Rozdział 4
Ritva nie wiedziała o istnieniu zła. Takiego zła. Zdarzało się, że wykrzykiwała, iż nienawidzi kogoś.
Dopiero teraz zrozumiała, że nie miała pojęcia, czym naprawdę jest to uczucie.
Nie wiedziała, póki nie ujrzała wzroku mężczyzny, do którego ją przyprowadzono. Póki nie zjawił się w ciemnym i wilgotnym lochu, w którym ją uwięziono.
Dopiero tu Ritva pojęła, czym jest nienawiść, a wraz z upływem dni i tygodni dowiadywała się coraz więcej o istocie zła.
Miała dziewiętnaście lat, a rozmyślała o śmierci. Niemal wyczekiwała jej z utęsknieniem.
On był taki przystojny. Nikt by nie przypuszczał, że tkwi w nim tyle zła. Ritva zawsze sądziła, że ludzie piękni są dobrzy. że dobro idzie w parze z urodą.
Pojęła teraz, jak niewiele wiedziała o życiu.
Gdyby chociaż rozumiała, co do niej mówi, kiedy przychodzi do lochu albo kiedy rozkazuje zawlec ją do jednej z tych izb, gdzie trzyma te okropne przyrządy.
Przez cały czas coś mówił i wyraźnie bawiło go to, że Ritva nic nie rozumie. To był także rodzaj tortury.
Ritva przeklinała w duchu, że była taka uparta i nigdy nie starała się nauczyć języka norweskiego.
Ale przecież nigdy wcześniej nie było jej to potrzebne... On ją rozumiał, chociaż nie znał jej mowy.
Krzyków i przekleństw nie trzeba tłumaczyć.
Ritva nie pojmowała, dlaczego przypala jej ciało żelazem, nie pojmowała, dlaczego jest bita, no i czemu on się przy tym uśmiecha. Nie rozumiała, dlaczego rozciągają jej kończyny.
Szukali czarownicy. Przecież chyba musieli się zorientować, że to jakaś pomyłka!
Czasem wydawało jej się, że wiedzą. Oficer i żołnierze, którzy ją pojmali, patrzyli tak jakoś dziwnie na okaleczenia, jakie zostawały na jej ciele po torturach.
I choć jej samej zdawało się to niedorzeczne, odnosiła wrażenie, że porównują jej rany do ran kogoś innego.
Ale może się myliła? Zaczynała tracić rozum.
Oni myśleli, że jest czarownicą. Nie mogła nic uczynić, by odwieść ich od takich podejrzeń. Nie mogła nic powiedzieć na swoją obronę.
Może sprowadzą tu kogoś, kto mówi po lapońsku?
Może pastora?
Łudziła się tą nadzieją, ale tylko krótki czas. Potem przestała marzyć.
Zamiast tego cofała się myślami do przeszłości. Starała się przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów ze swego życia. Musiała. Musiała się upewnić, czy nie odebrano jej wspomnień.
Jej ciała już nie można było bardziej okaleczyć. Przeżyła wszystkie upokorzenia, jakie można zadać ciału.
Znała ból bardziej niż samą siebie. Towarzyszył jej nieustannie. Ritva nie lękała się go, czasami popadała w stan otępienia, który wydawał jej się taki błogi, że nie miała ochoty się z niego wydobyć. Bo dzięki niemu była wolna. Nie czuła rąk ani nóg, nie czuła własnego ciała. Tylko jakąś taką błogą miękkość i przeświadczenie, że znów jest sobą.
A kiedy odzyskiwała przytomność, powracał ból w ciele, na które nie chciała patrzeć ani go dotykać.
W tym cudownym stanie znikał też strach przed tym, przed czym wcześniej tak się wzbraniała, z czym zawzięcie walczyła. To, nad czym nie miała władzy, co znajdowało się poza możliwością pojmowania, przestało napełniać ją przerażeniem.
Zdawało się cudowne, kuszące i przepełnione spokojem.
Ritva tęskniła za tym.
Jej marzenia o wolności, życiu i o Nilsie nie dorównywały temu pragnieniu przeniesienia się w stan szczęśliwości.
Ritva wiedziała, że aby tam dotrzeć, trzeba przejść przez nieludzkie cierpienie. Ale pragnęła tego.
Śmierć stanowiła wrota do tej cudownej krainy, o istnieniu której nigdy wcześniej nie miała pojęcia.
Wiedziała, jak się odbiera życie czarownicom, i łudziła się nadzieją, że wkrótce to nastąpi.
Po tym wszystkim, co z nią zrobili, nigdy nie byłaby normalną kobietą, nie mogłaby zostać żoną czy matką. Nils może zechciałby związać się z nią mimo wszystko, ale ona nie mogłaby mu na to pozwolić. Musi umrzeć. Musi przejść przez stos.
Potem będzie cudownie.
Ritva uśmiechała się, gdy przypalano ją żelazem.
Krzyczała, ale z jej ust nie znikał uśmiech.
Hans Fredrik Feldt oblał się potem. Od rozgrzewania żelaznych prętów zrobiło mu się gorąco.
Jego nozdrza wychwyciły swąd przypalanego ciała. Nalał sobie wódki do kieliszka, wychylił duszkiem i dolał jeszcze.
Żołnierz, który pocił się wraz z nim, zameldował krótko, że odprowadził skazaną z powrotem do lochu.
Feldt skinął głową.
Żołnierz nie ruszał się z miejsca.
- Można by przypuszczać, że to ta jest prawdziwą czarownicą - wyrzekł w końcu z drżeniem w głosie. - Jeszcze nigdy w moim życiu nie spotkałem kogoś tak wytrzymałego. Inni już dawno by się ugięli i wyzionęli ducha na naszych rękach. A ona czepia się życia! I w porównaniu do innych nawet specjalnie nie krzyczy! Mało tego, gdy dotykam jej ciała rozżarzonym żelazem, ona za każdym razem się uśmiecha! Doprawdy zrobiła na mnie duże wrażenie!
Kapitan ujął w dłoń kieliszek i odwrócił się gwałtownie. Nigdy nie dał znać po sobie, że on także jest zdumiony zachowaniem dziewczyny, którą mu przywiedli.
- Ludzie różnie reagują na ból - stwierdził rzeczowo. - Niektórzy znoszą więcej. Kobiety na ogół są bardziej wytrzymałe. Podobno dlatego, że rodzą dzieci. Co do mnie, specjalnie nie widzę związku między tymi sprawami. Ta dziewczyna wiele potrafi znieść, ale każdy ma jakieś granice wytrzymałości, ona także.
- Będziemy ją torturować, póki nie odkryjemy tej granicy? - spytał żołnierz. Pobladł gwałtownie i uchwycił się framugi, żeby nie upaść. Zrobiło mu się niedobrze.
Ostatnio dużo o tym rozmyślał i zaczęły go dręczyć wyrzuty sumienia, doskonale bowiem wiedział, że dziewczyna jest niewinna.
- Nie mam w zwyczaju uzgadniać moich planów z podwładnymi - uciął Feldt.
Żołnierz jak niepyszny wycofał się z izby i zamknął za sobą drzwi. Kapitan w ostatnim czasie bardzo przestrzegał wojskowej hierarchii. Zaufani pomocnicy nie byli mu już dłużej potrzebni.
Żołnierz nawet się cieszył z tego powodu. Kapitan Feldt wiele stracił w jego oczach i już nie był dla niego świetlanym wzorem.
Radował się też, że jest tylko zwykłym żołnierzem. Nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za to, co się już stało z Ritvą, i za to, co miało się z nią stać.
Wykonuje rozkazy.
Poczuł niewypowiedzianą ulgę, że może spojrzeć na to od tej strony.
Zdawało mu się, że ta zbrodnia nie plami tak bardzo jego rąk.
Ale nocami mimo to nie mógł spać.
Hans Fredrik Feldt, przeciwnie, nie cierpiał na bezsenność. Jedyne, co nie dawało mu spokoju, to świadomość, że w lochu dla czarownicy została uwięziona inna, że przyszło mu zadowolić się namiastką.
To nie była prawdziwa wiedźma, która oszukała go i naraziła na pośmiewisko całego Finnmarku.
Usiłował przywołać jej obraz w tej młodej kobiecie, którą poddawał torturom, ale przez cały czas miał świadomość, że to nie ona.
Nie potrafił oszukać samego siebie, mimo że planował dać przedstawienie wszystkim tym, którzy z niego drwili.
Będą mieli stos i kobietę o wyglądzie wiedźmy. Niestety, prawdziwa Ritva, kobieta, o której nie przestawał myśleć, pozostawała nadal na wolności. Ale on ją znajdzie!
Nie podobał mu się sposób, w jaki uwięziona reagowała na ból. Najchętniej przycisnąłby ją mocniej, żeby zbliżyła się do tej granicy wytrzymałości, którą przecież każdy posiada... Ale gonił go czas.
Jak zauważył żołnierz, ktoś inny już dawno wyzionąłby ducha.
Nie wolno mu ryzykować.
Ona musi żyć po to, żeby na oczach wszystkich spłonąć na stosie.
Nie torturował jej dla przyjemności ani z wewnętrznej potrzeby.
To było konieczne.
Ta dziewczyna musiała upodobnić się do tamtej, żeby nie wzbudzić w nikim nawet cienia podejrzeń.
Chciał urządzić pokaz, którego tutejsi ludzie długo nie zapomną.
Cieszył się na tę chwilę. To będzie apogeum jego kariery. Na stare lata nieraz wspomni ten stos.
Nils podążył za jeźdźcami, którzy zabrali Ritvę, i dotarł do Vard?. Nic jednak nie zdziałał, bo do kogokolwiek się zwracał, napotykał mur milczenia równie nieprzebyty jak mur wokół twierdzy.
Było tak, jak tłumaczył Ristin. Odnosił wrażenie, że wszystkie siły sprzysięgły się przeciwko niemu.
Być może zbyt wiele stosów płonęło w tym miejscu w ostatnim stuleciu.
Ludzie zaczynali powoli zapominać. Skała straceń na powrót stała się zwykłą skałą, a nie miejscem schadzek szatańskich sług.
Ale wraz z przybyciem nowego komendanta twierdzy wróciły polowania na czarownice. Na nowo zawrzało od plotek, pomówień i kłamstw.
Zapłonęły stosy.
Ludzie się przed tym wzbraniali. Pragnęli zagrzebać w pamięci niechlubne wydarzenia, jakie miały miejsce za życia ich rodziców i dziadków. Nie chcieli, żeby to samo powtórzyło się za ich życia.
A skoro wróciło... woleli wiedzieć jak najmniej albo udawać, że o niczym nie wiedzą. Z nikim obcym o tym nie rozmawiali.
Nils więc nic nie wskórał.
Był pewien, że Ritva została uwięziona w twierdzy, skoro zabrali ją żołnierze. Ale w twierdzy Vard?hus wszystkie bramy się przed nim zatrzaskiwały.
Nikt nie wiedział o zatrzymanej kobiecie. żołnierze twierdzili, że w lochach nie ma żadnych więźniów.
Wmawiając sobie, że Ritvie nie może stać się nic złego, zanim nie zapadnie prawomocny wyrok sądu, Nils oszukiwał samego siebie. Potrzebował jednak czegoś, w co mógłby wierzyć.
Wnet jednak rozeszły się plotki.
A potem przybył Guttorm, a z nim blada, udręczona zgryzotą Ristin. Rodzice nie wiedzieli o tym, że pojechała z Guttormem. Uciekła, nie pytając ich o zgodę.
- Musiałam - tłumaczyła się Nilsowi, który dobrze ją rozumiał.
- Nie mogę się dostać do twierdzy - wyznał zrezygnowany, kiedy odnaleźli go w jednym z tanich zajazdów, którego poza porą połowów nie odwiedzało wielu gości. - Ona jest w twierdzy, ale nie udało mi się dostać do środka. Starałem się podejść strażników, groziłem im, próbowałem ich kupić, ale wszystko na nic... nikt nic nie wie.
- Powiadają, że ma zapłonąć stos - rzekł powoli Guttorm z powagą na twarzy.
- Krążą pogłoski o spaleniu czarownicy - przyznał Nils. - Słyszałem, że przed dwoma laty jakaś kobieta zdołała im się wymknąć podczas próby wody. Podobno teraz tę czarownicę złapano i szykują dla niej stos.
- Przecież Ritva nigdy nie przebywała z dala od rodziny i naszej wspólnoty - wtrąciła Ristin żałośnie. - Co to jest próba wody?
Wyjaśnili jej.
- Chyba nie zrobią tego z Ritvą? Przecież ona nie potrafi pływać! Chociaż... może już lepiej byłoby utonąć, aniżeli spłonąć... - szlochała.
- Wyrwiemy ją ze stosu! - rzucił z zapałem Guttorm, ale kiedy wyobraził sobie tę sytuację, zrozumiał, jak niewielkie są szanse powodzenia. Ze względu na Ristin jednak nie powiedział tego na głos. Poza tym najgorsza wydawała mu się bezradność i bezczynność.
- Tak, to jedyna możliwość - zgodził się Nils, choć wiedział to samo co Guttorm.
Będą warty, uzbrojeni strażnicy. I ludzie, tłumy ludzi z zupełnie innego świata.
Nawet w myślach trudno mu było sobie wyobrazić, w jaki sposób mogliby uwolnić Ritvę. Ale możliwe, że przy odrobinie szczęścia i wsparciu dobrych mocy uda im się tego dokonać.
- W każdym razie możemy tam być... - rzekł. - Zobaczymy i nie zapomnimy.
Pogłoski o przygotowaniach do spalenia czarownicy rozeszły się daleko od Vard?. Dotarły także do niewielkiej zatoczki na półwyspie Varanger.
Ravna była niespokojna.
Przed kilkoma dniami usłyszała od jakiegoś wędrowca, który przysiadł wieczorem przy ognisku, że ma zostać spalona wiedźma, która parę lat temu zdołała uciec z twierdzy.
- Raija i Mikkal chyba nie wrócili jeszcze - powtarzała co chwila. - Mieli się ukryć w Finlandii i omijać wybrzeże szerokim łukiem. Nie, na pewno by się tam nie udali. Zresztą myślę, że Mikkal zawiadomiłby nas jakoś...
Ale do końca Ravna nie była pewna, bo gdy sprawy dotyczyły Raiji, Mikkal zawsze działał na własną rękę.
A teraz mieli ze sobą Ailo.
We wspólnocie ubyło mężczyzn. Ravna nie brała pod uwagę tych, którzy ożenili się z dziewczętami z ich społeczności. Oni jej nie rozumieli i uważali zapewne za zdziwaczałą staruszkę.
Tylko jednego człowieka Ravna mogła poprosić o przysługę: Andersa, syna Pavvy.
Dwudziestopięcioletni Anders wyrósł na bardzo przystojnego mężczyznę, zupełnie niepodobnego do swego ojca, a już w ogóle nie przypominającego matki. Był bystry i uważny. Zręczny, a przy tym mądry. Jedyny potomek, jaki pozostał Pavvie. Niedźwiedź zabójca zabrał mu pozostałych. Sigga i Aslak zginęli powaleni łapą tego samego drapieżcy. Pavva nigdy nie podźwignął się po tej tragedii. Zestarzał się i zamknął w sobie. Tylko Anders i czasami Ravna potrafili nawiązać z nim kontakt.
- Chcesz zabrać mi moje ostatnie dziecko? - krzyknął ostro Pavva, gdy Ravna wyłożyła jego synowi sprawę, z którą przyszła. - Nie wystarczy ci, że twój własny syn i ta czarnowłosa dziewka z Tornedalen ponoszą winę za śmierć moich pozostałych dwojga dzieci?
- Nikt nie jest winien śmierci Siggi i Aslaka - surowo odezwał się Anders. - Tak się po prostu stało i musimy się z tym pogodzić.
- Zabiją cię! - Pavva uparcie trwał przy swoim. - Bo jeśli zatrzymali tę wronę Mikkala, stracisz głowę tak samo jak on i wszystkich was zabiją.
- Już od dawna jestem dorosły i sam podejmuję decyzje. - Anders zacisnął usta, a spojrzawszy łagodniej na Ravnę, rzekł: - Pojadę. Podobnie jak ty przypuszczam, że to nie może być Raija. Pewnie to tylko plotki. Ale pojadę, żeby zyskać pewność.
Ravna nie była w stanie wyrazić swojej wdzięczności. Lubiła tego chłopca! Właściwie to mężczyzna, ale dla niej zawsze pozostanie chłopcem. Czuła się już taka stara.
- A co ze mną? - zapytał Pavva z urazą w głosie. - Kto mi pomoże, kogo będę miał pod ręką? Mam sobie sam ze wszystkim poradzić? Przecież to zajmie ci wiele dni!
- Wyszłoby ci to na dobre - wyraziła swą opinię Ravna. - Za dużo narzekasz. Nie tylko ty straciłeś swoich najbliższych, tyle że my nie straciliśmy dodatkowo głowy.
- Poradzisz sobie, ojcze.
Prychnął.
- Będę do ciebie zaglądać - obiecała Ravna niechętnie. Kiedyś Pavva omal nie został jej mężem. Teraz cieszyła się, że tak się nie stało. Młode dziewczyny nie są w stanie wyobrazić sobie, jacy będą ich ukochani, gdy się zestarzeją.
Szkoda.
- Chcesz odsunąć ode mnie syna, tylko o to ci chodzi - mruknął zgryźliwie Pavva, który nie dał się udobruchać. - Wszystko z zazdrości, że twój własny cię opuścił.
Anders nigdy nie pozwolił ojcu decydować o sobie. Chodził własnymi ścieżkami. I jak dał do zrozumienia Ravnie, tym razem także nie zawaha się tego uczynić.
Plotki huczały przez kilka tygodni. Wystarczająco długo, żeby ściągnąć do Vard? tłumy ciekawskich. Straszliwa tragedia bywa dla niektórych rozrywką.
Anders od początku podejrzewał, że coś się w tym wszystkim nie zgadza. I choć był niemal całkowicie przekonany, że to nie Raija została uwięziona w lochu, nie czuł się ani trochę spokojniejszy.
Spędził w Vard? dwa dni, ale wykorzystał je w pełni. Rozmawiał z wieloma ludźmi. Miał tu dużo znajomych. Nikt jednak nie umiał mu powiedzieć nic poza tym, że nie widziano ostatnio Mikkala w tych stronach. Anders krążył po okolicy, ale też go nie spotkał.
Był pewien, że Mikkal nigdy by nie zostawił Raiji w kłopotach.
Właściwie Anders mógłby już wracać do obozowiska. Zdobył dość informacji, by uspokoić Ravnę. Nadal jednak zbyt wiele faktów pozostawało w sferze przypuszczeń. A ona wysłała go przecież po to, żeby zyskać pewność.
Kiedy przed wieczorem żołnierze przeczytali obwieszczenie, Anders przekonał się, że miał rację, pozostając w Vard?.
W każdej plotce tkwi odrobina prawdy. Rzeczywiście, w lochach twierdzy była uwięziona czarownica.
I miała zapłacić życiem za swoje praktyki. Ogłoszono, że następnego dnia zapłonie stos.
W miasteczku zawrzało. Ludzie z ust do ust przekazywali sobie sensacyjną wiadomość. Ich twarze zmieniły się, w oczach zabłysła żądza krwi. Powszechnie potępiono tę kobietę, o której tak naprawdę niczego nie wiedziano. Ktoś rzucił, że nie ma dymu bez ognia, co zostało przyjęte przez gawiedź ordynarnym rechotem.
Anders poczuł mdłości i żeby zagłuszyć w sobie niechęć do otaczających go ludzi, podnieconych niecodziennym wydarzeniem, postanowił się upić. Przynajmniej nie będzie musiał z nikim rozmawiać!
Wódka nigdy mu nie służyła, wiedział, że nazajutrz głowa będzie mu pękać. Ale miał nadzieję zdusić w sobie w ten sposób odrazę do rozkrzyczanego tłumu.
Dla Ritvy dzień i noc zlały się w jedno. Do głębokiego lochu nie dochodził najmniejszy nawet promyk słońca. Mrok wydawał się tu tak gęsty, że dziewczyna nie widziała nic na wyciągnięcie ręki.
Tylko raz dziennie, kiedy przynoszono jej coś do jedzenia, migoczące światło lampy malowało żółte plamy na nierównej ścianie.
Mrużyła wówczas oczy oślepiona, jakby w tych piekielnych ciemnościach rozbłysło słońce.
Żałowała, że nie zdążyła podziękować Bogu za światło dnia i letnie białe noce.
Przestali ją torturować. Oficer nie pokazywał się więcej. Nie przychodził jej katować, nie stukał uchwytem pejcza o dłoń, wyczekująco wybijając rytm. Nie ciągnęli jej do tego okropnego pomieszczenia.
Była sama.
Zziębnięta i mokra. Obolała.
Krwawiące i zachodzące ropą nie opatrzone rany pokrywały każdy skrawek jej ciała, ale ciemności utrzymywały to w tajemnicy.
Przynosili jedzenie. Niedużo, ale zawsze. Ritva postanowiła przestać spożywać posiłki.
Pomyślała, że w ten sposób wygra z nimi, sama zadecyduje o sobie i o swoim końcu. Przechytrzy ich i wywinie się od tego, co dla niej zaplanowali.
Ale w ten sposób umierało się powoli, a poza tym jedzenie przyciągało myszy.
Ritva nie cierpiała gryzoni. Na widok myszy i lemingów zawsze przechodziły jej ciarki. Odgłosy dreptania i drapania rozlegające się w ciemności stanowiły o wiele gorsze tortury niż te, które jeszcze byłby w stanie wymyślić kapitan. Dlatego też Ritva, chcąc nie chcąc, jadła.
Dzięki temu wciąż oglądała światło.
Czasami wydawało jej się, że wartownicy o niej zapomnieli, że musiał minąć więcej niż jeden dzień od ostatniego posiłku, ale trudno jej się było zorientować, a rozmawiać z nimi nie potrafiła. żaden z mężczyzn, którzy tu schodzili, nie znał lapońskiego.
Zrozumiała, że stąd nie ma wyjścia. że to koniec. Jeszcze tylko nieludzki ból, który jest bramą do cudownego raju.
Musi wytrzymać.
Zapadła w odrętwienie. Zesztywniały jej członki. Kroki, których nasłuchiwała niemal całą wieczność, rozległy się wreszcie głucho na kamiennej posadzce. Było ich dwóch. Pęk kluczy zadźwięczał hałaśliwie i wesoło.
Uklęknęła.
Przecież przez cały czas odosobnienia przychodzili pojedynczo!
Czy czekali, aż nabierze sił, żeby znowu się nad nią znęcać? Dlatego tym razem przybyli we dwóch?
Czy może to już...? Czy to się stanie teraz?
Klucz zazgrzytał w zamku i ciężka krata uchyliła się powoli. Do środka weszli wartownicy, ale bez jedzenia.
A więc nareszcie nadszedł ten dzień!
Przez cierpienie i mękę otrzyma wolność większą niż ktokolwiek jest w stanie sobie wyobrazić.
Ritva podźwignęła się z trudem. Wycieńczona, ledwie stała na nogach, ale zacisnęła zęby, żeby wytrzymać. Słaniała się i tylko sile woli zawdzięczała, że nie upadła.
Strażnicy nie odezwali się. Wiedząc, że ich i tak nie rozumie, nie wysilali się zbytnio, by jej cokolwiek wyjaśnić, tylko brutalnie chwycili pod pachy i wywlekli z ciasnego lochu. Ciągnęli ją za sobą po schodach na górę, nie przejmując się tym, że obija się stopami o ostre kanty stopni.
Przecież i tak miała umrzeć.
Poprzedniego wieczoru został wzniesiony stos, który złowieszczo górował u brzegu morza. Wydawał się taki majestatyczny na tle spienionych fal.
Pogoda gwałtownie się zmieniła.
Piękna, łagodna jesień ustąpiła miejsca chłodnemu wichrowi z północy, który powiał z ogromną siłą. Morze rozkołysało się, biała kipiel uderzała wściekle o ląd.
Ludzie, przekonani, że to czary wiedźmy, spieszyli nad morski brzeg, jakby przyciągani niewidzialną siłą. Szli ku wzniesionemu z chrustu, torfu i wszystkiego, co nadawało się do spalenia, stosowi, niemal pewni, że tego dnia najprawdziwsza czarownica zostanie posłana na spotkanie z diabłem.
Wzdłuż skalistego wybrzeża nie rosły drzewa, więc niektórzy poświęcili nawet cenny, pieczołowicie gromadzony opał. Taki strach drzemał w tych ludziach.
Anders bez trudu odnalazł drogę prowadzącą do miejsca kaźni. Wystarczyło zatrzymać się przy jakiejś grupce, a po kilku chwilach płynęło się wraz z prądem we właściwym kierunku.
Przecisnął się naprzód i zatrzymał w miejscu, gdzie powinien wszystko dobrze widzieć i skąd równocześnie będzie mu łatwo się wycofać. Nie był bowiem pewien, czy znajdzie dość sił, by przyglądać się od początku do końca okrutnemu przedstawieniu. Chodziło mu tylko o jedno: chciał zobaczyć skazaną i upewnić się, czy to nie Raija.
Bolała go głowa, miał kłopoty z żołądkiem, a narastające w tłumie emocje dodatkowo nasilały te dolegliwości. Anders nigdy nie przypuszczał, że ludzie potrafią być tacy okrutni. Czy on zachowywałby się podobnie, gdyby nie lękał się, że skazaną może być Raija?
Z niechęcią uświadomił sobie, że wcale nie jest lepszy. Oczekiwał tego wydarzenia z równą ciekawością co pozostali...
Otworzyła się brama i z twierdzy wytoczył się żałosny wóz eskortowany przez kordon uzbrojonych żołnierzy.
Anders przełknął ślinę, kiedy na wozie dostrzegł samotną postać.
Boże święty, czuł, że za chwilę zwymiotuje!
Wśród gawiedzi rozszedł się pomruk, który zagłuszył szum wiatru i sztormowe fale uderzające o skały u podnóża stosu.
Na drobnym, wychudzonym ciele dziewczyny zwisały brudne strzępy ubrania.
Koła terkotały, wóz skrzypiał. żołnierze maszerowali równym krokiem, stukając rytmicznie obcasami. Anders zacisnął powieki, jego serce biło w tym samym rytmie.
Kiedy w końcu odważył się znów podnieść wzrok, wóz dotarł prawie na wysokość miejsca, w którym stał. Z tyłu jechał konno kapitan z miną władcy. Na jego ustach błąkał się uśmiech: lodowaty, triumfalny uśmiech.
Anders nienawidził tego człowieka, pamiętając, co uczynił Raiji.
Przesunął wzrok na wychudzoną postać na wozie. Podarte ubranie nie zasłaniało ciała dziewczyny, poranionego do żywego mięsa i posiniaczonego.
Biedaczka nie mogła się zasłonić, bo związano jej ręce. Nawet w drodze na stos, w drodze na śmierć, nie okazano jej choćby odrobiny miłosierdzia. Do ostatniej chwili nie skąpiono jej upokorzeń.
Póki stała z pochyloną głową i długie kruczoczarne włosy opadały jej na twarz, wyglądała zupełnie jak Raija. Anders, przeciskając się przez tłum, bezwiednie ruszył za wozem.
Coś mu mówiło, że już wie, ale po wczorajszej pijatyce trudno mu było zebrać myśli.
Skazana podniosła głowę.
Z tłumu rozległ się oszalały krzyk jakiejś dziewczyny. Chyba jednak ktoś natychmiast zasłonił jej usta, bo Anders nie zorientował się, kto tak rozpacza.
Blada twarz zwrócona była w stronę tłumu, ale Anders dałby głowę, że skazana nie widzi otaczających ją ludzi.
To nie była Raija.
Ale jakże do niej podobna!
Zatrzymał się, wóz potoczył się dalej. Za nim sunął stępa koń, trzymany w cuglach przez oficera o lodowatym uśmiechu. Mężczyznę ze szpicrutą.
Andersa zalała fala rozpaczy. Wiedział, że ta dziewczyna jest niewinna, a umrzeć musi dlatego, że Raija uciekła. Czuł, że powinien wykrzyczeć zgromadzonym, że to pomyłka. że to nie jest czarownica i że zna tę, dla której przeznaczony jest stos.
Ale przecież Raija także nie jest czarownicą... Milczał.
Wziął na siebie cząstkę winy za to, co się stało. Może mógłby przeszkodzić tej zbrodni...
Strażnicy przecięli rzemienie, którymi dziewczyna była związana, popchnęli ją ku drabinie i przytwierdzili do niej, krępując nadgarstki i kostki u nóg.
Jakaś kobieta zaniosła się szlochem.
Poza tym panowała cisza jak makiem zasiał. Można by nawet przypuszczać, że morze i wiatr ucichły, jakby cała natura wstrzymała oddech.
Dwóch żołnierzy postawiło drabinę. Tłum jednogłośnie wydał jęk.
Dziewczyna uniosła głowę i, Anders był o tym przekonany, uśmiechnęła się. Wiatr odgarnął jej włosy z twarzy, która jaśniała biało ku zgromadzonym niczym milczące oskarżenie przeciwko wszystkim.
Czy nikt więcej nie zauważył, że to niewinna dziewczyna?
Nie widzieli, że to jeszcze dziecko?
Ktoś zatknął u dołu stosu kilka pochodni, a kiedy płomienie ogarnęły chrust, rozległy się trzaski. Słychać było, jak ogień miesza się z pieśnią skłębionych fal, jak tworzy duet z wiatrem.
Żołnierze puścili drabinę.
Czarne kłęby dymu okryły niemal całkowicie dziewczynę i tylko jej blade oblicze jaśniało wśród plam sadzy i płomieni, które rosły coraz większe.
Nagle zrobiło się zamieszanie. Jakiś młody mężczyzna z tłumu przedarł się przez kordon żołnierzy i nie zważając na skierowane w niego lufy, przedostał się na podwyższenie, na którym ułożony był stos.
Rozdzierający krzyk, dobywający się z płomieni, niczym ostrze noża przeciął ciszę, trafiając wprost do nie do końca obojętnych serc.
- Ritva! - zawołał śmiałek, wspinając się po płonącej stercie chrustu. - Idę do ciebie, Ritva!
Anders ledwie zdążył zauważyć, jak Lapończyk objął dziewczynę i przytulił w bezgranicznej miłości, bo zaraz pochłonął ich ogień.
Z tłumu pospieszyli za nim chłopak i dziewczyna, ale żołnierze już nie dali się zaskoczyć i bezceremonialnie odepchnęli ich na bok.
Ogień ogarnął cały stos, ale już żaden krzyk stamtąd nie doleciał.
Anders wycofał się, gdy w powietrzu uniósł się swąd spalenizny.
Jakiej odwagi trzeba było, żeby umierać z podniesionym czołem tak jak to dziewczę!
Ileż hartu wykazał ten młody Lapończyk, który pospieszył jej na ratunek! Hartu i miłości.
Ból i cierpienie są niezbędne. Cierpienie jest bramą, bez niego nie może ruszyć dalej.
Już prawie tego dokonała, kiedy on znalazł się przy niej. Otoczył ją ramionami i sprawił, że łatwiej było znieść ból.
Cierpienie rozłożyło się na dwoje. A potem już było cudownie...
Ogień usunął wszystko...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki