Raija ze śnieżnej krainy. Wyroki losu. Tom 10 - Bente Pedersen

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Ri­tva ni­gdy nie za­sta­na­wiała się nad sta­ro­ścią.

Nie my­ślała o śmierci.

Miała do­piero dzie­więt­na­ście lat.

Hans Fre­drik Feldt peł­nił obo­wiązki ko­men­danta na wy­su­nię­tym da­leko na pół­noc skrawku Nor­we­gii. Wy­zna­czony mu okres służby do­bie­gał końca. Nikt nie ocze­ki­wał, że ka­pi­tan ze­chce prze­dłu­żyć swój po­byt w tych stro­nach.

Ni­gdy nie czuł się do­brze w miej­scu, gdzie zimą pa­no­wała długa noc po­larna, a la­tem trwał nie koń­czący się dzień. Nie lu­bił sa­mot­no­ści ani pust­ko­wia. Po­sępny kra­jo­braz i bez­kre­sne mo­rze wzbu­dzały w nim nie­chęć. Draż­nił go ostry kli­mat, przy któ­rym naj­bar­dziej bez­względni męż­czyźni zda­wali się ła­godni ni­czym ba­ranki.

Ale wła­dza re­kom­pen­so­wała mu wszystko.

Pod tym wzglę­dem mi­nio­nych pięć lat do­star­czyło mu wiele przy­jem­no­ści. Uko­ro­no­wa­niem służby miało być spa­le­nie na sto­sie naj­więk­szej cza­row­nicy, jaką wi­działy te strony.

Nie­wiele bra­ko­wało, a byłby tego do­ko­nał.

Ale ona po­zba­wiła go na­leż­nej chwały, do­słow­nie w ostat­niej chwili wy­my­ka­jąc mu się z rąk. Z po­mocą przy­szli jej słu­dzy pie­kieł.

Jesz­cze żad­nej ko­bie­cie nie udało się go po­ko­nać. Tej wiedź­mie też się to nie uda!

Ka­pi­tan Hans Fre­drik Feldt po­sta­wił wszystko na jedną kartę. Bar­dzo za­le­żało mu na tym, żeby za­pi­sać się w pa­mięci miesz­kań­ców pół­nocy jako po­gromca cza­row­nicy. Sława jego czynu miała się od­bić sze­ro­kim echem i za­pew­nić mu po­wi­ta­nie z ho­no­rami w ro­dzin­nych stro­nach. Pra­gnął, by cy­wi­li­zo­wany świat zo­ba­czył w nim czło­wieka z za­sa­dami.

Wraz z na­sta­niem lata opu­ści twier­dzę Var­d?hus. Przed­tem jed­nak roz­pali stos, na któ­rym spło­nie cza­row­nica.

Nie spo­cznie, póki jej nie od­naj­dzie...

Nie po­zwoli, by ko­bieta wy­strych­nęła go na dudka.

Ani te­raz, ani ni­gdy!

Znał jej imię i twarz. Do­świad­czył też jej dia­bel­skiej mocy. Była po­ra­ża­jąco piękna, jak zresztą więk­szość istot w służ­bie sza­tana. Jej oczy pło­nęły niby roz­ża­rzone wę­gle, włosy, mięk­kie ni­czym je­dwab, miały barwę ro­dem z pie­kieł. Ale on, ka­pi­tan Feldt, nie uległ, nie dał się omo­tać pod­stęp­nie za­sta­wio­nej sieci. Dał od­pór zdra­dziec­kiemu spoj­rze­niu, uda­ją­cemu wzrok anioła.

Cza­row­nica zdo­łała umknąć, ale on po­przy­siągł so­bie, że ją od­naj­dzie, choćby miał szu­kać do końca ży­cia.

- Gdzie­kol­wiek się ukry­łaś, Ri­tvo, drżyj, bo nie je­steś bez­pieczna - syk­nął Hans Fre­drik Feldt, wpa­tru­jąc się w mo­rze, które mu ją ode­brało i po­rwało nie wia­domo do­kąd. Tyle jest fior­dów i za­tok, gdzie mo­gła się za­szyć! Nie miał dość lu­dzi, by spraw­dzić każdy skra­wek wy­brzeża.

Jej wy­bawcy do­brze so­bie to wszystko za­pla­no­wali.

- Mimo to nie czuj się bez­pieczna - po­wtó­rzył ła­god­niej, za­ci­ska­jąc pię­ści. Ką­ciki ust za­drgały lekko, ale nie zła­go­dziły nie­prze­nik­nio­nego ob­li­cza. Wy­raz twa­rzy na­dal po­zo­sta­wał mroczny i bez­względny, a zie­lo­no­nie­bie­skie oczy spo­glą­dały nie­zmien­nie chłodno.

Ten czło­wiek nie po­tra­fił się śmiać, zresztą od dawna nie pró­bo­wał.

Był przy­stojny i uro­dziwy, ale cał­kiem po­zba­wiony serca. Twarz o har­mo­nij­nych ry­sach nie zdo­łała przy­sło­nić bru­tal­no­ści jego na­tury.

- Na­pięt­no­wa­łem cię - rzu­cił ku mo­rzu, zwil­ża­jąc ję­zy­kiem wargi. - Nie uciek­niesz przede mną, Ri­tvo. Na­zna­czy­łem twą białą skórę roz­ża­rzo­nym że­la­zem. Je­steś moja, moja na za­wsze! To ja ci wy­zna­czę kres ży­cia. Twoje ostat­nie chwile na­le­żeć będą do mnie...

Ri­tva, ku któ­rej kie­ro­wał te słowa, na­prawdę no­siła imię Ra­ija.

Hans Fre­drik nie był tego świa­dom. Nie miał jed­nak naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że roz­po­zna jej twarz, gdzie­kol­wiek ją zo­ba­czy.

Roz­po­zna jej ciało. Bli­zny po roz­ża­rzo­nym że­la­stwie, któ­rym ją pie­ścił.

Nad fior­dem sie­dział męż­czy­zna oto­czony gro­madką dzieci i opo­wia­dał im bajki. W jego wło­sach igrały sło­neczne pro­myki, a spoj­rze­nie było ła­godne i roz­ma­rzone. Duże dło­nie gła­dziły de­li­kat­nie rudą grzywkę trzy­let­niej dziew­czynki, która mocno za­ci­snęła rączki na jego szyi. Męż­czy­zna po­chy­lił się nad tro­chę star­szą dziew­czynką i zło­żył na po­liczku sied­mio­latki niedź­wie­dzi po­ca­łu­nek, po­wstrzy­mu­jąc wy­buch jej za­zdro­ści.

Dwoje po­zo­sta­łych dzieci, po­dob­nie jak on, miało włosy blond, ale nie były po­dobne ani do niego, ani do sie­bie na­wza­jem. Naj­star­sza dziew­czynka o pło­wych, dłu­gich nie­mal do ko­lan war­ko­czach skoń­czyła dzie­sięć lat, chło­piec roz­po­czął siódmy rok ży­cia.

Tej bajki słu­chali już wcze­śniej. Opo­wia­dała o mi­ło­ści, o nie­na­wi­ści, o okrut­nym trollu z pół­nocy. Opo­wia­dała o pew­nym do­brym czło­wieku i o ma­mie.

Hi­sto­ria Ra­iji.

Re­ijo po­wta­rzał ją czę­sto. Po­przy­siągł so­bie, że nie po­zwoli dzie­ciom za­po­mnieć matki. Co prawda trudno im było zro­zu­mieć, dla­czego mama nie może być z nimi, ale Re­ijo ro­bił wszystko, by serca dzieci nie na­peł­niły się go­ry­czą, a one same nie oto­czyły się mu­rem nie­przy­stęp­no­ści.

Na­dej­dzie kie­dyś dzień, gdy Ra­ija do nich po­wróci, i nie po­winna wów­czas na­po­tkać nie­na­wi­ści.

Ale w umy­słach ma­łych istot lę­gnie się wiele róż­nych my­śli!

Tyle już czasu upły­nęło, od­kąd się roz­stali. Każdy dzień przy­no­sił nowe zda­rze­nia. Dwa lata to wiecz­ność cała dla ko­goś, kto le­d­wie sięga do bio­der temu, któ­rego na­zywa oj­cem.

Elise pa­mię­tała Ra­iję i pie­lę­gno­wała te wspo­mnie­nia, lę­ka­jąc się pa­nicz­nie, że może je utra­cić. Chci­wie cho­wała je dla sie­bie, uda­jąc przed po­zo­sta­łymi, że wszystko za­po­mniała. Za nic w świe­cie nie po­zwo­li­łaby ode­brać so­bie naj­cen­niej­szej pa­miątki.

Utra­ciła tatę i mamę. W sen­nych kosz­ma­rach na­dal jej się po­ja­wiał ob­raz bez­wład­nego ciała matki, sznura za­ci­śnię­tego na jej szyi... za­pach obory...

Ode­brano jej też Ra­iję.

Ale wspo­mnie­nia na­leżą tylko do niej. Nikt się o nich nie do­wie. Nikt jej z nich nie od­rze.

Maja także w prze­bły­skach pa­mięci przy­po­mi­nała so­bie pewne zda­rze­nia z prze­szło­ści. Ale one bu­dziły w niej głę­boką nie­chęć za­pra­wioną bó­lem i lę­kiem. Wspo­mnie­nia z wcze­snego dzie­ciń­stwa wy­wo­ły­wały w niej nie­po­kój, na­ru­szały po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Opo­wie­ści Re­ijo to jed­nak co in­nego. Lu­biła je. Uwiel­biała wpa­try­wać się w twarz opie­kuna, ob­ser­wo­wać jego oczy nie­ustan­nie zmie­nia­jące barwę. Gdy się uśmie­chał, po­ja­wiały się w nich we­sołe bły­ski, gdy przy­po­mi­nał so­bie coś bo­le­snego, coś, co wo­lał ukryć przed dziećmi, za­snu­wały się cie­niem.

Maja ro­zu­miała o wiele wię­cej, niż Re­ijo przy­pusz­czał. Po­tra­fiła czy­tać z jego twa­rzy. Na­uczyła się roz­po­zna­wać zna­cze­nie każ­dego gry­masu i ge­stu, wy­chwy­ty­wała naj­mniej­szą zmianę na­stroju.

Poj­mo­wała sprawy, któ­rych nie po­tra­fiła jesz­cze na­zwać sło­wami.

Tego daru lę­kała się rów­nie mocno, jak wła­snych mgli­stych wspo­mnień.

Gdy wpa­dała w złość, po­tra­fiła ze­rwać się i ucie­ka­jąc, gniew­nie wy­krzy­ki­wać: "Nie chcę tego słu­chać! Nie chcę! To jest głu­pie! Sły­szysz, Re­ijo? To głu­pie! Głu­pie, głu­pie! Zwy­kłe bajki. Nie­praw­dziwe. Nie mam mamy!" Twarz Re­ijo za­snu­wała się wów­czas mro­kiem, a serce ści­skało mu się z żalu. Wiele go kosz­to­wało, by w ta­kich chwi­lach się nie za­ła­mać i nie utra­cić na­dziei. Wtedy czer­pał siłę od tej, która nie mo­gła nic pa­mię­tać. Krył twarz w pło­mien­nej czu­prynce Idy, có­reczki jego i Ra­iji, i ogrze­wał serce cie­płem bi­ją­cym od drob­nego ciałka. Dziew­czynka uwiel­biała bajki i ja­snym gło­si­kiem po fiń­sku do­ma­gała się, żeby opo­wia­dał da­lej. Była mała, nie poj­mo­wała chyba na­wet zna­cze­nia słowa "matka". Po­nie­waż rzadko by­wali w to­wa­rzy­stwie in­nych lu­dzi, dziew­czynka nie spo­tkała zwy­czaj­nych ro­dzin i żyła w prze­ko­na­niu, że w nor­mal­nych ro­dzi­nach jest tylko oj­ciec.

Maja jako je­dyna pro­te­sto­wała.

Elise słu­chała. Re­ijo nie po­tra­fił roz­gryźć, co cho­dzi po gło­wie tej ma­łej. Ciężko prze­żyła utratę Ra­iji. Nie udało mu się za­stą­pić dziew­czynce opie­kunki. Dla tego za­mknię­tego w so­bie dziecka Ra­ija była tym, kim on sam był dla Mai. Kimś, kogo po­dzi­wiała bez­gra­nicz­nie i ko­chała bez żad­nych za­strze­żeń. Opo­wia­dane przez niego hi­sto­rie po­ma­gały jej za­trzy­mać wspo­mnie­nia.

A Knut...

Trudno od­gad­nąć, jak chło­piec przyj­mo­wał opo­wie­ści Re­ijo. Za­zwy­czaj był dość ufny. Gdy jed­nak słu­chał o matce, jego twarz, tak po­dobna do twa­rzy Kal­lego, za­my­kała się, a dźwięk imie­nia "Ra­ija" wy­wo­ły­wał drże­nie w ką­ci­kach mięk­kich ust.

Re­ijo oba­wiał się wpływu swych słów na tego chłopca, który mógłby być jego wła­snym sy­nem. Za nic w świe­cie nie chciał go ra­nić, a mimo to nie po­tra­fił po­wstrzy­mać się od mó­wie­nia o Ra­iji.

Był jej to wi­nien.

Nie mógł wie­dzieć, co na­prawdę my­ślą i czują dzieci, ale po­wta­rza­jąc, że mama je ko­cha, nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści, iż mówi prawdę. Z taką samą nie­złomną wiarą za­pew­niał je, że pew­nego dnia Ra­ija po­wróci...

Znał ją do­brze, ni­gdy go nie okła­mała.

Przy­gar­nia­jąc sze­ro­kimi ra­mio­nami całą czwórkę, obej­mo­wał spoj­rze­niem fiord od ka­mie­ni­stego na­brzeża po nagi ho­ry­zont da­leko na pół­noc­nym wscho­dzie. Zwil­ża­jąc usta, wciąż na nowo snuł te same hi­sto­rie prze­po­jone nie­zmienną mi­ło­ścią do Ra­iji i wiarą w to, że któ­re­goś dnia wy­łoni się zza li­nii ho­ry­zontu.

Tym­cza­sem w sa­mym sercu Fin­lan­dii Ra­ija za­gry­zała wargi, z tru­dem tłu­miąc w so­bie iry­ta­cję i bez­rad­ność. Wśród ko­biet z la­poń­skiej wspól­noty, do któ­rej do­łą­czyli, nie zna­la­zła po­krew­nej du­szy. Może dla­tego, że sama wy­wo­dziła się z Fi­nów? A może dla­tego, że nie do­rów­ny­wała im zręcz­no­ścią w pra­cach przy­pi­sa­nych ko­bie­tom? Poza tym ni­gdy nie włą­czała się do po­ga­wę­dek o męż­czy­znach i dzie­ciach. Gdy roz­mowa scho­dziła na te te­maty, Ra­ija na­tych­miast wy­co­fy­wała się. Było to dla niej zbyt bo­le­sne.

Nie po­tra­fiła okre­ślić, co jest przy­czyną prze­pa­ści, która wy­two­rzyła się po­mię­dzy nią a po­zo­sta­łymi ko­bie­tami. Może tak na­prawdę nie przy­kła­dała do tego więk­szej wagi?

Była sama. Obca.

Jak za­wsze! po­wra­cała upo­rczywa myśl.

Co prawda miała Mik­kala, jego mi­łość i od­da­nie. Sama zresztą na­dal ko­chała go rów­nie go­rąco jak kie­dyś... Ale on po­chło­nięty był ty­loma in­nym spra­wami...

Oka­zało się, że to on z nich dwojga ra­dzi so­bie le­piej. A tak się oba­wiał, że bę­dzie nie­przy­datny, że nie­władna noga cał­ko­wi­cie po­grze­bie jego szanse na war­to­ściowe ży­cie!

Stał się tym­cza­sem ważną osobą w la­poń­skiej spo­łecz­no­ści. Miał po­słuch. Po­tra­fił do­sko­nale pla­no­wać, nie bra­kło mu roz­sądku, im­po­no­wał wie­dzą. Męż­czy­znom, któ­rzy słu­chali jego rad, pra­co­wało się znacz­nie lżej.

Mik­kal, ży­jący do­tąd w cie­niu swego ojca, któ­rego nie da­rzył szcze­gól­nym sza­cun­kiem, zy­skał wresz­cie po­czu­cie wła­snej war­to­ści.

W tej wspól­no­cie nie trak­to­wano go je­dy­nie jako syna Pehra. Na waż­no­ści zy­skało jego wła­sne imię. Był tu po­trzebny.

Prze­ko­nał się, że po­trafi kie­ro­wać in­nymi. Tro­chę go to na­pa­wało lę­kiem, ale miało rów­no­cze­śnie cu­downy po­smak.

Stał się za­chłanny na wszystko, co wy­peł­niło jego nowe ży­cie, i nie­chęt­nie my­ślał o tym, że przyj­dzie mu się nie­ba­wem roz­stać z tymi ludźmi.

Matti także czuł się w tym miej­scu jak ryba w wo­dzie. Ko­czow­ni­cze ży­cie pod go­łym nie­bem, od­po­wie­dzial­ność i obo­wiązki, w któ­rych znaj­do­wał sens, wy­raź­nie mu słu­żyły. Chło­pak miał pięt­na­ście lat, ale wy­da­wał się star­szy. Mik­kal do­my­ślał się, że to dzie­dziczne. W ro­dzi­nie Ala­talo dzieci wcze­śnie doj­rze­wały. Pa­mię­tał, że tak samo było z Ra­iją. Te­raz miała dwa­dzie­ścia trzy lata, ale nie­mal przez całe ży­cie była do­ro­sła.

Naj­szczę­śliw­szy jed­nak był Ailo, który w obo­zo­wi­sku czuł się jak u sie­bie.

Fiń­scy po­bra­tymcy przy­jęli Mik­kala i jego syna z otwar­tymi ra­mio­nami, dla Ra­iji jed­nak nie byli rów­nie ser­deczni.

Dziew­czyna mil­czała, ale Mik­kal, wi­dząc jej nie­obecne spoj­rze­nie, do­my­ślał się, ja­kie uczu­cia tar­gają uko­chaną. Nie­jed­no­krot­nie tkwiła nie­ru­chomo, jakby pró­bu­jąc doj­rzeć coś, co znaj­do­wało się poza za­się­giem wzroku. Ni­gdy nie dzie­liła się z Mik­ka­lem swym cier­pie­niem. Ale cie­szyła się jego ra­do­ściami. Uśmie­chała się, gdy opo­wia­dał jej o swych ma­łych co­dzien­nych suk­ce­sach. Ra­do­wała się szcze­rze, był tego pe­wien.

Wszystko to miało słodko-gorzki smak.

Mik­kal uwa­żał, że na­leży mu się ta­kie ży­cie. Za­słu­żył na uzna­nie i sza­cu­nek.

Chęt­nie zo­stałby tu do końca swych dni, ale Ra­ija tę­sk­nym wzro­kiem spo­glą­dała poza ho­ry­zont i snuła wła­sne ma­rze­nia.

Nie zwie­rzała się Mik­ka­lowi, ale on znał ją na tyle do­brze, by zda­wać so­bie sprawę, że Ra­ija się za­drę­cza.

Fin­lan­dia była jej oj­czy­zną, stąd się wy­wo­dziła, tu miała swe ko­rze­nie. Jed­nak te­raz, gdy nie od­na­la­zła ojca wśród ży­wych, wy­dało jej się, że ko­rze­nie nie są dość so­lidne.

Mik­kal uśmiech­nął się z go­ry­czą. Po­my­ślał so­bie, że jego uko­chana Ra­ija pod wie­loma wzglę­dami wy­jąt­kowo zo­stała do­świad­czona przez los. Tak jakby cią­żyło nad nią ja­kieś fa­tum.

Wszę­dzie, gdzie się po­ja­wiała, trak­to­wano ją jak obcą. Sama spra­wiała też wra­że­nie, że za­trzy­muje się tylko prze­lot­nie, ot, krótki przy­sta­nek w cią­głej po­dróży. Nie­ustan­nie o czymś ma­rzyła. Szczę­ście wy­my­kało jej się z rąk, ni­gdy nie prze­ży­wała jego pełni.

Mik­kal był za­do­wo­lony, ale od­dałby wszystko, żeby i Ra­ija czuła się szczę­śliwa, ni­czego bar­dziej nie pra­gnął. Późną je­sie­nią, gdy pierw­sze mrozy skują zie­mię, gdy na­staną chłody nie do wy­trzy­ma­nia, na­dej­dzie pora wy­jazdu.

Po­zo­stało mu jesz­cze tylko kilka ty­go­dni we wspól­no­cie, która ob­da­rzyła go ta­kim sza­cun­kiem. Która po­zwo­liła mu zro­zu­mieć, że jest coś wart, że jest kimś!

Gdy tylko stward­nieje śnieżna sko­rupa, bę­dzie mu­siał się z nimi po­że­gnać. Nie po­trafi bo­wiem czuć się szczę­śliwy, wi­dząc, jak ko­bieta, którą ko­cha po­nad wszystko, cierpi.

Czeka na niego kra­ina na pół­nocy.

Może Ra­iji nic już tam nie grozi? Upły­nęło tyle czasu. Przy­pusz­czal­nie nikt już nie pa­mięta o cza­row­nicy, która przed dwoma laty unik­nęła stosu w Vard?.

Spró­bują od­na­leźć Re­ijo... Maję... Po­zo­stałe dzieci Ra­iji. Cią­gnęło ich na pół­noc. Ra­ija ni­gdy nie bę­dzie w sta­nie ze­rwać więzi.

Pi­sane jej jest ży­cie na ska­li­stym pół­noc­nym wy­brzeżu, nie na ła­god­nej rów­ni­nie wśród la­sów i je­zior.

Bez względu na to, co ją czeka, musi tam po­wró­cić.

Roz­dział 2

- Ty so­bie drwisz z tych chłop­ców, Ri­tvo! - Ri­stin po­pa­trzyła z wy­rzu­tem na sio­strę. - Tak nie wolno, nie ro­zu­miesz tego?

Ri­tva, wzru­szyw­szy ra­mio­nami, od­parła ze śmie­chem:

- Skoro są tacy głupi, że dają się wo­dzić za nos...

Ri­stin wes­tchnęła ciężko, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc się przed wy­po­wie­dze­niem ką­śli­wej uwagi, którą już miała na końcu ję­zyka. Być może jej kry­tyczne słowa wy­ni­kały z tego, że bar­dzo za­zdro­ściła sio­strze. Bo tak się już skła­dało, że Ri­tva ob­da­rzona zo­stała przez los tym, co naj­lep­sze. Była ładna i miła, a przy tym nad po­dziw zręczna. Nie­ła­two ją było po­gnę­bić, bo miała wy­jąt­kowe po­czu­cie hu­moru. Uśmiech rzadko zni­kał z jej twa­rzy.

I była taka piękna!

Nie­bie­skie lśniące oczy przy­bie­rały wszyst­kie moż­liwe od­cie­nie: cza­sem błę­kitne jak bez­chmurne let­nie niebo, gdy się roz­zło­ściła, ciem­niały, przy­po­mi­na­jąc gra­na­towy mrok nocy.

Po­cią­gła twarz Ri­tvy o har­mo­nij­nych ry­sach wy­da­wała się nie­zbyt ład­nej Ri­stin nie­osią­gal­nym ide­ałem.

Wy­gięte w łuki brwi przy­po­mi­nały skrzy­dła ptaka. Nie­wielki pod­bró­dek i mięk­kie, uwo­dzi­ciel­skie wargi wcale nie po­zba­wiały jej twa­rzyczki wy­razu zde­cy­do­wa­nia.

Ri­tva była taka, jaka Ri­stin za­wsze pra­gnęła być.

Za­zdro­ściła więc sio­strze w głębi du­szy i cza­sem, gdy na­szła ją chwila go­ry­czy, nie­na­wi­dziła jej go­rąco. Ale tak na­prawdę ko­chała ją i po­szłaby za nią w ogień.

Były sio­strami. Łą­czyły je więzy krwi!

Ri­stin wy­da­wało się, że Ri­tva szy­dzi so­bie z Nilsa. Wszy­scy wie­dzieli, że ten biedny chło­pak go­tów był ca­ło­wać zie­mię, po któ­rej stą­pała, ba, wy­szedłby boso w gru­dniową noc!

Ri­tva tym­cza­sem jed­nego dnia ro­biła mu na­dzieję, by na­stęp­nego wszystko pu­ścić w nie­pa­mięć.

- Nie po­win­naś na­sta­wiać Nilsa i Gut­torma prze­ciwko so­bie - wy­rzu­cała Ri­stin sio­strze. - Prze­cież wiesz, że to naj­lepsi przy­ja­ciele.

- Czyżby? - rzu­ciła Ri­tva lekko, tro­chę już zmę­czona upo­mnie­niami swej młod­szej sio­stry. Ri­stin po­tra­fiła pra­wić ta­kie ka­za­nia, że można by mnie­mać, iż to ona, a nie Ri­tva, skoń­czyła dzie­więt­na­ście lat i była pra­wie do­ro­sła. Tym­cza­sem Ri­stin li­czyła so­bie do­piero pięt­na­ście wio­sen. - Czy ty w ogóle my­ślisz? - wy­rzu­cała jej młod­sza sio­stra.

- Na­wet bar­dzo wiele - od­rze­kła Ri­tva i ob­ró­ciw­szy się ple­cami do sio­stry, usia­dła na ziemi. - Wiem, że Nils i Gut­torm są naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Ale co ja na to po­ra­dzę, że obu ciek­nie ślinka na mój wi­dok? Nie cier­pię tego.

Ri­stin prych­nęła z po­gardą. Do­brze znała swoją sio­strę i nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że jest do­kład­nie na od­wrót.

- Żad­nemu ni­czego nie obie­ca­łam, wiec chyba mogę roz­ma­wiać i z jed­nym, i z dru­gim. Nie mam wpływu na to, co im się roi w gło­wach. Chłopcy są bez­na­dziej­nie głupi - do­dała zre­zy­gno­wana.

Ri­stin była in­nego zda­nia. Lu­biła Gut­torma. Ba­wił ją. Ale w głębi serca ko­chała się bez­na­dziej­nie w Nil­sie, czego jed­nak ni­gdy w ży­ciu nie wy­ja­wi­łaby Ri­tvie.

Nil­sowi także nie...

Zro­biło jej się go żal, kiedy zwie­rzył się jej ze wszyst­kiego, dla­tego ro­biła Ri­tvie ta­kie wy­rzuty.

- Nils są­dził, że nie żar­tu­jesz, mó­wiąc mu, że jest przy­stojny i że lu­bisz go naj­bar­dziej ze wszyst­kich - cią­gnęła, ura­żona w jego imie­niu. - Po­dobno obie­ca­łaś pójść dziś z nim na pa­stwi­sko pil­no­wać re­ni­fery.

Ri­tva roz­ło­żyła ręce. W jed­nej chwili przy­po­mniała so­bie mo­ment, kiedy pa­dły te słowa, i za­ru­mie­niła się lekko.

- Na­prawdę tak my­śla­łam, kiedy to mó­wi­łam - bro­niła się - ale za­raz po­tem zja­wił się Gut­torm z upo­lo­wa­nym ry­siem. Wy­dał mi się taki fa­scy­nu­jący! Poza tym obie­cał mi skórę...

- My­ślisz tylko o so­bie - stwier­dziła Ri­stin z przy­ganą w gło­sie.

Ri­tva zmru­żyła oczy i po­pa­trzyła na sio­strę. Uj­rzaw­szy w jej spoj­rze­niu cier­pie­nie, na­gle do­ko­nała od­kry­cia.

- A ty, sio­strzyczko, zdaje się nie mo­żesz prze­stać my­śleć o Nil­sie?

Ri­stin spą­so­wiała i od­wró­ciła się gwał­tow­nie.

- Wła­ści­wie, dla­cze­góż by nie? - cią­gnęła Ri­tva. - Mnie on spe­cjal­nie nie po­ciąga. Ow­szem, jest miły, ale na­wet w po­ło­wie nie tak mę­ski jak Gut­torm. Nie cier­pię tego, że nie­ustan­nie oka­zuje mi uwiel­bie­nie. Prze­każ mu to, je­śli chcesz. Może uda ci się go prze­jąć. ży­czę szczę­ścia.

Jakże Ri­stin nie­na­wi­dziła sio­stry w tym mo­men­cie!

Z jed­nej strony ucie­szyła się, że Ri­tva nie lubi Nilsa w ten spo­sób, ale rów­no­cze­śnie spra­wiało jej to ból.

Wie­działa, jaka bę­dzie re­ak­cja Nilsa, jak bę­dzie cier­piał.

Wy­znał Ri­stin, że ko­cha Ri­tvę. Zwie­rzył jej się z tego, a ona po­przy­się­gła, że ni­komu o tym nie po­wie.

Nils na pewno ciężko to prze­żyje.

Rów­no­cze­śnie bo­lało ją, że sio­stra re­zy­gnuje z ko­goś, kogo ona, Ri­stin, i tak ni­gdy nie do­sta­nie. Prze­paść, jaka dzie­liła sio­stry, jesz­cze ni­gdy nie wy­da­wała się taka głę­boka.

- Ci twoi wiel­bi­ciele po­winni się kie­dyś prze­ko­nać, że za twoją olśnie­wa­jącą urodą kryje się nie­zbyt piękny cha­rak­ter! - rzu­ciła zdu­szo­nym gło­sem Ri­stin i ucie­kła za­lana łzami.

Ri­tva za­cięła zęby i po­chy­liła głowę. Przy­ci­snęła pod­bró­dek do ko­lan, aż ją za­bo­lało. Ci­snęła jesz­cze moc­niej.

Miało bo­leć!

Ła­twiej bę­dzie wów­czas wy­trzy­mać to wszystko.

Po co w ogóle wy­ga­dy­wała ta­kie rze­czy? Dla­czego za­cho­wała się tak okrop­nie?

Prze­cież ko­cha Ri­stin! A jed­nak tak dawno jej tego nie oka­zała. Wszystko się po­gma­twało, wszystko jest ta­kie trudne! Kiedy stara się być miła, czuje się ja­koś głu­pio. Nie chciała wcale, żeby sprawy mię­dzy nią i Nil­sem uło­żyły się w ten spo­sób.

Nils jest taki miły.

Nic dziw­nego, że Ri­stin się w nim za­ko­chała.

Ona sama też go lubi, na­wet bar­dzo. Lubi jego uśmiech, prze­lotne nie­śmiałe po­ca­łunki.

Nils jest prze­ko­nany, że łą­czy ich coś po­waż­niej­szego. Ri­tva przy­gry­zła dolną wargę. Zna­la­zła się w praw­dzi­wej matni. Po­waga. Ro­dzina.

Na sam dźwięk po­dob­nych słów czuła, jak ciarki prze­cho­dzą jej po ple­cach. Te słowa nie da­wały jej spać po no­cach.

Mia­łaby wyjść za mąż i wy­pro­wa­dzić się od ro­dzi­ców i ro­dzeń­stwa?

Wzię­łaby na swe barki wielką od­po­wie­dzial­ność. Uro­dzi­łaby dzieci...

Ta­kie są pra­gnie­nia Nilsa, choć nie po­wie­dział tego wprost. Mó­wił tylko, że bar­dzo ją lubi, że ją ko­cha. I chce, by jego oj­ciec roz­mó­wił się z jej oj­cem.

Nie była z ni­kim za­rę­czona. Nils także nie. Jej oj­ciec pew­nie chęt­nie przyj­mie oświad­czyny Nilsa. Lubi go, wszy­scy go lu­bią, bo to do­prawdy dzielny i miły chło­pak. Star­szy od niej, oczy­wi­ście, ale pa­so­wa­liby do sie­bie.

A Gut­torm?

Ri­tva czuła się po­dwój­nie nie­szczę­śliwa. Gut­torm, naj­lep­szy przy­ja­ciel Nilsa, sta­no­wił do­kładne jego prze­ci­wień­stwo. Na sta­łym w uczu­ciach Nil­sie można było po­le­gać, zaś Gut­torm był zmienny jak wiatr. Nils po­ważny i doj­rzały, zaś Gut­torm bez prze­rwy stroił so­bie fi­gle. Starsi wzru­szali ra­mio­nami i po­wia­dali, że on ni­gdy nie do­ro­śnie.

Ri­tva lu­biła jego we­so­łość i to, że nie ocze­ki­wał od niej żad­nych zo­bo­wią­zań.

Sama czuła się rów­nie młoda, ra­do­sna i skora do za­bawy.

Nie chciała do­ra­stać. Mi­łość?

To słowo ku­siło ją, ale za­ra­zem prze­ra­żało, spra­wia­jąc, że ob­le­wała się zim­nym po­tem.

Do­my­ślała się, czym jest mi­łość, co nie­sie ze sobą, ale nie czuła się dość do­ro­sła.

Tyle w niej jesz­cze tkwiło we­so­ło­ści, tyle chęci do za­bawy, któ­rej pra­gnęła dać upust.

Gut­torm pew­nie by jej w tym po­mógł, po­tra­fił się ba­wić.

Nils ze swoją po­wagą nie zro­zu­miałby tego. Uwiel­bia ją, ale nie po­trafi na ten te­mat żar­to­wać.

Gut­torm pew­nie ją lubi, choć tak na­prawdę nie wia­domo, co do niej czuje. Obie­cał jej skórę z ry­sia, to zna­czy, że nie jest mu cał­kiem obo­jętna. Ale on wszystko trak­tuje tak lekko, nie można go być pew­nym. Ma tyle dziew­cząt. Nils nie ogląda się za in­nymi. Na­wet nie roz­ma­wia z in­nymi dziew­czę­tami prócz niej. No, może je­dy­nie z Ri­stin, ale ją trak­tuje jak dziecko.

Być może lubi Nilsa na­wet bar­dziej niż Gut­torma, ale tak na­prawdę tych dwóch trudno po­rów­ny­wać. Róż­nią się jak woda i ogień, i każdy z nich po­ru­sza inne struny w jej sercu.

Gut­torm bez­sprzecz­nie wy­daje się cie­kaw­szy, bar­dziej fa­scy­nu­jący. Jego to­wa­rzy­stwo ją kusi. Nils tego nie poj­mie, on, ze swoją śmier­telną po­wagą i pra­gnie­niem po­sia­da­nia!

By­łoby o wiele pro­ściej, gdyby zro­zu­miał wresz­cie, że jej nie można mieć na wła­sność. że musi dać jej moż­li­wość wy­boru. A on chce ją tego po­zba­wić. Chce wy­bie­rać za nią.

Czy nie zdaje so­bie sprawy, że w ten spo­sób wszystko kom­pli­kuje?

Ri­tva zmru­żyła oczy i po­pa­trzyła w dal. Jeźdźcy na ko­niach? Serce za­biło jej moc­niej. Ze­rwała się i otrze­pała z wrzo­sów i gru­dek ziemi spód­nicę.

Krą­żyło wiele po­gło­sek o męż­czy­znach pe­ne­tru­ją­cych pła­sko­wyż. Wie­czo­rami przy ogni­skach lu­dzie opo­wia­dali so­bie po ci­chu różne hi­sto­rie.

Po­dobno jeźdźcy przy­byli ze wschodu, z po­tęż­nej twier­dzy nad mo­rzem. Szu­kali ko­goś już od dłu­giego czasu, za­mie­nia­jąc ży­cie miesz­kań­ców tun­dry w kosz­mar. Gdzie­kol­wiek się po­ja­wili, bu­dzili strach i nie­pew­ność, a wieść o ich okru­cień­stwie wy­prze­dzała ich przy­by­cie.

Szep­tano coś o cza­row­nicy. Lu­dzie wy­my­ślają nie­stwo­rzone rze­czy! Ale co do jed­nego nikt nie miał wąt­pli­wo­ści: naj­bar­dziej po­szko­do­wani są La­poń­czycy. To wśród nich ci męż­czyźni ko­goś szu­kają, sie­jąc po­strach. Do tej pory ich wspól­no­cie zo­stało to oszczę­dzone.

Nic nie za­kłó­cało bez­piecz­nej co­dzien­no­ści, cho­ciaż po­wta­rzane przy ogni­skach wie­ści były co­raz bar­dziej nie­po­ko­jące.

Tego wie­czoru miało się to zmie­nić.

Ri­tva za­lęk­niona po­bie­gła w stronę na­mio­tów. Jeźdźcy byli co­raz bli­żej.

In­stynk­tow­nie wy­czuła, że kiedy stąd od­jadą, jej ży­cie ule­gnie zmia­nie. Nie zda­wała so­bie jed­nak sprawy z tego, jak bar­dzo.

Przy­było ich trzech, ich na­zwi­ska są tu bez zna­cze­nia. I tak wy­ko­ny­wali roz­kazy ko­goś in­nego. W ten spo­sób za­ra­biali na chleb.

W ciągu mi­nio­nych dwóch lat zmie­niło się ich wielu, ale ci trzej to­wa­rzy­szyli ka­pi­ta­nowi od sa­mego po­czątku. Oni ją wi­dzieli, byli w miej­scu, gdzie im się wy­mknęła. Hans Fre­drik Feldt im ufał.

Śmiech i drwiny roz­brzmie­wa­jące za ich ple­cami po ucieczce cza­row­nicy im także mocno do­pie­kły. Pra­gnęli tego sa­mego co ka­pi­tan. I lę­kali się rów­nie mocno, że może nie zdążą wy­peł­nić za­da­nia.

Do­zna­liby wiel­kiego upo­ko­rze­nia, gdyby z po­wodu braku czasu mu­sieli za­nie­chać walki prze­ciwko złu!

Ka­pi­tan Feldt stąd wy­je­dzie, ale oni nie za­mie­rzają opusz­czać tych stron. Nie zniosą drwin i szy­derstw.

Wie­dzieli, że czas ucieka, i zbliża się chwila kom­pro­mi­ta­cji.

Je­śli jej nie od­najdą...

Wła­śnie tych trzech, któ­rzy wi­dzieli cza­row­nicę, zde­spe­ro­wany Hans Fre­drik Feldt wy­słał po raz ostatni na po­szu­ki­wa­nia.

Je­śli jej nie od­najdą...

Ten po­mysł przy­szedł mu do głowy pew­nej bez­sen­nej nocy. Wy­dał mu się tak dzie­cin­nie pro­sty, że sam się zdzi­wił, dla­czego wcze­śniej na to nie wpadł.

Zna­lazł spo­sób, by za­koń­czyć swą służbę w pełni chwały.

Je­śli nie znaj­dzie praw­dzi­wej cza­row­nicy, to rzuci na stos ja­kąś inną czar­no­włosą pięk­ność.

Nikt nie za­uważy róż­nicy.

Prze­cież tylko on i garstka żoł­nie­rzy wi­dzieli tamtą, nim zo­stała pod­dana tor­tu­rom.

Tylko oni będą znać prawdę. Mają po­wód, by pra­gnąć ta­kiego za­koń­cze­nia sprawy rów­nie mocno jak on. Użyje spo­sobu, by ich prze­ko­nać.

Po­trzebna mu tylko czar­no­włosa ko­bieta, po­dobna do tam­tej...

Trzej żoł­nie­rze otrzy­mali nowy roz­kaz. I nowy ter­min. "w ter­min zbli­żał się do końca.

- Po­win­ni­śmy wra­cać - rzu­cił je­den z jeźdź­ców. - Przed nami da­leka droga.

- Prze­no­cu­jemy tu i coś zjemy - za­de­cy­do­wał drugi. - Po­trze­bu­jemy od­po­czynku. A może do­pi­sze nam szczę­ście i ktoś tu bę­dzie miał córkę albo młodą żonę o czar­nych wło­sach?

Za­re­cho­tali or­dy­nar­nie.

- Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem - ode­zwał się trzeci rze­czo­wym to­nem - że tak nie­wiele jest czar­no­wło­sych La­po­nek. Za­nim wy­ru­szy­li­śmy na po­szu­ki­wa­nia, zda­wało mi się, że one wszyst­kie są małe i czarne.

Z głu­chym od­gło­sem ko­pyt ko­nie wje­chały po­mię­dzy jurty i zie­mianki. Miesz­kańcy obo­zo­wi­ska stło­czyli się, pra­gnąc w gro­ma­dzie sta­wić czoła nie­bez­pie­czeń­stwu. Ich czujne spoj­rze­nia utkwione były w trzech przy­by­łych.

Ri­tva stała wraz z dziew­czę­tami z tyłu gro­mady. Czuła na so­bie wzrok Nilsa, ale uda­jąc, że go nie za­uważa, rzu­ciła prze­cią­głe spoj­rze­nie w stronę Gut­torma. Z nim jed­nak było do­kład­nie na od­wrót. Zu­peł­nie nie zwra­cał na nią uwagi.

Kiedy żoł­nie­rze ze­sko­czyli z koni, Ri­tva uznała, że lę­kała się ich zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie. Nie byli wcale tacy sta­rzy, a je­den wy­dał jej się na­wet bar­dzo przy­stojny.

Nil­sowi nie spodo­ba­łyby się jej my­śli i żeby mu zro­bić na złość, przez dłuż­szą chwilę nie od­ry­wała wzroku od umun­du­ro­wa­nego przy­by­sza. Chciała, żeby Nils to za­uwa­żył. Gut­torm także. Niech so­bie nie wy­obra­żają, że nie ma prócz nich in­nych męż­czyzn.

żoł­nie­rze prze­cha­dzali się po­mię­dzy La­poń­czy­kami z obo­zo­wi­ska, za­glą­da­jąc każ­demu po­gar­dli­wie w twarz, jakby pa­trzyli na rze­czy.

Za­chwyt Ri­tvy nad urodą ob­cego męż­czy­zny pry­snął w jed­nej chwili.

Jak wszy­scy Nor­we­go­wie przy­by­sze także uwa­żali się za coś lep­szego od ko­czow­ni­ków z tun­dry. Byli prze­ko­nani, że wolno im na­jeż­dżać nie­spo­dzie­wa­nie obo­zo­wi­sko i siać grozę wśród La­poń­czy­ków, bo prawo stoi po ich stro­nie.

Ri­tva po­czuła wzbie­ra­jący w niej gniew, a kiedy dwóch żoł­nie­rzy za­trzy­mało się przy grupce dziew­cząt, wy­mie­nia­jąc mię­dzy sobą ja­kieś uwagi, wszystko się w niej za­go­to­wało.

Nie ro­zu­miała, o czym mó­wią, bo nie znała nor­we­skiego. Ale ich ton, po­gar­dliwy re­chot i ge­sty nie po­zo­sta­wiały żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Roz­złosz­czona, wy­stą­piła krok na­przód z gro­mady i splu­nęła pro­sto w twarz temu za­du­fa­nemu przy­stoj­nia­kowi.

- Ri­tva! Ko­chana, po co? - usły­szała za­lęk­niony głos Nilsa.

Sama po­winna od­czu­wać strach, a jed­nak tak nie było. Od­wró­ciła się do Nilsa i uj­rzała w jego oczach mi­łość. W tym krót­kim mo­men­cie po­czuła się o wiele do­ro­ślej­sza niż jesz­cze przed go­dziną. I zro­zu­miała, że i ona ogrom­nie go ko­cha.

Żoł­nierz otarł twarz, a w jego wy­bla­kłym nor­we­skim spoj­rze­niu do­strze­gła nie­kła­maną wście­kłość, ale i coś na kształt za­do­wo­le­nia.

- Ri­tva? - za­py­tał ła­god­nie.

Dziew­czyna nie poj­mo­wała ra­do­ści, jaka za­dźwię­czała w jego gło­sie.

- Tak, mam na imię Ri­tva - od­po­wie­działa po la­poń­sku i ski­nęła głową.

Było jej obo­jętne, że może nie zro­zu­mieć. Wy­pro­sto­wała dum­nie kark, przy­go­to­wana na przy­ję­cie siar­czy­stego po­liczka. Była dość do­ro­sła, by to znieść.

On jed­nak jej nie ude­rzył. Prze­ciw­nie, ro­ze­śmiał się.

- Ri­tva! - za­wo­łał do swych to­wa­rzy­szy wy­raź­nie ura­do­wany, ale w jego gło­sie po­brzmie­wały złe nuty. - Z nieba nam spada, prawda? Czy mo­że­cie w to uwie­rzyć? - do­dał, wska­zu­jąc na Ri­tvę. - Na­wet imię ma wła­ściwe. Włosy czarne, wzrost taki sam. I jest, niech mnie dia­bli, nie­mal rów­nie piękna jak tamta...

- Ale chyba nie po­zwolą nam tu zo­stać na noc - za­żar­to­wał je­den z jego kom­pa­nów i znów wszy­scy trzej wy­buch­nęli gło­śnym re­cho­tem.

Ri­tva nie poj­mo­wała, czemu jej imię wy­wo­łuje wśród

przy­by­szy taką we­so­łość. A już zu­peł­nie stra­ciła orien­ta­cję, kiedy przy­jaźni na po­zór żoł­nie­rze wy­krę­cili jej mocno ręce i po­cią­gnęli w stronę koni.

Ko­pała, biła, gry­zła, ale to nie po­mo­gło. Zła­pali ją jak ptaka w si­dła.

Je­den z męż­czyzn do­siadł ko­nia i po­py­cha­jąc ją bru­tal­nie, po­sa­dził przed sobą.

Włosy opa­dły Ri­tvie na twarz, ośle­piły łzy. Twa­rze naj­droż­szych jej osób za­ma­zały się, jakby spo­wite mgłą. Usły­szała głos ojca, mó­wią­cego nie­po­rad­nie w ję­zyku, który nie był mu oj­czy­sty. Do­my­śliła się, że pyta, co za­mie­rzają z nią zro­bić.

Od­po­wie­dzieli coś krótko, a ich głosy za­dźwię­czały chłodno jak stal strzelb, które wy­mie­rzyli w uko­cha­nego ojca i w Nilsa.

- Cza­row­nica? - zdu­miał się Nils i rzu­cił się ku jed­nemu z żoł­nie­rzy, który nie zdą­żył jesz­cze do­siąść ko­nia. Ten jed­nak bez wa­ha­nia po­wa­lił go na zie­mię kolbą.

- Ri­tva jest jesz­cze dziec­kiem! - wo­łał oj­ciec, ale jeźdźcy zdą­żyli już od­je­chać od obo­zo­wi­ska.

Za­mknęła oczy, ma­jąc ochotę śmiać się i krzy­czeć. Cza­row­nica?

To chyba tylko ja­kiś kosz­mar. Wy­star­czy mocno za­ci­snąć po­wieki, a po­tem otwo­rzyć oczy, a na pewno znik­nie.

Ale od­głos koń­skich ko­pyt nie prze­sta­wał dud­nić jej w uszach. Czuła drże­nie mię­śni zwie­rzę­cia, czuła mocny uścisk męż­czy­zny, któ­remu splu­nęła w twarz. Śmiał się i wy­krzy­ki­wał na całe gar­dło jej imię, jakby od­pra­wiał ja­kiś ma­giczny ry­tuał.

- Ri­tva! Ri­tva!

Zbie­rało jej się na mdło­ści z prze­ra­że­nia. Po raz pierw­szy po­czuła, że pra­gnie żyć.

Po raz pierw­szy od­czuła strach przed śmier­cią. Miała do­piero dzie­więt­na­ście lat.

Ri­stin szlo­chała roz­trzę­siona. Rzu­ciw­szy się Nil­sowi na szyję, wcze­piła się pal­cami w jego skó­rzany ka­ftan i krzy­czała roz­pacz­li­wie. Nils z wiel­kim gu­zem i si­no­czar­nym krwia­kiem na czole pa­trzył po­nuro. Nie wia­domo, co by zro­bił, gdyby ta mała nie zła­pała go i nie przy­trzy­mała mocno.

Ri­tva, jego uko­chana Ri­tva schwy­tana przez żoł­nie­rzy! Na­zwali ją cza­row­nicą!

- Oni nie mogą jej nic zro­bić - szlo­chała Ri­stin. - Prawda, Nils, że nie mogą?

Nie był w sta­nie wy­du­sić ani słowa, zresztą one nie po­cie­szy­łyby dziew­czynki. Ri­stin była jesz­cze taka mło­dziutka. Nie­wiele wie­działa o ży­ciu.

- Po­wiedz coś, Nils! - krzy­czała. - Ri­tva prze­cież nie zro­biła nic złego! To ja­kaś po­myłka! Mu­simy ich do­go­nić i wszystko wy­ja­śnić. Jedź za nimi, Nils! Prze­cież ją ko­chasz, sam mó­wi­łeś! Mu­sisz im po­wie­dzieć, że ona ni­komu nic nie zro­biła!

- Nie będą mnie słu­chać - od­rzekł drżą­cym gło­sem. - Nie mo­żemy jej te­raz ura­to­wać, Ri­stin. Je­ste­śmy tylko La­poń­czy­kami. Ci, co spra­wują wła­dzę, trak­tują nas jak coś gor­szego. Oni wie­dzą, że Ri­tva jest nie­winna, ale szu­kali ko­goś o tym sa­mym imie­niu. Dla­tego ją za­brali, ma­leńka. Od­su­nęła się od niego i słu­chała z nie­do­wie­rza­niem.

Na jej twa­rzy ma­lo­wało się prze­ra­że­nie.

- Nie mogą tak po­stę­po­wać! - ode­zwała się po chwili. - Nikt nie może. Nie ma prawa.

Nils po­trzą­snął głową.

- To prawda, ale oni so­bie z tego nic nie ro­bią. Sami de­cy­dują, co jest pra­wem. Sta­wiają się po­nad nim, ich ono nie do­ty­czy.

- Sza­man... - syk­nęła Ri­stin przez zęby, a w jej oczach bły­snęła de­spe­ra­cja. - To także nie­zgodne z pra­wem, skoro jed­nak oni mogą do­pusz­czać się ta­kich rze­czy, nam wolno pójść do sza­mana. On może po­móc Ri­tvie...

Nils uśmiech­nął się zre­zy­gno­wany. Zbyt wielki ból roz­sa­dzał mu pierś, by mógł uchwy­cić się tej wą­tłej na­dziei.

- To moja wina - jęk­nęła Ri­stin.

Dziew­czynka prze­ska­ki­wała z te­matu na te­mat.

- Ży­czy­łam jej śmierci, Nils. Na­prawdę. Tak bar­dzo się na nią ze­zło­ści­łam, że pra­gnę­łam, by umarła. I to się wy­peł­niło. Chcia­łam tego. Ri­tva umrze dla­tego, że tak my­śla­łam, Nils...

I znów wy­buch­nęła pła­czem, trzę­sąc się cała. Chło­pak nie mógł uczy­nić nic wię­cej, jak tylko przy­tu­lić Ri­stin mocno, szep­cząc słowa po­cie­chy, które nie mo­gły jed­nak jej ukoić, tak samo jak i nie uko­iłyby jego.

Byli bez­silni.

Może warto by­łoby zwró­cić się o po­moc do sza­mana, Nils jed­nak nie chciał cze­kać z za­ło­żo­nymi rę­kami. Prze­cież wie, do­kąd ją za­brali. Po­je­dzie za nimi. Co prawda nie wie­rzył, że zdoła jej po­móc, ale nie za­mie­rzał się pod­da­wać, nie pod­jąw­szy na­wet próby. Nie po­tra­fiłby żyć z taką świa­do­mo­ścią. Ri­tva ni­gdy nie do­wie­rzała mu, gdy mó­wił, że ją ko­cha. Musi jej udo­wod­nić, jak wielka jest jego mi­łość.

Po­je­dzie za nimi! Bę­dzie wal­czył o nią do ostat­niej kro­pli krwi. A je­śli nie uda się mu jej ura­to­wać, to umrze ra­zem z nią.

Hans Fre­drik Feldt, są­cząc rum, pod­da­wał się bło­giemu spo­ko­jowi, ja­kim na­peł­niało się jego ciało. Z za­chwy­tem wpa­try­wał się w mor­ską dal. Ka­pi­tan wy­cho­wał się w głębi kraju, dla­tego też mo­rze sta­no­wiło dla niego nie­zwy­kłe od­kry­cie, kiedy przy­był w te strony.

Spie­nione grzywy fal, prze­wa­la­jące się masy wody, po­tęga tego mo­rza na da­le­kiej pół­nocy wcią­gnęła go bez reszty.

Wła­śnie tę po­tęgę, która po­tra­fiła się ukryć pod gładką, je­dwa­bi­stą po­wierzch­nią, by ude­rzyć w chwili, kiedy się tego naj­mniej spo­dzie­wano, po­dzi­wiał naj­bar­dziej.

Ka­pi­tan nie ocze­ki­wał jesz­cze po­wrotu swo­ich wier­nych pod­wład­nych. Do wy­zna­czo­nego ter­minu po­zo­stało im jesz­cze tro­chę czasu. Zresztą tłu­ma­czył im wcze­śniej, że li­czy się nie po­śpiech, lecz wy­niki po­szu­ki­wań.

Ale od­głos zbli­ża­ją­cych się do jego kwa­tery kro­ków za­brzmiał dziw­nie zna­jomo.

Szczy­cił się tym, że roz­po­znaje każ­dego ze swych za­ufa­nych to­wa­rzy­szy po kro­kach.

Te­raz nad­cho­dziło ich kilku.

Ka­pi­tan wstał i otrze­paw­szy ze spodni nie­wi­doczne pyłki ku­rzu, spraw­dził, czy kant jest od­po­wied­nio ostry, jak tego wy­maga re­gu­la­min. Po­tem po­sta­wił trzy do­dat­kowe kie­liszki.

Uznał, że chłopcy za­słu­gują na łyk rumu, nie­za­leż­nie od tego, ja­kie przy­no­szą wie­ści. Dla lu­dzi, któ­rym ufał, Feldt po­tra­fił być szczo­dry. Stać go było na to, zwłasz­cza że to nie było duże grono.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Ka­pi­tan na­brał po­wie­trza i za­wo­łał, że można wejść.

We­pchnęli naj­pierw ko­bietę. Kiedy ją zo­ba­czył, serce mu za­marło, a po­tem za­częło wa­lić jak osza­lałe. Z tru­dem się opa­no­wał.

Zwio­dły go jej czarne włosy. Przez chwilę prze­mknęła mu myśl, że od­na­le­ziono tę, któ­rej tak długo po­szu­ki­wał. Twardą jak skała dło­nią chwy­cił pod­bró­dek dziew­czyny i uniósł jej głowę. Znów prze­żył szok. Ta dziew­czyna na­prawdę była po­dobna do tam­tej, je­dy­nie oczy miały inną barwę, nie­bie­ską.

- Ma na imię Ri­tva - rzu­cił trium­fal­nie je­den z żoł­nie­rzy.

Feldt od­wró­cił się do nich ple­cami, a kiedy się ode­zwał, na­le­wa­jąc rum, w jego gło­sie po­brzmie­wało za­do­wo­le­nie.

- Do­bra ro­bota, pa­no­wie. Ta już nie zdoła wy­wi­nąć się od stosu. My­ślę, że się ze mną zgo­dzi­cie.

I ro­ze­śmiał się, ura­do­wany.

Ri­tva nie zro­zu­miała, że wła­śnie zo­stał wy­dany na nią wy­rok, po­czuła jed­nak na ple­cach lo­do­wate ciarki.

Roz­dział 3

Mik­kal znów za­czął rzeź­bić. W Fin­lan­dii było dość la­sów, by miał skąd czer­pać po­trzebny su­ro­wiec. Nie to co na ro­dzi­mym pła­sko­wyżu, gdzie za­ro­śla się­gały mu le­d­wie do ko­lan i z braku drewna mu­siał rzeź­bić w ko­ści re­ni­fera.

Pierw­sze próby da­le­kie były od do­sko­na­ło­ści. Nie­udane fi­gurki wrzu­cił od razu do ognia, żeby nikt ich nie zo­ba­czył. Do­piero kiedy zdo­łał wy­ko­nać coś, z czego był za­do­wo­lony, za­czął ob­da­ro­wy­wać lu­dzi, któ­rych lu­bił. Ot, taki drobny pre­zent bez oka­zji. Wy­rzeź­bił kilka ły­żek i mi­sek, jed­nak więk­szość dzieł jego rąk sta­no­wiły zu­peł­nie bez­u­ży­teczne, ale za to bar­dzo ładne przed­mioty.

Mik­kal miał wy­czu­cie piękna. Lu­bił do­ty­kać drewna i wy­do­by­wać zeń za­klętą, w każ­dym ka­wałku inną, formę i kształt.

Rzeź­bił zwie­rzęta i ptaki, dzieła na­tury, którą ko­chał bez­gra­nicz­nie.

Wła­ści­wie sam nie wie­dział, dla­czego nie wspo­mi­nał Ra­iji o swym za­ję­ciu. Nie za­mie­rzał ni­czego ukry­wać, znała wszak wszyst­kie za­ka­marki jego du­szy, ale ja­koś ni­gdy się nie zło­żyło, żeby o tym po­mó­wić. Wy­da­wało mu się to ta­kie mało istotne.

Wo­lał, żeby za­miast niego prze­mó­wiły jego małe dzieła.

Pra­gnął po­da­ro­wać Ra­iji naj­pięk­niej­szy wy­ko­nany przez sie­bie przed­miot i długo się za­sta­na­wiał, co spra­wi­łoby uko­cha­nej naj­więk­szą ra­dość.

Ra­ija tym­cza­sem do­strze­gała jego czę­stą za­dumę i nie­obecne spoj­rze­nie i serce ści­snęła jej nie­wi­dzialna ob­ręcz. Mik­kal sta­no­wił je­dyny stały ele­ment w jej ży­ciu, był jej opar­ciem. Nie może go stra­cić!

Tyle czasu spę­dzał z dala od niej, ale bu­dzili się obok sie­bie... Prawdę po­wie­dziaw­szy, ona bu­dziła się, kiedy on jesz­cze spał. Wie­czo­rami naj­czę­ściej był za­jęty, kładł się bar­dzo późno. Ran­kiem więc ona pierw­sza wy­my­kała się po ci­chu spod fu­trza­nej derki, którą się okry­wali, i po­zwa­lała mu dłu­żej po­spać. Po­tem jadł śnia­da­nie, za­mie­niali ze sobą parę słów, po­ca­łu­nek, uścisk, po czym się roz­sta­wali.

Ailo wy­bie­gał po­ba­wić się z in­nymi dziećmi. Matti miał swoje obo­wiązki.

Ra­ija pil­no­wała swo­ich.

Pod­czas dłu­giej ucieczki przez tun­drę w ich ży­ciu wię­cej było cie­pła niż w ostat­nim roku, który spę­dzili w środ­ko­wej Fin­lan­dii w bez­piecz­nej go­ści­nie, jaką za­ofia­ro­wała im la­poń­ska wspól­nota.

Ra­ija cier­piała w mil­cze­niu, bo wi­działa, że Mik­kal jest szczę­śliwy. Dłu­żej jed­nak nie była już w sta­nie tego cią­gnąć. Mik­kal czę­sto wy­pa­sał swoje re­ni­fery, naj­czę­ściej to­wa­rzy­szył mu ktoś z obo­zo­wi­ska. Z upły­wem lat na­uczył się żyć i pra­co­wać po­mimo swego ka­lec­twa. Po­go­dził się już z tym, że ni­gdy wię­cej nie bę­dzie mógł bie­gać, ale uświa­do­mił so­bie, że mimo ogra­ni­czeń po­trafi wiele zdzia­łać. I każ­dego dnia pró­bo­wał prze­kra­czać gra­nice wła­snych moż­li­wo­ści.

Ra­iję bar­dzo to ra­do­wało. Ra­do­wało ją wszystko, co czy­niło go szczę­śli­wym. Cie­szyła się, że po­dej­mo­wane przez Mik­kala wy­siłki są zwień­czone po­wo­dze­niem i że uko­chany wy­zna­cza so­bie co­raz to nowe cele.

Kie­dyś, jesz­cze nie tak dawno, i ona była ta­kim ce­lem, do któ­rego dą­żył. Wtedy czuła się mniej nie­szczę­śliwa niż te­raz.

Ra­ija od­da­liła się od obo­zo­wi­ska, świa­doma, że od­pro­wa­dza ją wiele par oczu. Ru­szyła w kie­runku, w któ­rym udał się Mik­kal. Ni­gdy do­tąd tego nie ro­biła. Za­pewne człon­ko­wie wspól­noty po­my­ślą swoje, ale cóż ją to wła­ści­wie ob­cho­dzi? Nie ma za­miaru się przej­mo­wać tym, że we­zmą ją na ję­zyki. Aku­rat w tym mo­men­cie było jej wszystko jedno.

Mimo to ode­tchnęła swo­bod­niej, kiedy od­da­liła się od obo­zo­wi­ska na tyle, że stra­ciła je z za­sięgu wzroku. Wresz­cie po­czuła się wolna.

Po­nie­waż za­ro­śla w tym miej­scu się­gały jej do ko­lan, unio­sła dół spód­nicy i za­cze­piła o pa­sek w ta­lii, by mieć swo­bodne ręce.

Mo­gła biec!

Ro­ze­śmiała się do su­ną­cych po nie­bie ob­ło­ków i za­tań­czyła po­mię­dzy brze­ziną a mło­dymi świer­kami. Po­nad czub­kami drzew mi­gnęło jej niebo. Po­my­ślała, że chyba nikt na świe­cie nie ma tak wspa­nia­łego da­chu nad głową, da­chu na­tury.

Zmę­czona tro­chę tań­cem przy­sta­nęła, ale po­czuła, że ucisk w piersi nieco ze­lżał. Od kiedy tu przy­byli, z ca­łych sił pró­bo­wała się do­pa­so­wać do spo­łecz­no­ści, która ich przy­jęła. Za­po­mniała, że prze­cież za­wsze była inna niż wszy­scy. I tak prze­stała być sobą, praw­dziwą Ra­iją. Także o tym musi po­roz­ma­wiać z Mik­ka­lem.

Naj­pierw po­czuła za­pach ogni­ska, a po­tem zo­ba­czyła jego. Wcale nie wy­pa­sał re­ni­fe­rów, jak dał jej do zro­zu­mie­nia ran­kiem, tylko sie­dział na oba­lo­nym pniu i stru­gał drewno. Za ple­cami miał sto­sun­kowo nie­dawno wznie­sioną zie­miankę, nie­wielką, ale wy­star­cza­jąco dużą, by je­den męż­czy­zna mógł scho­wać się przed desz­czem i chło­dem. Omal nie od­wró­ciła się na pię­cie, kiedy to uj­rzała. A więc miał przed nią ta­jem­nice!

Kie­dyś była od­ważna i silna. Po­dej­mo­wała naj­trud­niej­sze na­wet za­da­nia i po­tra­fiła wziąć na sie­bie od­po­wie­dzial­ność.

Ale przy uko­cha­nym zmie­niła się, stała się cał­kiem bez­bronna i ła­two było ją zra­nić.

Mik­kal pod­niósł wzrok, in­stynk­tow­nie wy­czu­wa­jąc czy­jąś obec­ność, a kiedy za­uwa­żył Ra­iję, za­marł w bez­ru­chu.

Dziew­czyna stała na tle nie­bie­sko­zie­lo­nych świer­ków. Wy­da­wała mu się taka drobna i mała wśród mrocz­nych nie­mal, zło­wro­gich cieni rzu­ca­nych przez drzewa.

Mik­kal spo­koj­nie scho­wał nóż do po­chwy, nie­mal fi­zycz­nie czu­jąc prze­peł­nia­jący dziew­czynę lęk i roz­cza­ro­wa­nie.

- Po­dejdź bli­żej - po­pro­sił i prze­su­nął się na bok, tak by i dla niej zna­la­zło się miej­sce na pniu.

Po­de­szła, ale nie usia­dła. Jakby w od­ru­chu obron­nym za­ło­żyła ręce na piersi, od­gra­dza­jąc się od niego. Dłońmi po­cie­rała ner­wowo łok­cie.

Do­strze­gł­szy dwie czy trzy go­towe fi­gurki, przy­kuc­nęła i chwy­ciła wy­rzeź­bioną wie­wiórkę, którą Mik­kal uwa­żał za udane dzieło.

Po­gła­dziła ją, do­tknęła ogonka, prze­su­nęła pal­cami po zgrab­nej główce, tak sta­ran­nie wy­rzeź­bio­nej. A po­tem znów zwró­ciła ku Mik­ka­lowi spoj­rze­nie du­żych, prze­raź­li­wie smut­nych oczu i ode­zwała się ci­cho:

- Mo­głeś mi po­wie­dzieć. Nie­po­trzeb­nie trzy­ma­łeś to przede mną w ta­jem­nicy.

Roz­ło­żył ręce i pró­bo­wał prze­ko­nać ją, że nie miał złych in­ten­cji.

- Wkrótce za­mie­rza­łem ci to wy­ja­śnić - za­pew­nił.

Ra­ija nie spusz­czała z niego wzroku.

- Czy jest jesz­cze coś, o czym wkrótce się mia­łam do­wie­dzieć?

- Co ta­kiego?

Ra­ija prze­łknęła ślinę i wy­do­była z sie­bie słowa, któ­rych tak się bała i w które tak na­prawdę nie do końca wie­rzyła.

- Jest ktoś... inna ko­bieta? Po­zwo­li­łeś in­nej nas roz­dzie­lić?

Pa­trzył na nią za­sko­czony, ale i roz­gnie­wany. Wstał bez la­ski i za­ci­snąw­szy mocno dło­nie na jej ra­mio­nach, zmu­sił, by usia­dła przy nim. Z jego oczu po­sy­pały się skry.

- Ro­zu­miem, że je­steś roz­cza­ro­wana - rzekł w końcu. - Ale nie poj­muję, jak mo­żesz za­da­wać ta­kie py­ta­nia? Nie ufasz mi?

Ra­ija przy­mknęła oczy, nie mo­gąc znieść za­wodu ma­lu­ją­cego się na twa­rzy uko­cha­nego.

- Nie wiem - ode­zwała się wresz­cie i po­chy­liła głowę. Na­gle po­czuła się strasz­nie zmę­czona. - Nie wiem, Mik­kalu, już ni­czego nie je­stem pewna - do­dała po chwili, na­po­ty­ka­jąc jego zdu­miony, pe­łen nie­do­wie­rza­nia wzrok. - Bli­ska je­stem utraty zmy­słów. Te po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, szepty za mo­imi ple­cami, złe sny... Wszystko to spra­wia, że tracę ro­zum. Bu­dzę się okrop­nie zmę­czona, bo nie mogę w nocy spać, a kiedy uda mi się za­snąć, drę­czą mnie kosz­mary. Mar­twi mnie, że nie ra­dzę so­bie tu ze wszyst­kim, tak jak po­win­nam. Nie prze­staję się za­sta­na­wiać, czy na­dal mnie szu­kają. Serce mi pęka, gdy po­my­ślę o Re­ijo i dzie­ciach. Nie po­tra­fię już na­wet przy­wo­łać ich z pa­mięci... Z po­czątku zmu­sza­łam się, by o nich nie my­śleć, żeby nie osza­leć z bólu, te­raz znów szar­pię się sama ze sobą, bo nie mogę so­bie przy­po­mnieć do­kład­nie ich twa­rzy, Mik­kalu. Nie pa­mię­tam, jak wy­gląda moja Maja, nie po­tra­fię przy­wo­łać ob­razu Knuta, za­tarły mi się rysy ma­leń­kiej Idy. Na­wet Elise nie pa­mię­tam. Bywa, że po­wąt­pie­wam, czy Re­ijo wy­gląda tak, jak go so­bie te­raz wy­obra­żam. To wszystko spra­wia, że je­stem chora z roz­pa­czy. Za­czę­łam też wąt­pić w cie­bie. Nie roz­ma­wiasz ze mną. Nie wiem, o czym my­ślisz, nie wiem, jak się ukła­dają sprawy mię­dzy nami. Nie tak miało być...

Bo­le­sna ci­sza, jaka za­pa­dła, gdy prze­stała mó­wić, zda­wała się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. Wresz­cie Mik­kal pu­ścił Ra­iję, a jego ręce opa­dły jak mar­twe ptaki.

- Rze­czy­wi­ście nie tak - od­rzekł ze smut­kiem. - Co się z nami stało, Ra­iju?

Ra­ija mo­głaby długo mó­wić na ten te­mat, ale mil­czała. Za nic w świe­cie nie chciała zra­nić Mik­kala. Mi­nione dwa lata nie były cał­kiem zmar­no­wane. Dla Mik­kala oka­zały się wręcz udane. Gdyby nie wy­je­chali ra­zem, pew­nie na­dal uża­lałby się nad sobą. Te­raz pod wie­loma wzglę­dami stał się ta­kim męż­czy­zną, ja­kiego za­wsze pra­gnęła w nim wi­dzieć.

Nie spo­dzie­wała się tylko, że do­kona się to jej kosz­tem. Mik­kal przyj­rzał się uważ­nie Ra­iji. Tak bar­dzo ją ko­chał! Cze­goś mu jed­nak bra­ko­wało w jej wy­glą­dzie, cze­goś, co ją czy­niło inną, niż była daw­niej.

Znik­nęły z jej oczu fi­glarne iskierki, ką­ciki ust nie uno­siły się w uśmie­chu. Wy­gasł żar ma­lu­jący się na jej twa­rzy, bra­ko­wało ru­chli­wo­ści, po­śpiesz­nych ge­stów...

Zmarsz­czyw­szy czoło, Mik­kal uświa­do­mił so­bie, że już od dawna nie była taka, jaką pra­gnął ją wi­dzieć. Już od dawna nie sły­szał jej śmie­chu.

- Za długo tu je­ste­śmy - ode­zwał się ci­cho, de­li­kat­nie i z czu­ło­ścią gła­dząc jej po­liczki. - My­śla­łem tylko o so­bie, naj­droż­sza. Mó­wi­łem, że to ze względu na cie­bie, ale tak na­prawdę je­stem sa­mo­lu­bem...

- To nie tylko to, Mik­kalu - rze­kła, uśmie­cha­jąc się blado. - Prawda, że nie­wiele bra­kuje, bym po­stra­dała ro­zum. Przy­znaję, że je­stem chora z tę­sk­noty. Ale wierz mi, ko­chany, to nie wszystko. Cho­dzi o nas. Je­ste­śmy co prawda ra­zem, ale tak, jak by­śmy nie byli...

Mik­kal wy­jął z po­wro­tem nóż i z po­nu­rym spoj­rze­niem ude­rzał ostrzem o pień.

Zmarsz­czył brwi, a po­li­czek drgał mu lekko.

- Choć może za­brzmi to nie­do­rzecz­nie, przy­znaję, że nie raz o tym my­śla­łem - rzekł, ścią­ga­jąc usta. - Ko­cham cię, ko­cham do sza­leń­stwa i wła­ści­wie nie wąt­pię też w twoje uczu­cia. Ale prze­zna­cze­nie wciąż nas roz­dziela. To dzieje się poza nami. Sta­ramy się, ro­bimy co w na­szej mocy, a i tak nam się nie udaje. Nie mo­gli­śmy bez sie­bie żyć, a te­raz oka­zuje się, że i ra­zem nie mo­żemy...

- Ni­gdy nie było nam dane żyć ze sobą w nor­mal­nych wa­run­kach - rzu­ciła to­nem uspra­wie­dli­wie­nia Ra­ija. - Żadne z nas nie dzie­liło co­dzien­no­ści z osobą, którą ko­cha. Albo usy­cha­li­śmy z tę­sk­noty, albo na­sze serca roz­sa­dzały gwał­towne uczu­cia. Mu­simy roz­ma­wiać. Je­śli nie bę­dziemy chcieli zwie­rzać się so­bie, to zna­czy, że się pod­da­jemy, że nie ma dla nas wspól­nej przy­szło­ści. Ale ja wie­rzę w nas i chcę spró­bo­wać, bo ni­czego bar­dziej nie pra­gnę, jak dzie­lić z tobą ży­cie. Mu­szę jed­nak czuć się po­trzebna. I chcę mieć przy so­bie moje dzieci...

Mik­kal chrząk­nął za­kło­po­tany.

- Wiesz, Ra­iju, nie po­tra­fię wiele mó­wić. Je­stem zwy­kłym męż­czy­zną, który po pro­stu cię ko­cha. Który ko­cha cię od mło­dzień­czych lat.

Nie po­wie­działa mu, że się myli. Mik­kal są­dzi, że cho­dzi jej o dłu­gie, po­ważne roz­mowy. Ona tym­cza­sem po­trze­bo­wała cie­płej, przy­ja­znej po­ga­wędki od czasu do czasu.

- Co z tym ro­bisz? - zmie­niła te­mat, wska­zu­jąc głową na rzeź­bione fi­gurki.

W jed­nej chwili stra­cił pew­ność sie­bie.

- Roz­daję. To nic ta­kiego - od­po­wie­dział za­kło­po­tany, uda­jąc, że nie przy­wią­zuje do swych wy­ro­bów więk­szej wagi.

Ra­ija roz­zło­ściła się nie na żarty.

- Nie bądź głup­cem, Mik­kal! Wiesz rów­nie do­brze jak ja, że to są piękne przed­mioty. Mu­sisz to wie­dzieć, bo ina­czej byś się tym nie zaj­mo­wał. Ni­czego nie ro­bisz po­ło­wicz­nie, a do rzeź­bie­nia masz chyba naj­więk­szy ta­lent! Nie opo­wia­daj więc, że to nic ta­kiego. Zdo­bądź się przy­naj­mniej na szcze­rość wo­bec mnie!

- Wy­da­wało mi się, że de­ner­wuje cię, kiedy stru­gam w drew­nie.

- A cóż to ma za zna­cze­nie? Je­śli coś jest dla cie­bie ważne, po­wi­nie­neś to ro­bić, na­wet gdyby nie wiem jak mnie to de­ner­wo­wało. - Ra­ija uśmiech­nęła się i do­dała: - A poza tym nie mam nic prze­ciwko temu. My­śla­łeś o jar­mar­kach? Na pewno mógł­byś coś tam sprze­dać.

- Oto prze­mó­wiła prak­tyczna ko­bieta!

- My­śla­łeś o tym?

Mik­kal ski­nął głową.

- Mi­ski, czer­paki i łyżki na pewno lu­dzie ku­pią - my­ślała na głos Ra­ija. - A inne rze­czy mo­żesz rzeź­bić dla przy­jem­no­ści. Dla mnie.

Mik­kal chwy­cił za­wie­szony na szyi skó­rzany wo­re­czek. Na­dal no­sił w nim pu­kiel wło­sów, który do­stał od Ra­iji, kiedy z dziew­czę­cia prze­mie­niała się w ko­bietę. Otwo­rzył wo­re­czek i wy­jął fi­gurkę, nad którą ślę­czał naj­dłu­żej. Wy­rzeź­bie­nie ta­kiego cacka wy­ma­gało czasu, cier­pli­wo­ści i nie­sły­cha­nej pre­cy­zji.

De­li­kat­nie po­ło­żył ma­leńki przed­miot na dłoni Ra­iji. A war­gami le­ciutko mu­snął nad­gar­stek, co po­dzia­łało na dziew­czynę jak po­ca­łu­nek.

- To dla cie­bie, Mały Kruku. Ni­gdy nie za­po­mnę tam­tych chwil na pła­sko­wyżu, kiedy pra­gną­łem tylko cie­bie, a ty by­łaś nie­osią­galna. Na­wet nie ro­zu­mia­łaś, że mo­gła­byś mnie po­ko­chać. Będę to pa­mię­tał do sa­mej śmierci. Ni­gdy nie do­sta­łaś ode mnie kruka... - Głos uwiązł mu w gar­dle.

Ra­ija mru­gała po­wie­kami, ale i tak nie zdo­łała po­wstrzy­mać łez.

- Jest śliczny - wy­szep­tała i pod­nio­sła bli­żej oczu, żeby go do­kład­nie obej­rzeć.

Fi­gurka, tak jak tamta sprzed lat, przed­sta­wiała ptaka w lo­cie. Ale ten był mniej­szy i nie taki gładki jak po­przedni. Zo­stał wy­rzeź­biony z naj­ciem­niej­szego drewna, ja­kie Mik­ka­lowi udało się zna­leźć. Do­ty­ka­jąc kruka, Ra­ija wy­czu­wała ukrytą w jego skrzy­dłach moc. Była to bar­dzo mi­sterna ro­bota, dziew­czyna bez trudu od­róż­niała pióra, oczy, pod­kur­czone nogi. Mik­kal wy­rzeź­bił na­wet ma­leń­kie kó­łeczko, przez które prze­cią­gnął rze­myk, żeby można było fi­gurkę za­wie­sić na szyi. Ta­kiego cie­niut­kiego rze­myka Ra­ija jesz­cze nie wi­działa.

- Kie­dyś do­sta­niesz do tego srebrny łań­cu­szek - mruk­nął. - Ale tu w głębi lądu trudno o sre­bro...

Ra­ija rzu­ciła się Mik­ka­lowi na szyję i uści­skała go, uwa­ża­jąc wszakże, żeby w po­ry­wie ra­do­ści nie zgnieść pięk­nego po­da­runku.

- Daj spo­kój ze sre­brem i zło­tem, Mik­kalu. Re­ijo i Kalle w swoim cza­sie tylko tym się zaj­mo­wali i do ni­czego do­brego to nie do­pro­wa­dziło. Bo­gac­two ni­gdy nie czy­niło mnie szczę­śliw­szą.

- Ale z tego ptaszka się cie­szysz?

Ra­ija po­ki­wała głową. Jej ciemne oczy błysz­czały. Ta fi­gurka po­wie­działa jej wię­cej, niż mo­głyby wy­ja­śnić słowa, które tak pra­gnęła usły­szeć. Mik­kal o niej my­ślał i na­dal ją ko­chał.

- Za­wie­sisz mi go na szyi? - za­py­tała i do­strze­gła, że ura­do­wała go swoją prośbą.

Ocho­czo ujął w dło­nie rze­myk, a jego twarz roz­pro­mie­niła się. Mik­kal skoń­czył dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, ale w tym mo­men­cie przy­po­mi­nał dzie­więt­na­sto­latka.

Za­wie­siw­szy na­szyj­nik, ob­jął Ra­iję i na­peł­niony spo­ko­jem, przy­tu­lił po­li­czek do jej twa­rzy.

- Jak dawno tak nie sie­dzie­li­śmy - wy­szep­tał. - Ba­łem się, że to nie­moż­liwe... Kie­dyś, kiedy nie wia­domo było, czy uj­rzę cię choć raz do roku, dał­bym so­bie rękę uciąć, że bę­dzie ina­czej... że gdy­bym tylko mógł żyć u twego boku, nie tra­cił­bym na­wet chwili, żeby cię nie przy­tu­lać. A te­raz mam cię przy so­bie... - Wes­tchnął. - Chyba wiecz­ność upły­nęła od czasu, gdy się obej­mo­wa­li­śmy, a przy­naj­mniej pół ży­cia, od­kąd się ko­cha­li­śmy.

- Całe ży­cie - po­pra­wiła go. - Całe dłu­gie ży­cie.

Mik­kal po­chy­lił się nad nią i skub­nął ko­niu­szek jej ucha su­chymi war­gami. Po­tem prze­su­nął je po po­liczku, ku szyi i ra­mio­nom, które ku­siły go swymi mięk­kimi krą­gło­ściami.

Pod­dała mu się, piesz­czoty spra­wiały jej przy­jem­ność. Kiedy jed­nak za­czął gwał­tow­niej ca­ło­wać jej de­kolt, su­nąc ustami co­raz ni­żej, zde­cy­do­wa­nymi dłońmi chwy­ciła go za grzywkę i bez­li­to­śnie od­su­nęła od cu­dow­nie cie­płej skóry.

Mik­kala zdzi­wiła re­ak­cja Ra­iji, bo po za­snu­tym mgłą spoj­rze­niu po­zna­wał, że i jej jest do­brze.

- Chyba nie wpa­dłaś na głupi po­mysł, żeby mnie w ten spo­sób uka­rać?

Po­trzą­snęła głową i uśmie­cha­jąc się, przy­su­nęła ku niemu swe usta. Gdy otrzy­mała wię­cej niż ca­łus, o który pro­siła, znów wy­rwała mu się z ob­jęć.

- Nie te­raz, Mik­kal - po­pro­siła.

- Je­ste­śmy sami, chcemy tego, ty rów­nie mocno jak ja. Prze­cież mam oczy. Znam cię...

Ode­pchnęła go, nie po­zwa­la­jąc, by jego usta po­chwy­ciły ją znów w si­dła po­ca­łunku i wpro­wa­dziły w stan upo­je­nia.

- Sama mó­wi­łaś, że upły­nęło nie­mal całe dłu­gie ży­cie od ostat­niego razu - przy­po­mniał.

- Krwa­wię, Mik­kal.

Uniósł oczy ku niebu. A więc dla­tego miał się wy­co­fać.

- Ni­gdy nam to nie prze­szka­dzało. Ja w każ­dym ra­zie nie zwra­cam na to uwagi.

- A ja tak - od­parła, a po chwili do­dała: - Tro­chę mam ochotę, ale rów­no­cze­śnie nie chcę. Nie mogę. Po­tra­fisz to zro­zu­mieć?

Po­krę­cił głową i rzekł z uśmie­chem:

- Ale mu­szę się z tym chyba po­go­dzić, prawda? Po­zwól przy­naj­mniej, że­bym cię po­ca­ło­wał. Nie będę czy­nił bez­wstyd­nych prób uwie­dze­nia cię wbrew two­jej woli.

Ra­ija ode­tchnęła z ulgą. Mik­kal mógł się ob­ra­zić i ode­pchnąć ją w zło­ści, ale na szczę­ście oka­zał się wy­ro­zu­miały.

Przy­tu­liła się do piersi uko­cha­nego. Była pewna, że za­wsze bę­dzie z ra­do­ścią wtu­lać się w niego, słu­chać ude­rzeń jego serca i na­po­ty­kać drżą­cymi war­gami jego stę­sk­nione usta.

- A ja tak pra­gną­łem mieć z tobą jesz­cze jedno dziecko - uśmiech­nął się, do­ty­ka­jąc czubka jej nosa. - Co naj­mniej jedno - po­pra­wił się. - Dla­czego nam nie wy­cho­dzi, cho­ciaż oboje tego pra­gniemy? Tylko wtedy, cał­kiem nie w porę, spło­dzi­li­śmy Maję...

- Dzieci nie po­winny przy­cho­dzić na świat pod­czas tu­łaczki - od­parła Ra­ija z po­wagą. - Mimo wszystko jest w tym ja­kiś głęb­szy sens. Ja także pra­gnę mieć z tobą dziecko, Mik­kalu, ale nie za wszelką cenę. Za­troszczmy się o te, które już mamy, nim za­czniemy ma­rzyć o ko­lej­nych...

Mik­kal oparł czoło o jej czoło. Opu­ściło go pa­lące po­żą­da­nie, po­zo­stała jed­nak tkli­wość, któ­rej chyba ni­gdy nie prze­sta­nie od­czu­wać wo­bec Ra­iji.

- Wy­ru­szymy nie­ba­wem - rzekł. - Wiele o tym my­śla­łem. Przy­jem­nie jest wę­dro­wać la­tem i na je­sieni, ale to bar­dzo mę­czące. Mu­sie­li­by­śmy prze­pra­wiać się przez rzeki i stru­mie­nie, jest tyle ko­ma­rów. Same kło­poty. No i całą drogę trzeba prze­mie­rzyć na pie­chotę... - Prze­rwał na chwilę i na­brał tchu. - A zimą można je­chać.

Kiedy zo­ba­czył, jak oczy uko­cha­nej ożyły pod wpły­wem ro­dzą­cej się na­dziei, po­ża­ło­wał gorzko, że nie wspo­mniał jej o tym wcze­śniej.

- Przed No­wym Ro­kiem? - za­py­tała.

- My­ślę, że tak. Na po­czątku zimy nie ma jesz­cze tak sil­nego mrozu. Pa­mię­taj, że bę­dzie z nami Ailo i Matti, któ­rzy nie przy­wy­kli do ta­kich wy­praw.

- Jar­mark w Ski­botn? - za­py­tała drżą­cym gło­sem.

- Nie wiem. Za wcze­śnie o tym de­cy­do­wać. To za­leży, kiedy w tym roku na­dej­dzie zima. Je­śli nie bę­dzie się spie­szyć, nie zdą­żymy. Ale zga­dzam się z tobą, że do­brze by­łoby od­wie­dzić Ski­botn. Spo­tka­li­by­śmy po dro­dze in­nych, tyle prze­cież lu­dzi po­dąża w tamte strony w po­rze jar­marku. Mógł­bym sprze­dać to i owo. Mo­gli­by­śmy coś ku­pić, no i zo­ba­czyć zna­jo­mych...

Ra­ija po­pa­trzyła nie­obec­nym spoj­rze­niem.

- My­ślę, że Re­ijo tam jest. Przy­pusz­czam, że wró­cił nad fiord Lyn­gen, bo naj­le­piej prze­cież zna te oko­lice.

- Chcesz, że­by­śmy tam po­je­chali, na­wet je­śli nie zdą­żymy na jar­mark? - za­py­tał Mik­kal.

- Tak - od­parła. - Zresztą tak chyba bę­dzie naj­bez­piecz­niej. Wpraw­dzie lu­dzie w osa­dzie nie da­rzą mnie zbyt­nią sym­pa­tią, ale do Vard? stam­tąd ka­wał drogi. Chyba więc nic mi tam nie grozi. Poza tym je­stem pra­wie pewna, że Re­ijo za­trzy­mał się wła­śnie w Ski­botn.

- Ailo nie bę­dzie za­do­wo­lony, kiedy przyj­dzie mu dzie­lić się tobą z in­nymi. - Mik­kal uśmiech­nął się ła­god­nie. - Jemu się wy­daje, że na­le­żysz wy­łącz­nie do niego.

W oczach Ra­iji za­lśniły łzy. To dzięki Ailo zdo­łała ja­koś prze­żyć te ostat­nie dwa lata. Syna Mik­kala trak­to­wała jak wła­sne dziecko. Przy­naj­mniej jego mo­gła ob­da­rzyć mi­ło­ścią.

- Maja wpad­nie w złość - cią­gnął Mik­kal. - Trudno mi so­bie wy­obra­zić, jak za­re­agują po­zo­stali, ale co do tego, że Maja się roz­zło­ści, mam ab­so­lutną pew­ność. Moja córka ni­gdy za mną nie prze­pa­dała - do­dał smut­nym gło­sem.

- Jej praw­dzi­wym bo­ha­te­rem jest Re­ijo. I nie są­dzę, by coś się przez ten czas zmie­niło.

Za­mil­kła, a on do­dał:

- Nie je­stem pe­wien, czy Maja zgo­dzi się roz­stać z Re­ijo. Ale czy on po­zwoli, żeby dziecko de­cy­do­wało o jego ży­ciu?

- Re­ijo ją ko­cha. Trak­tuje ją jak swoją córkę, na równi z Idą.

Na­gle Mik­kal uświa­do­mił so­bie coś, o czym nie my­ślał wcze­śniej. Przez te dwa lata przy­zwy­czaił się przyj­mo­wać pewne rze­czy za oczy­wi­ste. Wy­da­wało mu się, że Ra­ija już na za­wsze bę­dzie z nim.

Ale szczę­ście bywa ulotne i kru­che. Te­raz zląkł się, że straci je albo znisz­czy.

- A je­śli Maja nie ze­chce... - za­czął - je­śli Maja nie zgo­dzi się od­je­chać z nami i bę­dzie chciała po­zo­stać z Re­ijo? Je­śli on zde­cy­duje się za­trzy­mać ją i Idę? Co wtedy uczy­nisz, Ra­iju?

- Nie py­taj - po­pro­siła.

Ale on nie chciał po­zo­sta­wiać tego py­ta­nia bez od­po­wie­dzi.

- Mu­szę. Bo to do­ty­czy w ta­kim sa­mym stop­niu cie­bie, jak i mnie. Zresztą sama wspo­mi­na­łaś, że nie po­win­ni­śmy mieć przed sobą ta­jem­nic. Za­tem roz­ma­wiajmy! Py­tam cię o coś, co jest dla mnie naj­waż­niej­sze. Nie zby­waj mnie więc. Na­dal je­steś żoną Re­ijo. Wiem, że oboje go­towi by­li­ście pu­ścić to w nie­pa­mięć. Re­ijo po­zo­sta­wił ci wolną rękę i po­wie­dział, że mo­żesz zro­bić, co ze­chcesz z do­ku­men­tem za­świad­cza­ją­cym o wa­szym ślu­bie, ale ty tego pa­pieru nie znisz­czy­łaś, prawda? Na­dal go trzy­masz?

- To moja je­dyna po nim pa­miątka - przy­znała nie­śmiało.

- Zresztą na­wet gdy­byś ten pa­pier spa­liła, nie zmie­nia to faktu, że je­ste­ście mał­żeń­stwem - rzekł Mik­kal oschle. - Prze­cież to fi­gu­ruje w księ­gach, któ­rych nie da się spa­lić. W ten spo­sób nie sta­niesz się moja. Je­śli chcemy być ra­zem, to po­zo­staje nam ży­cie w grze­chu, jak to mó­wią.

Oczy­wi­ście mo­żemy urzą­dzić po­gań­skie za­ślu­biny, ale nie wiem, czy czu­ła­byś się zwią­zana taką przy­sięgą.

- Chcę być z tobą z mi­ło­ści - od­po­wie­działa i ści­snęła mu dło­nie. Były zbyt duże, by mo­gła je ukryć w swo­ich, ale ści­snęła je z ca­łych sił. - Tego pra­gnę od cie­bie: mi­ło­ści. Bo cóż zna­czy pa­pier? A w bło­go­sła­wień­stwa też spe­cjal­nie nie wie­rzę.

- Je­śli jed­nak Re­ijo ze­chce za­trzy­mać dzieci, co wów­czas zro­bisz? - Mik­kal upar­cie trwał przy swoim.

- Re­ijo ni­gdy nie sta­nie mi na dro­dze do szczę­ścia. Poza tym może spo­tkał ko­goś, z kim mógłby być szczę­śliwy, kogo mógłby po­ko­chać...

- Co zro­bisz, Ra­iju? - na­ci­skał Mik­kal z ka­mienną twa­rzą. - Odej­dziesz wtedy ode mnie?

Długo my­ślała. Zda­wała so­bie sprawę, że nie uciek­nie od tego py­ta­nia, zro­zu­miała, że do­ty­czy ono w rów­nym stop­niu ich obojga.

Dzieci... My­ślała o nich każ­dego dnia. Z po­wodu roz­sta­nia cier­piała bar­dziej, niż kto­kol­wiek byłby w sta­nie to zro­zu­mieć.

Maja, Knut, Ida, Elise...

A na dru­giej szali Mik­kal.

Re­ijo nie bę­dzie chciał sta­nąć mię­dzy nią a Mik­ka­lem. Pod żad­nym po­zo­rem. Nie­spra­wie­dliwe, że Mik­kal za­daje ta­kie py­ta­nie...

Ra­ija po­czuła, jak ogar­nia ją re­zy­gna­cja.

Nie po­winna się oszu­ki­wać. Mik­kal miał prawo py­tać. - Nie od­po­wia­dasz?

Od­gar­nął jej lok z czoła i po­gła­dził de­li­kat­nie po­liczki. Miał dło­nie szorst­kie jak tarka.

- Uni­kasz tego py­ta­nia, prawda? Ale prze­cież mu­sia­łaś to roz­wa­żać.

Miał oczy­wi­ście ra­cję.

Za­sta­na­wiała się nad tym nie raz, nie zda­jąc so­bie na­wet sprawy, że waży wszyst­kie za i prze­ciw.

Znała od­po­wiedź. On także.

Ale mimo to na­ci­skał, żeby się zde­kla­ro­wała. Chciał, żeby wszystko mię­dzy nimi zo­stało wy­ja­śnione.

- Ty do­brze wiesz, co zro­bisz, Ra­iju - rzekł w końcu za nią ze smut­kiem w gło­sie. - Po­świę­cisz się. Jakże ła­two po­tra­fisz re­zy­gno­wać z wła­snych pra­gnień, uko­chana! Wiem, że je­śli przyj­dzie ci wy­bie­rać mię­dzy dziećmi a mną, wy­bie­rzesz dzieci.

Po­ki­wała głową.

- Masz ra­cję, Mik­kalu. Ko­cham cię, ale my so­bie ja­koś po­ra­dzimy. Dzieci po­trze­bują mnie bar­dziej. Są dwa ro­dzaje mi­ło­ści. To, co nas łą­czy, jest dla mnie naj­waż­niej­sze na świe­cie. Ale je­śli trzeba bę­dzie do­ko­nać wy­boru mię­dzy tobą i dziećmi, wy­bacz, ale nie mogę wy­brać cie­bie.

Mik­kal wie­dział o tym od po­czątku.

Ob­jął ją mocno i przy­gar­nął, bo czuł, że tego po­trze­buje.

- Mu­szę uczy­nić wszystko co w mo­jej mocy, żeby przy­po­do­bać się mo­jej córce - mruk­nął, pró­bu­jąc ob­ró­cić to w żart. - Gdyby wie­działa, że w swo­ich ma­leń­kich rącz­kach trzyma całą na­szą przy­szłość...

- To my po­dej­mu­jemy de­cy­zje, Mik­kalu. I ni­gdy nie wolno nam prze­rzu­cać od­po­wie­dzial­no­ści na dzieci.

Za­ak­cep­to­wał to, ale mo­dlił się w du­chu, żeby dane mu było za­trzy­mać Ra­iję przy so­bie. Bez niej czuł się tak, jakby nie w pełni był czło­wie­kiem.

Na­gle wy­dało mu się, że od zimy dzieli ich bar­dzo krótki czas.

Roz­dział 4

Ri­tva nie wie­działa o ist­nie­niu zła. Ta­kiego zła. Zda­rzało się, że wy­krzy­ki­wała, iż nie­na­wi­dzi ko­goś.

Do­piero te­raz zro­zu­miała, że nie miała po­ję­cia, czym na­prawdę jest to uczu­cie.

Nie wie­działa, póki nie uj­rzała wzroku męż­czy­zny, do któ­rego ją przy­pro­wa­dzono. Póki nie zja­wił się w ciem­nym i wil­got­nym lo­chu, w któ­rym ją uwię­ziono.

Do­piero tu Ri­tva po­jęła, czym jest nie­na­wiść, a wraz z upły­wem dni i ty­go­dni do­wia­dy­wała się co­raz wię­cej o isto­cie zła.

Miała dzie­więt­na­ście lat, a roz­my­ślała o śmierci. Nie­mal wy­cze­ki­wała jej z utę­sk­nie­niem.

On był taki przy­stojny. Nikt by nie przy­pusz­czał, że tkwi w nim tyle zła. Ri­tva za­wsze są­dziła, że lu­dzie piękni są do­brzy. że do­bro idzie w pa­rze z urodą.

Po­jęła te­raz, jak nie­wiele wie­działa o ży­ciu.

Gdyby cho­ciaż ro­zu­miała, co do niej mówi, kiedy przy­cho­dzi do lo­chu albo kiedy roz­ka­zuje za­wlec ją do jed­nej z tych izb, gdzie trzyma te okropne przy­rządy.

Przez cały czas coś mó­wił i wy­raź­nie ba­wiło go to, że Ri­tva nic nie ro­zu­mie. To był także ro­dzaj tor­tury.

Ri­tva prze­kli­nała w du­chu, że była taka uparta i ni­gdy nie sta­rała się na­uczyć ję­zyka nor­we­skiego.

Ale prze­cież ni­gdy wcze­śniej nie było jej to po­trzebne... On ją ro­zu­miał, cho­ciaż nie znał jej mowy.

Krzy­ków i prze­kleństw nie trzeba tłu­ma­czyć.

Ri­tva nie poj­mo­wała, dla­czego przy­pala jej ciało że­la­zem, nie poj­mo­wała, dla­czego jest bita, no i czemu on się przy tym uśmie­cha. Nie ro­zu­miała, dla­czego roz­cią­gają jej koń­czyny.

Szu­kali cza­row­nicy. Prze­cież chyba mu­sieli się zo­rien­to­wać, że to ja­kaś po­myłka!

Cza­sem wy­da­wało jej się, że wie­dzą. Ofi­cer i żoł­nie­rze, któ­rzy ją poj­mali, pa­trzyli tak ja­koś dziw­nie na oka­le­cze­nia, ja­kie zo­sta­wały na jej ciele po tor­tu­rach.

I choć jej sa­mej zda­wało się to nie­do­rzeczne, od­no­siła wra­że­nie, że po­rów­nują jej rany do ran ko­goś in­nego.

Ale może się my­liła? Za­czy­nała tra­cić ro­zum.

Oni my­śleli, że jest cza­row­nicą. Nie mo­gła nic uczy­nić, by od­wieść ich od ta­kich po­dej­rzeń. Nie mo­gła nic po­wie­dzieć na swoją obronę.

Może spro­wa­dzą tu ko­goś, kto mówi po la­poń­sku?

Może pa­stora?

Łu­dziła się tą na­dzieją, ale tylko krótki czas. Po­tem prze­stała ma­rzyć.

Za­miast tego co­fała się my­ślami do prze­szło­ści. Sta­rała się przy­po­mnieć so­bie jak naj­wię­cej szcze­gó­łów ze swego ży­cia. Mu­siała. Mu­siała się upew­nić, czy nie ode­brano jej wspo­mnień.

Jej ciała już nie można było bar­dziej oka­le­czyć. Prze­żyła wszyst­kie upo­ko­rze­nia, ja­kie można za­dać ciału.

Znała ból bar­dziej niż samą sie­bie. To­wa­rzy­szył jej nie­ustan­nie. Ri­tva nie lę­kała się go, cza­sami po­pa­dała w stan otę­pie­nia, który wy­da­wał jej się taki błogi, że nie miała ochoty się z niego wy­do­być. Bo dzięki niemu była wolna. Nie czuła rąk ani nóg, nie czuła wła­snego ciała. Tylko ja­kąś taką błogą mięk­kość i prze­świad­cze­nie, że znów jest sobą.

A kiedy od­zy­ski­wała przy­tom­ność, po­wra­cał ból w ciele, na które nie chciała pa­trzeć ani go do­ty­kać.

W tym cu­dow­nym sta­nie zni­kał też strach przed tym, przed czym wcze­śniej tak się wzbra­niała, z czym za­wzię­cie wal­czyła. To, nad czym nie miała wła­dzy, co znaj­do­wało się poza moż­li­wo­ścią poj­mo­wa­nia, prze­stało na­peł­niać ją prze­ra­że­niem.

Zda­wało się cu­downe, ku­szące i prze­peł­nione spo­ko­jem.

Ri­tva tę­sk­niła za tym.

Jej ma­rze­nia o wol­no­ści, ży­ciu i o Nil­sie nie do­rów­ny­wały temu pra­gnie­niu prze­nie­sie­nia się w stan szczę­śli­wo­ści.

Ri­tva wie­działa, że aby tam do­trzeć, trzeba przejść przez nie­ludz­kie cier­pie­nie. Ale pra­gnęła tego.

Śmierć sta­no­wiła wrota do tej cu­dow­nej kra­iny, o ist­nie­niu któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie miała po­ję­cia.

Wie­działa, jak się od­biera ży­cie cza­row­ni­com, i łu­dziła się na­dzieją, że wkrótce to na­stąpi.

Po tym wszyst­kim, co z nią zro­bili, ni­gdy nie by­łaby nor­malną ko­bietą, nie mo­głaby zo­stać żoną czy matką. Nils może ze­chciałby zwią­zać się z nią mimo wszystko, ale ona nie mo­głaby mu na to po­zwo­lić. Musi umrzeć. Musi przejść przez stos.

Po­tem bę­dzie cu­dow­nie.

Ri­tva uśmie­chała się, gdy przy­pa­lano ją że­la­zem.

Krzy­czała, ale z jej ust nie zni­kał uśmiech.

Hans Fre­drik Feldt ob­lał się po­tem. Od roz­grze­wa­nia że­la­znych prę­tów zro­biło mu się go­rąco.

Jego noz­drza wy­chwy­ciły swąd przy­pa­la­nego ciała. Na­lał so­bie wódki do kie­liszka, wy­chy­lił dusz­kiem i do­lał jesz­cze.

Żoł­nierz, który po­cił się wraz z nim, za­mel­do­wał krótko, że od­pro­wa­dził ska­zaną z po­wro­tem do lo­chu.

Feldt ski­nął głową.

Żoł­nierz nie ru­szał się z miej­sca.

- Można by przy­pusz­czać, że to ta jest praw­dziwą cza­row­nicą - wy­rzekł w końcu z drże­niem w gło­sie. - Jesz­cze ni­gdy w moim ży­ciu nie spo­tka­łem ko­goś tak wy­trzy­ma­łego. Inni już dawno by się ugięli i wy­zio­nęli du­cha na na­szych rę­kach. A ona cze­pia się ży­cia! I w po­rów­na­niu do in­nych na­wet spe­cjal­nie nie krzy­czy! Mało tego, gdy do­ty­kam jej ciała roz­ża­rzo­nym że­la­zem, ona za każ­dym ra­zem się uśmie­cha! Do­prawdy zro­biła na mnie duże wra­że­nie!

Ka­pi­tan ujął w dłoń kie­li­szek i od­wró­cił się gwał­tow­nie. Ni­gdy nie dał znać po so­bie, że on także jest zdu­miony za­cho­wa­niem dziew­czyny, którą mu przy­wie­dli.

- Lu­dzie róż­nie re­agują na ból - stwier­dził rze­czowo. - Nie­któ­rzy zno­szą wię­cej. Ko­biety na ogół są bar­dziej wy­trzy­małe. Po­dobno dla­tego, że ro­dzą dzieci. Co do mnie, spe­cjal­nie nie wi­dzę związku mię­dzy tymi spra­wami. Ta dziew­czyna wiele po­trafi znieść, ale każdy ma ja­kieś gra­nice wy­trzy­ma­ło­ści, ona także.

- Bę­dziemy ją tor­tu­ro­wać, póki nie od­kry­jemy tej gra­nicy? - spy­tał żoł­nierz. Po­bladł gwał­tow­nie i uchwy­cił się fra­mugi, żeby nie upaść. Zro­biło mu się nie­do­brze.

Ostat­nio dużo o tym roz­my­ślał i za­częły go drę­czyć wy­rzuty su­mie­nia, do­sko­nale bo­wiem wie­dział, że dziew­czyna jest nie­winna.

- Nie mam w zwy­czaju uzgad­niać mo­ich pla­nów z pod­wład­nymi - uciął Feldt.

Żoł­nierz jak nie­pyszny wy­co­fał się z izby i za­mknął za sobą drzwi. Ka­pi­tan w ostat­nim cza­sie bar­dzo prze­strze­gał woj­sko­wej hie­rar­chii. Za­ufani po­moc­nicy nie byli mu już dłu­żej po­trzebni.

Żoł­nierz na­wet się cie­szył z tego po­wodu. Ka­pi­tan Feldt wiele stra­cił w jego oczach i już nie był dla niego świe­tla­nym wzo­rem.

Ra­do­wał się też, że jest tylko zwy­kłym żoł­nie­rzem. Nie chciał brać na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści za to, co się już stało z Ri­tvą, i za to, co miało się z nią stać.

Wy­ko­nuje roz­kazy.

Po­czuł nie­wy­po­wie­dzianą ulgę, że może spoj­rzeć na to od tej strony.

Zda­wało mu się, że ta zbrod­nia nie plami tak bar­dzo jego rąk.

Ale no­cami mimo to nie mógł spać.

Hans Fre­drik Feldt, prze­ciw­nie, nie cier­piał na bez­sen­ność. Je­dyne, co nie da­wało mu spo­koju, to świa­do­mość, że w lo­chu dla cza­row­nicy zo­stała uwię­ziona inna, że przy­szło mu za­do­wo­lić się na­miastką.

To nie była praw­dziwa wiedźma, która oszu­kała go i na­ra­ziła na po­śmie­wi­sko ca­łego Fin­n­marku.

Usi­ło­wał przy­wo­łać jej ob­raz w tej mło­dej ko­bie­cie, którą pod­da­wał tor­tu­rom, ale przez cały czas miał świa­do­mość, że to nie ona.

Nie po­tra­fił oszu­kać sa­mego sie­bie, mimo że pla­no­wał dać przed­sta­wie­nie wszyst­kim tym, któ­rzy z niego drwili.

Będą mieli stos i ko­bietę o wy­glą­dzie wiedźmy. Nie­stety, praw­dziwa Ri­tva, ko­bieta, o któ­rej nie prze­sta­wał my­śleć, po­zo­sta­wała na­dal na wol­no­ści. Ale on ją znaj­dzie!

Nie po­do­bał mu się spo­sób, w jaki uwię­ziona re­ago­wała na ból. Naj­chęt­niej przy­ci­snąłby ją moc­niej, żeby zbli­żyła się do tej gra­nicy wy­trzy­ma­ło­ści, którą prze­cież każdy po­siada... Ale go­nił go czas.

Jak za­uwa­żył żoł­nierz, ktoś inny już dawno wy­zio­nąłby du­cha.

Nie wolno mu ry­zy­ko­wać.

Ona musi żyć po to, żeby na oczach wszyst­kich spło­nąć na sto­sie.

Nie tor­tu­ro­wał jej dla przy­jem­no­ści ani z we­wnętrz­nej po­trzeby.

To było ko­nieczne.

Ta dziew­czyna mu­siała upodob­nić się do tam­tej, żeby nie wzbu­dzić w ni­kim na­wet cie­nia po­dej­rzeń.

Chciał urzą­dzić po­kaz, któ­rego tu­tejsi lu­dzie długo nie za­po­mną.

Cie­szył się na tę chwilę. To bę­dzie apo­geum jego ka­riery. Na stare lata nie­raz wspo­mni ten stos.

Nils po­dą­żył za jeźdź­cami, któ­rzy za­brali Ri­tvę, i do­tarł do Vard?. Nic jed­nak nie zdzia­łał, bo do ko­go­kol­wiek się zwra­cał, na­po­ty­kał mur mil­cze­nia rów­nie nie­prze­byty jak mur wo­kół twier­dzy.

Było tak, jak tłu­ma­czył Ri­stin. Od­no­sił wra­że­nie, że wszyst­kie siły sprzy­się­gły się prze­ciwko niemu.

Być może zbyt wiele sto­sów pło­nęło w tym miej­scu w ostat­nim stu­le­ciu.

Lu­dzie za­czy­nali po­woli za­po­mi­nać. Skała stra­ceń na po­wrót stała się zwy­kłą skałą, a nie miej­scem scha­dzek sza­tań­skich sług.

Ale wraz z przy­by­ciem no­wego ko­men­danta twier­dzy wró­ciły po­lo­wa­nia na cza­row­nice. Na nowo za­wrzało od plo­tek, po­mó­wień i kłamstw.

Za­pło­nęły stosy.

Lu­dzie się przed tym wzbra­niali. Pra­gnęli za­grze­bać w pa­mięci nie­chlubne wy­da­rze­nia, ja­kie miały miej­sce za ży­cia ich ro­dzi­ców i dziad­ków. Nie chcieli, żeby to samo po­wtó­rzyło się za ich ży­cia.

A skoro wró­ciło... wo­leli wie­dzieć jak naj­mniej albo uda­wać, że o ni­czym nie wie­dzą. Z ni­kim ob­cym o tym nie roz­ma­wiali.

Nils więc nic nie wskó­rał.

Był pe­wien, że Ri­tva zo­stała uwię­ziona w twier­dzy, skoro za­brali ją żoł­nie­rze. Ale w twier­dzy Var­d?hus wszyst­kie bramy się przed nim za­trza­ski­wały.

Nikt nie wie­dział o za­trzy­ma­nej ko­bie­cie. żoł­nie­rze twier­dzili, że w lo­chach nie ma żad­nych więź­niów.

Wma­wia­jąc so­bie, że Ri­tvie nie może stać się nic złego, za­nim nie za­pad­nie pra­wo­mocny wy­rok sądu, Nils oszu­ki­wał sa­mego sie­bie. Po­trze­bo­wał jed­nak cze­goś, w co mógłby wie­rzyć.

Wnet jed­nak ro­ze­szły się plotki.

A po­tem przy­był Gut­torm, a z nim blada, udrę­czona zgry­zotą Ri­stin. Ro­dzice nie wie­dzieli o tym, że po­je­chała z Gut­tor­mem. Ucie­kła, nie py­ta­jąc ich o zgodę.

- Mu­sia­łam - tłu­ma­czyła się Nil­sowi, który do­brze ją ro­zu­miał.

- Nie mogę się do­stać do twier­dzy - wy­znał zre­zy­gno­wany, kiedy od­na­leźli go w jed­nym z ta­nich za­jaz­dów, któ­rego poza porą po­ło­wów nie od­wie­dzało wielu go­ści. - Ona jest w twier­dzy, ale nie udało mi się do­stać do środka. Sta­ra­łem się po­dejść straż­ni­ków, gro­zi­łem im, pró­bo­wa­łem ich ku­pić, ale wszystko na nic... nikt nic nie wie.

- Po­wia­dają, że ma za­pło­nąć stos - rzekł po­woli Gut­torm z po­wagą na twa­rzy.

- Krążą po­gło­ski o spa­le­niu cza­row­nicy - przy­znał Nils. - Sły­sza­łem, że przed dwoma laty ja­kaś ko­bieta zdo­łała im się wy­mknąć pod­czas próby wody. Po­dobno te­raz tę cza­row­nicę zła­pano i szy­kują dla niej stos.

- Prze­cież Ri­tva ni­gdy nie prze­by­wała z dala od ro­dziny i na­szej wspól­noty - wtrą­ciła Ri­stin ża­ło­śnie. - Co to jest próba wody?

Wy­ja­śnili jej.

- Chyba nie zro­bią tego z Ri­tvą? Prze­cież ona nie po­trafi pły­wać! Cho­ciaż... może już le­piej by­łoby uto­nąć, ani­żeli spło­nąć... - szlo­chała.

- Wy­rwiemy ją ze stosu! - rzu­cił z za­pa­łem Gut­torm, ale kiedy wy­obra­ził so­bie tę sy­tu­ację, zro­zu­miał, jak nie­wiel­kie są szanse po­wo­dze­nia. Ze względu na Ri­stin jed­nak nie po­wie­dział tego na głos. Poza tym naj­gor­sza wy­da­wała mu się bez­rad­ność i bez­czyn­ność.

- Tak, to je­dyna moż­li­wość - zgo­dził się Nils, choć wie­dział to samo co Gut­torm.

Będą warty, uzbro­jeni straż­nicy. I lu­dzie, tłumy lu­dzi z zu­peł­nie in­nego świata.

Na­wet w my­ślach trudno mu było so­bie wy­obra­zić, w jaki spo­sób mo­gliby uwol­nić Ri­tvę. Ale moż­liwe, że przy odro­bi­nie szczę­ścia i wspar­ciu do­brych mocy uda im się tego do­ko­nać.

- W każ­dym ra­zie mo­żemy tam być... - rzekł. - Zo­ba­czymy i nie za­po­mnimy.

Po­gło­ski o przy­go­to­wa­niach do spa­le­nia cza­row­nicy ro­ze­szły się da­leko od Vard?. Do­tarły także do nie­wiel­kiej za­toczki na pół­wy­spie Va­ran­ger.

Ra­vna była nie­spo­kojna.

Przed kil­koma dniami usły­szała od ja­kie­goś wę­drowca, który przy­siadł wie­czo­rem przy ogni­sku, że ma zo­stać spa­lona wiedźma, która parę lat temu zdo­łała uciec z twier­dzy.

- Ra­ija i Mik­kal chyba nie wró­cili jesz­cze - po­wta­rzała co chwila. - Mieli się ukryć w Fin­lan­dii i omi­jać wy­brzeże sze­ro­kim łu­kiem. Nie, na pewno by się tam nie udali. Zresztą my­ślę, że Mik­kal za­wia­do­miłby nas ja­koś...

Ale do końca Ra­vna nie była pewna, bo gdy sprawy do­ty­czyły Ra­iji, Mik­kal za­wsze dzia­łał na wła­sną rękę.

A te­raz mieli ze sobą Ailo.

We wspól­no­cie ubyło męż­czyzn. Ra­vna nie brała pod uwagę tych, któ­rzy oże­nili się z dziew­czę­tami z ich spo­łecz­no­ści. Oni jej nie ro­zu­mieli i uwa­żali za­pewne za zdzi­wa­czałą sta­ruszkę.

Tylko jed­nego czło­wieka Ra­vna mo­gła po­pro­sić o przy­sługę: An­dersa, syna Pa­vvy.

Dwu­dzie­sto­pię­cio­letni An­ders wy­rósł na bar­dzo przy­stoj­nego męż­czy­znę, zu­peł­nie nie­po­dob­nego do swego ojca, a już w ogóle nie przy­po­mi­na­ją­cego matki. Był by­stry i uważny. Zręczny, a przy tym mą­dry. Je­dyny po­to­mek, jaki po­zo­stał Pa­vvie. Niedź­wiedź za­bójca za­brał mu po­zo­sta­łych. Sigga i Aslak zgi­nęli po­wa­leni łapą tego sa­mego dra­pieżcy. Pa­vva ni­gdy nie po­dźwi­gnął się po tej tra­ge­dii. Ze­sta­rzał się i za­mknął w so­bie. Tylko An­ders i cza­sami Ra­vna po­tra­fili na­wią­zać z nim kon­takt.

- Chcesz za­brać mi moje ostat­nie dziecko? - krzyk­nął ostro Pa­vva, gdy Ra­vna wy­ło­żyła jego sy­nowi sprawę, z którą przy­szła. - Nie wy­star­czy ci, że twój wła­sny syn i ta czar­no­włosa dziewka z Tor­ne­da­len po­no­szą winę za śmierć mo­ich po­zo­sta­łych dwojga dzieci?

- Nikt nie jest wi­nien śmierci Siggi i Aslaka - su­rowo ode­zwał się An­ders. - Tak się po pro­stu stało i mu­simy się z tym po­go­dzić.

- Za­biją cię! - Pa­vva upar­cie trwał przy swoim. - Bo je­śli za­trzy­mali tę wronę Mik­kala, stra­cisz głowę tak samo jak on i wszyst­kich was za­biją.

- Już od dawna je­stem do­ro­sły i sam po­dej­muję de­cy­zje. - An­ders za­ci­snął usta, a spoj­rzaw­szy ła­god­niej na Ra­vnę, rzekł: - Po­jadę. Po­dob­nie jak ty przy­pusz­czam, że to nie może być Ra­ija. Pew­nie to tylko plotki. Ale po­jadę, żeby zy­skać pew­ność.

Ra­vna nie była w sta­nie wy­ra­zić swo­jej wdzięcz­no­ści. Lu­biła tego chłopca! Wła­ści­wie to męż­czy­zna, ale dla niej za­wsze po­zo­sta­nie chłop­cem. Czuła się już taka stara.

- A co ze mną? - za­py­tał Pa­vva z urazą w gło­sie. - Kto mi po­może, kogo będę miał pod ręką? Mam so­bie sam ze wszyst­kim po­ra­dzić? Prze­cież to zaj­mie ci wiele dni!

- Wy­szłoby ci to na do­bre - wy­ra­ziła swą opi­nię Ra­vna. - Za dużo na­rze­kasz. Nie tylko ty stra­ci­łeś swo­ich naj­bliż­szych, tyle że my nie stra­ci­li­śmy do­dat­kowo głowy.

- Po­ra­dzisz so­bie, oj­cze.

Prych­nął.

- Będę do cie­bie za­glą­dać - obie­cała Ra­vna nie­chęt­nie. Kie­dyś Pa­vva omal nie zo­stał jej mę­żem. Te­raz cie­szyła się, że tak się nie stało. Młode dziew­czyny nie są w sta­nie wy­obra­zić so­bie, jacy będą ich uko­chani, gdy się ze­sta­rzeją.

Szkoda.

- Chcesz od­su­nąć ode mnie syna, tylko o to ci cho­dzi - mruk­nął zgryź­li­wie Pa­vva, który nie dał się udo­bru­chać. - Wszystko z za­zdro­ści, że twój wła­sny cię opu­ścił.

An­ders ni­gdy nie po­zwo­lił ojcu de­cy­do­wać o so­bie. Cho­dził wła­snymi ścież­kami. I jak dał do zro­zu­mie­nia Ra­vnie, tym ra­zem także nie za­waha się tego uczy­nić.

Plotki hu­czały przez kilka ty­go­dni. Wy­star­cza­jąco długo, żeby ścią­gnąć do Vard? tłumy cie­kaw­skich. Strasz­liwa tra­ge­dia bywa dla nie­któ­rych roz­rywką.

An­ders od po­czątku po­dej­rze­wał, że coś się w tym wszyst­kim nie zga­dza. I choć był nie­mal cał­ko­wi­cie prze­ko­nany, że to nie Ra­ija zo­stała uwię­ziona w lo­chu, nie czuł się ani tro­chę spo­koj­niej­szy.

Spę­dził w Vard? dwa dni, ale wy­ko­rzy­stał je w pełni. Roz­ma­wiał z wie­loma ludźmi. Miał tu dużo zna­jo­mych. Nikt jed­nak nie umiał mu po­wie­dzieć nic poza tym, że nie wi­dziano ostat­nio Mik­kala w tych stro­nach. An­ders krą­żył po oko­licy, ale też go nie spo­tkał.

Był pe­wien, że Mik­kal ni­gdy by nie zo­sta­wił Ra­iji w kło­po­tach.

Wła­ści­wie An­ders mógłby już wra­cać do obo­zo­wi­ska. Zdo­był dość in­for­ma­cji, by uspo­koić Ra­vnę. Na­dal jed­nak zbyt wiele fak­tów po­zo­sta­wało w sfe­rze przy­pusz­czeń. A ona wy­słała go prze­cież po to, żeby zy­skać pew­ność.

Kiedy przed wie­czo­rem żoł­nie­rze prze­czy­tali ob­wiesz­cze­nie, An­ders prze­ko­nał się, że miał ra­cję, po­zo­sta­jąc w Vard?.

W każ­dej plotce tkwi odro­bina prawdy. Rze­czy­wi­ście, w lo­chach twier­dzy była uwię­ziona cza­row­nica.

I miała za­pła­cić ży­ciem za swoje prak­tyki. Ogło­szono, że na­stęp­nego dnia za­pło­nie stos.

W mia­steczku za­wrzało. Lu­dzie z ust do ust prze­ka­zy­wali so­bie sen­sa­cyjną wia­do­mość. Ich twa­rze zmie­niły się, w oczach za­bły­sła żą­dza krwi. Po­wszech­nie po­tę­piono tę ko­bietę, o któ­rej tak na­prawdę ni­czego nie wie­dziano. Ktoś rzu­cił, że nie ma dymu bez ognia, co zo­stało przy­jęte przez ga­wiedź or­dy­nar­nym re­cho­tem.

An­ders po­czuł mdło­ści i żeby za­głu­szyć w so­bie nie­chęć do ota­cza­ją­cych go lu­dzi, pod­nie­co­nych nie­co­dzien­nym wy­da­rze­niem, po­sta­no­wił się upić. Przy­naj­mniej nie bę­dzie mu­siał z ni­kim roz­ma­wiać!

Wódka ni­gdy mu nie słu­żyła, wie­dział, że na­za­jutrz głowa bę­dzie mu pę­kać. Ale miał na­dzieję zdu­sić w so­bie w ten spo­sób od­razę do roz­krzy­cza­nego tłumu.

Dla Ri­tvy dzień i noc zlały się w jedno. Do głę­bo­kiego lo­chu nie do­cho­dził naj­mniej­szy na­wet pro­myk słońca. Mrok wy­da­wał się tu tak gę­sty, że dziew­czyna nie wi­działa nic na wy­cią­gnię­cie ręki.

Tylko raz dzien­nie, kiedy przy­no­szono jej coś do je­dze­nia, mi­go­czące świa­tło lampy ma­lo­wało żółte plamy na nie­rów­nej ścia­nie.

Mru­żyła wów­czas oczy ośle­piona, jakby w tych pie­kiel­nych ciem­no­ściach roz­bły­sło słońce.

Ża­ło­wała, że nie zdą­żyła po­dzię­ko­wać Bogu za świa­tło dnia i let­nie białe noce.

Prze­stali ją tor­tu­ro­wać. Ofi­cer nie po­ka­zy­wał się wię­cej. Nie przy­cho­dził jej ka­to­wać, nie stu­kał uchwy­tem pej­cza o dłoń, wy­cze­ku­jąco wy­bi­ja­jąc rytm. Nie cią­gnęli jej do tego okrop­nego po­miesz­cze­nia.

Była sama.

Zzięb­nięta i mo­kra. Obo­lała.

Krwa­wiące i za­cho­dzące ropą nie opa­trzone rany po­kry­wały każdy skra­wek jej ciała, ale ciem­no­ści utrzy­my­wały to w ta­jem­nicy.

Przy­no­sili je­dze­nie. Nie­dużo, ale za­wsze. Ri­tva po­sta­no­wiła prze­stać spo­ży­wać po­siłki.

Po­my­ślała, że w ten spo­sób wy­gra z nimi, sama za­de­cy­duje o so­bie i o swoim końcu. Prze­chy­trzy ich i wy­wi­nie się od tego, co dla niej za­pla­no­wali.

Ale w ten spo­sób umie­rało się po­woli, a poza tym je­dze­nie przy­cią­gało my­szy.

Ri­tva nie cier­piała gry­zoni. Na wi­dok my­szy i le­min­gów za­wsze prze­cho­dziły jej ciarki. Od­głosy drep­ta­nia i dra­pa­nia roz­le­ga­jące się w ciem­no­ści sta­no­wiły o wiele gor­sze tor­tury niż te, które jesz­cze byłby w sta­nie wy­my­ślić ka­pi­tan. Dla­tego też Ri­tva, chcąc nie chcąc, ja­dła.

Dzięki temu wciąż oglą­dała świa­tło.

Cza­sami wy­da­wało jej się, że war­tow­nicy o niej za­po­mnieli, że mu­siał mi­nąć wię­cej niż je­den dzień od ostat­niego po­siłku, ale trudno jej się było zo­rien­to­wać, a roz­ma­wiać z nimi nie po­tra­fiła. ża­den z męż­czyzn, któ­rzy tu scho­dzili, nie znał la­poń­skiego.

Zro­zu­miała, że stąd nie ma wyj­ścia. że to ko­niec. Jesz­cze tylko nie­ludzki ból, który jest bramą do cu­dow­nego raju.

Musi wy­trzy­mać.

Za­pa­dła w odrę­twie­nie. Ze­sztyw­niały jej członki. Kroki, któ­rych na­słu­chi­wała nie­mal całą wiecz­ność, roz­le­gły się wresz­cie głu­cho na ka­mien­nej po­sadzce. Było ich dwóch. Pęk klu­czy za­dźwię­czał ha­ła­śli­wie i we­soło.

Uklęk­nęła.

Prze­cież przez cały czas od­osob­nie­nia przy­cho­dzili po­je­dyn­czo!

Czy cze­kali, aż na­bie­rze sił, żeby znowu się nad nią znę­cać? Dla­tego tym ra­zem przy­byli we dwóch?

Czy może to już...? Czy to się sta­nie te­raz?

Klucz za­zgrzy­tał w zamku i ciężka krata uchy­liła się po­woli. Do środka we­szli war­tow­nicy, ale bez je­dze­nia.

A więc na­resz­cie nad­szedł ten dzień!

Przez cier­pie­nie i mękę otrzyma wol­ność więk­szą niż kto­kol­wiek jest w sta­nie so­bie wy­obra­zić.

Ri­tva po­dźwi­gnęła się z tru­dem. Wy­cień­czona, le­d­wie stała na no­gach, ale za­ci­snęła zęby, żeby wy­trzy­mać. Sła­niała się i tylko sile woli za­wdzię­czała, że nie upa­dła.

Straż­nicy nie ode­zwali się. Wie­dząc, że ich i tak nie ro­zu­mie, nie wy­si­lali się zbyt­nio, by jej co­kol­wiek wy­ja­śnić, tylko bru­tal­nie chwy­cili pod pa­chy i wy­wle­kli z cia­snego lo­chu. Cią­gnęli ją za sobą po scho­dach na górę, nie przej­mu­jąc się tym, że obija się sto­pami o ostre kanty stopni.

Prze­cież i tak miała umrzeć.

Po­przed­niego wie­czoru zo­stał wznie­siony stos, który zło­wiesz­czo gó­ro­wał u brzegu mo­rza. Wy­da­wał się taki ma­je­sta­tyczny na tle spie­nio­nych fal.

Po­goda gwał­tow­nie się zmie­niła.

Piękna, ła­godna je­sień ustą­piła miej­sca chłod­nemu wi­chrowi z pół­nocy, który po­wiał z ogromną siłą. Mo­rze roz­ko­ły­sało się, biała ki­piel ude­rzała wście­kle o ląd.

Lu­dzie, prze­ko­nani, że to czary wiedźmy, spie­szyli nad mor­ski brzeg, jakby przy­cią­gani nie­wi­dzialną siłą. Szli ku wznie­sio­nemu z chru­stu, torfu i wszyst­kiego, co nada­wało się do spa­le­nia, sto­sowi, nie­mal pewni, że tego dnia naj­praw­dziw­sza cza­row­nica zo­sta­nie po­słana na spo­tka­nie z dia­błem.

Wzdłuż ska­li­stego wy­brzeża nie ro­sły drzewa, więc nie­któ­rzy po­świę­cili na­wet cenny, pie­czo­ło­wi­cie gro­ma­dzony opał. Taki strach drze­mał w tych lu­dziach.

An­ders bez trudu od­na­lazł drogę pro­wa­dzącą do miej­sca kaźni. Wy­star­czyło za­trzy­mać się przy ja­kiejś grupce, a po kilku chwi­lach pły­nęło się wraz z prą­dem we wła­ści­wym kie­runku.

Prze­ci­snął się na­przód i za­trzy­mał w miej­scu, gdzie po­wi­nien wszystko do­brze wi­dzieć i skąd rów­no­cze­śnie bę­dzie mu ła­two się wy­co­fać. Nie był bo­wiem pe­wien, czy znaj­dzie dość sił, by przy­glą­dać się od po­czątku do końca okrut­nemu przed­sta­wie­niu. Cho­dziło mu tylko o jedno: chciał zo­ba­czyć ska­zaną i upew­nić się, czy to nie Ra­ija.

Bo­lała go głowa, miał kło­poty z żo­łąd­kiem, a na­ra­sta­jące w tłu­mie emo­cje do­dat­kowo na­si­lały te do­le­gli­wo­ści. An­ders ni­gdy nie przy­pusz­czał, że lu­dzie po­tra­fią być tacy okrutni. Czy on za­cho­wy­wałby się po­dob­nie, gdyby nie lę­kał się, że ska­zaną może być Ra­ija?

Z nie­chę­cią uświa­do­mił so­bie, że wcale nie jest lep­szy. Ocze­ki­wał tego wy­da­rze­nia z równą cie­ka­wo­ścią co po­zo­stali...

Otwo­rzyła się brama i z twier­dzy wy­to­czył się ża­ło­sny wóz eskor­to­wany przez kor­don uzbro­jo­nych żoł­nie­rzy.

An­ders prze­łknął ślinę, kiedy na wo­zie do­strzegł sa­motną po­stać.

Boże święty, czuł, że za chwilę zwy­mio­tuje!

Wśród ga­wie­dzi roz­szedł się po­mruk, który za­głu­szył szum wia­tru i sztor­mowe fale ude­rza­jące o skały u pod­nóża stosu.

Na drob­nym, wy­chu­dzo­nym ciele dziew­czyny zwi­sały brudne strzępy ubra­nia.

Koła ter­ko­tały, wóz skrzy­piał. żoł­nie­rze ma­sze­ro­wali rów­nym kro­kiem, stu­ka­jąc ryt­micz­nie ob­ca­sami. An­ders za­ci­snął po­wieki, jego serce biło w tym sa­mym ryt­mie.

Kiedy w końcu od­wa­żył się znów pod­nieść wzrok, wóz do­tarł pra­wie na wy­so­kość miej­sca, w któ­rym stał. Z tyłu je­chał konno ka­pi­tan z miną władcy. Na jego ustach błą­kał się uśmiech: lo­do­waty, trium­falny uśmiech.

An­ders nie­na­wi­dził tego czło­wieka, pa­mię­ta­jąc, co uczy­nił Ra­iji.

Prze­su­nął wzrok na wy­chu­dzoną po­stać na wo­zie. Po­darte ubra­nie nie za­sła­niało ciała dziew­czyny, po­ra­nio­nego do ży­wego mięsa i po­si­nia­czo­nego.

Bie­daczka nie mo­gła się za­sło­nić, bo zwią­zano jej ręce. Na­wet w dro­dze na stos, w dro­dze na śmierć, nie oka­zano jej choćby odro­biny mi­ło­sier­dzia. Do ostat­niej chwili nie ską­piono jej upo­ko­rzeń.

Póki stała z po­chy­loną głową i dłu­gie kru­czo­czarne włosy opa­dały jej na twarz, wy­glą­dała zu­peł­nie jak Ra­ija. An­ders, prze­ci­ska­jąc się przez tłum, bez­wied­nie ru­szył za wo­zem.

Coś mu mó­wiło, że już wie, ale po wczo­raj­szej pi­ja­tyce trudno mu było ze­brać my­śli.

Ska­zana pod­nio­sła głowę.

Z tłumu roz­legł się osza­lały krzyk ja­kiejś dziew­czyny. Chyba jed­nak ktoś na­tych­miast za­sło­nił jej usta, bo An­ders nie zo­rien­to­wał się, kto tak roz­pa­cza.

Blada twarz zwró­cona była w stronę tłumu, ale An­ders dałby głowę, że ska­zana nie wi­dzi ota­cza­ją­cych ją lu­dzi.

To nie była Ra­ija.

Ale jakże do niej po­dobna!

Za­trzy­mał się, wóz po­to­czył się da­lej. Za nim su­nął stępa koń, trzy­many w cu­glach przez ofi­cera o lo­do­wa­tym uśmie­chu. Męż­czy­znę ze szpi­crutą.

An­dersa za­lała fala roz­pa­czy. Wie­dział, że ta dziew­czyna jest nie­winna, a umrzeć musi dla­tego, że Ra­ija ucie­kła. Czuł, że po­wi­nien wy­krzy­czeć zgro­ma­dzo­nym, że to po­myłka. że to nie jest cza­row­nica i że zna tę, dla któ­rej prze­zna­czony jest stos.

Ale prze­cież Ra­ija także nie jest cza­row­nicą... Mil­czał.

Wziął na sie­bie cząstkę winy za to, co się stało. Może mógłby prze­szko­dzić tej zbrodni...

Straż­nicy prze­cięli rze­mie­nie, któ­rymi dziew­czyna była zwią­zana, po­pchnęli ją ku dra­bi­nie i przy­twier­dzili do niej, krę­pu­jąc nad­garstki i kostki u nóg.

Ja­kaś ko­bieta za­nio­sła się szlo­chem.

Poza tym pa­no­wała ci­sza jak ma­kiem za­siał. Można by na­wet przy­pusz­czać, że mo­rze i wiatr uci­chły, jakby cała na­tura wstrzy­mała od­dech.

Dwóch żoł­nie­rzy po­sta­wiło dra­binę. Tłum jed­no­gło­śnie wy­dał jęk.

Dziew­czyna unio­sła głowę i, An­ders był o tym prze­ko­nany, uśmiech­nęła się. Wiatr od­gar­nął jej włosy z twa­rzy, która ja­śniała biało ku zgro­ma­dzo­nym ni­czym mil­czące oskar­że­nie prze­ciwko wszyst­kim.

Czy nikt wię­cej nie za­uwa­żył, że to nie­winna dziew­czyna?

Nie wi­dzieli, że to jesz­cze dziecko?

Ktoś za­tknął u dołu stosu kilka po­chodni, a kiedy pło­mie­nie ogar­nęły chrust, roz­le­gły się trza­ski. Sły­chać było, jak ogień mie­sza się z pie­śnią skłę­bio­nych fal, jak two­rzy duet z wia­trem.

Żoł­nie­rze pu­ścili dra­binę.

Czarne kłęby dymu okryły nie­mal cał­ko­wi­cie dziew­czynę i tylko jej blade ob­li­cze ja­śniało wśród plam sa­dzy i pło­mieni, które ro­sły co­raz więk­sze.

Na­gle zro­biło się za­mie­sza­nie. Ja­kiś młody męż­czy­zna z tłumu przedarł się przez kor­don żoł­nie­rzy i nie zwa­ża­jąc na skie­ro­wane w niego lufy, prze­do­stał się na pod­wyż­sze­nie, na któ­rym uło­żony był stos.

Roz­dzie­ra­jący krzyk, do­by­wa­jący się z pło­mieni, ni­czym ostrze noża prze­ciął ci­szę, tra­fia­jąc wprost do nie do końca obo­jęt­nych serc.

- Ri­tva! - za­wo­łał śmia­łek, wspi­na­jąc się po pło­ną­cej ster­cie chru­stu. - Idę do cie­bie, Ri­tva!

An­ders le­d­wie zdą­żył za­uwa­żyć, jak La­poń­czyk ob­jął dziew­czynę i przy­tu­lił w bez­gra­nicz­nej mi­ło­ści, bo za­raz po­chło­nął ich ogień.

Z tłumu po­spie­szyli za nim chło­pak i dziew­czyna, ale żoł­nie­rze już nie dali się za­sko­czyć i bez­ce­re­mo­nial­nie ode­pchnęli ich na bok.

Ogień ogar­nął cały stos, ale już ża­den krzyk stam­tąd nie do­le­ciał.

An­ders wy­co­fał się, gdy w po­wie­trzu uniósł się swąd spa­le­ni­zny.

Ja­kiej od­wagi trzeba było, żeby umie­rać z pod­nie­sio­nym czo­łem tak jak to dziew­czę!

Ileż hartu wy­ka­zał ten młody La­poń­czyk, który po­spie­szył jej na ra­tu­nek! Hartu i mi­ło­ści.

Ból i cier­pie­nie są nie­zbędne. Cier­pie­nie jest bramą, bez niego nie może ru­szyć da­lej.

Już pra­wie tego do­ko­nała, kiedy on zna­lazł się przy niej. Oto­czył ją ra­mio­nami i spra­wił, że ła­twiej było znieść ból.

Cier­pie­nie roz­ło­żyło się na dwoje. A po­tem już było cu­dow­nie...

Ogień usu­nął wszystko...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki