jego przy­ja­ciele, za­słu­gi­wał na sza­cu­nek. By­łam także prze­ko­nana, że przy nim mo­gła­bym być sobą i czuć się swo­bod­nie. Może tylko mi się zda­wało, bo prze­cież prak­tycz­nie go nie zna­łam, ale tak wła­śnie pod­po­wia­dała mi in­tu­icja.

- Wku­rzą się - pod­kre­ślił i pierw­szy raz spoj­rzał mi pro­sto w oczy.

- Mam ich w du­pie - rzu­ci­łam ostro.

- Chcesz skoń­czyć jak ja?

- To by­łoby lep­sze niż sta­nie się jedną z nich, nie są­dzisz?

Z roz­ba­wie­niem po­krę­cił głową. Gdy przy­gryzł dolną wargę, za­trzy­ma­łam się wzro­kiem na jego ustach. Były su­che i po­pę­kane, a miej­sce, które chwy­cił mię­dzy zęby, wy­glą­dało tak, jakby nie­ustan­nie się nad nim znę­cał.

- Je­steś szur­nięta - oświad­czył nie­spo­dzie­wa­nie.

- To źle?

- Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem.

Wy­szli­śmy na ze­wnątrz, ale ja nie mia­łam za­miaru się z nim roz­sta­wać. In­try­go­wał mnie do tego stop­nia, że za­pra­gnę­łam go po­znać. Tak na­prawdę po­znać, o ile on mi na to po­zwoli.

- Jest jesz­cze wcze­śnie - stwier­dzi­łam, ści­ska­jąc moc­niej szelkę jego ple­caka.

- Od­daj mi go, se­rio, za­czy­nam się głu­pio czuć. Nie je­stem nie­peł­no­sprawny.

- Tego nie po­wie­dzia­łam.

- Ale tak się za­cho­wu­jesz - burk­nął.

- Za­wsze masz z tym pro­blem? - za­py­ta­łam pro­wo­ka­cyj­nie.

- Z czym?

- Z tym, że ktoś chce ci po­móc.

Spo­waż­niał i znów przy­gryzł dolną wargę. Wy­glą­dało na to, że ten gest w pew­nym stop­niu go uspo­ka­jał.

- Od­dam ci ple­cak, je­śli ty opro­wa­dzisz mnie po mie­ście - za­pro­po­no­wa­łam.

- Ja? - Po­pa­trzył na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

- A wi­dzisz tu­taj ko­goś in­nego?

- To nie jest naj­lep­szy po­mysł - po­wie­dział, na­cią­ga­jąc kap­tur na głowę.

Aż mnie palce świerz­biły, żeby go od tego po­wstrzy­mać. Zdą­ży­łam za­uwa­żyć, że tym spo­so­bem Jace się ukry­wał. Było mi źle z my­ślą, że przy mnie także od­czu­wał dys­kom­fort. Nie­wy­klu­czone, że ro­bił to pod­świa­do­mie. Bu­do­wał wo­kół sie­bie obronny mur na wy­pa­dek, gdyby ktoś po­sta­no­wił go za­ata­ko­wać.

- Od­no­szę dziwne wra­że­nie, że wcale nie chcesz od­zy­skać ple­caka - za­żar­to­wa­łam, usi­łu­jąc roz­ła­do­wać at­mos­ferę.

- Na zwie­dze­nie ca­łego mia­sta za­bra­kłoby nam czasu, ale... Je­śli chcesz...

- A już usta­li­li­śmy, że chcę - do­koń­czy­łam po swo­jemu i pełna za­cie­ka­wie­nia za­cze­ka­łam, aż bę­dzie mó­wił da­lej.

- Czę­sto po lek­cjach cho­dzę w pewne miej­sce. Po­my­śleć. Od­po­cząć... No wiesz, ode­rwać się od... - Prze­rwał i ro­zej­rzał się, upew­nia­jąc, że nikt nas nie pod­słu­chuje. - Mo­żemy tam pójść, je­śli chcesz... - po­wtó­rzył nie­pew­nie.

- Pro­wadź.

Nie wiem, ile razy za­py­ta­łam Jace'a, czy na pewno do­brze się czuje. Nie umknęło mo­jej uwa­dze, że co ja­kiś czas ła­pał się za brzuch. Li­czy­łam, że ten spa­cer był dla niego rów­nie przy­jemny jak dla mnie. Przez całą drogę pra­wie nie roz­ma­wia­li­śmy, za­miast tego od czasu do czasu wy­mie­nia­li­śmy się spoj­rze­niami, które wy­da­wały się mieć o wiele więk­sze zna­cze­nie niż ja­kie­kol­wiek słowa.

Szli­śmy bli­sko sie­bie, cza­sami sty­ka­jąc się ra­mio­nami. Droga pro­wa­dziła pod górę, w kie­runku lasu. Na szczy­cie wznie­sie­nia skrę­ci­li­śmy w prawo, chwilę po­tem w lewo. Po­wi­tał nas śpiew pta­ków, który - w miarę jak zbli­ża­li­śmy się do celu - sta­wał się wy­raź­niej­szy.

Oto­czył mnie cha­rak­te­ry­styczny za­pach ży­wicy, igli­wia, mchu i grzy­bów. De­li­katny, rześki wiatr mu­skał moją od­sło­niętą twarz. Ob­ję­łam się ra­mio­nami, czu­jąc, jak ma­leń­kie wło­ski na mo­ich rę­kach stają dęba.

- Kurtka za ple­cak? - ode­zwał się po dłuż­szym mil­cze­niu Jace.

Przy­tak­nę­łam i od­da­łam mu ma­te­ria­łową kostkę. Za­nim na­rzu­cił mi na ra­miona swoją kurtkę, za­wa­hał się, a mię­śnie jego szczęki mocno się na­pięły.

- Coś nie tak? - za­nie­po­ko­iłam się.

- Nie, nic... Ja tylko... - Wes­tchnął gło­śno, opusz­cza­jąc cięż­kie okry­cie na moje barki.

- Cho­dzi o... - Za­sta­no­wi­łam się, czy na pewno chcę zdra­dzić mu swoje przy­pusz­cze­nia, ale szybko do­szłam do wnio­sku, że po­win­nam być wo­bec niego szczera, więc do­koń­czy­łam: - To przez tego pa­lanta ze szkoły, Bena.

Wzru­szył ra­mio­nami, a ja przy­wo­ła­łam w pa­mięci słowa Schne­idera: "Nie mów, że cię nie ostrze­ga­li­śmy, jak ob­lezą cię wszy!".

- Nie przej­muj się nimi - po­ra­dzi­łam, świa­doma, że to tylko bez­war­to­ściowe słowa, które nie po­pra­wią sy­tu­acji ­Jace'a i nie obro­nią go przed nę­ka­niem.

- Już pra­wie je­ste­śmy - oznaj­mił, nie od­no­sząc się do mo­jej wy­po­wie­dzi.

Po kil­ku­dzie­się­ciu me­trach opu­ści­li­śmy żwi­rową ścieżkę, wkra­cza­jąc na wielką po­lanę, po­środku któ­rej ro­sła ma­je­sta­tyczna se­kwoja.

- Pięk­nie tu. - Ob­ró­ci­łam się wo­kół wła­snej osi, po­dzi­wia­jąc wi­dok.

Jace zbli­żył się do po­ma­lo­wa­nej na biało drew­nia­nej ławki i oparł się o jej szcze­ble. Kiedy chcia­łam usiąść, po­wstrzy­mał mnie od tego, ła­piąc za ra­mię.

- Uwa­żaj, jest mo­kra.

- Och - mruk­nę­łam, wdzięczna, że ura­to­wał mój ty­łek przed prze­mo­cze­niem, po czym bio­rąc z niego przy­kład, rów­nież opar­łam się o jej plecki.

- Jak czę­sto tu­taj przy­cho­dzisz? - za­py­ta­łam, ob­ser­wu­jąc oto­cze­nie.

Gdy­bym miała przy so­bie apa­rat, zro­bi­ła­bym mnó­stwo zdjęć. W tym miej­scu było coś ma­gicz­nego, coś war­tego utrwa­le­nia.

- Pra­wie co­dzien­nie - przy­znał. - Po­słu­chaj, nie wiem, dla­czego to ro­bisz. Na­wet nie je­stem pe­wien, czy chcę to wie­dzieć.

Zmarsz­czy­łam czoło, nie ro­zu­mie­jąc, o co mu cho­dzi. Zer­k­nął na mnie, a kiedy do­strzegł wy­pi­sane na mo­jej twa­rzy sko­ło­wa­nie, kon­ty­nu­ował:

- Nie znam cię, a ty nie znasz mnie. Może ci się to wy­da­wać na­iwne, ale za­wsze daję lu­dziom szansę. Sta­ram się nie skre­ślać in­nych na star­cie.

- To chyba do­brze.

- Za­leży dla kogo. Dla mnie nie­ko­niecz­nie.

- Za­raz... - Ode­pchnę­łam się od ławki i usta­wi­łam przo­dem do niego. - Chyba nie są­dzisz, że ro­bię so­bie z cie­bie żarty?

- Nie wy­klu­czam tego - przy­znał otwar­cie.

- Ni­komu nie zro­bi­ła­bym ta­kiego świń­stwa!

- Do­brze.

- Mó­wię se­rio! - pod­kre­śli­łam, pró­bu­jąc od­gad­nąć jego my­śli.

Jace uśmiech­nął się le­dwo za­uwa­żal­nie, wsu­wa­jąc kciuki w kie­sze­nie czar­nych, do­pa­so­wa­nych dżin­sów.

- Prze­pro­wa­dzi­łaś się do nas ze Szwaj­ca­rii? - Jakby ni­gdy nic zmie­nił te­mat.

- Mamy dom w Schaf­fhau­sen - przy­zna­łam i po krótce opo­wie­dzia­łam mu, dla­czego za­miesz­ka­li­śmy w Tut­tlin­gen.

- Więc za rok wy­je­dziesz? - za­py­tał z trudną do zin­ter­pre­to­wa­nia miną.

- Do­kład­nie tak, dla­tego nie mam żad­nego po­wodu, żeby mu­sieć się przy­po­do­bać tym po­ze­rom. Ro­bię to, na co mam ochotę, a w tej chwili wy­da­jesz się sto razy lep­szym kan­dy­da­tem na kum­pla niż oni wszy­scy ra­zem wzięci.

Nie od­po­wie­dział, a ja nie cią­gnę­łam go za ję­zyk. Po krót­kim na­my­śle zde­cy­do­wa­łam się skie­ro­wać na­szą roz­mowę na inne tory.

- Wiesz już, co chciał­byś ro­bić po skoń­cze­niu szkoły?

- Można tak po­wie­dzieć.

- Czyli? - drą­ży­łam.

- To długa hi­sto­ria, wąt­pię, że...

- Mam czas - wtrą­ci­łam się, ale se­kundę póź­niej przy­po­mnia­łam so­bie, że umó­wi­łam się na rynku z tatą.

Ukrad­kiem spoj­rza­łam na ze­ga­rek, lekko się krzy­wiąc.

- Coś się stało? - za­py­tał.

- Nie, ale mu­szę wy­słać SMS. Daj mi chwilkę.

Wy­ję­łam ko­mórkę z ple­caka i szybko na­pi­sa­łam ojcu wia­do­mość, w któ­rej po­pro­si­łam, by się na mnie nie gnie­wał, ale spa­ce­ruję po mie­ście z ko­legą z klasy i wrócę do miesz­ka­nia przed ko­la­cją.

- Na czym skoń­czy­li­śmy? - zwró­ci­łam się do Jace'a. - Już wiem, wła­śnie chcia­łeś mi zdra­dzić, kim zo­sta­niesz w przy­szło­ści.

Za­śmiał się i to już trzeci raz, a mnie zro­biło się cie­pło na sercu.

- W przy­szłym roku chcę za­cząć szko­le­nie na stra­żaka.

- Nie pla­nu­jesz ma­tury?

- Nie jest mi po­trzebna, poza tym wąt­pię, bym wy­trzy­mał w tym pie­kle ko­lejne trzy lata.

Przy­tak­nę­łam, po­sta­na­wia­jąc nie drą­żyć te­matu wy­kształ­ce­nia.

- Dla­czego aku­rat ten za­wód? - za­py­ta­łam za­cie­ka­wiona.

- Mój przy­ja­ciel... - za­czął, na­gle smut­nie­jąc. - W ze­szłym roku spo­tkało go coś po­twor­nego. W jed­nym mo­men­cie stra­cił bar­dzo bli­ską mu osobę. Tak wła­ści­wie nie jedną. Trudno było mu się po­zbie­rać... Na­dal nie jest do­brze, ale sta­ram się go wspie­rać. Po tym, co się wy­da­rzyło, kilku stra­ża­ków od­wie­dzało go co ja­kiś czas, żeby zo­ba­czyć, jak się czuje. Nie mu­sieli tego ro­bić, a jed­nak po­świę­cali czas, by po­móc ob­cemu chło­pa­kowi. Re­iner szybko po­ko­chał człon­ków BF9 tak samo jak ja. Czę­sto jeź­dzimy do re­mizy, spę­dzamy wolne chwile z jed­nostką Scotta, stra­żaka, który do­glą­dał mo­jego przy­ja­ciela. Oni są nie­sa­mo­wici... Spra­wiają wra­że­nie nie­ustra­szo­nych, a do tego na­prawdę przej­mują się lo­sem in­nych. Szcze­rze ich po­dzi­wiam.

Wie­dzia­łam, że nie mó­wił wszyst­kiego, a jed­no­cze­śnie by­łam nie­zmier­nie wdzięczna, że po­zwo­lił mi po­znać choć część tej hi­sto­rii. Skry­wał nie­jedną ta­jem­nicę, która za­pewne nio­sła za sobą ból i smu­tek.

Z jego szma­rag­do­wych oczu można było tak wiele od­czy­tać. Chciał się wy­ga­dać... de­spe­racko tego po­trze­bo­wał. Ale nikt go nie słu­chał. Nikt nie dał mu szansy, by mógł się otwo­rzyć i po­ka­zać swoje wnę­trze.

Nie mo­głam tego wie­dzieć na pewno, ale po tym, co mi po­wie­dział, i po spo­so­bie, w jaki wy­po­wia­dał każde słowo, wy­wnio­sko­wa­łam, że Jace za­po­mniał o naj­waż­niej­szej oso­bie w jego ży­ciu. Za­po­mniał o sa­mym so­bie, trosz­cząc się o in­nych.

- Czyli chcesz zo­stać stra­ża­kiem - pod­su­mo­wa­łam.

Ce­lowo nie cią­gnę­łam te­matu jego przy­ja­ciela. Zna­li­śmy się do­piero kilka dni i nie chcia­łam prze­cią­gać struny. Może kie­dyś sam zde­cy­duje, by opo­wie­dzieć mi wię­cej.

- Tak, ale wąt­pię, że to mi się uda.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego mia­łoby się nie udać.

- BF to bo­ha­te­ro­wie, nie ofermy - wy­ja­śnił gro­bo­wym to­nem.

- To, że ktoś każe ci wie­rzyć, że je­steś ofermą, wcale nie ozna­cza, że nią je­steś. Co­dzien­nie wal­czysz o swoje, nie pod­da­jesz się, na­wet je­śli jest w cho­lerę trudno. Czy nie tak po­stę­pują praw­dziwi bo­ha­te­ro­wie?

Go­łym okiem było wi­dać, że za­sko­czy­łam go tym stwier­dze­niem, nie od­niósł się jed­nak do mo­jej wy­po­wie­dzi. Uniósł głowę i za­wie­sił wzrok na bez­chmur­nym nie­bie, a ja, ko­rzy­sta­jąc z jego za­dumy, za­czę­łam mu się le­piej przy­glą­dać.

Wcze­śniej nie za­uwa­ży­łam blak­ną­cych już śla­dów pal­ców na szyi ani prze­ci­na­ją­cej prawy łuk brwiowy bli­zny.

Roz­dział 3

Jace

Obu­dzi­łem się z uśmie­chem na twa­rzy, szczę­śliwy, że nie mu­sia­łem iść do szkoły. Była so­bota i zwa­ża­jąc, że mia­łem ją spę­dzić z Rei­ne­rem u babci, dzień za­po­wia­dał się bar­dzo do­brze. Wczo­raj, przed pój­ściem spać pi­sa­łem z moim przy­ja­cie­lem na ICQ10. Nie mu­sia­łem go wi­dzieć, wy­star­czyło czy­tać mię­dzy wier­szami - był w czar­nej du­pie. Jego matka czuła się co­raz go­rzej, a obawa, że rów­nież umrze, zo­sta­wia­jąc go sa­mego, była nie­bez­piecz­nie bli­ska speł­nie­nia. Nie mia­łem po­ję­cia, jak go po­cie­szyć, nie było ta­kich słów, które od­da­łyby mu tatę i po­sta­wiły na nogi mamę. Nie ży­li­śmy w świe­cie, gdzie ist­niała ma­gia, nie mie­li­śmy szans, by prze­chy­trzyć śmierć.

Po tym, jak do­pro­wa­dzi­łem się w ła­zience do stanu uży­wal­no­ści, wkro­czy­łem do kuchni, by zro­bić so­bie i mo­jej ro­dzi­nie śnia­da­nie. Uwiel­bia­łem go­to­wać, choć mało kto o tym wie­dział. Wrzu­ci­łem do od­twa­rza­cza płytę z naj­now­szym al­bu­mem Sys­tem of a Down i wci­sną­łem "play". Nie chcąc obu­dzić sio­stry i mamy (tata wstał już o świ­cie i po­je­chał z wuj­kiem na ryby), ści­szy­łem nieco dźwięk. Wy­ją­łem z lo­dówki po­trzebne pro­dukty, po­sta­wi­łem na pły­cie pa­tel­nię i roz­grza­łem na niej ma­sło. Po kilku mi­nu­tach w ca­łym po­miesz­cze­niu pach­niało już sma­ko­wi­tym śnia­da­niem w po­staci tor­tilli z jaj­kiem, se­rem i wa­rzy­wami. Na du­żym drew­nia­nym stole roz­ło­ży­łem za­stawę dla trzech osób i na­ło­ży­łem każ­demu sporą por­cję po­trawy. Kiedy koń­czy­łem ro­bić kawę, do kuchni wpa­ro­wała Sa­brina, a za­raz za nią cią­gle za­spana mama.

- Umm, cud­nie pach­nie - wy­mru­czała moja sio­stra, dała mi bu­ziaka w po­li­czek i za­brała się za je­dze­nie.

- Pro­szę cię, ko­cha­nie, zmień tę mu­zykę. - Moja ro­dzi­cielka po­pra­wiła poły szla­froka, zer­ka­jąc ką­tem oka na od­twa­rzacz CD.

Po­słu­cha­łem, prze­łą­cza­jąc na ra­dio. Nie każdy miał tak za­je­bi­sty gust jak ja i trzeba było to za­ak­cep­to­wać. By­łem wdzięczny ro­dzi­com, że nie sta­rali się zro­bić ze mnie ko­goś, kim nie by­łem. Zda­wa­łem so­bie sprawę, że mój wy­gląd nie do końca im się po­do­bał i naj­chęt­niej wy­rzu­ci­liby z mo­jej szafy wszyst­kie ciemne ciu­chy. Kiedy pierw­szy raz za­far­bo­wa­łem włosy na czarno, mama do­słow­nie znie­ru­cho­miała na kilka se­kund, póź­niej za­mru­gała zdez­o­rien­to­wana, aż w końcu ura­czyła mnie krót­kim: "aha", co­kol­wiek miało to zna­czyć. Tata stwier­dził, że to przej­ściowa faza na­sto­let­niego buntu i nie­długo mi przej­dzie. Miał nie­ziem­ski ubaw z ro­bie­nia mi zdjęć... I nie cho­dziło o bez­tro­skie fo­to­gra­fie lą­du­jące w ro­dzin­nym al­bu­mie. Mój sta­ru­szek two­rzył do­ku­men­ta­cję, jak on to na­zy­wał, fazy na emo punka, żeby mieć się z czego po­śmiać, gdy wresz­cie do­ro­snę. Po pro­stu boki zry­wać.

Ką­cik mo­ich ust drgnął lekko na wspo­mnie­nie ojca żar­tu­ją­cego so­bie z mo­ich pod­kre­ślo­nych oczu i dziadka An­tona, który par­sk­nął wtedy grom­kim śmie­chem, z tru­dem wy­du­sza­jąc z sie­bie hi­sto­rię o la­tach mło­do­ści swo­jego ko­cha­nego synka. Oka­zało się, że tata wcale nie był taki święty, jak pró­bo­wał mnie i Sa­bri­nie wmó­wić. Kiedy miał mniej wię­cej tyle lat co ja, po­noć ob­se­syj­nie słu­chał ze­społu KISS, z cza­sem upo­dab­nia­jąc się do człon­ków tej cha­rak­te­ry­stycz­nej grupy, a co za tym szło, mój ma­ki­jaż był ni­czym w po­rów­na­niu z jego... ar­cy­dzie­łem. I tak, wi­dzia­łem zdję­cia.

Ni­gdy nie bra­łem do­cin­ków sta­ruszka na po­waż­nie, by­łem świa­domy, że nie miały na celu mi do­piec. No może tro­szeczkę, ale to zu­peł­nie coś in­nego niż ob­rzu­ce­nie mnie ba­lo­nami na­peł­nio­nymi mo­czem czy spłu­ka­nie głowy w śmier­dzą­cym ki­blu.

W jed­nej chwili uszło ze mnie całe szczę­ście. Nie chcia­łem my­śleć o tych kre­ty­nach ze szkoły i nie ro­zu­mia­łem, dla­czego na­wet poza budą czu­łem ich obec­ność za ple­cami. Śmiali się, po­py­chali mnie, pluli, drwili.

- O któ­rej masz au­to­bus? - Py­ta­nie mamy wy­rwało mnie z po­woli nad­cią­ga­ją­cej ciem­no­ści.

- Po­jadę na ro­we­rze, jest spoko po­goda - od­po­wie­dzia­łem, ob­da­rza­jąc ją uśmie­chem.

Od pew­nego czasu by­łem na­prawdę do­bry w ka­mu­flo­wa­niu uczuć. Nie mo­głem po­zwo­lić, by ro­dzice po­znali prawdę o tym, co działo się w szkole. Mieli dość zmar­twień, a mnie jesz­cze nie za­bra­kło sił, by przejść przez to gówno sa­mot­nie. Naj­trud­niej było la­tem, gdy słońce da­wało nie­źle po­pa­lić. Ukry­wa­nie si­nia­ków pod blu­zami z dłu­gimi rę­ka­wami sta­wało się wręcz nie­wy­ko­nalne. Po­ci­łem się jak świ­nia. Wtedy z po­mocą przy­cho­dziła moja wy­bu­jała wy­obraź­nia. Je­śli ktoś za­uwa­żył ślady po­bi­cia, wy­my­śla­łem na szybko ja­kąś hi­sto­ryjkę. Cza­sem wi­no­wajcą oka­zy­wały się schody, in­nym ra­zem kant stołu albo ja­kiś ka­mień na dro­dze, o który się po­tkną­łem, upa­da­jąc pro­sto na twarz. Jak na ra­zie nikt nie sta­wiał mo­ich wy­ja­śnień pod zna­kiem za­py­ta­nia. Uczy­łem się pil­nie i przy­no­si­łem do domu do­bre stop­nie, co wcale nie było ta­kie ła­twe, zwa­ża­jąc na fakt, że Ben i jego paczka czę­sto do­ry­wali mnie przed za­ję­ciami, nisz­cząc moje za­da­nia do­mowe. Na szczę­ście ten szcze­gół rów­nież udało mi się ogar­nąć - każde wy­pra­co­wa­nie pi­sa­łem dwa razy. Pod­czas kiedy jedno zo­sta­wało znisz­czone, dru­gie wę­dro­wało do na­uczy­ciela.

- Mam na­dzieję, że wa­sze po­koje lśnią czy­sto­ścią! - Mama do­piła resztkę kawy i wstała od stołu, zer­ka­jąc na za­pięty wo­kół nad­garstka ze­ga­rek. - Wró­cisz ju­tro na obiad? - zwró­ciła się do mnie, na co od razu przy­tak­ną­łem. - A ty, młoda damo? - Od­na­la­zła spoj­rze­niem moją sio­strę.

- Sze­ry­fie - młoda wy­szcze­rzyła dum­nie zęby - już ci mó­wi­łam, że dziś przy­jeż­dża do mnie Emma, więc w moim po­koju jest me­ga­po­rzą­dek.

Oj tak, tego by­łem pe­wien. Po ak­cji z majt­kami wi­szą­cymi na jej lam­pie Sa­brina nie od­wa­żyła się wię­cej na­kła­mać ma­mie. Okrop­nie ża­ło­wa­łem, że nie zdą­ży­łem utrwa­lić tam­tej bez­cen­nej chwili apa­ra­tem. Moja sio­stra otwie­ra­jąca drzwi do swo­jego po­koju, trójka jej naj­lep­szych przy­ja­ciół, w tym chło­pak, w któ­rym się po­ta­jem­nie pod­ko­chi­wała, a przed ich oczami luźne ba­weł­niane majty w kropki. Na­sza ro­dzi­cielka po­tra­fiła być kre­atywna, a przy tym odro­binę zło­śliwa, ale to two­rzyło z niej matkę ide­alną.

Bab­cia miesz­kała w Im­men­din­gen, spo­koj­nej wio­sce od­da­lo­nej od na­szego miesz­ka­nia o dwa­na­ście ki­lo­me­trów. Jazda ro­we­rem zaj­mo­wała zwy­kle tro­chę dłu­żej niż pół go­dziny. Lu­bi­łem ruch, choć wielu uwa­żało mnie za wroga sportu. Nie­na­wi­dzi­łem WF-u, ale nie dla­tego, że by­łem z niego słaby. Gdy­bym miał zda­wać wszyst­kie ćwi­cze­nia w po­je­dynkę i tre­no­wać tylko na oczach pana Kehl­manna, za­pewne koń­czył­bym każde za­ję­cia z wy­róż­nie­niem. Jed­nak nasz wu­efi­sta kładł duży na­cisk na pracę w gru­pach, co owo­co­wało tym, iż nie­mal każda lek­cja WF-u koń­czyła się moim pu­blicz­nym ośmie­sze­niem. Raz na­wet zła­mano mi nos, niby przez nie­uwagę. Tak, aku­rat. Może i bym uwie­rzył w te bred­nie, gdyby nie roz­ba­wie­nie ma­lu­jące się na twa­rzy Bena chwilę po tym, jak z mo­ich noz­drzy po­le­ciała krew. Przez dwa ty­go­dnie mu­sia­łem cho­dzić z opa­trun­kiem, co było dla kla­so­wej elity ko­lejną oka­zją do zrów­ny­wa­nia mnie z zie­mią.

Ja­dąc wzdłuż Du­naju, przy­wo­ła­łem w pa­mięci ob­raz zmar­łego dziadka Gu­stava. Kiedy jesz­cze żył, czę­sto za­bie­rał mnie nad rzekę bie­gnącą bli­sko domu jego i babci. Spa­ce­ru­jąc, zbie­ra­li­śmy ka­mie­nie, póź­niej sia­da­li­śmy na brzegu i wrzu­ca­li­śmy je do wody. To mnie od­prę­żało. Cza­sami, kiedy nie wi­dzia­łem już żad­nego świa­tła w tu­nelu, przy­jeż­dża­łem w to miej­sce sam, za­my­ka­łem oczy i wy­obra­ża­łem so­bie, że mój dzia­dek stoi za­raz obok. Nie­kiedy to wy­star­czało, by przy­wró­cić we mnie na­dzieję.

Zdy­szany do­tar­łem na miej­sce i opar­łem ro­wer o wielką cze­re­śnię, na któ­rej kilka lat temu wy­bu­do­wa­li­śmy z Re­ine­rem i na­szymi oj­cami do­mek. Przez pod­łogę, ściany i dach na­szej drew­nia­nej sie­dziby prze­cho­dziły ga­łę­zie. Spa­nie tam w chłodne noce było pra­wie nie­moż­liwe, ale my i tak już nie­raz tego pró­bo­wa­li­śmy. Do czasu, aż mój przy­ja­ciel na­ba­wił się ostrego za­pa­le­nia płuc.

Wy­ją­łem z uszu słu­chawki i wy­łą­czy­łem od­twa­rzacz mp3. Ścią­gną­łem kap­tur z głowy i prze­cze­sa­łem roz­mierz­wione włosy. Bab­cia nie lu­biła, gdy cho­wa­łem twarz, prze­szka­dzała jej na­wet czapka z dasz­kiem. Na dwo­rze było to przez nią ak­cep­to­wane, lecz po prze­kro­cze­niu progu domu sta­wało się wręcz nie­do­pusz­czalne. A wia­domo, że za każdą nie­do­pusz­czalną rzecz do­sta­wało się od star­szej pani po ła­pach i, co gor­sza, nie było de­seru.

Unio­słem rękę, chcąc wci­snąć dzwo­nek, i w tym sa­mym mo­men­cie mało nie do­sta­łem drzwiami w dziób. Od­su­ną­łem się po­spiesz­nie, roz­sze­rza­jąc oczy ze zdzi­wie­nia, po czym spoj­rza­łem na wy­cho­dzą­cego Re­inera.

- Bro, to był za­mach na moje ży­cie! - przy­wi­ta­łem się z nim przy­ja­ciel­skim klep­nię­ciem w ra­mię.

- Na twoje? Stary, ja tu cze­kam od go­dziny! Twoja bab­cia zdą­żyła we mnie we­pchnąć pół bla­chy cia­sta. Po­patrz tylko na to! - Zła­pał się za brzuch. - W ta­kim sta­nie żadna panna mnie nie ze­chce. - Ro­ze­śmiał się za­raź­li­wym śmie­chem, ale w jego oczach i tak do­strze­głem ból.

Re­iner już taki był. Można po­wie­dzieć, że sztukę ak­tor­ską opa­no­wał do per­fek­cji, a ja szybko się od niego uczy­łem i już dawno prze­ro­słem mi­strza.

Zna­łem przy­ja­ciela wy­star­cza­jąco do­brze, by roz­po­znać od­po­wied­nie mo­menty do roz­mów o jego ro­dzi­cach. Ten z całą pew­no­ścią taki nie był. Obaj po­trze­bo­wa­li­śmy od­po­czynku od cią­głego prze­by­wa­nia w mroku. Po­trze­bo­wa­li­śmy choć odro­biny świa­tła. Naj­wy­raź­niej na­sza wczo­raj­sza kon­wer­sa­cja na ICQ była wy­star­cza­jącą po­mocą. Przy­naj­mniej na ra­zie.

- Po­wi­nie­neś wresz­cie za­pro­sić Rudą na randkę - stwier­dzi­łem, wspo­mi­na­jąc słowa Sa­briny, za­kli­na­ją­cej się, że Re­iner wpadł po uszy. - Na­wet moja sio­stra za­uwa­żyła, że śli­nisz się na jej wi­dok, czyli musi być z tobą na­prawdę źle.

- No i wła­śnie... - prze­cią­gnął ostatni wy­raz, jakby nie mógł się zde­cy­do­wać, co tak wła­ści­wie chciał po­wie­dzieć.

Wsze­dłem do domu, za­mkną­łem za sobą drzwi i ra­zem z Re­ine­rem wkro­czy­li­śmy na ko­ry­tarz. Cią­gle cze­ka­łem, aż kum­pel wy­dusi z sie­bie resztę zda­nia, ale wi­docz­nie to było dla niego nie lada wy­zwa­nie.

Po tym, jak przy­wi­ta­łem się z bab­cią i na dzień do­bry zo­sta­łem zmu­szony wpa­ko­wać w sie­bie dwa ka­wałki świeżo upie­czo­nej szar­lotki, wresz­cie do­tar­li­śmy do mo­jego po­koju.

- Po­łkną­łeś ję­zyk? - za­py­ta­łem w końcu, pa­da­jąc na je­den z su­per­wy­god­nych fo­teli, i wy­cią­gną­łem nogi.

- Do­bra... - za­czął i znów nie skoń­czył, wy­sta­wia­jąc moją cier­pli­wość na próbę. Po­dra­pał się z tyłu głowy, po­stał jesz­cze przez chwilę, aż wresz­cie wy­pa­lił: - Mia bę­dzie dzi­siaj na ta­kiej jed­nej im­pre­zie. Za­pro­siła mnie, ale po­wie­dzia­łem, że ra­czej nie przyjdę. Ko­ja­rzysz Fe­liksa? Cho­dzi­li­śmy ra­zem do Grund­schule. Co ja pie­przę, ja­sne, że wiesz, kogo mam na my­śli. Cho­dzi o to, że... ta im­preza jest u niego.

- Chcesz tam pójść - wy­wnio­sko­wa­łem śmiało, czu­jąc prze­szy­wa­jące mnie na wskroś dresz­cze.

- To nie tak... To zna­czy... - Wes­tchnął gło­śno, sia­da­jąc na dru­gim fo­telu, od­chy­lił się i za­wie­sił wzrok na su­fi­cie.

- Ona ci się se­rio po­doba, co?

Uśmiech­nął się, da­jąc mi tym niemą od­po­wiedź. Jako do­bry przy­ja­ciel po­wi­nie­nem mu za­pro­po­no­wać, że­by­śmy ra­zem po­je­chali na tę durną im­prezę. Nie mo­głem jed­nak tego zro­bić. Gdy­bym po­ja­wił się w domu Fe­liksa, Re­iner od­kryłby, w ja­kiej du­pie się znaj­do­wa­łem. Ben i jego klika par­sk­nę­liby śmie­chem na mój wi­dok, a póź­niej zmie­sza­liby mnie z bło­tem. Mo­jemu kum­plowi nie spodo­bałby się spo­sób, w jaki mnie trak­tują. Rzu­ciłby się na chło­pa­ków i po­obi­jał im gęby. Ta­jem­nica wy­szłaby na jaw i nie mógł­bym już dłu­żej uda­wać, że wszystko było w jak naj­lep­szym po­rządku.

- My­ślisz, że miał­bym u niej ja­kieś szanse? - Re­iner oparł łok­cie o ko­lana, pa­trząc na mnie z na­dzieją.

- Ruda lata za tobą od do­brych kilku lat, więc nie za­da­waj głu­pich py­tań. Prze­stań zgry­wać nie­śmia­łego i się z nią umów! Gwa­ran­tuję ci, że się zgo­dzi!

- Je­śli jest tak, jak twier­dzisz, to wy­ja­śnij mi z ła­ski swo­jej, dla­czego Mia bę­dzie na im­pre­zie z Ala­nem.

- Tak ci po­wie­działa?

Za­ci­snął usta w cienką li­nię.

- Czyli nie - skwi­to­wa­łem.

- On też tam przyj­dzie - wy­ja­śnił, wy­raź­nie się krzy­wiąc.

- Tak samo jak kil­ku­na­stu chło­pa­ków z mo­jej klasy. Czy to zna­czy, że Mia bę­dzie się ob­ści­ski­wać po ko­lei z każ­dym?

- Uwa­żaj na słowa - za­gro­ził mi, co pod­su­mo­wa­łem grom­kim śmie­chem.

- Po­jedź tam sam - za­pro­po­no­wa­łem na­gle, za­ska­ku­jąc tym Re­inera.

- Jak sam? Od­biło ci?

- Nie mam ochoty na bibę.

- Stary, nie ściem­niaj, że wo­lisz sie­dzieć na cha­cie i wpie­przać cia­steczka babci.

A że­byś wie­dział, prze­szło mi przez myśl, ale nie od­wa­ży­łem się po­wie­dzieć tego na głos. Wszystko było lep­sze od spo­tka­nia Bena. Na­ka­za­łem so­bie spo­kój i mia­łem na­dzieję, że przy­ja­ciel nie za­uważy, jak bar­dzo się spią­łem. Za­ło­ży­łem ręce za głowę i skie­ro­wa­łem wzrok na okno, byle nie mu­sieć pa­trzeć Re­ine­rowi w oczy.

- Nie czuję się zbyt do­brze. - Spró­bo­wa­łem ja­koś wy­brnąć z tej pa­to­wej sy­tu­acji. - Od rana boli mnie głowa, wzią­łem na­wet ja­kieś proszki.

- Uwa­żaj, bo ci uwie­rzę. Ga­daj, o co na­prawdę cho­dzi.

Prze­łkną­łem ślinę, a ubra­nia, które mia­łem na so­bie, na­gle wy­dały mi się okrop­nie cia­sne. Noga za­częła mi ner­wowo pod­ska­ki­wać. Nie by­łem w sta­nie się od tego po­wstrzy­mać. Go­rącz­kowo szu­ka­łem do­brej wy­mówki, a w mo­jej gło­wie jak na złość za­pa­no­wała pustka. Nie chcia­łem sko­pać Rei­ne­rowi hu­moru, ale by­łem tego nie­bez­piecz­nie bli­ski. Wy­star­czy­łoby wspo­mnieć o jego ro­dzi­cach... Wtedy ni­g­dzie by mnie nie cią­gnął, bo sam stra­ciłby ochotę na co­kol­wiek.

Nie!, zde­cy­do­wa­łem w mil­cze­niu. Oka­zał­bym się sa­mo­lub­nym dup­kiem, po­su­wa­jąc się do cze­goś tak sła­bego.

- Jest mecz - wy­pa­li­łem, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że Re­iner mó­wił mi o nim kilka dni temu. - My­śla­łem, że chcia­łeś go obej­rzeć?

- Tak, ja chcia­łem, ty nie zno­sisz piłki noż­nej. Kurwa, Bec­ker, nie rób ze mnie idioty, prze­cież wi­dzę, że coś jest na rze­czy.

Oho... po­je­chał na­zwi­skiem. Do­my­śli się... a póź­niej za­cznie się mar­twić.

Po­wie­działby o wszyst­kim ro­dzi­com? Moje ży­cie w szkole już było pie­kłem, a je­śli mama po­ja­wi­łaby się u dyra i za­czę­łaby opo­wia­dać, jaki to jej sy­nek jest biedny, bo go inne dzieci szy­ka­nują...

- Od­wal się, okej? - wy­rwało mi się, czego na­tych­miast po­ża­ło­wa­łem, a mimo to nie po­tra­fi­łem trzy­mać gęby na kłódkę. - Jak ty chcesz się ode­rwać od ca­łego świata, to jest w po­rządku, ale jak ja nie mam ochoty pójść na ja­kąś pie­przoną im­prezę, to już nie? Za­sta­nów się!

- Jace...

- Daj mi spo­kój.

Wsta­łem i po­wę­dro­wa­łem do ła­zienki. Re­iner pew­nie po­my­ślał, że mi od­je­bało albo że przed przy­jaz­dem tu­taj ja­ra­łem ja­kie­goś moc­nego jo­inta.

Za­mkną­łem drzwi na klucz, opar­łem się o brzeg umy­walki, prze­kli­na­jąc sie­bie w my­ślach, po czym od­krę­ci­łem wodę i prze­my­łem twarz. Czu­łem się jak ostat­nia łajza.

Gdy uspo­ko­iłem od­dech, pod­nio­słem wzrok, spo­glą­da­jąc na swoje od­bi­cie. Zmierz­wione włosy ster­czały we wszyst­kich kie­run­kach, a po­ma­lo­wane czarną kredką oczy wy­da­wały się dziw­nie obce, jakby prze­stały na­le­żeć do mnie. Mia­łem wra­że­nie, że znaj­duję się w po­trza­sku. Rei­ner przy­pusz­czal­nie za­cho­dził w głowę, co wy­wo­łało we mnie tak gwał­towną re­ak­cję. Mo­dli­łem się w du­chu, by nie do­szedł do słusz­nych wnio­sków.

Jesz­cze raz roz­wa­ży­łem wszyst­kie za i prze­ciw po­ja­wie­nia się w domu Fe­liksa. Nie­ważne, jak bar­dzo sta­ra­łem się zna­leźć coś po­zy­tyw­nego, ni chuja nie da­wa­łem rady.

O mało nie pod­sko­czy­łem, sły­sząc gło­śne pu­ka­nie do drzwi.

- Sorry, Jace - wy­mam­ro­tał przy­ja­ciel. - Po­ga­dajmy.

Wzią­łem głę­boki wdech, wy­tar­łem dło­nie i twarz w ręcz­nik, po czym wy­sze­dłem z ła­zienki, kon­fron­tu­jąc się z Re­ine­rem.

- Nie po­je­dziesz ze mną na tę im­prezę - za­gad­nął, więc ski­ną­łem głową. - I nie po­wiesz mi też dla­czego? - Znów przy­tak­ną­łem. - Ma to zwią­zek z Fe­lik­sem?

Na­wet nie drgną­łem, by nie da­wać mu żad­nych wska­zó­wek. I tak za dużo już wie­dział. Zo­stał mi tylko rok. Żeby roz­po­cząć szko­le­nie na za­wo­do­wego stra­żaka, nie po­trze­bo­wa­łem ma­tury, wy­star­czył Haupt­schu­lab­schluss11.

- Wiem, że ostat­nio nie by­łem zbyt roz­mowny - za­czął, prze­no­sząc cię­żar ciała z nogi na nogę. - Ta cała sy­tu­acja z mo­imi ro­dzi­cami... wy­pa­dek...

- Nie mam ci tego za złe, ni­gdy nie mia­łem.

- Wiem, ale...

- Obej­rzyjmy ten głupi mecz. - Ce­lowo zmie­ni­łem te­mat, nie mo­gąc znieść jego po­sęp­nej miny, która z każdą se­kundą przy­bie­rała bar­dziej przy­gnę­bia­jący wy­raz.

Re­iner za­śmiał się krótko i przy­tak­nął.

- Dzięki, bro - po­wie­dział.

Maya

Pierw­szy ty­dzień w no­wej szkole mi­nął za­dzi­wia­jąco szybko. Ben oka­zał się okrop­nie upar­tym ty­pem i chyba na­prawdę my­ślał, że przed za­koń­cze­niem roku wy­lą­duje mię­dzy mo­imi no­gami. Wbrew temu, co mó­wił mój tata, by­łam prze­ko­nana, że Schne­ider wręcz ema­no­wał pew­no­ścią sie­bie. Chło­pak miał się za ja­kieś bo­żysz­cze.

Nie ugię­łam się pod pre­sją ró­wie­śni­ków. Każdą lek­cję spę­dza­łam w ławce Jace'a, cier­pli­wie prze­bi­ja­jąc się przez jego pan­cerz. Nie ufał mi, co wcale mnie nie dzi­wiło, ale by­wały mo­menty, w któ­rych się za­po­mi­nał i po­ka­zy­wał swoje praw­dziwe ja. W pią­tek udało mi się znów do niego do­łą­czyć i spę­dzić w jego to­wa­rzy­stwie kilka go­dzin z dala od szkoły.

Do­szłam też do wnio­sku, że Klara wcale nie była taka zła, jak mi się z po­czątku wy­da­wało. W pew­nym sen­sie przy­po­mi­nała dawną mnie. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie chciała zo­stać od­rzu­cona przez kla­sową elitę. Ro­biła, co uwa­żała za naj­bez­piecz­niej­sze - gno­iła Jace'a, li­cząc, że w ten spo­sób nie straci przy­wi­le­jów zwią­za­nych z przy­na­leż­no­ścią do paczki Bena.

Współ­czu­łam jej i po­sta­no­wi­łam, że wy­cią­gnę ją z tej bańki. Nie było warto po­dą­żać za kre­ty­nami, któ­rzy w przy­szło­ści staną się nic nie­zna­czą­cymi sza­rymi ludźmi. Tylko ze względu na nią zgo­dzi­łam się pójść na dzi­siej­szą im­prezę.

Jesz­cze ni­gdy nie za­wio­dłam za­ufa­nia ro­dzi­ców, dla­tego kiedy za­py­ta­łam ich, czy mogę wyjść do zna­jo­mych, od razu się zgo­dzili. Nie omi­nął mnie stan­dar­dowy wy­kład o spo­ży­wa­niu al­ko­holu i przed­wcze­snym sek­sie. My­ślę, że mama i tata znali mnie na tyle do­brze, by wie­dzieć, iż na­dal by­łam dzie­wicą i nie za­mie­rza­łam tego tak szybko zmie­nić. Co do pro­cen­tów... Pierw­sze piwo wy­pi­łam rok temu, z tym że słowo "wy­pi­łam" w ogóle nie od­da­wało praw­dzi­wo­ści tam­tej sy­tu­acji - w rze­czy­wi­sto­ści le­d­wie siorb­nę­łam bursz­ty­no­wego, ga­zo­wa­nego na­poju, skrzy­wi­łam się z nie­sma­kiem i o mało co nie wy­plu­łam tego, co cią­żyło mi na ję­zyku, z po­wro­tem do ku­fla. Kilka ty­go­dni póź­niej, na uro­dzi­nach mo­jej ku­zynki, od­kry­łam urok drin­ków. Do dziś pa­mię­tam, jak Han­nah trzy­mała mi włosy, pod­czas kiedy wy­rzy­gi­wa­łam za­war­tość żo­łądka do muszli klo­ze­to­wej. I żeby było śmiesz­niej, to nie było naj­gor­sze! Rano za­po­zna­łam się z ko­lejną no­wo­ścią - me­ga­ka­cem. Od tam­tej chwili uwa­ża­łam z ilo­ścią wle­wa­nych w sie­bie pro­cen­tów.

Po zro­bie­niu ide­al­nego ma­ki­jażu i wy­pro­sto­wa­niu wło­sów wło­ży­łam ob­ci­sły tur­ku­sowy top z de­kol­tem w se­rek i dżin­sową spód­niczkę. Wy­grze­ba­łam z szafy kurtkę, żeby nie za­marz­nąć na dwo­rze, po czym za­sznu­ro­wa­łam ulu­bione trampki.

- Na­pisz, gdy do­trzesz na miej­sce - ode­zwała się mama.

Od razu roz­po­zna­łam, że mimo wszystko była zde­ner­wo­wana. To, że mi ufała, nie ozna­czało, że ufała ko­le­gom z mo­jej szkoły. Co prawda mo­gła­bym oszczę­dzić jej stresu, skła­mać, że idę spać, i ci­cha­czem wy­mknąć się z domu, ale to nie w moim stylu. Poza tym, gdyby coś po­szło nie tak i ro­dzice od­kry­liby moje znik­nię­cie, ner­wów by­łoby jesz­cze wię­cej, a do tego z całą pew­no­ścią do­sta­ła­bym do­ży­wotni szla­ban.

- Wiem, mamo. Dam znać. - Uśmiech­nę­łam się do niej, ma­jąc na­dzieję, że nie zwa­riuje do czasu, gdy wrócę.

- Przed dwu­na­stą w domu! - przy­po­mniał tata.

- Tak jest, sir. - Za­sa­lu­to­wa­łam mu roz­ba­wiona.

- Żad­nego al­ko­holu i...

- Wiem - po­wtó­rzy­łam, po­wstrzy­mu­jąc się od wy­wró­ce­nia oczami.

By­łam ważna dla ro­dzi­ców i bar­dzo się z tego po­wodu cie­szy­łam, ale cza­sami mia­łam ochotę się wy­rwać, za­sza­leć i ni­czym nie przej­mo­wać. By­łam na­sto­latką, mia­łam prawo do błę­dów, a na­wet mu­sia­łam ta­kowe po­peł­nić, by cze­goś się na­uczyć.

Uści­ska­łam mamę i tatę - nie wsty­dzi­łam się ta­kich ge­stów i nie ro­zu­mia­łam mo­ich ró­wie­śni­ków, któ­rzy wręcz stro­nili od swo­ich ro­dzi­ców. Dla mnie bu­ziaki na do­bra­noc, obej­mo­wa­nie się i za­żyłe kon­takty to coś nor­mal­nego i gdyby ich w moim ży­ciu za­bra­kło, po­czu­ła­bym się wy­bra­ko­wana i sa­motna.

Usły­szaw­szy dzwo­nek do­mo­fonu, wy­szłam z miesz­ka­nia i szybko zbie­głam po scho­dach. Na ze­wnątrz po­wi­tało mnie chłodne po­wie­trze, więc za­pię­łam kurtkę pod samą szyję i po­tar­łam o sie­bie dło­nie.

- Siemka! - Z nie­bie­skiego bmw wy­sko­czyła Klara.

Wy­glą­dała tak bo­sko, że po­czu­łam ma­leń­kie ukłu­cie za­zdro­ści. Miała na so­bie ró­żową su­kienkę i ładne buty na ob­ca­sie, do tego ele­ganc­kie kol­czyki i sty­lowo po­kar­bo­wane włosy. Jej ko­biece kształty i mocny ma­ki­jaż sku­tecz­nie ka­mu­flo­wały młody wiek. Gdy­bym nie wie­działa le­piej, da­ła­bym jej dwa­dzie­ścia kilka lat, a nie szes­na­ście.

- Wow - sko­men­to­wa­łam, mie­rząc ją wzro­kiem od góry do dołu. - Pro­szę, nie mów mi, że reszta la­sek też się tak od­wa­liła.

Za­miast od­po­wie­dzieć, gło­śno się za­śmiała i rzu­ciła się mi na szyję, jak­by­śmy były naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. In­ten­sywny za­pach jej per­fum wdarł się agre­syw­nie do mo­ich noz­drzy i gar­dła. Mi­mo­wol­nie za­ka­sła­łam, ale od­wza­jem­ni­łam uścisk.

- Fe­lix pi­sał, że po­woli za­czy­nają się scho­dzić. Za­po­wiada się nie­zła biba - oświad­czyła, kie­ru­jąc się w stronę sa­mo­chodu.

Pod­czas kiedy ona za­jęła miej­sce z przodu, ja wci­snę­łam się na tylne sie­dze­nie. Za­raz obok mnie sie­dział Ben, a po jego le­wej stro­nie Alan.

Przy­wi­ta­łam się z nimi, ukry­wa­jąc lek­kie skrę­po­wa­nie. Nie po­tra­fi­łam tego wy­tłu­ma­czyć, ale za każ­dym ra­zem, gdy znaj­do­wa­łam się w po­bliżu Schne­idera, ogar­niał mnie dziwny nie­po­kój i nie cho­dziło o to, że go­ściu bar­dzo wy­raź­nie do mnie za­ry­wał. Nie by­łam brzydka. Zda­wa­łam so­bie sprawę, że mogę się po­do­bać chło­pa­kom. Sęk w tym, że Ben pa­trzył na mnie tak, jak­bym już na­le­żała do niego.

- A ten tu­taj - za­nim ru­szy­li­śmy, Klara wska­zała na na­szego kie­rowcę - to mój ko­chany star­szy bra­ci­szek, Tho­mas.

Ostrzy­żony na jeża męż­czy­zna uniósł od nie­chce­nia rękę, ale nie za­szczy­cił nas na­wet sło­wem. Gdy­bym miała zga­dy­wać, po­sta­wi­ła­bym na to, że w tym mo­men­cie wo­lałby znaj­do­wać się zu­peł­nie gdzie in­dziej.

Kiedy przy­je­cha­li­śmy na miej­sce, im­preza już po­woli się roz­krę­cała. Dwójka chło­pa­ków pa­liła skręta przed wej­ściem. Nie zna­łam ich, ale przy­pusz­cza­łam, że cho­dzi­li­śmy do tej sa­mej szkoły, choć wy­glą­dali na o wiele star­szych.

Klara wzięła mnie pod ra­mię i po­cią­gnęła w ich kie­runku. Typ w zie­lo­nej ko­szuli uśmiech­nął się na nasz wi­dok, a jego kom­pan po­kło­nił się de­li­kat­nie, zła­pał dłoń mo­jej to­wa­rzyszki i zło­żył na niej po­ca­łu­nek.

- Ej, nie śliń się do mo­jej panny, dur­niu - wtrą­cił się Fe­lix. Po­ja­wił się jakby zni­kąd. - Mo­żemy być, kurwa, naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, ale są rze­czy, któ­rymi nie dzielę się z ni­kim. - Usta­wił się tuż obok swo­jej dziew­czyny i ob­jął ją ra­mie­niem w ta­lii.

- Ty je­steś tą nową - za­uwa­żył naj­niż­szy z chło­pa­ków. - Mam na imię Mi­chi, a to Pe­ter. - Wska­zał swo­jego kum­pla.

- May. - Po­da­li­śmy so­bie ręce, a kiedy za­pro­po­no­wali mi skręta, grzecz­nie od­mó­wi­łam.

- Wejdźmy le­piej do środka, masz gę­sią skórkę.

Aż się wzdry­gnę­łam, gdy po­czu­łam za ple­cami twardą klatkę pier­siową Bena. Blon­dyn do­tknął pal­cami od­kryte miej­sce na mo­jej szyi, a kiedy in­stynk­tow­nie się do niego ob­ró­ci­łam, po­ca­ło­wał mnie w ką­cik ust.

Moje oczy zro­biły się w jed­nej chwili nie­na­tu­ral­nie wiel­kie i tylko szok po­wstrzy­mał mnie od wy­mie­rze­nia mu po­liczka. Za­nim ock­nę­łam się z oszo­ło­mie­nia, chło­pak zła­pał moją dłoń i ra­zem prze­kro­czy­li­śmy próg domu.

- Po­pro­szę kurtkę. - Ben zła­pał za su­wak zamka i chciał roz­piąć moją ra­mo­ne­skę, ale by­łam już na tyle przy­tomna, żeby się od­su­nąć i trzep­nąć go po ła­pach.

- Po­tra­fię się sama ro­ze­brać - rzu­ci­łam, w ogóle nie my­śląc nad tym, jak to za­brzmi w jego uszach.

- W to nie wąt­pię, kotku. No da­lej, po­każ mi, jak to się robi - za­chę­cił, za­kła­da­jąc ra­miona na piersi, i zlu­stro­wał mnie spoj­rze­niem jak dra­pież­nik swoją ofiarę chwilę przed za­gry­zie­niem.

Zmru­ży­łam zło­wrogo oczy. Mimo że by­łam na­sto­latką i na­oglą­da­łam się wy­star­cza­jąco dużo fil­mów ze szkol­nymi bad boy­ami, jego aro­ganc­kie za­cho­wa­nie wcale mnie nie po­cią­gało.

Ścią­gnę­łam kurtkę i po­da­łam ją Be­nowi, a on po­wie­sił okry­cie na wie­szaku.

- Wy­glą­dasz... - przy­gryzł kciuk, po­że­ra­jąc mnie wzro­kiem - go­rąco.

Prze­łknę­łam nie­pew­nie, co chyba za­uwa­żył, bo ką­cik jego ust lekko się uniósł, two­rząc na twa­rzy krzywy uśmiech.

- Czego się na­pi­jesz? Mamy czy­stą, piwo i, z tego, co wi­dzia­łem w lo­dówce, za­częte wino. Pew­nie stara Fe­liksa so­bie po­pija, żeby kom­plet­nie nie zwa­rio­wać z tym oszo­ło­mem - za­żar­to­wał, a może i nie, trudno to stwier­dzić.

- Wo­la­ła­bym nie pić.

- No co ty, nie do­pusz­czę, że­byś uschła z pra­gnie­nia.

- Cho­dzi mi o pro­centy - wy­ja­śni­łam, choć by­łam prze­ko­nana, że nie­po­trzeb­nie, bo on do­sko­nale wie­dział, co mia­łam na my­śli.

- Ja­sne, nie ma sprawy. Może być sok?

Zdzi­wiło mnie, że nie na­ci­skał. Są­dzi­łam, że mnie wy­śmieje i bę­dzie na­ga­by­wał na drinka aż do skutku. Czyżby znę­ca­jący się nad Jace'em idiota nie był tak do­szczęt­nie zły?

Ben mu­siał się do­my­ślić, co wła­śnie prze­szło mi przez głowę, bo wes­tchnął, zre­zy­gno­wany, i na mo­ment spu­ścił wzrok.

- Po­słu­chaj... - za­czął oso­bli­wym to­nem. - Wiem, że masz mnie za kom­plet­nego zła­masa. Ta sprawa z Bec­ke­rem... - Skrzy­wił się i ner­wowo prze­cze­sał włosy pal­cami. - Nie lu­bię go i może cza­sami prze­sa­dzam.

- Cza­sami prze­sa­dzasz? - po­wtó­rzy­łam jego słowa z nie­do­wie­rza­niem. - Tak na­zy­wasz szy­ka­no­wa­nie in­nych?

- Oj tam, od razu szy­ka­no­wa­nie. To tylko żarty.

- Ja tego tak nie ode­bra­łam i śmiem twier­dzić, że Jace także nie.

- Po ja­kiego chuja tak się nim przej­mu­jesz? Wy­lu­zuj. - Sta­nął dwa razy na pal­cach, jakby ten ruch w ja­kimś stop­niu go uspo­ka­jał. - Okej, mam dla cie­bie pro­po­zy­cję: zo­sta­wię tego fra­jera w spo­koju, je­śli... je­śli dasz mi szansę.

- Chyba nie bar­dzo wiem, co masz na my­śli.

- Po­do­basz mi się, chcę cię bli­żej po­znać. Do­głęb­nie - wy­szep­tał ostatni wy­raz i ani się obej­rza­łam, jak stał już tuż przede mną, trzy­ma­jąc mię­dzy pal­cami pa­smo mo­ich wło­sów. - Jak już pew­nie za­uwa­ży­łaś, je­stem roz­piesz­czo­nym gnoj­kiem, który za­wsze do­staje to, czego chce. A te­raz chcę cie­bie. Prze­myśl moją pro­po­zy­cję, a ja w tym cza­sie sko­czę po twój sok.

Kiedy się od­da­lił, żo­łą­dek ści­snął mi się nie­mi­ło­sier­nie, a wraz z nim także moje pię­ści. Nie wie­dzia­łam, co mam o tym wszyst­kim my­śleć. By­łam dla Bena tylko punk­tem do od­ha­cze­nia? Ja­kimś cho­rym wy­zwa­niem? O co mu, do ja­snej cho­lery, cho­dziło? Chciał mnie za­li­czyć czy na­prawdę po­znać? By­łam na­iwna, li­cząc na to dru­gie? Obie­ca­łam so­bie, że za­wsze będę szu­kać w lu­dziach do­bra, bez względu na to, jak bar­dzo okażą się znisz­czeni. Po­win­nam dać temu ty­powi szansę? Po tym, co już o nim wie­dzia­łam? Po tym, czego by­łam świad­kiem w szkole?

Prych­nę­łam z iry­ta­cją.

- Hej, co tak sto­isz na ko­ry­ta­rzu?! - za­wo­łał ktoś z sa­lonu.

Roz­luź­ni­łam się nieco i skie­ro­wa­łam wzrok na sie­dzącą przy sto­liku parę. Greta le­żała na oka­za­łej so­fie, z głową opartą o ko­lana ja­kie­goś chło­paka, który, pi­jąc piwo, za­ja­dał się chip­sami.

- Mam dziką ochotę na ta­niec - wy­mru­czała, pod­no­sząc się po­woli z miej­sca, na­stęp­nie przy­ciem­niła świa­tło i wło­żyła do od­twa­rza­cza inną płytę. Po­miesz­cze­nie wy­peł­niła wolna, gło­śna mu­zyka. Po kilku dźwię­kach roz­po­zna­łam Ju­stina Tim­ber­lake'a. Nie był to mój ulu­biony wo­ka­li­sta, ale skła­ma­ła­bym, twier­dząc, że moje bio­dra nie miały ochoty po­ru­szać się w rytm jego pio­senki.

Wy­da­wało mi się, że Greta była już lekko wsta­wiona. Jej ma­ki­jaż roz­ma­zał się de­li­kat­nie w paru miej­scach, a spód­niczka, która nor­mal­nie po­winna koń­czyć się przed ko­la­nami, pra­wie od­sła­niała majtki.

Dziew­czyna zmru­żyła oczy, od­chy­liła się i jed­nym spraw­nym ru­chem uwol­niła bu­rzę blond lo­ków z cia­sno spię­tego koka. Za­częła się ko­kie­te­ryj­nie po­ru­szać, zer­ka­jąc co chwilę w stronę sie­dzą­cego na ka­na­pie typa, któ­remu wi­docz­nie po­do­bało się to przed­sta­wie­nie, o czym świad­czyło choćby wy­raźne wy­brzu­sze­nie w jego spodniach.

Na dru­gim końcu sa­lonu za­uwa­ży­łam kilka nie­zna­jo­mych twa­rzy, wśród nich śred­niego wzro­stu ru­do­włosą pięk­ność, nie­ustan­nie zer­ka­jącą na swoją ko­mórkę. Czyżby na ko­goś cze­kała?

- Twój sok. - Ben wró­cił ze szklanką soku po­ma­rań­czo­wego i bu­telką piwa.

Po­dzię­ko­wa­łam, upi­łam mały łyk, po czym od­sta­wi­łam szkło na sto­lik.

Blon­dyn chwy­cił moją rękę i po­cią­gnął mnie na śro­dek po­miesz­cze­nia, do­łą­cza­jąc do tań­czą­cej sa­mot­nie Grety.

- Za­cze­kaj, ja nie...

Nie dał mi skoń­czyć, ob­ra­ca­jąc mną w miej­scu. Kiep­ska była ze mnie tan­cerka: ni­gdy nie mia­łam po­czu­cia rytmu, part­ne­rów tylko dep­ta­łam, spo­glą­da­jąc im prze­pra­sza­jąco w oczy i uśmie­cha­jąc się do nich drę­two.

- Jesz­cze masz szansę, żeby zre­zy­gno­wać - po­wie­dzia­łam dość gło­śno, żeby mnie usły­szał. - Je­śli tego nie zro­bisz, twoje stopy mocno ucier­pią.

Po­krę­cił głową i igno­ru­jąc moje ostrze­że­nie, ob­jął mnie w pa­sie, uśmie­cha­jąc się le­ni­wie.

- Prze­pra­szam, że po­zna­łaś mnie od tej złej strony - oświad­czył, to­tal­nie mnie tym za­ska­ku­jąc. - Mo­żemy za­cząć od nowa?

Nie od­trą­ci­łam go, po­nie­waż nie­przy­jemne uczu­cie, które zwy­kle mi przy nim to­wa­rzy­szyło, na­gle przy­ga­sło. Przy­tak­nę­łam i po­ło­ży­łam mu dło­nie na ra­mio­nach, nie­pew­nie od­wza­jem­nia­jąc uśmiech. Za­czę­li­śmy tań­czyć, a ra­czej po­woli się bu­jać, prze­no­sząc cię­żar ciała z nogi na nogę.

- My­ślisz, że złym pierw­szym wra­że­niem można wszystko spie­przyć? - za­py­tał, ła­piąc moje spoj­rze­nie.

- Na twoje szczę­ście wie­rzę w drugą szansę - przy­zna­łam zgod­nie z prawdą.

- To do­brze. - Od­czy­ta­łam z ru­chu jego warg. - Jak ci się u nas po­doba?

- W Tut­tlin­gen? Nie je­stem pewna. Nie zdą­ży­łam jesz­cze po­znać mia­sta.

Poza miej­scami, które po­ka­zał mi Jace, do­da­łam w my­ślach.

- Mo­gli­by­śmy cza­sami gdzieś ra­zem wy­sko­czyć.

- Może kie­dyś...

- Za­wsze zgry­wasz trudno do­stępną? - za­dał ko­lejne py­ta­nie, przy­su­wa­jąc się jesz­cze bli­żej.

- Skąd po­mysł, że co­kol­wiek zgry­wam?

- Rzu­casz mi wy­zwa­nie?

Wy­wró­ci­łam oczami.

- Lu­bię wy­zwa­nia - do­dał, zjeż­dża­jąc dło­nią na moje po­śladki.

- Śmiem są­dzić, że lu­bisz także swoje równe, białe zęby?

Zmarsz­czył brwi, nie ma­jąc po­ję­cia, do czego piję.

- Je­śli twoja łapa za­raz nie znik­nie z mo­jego tyłka, przy­się­gam, że wy­biję ci co naj­mniej je­dynki. - Uśmiech­nę­łam się do niego słodko, za­lot­nie trze­po­cząc rzę­sami.

Od razu po­słu­chał, zwil­ża­jąc usta ko­niusz­kiem ję­zyka.

- Nie zro­bi­ła­byś tego - stwier­dził, choć wy­raź­nie po­zna­łam, że wcale nie był tego pe­wien.

- Prze­ko­naj się...

- Wolę za­cze­kać, aż sama mnie o to po­pro­sisz. - Mru­gnął do mnie.

- Wie­rzysz w bajki?

- Cza­sami...

Pio­senka do­bie­gła końca, a w jej miej­sce roz­brzmiała ja­kaś szybka nuta. Spo­czę­li­śmy na wy­god­nej, acz­kol­wiek po­kry­tej po­kru­szo­nymi chip­sami ka­na­pie. Ben wy­pił całą bu­telkę piwa, po czym otwo­rzył so­bie ko­lejne.

- Ro­dzice Fe­liksa będą wście­kli, gdy to zo­ba­czą - stwier­dzi­łam, ro­zej­rzaw­szy się po sa­lo­nie.

- Są w gó­rach, mają wró­cić do­piero w po­nie­dzia­łek. Ogar­niemy ten syf ju­tro. To nor­malka - stwier­dził chło­pak, przy­su­wa­jąc się do mnie na tyle bli­sko, że gdy mó­wił, czu­łam al­ko­hol w jego od­de­chu. - Za rok nas opu­ścisz?

- A co, bę­dziesz za mną tę­sk­nił? - za­żar­to­wa­łam.

- Nie­wy­klu­czone. Na pewno ty bę­dziesz tę­sk­nić za mną.

- Masz o so­bie zbyt wy­so­kie mnie­ma­nie.

- A wy o czym tak tu so­bie roz­ma­wia­cie? - wtrą­ciła się nie­spo­dzie­wa­nie Klara.

Dziew­czyna wci­snęła się mię­dzy mnie a Bena i za­częła nam opo­wia­dać, jak wczo­raj Greta prze­kłu­wała jej pę­pek. Te in­for­ma­cje na­prawdę nie były mi po­trzebne, ale ona zda­wała się mieć na ten te­mat zu­peł­nie inne zda­nie. Na ko­niec ścią­gnęła bluzkę, pre­zen­tu­jąc nie tylko nowy kol­czyk, ale także czer­wony ko­ron­kowy sta­nik. Na wi­dok jej pół­na­gich, peł­nych piersi chło­pa­kom aż za­świe­ciły się oczy.

Do­piero po kil­ku­na­stu mi­nu­tach zdo­ła­łam ją prze­ko­nać, by się ubrała, co oczy­wi­ście w ogóle nie spodo­bało się mę­skiej czę­ści na­szego grona.

- Za­ja­ra­cie? - krzyk­nął Fe­lix, otwie­ra­jąc jedno z okien na oścież.

- Chodź - za­chę­cił mnie Ben, ale ja po­krę­ci­łam głową. - Nikt cię nie bę­dzie zmu­szał do pa­le­nia, tylko so­bie z nimi po­sie­dzimy.

- Mów za sie­bie - ode­zwała się Klara, po­py­cha­jąc mnie w stronę cią­gną­cego skręta chło­paka. - Pró­bo­wa­łaś tego kie­dyś?

- Nie i nie chcę - od­po­wie­dzia­łam sta­now­czo.

- Za­wsze jest ten pierw­szy raz! Nie bądź taką sztyw­niarą.

Dziew­czyna ode­brała skręta od Fe­liksa i przy­sta­wiła go do mo­ich ust.

- Spier­da­laj od niej, głu­cha je­steś? - włą­czył się Ben. - Po­wie­działa, że nie chce.

Klara po­wtó­rzyła słowa blon­dyna, prze­drzeź­nia­jąc go, po czym do­dała:

- Od kiedy sta­łeś się taki po­rządny?

- Je­steś na­je­bana - fuk­nął. - Ogar­nij swoją pannę, za­nim stracę cier­pli­wość - zwró­cił się do go­spo­da­rza. - Wszystko w po­rządku? - Spoj­rzał w moją stronę.

Był spięty, co w ogóle mi do niego nie pa­so­wało. W szkole za­cho­wy­wał się ina­czej. Spra­wiał wra­że­nie ozię­błego ma­cho, ma­ją­cego się za pę­pek świata. Są­dzi­łam, że już nic nie zmieni mo­jego zda­nia, a jed­nak... Z każdą chwilą spę­dzoną w to­wa­rzy­stwie Bena co­raz mniej go nie­na­wi­dzi­łam. Każde wy­po­wie­dziane przez niego zda­nie utwier­dzało mnie w prze­ko­na­niu, że kla­sowy du­pek to tylko rola, w którą się wcie­lał, by prze­trwać.

Im­preza roz­krę­cała się na do­bre. Drinki krą­żyły wo­kół stołu i szu­miały w gło­wach, mu­zyka za­głu­szała słowa, salwy śmie­chu od­bi­jały się od ścian. Da­łam się na­mó­wić na piwo sma­kowe, ale poza tym nie wla­łam w sie­bie wię­cej al­ko­holu. Spo­glą­da­jąc na nie­któ­rych im­pre­zo­wi­czów, uzna­łam, że była to zna­ko­mita de­cy­zja.

Gdzieś przed je­de­na­stą Greta znik­nęła w ła­zience, a kiedy nie wy­cho­dziła z niej przez bite pół go­dziny, wkro­czy­ły­śmy z Klarą do środka, by skon­tro­lo­wać stan ko­le­żanki. Dziew­czyna za­snęła w wan­nie, z za­rzy­ga­nymi wło­sami i ciu­chami. Śmier­działo jak w ja­kiejś me­li­nie. Szybko do­łą­czyły do nas chło­paki z klasy.

- Za­dzwo­ni­cie po jej ro­dzi­ców? - za­py­ta­łam nie­śmiało, choć i tak zna­łam od­po­wiedź.

- Chcesz, żeby mnie za­mor­do­wała? - Klara po­pa­trzyła na mnie wiel­kimi oczami. - Nic jej nie bę­dzie, prze­śpi się, ju­tro ją wy­szo­ru­jemy i od­sta­wimy do domu.

- To może cho­ciaż prze­nie­śmy ją w wy­god­niej­sze miej­sce? - za­pro­po­no­wa­łam.

- Ja jej nie tknę - za­zna­czył Fe­lix, za co obe­rwał w po­ty­licę od swo­jej la­ski.

- We­zmę ją pod pa­chy, ale ktoś musi przy­trzy­mać nogi - oświad­czył Ben, zbie­ra­jąc tym sa­mym ko­lej­nych kilka punk­tów.

- Po­mogę ci - zgło­si­łam się i bez wa­ha­nia chwy­ci­łam za kostki chra­pią­cej Grety.

- Go­towa? - za­py­tał, a kiedy przy­tak­nę­łam, wspól­nie pod­nie­śli­śmy ko­le­żankę i chwiej­nym kro­kiem po­dą­ży­li­śmy na pię­tro, w stronę po­koju Fe­liksa.

- Bła­gam, tylko nie na moje wyro! - uskar­żał się go­spo­darz.

Nie zwra­ca­jąc na niego uwagi, po­ło­ży­li­śmy Gretę na ide­al­nie za­ście­lo­nym łóżku.

Wy­pro­sto­wa­łam się i ode­tchnę­łam zmę­czona, wy­cie­ra­jąc spły­wa­jącą mi po czole strużkę potu. Greta to ka­wał baby. Wy­soka i do­brze zbu­do­wana. Nie była gruba, choć sły­sza­łam, że sama czę­sto tak o so­bie mó­wiła. Miała ładne krą­gło­ści i nie wy­glą­dała jak stan­dar­dowa wy­chu­dzona mo­delka. Moim zda­niem była śliczna i na jej miej­scu nie za­przą­ta­ła­bym so­bie głowy die­tami.

- Nie będą się o nią mar­twić? - zwró­ci­łam się do Klary.

- Wąt­pię. Za­raz wy­ślę SMS-a do jej mamy. Greta czę­sto zo­staje u mnie na noc.

- Chcesz ich okła­mać?

- Na­pi­szę, że bę­dziemy spały pod jed­nym da­chem, co wcale nie jest kłam­stwem. - Wzru­szyła bez­tro­sko ra­mio­nami. - Ma­kówka pra­cuje! - Po­pu­kała się w głowę.

- Zo­sta­jesz u Fe­liksa? - zdzi­wi­łam się, ogar­nięta lek­kim nie­po­ko­jem. - Ale mó­wi­łaś, że przed pół­nocą wra­camy.

- Nie bądź taka drę­twa, ju­tro jest nie­dziela, mamy wolne.

- Nie o to cho­dzi, obie­ca­łam, że wrócę do domu...

- I wró­cisz, tyle że ju­tro - do­koń­czyła za mnie.

- Hej. - Ktoś zła­pał mnie za ra­mię i od­cią­gnął od wsta­wio­nej ko­le­żanki.

Ben wy­szedł ze mną z po­koju, po czym ra­zem ze­szli­śmy po scho­dach. Chło­pak pod­szedł do sto­lika w sa­lo­nie, wziął duży łyk piwa i znów do mnie do­łą­czył.

- Nie przej­muj się nią, je­śli chcesz, za­mó­wię ci tak­sówkę - oświad­czył, czego zu­peł­nie się po nim nie spo­dzie­wa­łam. - Chodź na chwilę na dwór, po­ga­damy na spo­koj­nie. Mu­szę za­ja­rać, bo za­raz zwa­riuję.

Kilka mi­nut póź­niej sie­dzie­li­śmy w ogro­do­wej al­tance: ja na ławce, a Ben na stole. Przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie, wy­do­był z kie­szeni kurtki paczkę pa­pie­ro­sów, którą ba­wił się przez chwilę, prze­kła­da­jąc w dłoni. Po­tem wy­jął jedną fajkę i za­pa­liw­szy ją, za­chłan­nie się za­cią­gnął.

- Chcesz? - za­pro­po­no­wał, a wraz ze sło­wami z jego ust wy­do­stał się szary dym.

- Nie, dzięki, to nie dla mnie. W ze­szłym roku mało co nie wy­plu­łam płuc, tak się za­krztu­si­łam - zdra­dzi­łam, szcze­rząc się na tamto wspo­mnie­nie.

Na­gle moje my­śli po­wę­dro­wały w in­nym kie­runku. Sama nie wie­dzia­łam, jaki był tego po­wód. Moż­liwe, że mia­łam so­bie za złe, iż po­czu­łam się w to­wa­rzy­stwie Bena do­brze. Przy­wo­ła­łam w pa­mięci ob­raz po­bi­tego Jace'a, w po­śpie­chu zbie­ra­ją­cego swoje rze­czy. Po­smut­nia­łam, spusz­cza­jąc wzrok, nie ma­jąc od­wagi dłu­żej pa­trzeć w oczy to­wa­rzy­szą­cego mi chło­paka. Wy­rzuty su­mie­nia nie­spo­dzie­wa­nie przy­brały na sile, kłu­jąc mnie od środka ni­czym do­brze za­ostrzony nóż.

- Mogę cię o coś za­py­tać? - wy­du­si­łam z sie­bie, na­dal wpa­tru­jąc się w czubki swo­ich bu­tów.

- Da­waj - za­chę­cił mnie, ra­czej nie­świa­domy, co go czeka.

- Dla­czego aku­rat Jace?

W końcu od­wa­ży­łam się znów na niego spoj­rzeć. Chcia­łam za­re­je­stro­wać każdy szcze­gół jego za­cho­wa­nia. Od­wró­cił głowę, żeby wy­pu­ścić dym, po czym zga­sił pa­pie­rosa i wy­rzu­cił go do na­peł­nio­nego wodą sło­ika.

- Bo mnie wkur­wia - od­po­wie­dział po dłuż­szym na­my­śle.

- Py­tam se­rio.

Mię­śnie szczęki Bena za­częły pra­co­wać, a jego spoj­rze­nie stward­niało, zro­biło się wręcz lo­do­wate. Z cał­kiem sym­pa­tycz­nego chło­paka ni stąd, ni zo­wąd prze­obra­ził się w roz­wście­czo­nego gbura.

- To pier­do­lony pe­dał, wy­star­czy ci ta in­for­ma­cja? Wkur­wia mnie na­wet to, że mu­szę pod­czas lek­cji sie­dzieć z nim w tym sa­mym po­miesz­cze­niu.

Chcia­łam po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale ugry­złam się w ję­zyk. Te dwa zda­nia były jak ku­beł zim­nej wody. Wszystko, co po­zy­tywne, na­gle prze­stało mieć ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie i po­czu­łam gorzki smak roz­cza­ro­wa­nia.

Wsta­łam i nie od­zy­wa­jąc się do niego, wy­szłam na bru­ko­waną, wą­ską ścieżkę, pro­wa­dzącą do bramy wyj­ścio­wej.

- Za­cze­kaj! - za­wo­łał, ale nie mia­łam za­miaru się za­trzy­my­wać, a tym bar­dziej do niego wra­cać. - Kurwa, May, stój!

Pod­biegł do mnie i usta­wiw­szy się ze mną twa­rzą w twarz, zła­pał za ra­miona, po­wstrzy­mu­jąc od dal­szej drogi.

- Tak­sówka za­raz po­winna pod­je­chać - oznaj­mi­łam bez­na­mięt­nie, ła­piąc za jego nad­garstki, i ode­pchnę­łam go od sie­bie, by­naj­mniej nie de­li­kat­nie.

- O co ci cho­dzi? - Nie za­mie­rzał mnie prze­pu­ścić.

- O co mi cho­dzi? - Unio­słam wy­soko brwi, uśmie­cha­jąc się przy tym ner­wowo. Po­trzą­snę­łam ener­gicz­nie głową i za­ło­ży­łam ręce na piersi, jakby ten gest miał ma­giczną moc chro­nie­nia mnie. - O co to­bie cho­dzi? Dla­czego za wszelką cenę chcesz zmie­nić ży­cie Jace'a w pie­kło? Co on ci zro­bił? Gno­je­nie słab­szych spra­wia ci przy­jem­ność? Wiesz, że to chore?

- Nie masz o ni­czym po­ję­cia - wy­sy­czał, a kiedy mnie mi­jał, by wró­cić do domu, szturch­nął mnie ra­mie­niem z taką siłą, że na mo­ment stra­ci­łam rów­no­wagę.