Raija ze śnieżnej krainy. Statek ze wschodu. Tom 7 - Bente Pedersen

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Dzie­sięć mie­sięcy.

Już dzie­sięć mie­sięcy krę­cił się po Fin­n­marku, nie od­naj­du­jąc na­wet śladu przy­gody. Przez cały czas usi­ło­wał nie za­sta­na­wiać się nad tym, co Ra­ija może my­śleć o jego obec­nym ży­ciu. Na próżno. Dzie­sięć mie­sięcy bez­sen­sow­nej pustki. Re­ijo czę­sto sły­szał, jak lu­dzie po­wta­rzali, że czas le­czy wszel­kie rany.

Nie wie­dział tylko, jak długi miał być ten czas. Jego rany na pewno się nie za­bliź­niały, a już prze­cież mi­nął rok, od kiedy po­znał, co to zna­czy ko­chać. I mi­nął rok, od kiedy jego bez­i­mienna ko­chanka zo­stała uto­piona jako cza­row­nica. Moż­liwe, że uda mu się za­trzeć te wspo­mnie­nia. Praw­do­po­dob­nie jed­nak bę­dzie mu­siał z nimi żyć. Wy­ma­za­nie uko­cha­nej z pa­mięci było po­nad jego siły. Tylko zdol­ność do pa­no­wa­nia nad sobą być może umoż­liwi mu pro­wa­dze­nie nor­mal­nego ży­cia. Bez niej.

Nie wi­dział przed sobą żad­nego wy­boru. Nie było dla niego na­dziei na przy­szłe szczę­ście. Śmierć nie od­daje z po­wro­tem tego, na kim po­łoży swą zimną dłoń.

Ma­rze­nia o umar­łej nie mo­gły ogrzać jego serca.

Mu­siał da­lej żyć. Tyle wie­dział. Za mocno stą­pał po ziemi, aby wie­rzyć w spo­tka­nie uko­cha­nej na tam­tym świe­cie.

Na nic się nie zdało szu­ka­nie przy­gód. Oczy­wi­ście, że wróci.

Przy­pusz­czał, że Ra­ija wie­działa o tym, gdy na­ma­wiała go do wy­jazdu.

Ona ro­zu­miała.

Na pewno też zro­zu­mie, kiedy już wróci. Ra­ija poj­mo­wała wię­cej od niego.

A Re­ijo naj­bar­dziej na świe­cie po­trze­bo­wał te­raz roz­mowy z kimś, kto jest w tym po­dobny do Ra­iji, a jed­nak nią nie jest.

Lato osią­gnęło peł­nię. We­szło w swą naj­pięk­niej­szą fazę. W cza­sie wę­drówki otwo­rzyły mu się oczy na piękno na­tury.

Lu­dzi uni­kał. Po­zo­stała mu tylko przy­roda. Pa­trzył na nie­śmiałe kwiatki ro­snące na ubo­giej tun­drze, ki­piące ży­ciem tam, gdzie mało kto by się go spo­dzie­wał. Ra­do­ścią na­peł­nił Re­ijo wi­dok li­sicy i trojga li­siąt igra­ją­cych przy no­rze. Wzru­szyła go par­dwa ucie­ka­jąca przed nim i uda­jąca zra­nioną, byle tylko od­cią­gnąć go od drżą­cych pi­skląt ukry­tych we wrzo­sach.

Wi­dział pa­sące się stadka re­ni­fe­rów. Ob­ser­wo­wał te pło­chliwe zwie­rzęta z da­leka. Nie był pe­wien, ale przy­pusz­czał, że nie na­leżą do tego, z kim chciał roz­ma­wiać. Któ­re­goś lata od­na­lazł go. Był prze­ko­nany, że od­naj­dzie go i te­raz.

Ra­ija po­wie­działa: rok. Miał dość czasu.

Szedł na wschód, świa­domy celu.

Pro­siła, aby wy­ko­rzy­stał ten rok tak, jak chciał.

Miał tylko pew­ność, że nie mógł z nią zo­stać, nie po tym kosz­ma­rze w Ber­gen.

Re­ijo nie wie­dział te­raz nic wię­cej, i to było nie­po­ko­jące.

Za­wsze trzy­mał się mocno ziemi, przy­naj­mniej tak sie­bie oce­niał. Umiar­ko­wany. Spo­kojny na wskroś.

Wierny tej je­dy­nej aż do śmierci, tak są­dził...

Aż do chwili, gdy stra­cił głowę i osza­lał dla in­nej. Na próżno.

To był tylko ro­dzaj wol­no­ści. "Ro­dzaj"...

Słowo to miało nie­przy­jemny po­smak. Sły­szał je już tyle razy wcze­śniej...

Za każ­dym ra­zem, gdy Ra­ija nie chciała go zra­nić, za każ­dym ra­zem, gdy mimo naj­więk­szych chęci nie uda­wało jej się uwol­nić od głosu serca i pło­mien­nej na­dziei, którą za­wsze się kar­miła, wtedy na­zy­wała swe uczu­cia "ro­dza­jem mi­ło­ści".

Re­ijo uśmiech­nął się krzywo. Jego twarz na­dal no­siła piętno bólu, choć sta­rał się to ukryć.

Może uda im się pro­wa­dzić "ro­dzaj wspól­nego ży­cia", gdy wróci. Pa­so­wa­łoby to do ca­ło­ści.

Pierw­szego re­ni­fera mi­nął, pra­wie go nie za­uwa­ża­jąc.

Mar­twe zwie­rzęta ni­kogo tu nie dzi­wią.

Naj­słab­sze za­wsze pa­dały, sta­jąc się po­ży­wie­niem pa­dli­no­żer­ców, to wie­dział od dzie­ciń­stwa.

Oko­lica za­częła wy­da­wać mu się zna­joma. Wie­dział już, że idzie wła­ściwą drogą, dla­tego le­d­wie za­re­ago­wał na wi­dok dru­giego i trze­ciego re­ni­fera.

Jed­nak gdy w ciągu tego sa­mego dnia na­po­tkał ciała jesz­cze trzech zwie­rząt, z któ­rych je­den, byk, nie wy­glą­dał zu­peł­nie na sła­bego czy cho­rego, a prze­ciw­nie, był tłu­sty, o lśnią­cej i gład­kiej sier­ści, za­czął się za­sta­na­wiać.

Za dużo na­po­ty­kał tych pa­dłych zwie­rząt. Wy­da­wały się być za­gry­zione. Zba­dał tego byka. Zo­stał le­dwo na­po­częty.

Od­stra­szył stadko kru­ków ucztu­ją­cych na re­ni­fe­rze. Wy­da­wało się, że są je­dy­nymi za­in­te­re­so­wa­nymi tym ką­skiem.

Re­ijo du­mał, spo­glą­da­jąc z dresz­czem nie­chęci na czujne stadko po­ły­sku­ją­cych, czar­nych, za­chryp­nię­tych pta­ków. Ich błysz­czące oczy uważ­nie śle­dziły każdy jego ruch.

Nie wi­dział w nich nic ład­nego.

Za nic nie mógł zro­zu­mieć, jak Mik­kal mógł ze wzru­sze­niem na­zy­wać Ra­iję Ma­łym Kru­kiem. Nie poj­mo­wał, jak ona mo­gła się na to zga­dzać. Pa­trząc na tych pa­dli­no­żer­ców, uwa­żał, że to okre­śle­nie brzmiało bar­dziej jak szy­der­stwo niż jak imię nadane z mi­ło­ści.

Re­ijo za­my­ślił się, co­raz bar­dziej czujny.

Nie są­dził, że jest sam na pła­sko­wyżu. Wy­obra­żał so­bie tylko, że zwie­rzęta prze­ci­na­jące jego szlak są rów­nie nie­szko­dliwe jak on sam.

Wy­glą­dało na to, że szedł śla­dami okrut­nego i żąd­nego krwi łowcy.

No, może nie okrut­nego... Trudno na­zwać zwie­rzę okrut­nym. One nie my­ślą, a Re­ijo uwa­żał, że okru­cień­stwo to ce­cha zde­cy­do­wa­nie ludzka.

Miał tylko nóż. To mało do obrony przed dzi­kim zwie­rzę­ciem, które wpa­dło w szał.

Re­ijo ni­gdy nie zdo­łał na­uczyć się od­czy­ty­wać śla­dów zwie­rząt. Wie­dza tu­byl­ców była dla niego nie­do­stępna. Sta­no­wiła za­mknięty świat. Miał jed­nak na­dzieję, że to nie jest ro­so­mak. Wspo­mnie­nia z tej cięż­kiej zimy, gdy prze­dzie­rał się na pół­noc z Ra­iją i dziećmi, na­dal za­le­gały w jego pa­mięci.

Naj­mniej ze wszyst­kiego ży­czyłby te­raz so­bie spo­tka­nia z tym zwie­rzę­ciem.

Zresztą mógł to być ryś, wilk, niedź­wiedź... Wo­lałby tego nie spraw­dzać.

Naj­chęt­niej unik­nąłby spo­tka­nia z tym mor­dercą.

Tym bar­dziej że wy­da­wało się, iż zwie­rzę osza­lało i za­bi­jało, nie trosz­cząc się już o zdo­bycz.

Nad­ja­dało ją tylko, zo­sta­wia­jąc resztę dla in­nych. Re­ijo gwał­tow­nie za­tę­sk­nił za ludźmi.

Łań­cuch za­bi­tych zwie­rząt pro­wa­dził go do lu­dzi. Nie mi­nął ty­dzień, od­kąd na­tra­fił na pierw­szego re­ni­fera, gdy wresz­cie na­tknął się na ko­goś.

Dwie ubrane na brą­zowo po­sta­cie klę­czały przy sza­ro­brą­zo­wym wzgórku.

Re­ijo wie­dział, kto to, za­nim jesz­cze do nich do­biegł. Wie­dział też, dla­czego nie uśmiech­nęli się na jego wi­dok, gdy zdy­szany za­trzy­mał się koło nich.

- Wi­dzia­łem wiele ta­kich - wska­zał na re­ni­fera. Był w ta­kim sa­mym sta­nie jak te, które mi­jał.

- Ile?

Re­ijo wzru­szył ra­mio­nami.

- Sześć? Dzie­sięć? Tak, koło dzie­się­ciu. Nie li­czy­łem od po­czątku.

Mik­kal wes­tchnął i od­wró­cił się od mar­twego zwie­rzę­cia. Wy­da­wało się, że nie zwraca uwagi na roje krą­żą­cych wo­kół niego owa­dów.

Mik­kal, syn Pehra, miał bruzdy na twa­rzy i oczy, w któ­rych dawno nie go­ścił uśmiech. Skoń­czył dwa­dzie­ścia sześć lat, a już głę­bo­kie zmarszczki bie­gły od ką­ci­ków jego ust. Był zmę­czony, zo­bo­jęt­niały i bez bla­sku w oczach.

Re­ijo za­uwa­żył to i za­sta­na­wiał się, czy sam Mik­kal zda­wał so­bie z tego sprawę.

Jak długo ko­chał Ra­iję, nie mo­gąc jej do­stać? Od kiedy był chłop­cem?

- Stra­ci­li­śmy wię­cej, niż mo­żemy zli­czyć - rzu­cił Mik­kal zmę­czo­nym gło­sem. Jego spoj­rze­nie błą­dziło da­leko.

- Nie wi­dzia­łeś nic in­nego? - spy­tał Aslak. Wy­da­wał się o dzie­sięć lat młod­szy od Mik­kala, choć w rze­czy­wi­sto­ści były mię­dzy nimi dwa lata róż­nicy.

Re­ijo po­trzą­snął głową i spy­tał:

- Wie­cie, co to może być?

- Nie­stety, tak - od­parł Aslak. - To niedź­wiedź mor­derca.

Re­ijo prze­łknął ślinę. Na­wet nie pró­bo­wał mó­wić, ja­kie to wspa­niałe uczu­cie być ra­zem z nimi.

Do­piero po pew­nym cza­sie do nich do­tarło, że nie wie­dzą, dla­czego wła­ści­wie tu przy­był.

- Czy coś się stało... z nią? - Mik­kal za­wa­hał się, lecz nie był w sta­nie wy­mó­wić imie­nia uko­cha­nej w obec­no­ści Re­ijo. - Czy to coś złego? Jest chora?

Re­ijo po­trzą­snął głową. Za­śmiał się ner­wowo. Czuł, że gdy po­wie, że od niej od­szedł, że ją po­rzu­cił, do­tknie Mik­kala. Tego, który stra­cił przez nią swoją mło­dość.

- Wszystko było do­brze, gdy ją wi­dzia­łem ostat­nio - od­po­wie­dział wresz­cie. Do­koń­czył z tru­dem: - Ze­szłej je­sieni.

- Ra­ija jest sama? - spy­tał Mik­kal z nie­do­wie­rza­niem.

Re­ijo przez chwilę nie był pe­wien, czy La­poń­czyk nie rzuci mu się do gar­dła. Ski­nął głową.

- To nie­moż­liwe! - wy­krzyk­nął Mik­kal. - To prze­cież nie­moż­liwe! Czło­wieku, je­steś prze­cież jej mę­żem!

- Po­pro­siła, że­bym od­szedł - od­parł Re­ijo. - Dała mi wol­ność. Wła­ści­wie pe­wien ro­dzaj wol­no­ści.

- Ale na­dal je­steś jej mę­żem?

Re­ijo mu­siał przy­znać, że tak jest.

- To nie jest wol­ność. - Mik­kal ze­rwał się na nogi, za­po­mi­na­jąc o re­ni­fe­rach i niedź­wie­dziu. - To na­wet nie jest ro­dzaj wol­no­ści.

Od­wró­cił się do Re­ijo. Długo pa­trzył na niego, a Re­ijo nie czuł się naj­le­piej pod jego mio­do­wo­żół­tym spoj­rze­niem.

- Na­wet Ra­ija nie na­zwa­łaby tego wol­no­ścią. Moja wol­ność jej nie wy­star­czyła, mimo że była drogo oku­piona. W tę twoją na pewno też nie wie­rzy!

Za­ci­snął pię­ści, od­wró­cił się gwał­tow­nie i od­szedł. Re­ijo ode­tchnął.

- Mik­kal ostat­nio za dużo roz­my­śla - wy­ja­śnił oględ­nie Aslak, nie chcąc zbyt wiele po­wie­dzieć o przy­ja­cielu. Mar­twił się o niego. Wy­raz twa­rzy Re­ijo po­wie­dział mu, że on też. - Spo­tkał Ra­iję na targu w ze­szłym roku... - Aslak za­milkł i zer­k­nął na to­wa­rzy­sza. Nie wie­dział, ile może po­wie­dzieć, żeby nie zdra­dzić za wiele. W końcu ten Fin był jej mę­żem.

- Wiem o tym - mruk­nął Re­ijo w roz­tar­gnie­niu. - Ra­ija i ja nie mamy przed sobą ta­jem­nic.

- My­ślę, że za­ła­mała go wia­do­mość, że wzię­li­ście ślub.

- Jak tam Sigga?

Re­ijo nie chciał roz­trzą­sać sprawy swego mał­żeń­stwa. Nie z Asla­kiem. Oczy­wi­ście, był on po­rząd­nym czło­wie­kiem, ale nie znali się jed­nak za do­brze. Re­ijo nie umiał ujaw­niać swych uczuć przed ca­łym świa­tem.

- Bez zmian - od­po­wie­dział Aslak. Jego twarz za­mknęła się. Te­raz on od­su­nął się od ob­cego. Sigga była jego sio­strą. Ko­chał ją, lecz czuł, że do końca ży­cia bę­dzie ona dla ro­dziny cię­ża­rem.

Re­ijo wes­tchnął.

Mik­kal tym­cza­sem znik­nął już za wzgó­rzem. Re­ijo do­my­ślił się, że tam jest ich obo­zo­wi­sko, gdyż do­strzegł uno­szące się smużki dymu.

Mik­kal też był zwią­zany.

Wo­bec swo­ich był wolny, lecz Ra­iji to nie wy­star­czało. Na pewno i jego wol­ność na­zwa­łaby zgryź­li­wie "ro­dza­jem wol­no­ści".

- Nie będę py­tał, dla­czego tu je­steś - ode­zwał się Aslak, gdy po­dą­żyli śla­dem Mik­kala. - Ale za­łożę się o moją czapkę, że to ma zwią­zek z Ra­iją. Nie będę się do­py­ty­wał, żeby nie zo­stać bez czapki. Już mnie nie zdziwi nic, co łą­czy się z tą ko­bietą.

Re­ijo uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

Mógłby za­sko­czyć Aslaka, mó­wiąc mu prawdę, ale dał spo­kój. To z Mik­ka­lem miał roz­ma­wiać.

- Wiesz, że Mik­kal mnie kie­dyś po­bił, gdy jako za­ko­chany szcze­niak chcia­łem ją po­ca­ło­wać? - Aslak za­śmiał się gło­śno. - My­ślę, że mógł mnie wtedy za­bić. Była jesz­cze nie­do­ro­słą dziew­czynką, a już stwa­rzała pro­blemy.

- Gdzie znajdę Mik­kala?

Aslak wska­zał na jedną z jurt.

- Nie jest jed­nak pewne, że go tam znaj­dziesz. Jest... hu­mo­rza­sty. No i... - za­wa­hał się, ale po­sta­no­wił mó­wić da­lej: - Mik­kal nie mieszka sam. Ma ko­bietę. Ona zaj­muje się Ailo, jego sy­nem. Ko­cha Mik­kala. Miesz­kają w jed­nym na­mio­cie, ale czy coś jesz­cze dzielą, tego nie wiem.

- Ro­zu­miem.

Aslak spoj­rzał na Re­ijo.

- Nie wiem, czy na­prawdę ro­zu­miesz - rzekł po­woli. - Ty też je­steś ślepy, gdy cho­dzi o Ra­iję.

- Lu­bisz ją? Tę ko­bietę Mik­kala?

Aslak za­ci­snął usta.

- Po­wiedzmy, że nie ży­czę jej losu mo­jej sio­stry.

Re­ijo zna­lazł Mik­kala w jego jur­cie. Był tam też jego syn, w wieku Mai, jak pa­mię­tał, i ko­bieta.

Mimo że Aslak przy­go­to­wał go na to, z tru­dem udało mu się ukryć zdzi­wie­nie.

Wy­da­wało mu się oczy­wi­ste, że ko­bieta Mik­kala musi być ładna. Ten, kto nosi w sercu Ra­iję, nie może żyć z kimś tak się od niej róż­nią­cym.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego tu przy­by­łeś - rzu­cił Mik­kal - ale mo­żesz zo­stać, jak długo chcesz. To jest Inga - ski­nął głową w kie­runku ko­biety. - On ma na imię Re­ijo - po­wie­dział, nie pa­trząc na nią. - Mąż Ra­iji - do­dał wy­ja­śnia­jąco.

Re­ijo za­uwa­żył, jak dźwięk tego imie­nia spra­wił, że Inga aż skur­czyła się w so­bie.

- Więc ma­cie ze sobą coś wspól­nego - mruk­nęła.

Re­ijo nie był w sta­nie oce­nić spoj­rze­nia, ja­kie mu po­słała. Po­czuł się jed­nak nie­swojo.

- Jak było w Ber­gen? - spy­tał Mik­kal lek­kim to­nem, wy­cią­ga­jąc się na skó­rach po­kry­wa­ją­cych zie­mię.

Re­ijo nie od­po­wie­dział. Nie od razu. Usiadł. Ścią­gnął ple­cak. Nie od­mó­wił za­pro­sze­niu Ingi na po­si­łek. Po­chło­nął to, co do­stał. Było cie­płe i do­da­wało sił, to było naj­waż­niej­sze. - Przy­by­wam z po­wodu Ber­gen - po­wie­dział po za­spo­ko­je­niu pierw­szego głodu.

Inga usia­dła w dru­gim końcu na­miotu. Nie za­no­siło się na to, żeby miała wyjść.

Ailo po­drep­tał na dwór, ale ani Mik­kal, ani Inga nie prze­jęli się tym zbyt­nio. Re­ijo po­czuł tę­sk­notę ciężko za­le­ga­jącą na piersi. Chło­piec przy­po­mniał mu o Mai. Byli do sie­bie nie­zwy­kle po­dobni. To prze­cież nic dziw­nego. Ailo i Maja mieli wspól­nego ojca. Uro­dzili się tego sa­mego lata i u obojga rysy twa­rzy ojca były bar­dzo wy­raźne. Re­ijo za­tę­sk­nił za Mają. Ona ni­gdy nie na­zwała Mik­kala tatą. Re­ijo za­wsze był jej ide­ałem. A on ko­chał tę dziew­czynkę tak, jakby była jego wła­sną córką.

Re­ijo zro­zu­miał, że musi za­ak­cep­to­wać obec­ność Ingi, gdyż Mik­kal nie dał jej żad­nego znaku do wyj­ścia.

- Ber­gen mnie zła­mało, Mik­kal. Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem, że to może się stać, ale Ra­ija prze­stała być dla mnie naj­waż­niej­sza.

- I mnie to mó­wisz? - spy­tał Mik­kal zdu­szo­nym gło­sem.

Re­ijo zro­zu­miał, że się po­spie­szył.

- To nie­ważne - rzu­cił szybko. - Mogę zo­stać tu ja­kiś czas, prawda?

Mik­kal ski­nął głową.

- Po­trze­bu­jemy każ­dej pary rąk. Zwłasz­cza te­raz, gdy gra­suje ten niedź­wiedź. Mamy ko­pać z Asla­kiem pu­łapkę. Pa­mię­tam, że kie­dyś by­łeś nie­zły w ko­pa­niu do­łów...

- Po­mogę wam!

Roz­mowa prze­szła na co­dzienne te­maty.

Bez­pieczne.

Po chwili już się ra­zem śmiali.

Re­ijo wy­da­wało się, że śni, i cały czas za­da­wał so­bie py­ta­nie, kiedy się obu­dzi. I co go wtedy spo­tka...

To Inga, ta brzydka ko­bieta, z którą Mik­kal dzie­lił na­miot, obu­dziła go.

Po­cze­kała, aż Mik­kal wyj­dzie na po­szu­ki­wa­nie syna. Jej ja­sny wzrok po­chwy­cił Re­ijo moc­niej niż ja­ka­kol­wiek pu­łapka.

Grubo cio­sana twarz ko­biety stała się tak bez­bronna, że aż... ładna.

Re­ijo mu­siał to przy­znać. Tak na­prawdę była brzydka, ale coś po­cho­dzą­cego z jej wnę­trza jakby za­cie­rało jej nieco to­porne rysy twa­rzy. To nie­wy­tłu­ma­czalne "coś" od­cią­gało uwagę od jej wy­glądu.

- Więc jesz­cze i ty ko­chasz Ra­iję? - rzu­ciła sar­ka­stycz­nie. - Jesz­cze je­den, któ­remu pło­mienne uczu­cie do niej znisz­czyło ży­cie? Po­wiedz mi, co w niej jest ta­kiego poza urodą?

- Tego nie wiem - od­rzekł Re­ijo szcze­rze. - Jest po pro­stu... wy­jąt­kowa.

- Dla­czego tu przy­by­łeś? Prze­cież wiesz, co jest po­mię­dzy nimi?

Wzrok Ingi prze­szy­wał go na wskroś, aż go to spe­szyło.

- Są­dzisz, że osza­la­łem? - za­śmiał się ner­wowo.

Nie przy­łą­czyła się do niego.

- Coś w tym ro­dzaju. Na twoim miej­scu trzy­ma­ła­bym się z dala od Mik­kala.

- Mik­kal i ja je­ste­śmy przy­ja­ciółmi - wy­ja­śnił. - Już od dawna. Sprawa Ra­iji tego nie zmie­niła. Ona rzadko roz­dziela przy­ja­ciół. Jej pierw­szy mąż był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

- Męż­czyźni są dziwni. - Inga prze­wró­ciła oczami. - Ja... - po­wie­działa, wska­zu­jąc na sie­bie - przyj­mo­wa­łam to wszystko dziel­nie, do­póki jej nie zo­ba­czy­łam. Do­póki nie zo­ba­czy­łam ich ra­zem. My­śla­łam, że będę w sta­nie z nią wal­czyć, że ist­nieje szansa na­wet dla ta­kiej jak ja. Ale zro­zu­mia­łam, że to nie leży w ludz­kiej mocy. Ona jest na to zbyt do­sko­nała. Dla­tego za­do­wa­lam się reszt­kami.

Inga wzru­szyła ra­mio­nami.

- To jest przy­kre. Wręcz upo­ka­rza­jące, ale nikt przy zdro­wych zmy­słach nie po­wie, że moż­liwe jest mie­rzyć się z nią. Chyba że to bę­dzie śle­piec.

Re­ijo wziął głę­boki od­dech. Po­lu­bił ją. Jego ja­sno­zie­lone spoj­rze­nie przy­trzy­mało jej bla­do­nie­bie­skie.

- Przy­je­cha­łem tu, aby po­roz­ma­wiać z Mik­ka­lem. Mu­szę wie­dzieć, jak on żyje, ko­cha­jąc ko­goś, kogo nie może do­stać, i to od tak dawna. Ja te­raz czuję to samo.

Za­mru­gała oczami, zdez­o­rien­to­wana.

- Prze­cież je­steś jej mę­żem...

- To nie jest Ra­ija. Oczy­wi­ście, je­stem mę­żem Ra­iji, ale jej nie ko­cham. Ko­cham inną, nie ją. Po­trze­buję jego rady. - No tak, na śle­pego nie wy­glą­dasz - za­śmiała się Inga wy­mu­sze­nie. żart nie­zbyt się jej udał, ale stwo­rzył po­mię­dzy nimi po­czu­cie wspól­noty.

Za­kieł­ko­wała przy­jaźń.

Nie mó­wili już wię­cej, ale oboje po­czuli, że coś się mię­dzy nimi zmie­niło. Już nie byli so­bie obcy.

Rozdział 2

Co­dzien­ność była wy­peł­niona dźwię­kami. To ich brak obu­dził nie­po­kój Ingi i Re­ijo.

Ci­sza na ze­wnątrz była przej­mu­jąca. Taka, jak bywa przed bu­rzą.

Re­ijo nie chciał uwie­rzyć w złe prze­czu­cia, lecz na­gle roz­legł się prze­ni­kliwy krzyk.

Mik­kal po­znał, co to strach, gdy do­strzegł swego synka sto­ją­cego kilka kro­ków od wzno­szą­cego się nad nim czar­no­brą­zo­wego ko­losa.

Ailo od­szedł od obo­zo­wi­ska. Bez spe­cjal­nego po­wodu od­da­lił się od bez­piecz­nego miej­sca i ru­szył na otwartą prze­strzeń w kie­runku nie­wiel­kiego pa­górka po­ro­śnię­tego brzo­zo­wym za­gaj­ni­kiem, który za­wsze go po­cią­gał z po­wodu swej nie­do­stęp­no­ści. Przy­zwy­cza­jony do obec­no­ści zwie­rząt wo­kół, nie prze­stra­szył się, gdy w po­bli­skiej kę­pie drzew coś za­sze­le­ściło.

Cie­kaw­ski czte­ro­la­tek pod­szedł bli­żej. Ja­sne oczy wpa­try­wały się z na­tę­że­niem w zie­loną gę­stwinę, ale nie zdo­łały do­strzec żad­nego re­ni­fera. Bo to prze­cież mu­siał być ja­kiś zbłą­kany re­ni­fer!

Tata opo­wia­dał prze­cież, że tu nie ma wielu li­sów, bo jest za mało my­szy i in­nych zwie­rząt, które je lis.

Ailo to ro­zu­miał.

To mu­siał być re­ni­fer. Może go zła­pie i od­pro­wa­dzi do obo­zo­wi­ska?

Szkoda, że jesz­cze nie umie rzu­cać ar­ka­nem. Pró­bo­wał już wiele razy, ale za­wsze mu się plą­tało i nie mógł nim krę­cić tak wspa­niale jak tata albo wu­jek Aslak czy wu­jek An­ders.

Ailo był już w dro­dze do za­gaj­nika, gdy na­gle za­stygł w pół ru­chu. Tuż przed nim jak skała wy­rósł niedź­wiedź. Z gar­dła zwie­rzę­cia do­bie­gał groźny po­mruk. Gdy niedź­wiedź sta­nął na tyl­nych ła­pach, Ailo wy­da­wało się, że sięga aż do nieba.

Chło­piec otwo­rzył usta. Na­brał po­wie­trza, ale nie od­wa­żył się na wy­dech.

Krzyk utkwił mu w gar­dle. Wy­da­wało mu się, że to tylko zły sen, wcią­ga­jący go co­raz głę­biej jak ba­gno.

Ailo zro­bił krok do tyłu.

Żadna siła nie zmu­si­łaby go do ode­rwa­nia wzroku od niedź­wie­dzia. Wi­dział go po raz pierw­szy w ży­ciu, ale sły­szał o nim tyle opo­wie­ści, że nie miał wąt­pli­wo­ści, kogo wi­dzi.

Zwierz z za­ska­ku­jącą ła­two­ścią utrzy­my­wał w po­zy­cji pio­no­wej wiel­kie, nie­fo­remne ciel­sko. Przed­nie łapy miał unie­sione w górę jak do ude­rze­nia. Pysk roz­warł się do ryku.

Ailo pa­trzył bez­rad­nie na żółte zęby po­twora. Były ostre. Jego mocne pa­zury na pewno ro­ze­rwą go na strzępy.

Gdyby tylko tata tu był!

Tata jest naj­sil­niej­szy na ca­łym świe­cie i na pewno za­bije tego głu­piego niedź­wie­dzia!

Ailo zro­bił jesz­cze je­den krok w tył...

Po­mruk ścią­gnął Mik­kala we wła­ści­wym kie­runku. Stał wła­śnie przy na­mio­cie Pa­vvy i za­sta­na­wiał się, czy chło­piec może być u dziadka. Cza­sami tam cha­dzał, choć sta­rali się trzy­mać go z dala od Siggi.

Nikt nie był pe­wien, jak ona za­re­aguje na wi­dok syna. W końcu sam Ailo tam po­szedł i obyło się bez ka­ta­strofy.

Sigga po pro­stu wcale nie za­re­ago­wała. Świat Ailo po­więk­szył się.

Ale te­raz nikt go tam nie wi­dział.

Gdy do uszu Mik­kala do­szedł po­mruk, wszel­kie roz­sądne my­śli jakby wy­wiało mu z głowy.

Na­wet nie czuł swo­ich nóg, gdy rzu­cił się w tamtą stronę. Wie­dział, że to jest ten niedź­wiedź mor­derca, który gra­so­wał wśród jego re­ni­fe­rów.

A te­raz za­gra­żał Ailo. Jego syn­kowi!

Nie sły­szał, że Pawa, An­ders i Aslak po­bie­gli za nim. Nie po­czuł, jak straszna ci­sza za­pa­dła nad obo­zo­wi­skiem.

Ist­niał dla niego tylko ten wi­dok: jego mały Ailo i ogromny niedź­wiedź tak bli­sko, że chło­piec mógłby go do­tknąć.

Dłoń wy­łu­skała nóż z po­chwy. Mik­ka­lowi za­schło w gar­dle, ale, za­cho­wu­jąc zimną krew, skra­dał się w ich kie­runku.

Jego ro­dzony syn i dzi­kie zwie­rzę.

Przez myśl mu nie prze­szło, że on także nie sta­nowi god­nego prze­ciw­nika dla niedź­wie­dzia.

Ailo był jego dziec­kiem.

Mik­kal re­ago­wał in­stynk­tow­nie.

Po­cie­szyło go nieco, że mały miał na tyle roz­sądku, żeby pró­bo­wać się ra­to­wać.

Na szczę­ście nie za­czął ucie­kać. By­łoby to bez­ce­lowe. Niedź­wiedź, z po­zoru ciężki i po­wolny, sta­wał się za­dzi­wia­jąco szybki w ataku.

Ailo wpa­try­wał się prze­ra­żony w zwie­rzę i co­fał się ma­łymi krocz­kami.

Wszystko we­wnątrz Mik­kala krzy­czało ze stra­chu. Czyżby to było to dziecko, dla któ­rego nie miał wy­star­cza­jąco dużo uczuć?

Ten chło­piec, któ­rego nie­mal nie uzna­wał za syna? Ailo musi żyć! On, oj­ciec, musi mu zdą­żyć po­wie­dzieć, że go ko­cha. Ailo musi żyć, musi do­ro­snąć i stać się lep­szym czło­wie­kiem niż on sam.

W gło­wie miał tylko jedną myśl: Ailo musi żyć. Musi...

Mik­kal chciał po­wie­dzieć coś, co by mo­gło uspo­koić chłopca, ale się nie od­wa­żył. Bał się spro­wo­ko­wać atak zwie­rzę­cia.

Se­kundy cią­gnęły się w nie­skoń­czo­ność. Bo­le­sną nie­skoń­czo­ność.

Mik­kal nie wie­dział na­wet, czy od­dy­cha. Czas stał w miej­scu. Pot spły­wał mu po rzę­sach. Szczy­pały go oczy, lecz nie od­wa­żył się na­wet mru­gnąć. Na­wet na chwilę nie mógł prze­stać na nich pa­trzeć.

Może aku­rat w tym mo­men­cie niedź­wiedź zde­cy­do­wałby się na atak.

Cho­dziło o ży­cie jego syna.

Zbli­żał się do chłopca rów­nie po­woli, jak Ailo od­da­lał się od zwie­rzę­cia.

Mu­szę wejść po­mię­dzy nich, my­ślał go­rącz­kowo.

To było roz­wią­za­nie: wejść po­mię­dzy Ailo a niedź­wie­dzia mor­dercę.

Ailo bę­dzie wtedy bez­pieczny. Nie za­sta­no­wił się nad tym, że taki ma­newr na­razi jego sa­mego na utratę ży­cia. Jego je­dyną my­ślą było ura­to­wa­nie syna. I to, że nie ma zbyt wiele czasu. Gdy zwie­rzę czuje się za­gro­żone, ata­kuje. Z ja­kie­goś po­wodu zwy­kły niedź­wiedź staje się mor­dercą. Nie­czę­sto się to zda­rza. Więk­szość trzyma się z dala od lu­dzi, ży­wiąc się ro­śli­nami.

Rzadko ja­kiś osob­nik się z tego wy­ła­muje. Czuje chęć na mięso. I ata­kuje zwie­rzęta. W osta­tecz­no­ści - lu­dzi.

Mik­kal wszystko to wie­dział. Nie po­my­ślał jed­nak, że może stra­cić ży­cie, bro­niąc syna.

Zwie­rzę ob­na­żyło zęby. Z pew­no­ścią miało wiele re­ni­fe­rów na su­mie­niu, kto wie, może i lu­dzi.

Ką­tem oka Mik­kal do­strzegł, że był już pra­wie obok Ailo. Jesz­cze parę kro­ków... Jesz­cze tylko parę kro­ków... Ostroż­nie wy­cią­gnął rękę w kie­runku syna. Chciał go uspo­koić... Jesz­cze tylko kilka kro­ków... Ailo się po­tknął.

Głos, który tkwił mu gdzieś w gar­dle, wresz­cie się uwol­nił.

Prze­ni­kliwy krzyk chłopca roz­darł ci­szę:

- Tato! Tato! Po­móż mi! Ra­tuj!

Zwie­rzę ru­szyło do przodu. Jego małe, bli­sko osa­dzone oczy za­lśniły zło­wrogo.

Ailo krzy­czał.

Mik­kal usły­szał swój wła­sny krzyk. Ści­snął moc­niej rę­ko­jeść noża.

Wie­dział, że te­raz musi za­re­ago­wać. Nie zdą­żył.

Ja­kaś po­stać rap­tow­nie po­ja­wiła się zni­kąd i za­sło­niła chłopca wła­snym cia­łem.

Gło­sem ła­mią­cym się ze wście­kło­ści Sigga prze­kli­nała niedź­wie­dzia ta­kimi sło­wami, ja­kich Mik­kal ni­gdy jesz­cze nie sły­szał z jej ust.

Mik­kal za­uwa­żył, że czy­jeś ręce wy­cią­gnęły się w stronę chłopca, po­de­rwały go z ziemi i prze­nio­sły w bez­pieczne miej­sce.

On sam zła­pał dłoń Siggi, ale wy­szarp­nęła mu ją z ochry­płym śmie­chem.

Se­kundę póź­niej niedź­wiedź był już przy niej. Jedna łapa śmi­gnęła i tra­fiła w twarz Siggi.

Wy­krzy­ki­wała prze­kleń­stwa, do­póki jej gar­dło nie zo­stało prze­gry­zione.

Mik­kal za­chwiał się.

Nóż w za­ci­śnię­tej dłoni na­gle wy­dał mu się ni­czym wo­bec siły tego ko­losa. Palce ze­sztyw­niały, a dłoń jakby zwię­dła.

Upu­ścił nóż.

Mla­ska­nie i chrzęst miaż­dżo­nych ko­ści tuż obok przy­pra­wiły go o mdło­ści. Chwiał się, jakby miał ze­mdleć.

- Mik­kal, ucie­kaj! Już nic nie po­mo­żesz! Mik­kal!

Wo­ła­nie do­bie­gało z od­dali, jakby go nie do­ty­czyło.

Słowa brzę­czały tylko wo­kół jego głowy ra­zem z tymi obrzy­dli­wymi dźwię­kami, zle­wa­jąc się w jedno z tym, co działo się koło niego. Nie chciał na to pa­trzeć.

Gdy za­mknął oczy, nie wi­dział na­wet, do­kąd idzie. Po­tknął się.

Pod­niósł się i wy­cią­gnął przed sie­bie ręce jak śle­piec.

- On idzie pro­sto na niedź­wie­dzia. Czy nikt mu nie po­może? Nikt się nie od­waży?

Znał ten głos, choć nie mógł go roz­po­znać.

- Tato! Tato! Uwa­żaj, tato!

To było zdu­szone przez łzy wo­ła­nie Ailo. Ktoś krzyk­nął roz­pacz­li­wie:

- Weź­cie stąd chłopca! Weź­cie go stąd! Nie może tego oglą­dać!

- Mik­kal! Na mi­łość bo­ską, ucie­kaj!

- Niedź­wiedź! Mik­kal, uwa­żaj!

Za­gar­niał gar­ściami trawę. Biegł na czwo­ra­kach, od­da­la­jąc się od kosz­mar­nych od­gło­sów, aż po­czuł smak krwi w ustach.

Na­gły pło­mień ogar­nął mu nogę. Mik­kal czoł­gał się da­lej, ale mu­siał do­tknąć źró­dła bólu. Było cie­płe.

Szu­miało mu w uszach. Na­wo­ły­wa­nia zlały się w jedno. Po­czuł czy­jeś ręce na ra­mio­nach. Sły­szał płacz. Ode­rwane słowa.

Ktoś go cią­gnął za sobą. Już nie sły­szał zwie­rzę­cia.

Oczy nie chciały się otwo­rzyć. Wy­da­wało mu się, że wi­dzi pło­mie­nie, ale nie był pe­wien.

Wszystko zlało się w czer­wieni, aż wresz­cie ogar­nęła go mi­ło­sierna ciem­ność.

- Rana wy­gląda brzydko. Bę­dzie mógł cho­dzić? - mu­siał spy­tać Re­ijo.

Ra­vna nie pod­nio­sła głowy. Ob­myła ranę na no­dze syna, a te­raz za­kła­dała opa­tru­nek, przy­ło­żyw­szy wcze­śniej okład z ziół.

- Nie wiem - od­rze­kła w końcu.

Jed­nak wie­działa. Tylko słowa nie chciały jej przejść przez gar­dło. To był jej syn. ?zy ni­gdy nie przy­cho­dziły jej ła­two. Te­raz też nie pła­kała.

Miał ze­rwane ścię­gno.

Niedź­wie­dzia łapa wy­rzą­dziła więk­szą szkodę, niż są­dzili ogar­nięci ulgą, gdy od­cią­gnęli go od żąd­nego krwi po­twora.

Ra­vna po­tra­fiła za­trzy­mać krwo­tok. Po­tra­fiła spra­wić, że rana go­iła się bez brzyd­kiej bli­zny. Jed­nak na roz­szar­pane ścię­gno nie mo­gła nic po­ra­dzić.

Zwie­siw­szy głowę, z wpół­przy­mknię­tymi po­wie­kami, Ra­vna wi­działa Mik­kala bie­ga­ją­cego jako dziecko po tun­drze, śmie­ją­cego się i ba­wią­cego. Ze­wsząd nad­pły­nęły wspo­mnie­nia żwa­wego chłopca wbi­ja­ją­cego serce matki w dumę.

Mik­kal już nie bę­dzie bie­gał. Nie tak, jak kie­dyś. Ale bę­dzie żył.

Ra­vna splo­tła dło­nie i zmó­wiła pro­stą mo­dli­twę. Mik­kal żył.

I Ailo żył.

Mo­gło być o wiele go­rzej.

Sigga po­świę­ciła za nich swoje ży­cie.

Dziecko, które od­su­nęła od sie­bie, gdy cie­nie ukra­dły jej zdrowe zmy­sły, zaj­mo­wało na tyle ważne miej­sce w głębi jej du­szy, że po­świę­ciła wszystko, aby je ra­to­wać. Sigga rzu­ciła się po­mię­dzy niedź­wie­dzia a Ailo. Ścią­gnęła na sie­bie uwagę zwie­rzę­cia, dzięki czemu ura­to­wała także ży­cie Mik­kala.

Re­ijo i Aslak zdą­żyli zła­pać malca, za­nim Mik­kal ru­szył w stronę ko­losa.

Re­ijo rzu­cił pło­nącą ga­łąź, aby od­stra­szyć zwie­rzę. Inni po­szli za jego przy­kła­dem. Go­re­jące ga­łę­zie fru­wały w po­wie­trzu. Nie­które zdo­łały przy­pa­lić fu­tro niedź­wie­dzia. Wresz­cie rzu­cił się do ucieczki. Długo po­tem ga­sili trawy.

Pa­vva i jego sy­no­wie za­nie­śli Siggę do na­miotu. To, co jesz­cze nie­dawno było Siggą. ży­cie jej nie było wła­ści­wie ży­ciem po tym, jak do­znała po­mie­sza­nia zmy­słów, ale nie ta­kiego końca ży­czyła jej Ra­vna.

Inga za­jęła się chłop­cem. Krzy­czał bez prze­rwy. Wy­rzu­cał z sie­bie nie­zro­zu­miałe słowa - i krzy­czał.

Wi­dział, jak matka zo­stała roz­szar­pana, a oj­ciec pra­wie po­zba­wiony nogi.

Wszy­scy jakby za­sty­gli, nikt nie za­brał w porę ma­łego. Dzięki niech będą Re­ijo! Ten chło­pak za­wsze był roz­sądny! Ra­vnie on wciąż wy­da­wał się chłop­cem, mimo że dawno skoń­czył dwa­dzie­ścia lat i ło­wił ryby już nie­je­den se­zon.

Do­brze, że tu jest. Inga nie udźwi­gnę­łaby tego wszyst­kiego sama.

Bar­dzo chciała do­wie­dzieć się cze­goś o Ra­iji, ale nie śmiała py­tać.

Re­ijo i Ra­vna sie­dzieli przy Mik­kalu przez całą noc. Nie­duża, si­wie­jąca ko­bieta i ru­dawy męż­czy­zna o do­brym spoj­rze­niu. Inga też chciała być z nimi, ale Re­ijo nie­mal wy­pchnął ją do na­miotu Ra­vny.

Ailo nie po­wi­nien sły­szeć ojca ma­ja­czą­cego w go­rączce. Dla Ingi też tak bę­dzie le­piej.

Oboje to po­my­śleli, lecz żadne z nich jej nic nie po­wie­działo.

- Po­win­naś iść spać, Ra­vna - rzekł Re­ijo ci­cho po fiń­sku. Nie po nor­we­sku; Ra­vna ro­zu­miała ten ję­zyk, ale nie lu­biła go uży­wać.

- Po­win­nam... - uśmiech­nęła się smutno. - Gdy już bę­dziesz miał dzieci, zro­zu­miesz, że wtedy nie my­śli się już tyle o so­bie. Mik­kal jest na­dal moim dziec­kiem. Je­dy­nym. Jesz­cze kie­dyś się wy­śpię, Re­ijo.

- Ro­zu­miem - od­po­wie­dział jej z me­lan­cho­lij­nym uśmie­chem. - Maja jest córką Mik­kala, ale ko­cham ją tak, jakby była moja. Chyba ni­gdy nie będę miał dziecka, które by­łoby bar­dziej moje niż ona.

Opo­wie­dział babce Mai o złym czło­wieku, który upro­wa­dził małą, o tym, jak sam ry­zy­ko­wał ży­cie, aby ją ura­to­wać.

I wy­ja­śnił też, dla­czego tu przy­był. Dla­czego czuł aż taką po­trzebę po­roz­ma­wia­nia z Mik­ka­lem.

Pa­trzył w ro­zu­mie­jące wszystko oczy Ra­vny i na­gle po­jął, dla­czego Ra­ija tak ko­chała tę ko­bietę. Ona była mą­dra. I miała naj­go­ręt­sze i naj­więk­sze serce ze wszyst­kich lu­dzi, któ­rych znał.

- W tej sy­tu­acji - stwier­dziła - my­ślę, że po­wi­nie­neś prze­mil­czeć pewne sprawy. Nie­któ­rych rze­czy Mik­kal nie po­wi­nien wie­dzieć. Po­trze­buje spo­koju. Przede wszyst­kim musi za­po­mnieć o tym, co wy­da­rzyło się wczo­raj. Na pewno bę­dzie się ob­wi­niał. Po­wie, że to jego wina, że Sigga nie żyje. Musi się naj­pierw z tym upo­rać.

Ra­vna spoj­rze­niem po­gła­dziła twarz syna. Le­żał spo­koj­nie i ci­cho po­mię­dzy skó­rami. Wy­da­wał się szary pod opa­le­ni­zną. Dziw­nie było wi­dzieć go tak bez ży­cia. Re­ijo przy­zwy­cza­jony był do Mik­kala za­wsze peł­nego ener­gii.

- Wiesz, Re­ijo, że nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo ko­cham Ra­iję, wiem, że przy­nosi nie­szczę­ście. Ona tego nie chce, ale to jest nie­unik­nione. Nie­ważne, co zrobi, za­wsze będą z tego kło­poty. A ja ży­czę Mik­ka­lowi spo­koju. On nie po­trze­buje burz­li­wej na­mięt­no­ści, tylko spo­koju.

Re­ijo oparł czoło o dło­nie. Łok­cie wsparł o ko­lana.

- Chcesz po­wie­dzieć - za­czął po­woli - że nie chcia­ła­byś wi­dzieć Mik­kala ra­zem z Ra­iją?

- Je­steś mą­drym chłop­cem.

- Lu­bisz Ingę, prawda?

Ra­vna uśmiech­nęła się.

- Chyba tak. - I do­dała z po­wagą: - Ona ma do­kład­nie to, czego Mik­kal po­trze­buje, ale on jest zbyt ślepy, żeby to do­strzec. Dla niego naj­waż­niej­sze są ma­rze­nia. Nikt poza Ra­iją dla niego nie ist­nieje. Nie­bez­piecz­nie jest żyć ma­rze­niami, prawda, Re­ijo?

Wzru­szył bez­rad­nie ra­mio­nami.

- Nie wiem, Ra­vno, na­prawdę nie wiem. Za­czą­łem wie­rzyć, że po­zo­stały mi już tylko ma­rze­nia.

Po­trzą­snęła głową, pełna mą­dro­ści i ży­cio­wego do­świad­cze­nia.

- Rze­czy­wi­stość jest za­wsze lep­sza od ma­rzeń. Ży­cie za­wsze lep­sze od śmierci. Ży­jący ob­da­rzają więk­szym szczę­ściem niż mar­twi. Wy­obraź­nia jest ku­szą­cym, lecz jakże nie­bez­piecz­nym to­wa­rzy­szem...

- Chcesz po­wie­dzieć, że po­wi­nie­nem odejść, za­nim doj­dzie do sie­bie?

- A chcesz tego?

Re­ijo po­krę­cił głową prze­cząco. Mik­kal był jego przy­ja­cie­lem. Nie odej­dzie te­raz, gdy mógłby mu po­móc.

- A więc zo­stań - rze­kła Ra­vna spo­koj­nie - ale nie mów mu wię­cej niż to, o co spyta. Nic ta­kiego, co może mu za­szko­dzić...

Re­ijo obie­cał.

Nie była to obiet­nica trudna do do­trzy­ma­nia.

Ciem­ność nie była ab­so­lutna. Po­ru­szała się. Nad­cho­dziła i zni­kała wraz z bó­lem. Pełna była sza­rych od­cieni, z lek­kim to­nem czer­wieni.

Mik­kal krzy­czał. Udo pa­liło go ży­wym ogniem. Z ciem­no­ści wy­ła­niały się po­sta­cie.

Wi­dział Siggę. Była mło­dziutka, uśmie­chała się za­że­no­wana. Spu­ściła oczy, za­ru­mie­niona - i za­ko­chana.

Gdy pod­nio­sła wzrok, zo­ba­czył w nim tylko pustkę i sza­leń­stwo. I od­wagę, tak jak wtedy, gdy rzu­ciła się po­mię­dzy Ailo a niedź­wie­dzia. Mik­kal usły­szał jej krzyk...

Sam też krzy­czał.

Po­czuł coś chłod­nego na czole. Sły­szał głosy, które do­cho­dziły zni­kąd.

Pró­bo­wał pod­nieść po­wieki, ale były zbyt cięż­kie. Cie­nie i wcią­ga­jąca w swoją głę­bię ciem­ność za­sło­niły wszystko. Znów stał się ich czę­ścią.

Od­na­lazł go zgar­biony, krzy­wo­nogi męż­czy­zna. Wpa­try­wał się w niego ba­daw­czo. Mik­kal po­czuł bez­gra­niczny smu­tek. Wła­sny? Tego dru­giego? Wie­dział, że za­wiódł ojca. Słowa, które chciał do niego skie­ro­wać, za­marły mu na ustach. W gar­dle miał su­cho. Ję­zyk mar­twy.

- Ni­gdy nie sta­łeś się męż­czy­zną, Mik­kal - rzekł z po­gardą ten, który był jego oj­cem. - Za­wio­dłeś mnie bar­dziej niż kto­kol­wiek. A wszystko przez tę prze­klętą dziewkę Erk­kiego Ala­talo!

Splu­nął. Na Mik­kala. Męż­czy­zna po­czuł obrzy­dze­nie, gdy gę­sta ślina spły­wała mu po po­liczku.

Po­czuł też smu­tek, bo chciał, żeby oj­ciec był z niego dumny. Ni­gdy się tak nie stało.

Coś było nie tak. Oj­ciec nie mógł na niego pluć, bo nie żył. Mik­kal chciał to po­wie­dzieć.

- Ty nie ży­jesz - usi­ło­wał za­pro­te­sto­wać. - Nie może cię tu być. Nie mo­żesz do mnie mó­wić. Ty nie ży­jesz, oj­cze, nie ży­jesz!

Jed­nak po­stać ojca prze­sła­niała mu wszystko jak ni­gdy za ży­cia. Mik­kal szybko prze­rósł nie­wy­so­kiego Pehra.

- Ona jest twoim prze­kleń­stwem, chłop­cze - mó­wił da­lej umarły. - To ona prze­szka­dza ci do­ro­snąć. Tak długo, jak o niej my­ślisz, nie sta­niesz się męż­czy­zną!

Ni­komu nie wolno mó­wić tak o Ra­iji! Nie do niego!

- Ja się tym nie przej­muję! - roz­legł się ła­godny głos, piesz­cząc jego ucho ni­czym wie­trzyk.

Oj­ciec wró­cił do cieni.

Uj­rzał ją, dum­nie wy­pro­sto­waną, o sil­nym, pło­ną­cym spoj­rze­niu.

- Sama daję so­bie radę, Mik­kal. Nikt nie musi nad­sta­wiać pię­ści, aby mnie chro­nić. Na­wet ty.

Chciał wziąć ją w ra­miona, po­czuć ją znów przy so­bie. Wie­dzieć, że ist­nieje dla niego. Ona jed­nak wy­su­nęła przed sie­bie ręce jak tar­czę.

- Tylko tak, nie bli­żej.

Nic nie zdo­ła­łoby zła­mać jej uporu.

- Te­raz jest ina­czej - wy­szep­tał za­chryp­nięty. Usta miał spę­kane. Bo­lały go, ale mu­siał jej to po­wie­dzieć. To było naj­waż­niej­sze ze wszyst­kiego. Je­dyne, co się li­czyło. - Jest już ina­czej, Ra­ija. Ni­gdy jesz­cze tak nie było, mój Mały Kruku. Kie­dyś by­łem zwią­zany. Te­raz je­stem wolny. Wolny!

Jej oczy były ni­czym czarne stud­nie bez dna. Mik­kal wie­dział, że można w nich za­to­nąć. Tak, jak on.

Wresz­cie prze­rwała ci­szę.

Wie­dział, co po­wie, za­nim jesz­cze za­częła.

Jej twarz zni­kła w mroku. Ból stał się nie do wy­trzy­ma­nia.

- Ty je­steś wolny, Mik­kal. Ale ja nie...

Ciało Mik­kala zwi­nęło się z bólu pod no­żami, które je cięły.

Po­gryzł wargi do krwi. Wy­dał z sie­bie tylko jęk... Ra­vna wy­ci­snęła szmatkę zmo­czoną w lo­do­wa­tej wo­dzie i po­ło­żyła ją na czole syna.

Spły­wał po­tem. Wal­czył z tym, co sza­lało w jego ciele.

Ra­vna i Re­ijo wie­dzieli, że nie była to tylko rana na no­dze.

- Mój biedny chło­piec - wy­szep­tała Ra­vna.

Nie sły­szał jej. Jego wargi po­ru­szały się bez­gło­śnie, ale do­my­śliła się, ja­kie imię wy­po­wia­dał.

Re­ijo też to wie­dział.

Oboje sły­szeli jego ma­ja­cze­nia, i oboje ro­zu­mieli. Na­wet te­raz ona była z nim.

Ra­ija. Za­wsze Ra­ija...

Re­ijo po­czuł na­gle falę nie­na­wi­ści skie­ro­waną w jej stronę.

Ja­kim pra­wem za­truła tak ży­cie Mik­kala? Czym so­bie za­słu­żyła na taką mi­łość?

- On nic na to nie może po­ra­dzić - ode­zwała się Ra­vna ci­cho.

Do­brze zro­zu­miała mil­cze­nie Re­ijo.

- Chcia­ła­bym, żeby można było coś z tym zro­bić, ale on nic na to nie po­ra­dzi. Nie wiem, czy kie­dyś sta­nie się wolny...

Użyła tego sa­mego słowa, które Mik­kal wy­rzu­cił spo­mię­dzy spę­ka­nych warg.

Re­ijo ob­jął głowę dłońmi. Wplą­tał palce w ja­sne włosy.

- Nie są­dzę, żeby mógł, Ra­vno! - wy­krztu­sił. - To już trwa zbyt długo.

Spoj­rzał na nią. Twarz za­sty­gła mu w ma­skę. Każdy mię­sień drżał z na­pię­cia.

- Je­żeli Mik­kal wy­zdro­wieje, a, na Boga, mam na­dzieję, że tak, wszystko na­pra­wię. On ma ra­cję: jest wolny. To ona jest zwią­zana. Ze mną. Zwrócę jej wol­ność! We­zmę całą winę na sie­bie, żeby nie mu­siała się wsty­dzić. Oni na­leżą do sie­bie, Ra­vno.

Stara otarła łzę. To brzmiało tak pro­sto. Czy to na­prawdę po­może?

- Mó­wisz, że jej już nie ko­chasz, Re­ijo... - Po­trzą­snęła głową. - Ja uwa­żam, że na­dal ją ko­chasz...

Re­ijo nie spoj­rzał na ko­bietę. Nie chciał się nad tym za­sta­na­wiać. Pod­jął de­cy­zję. Tak się musi stać. Zwróci Ra­iji wol­ność. Bę­dzie wolna - dla Mik­kala.

- Mik­kal jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem - po­wie­dział głu­cho.

Rozdział 3

Re­ijo od razu po­czuł się le­piej, gdy pod­jął to po­sta­no­wie­nie. Mu­siało tkwić w głębi jego świa­do­mo­ści, od kiedy od­szedł od Ra­iji.

Ten czas, który spę­dził w sa­mot­no­ści, był ni­czym in­nym jak tylko próbą, czy bę­dzie mógł żyć bez niej. Sam.

Mógł.

Może ro­zu­miał to już wtedy? To było te­raz bez zna­cze­nia.

Nie chciał jej zra­nić. To było ta­kie trudne: świa­do­mość, że bę­dzie do­brze dla niego, ale że ją zo­stawi z ni­czym. Te­raz odda jej przy­sługę.

Mik­kal był wolny.

Re­ijo za­pra­gnął ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem. Mu­siał wyjść na ze­wnątrz. Zer­k­nął na Ra­vnę. Wie­dział, że ona bę­dzie czu­wać da­lej. Była zmę­czona, ale na pewno nie za­śnie. Na­wet gdyby Re­ijo tam sie­dział, nie od­po­czę­łaby.

- Za­wo­łaj mnie, gdy­bym był po­trzebny... - po­wie­dział ci­cho.

Po­ki­wała głową. Zro­zu­miała. Re­ijo za­sta­no­wił się, czy coś zdo­ła­łoby ją za­sko­czyć. On jej ni­gdy nie wi­dział zdzi­wio­nej.

Noc była cie­pła. Le­niwe chmury prze­su­wały się sen­nie po nie­bie, jakby le­dwo do­ty­ka­jąc ja­sno­nie­bie­skiego skle­pie­nia. Pro­mie­nie słońca za­częły do­się­gać już czub­ków drzew na wscho­dzie, do­ry­so­wu­jąc im zie­loną au­re­olę. Roz­ja­śniało się.

Stał tak i pa­trzył wprost we wscho­dzące słońce. Blask ośle­pił go, ko­lo­rowe plamki za­tań­czyły mu przed oczami. Do­bre uspra­wie­dli­wie­nie dla pła­czu.

Re­ijo pa­trzył pro­sto w słońce i pła­kał.

- To­bie też było duszno w na­mio­cie? - Aslak chciał, aby jego słowa za­brzmiały we­soło, ale mu się nie udało.

Re­ijo prze­łknął ślinę. Na­wet nie usi­ło­wał ukryć łez. Wy­tarł oczy wierz­chem dłoni i pró­bo­wał coś od­po­wie­dzieć.

- To wszystko nie ma sensu - wy­krztu­sił w końcu. Wargi miał spuch­nięte.

Aslak po­ki­wał głową. Po­cią­gnął go za sobą w kie­runku ogni­ska pło­ną­cego przy jego na­mio­cie.

Roz­pa­lono wiele ognisk tej nocy. Po­mię­dzy na­mio­tami, na obrze­żach obozu. Ogień za­pew­niał po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

- Inga chce przy nim czu­wać.

Re­ijo wes­tchnął z dez­apro­batą.

- Nie po­winna?

Oczy Aslaka były za­dzi­wia­jąco po­dobne do oczu Ra­vny: ro­zu­miały wię­cej, niż mó­wiły usta.

- Nie, nie po­winna. Przy­naj­mniej za­nim on nie doj­dzie do sie­bie.

- Jak mam jej to po­wie­dzieć?

Re­ijo czuł się rów­nie bez­silny jak Aslak.

- Ona do­brze wie, że nie po­winna. I do­brze wie, dla­czego. Głu­pia to ona nie jest...

- Wiem. Ale tak cho­ler­nie trudno spoj­rzeć w te jej oczy i po­twier­dzić, że wszystko naj­gor­sze, co tylko so­bie wy­obraża, jest prawdą...

Aslak sie­dział przy ogni­sku. Znaj­do­wał po­cie­sze­nie, pa­trząc w ogień. Zbli­żył dło­nie, jakby chcąc je ogrzać, aż pło­mie­nie omal nie za­częły ich do­ty­kać nie­bez­piecz­nymi po­ca­łun­kami.

- Je­stem wście­kły - rzu­cił. Czuło się, że ukry­wał całe po­kłady tłu­mio­nych uczuć.

- Na Mik­kala? Na Ra­iję? Nic na to nie mogą po­ra­dzić... Aslak po­trzą­snął prze­cząco głową, uśmie­cha­jąc się krzywo.

- Nie mó­wię o tym...

Po­chy­lił głowę. Głos stał się zdu­szony, a słowa trudne do od­róż­nie­nia.

- Sigga. Mik­kal... to wszystko. Czuję się bez­silny, Re­ijo. My­ślę o tym bez prze­rwy. Cią­gle to wi­dzę. Mam cią­gle przed oczami te strasz­liwe sceny. I za każ­dym ra­zem stoję jak spa­ra­li­żo­wany. Do­kład­nie tak, jak wtedy. Czy mo­głem coś zro­bić? Mo­głem zro­bić coś ina­czej, żeby to się nie wy­da­rzyło? Moż­liwe, że Sigga pra­gnęła śmierci, jej ży­cie nie było naj­wspa­nial­sze. Ale żeby umrzeć w ten spo­sób...

Trudno było na to od­po­wie­dzieć. Aslak mu­siał wy­rzu­cić z sie­bie to, co wy­peł­niało mu głowę. Plą­ta­nina my­śli. Chaos.

Jego mocno zbu­do­wane ciało było na­pięte. Mię­śnie pod spodniami i mięk­kim, skó­rza­nym ka­fta­nem drżały. Czarna, sztywna grzywka opa­dała mu na oczy. Re­ijo nie był w sta­nie do­strzec, czy tam­ten pła­kał, ale był w sta­nie to usły­szeć.

- Można osza­leć, czu­jąc się tak bez­sil­nym...

- Nie­wiele jest do zro­bie­nia - mruk­nął Re­ijo. - Te­raz - do­dał nie­zręcz­nie.

Usta miał su­che. Bał się cze­goś. Nie mógł na­wet zwil­żyć ust.

- Dla Siggi nic, to prawda... - po­wie­dział Aslak po­nuro. Ko­chał swoją sio­strę. - A jed­nak mu­szę coś zro­bić - rzu­cił w de­spe­ra­cji. Jego twarz wy­ra­żała to samo. żar w oczach aż prze­stra­szył Re­ijo. Było w nich wszystko: strach, złość, zde­cy­do­wa­nie... - Mu­szę coś zro­bić, Re­ijo. To dla mnie ważne. Ważne dla Ailo, dla nas wszyst­kich. Ten niedź­wiedź za­bija na­sze zwie­rzęta.

Za­śmiał się bez­gło­śnie.

- Jak to na­prawdę nie­wiele zna­czy... Wszystko to, co nam się wy­daje, że po­sia­damy, bez czego po­dobno nie mo­żemy się obejść... Jak to mało w po­rów­na­niu do lu­dzi, któ­rzy cię ota­czają. O któ­rych my­ślisz, że ich obec­ność jest oczy­wi­sta...

Aslak chciał mu prze­ka­zać coś waż­nego, Re­ijo to wy­czu­wał. Był jed­nak zbyt zmę­czony, żeby móc się do­my­ślić. - Po­wi­nie­nem pew­nie za­cze­kać na Mik­kala. Ale nie mogę. Nie dam rady, Re­ijo. To mnie zje od środka. Mam całą masę ro­boty, ale nie wiem, czy będę w sta­nie się nią za­jąć, je­śli tego nie zro­bię. Nikt z nas nie bę­dzie mógł za­cho­wy­wać się nor­mal­nie.

Aslak wy­krzy­wił usta.

- Za­biję tego niedź­wie­dzia.

Re­ijo po­my­ślał, że źle usły­szał. Ale nie my­lił się.

Zie­lone oczy Aslaka spoj­rzały na Re­ijo.

- Zro­bię to - po­wie­dział spo­koj­nie. Lo­do­wato spo­koj­nie. - Za­biję tego niedź­wie­dzia. Okażę mu tyle samo li­to­ści, ile on oka­zał mo­jej sio­strze.

- To nie­bez­pieczne. - Re­ijo po­czuł nie­przy­jemne mro­wie­nie w krzyżu. - Boże, Aslak, wiesz prze­cież, jak to jest nie­bez­pieczne! Wszy­scy to wi­dzie­li­śmy! Po dro­dze znaj­do­wa­łem pełno za­bi­tych re­ni­fe­rów. Roz­szar­pa­nych na strzępy. To nie­bez­pieczne iść za tym niedź­wie­dziem.

- Wiem. Prze­my­śla­łem to do­kład­nie. Wiem, na co się po­ry­wam. Ale mu­szę to zro­bić. Zro­bił­byś to samo, gdyby to była twoja sio­stra. Ja mia­łem tylko jedną sio­strę, Re­ijo. Wo­lał­bym pójść z Mik­ka­lem. - Aslak wes­tchnął. - Ale kto wie, jak długo jesz­cze bę­dzie le­żał... Nie mogę na niego cze­kać.

Re­ijo chciał po­wie­dzieć, że Mik­kal pew­nie nie bę­dzie w sta­nie iść na po­lo­wa­nie na niedź­wie­dzia, na­wet gdy wy­zdro­wieje, ale po­wstrzy­mał się. Nie trzeba roz­gła­szać złych wie­ści przed cza­sem.

- Pójdę z tobą. - Re­ijo usły­szał swój wła­sny głos. - Po­mogę ci za­bić tego niedź­wie­dzia.

Aslak nie zmie­nił wy­razu twa­rzy. Trwałby przy swoim po­sta­no­wie­niu na­wet, gdyby Re­ijo nie za­ofia­ro­wał po­mocy. Mu­siał się z tym zmie­rzyć.

- Pój­dziemy, gdy Sigga... gdy ją po­cho­wamy.

Re­ijo ski­nął głową. Był rów­nie blady jak Aslak. Ból tkwił w nim tak samo głę­boko.

Wszystko od­było się po ci­chu. Zło­żyli ją na wieczny spo­czy­nek bez więk­szych ce­re­mo­nii. Sigga, która przez całe ży­cie sta­rała się być do­strze­gana i ko­chana, miała po­grzeb rów­nie ci­chy jak ona sama we wcze­snej mło­do­ści.

Było w tym jakby gorz­kie szy­der­stwo.

Aslak my­ślał o tym, gdy ra­zem z bra­tem sy­pali ubogą zie­mię tun­dry na szczątki sio­stry. Mocno, aż do bólu za­ci­skał zęby, mimo to nie mógł po­wstrzy­mać pła­czu i zdra­dziec­kie łzy spły­wały mu z oczu.

Oj­ciec stał koło nich, zgar­biony. Opu­ścił ra­miona. Wy­glą­dał sta­rzej niż kie­dy­kol­wiek. Coś w nim umarło ra­zem z tą córką, którą tak bar­dzo ko­chał. Pa­vva na­wet nie czuł smutku. Wy­peł­niała go tylko pustka.

Wi­dział, jak jego naj­star­szy syn wal­czy ze łzami, i za­zdro­ścił mu tego. On nie był w sta­nie opła­kać Siggi.

Oczy swę­działy, były su­che i za­czer­wie­nione z bez­sen­no­ści.

Nie miał łez. Nie czuł żalu.

Ona była jego dziec­kiem. Jego córką.

Nie był w sta­nie uczcić jej pa­mięci ni­czym in­nym, jak tylko pustką.

An­ders ko­pał tak in­ten­syw­nie, że twarz spły­wała mu

po­tem, który mie­szał się ze łzami. Nie chciał po­ka­zać, że pła­cze. To nie przy­stoi męż­czyź­nie. Mu­siał być silny. Jego czarna grzywka już się zle­piła. Ra­miona go bo­lały. Po­cho­wali Siggę w głę­bo­kim dole. Nic nie bę­dzie w sta­nie jej od­ko­pać. Spo­cznie w po­koju.

Sigga nie od­na­la­zła spo­koju za ży­cia. Choć było już za późno, czuli, że za­słu­guje na niego po śmierci. Je­dy­nymi obec­nymi spoza ro­dziny byli Re­ijo i Inga. Stali w od­le­gło­ści kilku kro­ków od Pa­vvy, mil­cząc, z nie­ru­cho­mymi twa­rzami. Oczy Ingi prze­sła­niała zsu­nięta na czoło chu­sta, Re­ijo spla­tał ner­wowo dło­nie. Przy­szedł bez czapki i nie miał na czym za­ci­skać rąk. Ni­gdy nie lu­bił żony Mik­kala. Na­wet jej nie sza­no­wał. Te­raz, gdy stał przy gro­bie Siggi, było mu jej żal. Miała stać się czę­ścią tun­dry. Może wła­śnie tego by chciała?

Nikt w tym ma­łym zgro­ma­dze­niu nie znał jej na tyle do­brze, żeby móc to stwier­dzić na pewno.

Aslak i An­ders uło­żyli z po­wro­tem na miej­sce mech i wrzosy. Do­brze okryli ten piasz­czy­sty skra­wek ziemi i miej­sce po­chówku stało się nie­wi­doczne. Czuli, że tak wła­śnie po­winno być. An­ders chciał ja­koś ozna­czyć jej grób, ale oj­ciec i Aslak za­pro­te­sto­wali sta­now­czo.

Re­ijo chciał po­móc. Ręce go świerz­biały, by wziąć się do ro­boty.

Ale był obcy. Nie na­le­żał do nich. Wresz­cie Aslak uznał, że praca zo­stała za­koń­czona. Pod­niósł się, rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie na pro­sto­kąt świeżo przy­kryty dar­nią i po­pa­trzył na Re­ijo. Obaj byli zde­cy­do­wani.

- Nad­szedł czas - po­wie­dział Aslak. - Za­czy­namy.

Nie było trudno na­tra­fić na ślady niedź­wie­dzia. Re­ijo i Aslak szli szla­kiem śmierci. Wy­da­wało się, że zwie­rzę osza­lało w swej żą­dzy krwi.

Mik­kal i Pa­vva stra­cili wiele re­ni­fe­rów. Re­ijo za­prze­stał już li­cze­nia ich roz­szar­pa­nych ciał. Wie­dział jed­nak, że Aslak wie to do­kład­nie.

Jego twarz była nie­prze­nik­niona, ale Re­ijo czuł, że jego to­wa­rzysz jest rów­nie po­ru­szony i prze­stra­szony jak on sam. Za­le­d­wie jed­nym z re­ni­fe­rów po­ży­wił się za­bójca. Reszta stała się po­kar­mem dla li­sów, kru­ków i in­nych zwie­rząt.

Niedź­wiedź tylko mor­do­wał, wbi­jał zęby w świeże mięso i chłep­tał cie­płą, pul­su­jącą krew. Po­tem tra­cił za­in­te­re­so­wa­nie i po­rzu­cał zdo­bycz.

Tylko mor­do­wał.

Szli pie­chotą. Mieli ze sobą je­dy­nie naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. ża­den z nich nie za­mie­rzał po­wra­cać do obozu, za­nim nie za­biją niedź­wie­dzia.

Tun­dra była piękna. Zwierz zbo­czył jed­nak z otwar­tych, prze­wia­nych wia­trem prze­strzeni.

Zna­leźli od­ci­ski jego łap pro­wa­dzące do za­gaj­ni­ków i ku ni­skim wznie­sie­niom na skraju pła­sko­wyżu.

In­stynkt za­pro­wa­dził go tam, gdzie było trud­niej go zna­leźć. W kie­runku pa­gór­ków, ni­skich skał i ukry­cia, które dwaj męż­czyźni mu­sieli od­na­leźć.

Co­raz cię­żej było od­naj­dy­wać ślady, gdyż za­gaj­nik prze­szedł w gę­sty las li­ścia­sty. Zbo­cza po­kry­wały krzaki ja­gód i pa­pro­cie. Ich wiel­kie li­ście za­sła­niały tropy niedź­wie­dzia po­zo­sta­wiane na mięk­kim pod­łożu. Aslak mu­siał od­gar­niać li­ście i ga­łązki, aby coś zo­ba­czyć.

Zaj­mo­wało im to te­raz wię­cej czasu. Wiele razy my­lili kie­ru­nek. Nie mo­gli już iść we­dług śla­dów re­ni­fe­rów. Te zwie­rzęta wo­lały trzy­mać się otwar­tych prze­strzeni. Ich ulu­bione po­ży­wie­nie nie ro­sło w le­sie.

Re­ijo wie­dział, że musi po­le­gać na by­strym wzroku i do­świad­cze­niu Aslaka. Sam nie do­strze­gał nic poza tym, co było oczy­wi­ste, a uwa­żał się za do­świad­czo­nego w ob­co­wa­niu z przy­rodą.

Mu­siał po­chy­lić czoła przed zdol­no­ścią Aslaka czy­ta­nia z księgi na­tury. Ten chło­pak le­piej niż kto­kol­wiek inny ro­zu­miał przy­rodę, wśród któ­rej i z któ­rej żyli. Umiał do­strzec i oce­nić naj­mniej­szy na­po­tkany ślad. Było to nie­zbędne do ży­cia na tym pół­noc­nym pust­ko­wiu.

Aslak kop­nął nogą w zie­mię na zbo­czu. Uka­zały się od­chody. Re­ijo ni­gdy by ich nie do­strzegł, chyba że by w nie wszedł.

- Jest gdzieś w po­bliżu - stwier­dził sta­now­czo Aslak zmie­nio­nym gło­sem.

Re­ijo przy­ła­pał się na trwoż­nym spoj­rze­niu przez ra­mię. Nie wia­domo prze­cież, gdzie prze­bywa krwio­żer­cze zwie­rzę.

- Może nas te­raz ob­ser­wuje...

Aslak nie od­po­wie­dział. Prze­szu­ki­wał wzro­kiem oto­cze­nie. Rano po­cho­wał swoją sio­strę. Te­raz cały był zim­nym sku­pie­niem.

Re­ijo nie poj­mo­wał, skąd to­wa­rzysz czer­pał siły.

Aslak czub­kiem buta po­grze­bał w od­cho­dach. Jesz­cze nie wy­schły.

- Chyba masz ra­cję - Aslak zni­żył głos. - On jest w po­bliżu. Był tu­taj może przed po­łu­dniem.

Re­ijo prze­łknął ślinę. Gar­dło stało się dziw­nie su­che i cia­sne.

- Wy­daje się, że nasz przy­ja­ciel czę­sto tędy prze­cho­dzi...

Aslak przy­klęk­nął i roz­gar­nął li­ście pa­proci.

Re­ijo od­su­nął na­trętną myśl, że dziki zwierz może ich te­raz wi­dzieć, i po­chy­lił się nad zie­mią. Za­uwa­żył to samo, co Aslak.

Nie były to ślady po­zo­sta­wione tu i ów­dzie. Był to szlak.

- Czy inne zwie­rzęta mogą tędy cho­dzić? - za­sta­no­wił się Re­ijo.

Aslak spoj­rzał na niego.

- Cho­dził­byś tro­pem niedź­wie­dzia, gdy­byś był zwie­rzę­ciem?

Re­ijo przy­znał mu ra­cję. Aslak na­brał po­wie­trza.

- Mie­li­śmy szczę­ście, że na to tra­fi­li­śmy - rzu­cił zimno. - Nie mo­gło być le­piej.

- Tu­taj? - spy­tał Re­ijo. Nie mógł nic na to po­ra­dzić, ale źle się czuł w tym zie­lo­nym pół­mroku. Las był dla niego za gę­sty. Mo­gło się w nim ukry­wać wszystko...

- Tu­taj - po­twier­dził Aslak i za­czął od­gar­niać ga­łązki le­żące na ziemi.

Re­ijo po­szedł za jego przy­kła­dem. Mieli to ro­bić ra­zem. Prze­cież obie­cał, a słowa do­trzy­my­wał.

Im szyb­ciej będą pra­co­wać, tym le­piej.

Zbli­żał się wie­czór. Noc. Jak inne dra­pież­niki niedź­wiedź zwykł wy­cho­dzić nocą. Niebo po­zo­sta­nie rów­nie ja­sne jak w dzień, jed­nak w le­sie bę­dzie cień.

Obaj wi­dzieli tego niedź­wie­dzia. Był ol­brzymi.

Jama mu­siała być tak głę­boka, żeby się nie mógł wy­do­stać.

Po­zo­stała im tylko ta resztka wie­czoru.

Pra­co­wali z za­cię­ciem, gdyż obaj mieli po­wody do ze­msty. Aslak my­ślał o sio­strze, a Re­ijo o zma­sa­kro­wa­nej no­dze Mik­kala.

I obaj się bali.

Strach sku­tecz­nie po­ga­niał.

Nie by­liby w sta­nie się obro­nić, gdyby niedź­wiedź za­sko­czył ich, sto­ją­cych po ra­miona w dole, który stałby się dla nich gro­bem...

Nie mieli wy­boru - mu­sieli zdą­żyć.

Na­tura, bę­dąca świad­kiem wy­siłku obu męż­czyzn, jakby wstrzy­mała od­dech.

ży­cie, które po­winno pul­so­wać wo­kół nich, za­marło.

Wiele par czuj­nych oczu ob­ser­wo­wało lu­dzi za­kłó­ca­ją­cych spo­kój lasu.

Więk­sze i mniej­sze stwo­rze­nia wy­bie­rały inną drogę.

Re­ijo i Aslak także wstrzy­my­wali od­dech, pra­cu­jąc w ja­mie.

Mo­gli po­le­gać tylko na swoim słu­chu. Na zdol­no­ści oceny do­cie­ra­ją­cych do nich dźwię­ków, na in­nych nie­wi­docz­nych straż­ni­kach, któ­rych za­cho­wa­nie mo­głoby ich ostrzec.

By­łoby naj­bez­piecz­niej, gdyby je­den z nich po­głę­biał dół, a drugi prze­rzu­cał wy­ko­paną zie­mię da­lej.

Nie mieli jed­nak na to czasu.

Aslak spoj­rzał w górę. Gdyby uniósł rękę, mógłby do­tknąć dło­nią kra­wę­dzi jamy.

- Wy­daje się wy­soko. Ale niedź­wiedź był ol­brzymi. Nie mo­żemy ry­zy­ko­wać, że jama bę­dzie za płytka. Albo taka, z któ­rej sami nie wyj­dziemy - do­dał z wy­mu­szo­nym uśmie­chem.

- Albo że ten po­twór nas za­sko­czy. - Re­ijo znów się po­chy­lił nad dnem cia­snego dołu. - Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy, Aslak.

Zma­gali się z po­tem i zie­mią sy­piącą się w oczy. Na dło­niach mieli pę­che­rze, w ustach słony smak krwi. Plecy ich bo­lały, ko­lana za­częły drżeć.

Pra­co­wali w ci­szy wy­da­ją­cej się wiecz­no­ścią. Obaj wal­czyli z nie­ustanną chę­cią zer­ka­nia w górę. Nie po­winni tra­cić na to czasu. Le­piej było się po­wstrzy­mać, póki nie uznają, że już dość.

- Wy­star­czy?

Re­ijo osza­co­wał wzro­kiem kwa­dra­tową prze­strzeń po­nad nimi. Wy­da­wała się bar­dzo cia­sna.

- Le­piej spy­taj, czy mamy szansę się wy­do­stać...

Aslak ski­nął głową.

- Tak, tyle po­winno wy­star­czyć. Masz ra­cję, Re­ijo.

Mu­simy po­my­śleć o ra­to­wa­niu wła­snej skóry.

- Ty pierw­szy.

Re­ijo ukuc­nął, oparł­szy ręce o ścianę dołu. Aslak ostroż­nie sta­nął mu na ra­mio­nach.

Obaj opie­rali się rę­koma o ścianę, gdy Re­ijo ostroż­nie pro­sto­wał ko­lana, sta­jąc.

Aslak nie mógł po­ma­gać mu ina­czej, niż sta­ra­jąc się za­cho­wać rów­no­wagę. Obaj wie­dzieli, że byli już zbyt zmę­czeni na ewen­tu­alne po­wtó­rze­nie tej próby.

Nogi Re­ijo drżały. Za­ci­snął zęby i wspiął się na palce.

- Mam brzeg - usły­szał z góry. Za­raz po­tem cię­żar na jego ra­mio­nach nieco się zmniej­szył.

Aslak zła­pał za ko­rze­nie brzozy i wcią­gnął się na po­wierzch­nię. Ulga, jaką po­czuł, usu­nęła ob­ręcz bólu ści­ska­jącą jego głowę w cza­sie ko­pa­nia dołu.

Szybko za­wią­zał ar­kan wo­kół naj­bliż­szego moc­nego drzewa i rzu­cił jego ko­niec Re­ijo.

- Da­lej, ko­lego! Chyba nie chcesz zo­stać tam jako przy­nęta?

Re­ijo szybko wy­do­stał się z dołu. Bez zbęd­nych słów za­brali się do spla­ta­nia kraty z cien­kich ga­łęzi, która miała za­sło­nić otwór. Po­ło­żyli ją na miej­scu i za­ma­sko­wali wrzo­sem, pa­pro­ciami i mchem. Efekt był za­do­wa­la­jący.

- Po­win­ni­śmy mieć przy­nętę - rzu­cił Aslak. - Może ja­kąś par­dwę czy za­jąca...

- Tego niedź­wie­dzia nie sku­szą ta­kie dro­bia­zgi - od­parł Re­ijo. - A krata nie wy­trzyma cię­żaru re­ni­fera. Zro­bi­li­śmy, co w na­szej mocy, Aslak. Sam wiesz, że on prze­cho­dził tędy wiele razy. By­łoby dziwne, gdyby aku­rat te­raz miał zmie­nić trasę. Mu­simy wie­rzyć, że bę­dzie się trzy­mał swo­ich zwy­cza­jów.

- Albo bę­dziemy mu­sieli wy­my­ślić coś in­nego - wes­tchnął Aslak.

Re­ijo po­ki­wał głową, zmę­czony. Je­dyne, o czym te­raz ma­rzył, to od­po­czy­nek i sen...

- Chodźmy z tego prze­klę­tego lasu. - Aslaka cią­gnęło na otwartą prze­strzeń. - Wi­dzia­łem nie­da­leko skały, mo­żemy się tam schro­nić na noc.

Re­ijo nie sprze­ci­wiał się. Gę­ste, cięż­kie ko­rony drzew także jemu dzia­łały na nerwy.

Skały oka­zały się ide­al­nym schro­nie­niem na noc. Były wy­so­kie i two­rzyły ro­dzaj kręgu o tak cia­snym wej­ściu, że męż­czyźni mu­sieli mocno wcią­gnąć brzu­chy, aby się mię­dzy nimi prze­ci­snąć. Nie prze­do­stałby się tędy ża­den do­ro­sły niedź­wiedź. Na skały trudno by­łoby się wspiąć, zwłasz­cza że wie­czo­rem stały się śli­skie od wil­goci. Da­wały osłonę od wia­tru i opar­cie dla obo­la­łych ple­ców męż­czyzn.

Re­ijo roz­pa­lił małe ogni­sko. Roz­ło­żyli skóry re­ni­fe­rów.

Sta­rali się wziąć ze sobą jak naj­mniej rze­czy, ale bez skór nie mo­gli się obyć. Ogrze­wały, za­trzy­my­wały wil­goć, były ra­tun­kiem w zimne noce.

- Już my­śla­łem, że się nam nie uda - wy­znał Aslak. Sie­dział na jed­nej skó­rze, a przy­krył się drugą. Jego oczy roz­ja­śniły się nieco po opusz­cze­niu lasu. Re­ijo uśmiech­nął się lekko, żu­jąc twardy ka­wa­łek mięsa. Do­tąd nie mieli czasu na je­dze­nie, więc pierw­sze kęsy su­szo­nego mięsa re­ni­fera sma­ko­wały mu jak jesz­cze ni­gdy.

- Cały czas są­dzi­łem, że ten prze­klęty niedź­wiedź za­raz na­dej­dzie - zgo­dził się z nim Re­ijo.

Te­raz już nie mu­sieli ukry­wać, że się bali.

Roz­ma­wiali o nie­istot­nych spra­wach. Je­dli. Sta­rali się od­go­nić od sie­bie nie­przy­jemne my­śli.

Pod­trzy­my­wali ogień. Pół­nocna noc, mimo że ja­sna, nie była cie­pła.

Roz­cią­gnęli skóry na ziemi.

Re­ijo czuł, jak ko­szula przy­kleja mu się do ple­ców. Bar­dzo się spo­cił w cza­sie ro­boty, a te­raz mo­kre ubra­nie tylko jesz­cze ozię­biało ciało. Za­zdro­ścił Asla­kowi jego skó­rza­nego ka­ftana, który utrzy­my­wał ciało su­che i cie­płe.

Nie­ważne, nie mógł się nad sobą uża­lać. Nie wziął ubra­nia na zmianę, i już.

Le­żał pod skórą re­ni­fera, pod­kur­czyw­szy ko­lana pod brodę. Tak było cie­plej, ale zmę­czone mię­śnie nie mo­gły od­po­cząć.

Obo­lały i zmar­z­nięty, długo ma­rzył o śnie. Był kom­plet­nie wy­czer­pany. Nie byłby w sta­nie ru­szyć pal­cem, na­wet gdyby cho­dziło o jego ży­cie.

Po­trze­bo­wał od­po­czynku, ale nie mógł za­snąć.

Na dru­gim po­sła­niu także nie było spo­koju. Aslak prze­cią­gnął się i uniósł na łok­ciu.

- Też nie mogę za­snąć - po­wie­dział ci­cho. - Naj­bar­dziej to bym chciał tam wró­cić.

- Chyba nie je­steś tak głupi - sprze­ci­wił się Re­ijo. - Po­trze­bu­jesz od­po­czynku. Je­żeli on nie wpad­nie do tej pu­łapki, bę­dziemy mu­sieli ko­pać na­stępną.

- Nie mów ta­kich rze­czy - stęk­nął Aslak, za­kry­wa­jąc dło­nią oczy.

- Po­win­ni­śmy mieć po­rządną broń - my­ślał gło­śno Re­ijo. Pa­mię­tał, jak ku­piec w osa­dzie wy­na­jął lu­dzi, któ­rzy mieli strze­lać do Ro­sjan, han­dlu­ją­cych nie­le­gal­nie z miesz­kań­cami. - Po­win­ni­śmy mieć strzelbę. Wtedy mo­gli­by­śmy iść na niedź­wie­dzia.

Aslak nie miał za­ufa­nia do tych no­wo­cze­snych wy­my­słów.

- Tacy jak my ni­gdy nie będą po­sia­dać broni - stwier­dził. - Broń jest dla bo­ga­tych. I może tak jest le­piej...

Re­ijo nie od­po­wie­dział. Miał na ten te­mat wła­sne zda­nie. My­ślał o in­nych spra­wach niż po­lo­wa­nie.

Na świe­cie było tyle nie­spra­wie­dli­wo­ści. Sprawa broni, którą mieli urzęd­nicy czy bo­gaci, to tylko jedna strona pro­blemu. Re­ijo z tru­dem przyj­mo­wał do wia­do­mo­ści, że ist­nieją róż­nice po­mię­dzy ludźmi. Nie lu­bił przed ni­kim giąć karku.

Ale nie było to miej­sce ani pora na roz­wa­ża­nie tego ro­dzaju kwe­stii.

- Mu­simy spró­bo­wać za­snąć, Aslak. Nie wia­domo, co bę­dzie ju­tro. Może bę­dziemy mu­sieli znów szu­kać śla­dów.

Aslak tylko mruk­nął coś w od­po­wie­dzi.

- Pierw­szy, kto się obu­dzi, bu­dzi dru­giego - do­dał jesz­cze Re­ijo, sta­ra­jąc się zna­leźć wy­godną po­zy­cję i jed­no­cze­śnie nie stra­cić zdo­by­tego cie­pła.

Nie było to ła­twe za­da­nie, ale udało mu się w końcu za­snąć.

Zmę­cze­nie jest naj­lep­szą po­duszką.

Za­błą­kany pro­mień słońca obu­dził Re­ijo, ła­sko­cząc go w za­ro­śnięty po­li­czek.

Prze­cią­gnął się le­ni­wie i stwier­dził, że jest cie­pło. Ko­szula na­dal przy­le­gała mu do ciała, ale nie zmarzł, mimo że skóra re­ni­fera zsu­nęła się z niego.

Ota­czały go dźwięki. Owady brzę­czały na różne tony, do­cho­dził świer­got pta­ków.

Re­ijo zmu­sił się do otwar­cia po­wiek. Głowę miał ciężką i obo­lałą. Ra­mion i nóg nie­mal nie dało się roz­pro­sto­wać.

Po­cząt­kowo nie ro­zu­miał, gdzie jest. Nie wie­dział, co to za szare ko­losy wi­dzi nad sobą.

Na­gle przy­po­mniał so­bie wszystko. Ze­sztyw­niałe mię­śnie przy­po­mniały mu o pu­łapce, którą z ta­kim tru­dem wy­ko­pali z Asla­kiem.

Aslak? Re­ijo usiadł i ro­zej­rzał się wo­koło.

Ka­mienny krąg. Wy­pa­lone resztki ogni­ska. Skóry re­ni­fera, w któ­rych spał Aslak, po­rząd­nie zwi­nięte i oparte o ka­mie­nie. A gdzie Aslak?

- A niech go szlag...!

Re­ijo ze­rwał się na nogi i skrzy­wił się, gdy mię­śnie nie na­dą­żyły za tem­pem, które usi­ło­wał im na­rzu­cić.

Szybko wcią­gnął swe­ter, a nóż wsu­nął za pas.

Po­wi­nien się był do­my­ślić, że Aslak bę­dzie się ba­wił w bo­ha­tera. że ten niedź­wiedź go opę­tał.

Oskar­ża­jąc się i prze­kli­na­jąc to­wa­rzy­sza, że nie­po­trzeb­nie na­raża się na nie­bez­pie­czeń­stwo, biegł w kie­runku lasu.

Nie my­ślał o tym, żeby być ci­cho. Nie przy­szło mu do głowy, że za­cho­wuje się rów­nie nie­roz­sąd­nie jak Aslak.

Zna­lazł go przy pu­łapce.

Brat Siggi pro­mie­niał ni­czym księ­życ w pełni. Za­jęty był stru­ga­niem dzid z brzó­zek.

Po­wód był oczy­wi­sty. Jama ziała czer­nią. Re­ijo sły­szał do­cho­dzące stam­tąd groźne po­mruki.

Wstrzy­mał od­dech i pod­szedł ostroż­nie. Nie mógł od­wa­żyć się zer­k­nąć w dół.

- Udało nam się, Re­ijo! Udało się! - Aslak uśmiech­nął się zwy­cię­sko. Jego spoj­rze­nie skie­ro­wane na schwy­tane zwie­rzę było zimne jak mroźna noc. - To był wła­ściwy trop.

Re­ijo bez­wied­nie cof­nął się, gdy niedź­wiedź pod­niósł się na tylne nogi i za­ło­mo­tał przed­nimi w ściany jamy. Nic jed­nak nie osią­gnął poza tym, że jesz­cze wię­cej ziemi po­sy­pało się na niego, wzma­ga­jąc jego wście­kłość i strach.

Był schwy­tany.

Aslak pew­nie po­sy­łał swe dzidy w dół. Re­ijo nie mógł na to pa­trzeć.

Dźwięki wy­da­wane przez niedź­wie­dzia świad­czyły o tym, że męż­czy­zna nie chy­bił ani razu.

Re­ijo wie­dział, jaki szlak krwi i śmierci zwie­rzę po­zo­sta­wiło za sobą, mimo to nie mógł mu nie współ­czuć. Jego serce było za­wsze po stro­nie cier­pią­cych.

Aslak ci­snął ostat­nią dzidę, zwie­rzę wy­dało ostat­nie stęk­nię­cie i zde­chło.

Ci­szę od­czu­wało się niby zimną ścianę, mimo że przy­roda znów ożyła. Ptaki śpie­wały, my­szy prze­my­kały po­mię­dzy wrzo­sami, owady brzę­czały.

Aslak otarł czoło wierz­chem dłoni.

- Zde­chła - stwier­dził. - Ta prze­klęta be­stia zde­chła.

Za­czął wrzu­cać do dołu ga­łę­zie i su­chy mech. Re­ijo nie ro­zu­miał, dla­czego, do­póki Aslak nie ukląkł przy kra­wę­dzi i nie za­brał się do roz­pa­la­nia ognia.

- Co, u dia­bła, chcesz zro­bić?

Aslak pra­co­wał da­lej. Od­po­wie­dział spo­koj­nym gło­sem:

- Spa­lić go, oczy­wi­ście.

- Nie mo­żesz go spa­lić! Nie tu­taj. Las się może za­jąć.

- Ściany jamy na to nie po­zwolą.

Asla­kowi udało się skrze­sać kilka iskier. Za­pa­lił su­che ga­łązki, od­cze­kał chwilę i rzu­cił je do dołu.

- Nic nie bę­dzie ja­dło niedź­wie­dzia, który za­bił moją sio­strę - po­wie­dział twardo. - Nikt nie użyje jego skóry.

Ogień skwier­czał. Aslak do­rzu­cał ga­łęzi.

Pło­mie­nie się­gały brzegu jamy, męż­czyźni za­dep­ty­wali się­ga­jące poza nią ła­kome ję­zyki.

Przy brzegu zro­biło się tak go­rąco, że trudno było ustać.

Re­ijo cof­nął się, ale Aslak zo­stał.

Na­wet wtedy, gdy w po­wie­trze ude­rzył smród pło­ną­cego fu­tra i skóry, Aslak stał i pa­trzył pro­sto w ogień.

Mi­nęła nie­mal po­łowa dnia, za­nim z niedź­wie­dzia mor­dercy zo­stały tylko zwę­glone resztki.

Wtedy Aslak uznał, że to wy­star­czy, i za­częli za­ko­py­wać dół.

Na­wet go za­ma­sko­wał.

Nie chciał, żeby po za­bójcy po­zo­stał ja­ki­kol­wiek ślad.

Wra­cali w dużo lep­szych hu­mo­rach. Ła­two im się roz­ma­wiało. Mieli czas na oglą­da­nie kwia­tów, ja­strzę­bia krą­żą­cego na nie­bie, zwie­rząt prze­mie­rza­ją­cych tun­drę. Za­trzy­mali się przy po­toku i uga­sili pra­gnie­nie lo­do­watą wodą.

Chwilę od­po­częli. Re­ijo za­uwa­żył kilka sza­ro­brą­zo­wych kul na zbo­czu po dru­giej stro­nie. Zła­pał Aslaka za ra­mię.

- Młode niedź­wie­dzia?

Aslak wpa­trzył się w dal i ski­nął głową. Szybko ze­rwali się na nogi.

- Nie warto cze­kać, aż za­in­te­re­suje się nami niedź­wie­dzica - rzu­cił Aslak, idąc szyb­kimi kro­kami. - Naj­wy­raź­niej jest tu ich wię­cej w oko­licy.

- Ale my za­ła­twi­li­śmy naj­gor­szego.

Po­zwo­lili so­bie znów na na­pa­wa­nie się trium­fem, mimo że wspo­mnie­nia nie były przy­jemne.

Na An­dersa na­tra­fili do­bry ka­wa­łek przed obo­zem.

Chło­pak był zdy­szany i pod­nie­cony.

- No, je­ste­ście wresz­cie. Za­czy­na­li­śmy się o was nie­po­koić. Zgło­si­łem się na ochot­nika, żeby pójść w wa­szym kie­runku - skrzy­wił się. - Nikt inny nie mógł iść. Zresztą le­dwo mi na to po­zwo­lili. Bali się, że stracą i mnie. Za­czy­na­li­śmy my­śleć, że ten niedź­wiedź już was ma!

- Tu się my­lisz, An­ders. - Aslak ob­jął brata za ra­miona i po­trzą­snął nim. - Jest od­wrot­nie. Niedź­wiedź nas nie zła­pał. To my zła­pa­li­śmy jego.

- Co?

Aslak za­śmiał się.

- Nie wie­dzia­łem, że masz słaby słuch, An­ders. Za­bi­li­śmy go. Zła­pa­li­śmy go w pu­łapkę. Spa­li­li­śmy ścierwo. Nie po­zo­stał z niego na­wet skra­wek mięsa.

- Kiedy? - spy­tał po­bla­dły An­ders.

- Zła­pał się w nocy - oznaj­mił Aslak dum­nie. - Cały dzień go pa­li­li­śmy.

An­ders przy­mknął oczy, od­wró­cił się od nich i po­wie­dział z tru­dem:

- Dziś po po­łu­dniu niedź­wiedź za­bił na­sze cztery re­ni­fery.

Aslak i Re­ijo po­pa­trzyli na sie­bie. Przed oczyma sta­nęły im ba­wiące się niedź­wiadki.

- Na Boga! - jęk­nął Re­ijo zre­zy­gno­wany. - Zła­pa­li­śmy nie tego niedź­wie­dzia. Za­bi­li­śmy niedź­wie­dzicę!

Rozdział 4

Aslak chciał wy­ru­szyć od razu. Przy­siągł prze­cież, że za­bije niedź­wie­dzia mor­dercę. Mó­wił, że jest to wi­nien pa­mięci Siggi.

To Pa­vva prze­ko­nał go, aby zo­stał.

- Nie ro­bisz tego dla Siggi - po­wie­dział spo­koj­nie do syna. - Ro­bisz to dla sie­bie. Przy­znaj sam. Sigga nie żyje. Już jej nie po­mo­żesz. Za to my po­trze­bu­jemy pracy two­ich rąk. Je­steś nam bar­dziej po­trzebny tu­taj niż włó­czący się po tun­drze za niedź­wie­dziem, któ­rego może ni­gdy nie spo­tkasz. Jest zresztą bar­dziej praw­do­po­dobne, że on przyj­dzie tu, gdzie są zwie­rzęta i lu­dzie...

Pa­vva nie wy­ra­ził tego wprost, ale dał Asla­kowi do zro­zu­mie­nia, że jego obo­wiąz­kiem jest po­zo­sta­nie w obo­zie.

- Mik­kal na­dal leży - do­dał Pa­vva zmar­twiony. - Ra­vna mówi, że jej zioła nie po­ma­gają.

Aslak pod­dał się. Po­sta­no­wił zo­stać, choć nie wy­ja­wił, na jak długo. Nie do­dał też, że za­mie­rza na­dal tro­pić tego niedź­wie­dzia, choćby miał na to po­świę­cić całe ży­cie.

Po­przy­siągł so­bie, że musi go zo­ba­czyć mar­twym.

- Jak się ma Inga? - spy­tał, zmie­nia­jąc te­mat.

- Do­brze - od­rzekł Pa­vva. - Czuwa przy Mik­kalu na zmianę z Ra­vną. - Po­trzą­snął głową i uśmiech­nął się lekko. - Ten chło­pak miał za­wsze dziwne po­wo­dze­nie u ko­biet. Ni­gdy nie ro­zu­mia­łem, dla­czego. Prze­cież nie ma w nim nic szcze­gól­nego.

- Ko­biety są wi­dać in­nego zda­nia, oj­cze. - Wzru­szył ra­mio­nami Aslak.

Re­ijo prze­brał się w czy­ste ubra­nie i po­szedł do na­miotu Mik­kala.

Przy cho­rym była Inga.

Re­ijo był nie­mal pe­wien, że Mik­kal do­szedł już do sie­bie. Wie­dział, że z nogą ni­gdy nie bę­dzie tak, jak kie­dyś, ale ocze­ki­wał, że Mik­kal już go sam przy­wita.

- Jak z nim? - spy­tał bez­wied­nie ści­szo­nym gło­sem. Skar­cił się za to w my­śli. Brzmiało to tak, jakby Mik­kal już nie żył.

- Go­rącz­kuje - od­po­wie­działa Inga, zmę­czona i zre­zy­gno­wana. Miała pod­krą­żone i za­czer­wie­nione oczy. Re­ijo nie wie­dział, czy od pła­czu, czy od czu­wa­nia. Za­pewne od tego i od tego. - Go­rączka wcale nie spada. On spływa po­tem. Na­gle mar­z­nie, aż szczęka zę­bami. Chwilę póź­niej od­rzuca przy­kry­cie i mówi, że go pa­rzy...

- Czy od­zy­ski­wał przy­tom­ność?

Inga po­krę­ciła prze­cząco głową. Jej błę­kitne oczy po­smut­niały.

- On śpi. Śni mu się coś, ma­ja­czy. Nie po­znaje Ra­vny. Mnie to już zu­peł­nie nie.

Spu­ściła głowę.

- Mówi tylko do Ra­iji - cią­gnęła bez­barw­nym gło­sem. - Pro­wa­dzi z nią ja­kieś roz­mowy. Woła ją. Krzy­czy na nas, że jej tu nie spro­wa­dzamy...

Re­ijo wes­tchnął. Inga nie za­słu­gi­wała na ta­kie trak­to­wa­nie, ale Mik­kala nie można było za to wi­nić. Jego umysł prze­by­wał gdzie in­dziej, tylko ciało po­zo­sta­wało tu z nimi.

- Co z udem?

Inga z tru­dem prze­łknęła ślinę. ?zy sta­nęły jej w oczach i nie mo­gła wy­krztu­sić ani słowa.

- Co z jego raną, Inga?

- Sam zo­bacz!

Wstała i pu­ściła go na swoje miej­sce. Od­wró­ciła się. Ra­miona jej drżały, ale z ca­łej siły sta­rała się po­wstrzy­mać szloch.

Mik­kal spał. Nie za głę­boko, ale spał. Od­dech miał ury­wany. Przez mię­śnie prze­bie­gały skur­cze. Po­wieki i noz­drza po­ru­szały się cały czas. Re­ijo nie wi­dział kro­pli potu na jego czole, ale skóra była wil­gotna i go­rąca.

Nie był to sen da­jący od­po­czy­nek.

Re­ijo od­chy­lił przy­kry­cie. Gdy ranny nie za­re­ago­wał, ostroż­nie roz­wią­zał ban­daże.

Pod spodem le­żała papka z ziół. Wy­tarł ją ka­wał­kiem płótna.

Płacz Ingi był ci­chy, ale przej­mu­jący. Nie mo­gła się zmu­sić, aby nie pa­trzeć. Było tak samo źle jak za po­przed­nim ra­zem.

Re­ijo z tru­dem prze­łknął ślinę.

Mu­siał za­ci­snąć zęby, aby nie zwy­mio­to­wać. Zro­zu­miał Ingę.

Zro­zu­miał też, skąd brał się ten dziwny za­pach, który ude­rzył go w nos, gdy wcho­dził do na­miotu.

Długo prze­by­wał z Asla­kiem na świe­żym po­wie­trzu i uznał, że jest to zwy­kły za­duch pa­nu­jący w za­mknię­tym na­mio­cie. No, może zmie­niony z po­wodu obec­no­ści cho­rego Mik­kala.

Z nie­chę­cią od­wró­cił twarz. Nie po­mo­gło sku­pia­nie wzroku na czymś in­nym. Nie po­ma­gało za­mknię­cie oczu. Ten po­ha­ra­tany ka­wa­łek ciała, który sta­no­wił część uda Mik­kala, stał na­dal przed jego oczami.

Nie miał zdro­wego czer­wo­nego ko­loru.

Był obrzy­dli­wie zie­lo­no­żółty. Miej­scami bar­dziej zie­lony. Chory, od­py­cha­jący i chory...

No i ten smród...

Inga wcią­gnęła po­wie­trze i spoj­rzała na Re­ijo sze­roko otwar­tymi oczami. ?zy spły­wały jej po po­licz­kach.

- On gnije, Re­ijo! Jego udo gnije! Zioła Ra­vny nie po­ma­gają...

Re­ijo zmu­sił się, by znowu po­pa­trzeć na ranę. Prze­ły­kał raz po raz ślinę, aż bo­lało go ści­śnięte gar­dło, a żo­łą­dek był jak twarda, lo­do­wata gruda.

- Gnije - przy­znał zdu­szo­nym gło­sem. Czuł, że w każ­dej chwili może zwy­mio­to­wać. - Ale nie wolno nam się pod­da­wać!

Przy­po­mniał so­bie, jak Mik­kal lekko prze­ska­ki­wał przez po­wa­lone wia­trem pnie drzew. Zda­wał so­bie sprawę, że on już ni­gdy nie bę­dzie mógł bie­gać, ale na­wet przez myśl mu nie prze­szło, że rana za­grozi jego ży­ciu...

Albo jesz­cze go­rzej: Mik­kal bez jed­nej nogi... Było to wręcz nie­wy­obra­żalne.

O nieba!, po­my­ślał bez­rad­nie. Ra­iju, Ra­iju, jakże bym chciał, że­byś tu była! Przy­dałby się twój zdrowy roz­są­dek. Twoja zdol­ność ja­snego my­śle­nia w trud­nej sy­tu­acji. Twoja zdol­ność dzia­ła­nia. On cię po­trze­buje, Ra­iju. Jak on bar­dzo cię po­trze­buje!

- My­ły­śmy ranę - mó­wiła Inga co­raz szyb­ciej, jakby to przy­no­siło jej ulgę. - Bez prze­rwy zmie­nia­ły­śmy opa­trunki. Kła­dły­śmy inne zioła. Ra­vna wy­pró­bo­wała już wszyst­kie, które znała. Nic nie po­maga, tylko się po­gar­sza. Nie da­jemy rady, Re­ijo, on gnije!

Wy­krzy­czała te­raz to prze­ra­ża­jące słowo. Znaj­do­wała w tym ro­dzaj po­cie­sze­nia.

- On zgnije!

Re­ijo nie za­prze­czył. Nie po­wstrzy­my­wał jej także, gdy za­częła szar­pać się za włosy. Pa­trzył, jak roz­oruje pa­znok­ciami twarz, po­zo­sta­wia­jąc krwawe ślady. Wy­da­wało się, że ta ko­bieta nie czuje bólu.

Nie czuje, gdyż jej we­wnętrzna rana jest o wiele bar­dziej bo­le­sna.

Zgnije...

To nie­moż­liwe!

W ułamku se­kundy Re­ijo uj­rzał oczami wy­obraźni Ra­iję z no­żem w drob­nych dło­niach. Ona była zdolna wbić ostrze w ra­mię Alek­sieja i ura­to­wać mu ży­cie.

Wtedy Re­ijo nie był w sta­nie tego do­ko­nać. Wie­dział, co na­leży zro­bić, ale nie mógł wziąć noża w swoje ręce.

Ra­ija pła­kała, ale pod­jęła się tego, na co jemu za­bra­kło sił.

Re­ijo miał już pew­ność, że te­raz nie cof­nie się przed tym, co ko­nieczne.

W cza­sie zi­mo­wych po­ło­wów wi­dy­wał palce u nóg ta­kiego ko­loru i tak samo cuch­nące. Palce, które gniły.

Wtedy uży­wali noża. Upi­jali nie­szczę­śnika do nie­przy­tom­no­ści i od­ci­nali chorą część stopy. Po­tem przy­pa­lali ranę. Ogień oczysz­cza...

Prze­łknął ślinę.

Nie mógł przed­sta­wić swego po­my­słu In­dze. Już wy­star­cza­jąco cierpi. Wła­śnie ko­lejny raz opa­try­wała ranę Mik­kala. Te same czyn­no­ści: oczysz­cze­nie, nowa papka zio­łowa, owi­nię­cie...

Za­nim co­kol­wiek zrobi, musi po­roz­ma­wiać z Ra­vną. Może ona jesz­cze coś wy­my­śli Może to się samo za­trzyma...

Może...

A może ju­tro słońce wzej­dzie na za­cho­dzie!

- Wszystko bę­dzie do­brze - po­wie­dział, by uspo­koić Ingę. Nie mógł pa­trzeć na jej cier­pie­nie.

Otarła oczy.

- Nie umiesz prze­ko­nu­jąco kła­mać - rzu­ciła. Re­ijo wzru­szył ra­mio­nami.

Usta Mik­kala po­ru­szyły się bez­gło­śnie. Nie było to zresztą po­trzebne. Oboje mo­gli od­czy­tać imię, które po­wta­rzał jesz­cze kilka razy.

Ra­ija.

Uda­wali, że tego nie wi­dzą.

- Nie po­może Mik­ka­lowi, że roz­pa­czasz, kiedy się ock­nie.

- Kiedy?! - za­szlo­chała Inga. - Je­żeli, Re­ijo, je­żeli się ock­nie!

- Wi­dy­wa­łem ta­kie rany - burk­nął Re­ijo. - I wiem, że ci lu­dzie żyją i mają się do­brze.

Nie wspo­mniał o nożu i ogniu. Do­dał tylko:

- Zo­ba­czymy, je­żeli się nie po­lep­szy, zro­bimy to, co po­trzeba.

- Co?

Re­ijo spoj­rzał jej w oczy.

- Le­piej, że­byś tego nie wie­działa, Inga - rzu­cił twardo, nie spusz­cza­jąc z niej wzroku.

Inga uznała to.

- Pra­gnę tylko, żeby on żył - wy­szep­tała ci­cho, spla­ta­jąc dło­nie. - Ni­czego wię­cej nie chcę. Wiem, że by­ła­bym szczę­śliwa, na­wet gdyby on był z nią, by­le­bym wie­działa, że żyje.

- Ro­zu­miem cię - szep­nął Re­ijo. Przez chwilę był my­ślami da­leko od pół­noc­nego Fin­n­marku i ran­nego przy­ja­ciela. Przez tę chwilę my­ślał o so­bie. O swoim za­mor­do­wa­nym szczę­ściu.

- Jak długo jest ży­cie, jest na­dzieja - do­dał. Dla niego nie były to tylko pu­ste słowa. Wie­rzył, że Inga to ro­zu­mie.

- Dasz radę jesz­cze z nim sie­dzieć? - spy­tał. - Wy­glą­dasz na zmę­czoną.

- Bo je­stem. Ale nic mnie stąd nie wy­rwie. Mu­szę tu być, i już. To pro­ste.

Re­ijo po­ki­wał głową. Ro­zu­miał ją. Nie po­wie­dział nic wię­cej. Po­gła­dził ją po wło­sach, tak jak gła­dził kie­dyś Maję i Elise. Wy­dało mu się to tak od­le­głe w prze­strzeni i cza­sie. Chciał wró­cić. Po­wie­dział prze­cież: rok.

Oboje zgo­dzili się na to. Miał spę­dzić rok - wolny.

Nie po­zo­stało już wiele ty­go­dni tego roku. Po­wi­nien już być w dro­dze do domu nad mo­rzem.

Tak bar­dzo chciał oka­zać się hojny i wspa­nia­ło­myślny. Kie­dyś, jesz­cze jako nie­opie­rzone mło­kosy, fan­ta­zjo­wali ra­zem z Kal­lem, że gdy już będą bo­gaci, da­dzą Ra­iji wszystko to, o czym za­ma­rzy.

Tak na­prawdę Re­ijo nie był dużo bo­gat­szy niż wtedy, jed­nak te­raz mógł ofia­ro­wać jej coś, czego pra­gnęła naj­bar­dziej: wol­ność i Mik­kala.

A sam znik­nie z jej ży­cia. Tak to so­bie ob­my­ślił.

Te­raz jed­nak Ra­ija bę­dzie mu­siała na niego po­cze­kać. W naj­gor­szym ra­zie po­wie jej, że już ni­gdy nie do­sta­nie tego, kogo naj­bar­dziej pra­gnęła.

Re­ijo musi wie­dzieć, jak bę­dzie z Mik­ka­lem. Nie może odejść, za­nim się to nie roz­strzy­gnie. Wie­rzył z ca­łych sił, że przy­ja­cie­lowi się po­lep­szy. Ból spra­wiała mu sama myśl, że on mógłby umrzeć...

Albo że sta­nie się ka­leką...

Ra­vna po­ło­żyła Ailo spać. Z po­zoru wy­da­wała się spo­kojna jak zwy­kle, Re­ijo czuł jed­nak, że jest tak samo prze­ra­żona jak on. Rów­nie bez­radna.

- By­łeś u niego? - spy­tała, wy­pro­wa­dza­jąc Re­ijo z na­miotu. Nie chciała, aby wnuk się obu­dził i usły­szał coś z ich roz­mowy.

Re­ijo ski­nął głową.

- Po­wiedz to! - za­żą­dała Ra­vna. - Po pro­stu to po­wiedz, Re­ijo! Inga nie ma od­wagi. Nie wie, że ja ro­zu­miem. Są­dzi, że ja tego nie wi­dzę. że nie wiem, co się dzieje z moim chłop­cem. Za­myka się ze swoim pła­czem i stra­chem i mil­czy. Po­wiedz to, Re­ijo, po­wiedz to, co wszy­scy wi­dzimy! On umiera...

- Inga mówi: gnije...

Ra­vna po­chy­liła głowę.

- Nie mam już łez - po­wie­działa zmę­czona. - Nie mogę już pła­kać, choć może po­win­nam.

- Łzy nie ura­tują jego nogi - Re­ijo sta­rał się być chłodny i opa­no­wany, choć nie był pe­wien, czy to mu się uda. - Czy wy­pró­bo­wa­łaś wszystko? Ab­so­lut­nie wszystko? Może coś po­mi­nę­łaś?

- On jest moim sy­nem - wes­tchnęła Ra­vna. - Są­dzisz, że mo­gła­bym coś po­mi­nąć, gdy­bym przy­pusz­czała, że to może go ura­to­wać? Te­raz już tylko się mo­dlę. - Wzięła głęb­szy od­dech. - Gdy­by­śmy mieli tu sza­mana, po­szła­bym do niego.

Ra­vna głę­boko wie­rzyła w Chry­stusa, sza­ma­nizm uzna­wała za godny po­tę­pie­nia.

- Mógł­bym cze­goś spró­bo­wać - za­czął Re­ijo po­woli. - Skoro nic nie po­mo­gło...

- Nie wolno ci uciąć mu nogi! - za­wo­łała Ra­vna za­dzi­wia­jąco cien­kim gło­sem.

Zła­pała obiema rę­kami za ra­miona Re­ijo i pró­bo­wała nim po­trzą­snąć.

- Nie wolno ci uciąć mu nogi! Mik­kal nie mógłby z tym żyć. Je­żeli jest to je­dyny spo­sób, aby go ura­to­wać, nie rób tego. Wolę wi­dzieć go mar­twym...

Re­ijo czuł, że jest tak blady jak ona.

- Nie mógł­bym tego zro­bić, Ra­vna. To za­bi­łoby Mik­kala w inny spo­sób...

Za­pa­trzył się przed sie­bie.

- Ale będę mu­siał użyć noża. Po­tem będę po­trze­bo­wał two­ich ziół. No i po­mocy męż­czyzn...

Ra­vna długo pa­trzyła na niego. Nie py­tała już wię­cej. Re­ijo nie był pe­wien, czy zro­zu­miała, ale nie miał siły, by tłu­ma­czyć. Wy­star­cza­jąco trudno było o tym my­śleć, na­wet bez szcze­gó­łów. Gdyby to mu­siał opi­sać, pew­nie nie byłby w sta­nie tego wy­ko­nać. Coś ta­kiego można prze­żyć tylko raz. Wię­cej nie.

- Zrób to! - po­wie­działa Ra­vna zde­cy­do­wa­nym to­nem. - Je­żeli są­dzisz, że to po­może, zrób to! Nie mo­żemy nie spró­bo­wać. Rób wszystko, tylko nie ob­ci­naj mu nogi!

Uśmiech, który miał być za­chę­ca­jący i po­cie­sza­jący, oka­zał się tylko jego cie­niem.

- Po­pro­szę Aslaka i An­dersa o po­moc.

Aslak był za­sko­czony i prze­ra­żony pro­po­zy­cją Re­ijo.

- Nie mó­wi­łeś, że z Mik­ka­lem jest aż tak źle! - brzmiało to pra­wie jak wy­rzut.

- Wtedy tak nie było.

- Do­padnę tego niedź­wie­dzia! - wy­buch­nął Aslak. - Choćby to miało być ostat­nią rze­czą, którą zro­bię!

An­ders był młod­szy, ale wła­śnie te­raz oka­zał się doj­rzal­szy od swego brata.

- To nic te­raz nie da Mik­ka­lowi. On po­trze­buje na­szej po­mocy, jak mówi Re­ijo. Ja po­mogę.

- Ja też. - żą­dza ze­msty nie za­ćmiła jed­nak cał­ko­wi­cie umy­słu Aslaka. - Oczy­wi­ście, że po­mogę. Ale obie­cuję wam: ten niedź­wiedź nie bę­dzie już wię­cej za­bi­jał ani oka­le­czał!

- Kiedy to zro­bimy?

Re­ijo spoj­rzał na An­dersa, po­bla­dły, i rzekł:

- Choćby za­raz.

Mik­kal nie spał, gdy we­szli do na­miotu. Spoj­rze­nie, któ­rym ich przy­wi­tał, było szkli­ste. Nie po­znał ich.

- Po co tu są ci obcy? - spy­tał Ingę.

Spró­bo­wał wy­rwać się z jej uści­sku i usiąść, lecz mu­siał się pod­dać.

- Dla­czego tu sie­dzisz? Kim je­steś? Mó­wi­łem prze­cież, że­byś przy­pro­wa­dziła Ra­iję. Dla­czego nikt po nią nie pój­dzie?

Od­po­wie­działo mu mil­cze­nie.

- Czy coś jej się stało? Wiem, że coś się mu­siało stać! Ona musi tu przyjść, mu­szę zo­ba­czyć, że wszystko jest w po­rządku. Przy­pro­wadź­cie ją!

Aslak trzę­są­cymi się rę­kami na­lał po­tężną por­cję wódki do kubka i po­dał ją Mik­ka­lowi.

Ten spoj­rzał po­dejrz­li­wie na na­czy­nie i dłoń, która go trzy­mała.

- Dla­czego da­je­cie mi to do pi­cia? My­śli­cie, że zdo­łam za­po­mnieć o Ra­iji? Chyba jej nie po­wie­dzie­li­ście, że jej po­trze­buję, co?

Aslak usiadł obok ran­nego. Przy­trzy­mał go mocno za ra­miona i przy­bli­żył ku­bek do jego ust. Zła­pał bru­tal­nie za włosy i zmu­sił do wy­pi­cia kilku ły­ków. Mik­kal pluł i kasz­lał, ale Aslak po­wtó­rzył ope­ra­cję, gdy tylko chory zła­pał od­dech.

Ku­bek był pu­sty.

Wtedy Aslak spoj­rzał Mik­ka­lowi pro­sto w oczy, na­dal trzy­ma­jąc go mocno za ra­miona.

- Znasz mnie, Mik­kal. To ja, Aslak. Wróć do rze­czy­wi­sto­ści. Ra­iji tu nie ma. Dawno jej tu nie było. Ona nie wie na­wet, że je­steś ranny.

- Nie po­wie­dzie­li­ście jej! Wie­dzia­łem! Wie­dzia­łem!

- To nic nie da, Aslak. - Re­ijo czuł, że tracą czas. - On ma­ja­czy. Wlej mu wię­cej wódki!

Aslak usłu­chał, ale na­dal mó­wił do ran­nego. Tłu­ma­czył, co się wy­da­rzyło i gdzie się znaj­dują, lecz Mik­kal nie przy­jął tego do wia­do­mo­ści. Cią­gle py­tał tylko o Ra­iję. Była je­dyną zna­czącą dla niego co­kol­wiek osobą. Nie po­zna­wał na­wet matki.

- Spró­bujmy.

- Czego? - Inga była czujna. Zmru­żo­nymi oczami zmie­rzyła męż­czyzn. - Dla­czego jest was tylu? Co chce­cie zro­bić z Mik­ka­lem? Nie wolno wam mu zro­bić ni­czego złego! Ra­vna! Co oni ro­bią? Po­wstrzy­maj ich!

Ra­vna od­cią­gnęła ją ła­god­nie.

- Po­dejmą ostat­nią próbę, moja mała. Ja już nic nie mogę po­móc. Wy­ko­rzy­sta­łam wszyst­kie spo­soby. Oni spró­bują go oca­lić. Ura­to­wać mu ży­cie.

- Jak?

Ra­vna po­trzą­snęła głową.

- Le­piej, że­byś nie wie­działa. Nie bę­dziesz na to pa­trzeć. Obie wyj­dziemy stąd i za­cze­kamy, aż skoń­czą.

- Nie! - za­pro­te­sto­wała Inga, ale Ra­vna sta­now­czo wy­pchnęła młod­szą i sil­niej­szą ko­bietę na ze­wnątrz.

- Rób­cie to, co mu­si­cie - rzu­ciła.

Na­gle wszystko stało się rze­czy­wi­ste. Re­ijo ścią­gnął kurtkę. Czuł, że jest mo­kry od potu. Ręce mu się trzę­sły, a wie­dział prze­cież, że mu­szą być pewne.

- Po­wi­nie­neś wy­pa­lić nóż - po­wie­dział An­ders, a ton jego głosu wska­zy­wał, że nie jest już tak od­ważny.

Re­ijo we­tknął nóż po­mię­dzy ża­rzące się po­lana. Zo­sta­wił go tam na chwilę, która wy­dłu­żała się w nie­skoń­czo­ność.

- No, trzy­maj­cie go, chłopy!

Może mógł się jesz­cze wy­co­fać...

Re­ijo pod­jął jed­nak de­cy­zję. Drże­nie rąk mi­nęło. Umysł stał się lo­do­waty i przy­tomny, tak jak po­wi­nien. Dłoń trzy­ma­jąca nóż o sze­ro­kim ostrzu była nie­ru­choma jak skała.

- Te­raz.

Aslak i An­ders przy­trzy­mali z ca­łej siły ra­miona i nogi Mik­kala.

Re­ijo ciął.

Nóż od­ci­nał chore, zgniłe ciało. Mik­kal wal­czył i krzy­czał w dzi­kim bólu, ale nie zdo­łał wy­trą­cić Re­ijo z rów­no­wagi. Ten wi­dział tylko ranę i kon­cen­tro­wał się na tym, co mu­siał z nią zro­bić.

Gdy usu­nął ostat­nią war­stwę cho­rej tkanki i wrzu­cił ją w ogień, Mik­kal stra­cił przy­tom­ność.

Może tak było le­piej.

Re­ijo znów wło­żył nóż w ogień, a po chwili przy­ci­snął roz­ża­rzone ostrze do rany. Była tak duża, że mu­siał to po­wtó­rzyć trzy razy.

Krew wrzała na go­rą­cym ostrzu. Śmier­działo spa­lo­nym mię­sem.

An­ders ze­mdlał u stóp Mik­kala. Na­wet Aslak był blady.

Re­ijo nie był w sta­nie utrzy­mać noża, gdy już było po wszyst­kim. Upu­ścił go przy pa­le­ni­sku.

Ręce miał zdrę­twiałe.

Wy­padł na świeże po­wie­trze. Zde­rzył się z Ra­vną. Wpa­try­wał się w nią oszo­ło­miony, jakby jej nie po­zna­wał.

- Do­brze po­szło? - spy­tała ko­bieta.

Re­ijo po­ki­wał głową. Nie zdo­łał wy­krztu­sić ani słowa. Cały był jak spa­ra­li­żo­wany.

- Zro­bię mu opa­tru­nek.

Dłoń Ra­vny po­gła­skała prze­lot­nie po­li­czek Re­ijo.

- Po­sie­dzę przy nim. Nie­za­leż­nie od tego, jak bę­dzie da­lej... spró­bo­wa­łeś. Dzięki ci, Re­ijo!

Re­ijo oprzy­tom­niał do­piero przy na­mio­cie Pa­vvy. Nad­szedł Aslak. Skóra jego twa­rzy miała już nor­malny od­cień.

- Na­dal żył, gdy stam­tąd od­cho­dzi­łem - rzu­cił blado. - An­ders ma dresz­cze. Inga się cał­kiem za­ła­mała. Tylko Ra­vna jest spo­kojna. Jest chyba naj­sil­niej­szą ko­bietą, jaką znam.

Re­ijo po­ki­wał głową. Czuł po­tworne zmę­cze­nie.

- Zro­bi­łeś swoje - rzu­cił Aslak z uzna­niem. - Nie wiem, czy był­bym w sta­nie zro­bić to samo. Je­śli on nie prze­żyje, to nie bę­dzie twoja wina, pa­mię­taj.

Re­ijo po­ki­wał głową.

Zro­bi­łem to dla cie­bie, Ra­iju. Dla cie­bie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki