Raija ze śnieżnej krainy. Obcy ptak. Tom 1 - Bente Pedersen

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Był rok 1718.

Od osiem­na­stu lat trwała wielka wojna pół­nocna. Kró­le­stwo duń­sko-nor­we­skie zdą­żyło już raz ska­pi­tu­lo­wać i w dzie­więć lat póź­niej, w roku 1709, po­now­nie rzu­ciło się w wir walki. Fry­de­ryka IV za­chę­ciła klę­ska, którą Szwe­dzi po­nie­śli w tym roku pod Po­łtawą, a pew­nie także chciał się ze­mścić za to, że w po­cząt­ko­wej fa­zie wojny Ka­rol XII zmu­sił go do ule­gło­ści.

Nor­we­gia rów­nież zo­stała uwi­kłana w kon­flikt. Ka­rol XII usi­ło­wał ją pod­bić już w 1716 roku, a te­raz wła­śnie po­no­wił próbę.

Zre­zy­gno­wał z pod­po­rząd­ko­wa­nia so­bie Eu­ropy, ale Nor­we­gia miała być re­kom­pen­satą za po­nie­sione klę­ski. W 1716 roku Ka­rol XII wkro­czył do Chri­stia­nii1, twier­dzy Aker­shus jed­nak nie udało mu się zdo­być. Nor­we­go­wie za­jęli po­zy­cje na za­chód od mia­sta i sku­tecz­nie od­pie­rali ataki wojsk szwedz­kich usi­łu­ją­cych ich oto­czyć szczel­nym pier­ście­niem. Wkrótce uzy­skali wspar­cie ze strony Da­nii.

Sy­tu­acja Ka­rola XII sta­wała się co­raz trud­niej­sza, w końcu mu­siał pod­jąć de­cy­zję od­wrotu, żeby unik­nąć za­mknię­cia w Chri­stia­nii. Król nie za­mie­rzał jed­nak wra­cać jak nie­pyszny do domu, chciał wy­co­fać się je­dy­nie do gra­nicy szwedzko-nor­we­skiej, po dro­dze za­jąć Hal­den wraz z twier­dzą Fre­drik­sten i stam­tąd pod­jąć ko­lejne na­tar­cie.

Tym­cza­sem miesz­kańcy Hal­den spa­lili swoje mia­sto, by nie wpa­dło Szwe­dom w ręce, zaś Pe­ter We­ssel Tor­den­skiold, ka­pi­tan duń­skiej floty, z po­cho­dze­nia Nor­weg, zdo­był i znisz­czył szwedz­kie okręty w Dy­ne­kil, cho­ciaż sam dys­po­no­wał za­le­d­wie kil­koma stat­kami. Ów chwa­lebny czyn, za który uho­no­ro­wano Tor­den­skiolda stop­niem ko­man­dora, na za­wsze po­zo­stał w pa­mięci po­tom­nych.

Ka­rol XII zbie­rał siły do ko­lej­nej wy­prawy. Mą­dry po szko­dzie, tym ra­zem za­mie­rzał roz­po­cząć dzia­ła­nia wo­jenne od Fre­drik­sten i do­piero stam­tąd ru­szyć na pod­bój Nor­we­gii. Był to z pew­no­ścią roz­sądny za­miar, tyle tylko że po­zo­stał je­dy­nie za­mia­rem. Król szwedzki ni­gdy nie do­tarł da­lej niż do Fre­drik­sten, tam bo­wiem, gdy ob­ser­wo­wał ob­lę­że­nie mia­sta, tra­fiła go kula.

Nie wia­domo, kim był za­bójca, być może tak pre­cy­zyj­nie wy­ce­lo­wał ja­kiś Nor­weg, ale rów­nie do­brze mógł to zro­bić któ­ryś z lu­dzi króla.

Ka­rol XII nie cie­szył się mi­ło­ścią pod­da­nych. Rzą­dził kra­jem że­la­zną ręką i wda­wał się w wojny, które były ta­kim sa­mym nie­szczę­ściem dla Szwe­dów, jak dla ich wro­gów.

Trwa­jąca od dwóch dzie­się­cio­leci wielka wojna na pół­nocy po­chło­nęła wiele ludz­kich ist­nień i kosz­to­wała mnó­stwo pie­nię­dzy. Na­ród mu­siał pła­cić bar­dzo wy­so­kie po­datki, wsie cier­piały z po­wodu utraty rąk do pracy. Chło­pów siłą wcie­lano do woj­ska, król bo­wiem dla po­ko­na­nia wroga i roz­sze­rze­nia swego im­pe­rium po­trze­bo­wał co­raz wię­cej żoł­nie­rzy.

Luty 1718, Tor­ne­da­len

Fin­lan­dia rów­nież na­le­żała do Ka­rola XII i ona także zo­stała za­mie­szana w pro­wa­dzoną przez niego wojnę. Pod ko­niec XVII wieku kraj wy­czer­pany był wie­loma la­tami ka­ta­stro­fal­nego nie­uro­dzaju. Na sku­tek głodu zmarła wtedy nie­mal jedna czwarta lud­no­ści. Le­dwo na­ród zdo­łał otrzą­snąć się z tra­ge­dii, a już po­now­nie zo­stał zmu­szony do ule­gło­ści. Także Fi­no­wie mieli pła­cić po­datki na nową wojnę, mieli też w niej wal­czyć...

Erkki Ala­talo skoń­czył do­piero trzy­dzie­ści dwa lata, lecz wy­glą­dał na dużo wię­cej. Na ra­zie unik­nął przy­mu­so­wego wcie­le­nia do ar­mii króla Ka­rola XII, ale to w każ­dej chwili mo­gło się zmie­nić.

Erkki miał żonę i dwoje dzieci. Spła­che­tek ziemi, który upra­wiał, mu­siał wy­ży­wić ich czworo. Na po­ora­nej bruz­dami twa­rzy udrę­czo­nego męż­czy­zny od­ci­snęły swe piętno liczne nie prze­spane noce. W piw­nych oczach za­sty­gła nie­jedna łza.

Do­świad­czył w ży­ciu wielu już nie­szczęść i oba­wiał się, że przy­szłość nie bę­dzie lep­sza. Ubogi chłop z Tor­ne­da­len bał się co­raz bar­dziej. Nie o sie­bie, ale o żonę i dzieci.

1 - Chri­stia­nia - dawna na­zwa Oslo (wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od tłu­maczki.).

Roz­dział 1

- Jeść! Je­stem głodna, mamo! Jeść!

Cienki gło­sik dziecka prze­szedł w ża­ło­sne za­wo­dze­nie. Dwoje du­żych ciem­nych oczu na wpół z wy­rzu­tem, na wpół z bła­ga­niem wpa­try­wało się w sie­dzącą przy ka­mien­nym pa­le­ni­sku wy­chu­dzoną ko­bietę, która trzy­mała w ra­mio­nach nie­mowlę. Przy­naj­mniej mały Matti mógł za­spo­koić głód, na ra­zie Marja miała jesz­cze w pier­siach tro­chę po­karmu.

Nikt w ro­dzi­nie nie naja­dał się do syta. Od dawna kła­dli się spać o gło­dzie.

- Jeść! ó po­chli­py­wała dziew­czynka, wkła­da­jąc do buzi brudny kciuk.

- Bę­dziesz ty ci­cho! - za­grzmiał oj­ciec, su­rowo mie­rząc wzro­kiem córkę. Od jego głosu za­trzę­sła się ni­ska chata.

- Ra­iju, ko­cha­nie! - wtrą­ciła po­śpiesz­nie Marja, obej­mu­jąc moc­niej nie­mowlę. - Wszy­scy je­ste­śmy głodni i nic na to nie po­ra­dzimy. Po­patrz, mały Matti po­wi­nien za­snąć, nie ma­rudź tak okrop­nie! Je­steś już prze­cież dużą i mą­drą dziew­czynką, opo­wiedz le­piej ja­kąś hi­sto­ryjkę! Tak ład­nie opo­wia­dasz!

Ra­ija po­słusz­nie usia­dła, w mil­cze­niu smut­nym wzro­kiem po­pa­trzyła na mamę i bra­ciszka.

Opo­wiedz hi­sto­ryjkę! Ła­two po­wie­dzieć!

Ra­ija nie mo­gła nie­ustan­nie fan­ta­zjo­wać, nie za­wsze zresztą miała na to ochotę. Nie od­kryła jesz­cze, że ucieczka do świata ma­rzeń po­zwala za­po­mnieć o smut­nej co­dzien­no­ści.

Matka, do­strze­gł­szy pełne wy­rzutu spoj­rze­nie dziecka, po­czuła się jesz­cze bar­dziej zmę­czona. Miała do­piero trzy­dzie­ści lat, ale wy­chu­dzona i spra­co­wana, nie przy­po­mi­nała do­rod­nej panny o ru­mia­nych po­licz­kach, którą była w mło­do­ści. Jej sa­mej zresztą wy­da­wało się, że od tam­tego czasu mi­nęły wieki. Wciąż jesz­cze można było po­wie­dzieć, że jest ładna, ale dawna olśnie­wa­jąca uroda przy­bla­kła. Włosy, które nie­gdyś mie­niły się ni­czym doj­rzałe zboże w po­godny letni dzień, za­cze­sy­wała te­raz gładko i upi­nała na karku w kok. O lo­kach dawno już za­po­mniała.

Marja pra­co­wała po­nad siły. Upra­wiali wraz z mę­żem ka­wa­łek pola, zie­mia jed­nak była ja­łowa, a w je­sienne noce czę­sto zja­wiał się pod­stępny mróz, który nie za­wsze za­po­wia­dał swe przy­by­cie.

Erkki i Marja do­brze pa­mię­tali nie­uro­dzajne lata z końca po­przed­niego stu­le­cia. ży­wili na­dzieję, że uchro­nią swoje po­cie­chy od ta­kich wspo­mnień i dzie­ciń­stwo nie bę­dzie im się ko­ja­rzyć ze sma­kiem chleba pie­czo­nego z kory drzew.

Tyle że na­dzieja i ma­rze­nia by­wają złudne, zwłasz­cza gdy jest się bied­nym.

Lato i je­sień 1716 roku przy­nio­sły nie­uro­dzaj, a gdy nie­szczę­ście po­wtó­rzyło się rok póź­niej, ozna­czało to dla nich cał­ko­witą ka­ta­strofę.

Dwa lata głodu wy­star­czyły, by zła­mać każ­dego. Erkki i Marja zdo­łali ze­brać tro­chę zboża, ale ziarno nie nada­wało się na sprze­daż. Nie wy­star­czyło go też, by wy­ży­wić ro­dzinę pod­czas dłu­giej zimy.

Naj­cięż­sze jarzmo sta­no­wiły po­datki. Chłopi po­pa­dali w co­raz więk­sze długi i co­raz więk­szą nę­dzę. Erkki i Marja mu­sieli sprze­dać je­dyną krowę i obórka stała pu­sta, a nędzne gro­sze, ja­kie do­stali, nie wy­star­czyły na długo. Marja do­da­wała co­raz mniej mąki do chleba, który pie­kła, i te­raz, w końcu lu­tego 1718 roku, było w nim już wię­cej kory brzo­zo­wej niż mąki.

Erkki z bó­lem pa­trzył na to, jak oczy jego żony i dzieci tracą blask, jak wszy­scy troje mar­nieją z dnia na dzień, a on nie po­trafi temu za­ra­dzić.

Dla tego dum­nego męż­czy­zny bez­rad­ność, jaką od­czu­wał, była nie do znie­sie­nia. Tyle miał pla­nów, tyle na­dziei. Drę­czyło go, że nie po­trafi uchro­nić naj­bliż­szych przed gło­dem. Za­słu­gi­wali na lep­szy los.

Serce mu krwa­wiło, kiedy spo­glą­dał na smutną, drobną bu­zię uko­cha­nej córki. Dziew­czynka roz­pacz­li­wie pró­bo­wała po­ko­nać głód, po­twora gry­zą­cego jej trze­wia, lecz nie uda­wało się go oszu­kać chle­bem z kory. Erkki za­drę­czał się my­ślą, że jego dzieci wy­cho­wują się w domu, w któ­rym pa­nuje taka straszna nę­dza. Po tylu chu­dych la­tach tkwił po uszy w dłu­gach. Po­trze­bo­wał do­brych plo­nów, żeby je spła­cić. Prze­stał już wie­rzyć, że kie­dy­kol­wiek mu się to uda.

Przy­szłość ja­wiła się Erk­kiemu w po­nu­rych bar­wach. Gdyby te­raz wcie­lono go do woj­ska i zmu­szono do udziału w woj­nie... Nie wia­domo, jak długo po­trwa wojna ani jak się skoń­czy. Kró­lo­wie nie wta­jem­ni­czali ma­lucz­kich w swoje plany, choć to wła­śnie zwy­kli lu­dzie naj­bar­dziej cier­pieli z po­wodu cho­ro­bli­wych am­bi­cji mo­nar­chów, któ­rym ma­rzyły się wiel­kie zwy­cię­stwa.

Marja wstała i uło­żyła Mat­tiego w ko­ły­sce. Erkki sam ją zro­bił. Mąż miał zręczne ręce, wszyst­kie me­ble w izbie były jego dzie­łem. Ko­ły­skę wy­rzeź­bił przed laty dla Ra­iji, dumny, że żona uro­dziła mu taką piękną córkę. Dziew­czynka zaj­mo­wała w sercu ojca szcze­gólne miej­sce. Erkki oczy­wi­ście ko­chał także Mat­tiego. Za­wsze ma­rzył o synu, dzie­dzicu, te­raz jed­nak ża­ło­wał skry­cie, że chło­piec przy­szedł na świat w tak cięż­kich cza­sach.

Matti tym­cza­sem, nie­świa­dom ni­czego, le­żał w ko­ły­sce i ga­wo­rzył ra­do­śnie. Ra­ija uwiel­biała bra­ciszka, uwa­żała, że jest naj­ślicz­niej­szy na świe­cie. Go­towa mu była ofia­ro­wać wszystko.

Te­raz sie­działa przy nim i ko­ły­sała go do snu. Matti wy­cią­gnął rączkę i zła­pał sio­strę za pa­lec. Cie­pło wy­peł­niło po brzegi serce dziew­czynki, gdy do­strze­gła na ma­leń­kiej buzi coś na kształt uśmie­chu, a po­tem bra­ci­szek za­mknął swoje brą­zowe oczka i za­snął.

Erkki po­rwał ku­brak i czapkę i z po­nurą miną wy­mknął się z chaty. Mi­ja­jąc po dro­dze po­letka są­sia­dów, po­my­ślał przy­gnę­biony, że wszy­scy cier­pią jed­na­kową nę­dzę. Po raz ko­lejny za­dał so­bie py­ta­nie, ja­kie też będą zbiory w tym roku. Czy znów ta­kie marne jak w ubie­głych la­tach? Nie­chęt­nie się nad tym za­sta­na­wiał, ale miał prze­cież ro­dzinę na utrzy­ma­niu. Do tego jesz­cze ta wojna...

W gło­wie mu hu­czało.

Już od ja­kie­goś czasu roz­wa­żał pe­wien plan, który te­raz po­sta­no­wił urze­czy­wist­nić.

Wie­dział, że Marja bę­dzie się temu sprze­ci­wiać i z pła­czem bła­gać go, by od­stą­pił od swych za­mia­rów. Lę­kał się, że po tym, co uczyni, żona od­su­nie się od niego.

Pod­jął jed­nak de­cy­zję, naj­trud­niej­szą chyba i naj­gor­szą w ży­ciu, ale kie­ro­wała nim prze­cież mi­łość do naj­bliż­szych. Bywa, że oj­ciec wła­śnie z mi­ło­ści do dzieci musi do­ko­nać tak dra­ma­tycz­nego wy­boru...

Do­szedł do obozu La­poń­czy­ków. Sły­szał wcze­śniej od ja­kiejś chłopki, że po­noć pewna ro­dzina la­poń­ska z Ru­iji, kra­iny nad mo­rzem, szy­kuje się do wy­prawy na swoje wio­senne i let­nie pa­stwi­ska. Do­wie­dział się, że cho­dzi o Pehra, który oże­nił się z Ra­vną, córką sta­rego Matte, co to nie­dawno umarł. Ra­vna wy­wo­dziła się z La­poń­czy­ków, któ­rzy wę­dro­wali w ob­rę­bie Fin­lan­dii, ale jej mąż wy­pa­sał re­ni­fery na pa­stwi­skach bli­żej mo­rza.

Erkki skie­ro­wał się więc wprost do jurty La­poń­czyka z pół­nocy.

- Dzień do­bry, jak się ma­cie? - po­zdro­wił go­spo­da­rzy.

- Dzię­ku­jemy, do­brze! - od­po­wie­dział mu Pehr, jak na­ka­zy­wał zwy­czaj.

W jur­cie pa­no­wał mrok, ale mimo to Erkki po­czuł na so­bie prze­ni­kliwe spoj­rze­nie trzech par oczu. Oprócz Pehra w środku znaj­do­wała się także jego żona i syn.

Erkki usiadł i za­gad­nął:

- Po­do­bno ru­szasz na pół­noc.

W głębi du­szy czuł się jak ostatni nędz­nik.

Pehr, ubrany w dork2 i sa­mo­dzia­łowy ka­ftan, po­ki­wał głową. Miał po­krytą zmarszcz­kami, ogo­rzałą od słońca i wia­tru twarz, zwi­chrzone włosy, czarne jak smoła, i oczy w ko­lo­rze miodu. Nie był stary, ale pełne trudu ży­cie do­dało mu lat.

- Naj­pierw wstą­pimy na jar­mark do Lyn­gen.

Erkki sły­szał o Lyngs­botn, osa­dzie po­ło­żo­nej w głębi fiordu Lyn­gen, do któ­rej za­mie­rzał wstą­pić Pehr. Tu w oko­licy krą­żyło wiele opo­wie­ści o Ru­iji.

- Och, nie po­wi­nie­nem był w ogóle wy­ru­szyć na zi­mowe leże - wes­tchnął Pehr, któ­rego miesz­kańcy Tor­ne­da­len na­zy­wali Pe­eri La­poń­czyk, i po­trzą­snął ze smut­kiem głową. - Spo­tkały nas same nie­szczę­ścia.

Erkki za­uwa­żył ką­tem oka, że Ra­vna spo­chmur­niała gwał­tow­nie, a że sły­szał o śmierci jej ojca, wy­mam­ro­tał słowa współ­czu­cia. Na twa­rzach mał­żon­ków za­go­ściło przy­gnę­bie­nie.

- Matte był już stary, prze­żył swoje - rzekł Pehr, a po chwili do­dał: - Pod­czas wy­prawy stra­ci­łem córkę! Ode­szła od nas na­sza mała La­ila... po pro­stu zga­sła. By­li­śmy zu­peł­nie bez­radni wo­bec tej cho­roby, która drą­żyła ją od środka. Biedne dziecko ka­słało i pluło krwią, wresz­cie umarło! Moja mała có­reczka!

- Ile miała lat? - za­py­tał Erkki, do­sko­nale poj­mu­jąc cier­pie­nie tych lu­dzi.

- Sie­dem... Na­sza La­ila prze­żyła za­le­d­wie sie­dem lat.

Pehr, opo­wia­da­jąc o nie­szczę­ściu, ja­kie ich do­tknęło, w jed­nej chwili się po­sta­rzał.

- Ale mamy jesz­cze syna Mik­kala, dzięki niemu lżej nam zno­sić ża­łobę. Chło­pak li­czy so­bie czter­na­ście lat. To już do­ro­sły męż­czy­zna!

Pehr po­kle­pał syna po ra­mie­niu. Erkki do­piero te­raz przyj­rzał się mło­dzień­cowi.

Pehr się nie my­lił, to był na­prawdę krzepki chło­pak. W oczach Mik­kala, nieco ja­śniej­szych niż oczy ojca, bra­ko­wało tego bły­sku wy­ra­cho­wa­nia, tak cha­rak­te­ry­stycz­nego dla Pe­eri La­poń­czyka. Sze­roka, nieco kan­cia­sta twarz mło­dzieńca nie była by­naj­mniej po­zba­wiona urody. Jak na tak nie­doj­rza­łego chłopca, miał wy­jąt­kowo wy­ra­zi­ste rysy twa­rzy.

- Stra­ci­łem trzy córki - cią­gnął da­lej Pehr. - Mik­kal jest moim je­dy­nym sy­nem.

- Ja mam córkę - ode­zwał się Erkki, a jego słowa jakby za­wi­sły w po­wie­trzu. - I syna. Ra­ija ma osiem lat. Matti uro­dził się w grud­niu...

- Bieda tu w oko­licy - za­uwa­żył Pehr. - U cie­bie zdaje się nie le­piej, Erkki?

Oj­ciec Ra­iji zro­zu­miał, że La­poń­czyk go przej­rzał. Pehr zmie­nił te­mat nie­przy­pad­kowo, choć tak się z po­zoru mo­gło zda­wać. Nie do końca jed­nak za­pa­no­wał nad swym gło­sem i wy­ra­zem twa­rzy i to go zdra­dziło.

Erkki po­twier­dził do­my­sły La­poń­czyka. Zresztą, co tu ukry­wać, zbiory były marne, a zima długa. Na szczę­ście miała się ku koń­cowi i Erkki tę­sk­nie wy­glą­dał wio­sny. Uznał jed­nak, że nie może po­kła­dać ca­łej na­dziei wy­łącz­nie w Bogu.

Do tej pory tak po­stę­po­wał, ale im wię­cej było brzo­zo­wej kory w chle­bie, tym czę­ściej na­cho­dziły go chwile zwąt­pie­nia. Erkki nie pa­mię­tał już, jak sma­kuje chleb upie­czony z mąki. Słowo "chleb" ko­ja­rzyło mu się ze sma­kiem drewna.

- W Ru­iji nie ma biedy - opo­wia­dał Pehr. - Nikt tam nie gło­duje, ani do­ro­śli, ani dzieci.

- Tu pew­nie też na­staną w końcu lep­sze czasy - od­parł Erkki bez prze­ko­na­nia.

- Wielu Fi­nów po­sta­no­wiło przy­łą­czyć się do nas. Ra­zem z nami ru­szają na wy­brzeże - mó­wił Pehr, a jego żółte oczy świe­ciły w mroku jak ko­cie śle­pia. - Lu­dzie mają już dość zma­ga­nia się z biedą w tym kraju. A ty, Erkki, nie my­śla­łeś o tym? Nad mo­rzem czeka na pra­co­wi­tych chło­pów dużo upraw­nej ziemi.

Erkki po­krę­cił głową.

- To nie dla mnie - od­parł ze smut­kiem. - Zbyt głę­boko za­pu­ści­łem tu­taj ko­rze­nie.

- To zna­czy, że głód nie do­ku­czył ci jesz­cze tak na­prawdę - stwier­dził Pehr, uśmie­cha­jąc się z przy­mu­sem.

- Bar­dziej niż ci się zdaje - wes­tchnął chłop z Tor­ne­da­len. - Po­wia­dasz więc, że tam nad mo­rzem jest tak do­brze?

- Lu­dzie mu­szą tam pra­co­wać tak samo jak tu­taj - od­rzekł Pehr i wzru­szył ra­mio­nami. - Nie wszy­scy opły­wają w do­sta­tek, ale też nikt nie cho­dzi spać głodny...

- Mó­wisz, że wielu Fi­nów wy­ru­sza na pół­noc... - Erkki spu­ścił głowę i po­pa­trzył na swe spra­co­wane dło­nie.

- Nie bez po­wodu - po­twier­dził Pehr.

- Chciał­bym cię pro­sić o przy­sługę - rzu­cił po­śpiesz­nie Erkki, umy­ka­jąc spoj­rze­niem przed prze­ni­kli­wymi oczami La­poń­czyka.

Pehr jed­nak do­my­ślił się, o co mu cho­dzi, i prze­rwał mu w pół słowa.

- Ro­zu­miem. Ja­koś to się da urzą­dzić. Jedna osoba wię­cej, jedna mniej, nie robi róż­nicy. Ale co z tobą, Erkki? Ty nie dasz się na­mó­wić?

Erkki ze smut­kiem po­krę­cił głową.

- O co mu cho­dzi? - nie­ocze­ki­wa­nie wtrą­cił się Mik­kal. Erkki drgnął, usły­szaw­szy bez­po­śred­nie py­ta­nie chłopca.

Znowu ode­zwały się wy­rzuty su­mie­nia. Po­czuł na so­bie py­ta­jące spoj­rze­nie mło­dego La­poń­czyka i po­pa­trzył mu w oczy. Te­raz ude­rzyła go ła­god­ność ma­lu­jąca się na twa­rzy tego mło­dzieńca. Ema­no­wało zeń tyle cie­pła i do­bra, że chło­pak w jed­nej chwili wzbu­dził jego za­ufa­nie. Z pew­no­ścią nie odzie­dzi­czył tych cech po ojcu, bo Pehr był szczwany jak lis. Erkki ni­gdy by mu nie za­ufał, gdyby nie zmu­siły go do tego oko­licz­no­ści.

- Mik­kal za dużo pyta. - Pehr po­śpiesz­nie uspra­wie­dli­wił syna i uśmie­cha­jąc się, wy­ja­śnił mu: - Zdaje się, że Erkki za­mie­rza wy­słać do Ru­iji swoje dzieci...

- Tylko jedno - prze­rwał mu Erkki. - Tylko Ra­iję. Chło­piec jest jesz­cze mały...

Erkki doj­rzał we wzroku Mik­kala nieme oskar­że­nie. Nie za­sko­czyło go to, sam czuł się podle. Ale cóż po­cząć, skoro ży­cie zmu­sza go, by sta­wił czoło bru­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści. Nie pa­trząc już w mio­dowe oczy mło­dzieńca, znowu zwró­cił się do Pehra.

- Sły­sza­łem, że i inni wy­sy­łają dzieci do Ru­iji - rzekł głu­cho. - Po­noć im tam do­brze, lu­dzie, któ­rzy przyj­mują je pod swój dach, trak­tują je jak swoje... Jedni nie mogą mieć dzieci, a inni mają, ale nie są w sta­nie ich wy­kar­mić... - Mik­kal na te słowa spu­ścił głowę, a Erkki z go­ry­czą mó­wił da­lej: - Nie mogę pa­trzeć, jak moja có­reczka gło­duje. Chyba w tej Ru­iji nie jest znowu tak źle... pew­nie bę­dzie jej tam le­piej niż tu. Mam długi... je­śli w tym roku znów zda­rzy się nie­uro­dzaj, nie wiem, co nas czeka. Matti uro­dził się tuż przed No­wym Ro­kiem...

- Znaj­dziemy dla two­jej córki do­brych ro­dzi­ców! - usły­szał zde­cy­do­wany głos Ra­vny. Oczy La­ponki za­pło­nęły dziw­nym bla­skiem. Erk­kiemu Ala­talo zda­wało się, że ta ko­bieta za­gląda wprost w naj­głęb­sze za­ka­marki jego du­szy.

- Przy­rze­kam ci, Erkki Ala­talo, że two­jej córce bę­dzie do­brze w Ru­iji - prze­mó­wiła, ak­cen­tu­jąc każdą sy­labę. - Wy­bie­rzemy dla niej naj­lep­szych ro­dzi­ców.

Erkki po­czuł, że spływa nań spo­kój. Obiet­nica zo­stała zło­żona z ta­kim ża­rem, że chłop na­brał pew­no­ści, iż La­ponka uczyni wszystko, by zna­leźć dla Ra­iji do­bry dom.

- Nie mam wam czym za­pła­cić...

Pehr po­ma­chał lek­ce­wa­żąco po­marsz­czoną dło­nią.

- Nie warto o tym mó­wić! To nic wiel­kiego! - po­wie­dział. - Chęt­nie od­dam ci przy­sługę. Wi­dzę prze­cież, jaką biedę cier­pi­cie. Za­biorę dziew­czynkę do Ru­iji, tam czeka ją lep­sze ży­cie. Jakże mógł­bym żą­dać za to za­płaty? - ro­ze­śmiał się. - Zresztą bez trudu znajdę dla niej dom. Do Lyngs­botn zjeż­dżają na jar­mark tłumy lu­dzi z oko­lic nad fior­dem Lyn­gen, ba, na­wet miesz­kańcy Da­le­kiej Pół­nocy i ca­łej La­po­nii. Nie po­ża­łu­jesz, że zwró­ci­łeś się z tym do mnie, Erkki! Uwierz mi, twoja córka bę­dzie w Ru­iji żyć jak księż­niczka.

- Kiedy ru­szasz w drogę? - Ju­tro - od­rzekł Pehr.

Od­po­wiedź La­poń­czyka po­ra­ziła Erk­kiego ni­czym grom z ja­snego nieba. Li­czył, że bę­dzie miał wię­cej czasu na to, żeby przy­go­to­wać Ra­iję i żonę, a także sa­mego sie­bie, na roz­sta­nie. Po­śpiesz­nie ze­brał się do wyj­ścia i za­pew­nił na od­chod­nym, że na­za­jutrz przy­pro­wa­dzi małą.

Wy­mie­nili jesz­cze zwy­kłe uprzej­mo­ści, ale Erkki od­po­wia­dał jak nie­obecny du­chem. Wy­szedł z jurty La­poń­czy­ków, uni­ka­jąc wzroku czter­na­sto­let­niego Mik­kala, który z po­wagą do­ro­słego męż­czy­zny od­pro­wa­dzał go spoj­rze­niem. Erk­kiemu zda­wało się, że z jego wą­skich oczu pły­nie stru­mień oskar­żeń. W chwilę póź­niej także Mik­kal opu­ścił jurtę. Bez trudu od­gadł, ja­kimi mo­ty­wami kie­ro­wał się jego oj­ciec. Nie miał złu­dzeń, wie­dział, że na tej drob­nej przy­słu­dze Pehr za­mie­rza ubić in­te­res. Odda Ra­iję lu­dziom, któ­rzy za­płacą za nią naj­wię­cej, nie przej­mu­jąc się wcale, do kogo dziew­czynka trafi.

Mik­kal przej­rzał także za­miary matki. Nie­szczę­sna, nie otrzą­snęła się jesz­cze z żalu po śmierci La­ili. Cią­gle nie mo­gła się oswoić z prawdą, że có­reczki nie ma wśród ży­wych.

Nie zwa­ża­jąc na silny wiatr, mło­dzie­niec stał bez ru­chu i od­pro­wa­dzał wzro­kiem nik­nącą w od­dali zgar­bioną syl­we­tkę Erk­kiego Ala­talo. Czuł głę­bo­kie współ­czu­cie dla tego czło­wieka, który po­wo­do­wany skrajną roz­pa­czą pod­jął tak dra­ma­tyczną de­cy­zję, ale nie mógł go zro­zu­mieć...

Po po­wro­cie do domu Erkki nie­wiele mó­wił. Burk­nął tylko, że był w obo­zie u La­poń­czy­ków i roz­ma­wiał z tymi, któ­rzy wy­ru­szają do Ru­iji, a po­tem przez cały wie­czór sie­dział w ką­cie i nie spusz­czał wzroku z córki. Po­chła­niał ją spoj­rze­niem, pra­gnąc na za­wsze utrwa­lić w pa­mięci każdy naj­drob­niej­szy szcze­gół jej wy­glądu.

Ra­ija za­uwa­żyła, że oj­ciec za­cho­wuje się ina­czej niż zwy­kle, ale szybko prze­stała zwra­cać na to uwagę. Na­uczyła się przyj­mo­wać fakty bez za­da­wa­nia zbęd­nych py­tań.

Marja także do­strze­gła zmianę w za­cho­wa­niu męża i nie­po­jęta trwoga chwy­ciła ją za serce. Szybko jed­nak od­rzu­ciła po­dej­rze­nie. Nie­moż­liwe, tłu­ma­czyła so­bie. Erkki ni­gdy nie zro­biłby cze­goś ta­kiego swo­jej córce. Prze­cież ją ubó­stwia! Mimo to tego wie­czoru Marja zer­kała co rusz na swego męża i nie prze­sta­wała się za­sta­na­wiać...

Ro­dzice ode­słali Ra­iję do łóżka, ale dziew­czynka nie mo­gła za­snąć.

Ru­ija... Tata miał dziś ta­kie dziwne, nie­spo­kojne oczy, kiedy wspo­mniał o Ru­iji. Nie wia­domo dla­czego. Za­to­piła się w my­ślach, które tak ją po­chło­nęły, że za­po­mniała o gło­dzie szar­pią­cym wnętrz­no­ści.

Ru­ija, ba­śniowa kra­ina na pół­nocy da­leko nad wiel­kim mo­rzem... Dziew­czynka za­pra­gnęła, by oj­ciec po­wtó­rzył jej tro­chę wię­cej z tego, co usły­szał. Ni­gdy nie by­wał taki mil­czący, kiedy do­wie­dział się cze­goś no­wego. Chyba że przy­no­sił złe no­winy...

Nie, to nie­moż­liwe. Złe wie­ści o Ru­iji? Prze­cież tam nikt nie cierpi głodu, nikt nie do­daje kory do mąki, żeby upiec chleb! W mo­rzu roi się od ryb, wy­star­czy tylko za­rzu­cić sieci, by je wy­cią­gnąć. Tam lu­dzie są szczę­śliwi. Głuszce prze­la­tują ca­łymi sta­dami i nie­mal się pro­szą, by je zło­wić w si­dła. W la­sach i na roz­le­głych rów­ni­nach jest mnó­stwo dzi­kiej zwie­rzyny. W rze­kach zaś po­do­bno pły­wają ryby tak duże i tłu­ste, że wprost nie można uwie­rzyć wła­snym oczom.

Ru­ija to kra­ina speł­nio­nych ma­rzeń!

Ra­ija wes­tchnęła, po­zwa­la­jąc się po­nieść fan­ta­zji. Jej my­śli po­szy­bo­wały w górę rzeki Torne, do nad­mor­skiej kra­iny.

Po­my­śleć tylko, naja­dać się co­dzien­nie do syta! To by do­piero było coś!

Ra­ija za­pra­gnęła uj­rzeć znowu ra­do­sną twarz mamy, usły­szeć jej we­soły śmiech, który tak bar­dzo lubi, a któ­rego od dawna nie sły­szała! Gdyby tak tata do­stał w Ru­iji chatę, oborę i łódź, a także wła­sną zie­mię... żeby zbożu nie za­gra­żało ani słońce, ani mróz, żeby mama ubie­rała się w naj­ład­niej­sze suk­nie, a mały Matti miał okrą­głe ru­miane po­liczki i pulchne rączki z doł­kami na łok­ciach!

To by­łoby cał­kiem inne ży­cie! Nie to, co te­raz, gdy w po­cie czoła ha­rują na co­dzienny chleb, a mróz w ciągu jed­nej nocy ni­we­czy cały wy­si­łek ro­dzi­ców.

Brzmi to jak bajka! I za­pewne tylko bajką zo­sta­nie. Ośmio­let­nia Ra­ija uśmiech­nęła się z go­ry­czą, w tej jed­nej chwili nad wiek doj­rzała.

Ma­rząc o kra­inie, w któ­rej dzieci ba­wią się, śmieją i naja­dają do syta, ciem­no­oka có­reczka Erk­kiego Ala­talo wresz­cie za­snęła. Nikt nie mógł ode­brać jej tych ma­rzeń o wiel­kim mo­rzu i Ru­iji, do któ­rej droga była dłuż­sza, niż dziew­czynka przy­pusz­czała. Ni­gdy pew­nie tam nie do­trze, bę­dzie żyć w gło­dzie i nę­dzy w Tor­ne­da­len, ale prze­cież nikt nie za­broni jej ma­rzyć. Erkki pu­stym wzro­kiem wpa­try­wał się w mrok. Marja le­żała wsparta na ra­mie­niu męża.

- Ra­iję ode­ślemy do Ru­iji, już wszystko uzgod­ni­łem. - Erkki po­wie­dział to tak ci­cho, że le­d­wie było go sły­chać. Nie chciał, żeby có­reczka wie­działa, o czym mó­wią.

Marja ze­rwała się i ści­snąw­szy ra­mię męża, ode­zwała się ze zło­wróżb­nym spo­ko­jem:

- Erkki Ala­talo, sprze­da­jesz wła­sne dziecko?

- Milcz, ko­bieto!

Od­wró­cił się do żony ple­cami, ale ona rzu­ciła się ku niemu ni­czym gro­no­staj i zmu­siła, by spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

- Ni­gdy byś so­bie tego nie wy­ba­czył! Nie wie­rzę ci, Erkki!

Na­wet nie chcę my­śleć, że coś ta­kiego przy­szło ci do głowy! - To już po­sta­no­wione!

- Nie zga­dzam się! - Marja, blada jak kreda, usia­dła na łóżku. - Nie mo­żesz mi tego zro­bić! Prze­cież to także moje dziecko! - Ze szlo­chem ukryła twarz w dło­niach, a jej wy­chu­dłe, drobne ra­miona za­drżały.

Erkki nie mógł słu­chać jej pła­czu. Rę­kami sztyw­nymi jak kłody przy­gar­nął żonę.

- My­ślisz, że mnie jest to miłe? - ode­zwał się z cięż­kim ser­cem. - Są­dzisz, że bez żalu od­daję na­sze dziecko? Czy nie wiesz, Marjo, jak bar­dzo ją ko­cham?

- Wy­da­wało mi się, że wiem - od­po­wie­działa bez­barw­nie. - Ale te­raz w to zwąt­pi­łam.

Erkki za­ci­snął po­wieki, by po­wstrzy­mać łzy pa­lące jak ogień. Ra­ija, jego oczko w gło­wie! Cudny kwia­tu­szek, który po nim odzie­dzi­czył cha­rak­ter. Na­tura ob­da­rzyła ją urodą matki, miała jej rysy twa­rzy i zgrabną syl­we­tkę, ale oczy, które ci­skały gromy, kiedy się zło­ściła, mie­niły się tą samą barwą co oczy ojca. Mała Ra­ija była jego ra­do­ścią i naj­droż­szym skar­bem. Ona nie po­winna cier­pieć!

Tra­fiała jej się szansa - szansa na ży­cie, ja­kiego on sam nie może jej za­pew­nić, ży­cie bez biedy cza­ją­cej się pod po­wałą ni­czym mroczny, zło­wiesz­czy cień. Wła­śnie ta­kie ży­cie so­bie dla niej wy­ma­rzył, dla niej i dla ca­łej ro­dziny, bo naj­bliżsi byli dla niego wszyst­kim. Wie­dział jed­nak, że to ma­rze­nie ni­gdy się nie spełni.

A może jesz­cze na­dejdą lep­sze czasy? Bo czy przez trzy ko­lejne lata mogą być ta­kie marne plony? Uznał jed­nak, że i to jest moż­liwe. Nie umiał już wie­rzyć w na­dej­ście lep­szych dni.

- Nie tego pra­gną­łem dla cie­bie - mruk­nął Erkki i po­gła­dził żonę po ple­cach.

Marja po­chli­py­wała ci­cho, po­ły­ka­jąc łzy.

Erkki wy­czuł pod pal­cami wy­sta­jące ko­ści. W mło­do­ści Marja była uro­dziwą panną. Naj­młod­szą córką chłopa, który, choć miał ośmioro dzieci, ra­dził so­bie do­sko­nale. Marja przy­wy­kła do lep­szego ży­cia niż to, które ofia­ro­wał jej Erkki. Serce mu pę­kało, bo prze­cież ko­chał ją tak mocno, a stał się przy­czyną jej nie­szczę­ścia. A te­raz jesz­cze od­biera jej dziecko...

- Nie tylko nam jest ciężko - wy­ją­kała Marja za­ła­mu­ją­cym się gło­sem. - Inni mają wię­cej dzieci niż my...

Po wy­chu­dzo­nych po­licz­kach Erk­kiego Ala­talo po­pły­nęły łzy. Jego po­sta­no­wie­nia nic już nie mo­gło zmie­nić. Być może kie­dyś znie­na­wi­dzi sie­bie za to, że tak wła­śnie po­stą­pił, ale gdyby nie wy­ko­rzy­stał oka­zji, by po­pra­wić los dziecka, po­gar­dzałby sobą do końca swych dni. Nie mógł ska­zy­wać córki na głód i cier­pie­nie, to byłby ego­izm z jego strony. W Ru­iji nikt nie cier­piał biedy, Pe­eri La­poń­czyk nie je­dyny tak twier­dził. Nad mo­rzem miesz­kają do­brzy lu­dzie, za­opie­kują się jego có­reczką, jego kwia­tusz­kiem. Wy­cho­wają ją jak swoją. Ra­iji bę­dzie tam do­brze...

Od­czuł swego ro­dzaju ulgę, gdy pod­jął wresz­cie tę trudną de­cy­zję - miał na­dzieję, że i Marja ja­koś się z tym oswoi - ale rów­no­cze­śnie cier­piał tak, jakby ktoś ugo­dził go no­żem pro­sto w serce. Bał się, że jego przy­szłość bez ra­do­snego śmie­chu có­reczki i jej ła­god­nego głosu za­mieni się w pie­kło.

Ale za to Ra­ija bę­dzie szczę­śliwa!

- Marjo, spójrz praw­dzie w oczy! Tu nie zdo­łamy za­cho­wać jej przy ży­ciu. Le­d­wie nam star­czy je­dze­nia dla niej na ju­tro. Mamy więc ją za­trzy­my­wać, skoro tam może jej być le­piej?

Ode­tchnął głę­boko. Jak na niego była to długa prze­mowa, ale bar­dzo mu za­le­żało, by Marja zro­zu­miała jego in­ten­cje.

Stracą córkę. Erkki nie chciał jed­no­cze­śnie stra­cić także żony. Te­raz naj­waż­niej­sze, by wza­jem­nie się wspie­rali, bo w nad­cho­dzą­cym cza­sie będą sie­bie bar­dzo po­trze­bo­wać.

- A więc to prawda! - wy­szep­tała Marja po­zba­wio­nym wy­razu gło­sem, jakby na­gle uszło z niej ży­cie.

Erkki nie od­po­wie­dział, je­dy­nie moc­niej ją przy­tu­lił. Zro­zu­miała.

De­li­kat­nie gła­skał żonę po wło­sach, ale czy co­kol­wiek mo­gło ją te­raz po­cie­szyć?

- Kiedy? - Marja nie była w sta­nie wy­do­być z sie­bie nic po­nad to jedno słowo.

Cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­mknęła oczy, pró­bo­wała się uspo­koić. Matti ci­cho po­chli­py­wał w ko­ły­sce, miała na­dzieję, że nie za­cznie pła­kać i nie zbu­dzi Ra­iji...

- Ju­tro...

- Nie! - krzyk­nęła z roz­pa­czą.

Erkki po­ki­wał głową. Usiadł, do­ty­ka­jąc sto­pami zim­nej pod­łogi, i ugiął kark jakby pod brze­mie­niem pod­ję­tej de­cy­zji.

Do­piero te­raz Marja do­strze­gła w jego oczach łzy. Od­ru­chowo wy­cią­gnęła rękę i wy­tarła słone strużki pły­nące po po­ora­nej zmarszcz­kami twa­rzy.

Na­gle po­czuła, jak ogar­nia ją bez­mierna czu­łość. Nie, Erkki nie robi tego ze względu na sie­bie, po to tylko, by mieć do wy­kar­mie­nia o jedną gębę mniej, jak przez chwilę skłonna była przy­pusz­czać.

Marja zro­zu­miała jego in­ten­cje, ale wcale nie zro­biło jej się lżej, gdy po­my­ślała, że na­za­jutrz ma po­że­gnać je­dyną córkę. - Ju­tro - wy­mam­ro­tała i opa­dła ciężko na po­sła­nie. Wpa­trzona w po­wałę, czuła, jak łzy, któ­rych nie mo­gła za­trzy­mać, płyną jej z oczu.

Erkki przy­tu­lił moc­niej wy­chu­dzone ciało Marji. Le­żeli w mil­cze­niu wpa­trzeni w mrok, sta­ra­jąc się oswoić z prawdą, że nie ma in­nego wyj­ścia.

Przed świ­tem Erkki z ulgą usły­szał spo­kojny od­dech żony. Ucie­szył się, że przy­naj­mniej Marja tro­chę wy­pocz­nie, bo sam nie miał na­dziei, że uda mu się za­snąć. Wresz­cie jed­nak i jego zmo­gło zmę­cze­nie. Ostat­nie, co po­my­ślał, nim za­padł w sen, to jak bar­dzo po­do­bne jest imię jego uko­cha­nej có­reczki do na­zwy kra­iny nad mo­rzem. Ra­ija i Ru­ija...

Może Opatrz­ność zde­cy­do­wała już dawno, że Ra­ija nie bę­dzie do­ra­stać w Tor­ne­da­len?

Ra­iję obu­dził gło­śny płacz Mat­tiego. Za­spana, usia­dła na łóżku. Słońce. To zna­czy, że jest już późny po­ra­nek, po­my­ślała. Usły­szaw­szy krzą­ta­ninę mamy, wstała zdzi­wiona, dla­czego jej nie obu­dzono. Nie lu­biła za­nie­dby­wać swo­ich obo­wiąz­ków. Boso po­de­szła do ko­ły­ski i wzięła na ręce za­pła­ka­nego bra­ciszka. Za­uwa­żyła, że oj­ciec jesz­cze nie wy­szedł. Sie­dział na­chmu­rzony, na jego po­ora­nej bruz­dami twa­rzy czaił się smu­tek. Mama miała pod­puch­nięte i za­czer­wie­nione oczy. Czy to znowu coś z wojną? Ra­ija sły­szała kie­dyś sporo na ten te­mat.

- Co się stało? - za­py­tała, cho­ciaż wie­działa do­brze, że nie wolno mie­szać się w sprawy do­ro­słych.

- Ubierz się, dziecko! - po­pro­siła mama i wzięła na ręce Mat­tiego.

Ra­ija po­słusz­nie za­ło­żyła ubra­nie. Smutne spoj­rze­nia ro­dzi­ców na­peł­niły ją na­gle nie­wy­tłu­ma­czal­nym lę­kiem.

- Wy­ru­szasz do Ru­iji, moje dziecko - ode­zwał się oj­ciec. Córka po­pa­trzyła na niego z nie­do­wie­rza­niem, ale za­raz roz­pro­mie­niła się, uszczę­śli­wiona. Czyżby jej skryte ma­rze­nia miały się speł­nić?

- Do Ru­iji! - po­wtó­rzyła z na­bo­żeń­stwem. - Kiedy? W cha­cie za­pa­no­wała nie­mal na­ma­calna ci­sza.

- Dziś - od­po­wie­działa w końcu Marja.

Dziew­czynka ob­rzu­ciła ro­dzi­ców uważ­nym spoj­rze­niem i do­strze­gła w ich oczach dziwny żal. Oboje za­cho­wy­wali się ja­koś nie­na­tu­ral­nie. Wresz­cie we­wnętrzny głos pod­po­wie­dział jej, że coś się mu­siało stać i że jej ma­rze­nia jed­nak się nie speł­nią.

Pa­trzyła i po­woli do­cie­rała do niej strasz­liwa prawda, tłu­miąc w za­rodku le­d­wie co po­wstałą ra­dość.

- Wy zo­sta­je­cie! - za­wo­łała zdru­zgo­tana.

Marja z pła­czem odło­żyła synka do ko­ły­ski i przy­tu­liła mocno Ra­iję, któ­rej drobne ciałko ze­sztyw­niało.

- Zo­ba­czysz, w Ru­iji bę­dzie ci do­brze, o wiele le­piej niż w domu! - prze­ko­ny­wała matka. - Za­opie­kują się tobą mili lu­dzie. Wszystko bę­dzie jak w bajce!

Ra­ija wy­czu­wała jed­nak, że matka sama nie wie­rzy w to, co mówi, i jej słowa wcale nie pod­nio­sły dziew­czynki na du­chu.

- Nie chcę! - za­wo­łała zroz­pa­czona, ale ro­dzice od­po­wie­dzieli jej mil­cze­niem. Zro­zu­miała wów­czas, że co­kol­wiek po­wie czy uczyni, to i tak nie zdoła zmie­nić ich po­sta­no­wie­nia. Ten dzień za­mie­nił się w kosz­mar, go­dziny wlo­kły się nie­mi­ło­sier­nie. Ra­ija do­stała wszystko, co było w domu naj­lep­szego do je­dze­nia, ale le­d­wie to tknęła. Nie chciała jeść, wo­la­łaby umrzeć. Je­śli nie może zo­stać z naj­bliż­szymi, to nie ma po co dłu­żej żyć. Co zrobi bez nich w Ru­iji?

Marja i Erkki mocno tu­lili có­reczkę, jakby chcieli prze­lać na nią całą swoją mi­łość. Pra­gnęli, by za­pa­mię­tała, jak bar­dzo ją ko­chają. Wy­sy­ła­jąc ją do ob­cych, kie­ro­wali się mi­ło­ścią. Nie sprze­da­wali wła­snego dziecka...

Na­de­szła chwila roz­sta­nia. Ra­ija, ubrana w długą czarną spód­nicę i ku­magi3, za­ło­żyła płaszcz, a matka otu­liła ją brą­zową chu­stą. Pod stertą ubrań chude ciałko ma­łej zda­wało się jesz­cze drob­niej­sze. Dziew­czynka wzięła na ręce Mat­tiego i przez chwilę, trwa­jącą wiecz­ność całą, tu­liła mocno bra­ciszka. Czy jesz­cze kie­dyś go zo­ba­czy? Le­piej o tym nie my­śleć!

Po­tem ostroż­nie uło­żyła nie­mowlę w ko­ły­sce. Che­ru­bi­nek ze zło­tymi locz­kami na główce pa­trzył na nią jakby ze zdzi­wie­niem swymi du­żymi brą­zo­wymi oczami.

- Że­gnaj! - szep­nęła, mru­ga­jąc po­wie­kami, by po­wstrzy­mać na­pły­wa­jące łzy. Po­tem mocno przy­ci­snęła usta do pulch­nego po­liczka bra­ciszka.

Zmu­szono ją do wy­jazdu do Ru­iji. Och, uda­łaby się tam z ra­do­ścią, gdyby to­wa­rzy­szyli jej Matti, mama i tata, ale te­raz sama myśl o wy­pra­wie wzbu­dzała w niej tylko smu­tek i lęk. Marja pa­trzyła na dwoje swo­ich dzieci, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc łzy. Erkki oto­czył żonę ra­mie­niem, ale ten gest nie zdo­łał jej po­cie­szyć. Kiedy już w ża­den spo­sób nie dało się od­wlec roz­sta­nia, Marja za­ła­mała się. Przy­tu­liła mocno có­reczkę i z pła­czem bła­gała ją, by zro­zu­miała, że ro­bią to z mi­ło­ści.

- Bar­dzo cię ko­chamy, dzie­cinko! - po­wta­rzała, ca­łu­jąc ją w po­liczki.

Ra­ija po­śpiesz­nie po­gła­skała matkę po wy­chu­dzo­nej twa­rzy. Przez chwilę jej oczy wy­ra­żały ogromną mi­łość, ale za­raz przy­ga­sły.

Ra­ija ujęła dłoń ojca i wy­ru­szyli.

Nie po­tra­fiła dłu­żej po­wstrzy­mać się od pła­czu. łzy zię­biły jej po­liczki, ale ona nie prze­sta­wała szlo­chać. Jej mała rączka spo­czy­wała w du­żej, sil­nej ręce ojca, dziew­czynka jed­nak nie czuła się bez­pieczna. Naj­chęt­niej wy­rwa­łaby mu się i ucie­kła. Bie­głaby z ca­łych sił i gdzieś ukryła...

Może wtedy po­zwo­li­liby jej zo­stać w domu?

Ale Erkki Ala­talo nie dał córce naj­mniej­szej szansy ucieczki.

Małe nóżki nie­ustan­nie po­su­wały się na­przód.

Zbli­żali się do miej­sca, gdzie mieli się po­że­gnać, do miej­sca, w któ­rym miała zo­stać prze­rwana ostat­nia nić łą­cząca Ra­iję z ro­dzin­nym do­mem. Tam dziew­czynka do­łą­czy do Pehra i to­wa­rzy­szą­cych mu lu­dzi.

Nie chcę! Nie chcę opusz­czać naj­bliż­szych! ko­ła­tało jej w gło­wie. Niech so­bie bę­dzie na­wet naj­cu­dow­niej w tej Ru­iji, wcale nie chcę tam je­chać! Wszyst­kie te ma­rze­nia były na niby, tak na­prawdę wcale nie pra­gnę­łam, żeby się speł­niły...

Prze­cież nie o tym ma­rzy­łam, by je­chać sama do tej pół­noc­nej kra­iny nad mo­rzem! Nie chcę być sama, na­leżę do nich, do Mat­tiego, mamy i taty. Czy tata tego nie poj­muje?

Bez­ładne my­śli ukła­dały się w py­ta­nia, ale choć dziew­czynka po­ru­szała ustami, nie mo­gła wy­do­być z sie­bie głosu, pła­kała tylko.

Erkki czuł się jak mor­derca. Ja­kie zna­cze­nie miało to, że wie­dział, iż ra­tuje córce ży­cie, skoro ona sama nie zda­wała so­bie z tego sprawy? Może go na­wet nie­na­wi­dziła? Lę­kał się jej za­py­tać o co­kol­wiek, bał się od­po­wie­dzi. Ra­iją za­wsze tar­gały skrajne uczu­cia, kie­ro­wała się ra­czej gło­sem serca niż roz­sąd­kiem.

Erkki wes­tchnął ciężko.

- Ra­iju, ma­leńka - wy­krztu­sił wresz­cie. Tak bar­dzo pra­gnął, by jego głos za­brzmiał czule i z mi­ło­ścią, a tym­cza­sem z jego ust wy­do­był się je­dy­nie smutny szept. - Ro­bię to, po­nie­waż bar­dzo cię ko­cham!

Prze­ma­wiał do córki, choć do­sko­nale wie­dział, że i tak go nie zro­zu­mie, ale samo to, że słu­cha, sta­no­wiło dla niego pewną po­cie­chę. Ten dzień wryje się Ra­iji w pa­mięć. Jego słowa za­padną w jej serce na za­wsze. Kie­dyś być może zro­zu­mie, że mi­łość można wy­ra­żać na różne spo­soby! Erkki ży­wił na­dzieję, że tak się sta­nie.

- Chcę, żeby ci było do­brze, có­reczko! Dla­tego wy­sy­łam cię z Peh­rem do Ru­iji. Tam bę­dzie ci le­piej niż tu z nami, ko­cha­nie!

Ra­ija mil­czała. Ani nie po­tra­fiła, ani nie chciała od­po­wie­dzieć. Oczy­wi­ście sły­szała, co tata mówi, ale sens jego słów do niej nie do­cie­rał. Była za mała, by zro­zu­mieć.

Oj­ciec ści­snął ją mocno za rękę. Dziew­czynka mimo to czuła, że ją za­wiódł.

- Prze­cież tak ma­rzy­łaś, có­reczko, żeby zo­ba­czyć Ru­iję! - Erkki za wszelką cenę pró­bo­wał do niej do­trzeć. - Pa­mię­tasz, roz­ma­wia­li­śmy o ry­bach i o mo­rzu, o gó­rach...

Ra­ija z za­ci­śnię­tymi ustami wpa­try­wała się w dal. Niech nie pró­buje jej wmó­wić, że chciała je­chać do Ru­iji, bo to nie­prawda! Jej dom jest tu­taj, w Tor­ne­da­len! Ma­rze­nia o Ru­iji snuła so­bie dla za­bawy! Czy on, jej wła­sny oj­ciec, nie po­trafi tego zro­zu­mieć?

Do­cho­dzili do obozu. La­poń­czycy i fiń­skie ro­dziny, które przy­łą­czyły się do ko­czow­ni­ków, żeby wraz z nimi od­być wę­drówkę ku mo­rzu, ku lep­szemu ju­tru, wła­śnie zbie­rali się do wy­mar­szu.

Ra­ija szła co­raz wol­niej, co­raz nie­chęt­niej. Wszystko wo­kół niej było obce i nowe: lu­dzie, re­ni­fery, la­poń­skie sa­nie. Obce twa­rze, same obce twa­rze!

Nie­któ­rzy przy­glą­dali się dwojgu Fi­nom z cie­ka­wo­ścią, inni w ogóle na nich nie zwra­cali uwagi, po­chło­nięci swoją pracą. Ra­ija była prze­ra­żona. Bez­wied­nie przy­tu­liła się do ojca, który ści­snął moc­niej jej dłoń, pró­bu­jąc do­dać córce od­wagi. Ale wtedy dziew­czynce przy­po­mniało się, dla­czego się w tym miej­scu zna­leźli. Oj­ciec miał ją tu­taj zo­sta­wić, samą wśród tych ob­cych lu­dzi. Oni za­biorą ją do Ru­iji.

Przez chwilę pra­wie o tym za­po­mniała. Nowe oto­cze­nie roz­pa­liło jej cie­ka­wość, na­pa­wało ją lę­kiem, ale za­ra­zem prze­dziw­nie wa­biło.

Szybko jed­nak stłu­miła w so­bie kieł­ku­jące za­in­te­re­so­wa­nie. Prze­cież tu, w tym miej­scu, miała zo­stać po­zba­wiona wszyst­kiego, co ko­cha.

Pehr za­uwa­żył, że nad­cho­dzą, i na swych wy­krzy­wio­nych jak pa­łąki no­gach wy­szedł im ro­ze­śmiany na spo­tka­nie.

- Już są­dzi­łem, że się roz­my­śli­łeś - ode­zwał się na przy­wi­ta­nie.

W od­po­wie­dzi na te nie naj­sta­ran­niej do­brane słowa na twa­rzy Erk­kiego Ala­talo prze­mknął je­dy­nie cień uśmie­chu.

- Ładna dziew­czynka - mruk­nął Pehr.

Ra­ija ob­rzu­ciła go har­dym, prze­peł­nio­nym nie­na­wi­ścią spoj­rze­niem. Nikt ni­gdy jej nie zmusi, by po­lu­biła tego czło­wieka! Pehr aż się wzdry­gnął, uj­rzaw­szy ema­nu­jącą z oczu dziecka nie­na­wiść. Wiele można było za­rzu­cić temu męż­czyź­nie o po­ora­nej bruz­dami twa­rzy, który pod­jął się prze­pro­wa­dzić Ra­iję do Nor­we­gii, jed­nak z pew­no­ścią po­tra­fił do­sko­nale od­czy­ty­wać uczu­cia i na­stroje. Miał to po pro­stu we krwi, wie­lo­krot­nie jego prze­czu­cia się po­twier­dzały.

- Tak, tak... Po­że­gnaj się z małą. Ru­szamy... - burk­nął, umy­ka­jąc wzro­kiem przed parą dzie­cię­cych oczu, które ci­skały iskry. Na­de­szła chwila, któ­rej Erkki naj­bar­dziej się lę­kał - roz­sta­nie.

Po­woli przy­kuc­nął i przy­tu­lił Ra­iję. Nie mógł jed­nak znieść peł­nego wy­rzutu spoj­rze­nia du­żych brą­zo­wych oczu. Nieme po­tę­pie­nie, które od­ma­lo­wało się na twa­rzy ośmio­let­niego dziecka, miało go prze­śla­do­wać przez resztę ży­cia. Płacz ści­skał mu gar­dło, więc tylko bez słowa moc­niej przy­gar­nął córkę.

- To dla two­jego do­bra, Ra­iju! - wy­szep­tał raz jesz­cze. Było mu ogrom­nie ciężko, bo wie­dział, że ona, ni­czego nie poj­mu­jąc, wła­śnie jego obar­cza od­po­wie­dzial­no­ścią za to, co się stało.

Wstał, po­kle­pał có­reczkę po po­liczku i od­szedł, za­ta­cza­jąc się jak pi­jany.

Ra­ija nie wy­rze­kła ani jed­nego słowa.

Do­piero gdy przy­gar­biona syl­we­tka ojca zgi­nęła w od­dali, z oczu dziew­czynki po­pły­nęły łzy, a jej cia­łem wstrzą­snęły dresz­cze, jakby do­ku­czał jej chłód.

Sama. Zo­stała zu­peł­nie sama. Nic by nie dało, gdyby po­bie­gła za oj­cem. I tak przy­pro­wa­dziłby ją z po­wro­tem. Ogar­nięta pa­niką od­wró­ciła się do ob­cych lu­dzi. Przez łzy nie mo­gła ich roz­róż­nić - zle­wali się w roz­ma­zane plamy. Na­gle jedna po­stać od­dzie­liła się od po­zo­sta­łych. Do za­pła­ka­nej dziew­czynki pod­szedł star­szy od niej chło­pak i oto­czył ra­mie­niem jej drobne ciało wstrzą­sane szlo­chem. Ra­ija przy­tu­liła się do tego ob­cego, który oka­zał jej cie­pło i czu­łość. Ukryła twarz na piersi syna Pehra i pła­kała, pła­kała.

Mik­kal nie poj­mo­wał, skąd się w nim bie­rze taka czu­łość dla ma­łej Ra­iji. Zwy­kle spo­glą­dał na dziew­czyny z po­gardą. Ale to sa­motne dziecko o du­żych, wy­ra­ża­ją­cych roz­pacz oczach po­ru­szyło w nim ja­kąś strunę. Dziew­czynka była taka mała i bez­radna. Chłodny wiatr tar­gał wy­sta­jące spod chu­sty czarne pu­kle, które wy­glą­dały jak skrzy­dła zma­ga­ją­cego się z wi­churą kruka.

Mik­kal, trzy­ma­jąc Ra­iję w ra­mio­nach, usły­szał swój wła­sny głos:

- Płacz, płacz, ma­leńki kruku! Jest ci te­raz bar­dzo ciężko, ale ja się o cie­bie za­trosz­czę, za­wsze będę się trosz­czyć...

2 - Dork (lap.) - fu­trzana bluza na­kła­dana na gołe ciało wło­sem do we­wnątrz.

3 - Ku­magi - buty z gar­bo­wa­nej skóry z cha­rak­te­ry­stycz­nym za­wi­nię­tym no­skiem.

Roz­dział 2

Lu­dzie. Sami obcy lu­dzie, któ­rzy przy­wę­dro­wali tu z po­łu­dnia ca­łymi ro­dzi­nami. Z ich oczu wy­zie­rał głód, roz­pacz i tłu­miona na­dzieja. Do­ro­śli, męż­czyźni i ko­biety o znisz­czo­nych od cięż­kiej pracy dło­niach, i dzieci, tak jak Ra­ija ode­rwane od ko­rzeni. Ich jed­nak nie cze­kała tak dra­styczna od­miana ży­cia, bo prze­cież miały przy so­bie ro­dzi­ców. Ra­ija tym­cza­sem zna­la­zła się cał­kiem sama po­śród ob­cych. Dziecko, które ni­gdy do­tąd nie opusz­czało ro­dzin­nej wsi w Tor­ne­da­len, ni­gdy nie prze­by­wało poza ro­dzinną chatą!

Fi­no­wie, któ­rzy przy­łą­czyli się do La­poń­czy­ków, pró­bo­wali za­przy­jaź­nić się z dziew­czynką. Uża­lali się nad tym dziec­kiem wy­rzu­co­nym z ro­dzin­nego gniazda. Ale Ra­ija nie chciała li­to­ści. Była zbyt dumna, by znieść ludz­kie współ­czu­cie. Sły­szała za ple­cami po­tę­pia­jące szepty: "To po­twory! Kto wi­dział, żeby sprze­da­wać wła­sne dziecko!".

Opusz­cza­jący kraj Fi­no­wie nie mo­gli po­go­dzić się z tym, że lu­dzie wy­wo­dzący się z tego sa­mego co oni dum­nego na­rodu upa­dli tak ni­sko. Ra­ija sły­szała, co mó­wią, i od­gro­dziła się od nich gru­bym mu­rem.

Ni­komu nie wolno tak mó­wić o ma­mie i ta­cie!

Co prawda sama nie prze­sta­wała w my­ślach oskar­żać ro­dzi­ców, ale to cał­kiem inna sprawa! Każ­dego, kto ośmie­lił się po­wie­dzieć o nich choć jedno złe słowo, Ra­ija ob­rzu­cała lo­do­wa­tym spoj­rze­niem i od­wra­cała się ple­cami.

Dziew­czynką za­jęli się La­poń­czycy: Pehr i jego żona o nie­prze­nik­nio­nym ob­li­czu.

Ra­vna sta­rała się na­wią­zać kon­takt z małą Finką, ale Ra­ija nie chciała przy­jąć mi­ło­ści, którą La­ponka pra­gnęła ją ob­da­rzyć. Od­su­wała się, gdy tylko Ra­vna wy­cią­gnęła dłoń, żeby ją po­gła­skać po gło­wie albo otrzeć po­liczki z łez.

Za nic na świe­cie nie po­lubi tych lu­dzi! Zo­stała zmu­szona, by z nimi być, ale nikt nie może jej na­ka­zać, by ich po­ko­chała.

Jej za­ufa­nia nie można ku­pić ani zdo­być siłą.

Sta­nęła z boku i ku­liła się ni­czym prze­ra­żone pi­sklę, gdy tylko ktoś się do niej zbli­żał. Sze­roko otwar­tymi oczami śle­dziła czuj­nie każ­dego, kto pró­bo­wał na­wią­zać z nią kon­takt, i od­py­chała go wzro­kiem. Ra­ija nie chciała się z ni­kim za­przy­jaź­nić.

Do­pu­ściła do sie­bie tylko jedną osobę - Mik­kala. Tylko jemu za­ufała i do­bro­wol­nie po­dała rękę. Ni­komu in­nemu nie udało się wy­wo­łać uśmie­chu na bla­dej, po­waż­nej twa­rzyczce dziecka.

Młody La­poń­czyk stał się je­dy­nym przy­ja­cie­lem Ra­iji dość nie­ocze­ki­wa­nie, wła­ści­wie wbrew swej woli. O ni­czym ta­kim nie my­ślał, kiedy pod­szedł, by po­cie­szyć za­pła­kane dziecko po­zo­sta­wione przez ojca. Ale rów­no­cze­śnie nie miał nic prze­ciwko ob­co­wa­niu z Ra­iją, bo przy tej ma­łej dziew­czynce, de­li­kat­nej jak źdźbło trawy, po­czuł się do­ro­sły. Stał się nie tylko jej przy­ja­cie­lem, ale i obrońcą. To opusz­czone dziecko obu­dziło w nim nie znane do­tąd uczu­cie. Nie po­tra­fił go na­zwać, bo w końcu aż tak do­ro­sły nie był, wie­dział je­dy­nie, że jest za Ra­iję od­po­wie­dzialny.

Roz­ma­wiał z nią w jej oj­czy­stej mo­wie. Po­znał fiń­ski dzięki matce, która wy­ro­sła w Fin­lan­dii. Od ma­leń­kiego mó­wił ję­zy­kami obojga ro­dzi­ców, a po­tem na­uczył się jesz­cze nor­we­skiego. Tak więc ten doj­rzały nad wiek chło­pak po­tra­fił po­ro­zu­mieć się aż w trzech ję­zy­kach.

Po­cie­szał Ra­iję i opo­wia­dał jej cie­kawe hi­sto­ryjki, żeby czymś za­jąć jej my­śli, na­ma­wiał, by coś zja­dła, a kiedy płacz znowu chwy­tał ją za gar­dło i dziew­czynce zda­wało się, że świat wo­kół niej się za­wa­lił, przy­tu­lał ją mocno. Ra­ija wy­pła­kała na ra­mie­niu Mik­kala mo­rze łez, ale on z niej nie szy­dził.

Nowe, obce oto­cze­nie bu­dziło w niej lęk. Nie ode­zwała się ani sło­wem, kiedy Ra­vna na­ło­żyła jej ka­ftan uszyty ze skóry re­ni­fera. Dziew­czynka czuła się w nim ja­koś nie­swojo, ale za­ak­cep­to­wała nowe ubra­nie, bo dzięki niemu nie mar­zła.

Pehr, uj­rzaw­szy ją w tym stroju, prze­żył wstrząs. W jego oczach od­ma­lo­wało się za­sko­cze­nie i ból. Ra­ija do­my­śliła się, że ka­ftan na­le­żał do La­ili, zmar­łej córki Pehra i Ra­vny. W głębi du­szy czuła wdzięcz­ność, że Ra­vna po­da­ro­wała jej ubra­nie có­reczki, ale upór i smu­tek nie po­zwa­lały jej po­dzię­ko­wać.

Bro­niła się ze wszyst­kich sił przed po­zy­tyw­nymi uczu­ciami. Nie za­mie­rzała po­zwo­lić, by nowi opie­ku­no­wie stali się dla niej kimś waż­nym. Nie­na­wi­dziła ich z ca­łego serca!

Naj­więk­szą wro­gość bu­dził w niej Pehr. Mógł wszak po­wie­dzieć ojcu, że jej nie za­bie­rze! To on prze­cież de­cy­do­wał o wszyst­kim! Ale on chciał ubić in­te­res. Ra­ija na­słu­chała się o tym wy­star­cza­jąco dużo. To­wa­rzy­szący La­poń­czy­kom Fi­no­wie roz­pra­wiali o ro­dzi­cach, w de­spe­ra­cji wy­sy­ła­ją­cych swoje dzieci z La­poń­czy­kami do Ru­iji. Na wy­brzeżu bez­dzietni lu­dzie przy­gar­niali fiń­skie dzieci. Na ogół tra­fiały w do­bre ręce, choć nie­któ­rzy brali je do sie­bie tylko dla­tego, że po­trze­bo­wali siły ro­bo­czej, kosz­tu­ją­cej tyle co po­ży­wie­nie. Tym, któ­rzy przy­wo­zili ma­łych Fi­nów do Ru­iji, pła­cono wcale po­kaźne sumki. Dziew­czynka ro­zu­miała, że dla Pehra jest wy­łącz­nie to­wa­rem, który sprzeda na jar­marku, i dla­tego za każ­dym ra­zem, gdy pa­trzyła na prze­bie­głego La­poń­czyka, jej oczy zwę­żały się w szparki.

Nie zgo­dziła się wsiąść do pu­lek, któ­rymi po­wo­ził. Kiedy nie­zbyt de­li­kat­nie chwy­cił ją, żeby po­sa­dzić w tych sa­niach bez płóz, za­parła się, a jej ciało zro­biło się cięż­kie jak ołów. Pehr zła­pał Ra­iję moc­niej i siłą umie­ścił w pul­kach. Na­po­tkaw­szy jed­nak spoj­rze­nie dziew­czynki, za­drżał, bo ni­gdy jesz­cze nie oka­zano mu tak jaw­nie wro­go­ści. Ra­ija nie bała się, ona go nie­na­wi­dziła! Wra­że­nie było tak silne, jakby dziecko wy­krzy­czało mu to pro­sto w oczy. Po­wi­nien po­sta­wić na swoim, ale zde­ner­wo­wany wy­sa­dził małą i po­pchnął w stronę syna, który bez słowa przy­glą­dał się zaj­ściu.

Mik­kal znie­ru­cho­miał, tylko po­liczki mu drgnęły, zdra­dza­jąc, że nie po­do­bało mu się, w jaki spo­sób oj­ciec po­trak­to­wał Ra­iję. Nie pa­trząc na niego, po­cią­gnął dziew­czynkę do swo­ich sań. Nie oka­zy­wał jej li­to­ści ani nie na­rzu­cał się z przy­jaź­nią. Nie na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy ga­dają tylko po to, żeby prze­rwać mil­cze­nie. Choć był jesz­cze bar­dzo młody, zdą­żył się na­uczyć, że ci­sza może być rów­nie cenna jak po­tok słów. Nie ode­zwał się, ale z jego twa­rzy i ge­stów Ra­ija od­ga­dła nie­wy­po­wie­dziane słowa. Nie po­trze­bo­wała o nic py­tać. Wie­działa, że na Mik­kalu może po­le­gać.

Pulki, któ­rymi po­wo­ził, naj­wy­raź­niej jej od­po­wia­dały. Pehr na ten wi­dok za­ci­snął zęby ze zło­ści i po­my­ślał, że dziew­czyna, która już te­raz jest utra­pie­niem, może przy­spo­rzyć mu jesz­cze wiele kło­po­tów. Z praw­dziwą ra­do­ścią się jej po­zbę­dzie. Gdy tylko trafi się oka­zja, do­bije targu z ja­ki­miś po­czciw­cami z wy­brzeża.

Do­strzegł w tym dziecku nie­bez­pieczny tem­pe­ra­ment. Po­znał to po oczach. Póki co ża­rzyły się w nich tylko iskierki, ale nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści, że roz­palą się złym pło­mie­niem, nim mi­nie parę lat.

Ale to już nie moje zmar­twie­nie! po­my­ślał, dzię­ku­jąc w du­chu do­brym mo­com. W Lyngs­botn otrzy­mam za­płatę i na­sze drogi się ro­zejdą...

Ru­szyli przed wie­czo­rem, nie ba­cząc na za­pa­da­jące ciem­no­ści. Po­su­wali się na­przód na­wet wów­czas, gdy noc prze­ma­lo­wała gra­nat wie­czoru na nie­prze­nik­nioną czerń. Re­ni­fery i za­przęgi cią­gnęły dłu­gim łań­cu­chem wzdłuż bia­łych pust­kowi. Fi­no­wie, któ­rzy przy­łą­czyli się do La­poń­czy­ków, mo­gli do­trzy­mać tempa dzięki temu, że uży­czono im za­przęgu. Ufali Peh­rowi i czuli się przy nim bez­piecz­nie, nie po raz pierw­szy bo­wiem po­ko­ny­wał tę trasę i do­brze znał szlaki. Ra­iji z tru­dem przy­cho­dziło się z tym po­go­dzić. Po dro­dze mi­jali inne grupy Fi­nów, pie­szo zdą­ża­ją­cych do Ru­iji, ku no­wej przy­szło­ści. Męż­czyźni, ko­biety, dzieci... Cały swój skromny do­by­tek cią­gnęli za sobą na ma­łych san­kach.

Grupa pro­wa­dzona przez Pehra za­trzy­mała się do­piero przed świ­tem, gdy noc za­czy­nała po­woli rzed­nąć i nie ota­czała ich już grubą ścianą, lecz wy­da­wała się ła­god­niej­sza, jakby bar­dziej przy­ja­zna. Ra­ija nie poj­mo­wała, dla­czego po­ru­szają się nocą, ale jak się oka­zało, miało to swoje wy­tłu­ma­cze­nie. Nocny mróz two­rzył na śniegu szreń, grubą lo­dową sko­rupę, na któ­rej sa­nie miały lep­szy po­ślizg, a zwie­rzęta i lu­dzie nie mu­sieli brnąć w głę­bo­kich za­spach. La­poń­czycy po­tra­fili wy­ko­rzy­sty­wać to, co ofia­ro­wy­wała im na­tura.

Ra­ija spała przez więk­szą część drogi i prawdę mó­wiąc, nie­wiele za­pa­mię­tała. Od­no­siła wra­że­nie, że prze­su­wa­jący się przed jej oczami kra­jo­braz wła­ści­wie się nie zmie­nia, wi­działa tylko śnieg i mrok. Miej­sce, w któ­rym za­trzy­mali się na po­stój, ni­czym się nie róż­niło od in­nych miejsc. Ra­ija zmru­żyła oczy. Po­ły­sku­jące nie­bie­skawo po­ła­cie śniegu nie­mal zle­wały się w jedno z gra­na­to­wym nie­bem. Gdzie­nie­gdzie wy­sta­wały spod bia­łej po­krywy po­skrę­cane kar­ło­wate brzozy, które swym wy­glą­dem przy­po­mi­nały bu­dzące grozę po­staci z nie­rze­czy­wi­stego świata. Drzewa rzu­cały prze­dziwne cie­nie na bez­kre­sny ocean bieli.

La­poń­czycy po­sta­wili jurtę ze zręcz­no­ścią, któ­rej się na­bywa przy wy­ko­ny­wa­niu po ty­siąc­kroć tej sa­mej czyn­no­ści. Fi­no­wie to­wa­rzy­szący ro­dzi­nie Pehra mieli za­jąć dwie jurty. Bar­dzo się na­mę­czyli, za­nim zdo­łali je wznieść. Ra­ija uważ­nie ob­ser­wo­wała ich po­czy­na­nia i po raz pierw­szy od chwili, kiedy opu­ściła ro­dzinny dom, po­czuła roz­ba­wie­nie. Ale nie ro­ze­śmiała się, na­wet usta jej nie drgnęły.

Ra­vna po­pa­trzyła na dziew­czynkę, która wsu­nęła się do jurty za in­nymi, i zda­wało się jej, że wi­dzi tylko parę du­żych za­lęk­nio­nych oczu. Pehr wy­raź­nie uni­kał dziecka. Wpraw­dzie ośmio­let­nia dziew­czynka nie mo­gła mu w ża­den spo­sób za­gra­żać, jed­nak Pehr wy­czu­wał, że ciem­no­oka, fi­li­gra­nowa Ra­ija Ala­talo przy­spo­rzy mu kło­po­tów. Na­wet on jed­nak nie prze­wi­dział, ile si­wych wło­sów przy­bę­dzie mu na gło­wie za jej sprawą...

Pehr i Ra­vna za­jęli prawą stronę jurty, a dziew­czynce przy­dzie­lili miej­sce po le­wej stro­nie od wej­ścia. Ra­ija roz­glą­dała się bacz­nie wo­kół, mimo że nowe oto­cze­nie na­dal wzbu­dzało w niej trwogę. Do­my­śliła się, że w la­poń­skiej jur­cie wszystko ma swoje ści­śle okre­ślone miej­sce. Zie­mia zo­stała przy­kryta kil­koma war­stwami skór re­ni­fe­ro­wych, a wnę­trze pod ścia­nami wy­mosz­czono skó­rza­nymi wo­rami i der­kami, które chro­niły przed prze­cią­giem. Przy sa­mym wej­ściu Pehr i Mik­kal zło­żyli opał, a żyw­ność i sprzęt go­spo­dar­ski roz­mie­ścili w taki spo­sób, by Ra­vna miała do nich ła­twy do­stęp. Po­środku znaj­do­wało się pa­le­ni­sko, na któ­rym już wkrótce trza­skał ogień. Przy­jemne cie­pło wy­peł­niło wnę­trze jurty i roz­grzało prze­mar­z­nięte ciała wę­drow­ców. Na­wet Ra­ija po­czuła bło­gość.

Ra­vna wy­cią­gnęła su­szone mięso z re­ni­fera i ugo­to­wała je. Ra­ija ob­ser­wo­wała La­poń­czy­ków sze­roko otwar­tymi oczami, za­cie­ka­wiona wszyst­kim, co ro­bili. Ich co­dzienne ży­cie tak bar­dzo róż­niło się od spo­sobu ży­cia chło­pów w Tor­ne­da­len. W in­nych oko­licz­no­ściach za­sy­pa­łaby ich py­ta­niami, póki nie do­wie­dzia­łaby się wszyst­kiego, co ją in­te­re­so­wało. Ale te­raz nie chciała przyj­mo­wać ni­czego od Ra­vny i Pehra, nie chciała na­wet słu­chać ich od­po­wie­dzi na py­ta­nia. Po­zo­stało jej je­dy­nie ob­ser­wo­wać i chło­nąć nowe wra­że­nia.

Pehr bło­go­sła­wił ci­szę, jaka pa­no­wała w jur­cie. Po­my­ślał, że je­śli tylko ten dzie­ciak nie bę­dzie się wiele od­zy­wał, ja­koś znie­sie jego obec­ność i do­wie­zie do Lyn­gen.

W mil­cze­niu, z cier­pli­wo­ścią, którą sam uznał za aniel­ską, po­kroił mięso i po­dał dziecku. Dziew­czynka nie za­re­ago­wała. Szturch­nął ją lekko, ale ona cof­nęła się gwał­tow­nie, jakby ją ude­rzył, i od­su­nęła się pod ścianę jurty. Kiedy po­pa­trzyła mu w oczy, nie do­strzegł w nich stra­chu, ale upór.

- Bę­dziesz jeść, dziew­czyno! - po­wie­dział sta­now­czo i nie­mal rzu­cił jej mi­skę pod nogi.

Ra­ija po­krę­ciła głową.

- Ach, nie?!

Wi­dać było, że Pehr z tru­dem nad sobą pa­nuje. Gdyby to było jego wła­sne dziecko, nie po­zwo­liłby ni­gdy na taką bez­czel­ność, bez wa­ha­nia zło­iłby mu skórę! Pehr ocze­ki­wał od swych dzieci sza­cunku.

- Zaj­mij się tą wroną, Mik­kal, skoro już się tak cie­bie ucze­piła. Nie za­zdrosz­czę ci... Nie za­po­mi­naj jed­nak, że masz inne obo­wiązki...

Mik­kal ski­nął głową i spo­koj­nie pod­niósł mi­skę. Ob­rzu­cił Ra­iję nie­prze­nik­nio­nym spoj­rze­niem i nie spusz­cza­jąc wzroku z na­bur­mu­szo­nej twa­rzy dziew­czynki, pod­su­nął ma­łej je­dze­nie. Ra­ija szybko wy­cią­gnęła dłoń i chwy­ciła na­czy­nie.

Pehr ob­ser­wo­wał spod oka córkę Erk­kiego. Ka­wa­łek za ka­wał­kiem wkła­dała mięso do ust i żuła ener­gicz­nie. A więc je­dze­nie jej sma­ko­wało! Gdy dziew­czynka zo­rien­to­wała się, że Pehr na nią pa­trzy, sku­liła się i wciąż go ob­ser­wu­jąc, przy­brała po­stawę obronną.

To samo po­wtó­rzyło się kil­ka­krot­nie pod­czas po­siłku, aż wresz­cie Pehr nie wy­trzy­mał.

- Ty, Ra­ija Ala­talo! - rzu­cił ostro.

Ra­ija nie­chęt­nie po­pa­trzyła na La­poń­czyka, który pod­niósł się z miej­sca i sta­nął nad nią.

- Oj­cze! - ode­zwał się Mik­kal, sta­ra­jąc się za­ła­go­dzić sy­tu­ację.

- Masz mnie słu­chać! - cią­gnął Pehr, nie zwra­ca­jąc uwagi na syna. - Obo­jęt­nie, czy ci się to po­doba, czy nie. Kiedy każę ci jeść, to zna­czy, że masz jeść! Nie na rękę mi, że­byś do­je­chała do Ru­iji wy­chu­dzona, z za­pad­nię­tymi po­licz­kami. Poza tym nikt mi nie bę­dzie mó­wił, że mo­rzę dzieci gło­dem. Je­steś pod moją opieką, ro­zu­miesz?

- Mniej ci za­płacą, je­śli będę chuda? - spy­tała Ra­ija za­czep­nie.

- Zro­zu­miano? - wark­nął Pehr, uda­jąc, że nie sły­szy jej uwagi. Ra­ija dy­szała ciężko, w końcu, blada jak kreda, ski­nęła głową. - To do­brze. I nie patrz na mnie, jak­bym był stallo! - rzu­cił jesz­cze Pehr, a po­tem chwy­cił czapkę i wy­szedł.

Po­zo­stali w mil­cze­niu do­koń­czyli po­si­łek, a po­tem Mik­kal po­mógł dziew­czynce uło­żyć się do snu. Otu­lił ją sta­ran­nie okry­ciem ze skór i sam przy­go­to­wał so­bie po­sła­nie obok. Ja­kiś we­wnętrzny głos pod­po­wie­dział mu, że dziew­czynka po­trze­buje ko­goś bli­skiego wła­śnie te­raz. Po raz pierw­szy w ży­ciu miała spać z dala od ro­dzin­nego domu.

My­śli Ra­iji po­szy­bo­wały z po­wro­tem do ma­łej za­grody w Tor­ne­da­len, do nie­wiel­kiej izby i trojga lu­dzi, któ­rzy byli ca­łym jej ży­ciem.

Czuła zmę­cze­nie w każ­dym skrawku ciała, głowa opa­dała, jed­nak sen, który mógłby przy­nieść ma­łej wy­tchnie­nie i spo­kój, nie nad­cho­dził.

Nie opusz­czały jej wspo­mnie­nia, a sceny z ro­dzin­nego domu za­mie­niały się w cu­do­wne ob­razy. Ból roz­sa­dzał jej piersi, kiedy roz­my­ślała o naj­bliż­szych. Ukrad­kiem wy­jęła rękę spod przy­kry­cia i po­woli prze­su­wa­jąc ją po re­ni­fe­ro­wych skó­rach, wsu­nęła pod derkę, którą okryty był Mik­kal.

- Co ci jest, Mały Kruku? - wy­szep­tał chło­pak, uści­snąw­szy mocno dłoń dziew­czynki.

Przez chwilę wpa­try­wała się w niego z roz­pa­czą, a po­tem wy­du­siła z sie­bie:

- Mik­kal, co to jest stallo?

Spo­dzie­wał się wszyst­kiego, tylko nie ta­kiego py­ta­nia. Uśmiech­nął się pro­mien­nie, mio­dowe oczy za­lśniły w pół­mroku ni­czym gwiazdy, a su­rowa, po­ważna twarz zła­god­niała.

Ra­ija uznała, że Mik­kal jest piękny. Do tej pory do­strze­gała w nim tylko opar­cie i do­broć, któ­rej tak strasz­nie łak­nęła. Od tej chwili stał się dla niej ide­ałem.

Przy­ci­szo­nym gło­sem Mik­kal wy­ja­śnił dziew­czynce, że stallo to taki ol­brzym, głupi i brzydki troll.

- Ale to tylko po­stać z ba­śni - do­dał, żeby jej za­nadto nie wy­stra­szyć.

- Prze­cież ro­zu­miem! - prych­nęła.

Mik­kal był za­sko­czony. Nie przy­pusz­czał, że ba­śniowy stallo tak po­ru­szy wy­ob­raź­nię Ra­iji. Prze­cież dziew­czynka do­sko­nale poj­mo­wała, że ktoś taki nie ist­nieje na­prawdę, więc też nie mo­gła się go bać. Po­trze­bo­wała jed­nak wi­dać cze­goś, czym mo­głaby za­jąć my­śli, ula­tu­jące cią­gle do ro­dzin­nego domu, a okropny troll zna­ko­mi­cie się do tego nada­wał.

- Twój oj­ciec nie jest stallo! - wy­szep­tała, nie wy­pusz­cza­jąc dłoni Mik­kala. - On nie jest głupi!

Był to w jej ustach praw­dziwy kom­ple­ment. Nie­stety, Pehr go nie usły­szał, bo po­ja­wił się w jur­cie tro­chę póź­niej. Przy pa­le­ni­sku za­stał za­sę­pioną żonę. Kiedy zo­ba­czył że syn za­snął, trzy­ma­jąc za rękę nie­sforną córkę Erk­kiego Ala­talo, ukuc­nął przy ogniu i mruk­nął:

- Nic do­brego z tego nie bę­dzie.

Ra­vna nie od­po­wie­działa. Wzru­szył ją wi­dok dwojga szep­czą­cych ze sobą dzieci. Nie­mal czuła, jak two­rzy się mię­dzy nimi więź. Kiedy za­snęły, w jej sercu zro­dziło się ma­rze­nie.

Ko­lejne dni wy­prawy upły­wały w tym sa­mym ryt­mie. Nocą po­su­wali się na­przód, spali i od­po­czy­wali za dnia. Ra­ija stra­ciła po­czu­cie czasu. W jej pa­mięci na za­wsze po­zo­stał mo­no­tonny biały kra­jo­braz, mrok, chłód i groźne cie­nie rzu­cane przez po­skrę­cane wia­trem kar­ło­wate brzozy, a także grupki wę­dru­ją­cych pie­szo lu­dzi, któ­rzy tak jak i oni zdą­żali w kie­runku mo­rza - ku Ru­iji.

Prze­mie­rzali pust­ko­wia, po­stę­pu­jąc wy­ty­czo­nym przez re­ni­fery szla­kiem, wą­skimi ścież­kami wy­dep­ta­nymi w głę­bo­kim śniegu pół­nocy. Po dro­dze mi­jali chaty, w któ­rych po­mimo cia­snoty za­trzy­my­wali się na od­po­czy­nek inni wę­drowcy. Ra­ija, choć na­dal wrogo uspo­so­biona do swych no­wych opie­ku­nów, zro­zu­miała, że ci, któ­rzy przy­łą­czyli się do Pehra, mieli dużo szczę­ścia. Im bo­wiem nie bra­ko­wało po­ży­wie­nia.

Ra­ija nie gło­do­wała, nie mar­zła i był przy niej ktoś, komu ufała. Co­dzien­nie grzała się przy ogniu pa­le­ni­ska. Trzask pło­mieni, za­pach skóry, smak zupy ugo­to­wa­nej na mię­sie re­ni­fera - wszystko to, zrazu obce, z cza­sem stało się zna­jome. Po­lu­biła też su­szone twarde mięso z re­nów, było smacz­niej­sze, niż mo­głaby so­bie wy­ma­rzyć.

Ra­ija wę­dro­wała do kra­iny, o któ­rej tyle roz­my­ślała, tylko że ta kra­ina prze­stała ja­wić się jej jako miej­sce szczę­śliwe.

Ru­ija stra­ciła dla niej ów ta­jem­ni­czy, ma­giczny urok. Ma­rze­nia dziew­czynki, po­dob­nie jak kie­dyś ku pół­nocy, te­raz ula­ty­wały na po­łu­dnie, ku zna­jo­mym trak­tom i bli­skim uko­cha­nym oso­bom, któ­rych miała za­pewne wię­cej nie zo­ba­czyć. Pra­gnęła uj­rzeć znowu zie­lone zbo­cza i po­czuć za­pach świer­ko­wych la­sów. Nie po­cią­gało jej już ogromne mo­rze pełne srebr­nych ryb.

Któ­re­goś po­god­nego po­ranka za­trzy­mali się na po­stój i Pehr, wska­zu­jąc na pro­wa­dzący w dół długi wą­ski tu­nel w śniegu, wy­ja­śnił, że zbli­żają się do celu, do fiordu Lyn­gen.

Ra­ija po­pa­trzyła na góry pię­trzące się stromo ku niebu i pu­ściła wo­dze fan­ta­zji. Za­pra­gnęła na­gle zo­ba­czyć z bli­ska tę wy­śnioną kra­inę. Rów­no­cze­śnie nie­na­wi­dziła sa­mej my­śli, że już wkrótce do­trą do osady nad fior­dem, bo na­zbyt do­brze wie­działa, co to ozna­cza. Dla Mik­kala i in­nych miał to być ko­lejny krótki po­stój przed dal­szą wę­drówką, ale dla niej wy­prawa do­bie­gała końca.

W do­li­nie nad fior­dem los Ra­iji zo­sta­nie przy­pie­czę­to­wany. Prawda, że nie­na­wi­dziła Pehra i nie przy­wią­zała się ja­koś szcze­gól­nie do jego żony, ale prze­cież Pehr, Ra­vna, Mik­kal i ona - Ra­ija - sta­no­wili jed­ność. Przy­wy­kła do pa­nu­ją­cego w jur­cie przy­tul­nego cie­pła, po­lu­biła nowe oto­cze­nie i za­pa­chy, zwłasz­cza gdy na­uczyła się je roz­po­zna­wać.

Ro­dzina la­poń­ska ozna­czała bez­pie­czeń­stwo, bez względu na to, czy dziew­czynka ak­cep­to­wała to, czy nie. Nie tak dawno, gdy ode­rwano ją od bli­skich, zie­mia usu­nęła się jej spod stóp. Te­raz udało się jej za­dzierz­gnąć więzy z opie­ku­nami, które, choć jesz­cze wą­tłe, da­wały ja­kieś po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Wkrótce jed­nak i ta słaba nić pęk­nie. Znowu wszystko się zmieni. Tak na­prawdę Ra­ija sama nie wie­działa, czego chce. Mio­tały nią sprzeczne uczu­cia. Nie­chęć, nie­na­wiść, zwąt­pie­nie zma­gały się w niej z po­trzebą bez­pie­czeń­stwa, pra­gnie­niem, by mieć choć jed­nego bli­skiego czło­wieka, który by się o nią trosz­czył.

Dla­tego też gdzieś w głębi serca lę­kała się roz­sta­nia z la­poń­ską ro­dziną. Bar­dzo przy­wią­zała się do Mik­kala i ta przy­jaźń, pierw­sza w jej ży­ciu, wy­da­wała się dziew­czynce czymś pięk­nym. Nie chciała jej utra­cić.

W ciągu kilku ty­go­dni wy­zbyła się wielu ilu­zji, to, w co wie­rzyła do­tąd z dzie­cięcą na­iw­no­ścią, oka­zało się ułudą. Zro­zu­miała, że rze­czy­wi­stość różni się od ob­ra­zów pod­su­wa­nych jej przez wy­ob­raź­nię.

Ma­rze­nia na­le­żały do świata cieni, do któ­rego mo­gła wśli­znąć się ukrad­kiem na parę chwil, by po­znać smak nie­osią­gal­nego, ale za­raz mu­siała stam­tąd wra­cać. Wra­cać do rze­czy­wi­sto­ści, która ob­cho­dziła się z ośmio­let­nią dziew­czynką z Tor­ne­da­len wy­jąt­kowo bez­li­to­śnie.

Na szczę­ście ma­rzeń nikt nie mógł jej ode­brać, to świa­tełko ukryte gdzieś głę­boko w sercu ja­śniało tylko dla niej i nikt nie mógł jej go wy­kraść lub pod­stęp­nie po­zba­wić.

Za­trzy­mali się po raz ostatni na wspól­nym po­stoju, po któ­rym mieli do po­ko­na­nia jesz­cze tylko je­den etap - zjazd po zbo­czu do­liny nad fiord.

Ra­ija wy­sia­dła z sań i obej­rzała się za sie­bie, tam gdzie w od­dali po­zo­stały jej ro­dzinne strony. Ja­kie to dziwne uczu­cie - stą­pać po ziemi Ru­iji. Była tro­chę roz­cza­ro­wana; tak jak przed­tem wi­działa wo­kół sie­bie je­dy­nie przy­krytą śnie­giem bez­kre­sną prze­strzeń. Kie­dyś dziew­czynce się wy­da­wało, że Ru­ija to tylko góry i mo­rze.

- Tam po­wę­dru­jemy.

Mik­kal wska­zał ręką na pół­nocny za­chód, gdzie da­leko na tle błę­kit­nego nieba wzno­siły się szczyty.

- A tu w dole leży Lyn­gen, mała Ra­iju.

- Zo­ba­czymy mo­rze? - spy­tała z na­dzieją w gło­sie, przy­po­mniaw­szy so­bie opo­wie­ści o wiel­kich ry­bach i fa­lach ude­rza­ją­cych o pia­sek.

- Nie, tylko fiord. Mo­rze jest da­lej. Jar­mark od­bywa się w Lyngs­botn, pra­wie na sa­mym końcu fiordu. Tam jest dużo la­sów, pra­wie tak jak w Fin­lan­dii, tyle że u was są lasy świer­kowe, zaś nad fior­dem ro­sną so­sny i brzozy. Zo­ba­czysz, spodoba ci się...

Ra­ija wcale nie była tego pewna. Od­szu­kała nie­mal do­ro­słą dłoń Mik­kala, który uści­snął drobną rękę dziew­czynki, jakby chciał do­dać jej od­wagi.

- Chyba nie chcę tam je­chać. Ni­gdy wię­cej cię nie zo­ba­czę, Mik­kalu!

Czter­na­sto­la­tek nie od­po­wie­dział. Bo i cóż miał rzec? Ra­ija wi­działa sprawy wy­star­cza­jąco ja­sno. Wes­tchnął. Mógłby pró­bo­wać ją po­cie­szyć, pod­słu­chał kie­dyś roz­mowę ro­dzi­ców na jej te­mat, ale miał świa­do­mość, że fał­szywe na­dzieje spra­wi­łyby Ra­iji jesz­cze więk­szy ból.

Stali, trzy­ma­jąc się za ręce: mała fiń­ska dziew­czynka, rzu­cona da­leko od ro­dzin­nego domu, i na wpół do­ro­sły la­poń­ski chło­pak. Pa­trzyli w dół na do­linę koń­czącą się nad oto­czo­nym gó­rami fior­dem, na góry i pła­sko­wyż, który cią­gnął się po ho­ry­zont. Śnieg i niebo.

Żadne z nich nie znało tych trak­tów.

Nie wie­dzieli nic o przy­szło­ści, skry­tej jak na­tura pod śnieżną po­włoką.

Los, być może na za­wsze, miał roz­dzie­lić dzieci, które tak do sie­bie przy­lgnęły. świa­do­mość tego roz­dzie­rała obojgu serca.

- Nie ma mowy! - oświad­czył sta­now­czo Pehr.

- Ra­ija zo­sta­nie! - rze­kła z upo­rem Ra­vna, nie pod­no­sząc głosu, a jej twarz po­zo­stała nie­ru­choma.

- Przy­rze­kłem Erk­kiemu Ala­talo, że od­dam jego córkę ja­kiejś ro­dzi­nie w Ru­iji, i obiet­nicy do­trzy­mam.

- Prze­cież my też miesz­kamy w Ru­iji - nie ustę­po­wała Ra­vna. - Bę­dziemy dbać o małą, Mik­ka­lowi zresztą także jej to­wa­rzy­stwo wyj­dzie na do­bre.

Pehr wcią­gnął po­wie­trze, usi­łu­jąc opa­no­wać zde­ner­wo­wa­nie. - Ko­bieto! - jęk­nął. - Erkki Ala­talo my­ślał o ro­dzi­nie Nor­we­gów, nie ro­zu­miesz czy nie chcesz zro­zu­mieć?

- Przy­znaj się, Pehr, cho­dzi ci o za­ro­bek! Za­mie­rzasz za­brać Ra­iję na jar­mark i ubić in­te­res, co?

Ra­vna do­tknęła czu­łego punktu Pehra.

- Dla mnie naj­waż­niej­sze jest do­bro dziecka! - wy­krzyk­nął. - I twoje. Chcia­ła­byś uczy­nić z niej nową La­ilę, żono, ale to nie­moż­liwe. Na­sza córka umarła! A Ra­ija trafi do nor­we­skiej ro­dziny w Lyn­gen. To moje ostat­nie słowo!

- W ta­kim ra­zie nie jadę do osady. - Ra­vna po­mimo gwał­tow­nego wy­bu­chu męża po­zo­stała spo­kojna i opa­no­wana. - Zo­stanę tu­taj ra­zem z Ra­iją.

- Ha! - wrza­snął Pehr, od­wra­ca­jąc się do żony. - Chciał­bym to wi­dzieć! Le­d­wie po­zwoli ci się do­tknąć, a ty chcesz ją u nas zo­sta­wić! Prze­cież ten dzie­ciak trak­tuje nas jak za­dżu­mio­nych! No, może z wy­jąt­kiem Mik­kala.

Ra­vna uśmiech­nęła się le­ciutko, bo nie zwy­kła oka­zy­wać uczuć nie w porę. Te­raz jed­nak po­de­szła do Pehra i ujęła go za ra­mię.

- Znam cię do­brze, Pehr - po­wie­działa ła­god­nie. - Wiem, o co ci cho­dzi. Ty się jej bo­isz. Bo­isz się córki Erk­kiego Ala­talo. Jak to Mik­kal ją na­zywa? Mały Kruk... Bo­isz się tego Ma­łego Kruka, dla­tego chcesz się jej po­zbyć. Poza tym chciał­byś za­ro­bić...

Przy­pusz­cze­nia Ra­vny były nie­bez­piecz­nie bli­skie prawdy. Pehra prze­śla­do­wało prze­peł­nione nie­na­wi­ścią spoj­rze­nie

Ra­iji. Kiedy pa­trzyła na niego tymi ciem­nymi oczami, które pa­liły jak roz­ża­rzone wę­gle, ku­lił się w so­bie i ogar­niało go po­czu­cie winy.

Nie na­zwałby tego stra­chem... Prę­dzej wsty­dem. Ale strach? Nie! W tun­drze nie raz na­tknął się na dra­pież­nika, ucho­dząc cało z opre­sji, a na­wet zdo­by­wa­jąc skóry... Miałby więc się bać ośmio­let­niej dziew­czynki?

- Bę­dzie, jak po­sta­no­wi­łem - po­wtó­rzył z upo­rem.

Ra­vna, nie zwa­ża­jąc na sprze­ciw męża, po­cią­gnęła go za sobą. Prze­pchnęli się przez gro­madę lu­dzi, mi­nęli za­przęgi i stado re­ni­fe­rów. I wtedy po­ka­zała mu od­da­lone od wszyst­kich dwie po­staci. Dwoje dzieci z dwóch róż­nych świa­tów, dzieci, które po­łą­czył los. Stały bli­sko sie­bie i wy­glą­dały, jak gdyby były cał­kiem same na ziemi.

- Ob­cho­dzi cię tro­chę twój syn, Pehr? - za­py­tała Ra­vna ła­god­nie, nie mo­gąc ode­rwać wzroku od Mik­kala i dziew­czynki z Tor­ne­da­len. - Czy nie za­uwa­ży­łeś, że Ra­ija stała mu się bli­ską jak młod­sza sio­stra? Stra­cił wiele ro­dzeń­stwa, ostat­nio małą La­ilę. Czy chcesz, by i ta, do któ­rej tak się przy­wią­zał, ode­szła?

Pehr to­czył walkę ze sobą. Sta­rał się my­śleć roz­sąd­nie, ale prze­cież nie był czło­wie­kiem bez serca.

Su­rowe ży­cie uczy­niło go twar­dym, ale gdzieś głę­boko tliła się w nim zwy­kła ludzka do­broć. Ra­vna, do­brze o tym wie­dząc, użyła wła­ści­wych słów,

- No do­brze, niech tak bę­dzie - zde­cy­do­wał Pehr, bo zro­zu­miał, że zo­stał po­ko­nany. - Ale pa­mię­taj, że by­łem temu prze­ciwny. Chyba mam za mięk­kie serce... - wes­tchnął i krę­cąc głową, od­szedł.

Ra­vna uśmiech­nęła się. Ra­ija to nie La­ila, nie wolno jej o tym za­po­mi­nać, ale bę­dzie córką, któ­rej tak pra­gnęła, od­kąd śmierć za­brała jej La­ilę. Ra­vna pra­wie bie­gła w kie­runku dwojga sto­ją­cych nie­ru­chomo dzieci.

Kiedy zna­la­zła się przy nich, Mik­kal pod­niósł wzrok na matkę. Ra­vnie zda­wało się, że do­strzega w jego twa­rzy cień na­dziei, jakby nieme py­ta­nie.

Na­brała po­dej­rzeń, że syn pod­słu­chi­wał jej wcze­śniej­sze roz­mowy z mę­żem.

Po raz ko­lejny sta­rała się uchwy­cić spoj­rze­nie dziew­czynki, ale ta próba, tak jak i wcze­śniej­sze, ska­zana była na nie­po­wo­dze­nie. Jak ma prze­bić się przez pan­cerz, któ­rym oto­czyło się to dziecko?

- Ra­ija zo­staje z nami! - po­wie­działa.

Po­czuła na so­bie pa­lące spoj­rze­nia obojga dzieci.

- Po­wę­druje z nami do Va­ran­ger. Od dzi­siaj bę­dzie twoją sio­strą, Mik­kalu.

Chyba jesz­cze ni­gdy syn nie pa­trzył na matkę z taką mi­ło­ścią i wdzięcz­no­ścią.

Nim La­ponka zdą­żyła się zo­rien­to­wać, Ra­ija rzu­ciła jej się na szyję i twarz przy­tu­liła do jej twa­rzy, Ra­vna po­czuła łzy na po­liczku i nie wie­działa, czy to jej wła­sne, czy dziecka. Cie­pły od­dech dziew­czynki mu­skał jej skórę.

- Dzię­kuję, Ra­vno - wy­szep­tała Ra­ija.

- Dzię­kuję... mamo... Dla tej jed­nej chwili warto było wal­czyć.

Ra­vna zy­skała córkę, po­dob­nie jak i Pehr, on jed­nak nie był tak jak żona za­chwy­cony z po­wodu po­więk­sze­nia się ro­dziny. Nie pro­te­sto­wał jed­nak wię­cej. Z na­tury ma­ło­mówny, uznał, że tego przed­po­łu­dnia dość się już na­ga­dał.

Na­stą­piło po­że­gna­nie. To­wa­rzy­szący La­poń­czy­kom Fi­no­wie ru­szyli w dół w stronę fiordu Lyn­gen, gdzie więk­szość z nich za­mie­rzała się osie­dlić. Nie­któ­rzy po­sta­no­wili iść jesz­cze da­lej, ale odło­żyli to na póź­niej. Te­raz nę­cił ich jar­mark, o któ­rym tyle sły­szeli. Pra­gnęli spo­tkać lu­dzi, zo­ba­czyć, czy uda im się wy­mie­nić ja­kieś to­wary.

Peh­rowi ode­chciało się jar­marku. Nie miał już prze­cież nic na sprze­daż. Uznał, że skoro Ra­ija zo­staje z nimi, nie ma po co je­chać w dół do­liny.

W głębi du­szy ża­ło­wał, że uległ Ra­vnie. Lę­kał się kon­se­kwen­cji tej udzie­lo­nej pod wpły­wem chwi­lo­wej sła­bo­ści zgody. Już nie raz mu się zda­rzało, że dał się po­nieść emo­cjom i po­tem zbie­rał tego gorz­kie owoce, żadna jed­nak z do­tych­cza­so­wych de­cy­zji nie miała tak po­waż­nego wpływu na losy ca­łej jego ro­dziny. Czuł się jak ostatni głu­piec. Wiele by dał, by cof­nąć dane słowo i zgod­nie z wcze­śniej­szymi pla­nami je­chać te­raz z in­nymi na jar­mark.

Zmru­żył oczy i pa­trzył na za­chód, gdzie na tle śniegu i nieba wi­dać było prze­su­wa­jące się ciemne syl­we­tki lu­dzi, któ­rych przy­pro­wa­dził z Fin­lan­dii. Jakże im za­zdro­ścił!

Czym były ich zmar­twie­nia w po­rów­na­niu z kło­po­tami, które spa­dły na jego głowę!

Ra­vna wy­mu­siła na nim, by zgo­dził się przy­jąć do ro­dziny obce dziecko. Ośmio­let­nia Finka, w któ­rej czaił się ogni­sty tem­pe­ra­ment, miała być od­tąd jego córką.

Ra­iję Ala­talo i La­ilę dzie­liło wszystko - to tak, jakby po­rów­ny­wać niebo i zie­mię. La­ila, uko­chane dziecko. Na wspo­mnie­nie zmar­łej córki Pehr po­czuł w sercu prze­szy­wa­jący ból. Była taką czułą istotką, ra­do­sną i pełną ży­cia. Zda­rzało się, że stro­iła fo­chy, ale ni­gdy przy ojcu. W oczach Pehra La­ila uro­sła do ide­ału. Ode­szła tak na­gle! Po śmierci dziew­czynki za­czął jej przy­pi­sy­wać o wiele wię­cej za­let, niż miała ich na­prawdę, i ze zwy­kłego dziecka uczy­nił anioła, nie­mal świętą.

Na­wet Ra­vna mia­łaby trud­no­ści z roz­po­zna­niem wła­snej córki we wspo­mnie­niach męża.

Ra­ija zaś była cał­ko­wi­tym za­prze­cze­niem tej ide­al­nej istoty, któ­rej wi­ze­ru­nek Pehr stwo­rzył we wła­snej pa­mięci.

Za­pewne rze­czy­wi­ście róż­niła się od La­ili, jaką ta była za ży­cia, ale nie do tego stop­nia, jak to wy­da­wało się Peh­rowi.

Ra­ija była dziec­kiem bar­dzo żywo re­agu­ją­cym. Od­zna­czała się gwał­tow­nym uspo­so­bie­niem, z jej twa­rzy jed­nak trudno było od­czy­tać uczu­cia i my­śli, tak że ni­gdy wła­ści­wie nie było wia­domo, co temu dziecku cho­dzi po gło­wie. Oczy Ra­iji nie po­tra­fiły kła­mać, choć czę­sto jej spoj­rze­nie po­zo­sta­wało nie­od­gad­nione.

Pehr wes­tchnął ciężko. W du­chu przy­zna­wał Ra­vnie ra­cję: bał się tego ob­cego dziecka, które, choć urodą nie róż­niło się tak bar­dzo od dzieci la­poń­skich, na­turę jed­nak miało cał­kiem od­mienną. Po­ję­cia nie miał, o czym ta mała my­śli - może z wy­jąt­kiem chwil, gdy dziew­czynka na niego pa­trzyła. W ta­kich mo­men­tach nie ule­gało naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że Pehr wziął so­bie na kark duży kło­pot. Jego nowa córka go nie­na­wi­dziła...

La­poń­czyk od­wró­cił się ple­cami do nik­ną­cych w od­dali wę­drow­ców. Ra­vna z Mik­ka­lem sta­wiali jurtę, a Ra­ija bie­gała wo­kół, za­jęta zbie­ra­niem wy­sta­ją­cych spod śniegu ga­łą­zek na opał.

Pehr pod­szedł do żony i syna. Kiedy po­ma­gał im sta­wiać jurtę, jego twarz była nie­prze­nik­niona, a usta za­ci­śnięte. Tego dnia za­mie­rzali od­po­cząć. Po­tem mieli ru­szyć na wschód i roz­bić obo­zo­wi­sko w tym sa­mym, co zwy­kle o tej po­rze roku miej­scu.

Mik­kal wszedł do jurty i roz­rzu­cił na śniegu drobne ga­łązki, które na­stęp­nie przy­krył skó­rami z re­nów. Pehr wy­ła­do­wy­wał sa­nie, zer­ka­jąc raz po raz na Ra­iję, na­dal za­jętą przy­dzie­loną jej pracą. Wes­tchnął ciężko. W ro­dzi­nie nikt nie po­wi­nien ży­wić wza­jem­nie do sie­bie ta­kiej nie­chęci jak on i Ra­ija. Skoro już ma od­gry­wać rolę ojca, jego obo­wiąz­kiem jest sca­lać ro­dzinę, wy­ja­śniać wszel­kie nie­po­ro­zu­mie­nia.

- Zo­stań­cie tu - na­ka­zał krótko żo­nie i sy­nowi.

Mik­kal wy­pro­sto­wał się i na wpół ze zdzi­wie­niem, na wpół z lę­kiem spoj­rzał na ojca.

- Chyba nie chcesz na­stra­szyć Ra­iji? - za­py­tał. - Nie je­stem stallo! - huk­nął Pehr.

Mik­kal uśmiech­nął się.

- To samo po­wie­działa Ra­ija, kiedy wy­ja­śni­łem jej, kim jest stallo. Stwier­dziła, że ty taki nie je­steś...

Dziew­czynka ze­brała całą na­ręcz chru­stu. Mik­kal śmiał się, że pod­nosi z ziemi same drza­zgi, ale grub­szych ga­łą­zek nie było w po­bliżu, a oni po­trze­bo­wali prze­cież cie­pła. Wcze­śniej Ra­ija nie włą­czała się do po­mocy. Było jej wszystko jedno. Te­raz jed­nak, kiedy Ra­vna po­wie­działa, że na­leży do ro­dziny...

Tak, te­raz ro­biła to dla swo­jej ro­dziny...

Ra­ija wie­działa do­brze, że ni­gdy gło­śno tego nie przy­zna. Prze­ła­mała się je­dy­nie wo­bec Ra­vny. Na­zwała ją mamą... Da­lej nie mo­gła się po­su­nąć, nie zdra­dza­jąc tych, któ­rych zo­sta­wiła w swym praw­dzi­wym domu.

Pehra za­uwa­żyła do­piero wtedy, gdy sta­nął przy niej. Wła­śnie przy­klę­kła na śniegu, więc wra­że­nie, że ma nad sobą ja­kie­goś ol­brzyma się­ga­ją­cego błę­kit­nego nieba, jesz­cze się spo­tę­go­wało. Tak na­prawdę Pehr był tylko o głowę wyż­szy od Mik­kala.

Od­ru­chowo przy­ci­snęła moc­niej chrust do piersi, co nie uszło uwagi Pehra.

Po­nury gry­mas od­ma­lo­wał się na jego twa­rzy, a bruzdy jakby się po­głę­biły. Chrząk­nął i po­wie­dział:

- Mu­simy po­roz­ma­wiać, ty i ja!

- Tak?

Dzie­cięcy głos za­brzmiał dźwięcz­nie, ale wy­czu­wało się w nim nie­chęć.

Pehr przy­kuc­nął i oparł dło­nie na ko­la­nach.

- Ra­vna zde­cy­do­wała, że u nas zo­sta­niesz - rzekł, tym ra­zem nie od­wra­ca­jąc wzroku od ciem­nych oczu dziew­czynki, w któ­rych pło­nęło nieme oskar­że­nie. - Masz być na­szą córką, dla­tego też jak córka masz się za­cho­wy­wać.

- Tak - po­wie­działa Ra­ija obo­jęt­nym to­nem. Pehr cią­gnął upar­cie:

- Nie ukry­wam, że wo­lał­bym wieźć cie­bie te­raz do Lyn­gen. Na­dal je­stem prze­ko­nany, że tak by­łoby naj­le­piej dla nas wszyst­kich. Ale ustą­pi­łem Ra­vnie. Wiem, że mnie nie lu­bisz, i niech tak zo­sta­nie. Ale skoro masz być na­szą córką i mamy się tobą opie­ko­wać, wy­ma­gać będę od cie­bie tego sa­mego, czego wy­ma­gam od Mik­kala. Nie licz na ja­kieś szcze­gólne trak­to­wa­nie...

Prze­rwał na chwilę, by słowa za­pa­dły dziecku w pa­mięć. Ra­ija była wdzięczna Peh­rowi, że po­wie­dział jej całą prawdę, choć oczy­wi­ście wcale nie cie­szyła się z tego, że od tej pory bę­dzie jej opie­ku­nem. Skła­ma­łaby, gdyby uda­wała, że jest ina­czej, ale nie­wąt­pli­wie po­czuła do niego cień sym­pa­tii.

- Żą­dam od cie­bie po­słu­szeń­stwa - do­dał sta­now­czo Pehr. - Że­byś nie przy­nio­sła wstydu ani mnie, ani po­zo­sta­łym człon­kom ro­dziny. To wszystko! Zro­zu­mia­łaś, Ra­ija?

Dziew­czynka za­re­ago­wała do­piero po dłuż­szej chwili.

Nie­chęt­nie ski­nęła głową.

Pehr uśmiech­nął się pod no­sem, tak by tego nie za­uwa­żyła. Zda­wał so­bie sprawę, ile ta zgoda kosz­to­wała uparte i dumne dziecko. Wi­dać, że była córką Erk­kiego Ala­talo, chłopa z Tor­ne­da­len, któ­remu poza upo­rem nic już nie po­zo­stało.

Zresztą dla Pehra Ra­ija za­wsze po­zo­sta­nie córką Erk­kiego. Przy­rzekł so­bie, że ni­gdy wię­cej nie zbliży się na­wet w oko­lice Tor­ne­da­len. Nie mógłby spoj­rzeć w oczy temu dum­nemu chłopu i przy­znać się, że pró­bo­wał okieł­znać jego córkę.

Ale prze­cież mu­siał ją ujarz­mić, by zro­zu­miała, kim jest. Nie może so­bie wy­obra­żać, że jest lep­sza. W ich co­dzien­nym trud­nym by­to­wa­niu nie było miej­sca na fo­chy i gry­masy, dziew­czynce na­le­żało to wbić do głowy, za­nim do­trą do Va­ran­ger.

Pod­niósł się z ku­cek i po­mógł dziew­czynce wstać. Z ogromną nie­chę­cią Ra­ija chwy­ciła wy­cią­gniętą do niej dłoń. Ra­zem ru­szyli w stronę sa­mot­nej jurty ukry­tej po­śród po­je­dyn­czych gła­zów. Ra­ija za­sta­na­wiała się, skąd wzięły się na tym pust­ko­wiu. Może przy­niósł je ja­kiś troll? Ale prze­cież trolle ist­niały tylko w ba­śniach...

Pehr uchy­lił za­słonę przy wej­ściu do jurty, ale za­nim wpu­ścił Ra­iję, po­wie­dział:

- I jesz­cze jedno...

Ra­ija pa­trzyła na niego wy­cze­ku­jąco.

- Nie na­zy­wasz się od­tąd Ra­ija Ala­talo, ale Ra­ija córka Pehra.

Dziew­czynka już chciała za­pro­te­sto­wać, ale się po­wstrzy­mała.

- Tak? - rze­kła je­dy­nie i za­ci­snęła usta. Po­tem we­szła do środka, po­ło­żyła chrust na sta­łym miej­scu i usia­dła obok Mik­kala. Wszystko jedno, jak mnie będą na­zy­wać, po­my­ślała. I tak wiem, kim je­stem, i to jest naj­waż­niej­sze. Na za­wsze po­zo­stanę Ra­iją Ala­talo, ni­gdy, ale to ni­gdy nie stanę się córką Pehra.

Nie po­wie­działa jed­nak tego na głos. Przy­rze­kła po­słu­szeń­stwo, a obiet­nica jest obiet­nicą. Ra­ija umiała do­trzy­my­wać da­nego słowa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki