Raija ze śnieżnej krainy. Czarownica. Tom 8 - Bente Pedersen

Kup ebooka

36.90 zł
27.68 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

- Nikt tu nie mieszka - ode­zwał się nieco zre­zy­gno­wany głos. - To samo serce naj­dzik­szego pust­ko­wia. Na­wet par­dwa nie za­ło­ży­łaby tu gniazda. Je­steś na pła­sko­wyżu, oj­cze Pe­tri.

Po tych sło­wach roz­legł się śmiech na kilka gło­sów.

Przy­ja­zny, lecz de­ner­wu­jący.

Ktoś inny od­po­wie­dział po­woli, nie­mal do­stoj­nie:

- Śmiej­cie się, śmiej­cie, ale to gdzieś tu­taj wi­dzia­łem dym. Je­stem pe­wien, że po­cho­dził z zie­mianki.

W naj­bar­dziej na pół­noc wy­su­nię­tej czę­ści kraju noce znowu stały się ja­sne. Ra­ija z tru­dem prze­trwała z dziećmi długą zimę. Od nowa na­uczyła się żyć po­dob­nie, jak żyła dawno temu, kiedy jesz­cze była dziec­kiem. Przy­dały się do­świad­cze­nia z lat, które spę­dziła z La­poń­czy­kami.

Wtedy sta­no­wiła część wspól­noty. Ma­leńką cząstkę wiel­kiej ro­dziny. Te­raz wszystko za­le­żało od niej sa­mej. Rzecz ja­sna, obecne po­ło­że­nie róż­niło się od po­przed­niego, ale na­tura wy­da­wała się nie­zmienna. Ra­ija wie­działa, czego się może po niej spo­dzie­wać, znała za­równo jej do­bre, jak i złe strony. Oczy­wi­ście wiele jej i dzie­ciom bra­ko­wało. Czę­sto kła­dli się spać głodni.

Silny ucisk w żo­łądku stał się czymś wię­cej niż tylko przy­krym wspo­mnie­niem z lat dzie­ciń­stwa.

Jed­nak mróz im zbyt­nio nie do­ku­czał. I byli ra­zem. Ra­ija pro­sto­wała plecy, kiedy o tym my­ślała. Jej sy­tu­acja nie wy­da­wała się za­tem cał­kiem bez­na­dziejna.

Su­mie­nie wiele razy to­czyło twardą walkę z roz­sąd­kiem w ciągu mie­sięcy, które upły­nęły od czasu, kiedy ze­szła z dziećmi na ląd ze statku "Sankt Ni­ko­łaj" z Ar­chan­giel­ska.

Ży­cie mo­głoby się uło­żyć zu­peł­nie ina­czej, gdyby się od­wa­żyła udać na wschód, choć Alek­siej już na nią nie cze­kał, go­tów po­dać silne i pewne ra­mię. W naj­trud­niej­szych chwi­lach wy­rzu­cała so­bie, że tu zo­stała. Na­zy­wała sie­bie nie­od­po­wie­dzialną matką i pła­kała nad wła­sną głu­potą. W Ro­sji dzieci mia­łyby przy­naj­mniej co wło­żyć do ust. Kiedy jed­nak za­sy­piały spo­kojne i za­do­wo­lone, Ra­iję rów­nież wy­peł­niało wiel­kie, bło­gie cie­pło.

Wtedy wie­działa, że Ro­sja to kraj nie dla niej. że to tu­taj, po­śród tego ja­ło­wego i pod­szy­tego wia­trem kra­jo­brazu, musi wyjść na spo­tka­nie swemu lo­sowi.

Nie mo­gła od tego uciec.

Zie­mianka znaj­do­wała się na zu­peł­nym pust­ko­wiu. Na po­czątku Ra­ija mar­twiła się z tego po­wodu. By­wały dni, kiedy wszystko w niej wo­łało o roz­mowę z kimś do­ro­słym. Choć bar­dzo ko­chała swoje ma­lu­chy, mę­czyło ją, że ska­zana jest wy­łącz­nie na ich to­wa­rzy­stwo.

Wszyst­kie my­śli za­cho­wy­wała dla sie­bie. Zmar­twie­nia. Ma­rze­nia. Tę­sk­noty. Nie miała ni­kogo, z kim mo­głaby się nimi po­dzie­lić. Ni­kogo, kto by po­tra­fił zro­zu­mieć.

Nie­stety, wy­ro­sła już z roz­mów z nie­ist­nie­ją­cymi po­sta­ciami. Wy­my­ślony wierny przy­ja­ciel, który za­wsze znaj­do­wał się w po­bliżu, w dzie­ciń­stwie sta­no­wił jakby klucz do za­my­ka­nia się przed sa­mot­no­ścią.

Taki Mik­kal w my­ślach.

Ra­ija skoń­czyła dwa­dzie­ścia je­den lat. Na­dal snuła wiele ma­rzeń, lecz one już nie były tak czy­ste jak w dzie­ciń­stwie. I ni­gdy się ta­kie nie staną.

Zbyt wiele w ży­ciu wi­działa, zbyt wiele czuła, zbyt wiele wie­działa. Mik­kal ist­niał na­prawdę. Mik­kal, któ­rego chyba na­wet do­brze nie znała, lecz któ­rego da­rzyła tak go­rą­cym uczu­ciem.

Nie mógł w wy­obraźni stać się kimś in­nym.

Re­ijo znik­nął. Na­wet Re­ijo, który bar­dziej niż kto­kol­wiek inny wy­da­wał się jej nie­wzru­szoną opoką, wy­mknął się z jej ży­cia. Na­wet on nie mógł uskrzy­dlić ma­rzeń, które po­zwo­li­łyby jej prze­trwać. Tę­sk­nota sta­wała się nie do znie­sie­nia.

Głód zbi­jał się w małą grudkę. Tę­sk­nota na­to­miast roz­cho­dziła się po ca­łym ciele, wy­my­ka­jąc się ukrad­kiem spod serca. Nie spo­sób było jej za­mknąć w ja­kimś ogra­ni­czo­nym ob­sza­rze - wże­rała się we wszystko.

Mimo to Ra­ija do­strze­gała rów­nież do­bre strony swego po­bytu na od­lu­dziu.

Sa­motna ko­bieta nie­wiele by mo­gła zdzia­łać, gdyby na jej dro­dze po­ja­wili się źli lu­dzie.

Tu­taj przy­naj­mniej czuła się bez­pieczna.

Wraz z wy­dłu­ża­ją­cymi się dniami i co­raz ja­śniej­szymi no­cami za­czął ją jed­nak na­wie­dzać strach.

Nie mo­gła prze­cież prze­wi­dzieć, kto na­stęp­nego dnia przej­dzie obok jej zie­mianki. Nie mo­gła wie­dzieć, czy bę­dzie miał do­bre, czy złe za­miary. Mu­siała się li­czyć z tym, że nie zdoła obro­nić sie­bie i dzieci, gdyby ktoś chciał ich skrzyw­dzić.

Miała nóż. Nie była jed­nak pewna, czy po­tra­fi­łaby go użyć. Za­wsze drżała jej dłoń, gdy tylko do­ty­kała trzonka. Na­wet wtedy, kiedy miała się po­słu­żyć no­żem w cał­kiem zwy­czaj­nym, bez­kr­wa­wym celu.

Nóż bu­dził w niej wstręt.

Pa­nu­jącą wo­kół ci­szę za­kłó­ciły czy­jeś głosy. Ra­ija zo­rien­to­wała się, że co­raz bar­dziej się na­si­lają. Po­twier­dziły to, z czego od pew­nej chwili zda­wała so­bie sprawę: wkrótce ktoś przej­dzie obok. Ktoś za­uważy zie­miankę. Z ja­kie­goś po­wodu nie na­pa­wało jej to jed­nak lę­kiem.

Do­piero po pew­nym cza­sie zro­zu­miała, dla­czego przede wszyst­kim bu­dziło jej cie­ka­wość.

Zbli­ża­jący się lu­dzie roz­ma­wiali po fiń­sku. Po ple­cach Ra­iji prze­biegł dreszcz ra­do­ści. Prze­cze­sała pal­cami włosy i po­czuła, że po­liczki na­brały ży­cia.

Jej oj­czy­sta mowa. Jej ro­dacy. Mi­nęło nie­skoń­cze­nie wiele czasu, od­kąd roz­ma­wiała w swoim ro­dzi­mym ję­zyku. Nie po­my­ślała na­wet o tym, że rów­nież Fi­no­wie dzielą się na do­brych i złych. Uznała, że skoro po­cho­dzą z jej ro­dzin­nych stron, to mu­szą być do­brymi ludźmi. Było ich czte­rech. Kiedy z wa­ha­niem we­szli do zie­mianki, wy­da­wało się, jakby wy­peł­nili sobą po brzegi całe wnę­trze.

Silny, wy­soki męż­czy­zna, od­chrząk­nąw­szy, rzu­cił nie­pew­nie po nor­we­sku:

- Dzień do­bry. - Po czym za­raz, na tym sa­mym od­de­chu, wy­krzyk­nął po fiń­sku: - Na Boga, chło­paki, prze­cież to ko­bieta!

Ra­ija mo­głaby pła­kać z ra­do­ści, tak bar­dzo ją ucie­szył ich wi­dok. Po­czuła się jesz­cze le­piej, kiedy mo­gła się ode­zwać w ich mo­wie.

- Dzień do­bry. Sia­daj­cie, pro­szę. Moja ko­bie­cość nic chyba na tym nie straci! - po­wie­działa z uśmie­chem.

- Do li­cha, nie je­steś Nor­weżką - stwier­dził ja­sno­włosy chło­pak.

Usiadł tak, żeby pło­mień pa­le­ni­ska nie prze­sła­niał mu wi­doku dziew­czyny. Ra­ija za­uwa­żyła to i po­czuła, jak bar­dzo ją to cie­szy. Była ogrom­nie spra­gniona czy­je­goś za­in­te­re­so­wa­nia. Na­wet taki dro­biazg spra­wił jej wielką przy­jem­ność.

- Co, u dia­bła, robi ko­bieta na ta­kim pust­ko­wiu? - zdzi­wił się silny, ciem­no­włosy męż­czy­zna. Rów­nież on usiadł, lecz za­jął miej­sce na wprost Ra­iji, tak że pa­trzyli na sie­bie po­przez zło­ci­sty blask pło­mieni. - Chyba nie miesz­kasz tu sama? - py­tał da­lej, za­nim Ra­ija zdą­żyła od­po­wie­dzieć.

- Dzieci. - Ra­ija wska­zała ręką na ma­lu­chy.

Dwoje naj­młod­szych spało. Maja i Elise obu­dziły się na dźwięk gło­sów i wy­glą­dało na to, że nie ma ta­kiej siły, która zmu­si­łaby je do po­now­nego za­śnię­cia. Chło­nęły wszystko, co się wo­kół działo, skoro wresz­cie coś się działo.

- Ucie­kasz przed czymś? - spy­tał męż­czy­zna po­dejrz­li­wie, a na jego czole po­ja­wiła się sieć zmarsz­czek.

W gło­sie przy­by­sza Ra­ija wy­czuła oj­cow­ski ton i to ją roz­zło­ściło.

- A je­żeli tak? - spy­tała ostro. - Co cię to ob­cho­dzi? A co ty tu ro­bisz? Tak da­leko od domu?

Młod­szy męż­czy­zna o ru­do­blond wło­sach ro­ze­śmiał się. Jego śmiech był we­soły i za­raź­liwy. Po krót­kiej chwili wszy­scy mu­sieli się uśmiech­nąć.

- Pe­tri znowu ude­rza - za­żar­to­wał pod ad­re­sem ciem­no­wło­sego to­wa­rzy­sza.

Ra­iji spodo­bało się to imię. Pa­so­wało do niego. Uśmiech na twa­rzy mło­dzieńca po­zo­stał rów­nie sze­roki, kiedy ten wstał i wy­cią­gnął ku Ra­iji nie­zbyt czy­stą dłoń.

- Alek­san­teri Kilpi. Dwa­dzie­ścia trzy lata. Wolny i z ni­kim nie zwią­zany. Na ra­zie nie­zbyt bo­gaty, ale to nie ma żad­nego zna­cze­nia, do­póki je­stem rów­nie ubogi w tro­ski. Nie z wła­snej woli po­dró­żu­jący po tej ka­mie­ni­stej kra­inie.

Na­leżę do za­łogi tego nie­okrze­sa­nego starca...

Po­łowy.

Ra­ija po­winna była się tego do­my­ślić. To wła­śnie o tej po­rze roku męż­czyźni przy­go­to­wy­wali się do po­ło­wów w Fin­n­marku. Tak jak w Lyn­gen Fi­no­wie zmie­rzali na wy­brzeże, by póź­niej po skoń­czo­nych po­ło­wach, wró­cić do swych do­mów.

Móc znowu do­tknąć do­ro­słego czło­wieka... Dłoń mło­dzieńca nie była duża, ale silna. Cie­pła. Szorstka i stward­niała, ale cie­pła. Ra­ija szybko ją uści­snęła.

- Ra­ija - po­wie­działa. - Ra­ija Ala­talo... Ke­säniemi.

Dla­czego wy­mie­niła na­zwi­sko Re­ijo? To nie było ko­nieczne. Re­ijo prze­cież od­szedł. W ten spo­sób dał jej do zro­zu­mie­nia, że jest wolna. Po­sia­dała wpraw­dzie świ­stek pa­pieru stwier­dza­jący, że na­zywa się Ke­säniemi, ale w sercu była i po­zo­stała Ra­iją Ala­talo.

Alek­san­teri nie pusz­czał jej ręki. Jego przy­mru­żone oczy wy­glą­dały jak dwa pół­księ­życe.

- Co się z nim stało? Z Ke­sänie­mim?

Ra­ija uwa­żała, że to nie ma zna­cze­nia. Mo­gła rów­nie do­brze po­wie­dzieć, że Re­ijo nie żyje.

- Wy­je­chał.

Wą­skie szczęki za­ci­snęły się nie­znacz­nie. Alek­san­teri uści­snął mocno rękę dziew­czyny i cof­nął dłoń. Na jego twa­rzy wid­niał uśmiech, lecz Ra­ija do­strze­gła, że ja­sne oczy po­ciem­niały. W tym mło­dym, roz­mow­nym męż­czyź­nie zy­skała przy­ja­ciela.

Dwaj po­zo­stali, do­tąd tylko ciemne syl­wetki za­ry­so­wane w cie­niu, zwró­cili na sie­bie uwagę, rów­nież wy­su­wa­jąc dło­nie.

Ra­ija stwier­dziła, że to jesz­cze chłopcy, młodsi od niej. Przed­sta­wili się jako bra­cia Ta­pio i Markku Ko­ski. Także oni wska­zali na męż­czy­znę, któ­rego nie mo­gła wy­raź­nie zo­ba­czyć zza pło­mieni.

- Ło­wimy ra­zem z wuj­kiem Pe­trim.

Wresz­cie wstał. Ra­ija po­wstrzy­mała wes­tchnie­nie. Od­no­siła wra­że­nie, że wszy­scy przy­by­sze wy­peł­niali sobą zie­miankę, lecz ten czło­wiek z po­wo­dze­niem sam by so­bie z tym po­ra­dził. Pod­czas gdy tamci trzej byli sto­sun­kowo ni­skiego wzro­stu, ten wy­da­wał się tak wy­soki, że Ra­ija po­my­ślała, iż zła­ma­łaby so­bie kark, pró­bu­jąc spoj­rzeć mu w oczy. Jego ru­chy były po­wolne. Spra­wiał wra­że­nie jed­nego wiel­kiego spo­koju. Drobna dłoń Ra­iji uto­nęła w jego sil­nej dłoni. Po ca­łym ra­mie­niu ro­ze­szło się cie­pło.

- Pe­tri Aalto - rzekł. Jego głos brzmiał na­prawdę przy­jem­nie. Głę­boko jak pieśń. - Nie chcia­łem być nie­uprzejmy. Zdzi­wiło mnie tylko, że na tym pust­ko­wiu spo­ty­kam ko­bietę. My­śla­łem, że je­dy­nie te... nie­zu­peł­nie po­rządne de­cy­dują się na ży­cie w ta­kich wa­run­kach...

Ra­ija uśmiech­nęła się.

Trudno się roz­ma­wiało z tym czło­wie­kiem, ale poza tym na­prawdę miał w so­bie coś szcze­gól­nego.

Był star­szy niż jego trzej to­wa­rzy­sze. O ile star­szy, trudno te­raz zgad­nąć. Okaże się w świe­tle dnia. Ra­ija do­strze­gła de­li­katne zmarszczki wo­kół jego oczu. Wi­dać dużo się uśmie­chał. Miał zde­cy­do­waną twarz, mocne szczęki. Ciemne oczy pod pro­stymi, czar­nymi brwiami. Gę­ste, czarne włosy opa­dały nad lewą brwią. Ra­ija oparła się po­ku­sie, by mu je od­gar­nąć z czoła.

Do­strze­gła pod kurtką sze­ro­kie ra­miona i cho­ciaż ta sama kurtka skry­wała do­brze ciało ob­cego, Ra­ija mo­głaby się za­ło­żyć, że Pe­tri ma dłu­gie nogi i wą­skie bio­dra.

Kiedy wy­pu­ściła jego dłoń, na­dal czuła ten uścisk. Pe­tri wy­da­wał się bar­dzo mę­ski.

To nie­spra­wie­dliwe, że po tylu mie­sią­cach sa­mot­no­ści spo­tyka wła­śnie ta­kiego czło­wieka.

- Idzie­cie w stronę wy­brzeża? - spy­tała.

- Na­sza łódź stoi nie­da­leko Vard? - wy­ja­śnił Pe­tri z wła­ści­wym so­bie spo­ko­jem. - Mu­simy tam do­trzeć, za­nim wy­ło­wią nam wszyst­kie ryby.

- Pe­tri za­wsze wi­dzi świat w nie­zwy­kle ja­snych bar­wach - za­uwa­żył we­soło Alek­san­teri.

Roz­ma­wiali zni­żo­nymi gło­sami, po­nie­waż wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom Maja i Elise za­snęły. Nie­spo­dzie­wana wi­zyta nie wy­da­wała się już zbyt pa­sjo­nu­jąca, bo wszy­scy mó­wili po fiń­sku - w tym głu­pim ję­zyku, z któ­rego tak nie­wiele ro­zu­miały!

- Od jak dawna tu miesz­kasz?

Ra­ija spoj­rzała na Pe­triego.

- Od po­czątku zimy.

Męż­czy­zna uniósł brwi. Ra­ija po­my­ślała, że chyba jej nie wie­rzy.

- Z czwor­giem ma­łych dzieci?

- Elise nie jest już taka mała - za­pro­te­sto­wała Ra­ija. - Wkrótce skoń­czy osiem lat. Maja bę­dzie miała pięć. Knut trzy. Ida ma rok. Ja­koś udało się prze­trwać. Mnie na­prawdę trudno zła­mać.

- Osiem lat? - zdzi­wił się Alek­san­teri, mru­żąc oczy.

Spra­wiał wra­że­nie ab­so­lut­nie nie­skrę­po­wa­nego. Pew­nego sie­bie.

- To nie­moż­liwe, że­byś była matką ośmio­latki! Nie je­steś aż tak stara! - za­pro­te­sto­wał.

- Elise jest moją przy­braną córką - uśmiech­nęła się Ra­ija. I aby roz­draż­nić Alek­san­te­riego, do­dała fi­lu­ter­nie: - Rze­czy­wi­ście, nie je­stem aż tak stara, żeby być matką ośmio­latki, masz cał­ko­witą ra­cję.

Zro­zu­miał, że się z nim dro­czy. Jego po­dłużna, szczu­pła twarz roz­ja­śniła się w chło­pię­cym uśmie­chu.

- Za­cho­wa­łem się chyba rów­nie de­li­kat­nie jak ten gbur, z któ­rym ra­zem wio­słuję - uspra­wie­dli­wił się. - Ale na­prawdę nie je­stem taki naj­gor­szy, je­śli tylko tro­chę po­ćwi­czę. Długo już wę­dru­jemy, więc nieco wy­pa­dłem z wprawy. Ro­zu­miesz, na na­szej dro­dze trudno o praw­dziwe damy...

Ra­ija nie mo­gła się nie ro­ze­śmiać. Wy­raź­nie z nią flir­to­wał, to dzia­łało od­świe­ża­jąco. Po­pra­wiało nieco jej sa­mo­po­czu­cie. I wy­da­wało się dość nie­winne.

Za­sta­na­wiała się, czy Alek­san­teri po­trafi za­cho­wy­wać się po­waż­nie, czy też trak­tuje ży­cie jak żart.

- Skąd je­ste­ście? - spy­tała.

- Znad Za­toki Bot­nic­kiej, pra­wie z sa­mego jej po­łu­dnio­wego krańca. Można so­bie ze­drzeć pięty. W do­datku padł nam koń. To do­piero po­dróż, prawda? Ale kiedy za­ro­bimy na ry­bach, spra­wimy so­bie no­wego. I nie bę­dzie to ja­kaś stara, cho­ro­wita cha­beta!

Alek­san­teri miał wy­raź­nie spre­cy­zo­wane plany. Mó­wił tak chęt­nie i tak szybko, że nie do­pusz­czał in­nych do głosu.

- Ja po­cho­dzę z Tor­ne­da­len. To tro­chę bar­dziej na pół­noc - ode­zwała się smutno Ra­ija. - Ale opu­ści­łam dom tak dawno temu. Całe ży­cie.

- Trudne lata? - spy­tał Pe­tri. Ra­ija skrzy­wiła się.

- Po pierw­szej je­sieni, która nie dała plo­nów.

- Po niej na­stą­piła jesz­cze jedna - za­uwa­żył Pe­tri. - Twoi ro­dzice mą­drze zro­bili, że wy­je­chali.

Ucisk w gło­wie stał się nie do znie­sie­nia. W uszach za­szu­miało.

- Oni nie wy­je­chali - wy­krztu­siła. - Wy­słali mnie samą.

- A więc to prawda! - wy­buch­nął Alek­san­teri. - My­śla­łem, że to tylko plotki, że ro­dzice sprze­da­wali wtedy swoje dzieci...

Za­milkł na­gle, a jego po­liczki ob­lały się ru­mień­cem. Spu­ścił wzrok.

- Nie po­wi­nie­nem tego mó­wić.

Ra­ija wzru­szyła ra­mio­nami. To już nie bo­lało. Na­uczyła się z tym żyć - po­tra­fiła zro­zu­mieć.

Oczy­wi­ście, że ją sprze­dali, ale zro­bili to z mi­ło­ści. Mo­głaby przy­siąc z ręką na sercu, że oj­ciec uczy­nił to w prze­ko­na­niu, że dziecku bę­dzie tu­taj le­piej.

Oj­ciec nie był złym czło­wie­kiem.

- Nie­któ­rzy mó­wią zbyt wiele, chłop­cze San­teri - rzekł ci­cho Pe­tri. Cień po­dej­rze­nia, jaki ży­wił wzglę­dem Ra­iji, znik­nął te­raz zu­peł­nie. - Być może mimo wszystko jest ci tu le­piej - stwier­dził. - W Tor­ne­da­len by­wały raz lep­sze, raz gor­sze lata, moja droga.

- W moim ży­ciu rów­nież na­stały te­raz gor­sze lata - uśmiech­nęła się gorzko Ra­ija.

Oczy męż­czyzn roz­bły­sły.

- Nie mo­żesz tu­taj zo­stać - rzu­cił Alek­san­teri zde­cy­do­wa­nie. - To nie jest ży­cie dla cie­bie.

- Nie­wiele po­tra­fię. - Ra­ija wes­tchnęła. - Ale to prawda, nie mogę też tu zo­stać. Chyba jed­nak skoń­czy się na tym, że wy­ru­szę na wy­brzeże.

Pe­tri po­trzą­snął głową. żył dłu­żej niż po­zo­stali. Do­strzegł wy­raź­nie to, o czym Ra­ija już od ja­kie­goś czasu wie­działa. że nie miała spe­cjal­nego wy­boru. Ale ten po­mysł ab­so­lut­nie mu się nie po­do­bał.

Sa­motna ko­bieta nie mo­gła li­czyć na wiele. Oczy­wi­ście mo­głaby wyjść za mąż, lecz kto się z nią ożeni i przy­gar­nie czwórkę dzieci? Do­dat­kowe cztery gęby do wy­kar­mie­nia?

- Gdzie przed­tem miesz­ka­łaś? - spy­tał. - Nie mo­żesz tam wró­cić?

Ra­ija po­trzą­snęła głową.

- Nie mam do czego wra­cać. Poza tym, dla­czego mia­ła­bym się ce­nić bar­dziej niż inne? To też jest ja­kieś ży­cie, prawda?

Alek­san­teri za­czy­nał poj­mo­wać.

- My­ślisz o tym, żeby krą­żyć mię­dzy ba­ra­kami? - spy­tał z nie­do­wie­rza­niem i od­razą w gło­sie. - Chcesz się ści­skać z byle kim? Roz­cho­ro­wać się i szybko ze­sta­rzeć? Pić, żeby to wy­trzy­mać? To wy­klu­czone! Nie mo­żesz! To nie jest ży­cie, ro­zu­miesz? To naj­gor­szy spo­sób, by się sto­czyć.

- Nie po­tra­fię nic ro­bić.

Przy­glą­dał się jej uważ­nie. Jego oczy zwę­ziły się. Spoj­rzał jej pro­sto w twarz. Ra­ija nie od­wró­ciła wzroku.

Ła­twiej było wy­trzy­mać jego spoj­rze­nie niż spoj­rze­nie Pe­triego. W oczach tam­tego było coś szcze­gól­nego...

Alek­san­teri na­brał po­wie­trza.

- Nasz ba­rak jest duży. W tym roku nie bę­dzie nas aż tylu, co zwy­kle. Pe­tri go­tuje, że po­żal się Boże. Za to Markku i Ta­pio nie po­tra­fią ro­bić nic in­nego, jak tylko jeść. Ja w kuchni je­stem rów­nie do­bry jak Pe­tri...

Pe­tri nie ode­zwał się ani sło­wem. Po­zo­stali rów­nież nie za­re­ago­wali.

- Za­trud­nimy cię jako ku­charkę. Za­pew­nimy to­bie i dzie­ciom wy­ży­wie­nie i dach nad głową. Chyba bę­dziesz też mo­gła zo­stać w ba­raku, kiedy my wy­je­dziemy. Co ty na to, Pe­tri?

Ra­ija i Alek­san­teri spoj­rzeli na Pe­triego. Ra­ija naj­chęt­niej nie oka­za­łaby tego, lecz czuła, że całą sobą za­kli­nała tego czło­wieka po dru­giej stro­nie pa­le­ni­ska, żeby się zgo­dził.

- Czy po­tra­fisz go­to­wać? - spy­tał głę­bo­kim gło­sem. Ra­ija przy­tak­nęła ener­gicz­nie.

- Przy­pusz­czam, że bę­dziesz mo­gła z nami zo­stać - stwier­dził Pe­tri. - A to ozna­cza, że bę­dziemy mu­sieli tu prze­no­co­wać. Mo­żemy się prze­spać na dwo­rze, je­śli chcesz.

Ra­ija po­trzą­snęła głową.

- Ja­koś so­bie po­ra­dzimy - mruk­nęła. - Oczy­wi­ście mo­że­cie się po­ło­żyć w cha­cie. Star­czy miej­sca dla wszyst­kich. Poza tym - do­dała cierpko - nie je­stem już nie­win­nym kwia­tem.

Za­pro­po­no­wała go­ściom po­si­łek - je­żeli za­do­wolą się par­dwami, to zła­pała ich sporo. Po­tra­fiła za­sta­wiać si­dła.

Przy­by­sze sko­rzy­stali z pro­po­zy­cji, za­raz też wy­jęli z sa­kwy ra­zowy chleb i ma­sło.

Ra­iji wprost po­cie­kła ślinka do ust.

Skosz­to­wała, lecz się za­wsty­dziła. To nie w po­rządku, że sama spo­koj­nie je, kiedy dzieci nic nie do­stały.

- Jest tego wię­cej - uspo­koił ją Pe­tri. - Po­winno star­czyć dla nas wszyst­kich do czasu, aż do­trzemy do wy­brzeża. Po­tem wszystko bę­dzie za­le­żało od two­ich zdol­no­ści ku­li­nar­nych.

- To w każ­dym ra­zie mi sma­ko­wało - ode­zwał się Ta­pio, star­szy z braci Ko­ski.

Nikt z po­zo­sta­łych rów­nież nie zgła­szał za­strze­żeń.

Po ko­la­cji wszy­scy udali się na spo­czy­nek. Dla go­ści za­bra­kło skór, sku­pili się więc bli­sko sie­bie, żeby nie zmar­z­nąć.

Noce na­dal były chłodne i ta­kie roz­wią­za­nie wy­da­wało się lep­sze niż noc­leg pod go­łym nie­bem.

Ra­ija nie mo­gła za­snąć i na­słu­chi­wała. To nie­zwy­kłe, jak na­gle może się wszystko zmie­nić. Przez wiele mie­sięcy żyła tu sama z dziećmi. Nie sły­szała in­nych gło­sów.

Te­raz pod jed­nym da­chem z nią spało czte­rech męż­czyzn. Ich równe od­de­chy brzmiały w jej uszach jak mu­zyka. Je­den z nich chra­pał, nie za gło­śno, ale to wy­star­czyło, by nie mo­gła za­snąć.

Może zresztą nie dla­tego - Ra­ija czuła się tak pod­eks­cy­to­wana, że nie po­tra­fiła się cał­ko­wi­cie od­prę­żyć.

Przy­pa­dek włą­czył tych lu­dzi do jej ży­cia. Prze­rwał jed­no­staj­ność dnia.

Te­raz stała się jedną z nich.

Czy po­stą­piła źle? Nie do­pusz­czała ta­kiej my­śli. Uwa­żała, że do­brze zna się na lu­dziach.

Przy­by­sze wy­glą­dali na god­nych za­ufa­nia.

Tak, mo­głaby zna­leźć inne słowa, które bar­dziej by pa­so­wały do nich wszyst­kich albo do jed­nego lub dwóch z nich, ale nie chciała. Wy­star­czyło, że można na nich po­le­gać.

Re­ijo, co ty byś o mnie po­my­ślał? Czy po­wie­dział­byś, że mie­szam ma­rze­nia z rze­czy­wi­sto­ścią?

Nieme wo­ła­nie Ra­iji pro­wa­dziło do­ni­kąd. Chciała wie­rzyć, że Re­ijo gdzieś tam jest i ją sły­szy, ale ni­gdy nie miała z nim tak sil­nego kon­taktu.

Jej my­śli nie spla­tały się z jego my­ślami w ten spo­sób.

Py­ta­nie o to samo dru­giego z przy­ja­ciół wy­da­wało się nie­do­rzeczne.

Do niego mo­gła do­trzeć my­ślami. Nie wie­działa tylko, kiedy to się zda­rzy. Nie po­tra­fiła nad tym pa­no­wać. Zresztą ta zdol­ność bu­dziła w niej lęk.

Mik­kala nie mu­siała py­tać.

Do­brze wie­działa, co by o tym są­dził. Mo­gła wręcz zo­ba­czyć, jak ściąga brwi, jak jego oczy ci­skają bły­ska­wice, ciem­nieją niby pod­czas mrocz­nego za­chodu słońca spo­wi­tego mgłą.

Mik­kal nie był wolny.

Sama zaś czuła się na tyle wolna, by tak po­stą­pić. Re­ijo dał jej jed­nak tego ro­dzaju wol­ność, że nie mo­gła żyć jak po­rządny czło­wiek, że zo­stała na­pięt­no­wana jako ko­bieta dru­giej ka­te­go­rii.

Ale rów­nież lu­dzie dru­giej ka­te­go­rii po­tra­fią prze­żyć. Rów­nież lu­dzie dru­giej ka­te­go­rii mogą po­zwo­lić so­bie na odro­binę bli­sko­ści.

Ra­ija oba­wiała się tro­chę tego, co ją czeka, nie po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić swo­jej naj­bliż­szej przy­szło­ści.

Ni­gdy nie wi­działa ba­ra­ków. Nie do­świad­czyła ta­kiego na­tłoku męż­czyzn przy­by­wa­ją­cych ze wszyst­kich re­gio­nów kraju na czas se­zo­no­wych po­ło­wów. To świat męż­czyzn, do któ­rego ni­gdy przed­tem nie wstę­po­wała. Mo­gła czuć lęk, ale była szczę­śliwa.

Nie­za­leż­nie od tego, czego od niej ocze­ki­wali, była szczę­śliwa. Po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić wła­sne upodle­nie, gdyby rze­czy­wi­ście mu­siała w ba­ra­kach wy­sta­wiać na sprze­daż swe ciało wszyst­kim bę­dą­cym w sta­nie za­pła­cić. No­wym zna­jo­mym za­wdzię­czała wiele, nie­za­leż­nie od tego, co się zda­rzy. Mik­kal nie miał po­wodu, by czy­nić jej wy­rzuty. Re­ijo wy­je­chał z wła­snej woli. Ra­ija nic nie mo­gła na to po­ra­dzić, lecz ży­wiła dziwne prze­świad­cze­nie, że Re­ijo by zro­zu­miał.

Ogień już le­d­wie się tlił w pa­le­ni­sku.

Ra­ija unio­sła się na łok­ciu, ob­ser­wo­wała śpią­cych. Na­wet tacy silni męż­czyźni wy­glą­dali jak chłopcy, kiedy spali. Wy­raz twa­rzy w cza­sie snu mógł po­wie­dzieć o czło­wieku nie­skoń­cze­nie wiele.

Czy Pe­tri zda­wał so­bie sprawę, że sen uka­zy­wał go jako ma­łego chłopca, który utra­cił wszystko, co miało dla niego ja­kieś zna­cze­nie?

Ra­ija mo­gła do­strzec za­równo roz­cza­ro­wa­nie, jak i cień stra­chu w tym ob­li­czu, które nie­dawno spra­wiało wra­że­nie tak sil­nego.

Czy Alek­san­teri po­dej­rze­wał, że we śnie wcale się nie uśmie­chał? Jego we­soła twarz była po­ważna jak twarz pa­stora. Na­wet bła­zen się zmie­niał.

Ra­ija za­sta­na­wiała się, co inni mo­gli wy­czy­tać w ta­kiej chwili z jej twa­rzy.

Nie wi­działa jed­nak po­wodu, by o to spy­tać. Sen cią­gle nie nad­cho­dził.

Ci­cho - bar­dzo ci­cho - wy­śli­znęła się spod skóry. Szybko zna­la­zła szal i prze­wią­zała go na piersi. Sta­nik sukni nie był nie­przy­zwo­icie skromny, a i ko­szula za­sła­niała wiele, lecz szal zna­czył coś wię­cej niż część ubra­nia. Stał się w pew­nym sen­sie przy­ja­cie­lem.

Po­dą­żyła wzdłuż krzy­wi­zny ściany ku wyj­ściu. Bez­sze­lest­nie.

Raz omal nie na­dep­nęła na jed­nego z męż­czyzn, ale ja­koś udało jej się go omi­nąć.

Noc wy­da­wała się iskrząco ja­sna. Ni­gdy chyba przy­roda nie była tak piękna, jak ta­kiej póź­no­wio­sen­nej nocy tuż przed na­sta­niem po­ranka. Barwy sta­wały się wtedy naj­bar­dziej in­ten­sywne. Po­wie­trze było tak zimne, jak to tylko moż­liwe o tej po­rze roku. Pła­sko­wyż ki­piał zie­le­nią. Niebo zda­wało się zim­no­nie­bie­skie jak w mroźną zimę. A na wscho­dzie ośle­pia­jąca czer­wień wprost za­pie­rała dech w pier­siach. Ra­ija znała już ten wi­dok.

W mil­cze­niu od­da­lała się od zie­mianki. Stą­pała po tej ziemi, którą stop­niowo po­zna­wała co­raz le­piej. Wie­działa, że ją opu­ści - lecz wcale nie bę­dzie tę­sk­nić. Za­drżała.

Na na­gich przed­ra­mio­nach po­ja­wiła się gę­sia skórka. Ra­ija ob­jęła się w obro­nie przed chłod­nym po­ca­łun­kiem po­ranka.

Z tyłu le­d­wie sły­szal­nie za­chrzę­ściła ga­łązka wrzosu. Ra­ija za­trzy­mała się, ale nie obej­rzała za sie­bie.

Wie­działa. Wie­działa, że je­den z przy­by­szów nie spał.

Wie­działa, że je­den z nich po­dąży za nią.

Chciała tego.

To ją prze­ra­żało. Na­gle po­znała pra­gnie­nia, któ­rych wcze­śniej nie sta­rała się zgłę­bić. Wie­działa, że nie musi się oglą­dać, żeby się prze­ko­nać, kto to.

Mógł nim być tylko je­den z męż­czyzn.

- Nie po­win­naś tak tu mar­z­nąć.

Cie­płą kurtką okrył jej ra­miona. Ra­ija po­zwo­liła, by tak się stało. Po­zwo­liła, by po­ło­żył ręce na jej ta­lii i od­wró­cił ją ku so­bie. W rze­czy­wi­sto­ści nie był tak po­wierz­chowny, jak się wcze­śniej wy­da­wało. Po­tra­fił rów­nież za­cho­wać po­wagę. Ra­ija od­ga­dła to z jego twa­rzy, cho­ciaż tylko uda­wał, że śpi.

- Wie­dzia­łaś, że przyjdę, prawda?

Ra­ija ski­nęła głową. Po­ło­żyła dło­nie na jego piersi. Zna­la­zła się bli­sko niego. A jed­no­cze­śnie za­cho­wała dy­stans.

Czuła, że jest bar­dzo wą­tły. Gdy się na niego pa­trzyło, wy­da­wał się szczu­pły. Te­raz prze­ko­nała się, że jest po pro­stu chudy. Nie był też wiele wyż­szy od niej.

- Pe­triemu drgnęła po­wieka, kiedy wy­cho­dzi­łem - uśmiech­nął się. - My­ślę, że przej­rzał moje za­miary.

Ra­ija uśmiech­nęła się:

- A czy to ma ja­kieś zna­cze­nie?

- Wła­ści­wie nie. Je­stem już du­żym chłop­cem. - W oczach Alek­san­te­riego po­ja­wił się dia­bel­ski błysk. Ra­ija za­uwa­żyła, że są szare. - Moż­liwe, że mi za­zdro­ści. Wi­dzisz, on jest taki po­wolny. Pe­tri jest taki do­kładny. Taki roz­ważny.

Uśmiech­nął się. Dwu­znacz­nie.

Za­nim Ra­ija zdą­żyła za­re­ago­wać, mu­snął ustami jej wargi. Jak ła­godny wiatr.

- Ro­bię to, co chcę - wy­ja­śnił. - Co mi się po­doba.

Dziew­czyna do­sko­nale to ro­zu­miała. Czuła ła­sko­ta­nie na war­gach.

- Wiesz, dla­czego za tobą wy­sze­dłem? - spy­tał po­waż­nie. - Drę­czyło mnie to pra­gnie­nie od mo­mentu, kiedy cię uj­rza­łem. Wiesz o tym rów­nie do­brze jak ja.

- Nie prze­sa­dzaj - po­pro­siła ci­cho, choć w głębi du­szy zda­wała so­bie sprawę, co miał na my­śli.

To wi­siało w po­wie­trzu. Dziwne na­pię­cie. Po­ja­wiło się w chwili, kiedy usiadł obok niej.

Nie uczy­niła nic, żeby go po­wstrzy­mać.

- Ty rów­nież o tym wie­dzia­łaś - rzekł z prze­ko­na­niem.

Od szczu­płych rąk pro­mie­nio­wało tyle cie­pła. Ni­gdy by go o to nie po­dej­rze­wała. Już nie było jej zimno.

- Czu­łam to - szep­nęła. - Ale pa­mię­taj, że nie będę na­le­żeć do cie­bie.

- Ni­gdy nie chcia­łem ni­czego po­sia­dać na wła­sność.

Ujął po­liczki dziew­czyny i po­ca­ło­wał ją. Mocno i długo.

Ra­ija nie za­sta­na­wiała się, co by po­wie­dzieli Mik­kal i Re­ijo.

Za­sta­na­wiała się, co po­wie Pe­tri.

Roz­dział 2

Pe­tri nie po­wie­dział nic szcze­gól­nego. Lecz Ra­ija wiele razy czuła na so­bie jego spoj­rze­nia. Jego dłu­gie spoj­rze­nia. Kiedy się od­wra­cała w jego stronę, przez kilka se­kund pa­trzył jej w oczy, po czym od­wra­cał wzrok.

Miała wra­że­nie, że ją po­tę­pia. Czuła się ża­ło­śnie.

A prze­cież nie miał jej za co wi­nić.

Alek­san­teri otwo­rzył przed nią ra­miona. Wi­dział, że Ra­ija pra­gnie, by ją ktoś ob­jął. Wi­dział, że pra­gnie przy­tu­lić do ko­goś swój po­li­czek.

Była zmar­z­nięta, tak bar­dzo zmar­z­nięta, a on wy­szedł spod cie­płego okry­cia i de­li­kat­nie jej do­tknął.

Jego spra­gnione usta spra­wiły po­ca­łun­kiem, że krew z po­wro­tem na­pły­nęła do jej warg. Po­ka­zał Ra­iji, że tę­sk­nota nie musi być krzy­kiem bez od­po­wie­dzi.

Prze­su­wał piesz­czo­tli­wie war­gami wzdłuż jej szyi, lecz za­trzy­mał się w miej­scu, gdzie za­czyna się ra­mię. Zde­cy­do­wa­nymi ru­chami szczel­nie otu­lił ją sza­lem.

- Na ra­zie wy­star­czy!

Uśmiech­nął się, ścią­ga­jąc w dół ką­ciki ust. Prze­su­nął na jej czoło ko­smyk wło­sów, zwi­nął go tak, że lekko się za­krę­cił, i za­do­wo­lony ob­ser­wo­wał swoje dzieło.

- Nie mo­żemy się na­sy­cić za pierw­szym ra­zem, prawda, Ra­ija?

Jakże był pewny sie­bie. Jak spo­kojny o wła­sne po­wo­dze­nie. Czyżby przy­wykł do tego, że za­wsze do­staje to, czego chce?

Ra­ija nie wie­działa.

Na­le­żał do tego typu męż­czyzn, któ­rym uda­wało się zła­pać dwie sroki za ogon. Któ­rzy wła­ści­wie ni­gdy się nie wy­si­lali, ale mieli ja­kąś wro­dzoną ła­twość zdo­by­wa­nia, któ­rym ko­biety ule­gały, choć wie­działy, że same się pro­szą o zła­ma­nie serca.

Alek­san­teri ob­jął ra­mie­niem Ra­iję, ona zaś uło­żyła rękę wo­kół jego szczu­płej ta­lii i tak przy­tu­leni ru­szyli z po­wro­tem do zie­mianki po po­ły­sku­ją­cej po­ran­nej ro­sie.

Wy­mie­nili tylko uśmie­chy, kiedy wśli­znęli się do środka, lecz Ra­ija zda­wała so­bie sprawę, że Pe­tri wie.

Wtedy nie od­wa­żyła się na niego spoj­rzeć. Coś ją po­wstrzy­my­wało, lecz była pewna, że nie spał.

Jego spoj­rze­nia w ciągu dnia prze­ko­nały ją o tym.

Tak ła­two przy­szło ze­rwać ze wszyst­kim. Tak mało było do za­bra­nia. Znowu tro­chę za sobą zo­sta­wiła. Wy­ru­szyła w drogę nie­mal bez za­sta­no­wie­nia, tak samo, jak tu przy­była.

Obecny marsz był ła­twiej­szy niż ten, który od­była ze­szłej je­sieni, kiedy nio­sła dzieci po ko­lei, czu­jąc każ­dego wie­czoru, że chyba zła­mie się pod ich cię­ża­rem.

Idę nio­sła sama. Alek­san­teri, nie py­ta­jąc ni­kogo o zda­nie, wsa­dził so­bie Knuta na plecy. Maja z równą oczy­wi­sto­ścią ob­rała Pe­triego na swą pod­porę.

Ra­iję tro­chę to prze­ra­żało - Maja prze­ja­wiała dziwną skłon­ność zwra­ca­nia się ku oso­bom, które naj­bar­dziej przy­po­mi­nały Re­ijo.

W Pe­trim było coś z Re­ijo. Coś nie­wzru­sze­nie pew­nego i god­nego za­ufa­nia. Z uśmie­chem na ustach, co mu się rzadko zda­rzało, wy­cią­gnął ręce do Mai.

Elise szła sama, lecz nie mu­siała ni­czego dźwi­gać. Za­dbali o to dwaj bra­cia.

Dzieci bez sprze­ciwu za­ak­cep­to­wały nowe twa­rze. Ra­ija przy­jęła to z ulgą, lecz jed­no­cze­śnie nie mo­gła się po­zbyć lek­kiego kłu­cia w piersi.

Ma­lu­chy prze­szły już tak wiele, że zmiany prze­stały je dzi­wić. To nie taki dom za­mie­rzała im stwo­rzyć.

Szli. Na wschód.

Ra­ija snuła ma­rze­nia o tym, że na­gle uj­rzy jurty nad płytką za­toką. Wi­działa sie­bie, jak lekko bie­gnie - nie­mal uno­sząc się nad wrzo­so­wi­skiem. Wi­działa, jak on bie­gnie ku niej...

Na­gle ma­rze­nie pry­sło.

Roz­są­dek mó­wił jej, że tak się nie sta­nie. Szu­kała prze­cież, lecz nie zna­la­zła zna­jo­mych po­staci.

Poza tym - czego mo­gła od niego ocze­ki­wać?

Nie miał prawa jej nic ofia­ro­wać. Ona nie miała prawa go o co­kol­wiek pro­sić.

Jej ży­cie było tu­taj. Po­le­gało na tym, by sta­wiać jedną nogę przed drugą i iść.

Na noc roz­bili obóz na te­re­nie osło­nię­tym przez kilka ogrom­nych gła­zów, po­kry­tych mchem i po­ro­stami. Na­tura wo­kół nie była szczo­dra. Nie mieli się gdzie skryć, lecz za to wi­dok był roz­le­gły i wspa­niały. Tu i ów­dzie le­żały ogromne ka­mienne bloki, jak gdyby ręka ol­brzyma kie­dyś, dawno, dawno temu, roz­rzu­ciła je po ziemi.

Wy­so­kie do ko­lan krzaczki, o li­ściach przy­po­mi­na­ją­cych my­sie uszy, po­słu­żyły do roz­pa­le­nia ognia.

Nie zna­leźli tu nic in­nego.

Ra­ija ko­chała to. To był jej świat, droż­szy po­nad wszystko. Być może ja­łowy i ubogi, lecz wła­śnie ku tej ziemi kie­ro­wały się jej ma­rze­nia zwią­zane z przy­szło­ścią. Miej­sce, które wy­brali na noc­leg, ota­czały pół­ko­lem ka­mienne ko­losy. W naj­bar­dziej za­cisz­nym za­kątku Ra­ija roz­po­starła skóry, żeby uło­żyć dzieci. Miały za sobą długi dzień, nie­mal za­snęły nad ko­la­cją. Cho­ciaż spały pod go­łym nie­bem, to przy­naj­mniej naja­dły się do syta. Ra­ija czuła ogromne zmę­cze­nie w ca­łym ciele, lecz mimo to nie chciało jej się spać. Wie­czór zda­wał się taki ja­sny. Nic nie za­chę­cało do od­po­czynku. Sku­pili się jak naj­bli­żej ogni­ska. Roz­ma­wiali. Ra­ija uświa­do­miła so­bie, że opo­wie­działa no­wym zna­jo­mym o rze­czach, o któ­rych wła­ści­wie wo­la­łaby za­po­mnieć.

O pię­ciu la­tach spę­dzo­nych wśród La­poń­czy­ków. O wszyst­kim - z wy­jąt­kiem tego, ile dla niej zna­czył Mik­kal. O ży­ciu w Lyn­gen. Tylko nie o Mik­kalu. O wę­drówce na pół­noc. O bez­na­dziej­nych cza­sach w Al­cie. O skle­pie. Opo­wie­działa na­wet o zło­cie Kal­lego. O Alek­sieju. O Re­ijo - pró­bo­wała wy­ja­śnić, dla­czego od­szedł, tłu­ma­czyła, że nie chcieli wią­zać się na­wza­jem. Lecz Fi­no­wie nie po­tra­fili na to spoj­rzeć tak jak ona.

Opo­wie­działa o ro­syj­skim statku i po­dróży wzdłuż wy­brzeża - i o zi­mie spę­dzo­nej w zie­miance.

O ca­łym ży­ciu.

O wszyst­kim z wy­jąt­kiem naj­waż­niej­szego. Nie mo­gła im opo­wie­dzieć o Mik­kalu.

W my­ślach mógł na­le­żeć tylko do niej.

Kiedy wspo­mniała o zło­cie, bra­ciom Ko­ski przy­szło chyba do głowy, że być może ist­nieją także inne ta­kie miej­sca. Z mło­dzień­czym za­pa­łem wy­ru­szyli na po­szu­ki­wa­nie cen­nego kruszcu wo­kół obo­zo­wi­ska.

Słu­cha­jąc opo­wie­ści Ra­iji, Alek­san­teri wy­glą­dał na za­tro­ska­nego. Ra­ija wi­dy­wała już po­dobną tro­skę na twa­rzach męż­czyzn, dla któ­rych, jak im się zda­wało, coś zna­czyła.

- Ja nie­wiele mogę o so­bie po­wie­dzieć. Je­stem tylko nędz­nym ro­bot­ni­kiem se­zo­no­wym bez da­chu nad głową. - Alek­san­teri po­trzą­snął zło­ci­sto­rudą czu­pryną.

Jego włosy dawno nie wi­działy no­ży­czek, lecz dłu­gie loki do­da­wały mu ła­god­no­ści i urody w spo­sób, któ­rego Ra­ija do końca nie po­tra­fiła wy­tłu­ma­czyć. Wy­da­wał się jakby nie­groźny.

- Ja wła­ści­wie też nie mam da­chu nad głową - ode­zwała się ci­cho.

Nie dla­tego opo­wie­działa im swoją hi­sto­rię, by wy­dać się kimś lep­szym od nich, aby wy­dać się kimś in­nym. Alek­san­teri nie mógł jej chyba źle zro­zu­mieć!

- Lecz mimo wszystko je­steś młod­sza ode mnie! - wy­buch­nął, cią­gle jesz­cze po­ra­żony jej opo­wie­ścią. - Na pewno! - do­dał szybko. - Ile masz lat? Dzie­więt­na­ście?

Ra­ija mu­siała przy­znać sama przed sobą, że jego przy­pusz­cze­nie spra­wiło jej przy­jem­ność.

Była jak głodny kot, przed któ­rym po­sta­wiono mi­skę śmie­tanki.

- Dwa­dzie­ścia je­den - od­parła.

Pe­tri mil­czał. Stał się jakby bar­dziej nie­przy­stępny.

Tego dnia Ra­ija prze­ko­nała się, że nie był męż­czy­zną uży­wa­ją­cym wielu słów, lecz te­raz jego mil­cze­nie wy­da­wało się za­sta­na­wia­jące.

- Przy two­jej hi­sto­rii wszystko, co prze­ży­łem, wy­daje się jakby szare i mało zna­czące - ode­zwał się Alek­san­teri, po­trzą­sa­jąc głową. Pod­niósł wzrok na Ra­iję. Grze­bał bez­wied­nie ga­łązką w ogni­sku. - Nie­ustan­nie po­dró­żuję, ale ni­gdy nie do­tar­łem tak da­leko. Przez kilka se­zo­nów bra­łem udział w po­ło­wach. Ni­gdy jed­nak nie zda­rzyło mi się nic szcze­gól­nego. Mia­łem na­wet dziew­czynę, którą za­bie­ra­łem ze sobą na ko­lejne dzier­ża­wione go­spo­dar­stwa, ale i o tym nie warto mó­wić. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Pe­tri ma przy­naj­mniej wła­sny dom - za­koń­czył smutno.

- Na cu­dzej ziemi - do­dał Pe­tri z go­ry­czą. - I upra­wiam nie swoją rolę.

- Co roku ru­sza na pół­noc na ryby - mó­wił da­lej Alek­san­teri. Ła­twiej mu chyba przy­cho­dziło mó­wić o kimś in­nym. - Nie wy­daje na sie­bie ani gro­sza. Ha­ruje i oszczę­dza. - Ro­ze­śmiał się: - A mimo to my­ślę, że chce ło­wić. Za każ­dym ra­zem. - Alek­san­teri mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo. - Do­brze na tro­chę uciec od baby, ro­zu­miesz.

Ra­ija na­tych­miast spoj­rzała na Pe­triego. Po­winna była zgad­nąć, że jest żo­naty. Oj­ciec ro­dziny.

- Masz dzieci? - spy­tała. Jej głos nie za­brzmiał tak na­tu­ral­nie, jak by tego chciała.

- Cztery córki. I syna.

Czarne oczy przy­kuły jej spoj­rze­nie. Ich nie­prze­nik­niona głę­bia po­cią­gała Ra­iję, lecz sta­rała się nie ulec uro­kowi i spoj­rzała w in­nym kie­runku.

Nie po­wi­nien pa­trzeć na nią w ten spo­sób! Szybko zwró­ciła się w stronę Alek­san­te­riego.

- A ty? - spy­tała z sze­ro­kim uśmie­chem: - Ile ich masz?

Jego oczy zmie­niły się w dwa cien­kie łuki, gdy ro­ze­śmiał się ser­decz­nie.

- Mam na­dzieję, że ani jed­nego.

- O ile ci wia­domo - do­po­wie­dział su­cho Pe­tri, nie spusz­cza­jąc wzroku z Ra­iji. - Ten utra­cjusz woli nie­ustan­nie prze­no­sić się z miej­sca na miej­sce, żeby pod­bić jak naj­wię­cej nie­wie­ścich serc, za­miast się ustat­ko­wać i żyć jak po­rządny czło­wiek.

Wy­da­wało się, że Alek­san­teri nie po­trak­to­wał tych słów zbyt po­waż­nie. Uśmie­chał się bez­tro­sko, jak gdyby ży­cie było jed­nym wiel­kim żar­tem.

- Wi­dzę tu przy­naj­mniej jed­nego po­rząd­nego czło­wieka, któ­remu rów­nież nie udało się ustat­ko­wać - od­gryzł się. - żona Pe­triego sta­rała się, jak umiała, go wy­cho­wać. Choć wła­ści­wie nie je­stem prze­ko­nany, czy jej się udało. Nie wiem zresztą, czy sam Pe­tri jest tego pe­wien.

- Ani słowa o Eiji! - ostrzegł Pe­tri.

Alek­san­teri za­milkł.

Ra­ija do­my­śliła się, że Pe­tri chciał ją ostrzec przed swoim młod­szym kom­pa­nem. Uczy­nił swego ro­dzaju oj­cow­ski gest, za który po­winna mu być wdzięczna. Znał tego lek­ko­du­cha o wiele le­piej niż ona. Lecz wszystko, co miało po­smak opie­kuń­czo­ści, za­czy­nało Ra­iji stop­niowo co­raz mniej od­po­wia­dać.

Wi­działa wy­raź­nie, jaki jest Alek­san­teri. Miała prze­cież oczy. Prze­żyła już co nieco. Ni­gdy zresztą nie była zbyt na­iwna.

Je­żeli Pe­tri uwa­żał ją za ja­kieś głu­piut­kie dziew­czątko, po­trze­bu­jące jego oj­cow­skiej opieki, to grubo się my­lił.

Ra­ija Ala­talo mocno stała na wła­snych no­gach!

Wy­cią­gnęła ręce ku ogni­sku, tak jakby chciała je ogrzać. Niby przy­pad­kiem do­tknęła dłoni Alek­san­te­riego. Od­po­wie­działa na jego cie­pły uśmiech ser­decz­niej, niż to było ko­nieczne.

Gdyby się te­raz obej­rzała, by spraw­dzić, czy Pe­tri zwró­cił na to uwagę, wszystko by znisz­czyła. Miała jed­nak na­dzieję, że ich wi­dział. Miała na­dzieję, że po­my­ślał o tym, o czym chciała, żeby po­my­ślał.

Ostrożne na­tar­cie nie le­żało w na­tu­rze mło­dego Kilpi. Nie­ocze­ki­wane do­tknię­cie po­dzia­łało jak wy­zwa­nie. Było kon­ty­nu­acją tego, co za­szło o brza­sku.

Po­twier­dze­niem, że ro­zu­miała mu­zykę, którą grał. że chęt­nie za­gra­łaby ra­zem z nim.

Alek­san­teri wy­tarł rękę w spodnie i ob­jął nią Ra­iję. Dziew­czyna na­wet nie mru­gnęła.

Po­zwo­liła, by to zro­bił. Do­piero po ja­kimś cza­sie rzu­ciła krót­kie spoj­rze­nie w stronę Pe­triego. żuł ta­bakę, jakby nie­obecny my­ślami. Jej do­cie­kliwe, tro­chę py­ta­jące spoj­rze­nie zmu­siło go, by uniósł je­den z ką­ci­ków ust. Odro­binę. Z sar­ka­zmem.

Ra­ija po­su­nęła się jesz­cze da­lej. Wie­działa, że to dzie­cinne, ale Pe­tri wy­zwa­lał w niej naj­gor­sze ce­chy. Zbyt wy­raź­nie oka­zy­wał, że nie po­doba mu się jej za­cho­wa­nie wo­bec Alek­san­te­riego, i tym sa­mym zmu­szał ją, by po­su­nęła się da­lej, niż za­mie­rzała.

Prze­kor­nie unio­sła głowę i po­ło­żyła rękę na udzie chło­paka.

Pe­tri pod­niósł całą swą ogromną po­stać. Ra­ija mo­głaby po­tem przy­siąc, że przy tym wes­tchnął.

- Chyba pójdę uzu­peł­nić za­pas wody na ju­tro.

Za­nim po­szedł, rzu­cił im jesz­cze jedno spoj­rze­nie. Ra­ija nie mo­gła się po­wstrzy­mać, by nie po­dą­żyć za nim wzro­kiem. Mimo że był taki wy­soki, nie­zwy­kle lekko się po­ru­szał. Jego ru­chy spra­wiały wra­że­nie mięk­kich i płyn­nych, jak gdyby jego stopy znały każdą nie­rów­ność ziemi, po któ­rej stą­pał. Ubrana na brą­zowo po­stać sto­piła się w jedno z oto­cze­niem. Przez dłuż­szą chwilę Ra­ija mo­gła ob­ser­wo­wać tylko jego czarną czu­prynę, za­nim znik­nął zu­peł­nie za ja­kimś ogrom­nym gła­zem. Miała ochotę wstać, żeby móc go da­lej śle­dzić, lecz się opa­no­wała.

- Pe­tri usi­łuje grać rolę taty, za­uwa­ży­łaś? - Alek­san­teri po­tarł brodą jej ra­mię i za­śmiał się ci­cho.

Ra­ija skrzy­wiła się.

- Wo­bec cie­bie czy wo­bec mnie?

Chło­pak moc­niej przy­tu­lił Ra­iję. Po­ła­sko­tał ją, tak że mu­siała się ro­ze­śmiać ra­zem z nim, a po­tem prze­wró­cił na zie­mię. Trzy­mał w swych dło­niach jej nad­garstki. Miał dużo siły, cho­ciaż wy­da­wał się wą­tły. Przy­su­nął twarz tak bli­sko, że ich od­de­chy się spo­tkały. Nosy do­tknęły je­den dru­giego.

Z szel­mow­skim uśmie­chem po­tarł swoim no­sem nos Ra­iji. Jego oczy błysz­czały. W jed­nej chwili stały się bar­dziej zie­lone niż szare. Zmie­niały ko­lor wraz ze zmianą jego na­stroju.

Ra­ija czuła na swym po­liczku do­tyk szorst­kiego za­ro­stu. Już tak dawno nie za­znała cze­goś po­dob­nego. Tak dawno, że tkwiło w tym coś pod­nie­ca­ją­cego.

- Co inni mó­wią o two­ich ustach? - spy­tał na­gle wła­śnie w chwili, kiedy Ra­ija spo­dzie­wała się po­ca­łunku.

- A co cię to ob­cho­dzi? - syk­nęła.

Alek­san­teri cmok­nął parę razy.

- Aj, aj, ona gry­zie! - Uło­żył usta jak do po­ca­łunku, lecz nie do­tknął jej warg. - Ja nie opo­wia­dam ta­kich rze­czy - wy­ja­śnił. - O kwia­tach, sło­dy­czy i ta­kich tam. My­ślę, że brzmi to dość głu­pio. Dla mnie usta to po pro­stu usta. Chciał­bym zaj­rzeć do umy­słu ko­goś, kto twier­dzi, że usta dziew­częce są jak czer­wone kwiaty, lub wy­gła­sza po­dobne bzdury.

Ra­ija nie mo­gła się nie ro­ze­śmiać.

- Nie mu­sisz nic mó­wić o mo­ich ustach, Alek­san­teri. Nie mu­sisz uży­wać pięk­nych słów. Po pro­stu mnie po­ca­łuj!

- Tak już le­piej - mruk­nął z uzna­niem.

Po­woli po­chy­lił się nad nią. Uśmie­chał się całą twa­rzą. Je­den z ką­ci­ków ust nie­znacz­nie drgał.

Ra­ija uwol­niła jedną rękę. Na­wet nie pró­bo­wał jej prze­szko­dzić.

Za­to­piła ją w jego dłu­gich wło­sach na karku. Wsu­nęła pod skó­rzaną ka­mi­zelkę, pod ko­szulę, do­tknęła cie­płej skóry. Wpra­wiła palce w ruch, roz­ko­szo­wała się bli­skim kon­tak­tem z dru­gim czło­wie­kiem, z czło­wie­kiem od­mien­nej płci.

Przy­cią­gnęła go ku so­bie. Zmniej­szyła od­stęp mię­dzy nimi szyb­ciej, niż za­mie­rzał. Nie wy­trzy­mała od­wle­ka­nia w cza­sie. Nie była w sta­nie cze­kać.

Uło­żył ręce wo­kół niej - jedną pod głową, a drugą ob­jął jej ra­mię. Na wpół le­żał po­nad nią. Czuła, jak jed­nym ko­la­nem wci­ska się mię­dzy jej nogi. Pod­cią­gnął nim brzeg spód­nicy.

Żeby tylko Pe­tri te­raz nie wró­cił! - prze­mknęło Ra­iji przez głowę. Ani ża­den z braci. Nie można tego za­trzy­mać! Nie można tego za­trzy­mać w tej chwili!

Alek­san­teri od­na­lazł ustami jej usta. Drżały roz­go­rącz­ko­wane tuż przy jej na wpół otwar­tych war­gach. Ję­zyk wśli­znął się mię­dzy jej zęby. Ostroż­nie się po­ru­szał.

Wtedy chło­pak stał się bar­dziej zde­cy­do­wany. Ra­ija wy­szła mu na spo­tka­nie z równą żar­li­wo­ścią.

Jego ręce miały naj­wy­raź­niej już wcze­śniej do czy­nie­nia z ubra­niem dziew­cząt, bo nie błą­dził wiele, by do­stać się pod kurtkę i suk­nię.

Za­trzy­mały go na chwilę wią­za­nia po we­wnętrz­nej stro­nie sta­nika sukni, lecz nie było ta­kiej prze­szkody, która zdo­ła­łaby go znie­chę­cić.

Zręczne palce wśli­znęły się pod jej ubra­nie. Tak lekko prze­su­wały się po skó­rze, że Ra­iji wy­da­wało się, iż mo­głaby od tego umrzeć.

Pie­ścił ręką ro­wek mię­dzy pier­siami, prze­su­nął ją pod jedną z nich, ob­jął całą dło­nią, gła­dził czule, po­tem opusz­kiem palca prze­su­wał wo­kół bro­dawki, tak lekko, że wy­da­wało się to jak mu­śnię­cia skrzy­dłem mo­tyla.

Prze­rwał po­ca­łu­nek i spoj­rzał na Ra­iję py­ta­jąco. Py­ta­jąco i we­soło jed­no­cze­śnie.

- Do­brze? - spy­tał, lecz nie spo­dzie­wał się od­po­wie­dzi.

Ra­ija chwy­ciła go obiema rę­kami za włosy i przy­cią­gnęła mocno ku so­bie. Ca­ło­wała jego usta, ca­ło­wała chude po­liczki, wy­so­kie czoło pod grzywką, któ­rej ni­gdy nie za­cze­sy­wał do tyłu, ca­ło­wała ko­niuszki uszu, szyję...

Jego ciało było słone, pach­niało po­tem, skó­rami i dy­mem. Lecz to nie miało żad­nego zna­cze­nia.

Po­bu­dził ją z po­wro­tem do ży­cia. Spra­wił, że znowu za­częła czuć. Tę­sk­nota, która tkwiła w każ­dym za­ka­marku, za­częła po­woli mi­jać.

Roz­piął jej bluzkę. Roz­chy­lił. Ob­na­żył skórę.

Ra­ija wstrzy­mała od­dech, kiedy do­tknął ustami jej piersi. Pra­wie za­po­mniała, jak to jest. Jej oczy za­mgliły się, choć tego nie chciała. Po­pły­nęły łzy.

Pra­wie za­po­mniała, ja­kie to cu­downe uczu­cie! Alek­san­teri za­uwa­żył, że pła­cze, i się od­su­nął. Zdzi­wiony uniósł lekko wy­gięte brwi, otwo­rzył sze­roko oczy.

- Boli? - spy­tał.

Po­trzą­snęła prze­cząco głową. Miała ochotę się cał­kiem roz­pła­kać, kiedy de­li­kat­nymi pal­cami ocie­rał jej po­liczki.

- Je­stem taka głu­pia - szlo­chała Ra­ija. - Ale nie za­mie­rzam ci wy­ja­śniać, dla­czego.

Alek­san­teri nie na­le­gał. Spoj­rzał przez ra­mię i na­gle za­częło mu być bar­dzo pilno z za­pi­na­niem tego, co roz­piął. - Dzięki ci za to, że je­steś głu­pia, ma­leńka! - ro­ze­śmiał się ci­cho i pu­ścił do niej oczko. - Oba­wiam się, że nie­wiele bra­ko­wało, a da­li­by­śmy na­szym mło­dym przy­ja­cio­łom nie­złą lek­cję w tym i owym, gdy­byś nie za­częła pła­kać.

Ra­ija zer­k­nęła po­nad jego ra­mie­niem i zo­ba­czyła sio­strzeń­ców Pe­triego zbli­ża­ją­cych się ku ogni­sku.

Po­de­rwała się z miej­sca i po­śpiesz­nie prze­cze­sała pal­cami włosy. Otrze­pała się z ga­łą­zek i go­rącz­kowo za­częła po­pra­wiać ubra­nie.

- To nie­po­trzebne, Ra­ija - za­uwa­żył Alek­san­teri, który sam pra­wie się nie ru­szył. - Nie ma ta­kich oczu na świe­cie, które by nie po­znały po to­bie, że wła­śnie przed chwilą ca­ło­wa­łaś męż­czy­znę, któ­rego pra­gniesz.

Ra­ija za­czer­wie­niła się, a on za­chi­cho­tał.

- Poza tym mo­żesz być pewna, że ob­ser­wo­wali nas do­kład­nie, a te­raz są źli na sa­mych sie­bie, że tak się za­pa­lili i po­de­szli bli­żej. Chcieli le­piej wi­dzieć.

Po­liczki Ra­iji na­dal pul­so­wały. Ten mło­kos był de­ner­wu­jący. Bar­dziej do­sadny niż Ra­ija w chwi­lach naj­więk­szej zło­ści. Wcze­śniej nie spo­tkała ni­kogo ta­kiego jak on. Wy­da­wał się taki inny, lecz dzia­łał dziw­nie po­bu­dza­jąco.

- Nie za­mie­rza­li­śmy naja­dać się do syta - przy­po­mniała mu.

Alek­san­teri uło­żył spo­koj­nie ręce pod głową. Nie spusz­czał z Ra­iji wzroku.

- Wy­daje mi się, że będę po­twor­nie głodny dzi­siej­szej nocy. Kiedy wszy­scy za­sną. Za­łożę się, że na­kryto już dla nas w miej­scu, gdzie nie­dawno znik­nął Pe­tri...

Ra­ija nie od­po­wie­działa, lecz czuła, że trudno jej bę­dzie nie przy­stać na jego pro­po­zy­cję.

Nie było wąt­pli­wo­ści, że za­równo Pe­tri, jak i bra­cia Ko­ski byli świad­kami czę­ści tego, co za­szło mię­dzy nią i Alek­san­te­rim.

Markku i Ta­pio zna­cząco spo­glą­dali na Ra­iję z ukosa, a spoj­rze­nia Pe­triego świad­czyły tylko o jed­nym: o re­zy­gna­cji.

Alek­san­teri uda­wał, że nic się nie stało. Jego ręka niby przy­pad­kiem po­wę­dro­wała co prawda kilka razy w stronę Ra­iji i rze­czy­wi­ście jego za­cho­wa­nie zdra­dzało pewną in­tym­ność, ale to było wszystko.

Wy­raź­nie jed­nak ba­wił się sy­tu­acją.

I kiedy Ra­ija od­cho­dziła od ogni­ska, aby się tro­chę prze­spać, uśmie­chał się do niej oczami.

Ży­czył jej do­brej nocy, jak po­zo­stali, ale mru­gnął w spo­sób, który mó­wił wy­raź­nie, że za­mie­rza jej jesz­cze kil­ka­krot­nie ży­czyć do­brej nocy przed na­sta­niem świtu. Le­d­wie Ra­ija zdą­żyła się po­ło­żyć, usły­szała głos jed­nego z braci Ko­ski:

- Nie mar­nu­jesz czasu, San­teri!

Nie sły­szała, co od­po­wie­dział Alek­san­teri, ale na­wet z za­mknię­tymi oczami mo­gła go zo­ba­czyć, jak wzru­sza ra­mio­nami i zna­cząco się uśmie­cha.

Wes­tchnęła - i za­snęła.

Są­dziła, że to już ra­nek, kiedy po­czuła na ra­mie­niu czy­jąś dłoń. Otwo­rzyła oczy za­sko­czona, uj­rzała nocne niebo z le­ni­wie pły­ną­cymi ob­ło­kami.

- Idziesz ze mną po przy­godę? - Alek­san­teri przy­kuc­nął tuż obok. - Wszy­scy śpią, a ja strasz­nie zgłod­nia­łem...

Prze­tarła oczy, prze­ga­nia­jąc resztki snu. Po­my­ślała, że chło­pak chyba po­stra­dał zmy­sły, lecz mimo to ogrom­nie go lu­biła.

Po­śpiesz­nie ro­zej­rzała się do­koła.

Tak, pew­nie miał ra­cję. Chyba wszy­scy spali. Dzieci, Pe­tri... Jakże był lek­ko­myślny!

Alek­san­teri pod­niósł się i wy­cią­gnął rękę, by po­móc jej wstać. Mo­gła się po­czuć tak bez­tro­ska i wolna jak on. Przy­naj­mniej przez chwilę. Chwy­ciła dłoń męż­czy­zny i po­zwo­liła, by przy­gar­nął ją do sie­bie. By przy­warł ustami do jej ust.

Gdyby na chwilę się za­po­mniała, mo­głaby oszu­kać samą sie­bie, że ma pięt­na­ście lat.

Że nic na świe­cie nie może jej wią­zać czy po­wstrzy­my­wać. Po­dą­żyła za Alek­san­te­rim. Po­bie­gli, śmie­jąc się, ręka w rękę, ku otwar­tej prze­strzeni. Ra­ija, która ni­gdy nie czuła się młoda w ten spo­sób, od­młod­niała na kilka go­dzin nocy.

Nie znała Alek­san­te­riego. Nie­zbyt do­brze.

Zda­wała so­bie sprawę, że dla niego to tylko za­bawa. Na­wet przez mo­ment nie wie­rzyła, że mo­głaby go zdo­być. Zresztą na­wet nie chciała.

Był stwo­rzony do wol­no­ści. Stwo­rzony do tego, by się ba­wić, ni­czego nie obie­cu­jąc. Dla niej taki in­tymny zwią­zek łą­czył się za­wsze z pew­nego ro­dzaju mi­ło­ścią, za każ­dym ra­zem tak go­rąco to prze­ży­wała.

A przy­naj­mniej z przy­jaź­nią. Tylko w jed­nym przy­padku w prze­szło­ści to nie­na­wiść wy­krze­sała iskrę.

Nie ko­chała Alek­san­te­riego. Nie chciała oszu­ki­wać sa­mej sie­bie, by uwie­rzyć w coś po­dob­nego. Krótki czas spę­dzony ra­zem nie wy­star­czył rów­nież do za­war­cia przy­jaźni.

To bez­tro­ska i brak od­po­wie­dzial­no­ści - lecz mimo wszystko tego pra­gnęła. Pra­gnęła z ca­łej du­szy.

Nie chciała my­śleć o tym, że szli śla­dami Pe­triego, że za­trzy­mali się mniej wię­cej w tym sa­mym miej­scu, skąd przy­niósł wodę. Tuż przy by­strym stru­mie­niu te­ren ła­god­nie się ob­ni­żał, wrzosy przy­go­to­wały dla nich mięk­kie le­go­wi­sko, osło­nięte przez trzy ogromne głazy po­chy­lone po­nad zie­mią.

- Cu­dow­nie! - za­wo­łał Alek­san­teri. - Sam Stwórca nad nami się zli­to­wał.

- Nie mie­szaj do tego Stwórcy - rzu­ciła ostro Ra­ija.

- Nie, wcale nie za­mie­rzam! - zgo­dził się. - To do­ty­czy wy­łącz­nie nas sa­mych.

Zrzu­cił z sie­bie kurtkę i roz­ło­żył, przy­kry­wa­jąc nieco wrzosy. Ra­ija po­dała mu także swoją. Alek­san­teri usiadł, opie­ra­jąc się o głaz, i po­cią­gnął Ra­iję za sobą. Ob­jęli się, tym ra­zem już się nie spie­szyli. Do­my­ślali się, czego się mogą spo­dzie­wać po so­bie na­wza­jem.

Do­my­ślali się, ale nie wie­dzieli.

- Nie są­dzi­łem, że na­prawdę ze­chcesz. - Alek­san­teri spo­waż­niał na chwilę.

- Przez cały czas by­łeś pe­wien! - Ra­ija lekko po­cią­gnęła go za włosy. - Przez cały czas by­łeś tak dia­bel­nie pe­wien!

Alek­san­teri po­trzą­snął głową:

- Mu­sia­łem trzy­mać fa­son, ale drża­łem z nie­pew­no­ści jak dzie­ciak. Nie wie­dzia­łem, że mi się uda.

- Czy za­wsze do­sta­jesz to, czego chcesz? - spy­tała.

Uka­zał zęby w uśmie­chu.

- Tak... Prze­waż­nie. My­śla­łem, że to bę­dzie wy­ją­tek.

Wolno po­krę­ciła głową. Prze­chy­liła się i lekko go po­ca­ło­wała.

Alek­san­teri spoj­rzał na nią zdu­miony.

- Może i tak bę­dzie - mruk­nął.

Po­ło­żył Ra­iję na kurtce i bły­ska­wicz­nie zna­lazł się nad nią.

Szybko od­piął, co było do od­pię­cia.

- Mniej wię­cej w tym miej­scu się ostat­nio za­trzy­ma­li­śmy - szep­nął, tu­ląc wargi do jej na­giego ra­mie­nia.

Ra­ija po­tar­gała mu czu­prynę, lecz on się tylko ro­ze­śmiał. Na jego twa­rzy ma­lo­wała się ra­dość.

- Wie­dzia­łem, że tak to przyj­miesz! - za­wo­łał z trium­fem.

- A co po­wiesz na to? - spy­tała przez zęby. Prze­su­nęła ręce z jego na­gich ple­ców i roz­pięła spinkę pa­ska. Za­nim zdą­żył mru­gnąć, wsu­nęła obie dło­nie pod skó­rzane spodnie.

Ści­snęła. Zde­cy­do­wa­nie.

Od­po­wiedź przy­szła mo­men­tal­nie.

Alek­san­teri bez ce­re­gieli pod­cią­gnął spód­nicę Ra­iji i w do­kład­nie taki sam spo­sób po­trak­to­wał jej po­śladki. Oboje za­śmie­wali się do łez. Prze­tur­lali się spod ka­mieni i zna­leźli pod otwar­tym, ja­snym nie­bem.

Do­piero kiedy ich śmiech ucichł, na­prawdę do­strze­gli sie­bie na­wza­jem. Do­piero wtedy za­uwa­żyli, jak są bli­sko sie­bie. Ra­ija zna­la­zła się nad Alek­san­te­rim, czuła mro­wie­nie wzdłuż krę­go­słupa, kiedy prze­su­wał ręką w dół aż do ko­lan. Jęk­nęła, kiedy po­dą­żył pal­cami z po­wro­tem w górę po we­wnętrz­nej stro­nie ud.

Do­tknął jej łona, jego ręce lekko drżały. Chci­wie przy­warł ustami do jej ust. Sple­tli się ze sobą i wró­cili na miej­sce, które so­bie przy­go­to­wali. Ręce Alek­san­te­riego błą­dziły pod ubra­niem dziew­czyny. Przez głowę ze­rwał z niej bluzkę, żeby już nic nie dzie­liło ich piersi.

Ra­ija prze­su­wała dłońmi wzdłuż jego ciała od brzu­cha ku ra­mio­nom. W rze­czy­wi­sto­ści nie był aż tak bar­dzo chudy. Miał drobną bu­dowę, ale ko­ści nie wy­sta­wały mu spod skóry.

Ca­ło­wał miej­sca, do któ­rych tylko mógł do­trzeć. Szyb­kie spoj­rze­nia, ja­kie rzu­cał za każ­dym ra­zem, kiedy uno­sił usta znad drżą­cego ciała Ra­iji, mó­wiły jej, że uwiel­bia pa­trzeć, jaką jej spra­wia przy­jem­ność.

Po­czuła go na swoim udzie. Wie­działa, że jej pra­gnie, i sama była już rów­nie go­towa jak on.

Alek­san­teri się nie spie­szył. Każdą mi­nutę tego aktu wy­peł­niał ra­do­ścią.

W sa­mym środku na­mięt­no­ści sple­tli palce i wy­mie­nili drobne po­ca­łunki. Lekko po­bu­dzali się na­wza­jem war­gami.

Spód­nica Ra­iji sta­no­wiła je­den bez­ładny zwój wo­kół ta­lii. Spodnie Alek­san­te­riego już od dawna zsu­nęły się nie­przy­zwo­icie, nie bę­dąc w sta­nie ni­czego ukryć. Chło­pak de­li­kat­nie po­gła­dził brzuch Ra­iji.

- To tu­taj się wszystko za­czyna - szep­nął, uśmie­cha­jąc się. Ra­ija od­po­wie­działa uśmie­chem.

Ich uśmie­chy sto­piły się ze sobą.

Ręce po­wę­dro­wały wła­snymi dro­gami. Przed oboj­giem otwie­rał się nie­zba­dany ląd. Oboje przy­się­gliby, że wła­śnie to dru­gie zro­biło pierw­szy krok. Być może uczy­nili to jed­no­cze­śnie. Od­rzu­cili na bok ubra­nia. Od­na­leźli sie­bie z jed­na­kową tę­sk­notą, z jed­na­ko­wym pra­gnie­niem. Ople­tli się na­wza­jem. Po­gnali ku ran­kowi i słońcu.

Do­tarli tam z uśmie­chem na ustach.

Przy­tu­lili się na­wza­jem i po­ca­ło­wali czule. Le­żeli bli­sko sie­bie, aż nocne po­wie­trze ostu­dziło ich ciała i osu­szyło pot.

- Było ina­czej - po­wie­dział, trzy­ma­jąc ją w swych ra­mio­nach. W ciągu kilku se­kund jego oczy spo­waż­niały.

Bar­dzo po­ciem­niały. - Cał­kiem ina­czej. Chciał­bym, że­byś to wie­działa, Ra­iju. Wię­cej nie będę o tym mó­wił.

Po­gła­skała go szybko po czole.

- Dzię­kuję, Alek­san­teri - rze­kła tylko. - Pójdę pierw­sza. Nie chcę wra­cać ra­zem z tobą.

Ski­nął głową. Ro­zu­miał.

Po­śpiesz­nie wspięła się na palce i po­ca­ło­wała go w po­li­czek. Po­tem po­bie­gła w stronę ogni­ska, które już pra­wie zga­sło.

Do­piero kiedy zna­la­zła się bli­sko i zwol­niła kroku, by wy­rów­nać od­dech i przy­pad­kiem nie obu­dzić po­zo­sta­łych, za­uwa­żyła bru­natną syl­wetkę męż­czy­zny sie­dzą­cego przy do­ga­sa­ją­cym ża­rze.

Sku­lił ra­miona. Po­chy­lił plecy, opie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach. Miał na so­bie brą­zową kurtkę i spodnie z gar­bo­wa­nej skóry. Wy­gląda jak La­poń­czyk, prze­mknęło przez głowę Ra­iji. Po­czuła mdło­ści i za­wroty głowy. Do­piero kiedy kilka razy prze­łknęła ślinę, była w sta­nie iść da­lej. Przejść obok niego.

Wy­pro­sto­wał plecy, kiedy sta­nęła tuż przy nim. Silna dłoń za­ci­snęła się wo­kół jej nad­garstka. Za­trzy­mała ją.

Ra­ija mu­siała na niego spoj­rzeć. Za­czer­wie­niła się. Za­sta­na­wiała się, czy czuł ten za­pach rów­nie do­brze jak ona - za­pach mi­ło­ści, który jesz­cze nie ulot­nił się z jej skóry. Ra­ija nie chciała zro­zu­mieć, co kryło się w tych czar­nych oczach. Był biały na twa­rzy. Mocno za­ci­snął szczęki.

- Czy było warto? - spy­tał ostro. Wy­swo­bo­dziła się i od­sko­czyła od niego.

Wzbu­rzona, za­snęła wresz­cie od­wró­cona ple­cami za­równo do Alek­san­te­riego, jak i do Pe­triego.

Uga­siła tę­sk­notę, która tra­wiła ją od zimy. Jed­nak czuła, że ro­dzi się w niej nowa, bar­dziej nie­bez­pieczna. Ra­ija nie była w sta­nie temu prze­szko­dzić.

Roz­dział 3

Warto było, lecz się już nie po­wtó­rzyło w cza­sie wę­drówki na wschód do miej­sca po­ło­wów.

Alek­san­teri czy­nił co prawda pewne sta­ra­nia, lecz szybko zre­zy­gno­wał, kiedy za­uwa­żył, że jego wy­siłki do ni­czego nie pro­wa­dzą.

Z wła­ści­wym so­bie po­czu­ciem hu­moru stwier­dził su­cho, że le­piej cza­sami za­cho­wać wstrze­mięź­li­wość.

Ra­ija nie miała nic prze­ciwko temu. Wła­ści­wie sama nie wie­działa, czego chciała.

Alek­san­teri po­trze­bo­wał tylko jej ciała. Tej Ra­iji, która kryła się pod ze­wnętrzną po­włoką, jaką była w głębi du­szy, nie sta­rał się na­wet po­znać.

Zbie­rał śmie­tankę - i był za­do­wo­lony.

A ona, Ra­ija, rów­nież nie chciała o nim wie­dzieć zbyt wiele. Gdyby od­kryła, że jest w nim wię­cej po­wagi, niż to oka­zuje, mo­głaby coś znisz­czyć.

Li­czył się jego urok. Po co drą­żyć da­lej?

Do­tarli nad Mo­rze Ark­tyczne. Uj­rzeli sku­pi­sko ba­ra­ków zbu­do­wa­nych z drew­nia­nych bali na­nie­sio­nych przez mo­rze - nie było tu la­sów, które da­wa­łyby drewno. Nie­które de­ski skra­dziono Ro­sja­nom. Nie­które uczci­wie ku­piono.

- Kto by tam ku­po­wał - mruk­nął Alek­san­teri przez zęby, kiedy Ra­ija stwier­dziła, że ry­bacy na pewno oszu­kali nie­jed­nego Ro­sja­nina, żeby tylko mieć dach nad głową.

- W na­szych stro­nach jest mnó­stwo drewna, jak tylko okiem się­gnąć - mó­wił da­lej. - Gdyby tylko móc je do­nieść na pół­noc!

Szcze­rze się uśmiali.

Ra­ija po­krę­ciła no­sem na wi­dok swo­jego no­wego domu, wszę­dzie brud po­kryty do­dat­kowo ku­rzem. Pa­le­ni­sko, na któ­rym przy­go­to­wy­wano po­siłki, strasz­li­wie za­śmie­cone i osma­lone - z tego za­pewne po­wodu rów­nież ściany wo­kół były czarne.

Wzdłuż ścian znaj­do­wały się pię­trowe koje. Ra­ija na­li­czyła ich osiem.

- Kie­dyś by­wały lep­sze czasy - wy­ja­śnił Pe­tri, kiedy zwró­ciła na to uwagę. - Mo­żemy prze­gro­dzić po­miesz­cze­nie ja­kąś za­słoną lub pa­ra­wa­nem. Na pewno uda ci się ku­pić coś od­po­wied­niego w Vard?.

Wska­zał na naj­głę­biej po­ło­żoną część ba­raku, naj­da­lej od drzwi. Naj­cie­plej­szą. Poza tym naj­bar­dziej spo­kojną.

- Ja i dzieci nie po­trze­bu­jemy aż czte­rech koi - za­uwa­żyła Ra­ija.

- Nie je­stem taki pe­wien - rzu­cił Pe­tri. - Nam wy­star­czą wła­śnie cztery - do­dał szybko. - Je­śli któ­raś zo­sta­nie wolna, mo­żesz ją wy­ko­rzy­stać jako półkę.

Ra­ija za­częła go w du­chu nie­na­wi­dzić. Wie­działa, co o niej są­dzi. Nie mu­siał tego tak wy­raź­nie da­wać do zro­zu­mie­nia.

Chłopcy rzu­cili swoje rze­czy na pry­cze i na pod­łogę. Zdjęli buty, uwa­ża­jąc wi­docz­nie, że wszystko jest w jak naj­lep­szym po­rządku.

Wtedy ona, Ra­ija Ala­talo, wzięła się pod boki i wy­pro­sto­wała plecy. Po­słała każ­demu z osobna su­rowe spoj­rze­nie.

- Wy­daje się wam, że tak jest do­brze?

Wszy­scy czte­rej spoj­rzeli po so­bie, a na­stęp­nie na nią.

Zu­peł­nie nie ro­zu­mieli, o co cho­dzi.

Ra­ija po­pa­trzyła wy­mow­nie na de­ski ścian. W każdy brudny kąt. Pe­tri za­opo­no­wał:

- To jest na­prawdę je­den z naj­lep­szych ba­ra­ków...

Po­nie­waż nie kto inny, lecz wła­śnie on się ode­zwał, Ra­ija wy­ce­dziła jesz­cze bar­dziej wzbu­rzona:

- Tak, nie wąt­pię w to. Wi­dzia­łam te wa­lące się budy.

Ale to nie zna­czy, że mamy tu za­ro­snąć bru­dem.

Za­częli poj­mo­wać, do czego zmie­rza. Wes­tchnie­niom i ję­kom nie było końca.

- Tę izbę trzeba wy­szo­ro­wać - oznaj­miła sta­now­czo. - Każdy jej skra­wek trzeba wy­szo­ro­wać go­rącą wodą i pia­skiem. Może wtedy uda się do­pro­wa­dzić tę norę do czy­sto­ści.

- Pro­szę bar­dzo - mruk­nął Pe­tri i rzu­cił się na swą koję.

Ru­nęła na niego ni­czym ja­strząb. Zdarła okry­cie, które na sie­bie na­cią­gnął. Skóra spa­dła na pod­łogę.

- A skóry trzeba prze­wie­trzyć i wy­trze­pać, aż znik­nie wszel­kie ro­bac­two - mó­wiła da­lej nie­spo­dzie­wa­nie ła­god­nie, choć za­cho­wy­wała się gwał­tow­nie. Za­raz jed­nak wy­ja­śniło się, czemu przy­brała taki ak­sa­mitny ton. - Nie mam naj­mniej­szego za­miaru ro­bić tego sama! Wy też się tym zaj­mie­cie! Po­sprzą­tamy wszy­scy ra­zem!

Całą czwórką za­pro­te­sto­wali. Alek­san­teri aż zbladł.

- Wy­klu­czone! Ja uwa­żam, że tu jest cał­kiem zno­śnie. Za­wsze tak było. Ni­gdy nie na­rze­ka­łem i te­raz też nie my­ślę. Poza tym... - Wy­cią­gnął swoją kartę atu­tową: - Zo­sta­łaś nie­jako do tego za­trud­niona.

- To bab­ska ro­bota - do­dał Pe­tri. - A my nie je­ste­śmy ba­bami!

Ra­ija uśmiech­nęła się krzywo:

- O, tak, z pew­no­ścią! Gdy­by­ście byli ba­bami, to tak by tu nie wy­glą­dało.

Wiele było pro­te­stów i sprze­ci­wów, ale Ra­ija rzadko prze­gry­wała, kiedy się uparła.

- Je­żeli nie zro­bi­cie tego, co do was na­leży, za­bie­ram swoje rze­czy i od­cho­dzę - za­gro­ziła.

I cho­ciaż za­pe­rzyli się i za­pew­nili Ra­iję, że ma przed sobą wolną drogę i może iść, kiedy jej się tylko spodoba, wy­daje się, że wła­śnie owa groźba skło­niła ich do za­bra­nia się do pracy.

W domu po­ru­szali się bar­dzo nie­chęt­nie. Na ze­wnątrz - szybko jak bły­ska­wice.

Ba­raki znaj­do­wały się bli­sko je­den obok dru­giego, a nie byli pierw­szymi, któ­rzy przy­byli. Nie­wiele było trzeba, by w tym świe­cie męż­czyzn cał­kiem stra­cić twarz.

Sprzą­ta­nie za­jęło im resztę dnia.

Ale re­zul­tat za­sko­czył na­wet Pe­triego, który sam pra­co­wał przy bu­do­wie tego ba­raku.

- Nie pa­mię­tam, żeby te ściany kie­dy­kol­wiek były ta­kie białe - za­uwa­żył z uzna­niem w gło­sie.

- Ni­gdy wię­cej - za­pew­nił Alek­san­teri z prze­ko­na­niem.

Spoj­rzał na swoje po­marsz­czone od wody ręce, które przy­po­mniały mu dło­nie matki. Gdy o niej my­ślał, nie pa­mię­tał, by kie­dyś dłu­żej miała su­che dło­nie - wiecz­nie coś myła, szo­ro­wała lub prała. Dom. Dzieci. Ubra­nia... Od­go­nił wspo­mnie­nia.

- Ni­gdy wię­cej nie będę sprzą­tał żad­nego domu. Ni­gdy wię­cej nie za­biorę się do bab­skiej ro­boty!

Ra­ija kła­dła spać dwie naj­star­sze córki. Z uśpie­niem młod­szych dzieci nie miała żad­nych kło­po­tów. Po­dróż i świeże po­wie­trze tak je zmę­czyły, że same za­snęły jesz­cze w cza­sie sprzą­ta­nia.

Alek­san­teri i Pe­tri do­stali koje gra­ni­czące z tą czę­ścią ba­raku, którą miała za­jąć Ra­ija. Wie­działa, że Pe­tri nie­przy­pad­kowo tak za­rzą­dził. Za­pewne chciał mieć oko na nią i Alek­san­te­riego. To nie było ko­nieczne.

Alek­san­teri się­gnął głę­boko do sa­kwy i wy­cią­gnął z niej cał­kiem czy­stą ba­weł­nianą ko­szulę i ko­lo­rową chustkę, którą za­wią­zał na szyi. Ra­ija omal nie zwró­ciła mu uwagi, żeby się umył, ale ugry­zła się w ję­zyk.

Nie mo­gła ich prze­cież ter­ro­ry­zo­wać.

Chło­pak ścią­gnął ubra­nie, które no­sił pod­czas po­dróży - wszystko, oprócz spodni - i z dumą oznaj­mił, w jaki spo­sób za­mie­rza za­koń­czyć tę nie­godną ro­botę:

- A te­raz wy­cho­dzę!

Usiadł na brzegu pry­czy z ko­szulą w dło­niach. Ra­ija zda­wała so­bie sprawę, że rzuca w jej stronę ukrad­kowe spoj­rze­nia. Wie­działa, że to jej po­ka­zuje swój nagi tors, lecz ani Alek­san­teri, ani jego ciało nie było w sta­nie jej po­ru­szyć, cho­ciaż nie miała mu nic do za­rzu­ce­nia.

- Idę po­ga­dać z męż­czy­znami. - Ro­ze­śmiał się i wresz­cie wcią­gnął ko­szulę przez głowę. - Wy­pić kie­li­szek wódki. Dwa kie­liszki wódki. Wiele kie­lisz­ków wódki! I zna­leźć ja­kąś chętną ko­bietę!

- Niech ża­den się nie waży przy­pro­wa­dzać tu ko­biet! - rzu­cił ostrym to­nem Pe­tri. - Nie mie­szam się do tego, ile ich ma­cie, ale tu­taj ich nie bę­dzie­cie spro­wa­dzać!

- Nowe za­sady? - spy­tał prze­cią­gle Alek­san­teri. Ta­pio i Markku spoj­rzeli ba­daw­czo na Pe­triego.

- Co spra­wiło, że sta­łeś się taki de­li­katny? - zdu­miał się Alek­san­teri. - Pa­mię­tam, jak w ze­szłym roku pewna osoba sama...

Pe­tri prze­rwał mu:

- W ze­szłym roku to było w ze­szłym roku. Te­raz są z nami dzieci. Nie chciał­bym, żeby były świad­kami nie­przy­zwo­itych scen!

Alek­san­teri wzru­szył ra­mio­nami. Lu­bił de­ner­wo­wać Pe­triego. Cza­sem do­ci­nał rów­nież Ra­iji. Tro­chę go bo­lało, że go od­trą­ciła. Nie wie­rzył, że ja­kaś ko­bieta jest w sta­nie spra­wić, by czuł się przez nią oszu­kany, ba, za­wie­dziony - było prze­cież tyle in­nych.

Lecz od kiedy po­znał Ra­iję, wszystko się zmie­niło.

To bo­lało.

Wiele go kosz­to­wało, by po­ka­zać twarz daw­nego Alek­san­te­riego - tego, który się tylko śmiał i ni­czym nie przej­mo­wał, do­póki nie spo­tkał czar­no­wło­sej, drob­nej ko­biety, ma­ją­cej w so­bie tyle ognia i serce z lodu.

Lecz nikt nie może się o tym do­wie­dzieć. A już na pewno nie ona.

- My, mło­dzi, idziemy ode­tchnąć mor­skim po­wie­trzem - rzekł dziar­sko, pe­wien, że bra­cia Ko­ski po­dążą za nim. - Mnie­mam, że Pe­tri zro­bił się tak po­rządny, że nie weź­mie udziału w ni­czym, co mo­głoby zo­stać uznane za nie­przy­zwo­ite.

Pe­tri tylko wzru­szył ra­mio­nami, nie dał się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wagi.

Alek­san­teri po­słał Ra­iji zna­czące spoj­rze­nie.

Do­bry Boże, jakże silny ból ści­skał go w piersi, kiedy tak po pro­stu od niej od­cho­dził! Prze­cież tylko jej pra­gnął!

- Oj­ciec Aalto li­czy pew­nie na to, że nie bę­dzie mu­siał szu­kać ani zbyt długo, ani zbyt da­leko...

- Wy­noś się stąd do dia­bła! - za­grzmiał Pe­tri i ro­zej­rzał się za czymś, czym mógłby rzu­cić w dow­cip­ni­sia. Ni­czego nie zna­lazł i Alek­san­teri zdą­żył czmych­nąć i za­trza­snąć drzwi, za­nim Pe­tri miał na ję­zyku nowe prze­kleń­stwo. - Gów­niarz je­den - mruk­nął tylko.

- Nie mu­sisz się mną przej­mo­wać - ode­zwała się Ra­ija, nie pa­trząc na niego. Nie była w sta­nie spoj­rzeć mu w twarz po tym, co za­su­ge­ro­wał Alek­san­teri.

- Tobą?

Ra­ija czuła jego kar­cący wzrok.

- Dla­czego, u dia­bła, miał­bym się tobą przej­mo­wać? O ile zdą­ży­łem za­uwa­żyć, do tej pory po­tra­fi­łaś sama o sie­bie za­dbać.

Prze­rwa, za­nim za­czął mó­wić da­lej, wy­da­wała się długa.

- Jed­nak nie je­steś sprytna aż tak bar­dzo, jak są­dzi­łem.

- Co chcesz przez to po­wie­dzieć?

Mu­siała spy­tać, mu­siała pod­nieść wzrok. Mu­siała na­po­tkać jego ba­daw­cze, su­rowe spoj­rze­nie.

- Po­win­naś po­zwo­lić, by Alek­san­teri sam zde­cy­do­wał, kiedy to skoń­czyć. Nie przy­wykł, by go po­zba­wiać cze­goś, co ma już w gar­ści. Te­raz za­truje ci ży­cie.

Ra­ija wy­pro­sto­wała się:

- Nie­wiele mnie to ob­cho­dzi - od­parła oschle. - Poza tym nie można skoń­czyć cze­goś, co się ni­gdy nie za­częło.

Pe­tri ła­god­nie po­trzą­snął głową.

- Nie spa­łem tam­tej nocy. żyję już wy­star­cza­jąco długo, by się do­my­ślić, że ktoś taki jak Alek­san­teri, męż­czy­zna, mimo pew­nych cech dziecka, i taka ko­bieta jak ty, nie zry­wają kwiat­ków, kiedy zni­kają na pół nocy.

Ra­ija po­czuła taką złość, że na­wet się nie za­czer­wie­niła.

- A ja żyję już wy­star­cza­jąco długo, by zda­wać so­bie sprawę z tego, co ro­bię, Pe­tri.

Za­uwa­żyła, jak drgnął je­den z jego po­licz­ków, lecz nie miała po­ję­cia dla­czego. Pe­tri od­wró­cił się, tak że nie mo­gła doj­rzeć jego twa­rzy.

- Mam pięt­na­sto­let­nią córkę, Pa­ivi, która mó­wiła tak samo - ode­zwał się w końcu. - O swym związku z Alek­san­te­rim. Omal nie zo­sta­łem dziad­kiem...

Ra­ija prze­łknęła ślinę.

Oczy­wi­ście uwie­rzyła mu. Nie miał żad­nego po­wodu, by ją okła­my­wać.

- Czy on o tym wie?

Pe­tri pod­niósł głowę. Na­po­tkał py­ta­jący wzrok Ra­iji. Ko­biety, która go ro­zu­miała, po­nie­waż sama była matką.

- Nie - wzru­szył ra­mio­nami. - To by­łoby bez sensu. I tak by się wy­parł. No i - do­dał su­cho: - Pa­ivi raz na za­wsze stra­ci­łaby do­brą opi­nię. Gdyby Alek­san­teri się do­wie­dział, że dziew­czyna za­szła w ciążę, lecz ją usu­nęła, opo­wie­działby o tym da­lej.

Ra­ija wie­działa, co zna­czy do­bra opi­nia. Ni­gdy jej nie miała.

- I co się stało? - spy­tała, nie z czy­stej cie­ka­wo­ści, ale po­nie­waż mu współ­czuła.

- Moja córka zna­la­zła ko­bietę, która po­mo­gła jej się tego po­zbyć...

Ra­iję prze­szył dreszcz. Ten ogromny, silny męż­czy­zna po­bladł na twa­rzy.

- Pa­ivi omal nie stra­ciła przy tym ży­cia. Eija wy­rzu­cała mi, że to moja wina. że to ja ścią­gną­łem Alek­san­te­riego do na­szego domu...

- Dla­czego zga­dzasz się, by na­dal z tobą pły­wał?

- Na­leży do ro­dziny. Bar­dzo da­le­kiej. A u nas wszy­scy po­ma­gają so­bie na­wza­jem, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści. Poza tym, kiedy prze­bywa ze mną, je­stem pewny, że żad­nej z dro­gich mi osób nic z jego strony nie grozi...

Ra­ija skrzy­wiła się. To mało prze­ko­nu­jące wy­tłu­ma­cze­nie.

- Ja na­prawdę po­tra­fię się sama pil­no­wać - rze­kła ci­cho.

Pe­tri spoj­rzał na śpiące dzieci.

- Wy­gląda mi na to, że nie za­wsze. San­teri jest w sta­nie po­bło­go­sła­wić cię jesz­cze jed­nym. Je­żeli mu na to po­zwo­lisz.

Dzięki tej roz­mo­wie Pe­tri wy­dał się Ra­iji bar­dziej przy­stępny. Wresz­cie od­wa­żyła się na niego spoj­rzeć. Wstała i po­de­szła kilka kro­ków bli­żej. Usia­dła na brzegu jego koi. Nie od­ry­wała od niego wzroku.

Był w tym sa­mym co wcze­śniej ubra­niu, ale w od­róż­nie­niu od trzech po­zo­sta­łych, umył się. Ra­ija wy­ko­rzy­stała tę spo­sob­ność, by przyj­rzeć mu się spod przy­mknię­tych po­wiek.

Przy­znała w du­chu, że nie mu­siał się wsty­dzić swego ciała.

Po chwili wa­ha­nia zdo­była się na szcze­rość.

- Dla­czego ro­bisz wszystko, by po­ka­zać mi, że uwa­żasz mnie za szmatę? - spy­tała. Nie krę­po­wała się mó­wić o tym, o czym kie­dyś na­wet nie miała od­wagi po­my­śleć. - Dla­czego chcesz, bym czuła się jak jedna z tych dziew­cząt, któ­rych po­szedł szu­kać Alek­san­teri? Nie je­stem taka, Pe­tri. Mów, co chcesz, ale taka nie je­stem.

Nie od­po­wie­dział. Sta­rał się wy­glą­dać na za­sko­czo­nego. Zdzi­wio­nego. Chciał, by uwie­rzyła, że nie ro­zu­mie, do czego ona zmie­rza. Znowu do­strze­gła, że je­den z jego po­licz­ków drgnął. Wi­działa, jak drży mię­sień przy skroni. Bar­dziej czuła, niż sły­szała, że jego od­dech zmie­nił rytm.

- To nie tylko z po­wodu two­jej córki i Alek­san­te­riego, prawda?

Ra­ija wie­działa, że się nie myli. Była tego tak pewna, że od­wa­żyła się za­py­tać.

- Bo je­steś taki sam, Pe­tri. - Prze­łknęła ciężko. - Pró­bu­jesz mnie upo­ko­rzyć, po­nie­waż nie róż­nisz się wiele od niego. Po­nie­waż by­łeś wtedy w sta­nie zro­bić to samo... - Ra­ija spu­ściła wzrok i za­czerp­nęła po­wie­trza: - Po­nie­waż chcia­łeś być na jego miej­scu tam­tej nocy.

Głos Pe­triego za­skrzy­piał jak pia­sek na brud­nych de­skach:

- Masz o so­bie wy­so­kie mnie­ma­nie.

Ro­ze­śmiał się, ale jego śmiech nie za­brzmiał prze­ko­ny­wa­jąco.

- Dla­czego na mnie nie pa­trzysz? - cią­gnęła da­lej. - Dla­czego nie wy­ma­wiasz mego imie­nia? Czy są­dzisz, że jest w nim ja­kaś ma­gia? Bo­isz się tego? Dla­czego się tego bo­isz, Pe­tri?

- Nie boję się...

Na­dal jed­nak na nią nie pa­trzył.

- Pe­tri...

Wie­działa, że wy­pro­wa­dziła go z rów­no­wagi, wy­ma­wia­jąc jego imię. To dla­tego tak zdra­dziecko drżał mu po­li­czek.

Pra­wie go do­ty­kała, jej ko­lano mo­gło w każ­dej chwili trą­cić jego ko­lana. Gdyby nie­znacz­nie się po­ru­szyła, mo­głaby uczy­nić pierw­szy krok...

- Nie do­ty­kaj mnie!

Czy po­tra­fił rów­nież czy­tać w my­ślach?

Nie prze­su­nął się, trwał upar­cie w tej sa­mej po­zy­cji, jak gdyby za­pu­ścił ko­rze­nie, lecz mimo to prze­pro­wa­dził mię­dzy sobą i Ra­iją wy­raźną gra­nicę. Utwo­rzył prze­paść mię­dzy swoim i jej cia­łem.

- Dla­czego nie?

Ra­ija unio­sła dłoń, chciała ją po­ło­żyć na jego dłoni, lecz Pe­tri gwał­tow­nie wstał.

Ener­gicz­nie prze­szedł mię­dzy ko­jami. Za­to­pił za­ci­śnięte pię­ści w kie­sze­niach. Wy­szarp­nął jedną rękę i od­gar­nął grzywkę z czoła. W na­stęp­nej chwili włosy opa­dły z po­wro­tem - za­wi­sły pew­nie nad brwiami, tak jak zwy­kle.

Pod cien­kim ma­te­ria­łem ko­szuli ry­so­wały się na­pięte mię­śnie. Rę­kawy, pod­wi­nięte do łok­cia, uka­zy­wały jesz­cze wy­raź­niej mocno na­prę­żone ścię­gna.

Wresz­cie uniósł głowę. Od­wró­cił się do Ra­iji. Mo­gło to za­jąć naj­wy­żej kilka se­kund, lecz jej wy­da­wało się całą wiecz­no­ścią.

Wi­działa, jak się pod­daje. Jak prze­staje uda­wać. Ssa­nie, które czuła w żo­łądku, omal jej nie za­biło.

- Do­brze - ode­zwał się ci­cho. Stał przed nią z pię­ściami na­dal ukry­tymi w kie­sze­niach, ale już nie tak spięty. Jego ciało, drżąc, po­woli się od­prę­żało. - Alek­san­teri tra­fił. Swoją nie­wy­pa­rzoną gębą tra­fił tym ra­zem wy­jąt­kowo cel­nie. A i ty po­wie­dzia­łaś prawdę. Nie mogę nic do­dać. Nic wię­cej, cho­ciaż to się może wy­dać idio­tyczne. Do­kład­nie opi­sa­łaś to, co czuję. Tak czuję. Przy­znaję to. I co? Co z tego masz? Czy daje ci to ja­kąś sa­tys­fak­cję, że zmu­si­łaś mnie, że­bym się do tego przy­znał?

Męż­czy­zna, który ca­łymi dniami się do niej nie od­zy­wał, te­raz nie do­pusz­czał jej do głosu.

- Gdy­byś nie trak­to­wał mnie z taką wyż­szo­ścią, ni­gdy bym nie zga­dła - od­parła ci­cho.

Spoj­rzał na nią zre­zy­gno­wany.

- Alek­san­teri wi­dział to - rzekł oschle i usiadł ciężko obok Ra­iji, za­cho­wu­jąc spory od­stęp. - Za­cho­wy­wa­łem się jak idiota. Bar­dzo ża­łuję. - Uśmiech­nął się blado: - Ni­gdy nie po­wi­nie­nem ci się do tego przy­znać, prawda?

Ra­ija głę­boko wcią­gnęła po­wie­trze.

- Sły­sza­łeś, że­bym się skar­żyła?

Pe­tri przyj­rzał się jej do­kład­niej. Pa­trzył na nią, żeby się upew­nić, że do­brze zro­zu­miał.

- Chyba tak nie my­ślisz.

Ra­ija ski­nęła głową.

Tkwiło to w niej przez cały czas. Ukryte. Cze­ka­jąc na od­po­wiedni mo­ment.

Od chwili, kiedy Pe­tri wy­peł­nił sobą zie­miankę na od­lu­dziu, czuła to. Jak słaby po­mruk. Nie­spo­kojny.

Jed­nak to zdu­siła. Od­su­nęła od sie­bie. Nie chciała się do tego przy­znać.

Wy­ko­rzy­stała ob­ję­cia Alek­san­te­riego i z lek­kim ser­cem je od­rzu­ciła.

Dla­czego?

Po­ta­jem­nie przy­glą­dała się in­nemu. Ob­ser­wo­wała go ukrad­kiem. Gdyby za­mknęła oczy, mo­głaby so­bie przy­po­mnieć całe mnó­stwo szcze­gó­łów do­ty­czą­cych Pe­triego.

Dla­czego?

- Nie wolno ci tak mó­wić! - rzu­cił Pe­tri zroz­pa­czony. - Nie wolno ci tak mó­wić, sły­szysz? Nie chcę o tym wie­dzieć...

Za­czerp­nął po­wie­trza i z drże­niem je wy­pu­ścił.

- Je­stem taki stary. Tak bar­dzo stary, że mógł­bym być twoim oj­cem...

- Nie­zu­peł­nie.

- Mam trzy­dzie­ści pięć lat...

- To za mało - stwier­dziła.

- Je­stem żo­naty...

Ra­ija wzru­szyła ra­mio­nami:

- I co z tego? Ja też nie je­stem wolna. Nie mó­wię, że chcia­ła­bym wyjść za cie­bie, mó­wię...

- Nic nie mó­wisz! - Za­milkł na dłuż­szą chwilę. - Już ni­gdy tak nie po­my­ślę...

Ra­ija przy­tu­liła dłoń do jego po­liczka. Wzru­szony, schwy­cił jej rękę i przy­ci­snął jesz­cze moc­niej do twa­rzy, a po­tem wiele razy po­ca­ło­wał. Ob­sy­pał żar­li­wymi, go­rą­cymi po­ca­łun­kami.

Róż­nił się od Alek­san­te­riego, jak tylko je­den czło­wiek może się róż­nić od dru­giego.

Wolną ręką ob­jął Ra­iję za ta­lię. Przy­cią­gnął ją do sie­bie i przy­ci­snął do sil­nej, sze­ro­kiej piersi.

Drugą ręką ści­skał jej dłoń mię­dzy bi­ją­cymi ser­cami obojga.

- Ra­ija - rzekł z na­bo­żeń­stwem w gło­sie.

Do tej pory sta­rał się nie wy­ma­wiać jej imie­nia, sta­ran­nie tego uni­kał. Nie ro­zu­miała dla­czego aż do chwili, kiedy Alek­san­teri na­pro­wa­dził ją na trop.

Uśmiech­nęła się do po­chy­lo­nej nad nią zdu­mio­nej twa­rzy. Tak bli­sko, tak cu­dow­nie bli­sko.

- O nieba, Ra­ija!

Roz­warł jej usta swymi war­gami. Był głodny i spra­gniony i o wiele bar­dziej na­miętny, niż by go o to po­dej­rze­wała. Cof­nął głowę. Nie za bar­dzo. Na­dal po­chy­lał twarz tak bli­sko, że Ra­ija czuła na swoim po­liczku cie­pło jego od­de­chu.

Do­tknął swym czo­łem jej czoła.

- Je­steś głu­pim, sta­rym dzia­dem, Pe­tri Aalto - rzekł po­nuro sam do sie­bie.

Ra­ija po­krę­ciła głową.

Wtu­liła twarz w jego szyję. Do­tknęła po­licz­kiem pul­su­ją­cej tęt­nicy. Po­ca­ło­wała ją lekko, aż jęk­nął ci­cho.

- Dla­czego Alek­san­teri? - spy­tał. - Dla­czego nie ja?

- Alek­san­teri oka­zał za­in­te­re­so­wa­nie - od­parła Ra­ija. - A ty nie.

- Jakże bym mógł?

- Nie myśl o nim! - po­pro­siła.

Pe­tri ukrył twarz we wło­sach Ra­iji.

- Ła­two po­wie­dzieć. Spra­wiasz, że czuję się taki głupi, znowu bar­dzo młody. Tak ła­two mnie zra­nić. Sie­dzia­łem wtedy przy ogni­sku całą noc, nie wie­dzia­łaś o tym, Ra­iju...

Kiedy po raz pierw­szy wy­mó­wił jej imię, prze­ła­mał ba­rierę. Te­raz chciał je po­wta­rzać jak naj­czę­ściej.

- Wy­obra­ża­łem so­bie was ra­zem. Wszyst­kie te opo­wie­ści, któ­rymi Alek­san­teri się prze­chwa­lał przez wiele lat, ożyły. Za­sta­na­wia­łem się, czy któ­reś z tych prak­tyk sto­so­wał wo­bec cie­bie... - Wes­tchnął ciężko.

- Za­drę­czasz sam sie­bie - rzu­ciła Ra­ija. - Ni­gdy ci nie opo­wiem, co za­szło mię­dzy mną a Alek­san­te­rim. Ani to­bie, ani ni­komu in­nemu. Ni­kogo nie po­winno to ob­cho­dzić.

- My­ślę o to­bie i in­nych męż­czy­znach - mó­wił da­lej Pe­tri. - O wszyst­kim, co opo­wia­da­łaś. O wszyst­kich imio­nach, które nie mają dla mnie twa­rzy...

- To już prze­szłość - stwier­dziła Ra­ija. - Ja nie py­tam o Eiję, prawda? Nie py­tam cię, czy mia­łeś inne. Alek­san­teri zresztą i o tym wspo­mi­nał...

- Ku­po­wane i opła­cane ciała się nie li­czą - za­pro­te­sto­wał. - Ja także czu­łem się tu sa­motny. Także mar­z­łem. - Za­milkł. - Po­zo­sta­łem zmar­z­nięty i sa­motny rów­nież wtedy, kiedy po­szły...

Nie­chęt­nie od­su­nął nieco Ra­iję od sie­bie, spoj­rzał na nią.

- Czy ja także stanę się tylko jed­nym z imion z two­jej prze­szło­ści? Kimś, kogo wy­mie­nisz, opo­wia­da­jąc o swym ży­ciu: "Pe­tri, ten ciem­no­włosy, który był żo­naty... "?

- Nie wiem. Nie wy­daje mi się jed­nak, bym cię ko­chała - od­parła. - Dla mnie słowo "ko­chać" jest sło­wem świę­tym. Nie mó­wię go każ­demu. Jest wiele ro­dza­jów mi­ło­ści, ale nie są­dzę, by łą­czyła nas choć jedna z nich. To jest jak iskra. Jak ogień, któ­rego nie mogę uga­sić.

- Można go uga­sić.

Jego głos przy­po­mi­nał chra­pliwy szept. Jego oczy tak dziw­nie pło­nęły. Szu­kał wzro­kiem jej ust. Unio­sła je ku niemu, bła­gała w mil­cze­niu, by ją po­ca­ło­wał - nie pro­siła na próżno. Dzie­lił jej tę­sk­notę i na­mięt­ność, po­ca­ło­wał ją, aż jej usta za­pło­nęły i za­czer­wie­niły się jak róże.

Nie py­tał o po­zwo­le­nie, kiedy po­dą­żył ustami wzdłuż li­nii, gdzie szyja łą­czyła się z ra­mie­niem.

Roz­piął bluzkę Ra­iji do ostat­niego gu­zika po­środku piersi, zde­cy­do­wa­nie zsu­nął z ra­mion szelki sukni. Ca­ło­wał każdy od­sło­nięty skra­wek skóry.

Ra­ija nie mo­gła nie od­po­wie­dzieć na ten przy­pływ na­mięt­no­ści. Roz­bu­dził ją, a nie umiała tylko brać.

Pod roz­pię­tym koł­nie­rzy­kiem ko­szuli Pe­triego było jesz­cze kilka gu­zi­ków. Roz­pięła je szarp­nię­ciem, a na­stęp­nie po­kryła jego pierś po­ca­łun­kami. Lek­kimi, drob­nymi od­ci­skami warg. Ob­jęła mocno sze­ro­kie ra­miona.

Pe­tri nie po­su­nął się da­lej. Jego usta ze­śli­znęły się z mięk­kiej skóry Ra­iji.

Nie­mal po oj­cow­sku za­cią­gnął szelki na miej­sce. Ra­ija czuła się nie­mal oszu­kana.

- Przy­znaję, że pra­gnę wię­cej - rzekł ochry­płym gło­sem. Jego od­dech na­dal był nie­równy.

Od­su­nął jej ręce.

- Nie utrud­niaj mi jesz­cze bar­dziej, Ra­iju! - po­pro­sił.

- Czy to także na­zy­wasz nie­przy­zwo­itym? - Ra­ija nie po­tra­fiła ukryć roz­cza­ro­wa­nia.

Pe­tri za­prze­czył.

- Oczy­wi­ście, że nie. Ale nie chcę, żeby chłopcy od­nie­śli wra­że­nie, że każdy może cię mieć. Na ra­zie nie są pewni, czego się po to­bie mogą spo­dzie­wać. Wiemy o to­bie i San­te­rim. Gdyby nas te­raz zo­ba­czyli ra­zem, kiedy wrócą...

Pe­tri nie do­koń­czył.

- Oni długo nie wrócą! - wy­buch­nęła Ra­ija.

Pe­tri po­zo­stał jed­nak sta­now­czy.

- Nie tym ra­zem - szep­nął. Za­raz jed­nak wbrew wła­snym sło­wom przy­cią­gnął Ra­iję ku so­bie. - Pra­wie nie mam od­wagi cię tknąć - wy­znał.

- Zrób to!

Ra­ija sama roz­wią­zała górę sukni, po czym cał­kiem ją zdjęła. Po­zwa­lała Pe­triemu się do­ty­kać. Chciała, by za­pa­mię­tał ją do­ty­kiem rąk.

Wśli­znęli się pod skórę na pry­czy. Wszel­kie po­sta­no­wie­nia się roz­wiały.

Usta obojga nie chciały się roz­stać, ręce zna­la­zły tak wiele.

- Je­żeli to nie jest mi­łość, to mam na­dzieję, że ni­gdy nie będę ko­chał - jęk­nął Pe­tri. - Umarł­bym od tego.

- Nie mów tyle.

Ra­ija jedną ręką obej­mo­wała Pe­triego za szyję, drugą zaś nie­mal nie­po­strze­że­nie roz­luź­niła pa­sek jego spodni. Pe­tri za­uwa­żył to, ale nie zna­lazł żad­nego po­wodu, by za­pro­te­sto­wać.

Było cu­dow­nie. Po pro­stu cu­dow­nie.

Nie mógł się po­wstrzy­mać, by nie wsu­nąć ręki pod spód­nicę. Na­po­tkał cie­płą, nagą skórę. Za­krę­ciło mu się w gło­wie, kiedy się zo­rien­to­wał, że pod spód­nicą i ko­szulą Ra­ija nic wię­cej nie ma.

Nie zdą­żył oka­zać swego zdu­mie­nia. Ona na­wet o tym nie po­my­ślała.

Po pro­stu nie mo­gli się od sie­bie ode­rwać. Oboje po­czuli iskrę, która roz­pa­liła sza­le­jący ogień. Po­żar.

Dawno już byli go­towi, kiedy Pe­tri uło­żył się nad Ra­iją i po­woli w nią wszedł. Zna­leźli wspólny rytm i po­pro­wa­dzili się na­wza­jem w nie­po­ha­mo­wa­nej na­mięt­no­ści ku apo­geum, które prze­żyli wspól­nie. Ra­zem.

Nie wy­pu­ścił jej z ob­jęć.

Chciał ją przy­tu­lać. Bał się, że ją straci. Pra­gnął chło­nąć wszystko, co przy­po­mi­nało Ra­iję i tę krótką po­dróż do nie­zwy­kłego i cu­dow­nego raju.

- Czy to już ko­niec mię­dzy nami? - spy­tał ci­cho. - Tak jak z tobą i Alek­san­te­rim?

- Wiesz do­brze, że je­steś zu­peł­nie inny niż on. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek zdo­łam się od cie­bie uwol­nić.

Roz­dział 4

Po­tem mu­sieli uda­wać. Oka­zało się to trudne i bo­le­sne. Nikt nie mógł się do­wie­dzieć. Nikt nie mógł się ni­czego do­my­ślić.

Ra­ija była je­dyną ko­bietą w tym świe­cie męż­czyzn - w świe­cie, w któ­rym ko­bieta ko­ja­rzyła się tylko z jed­nym, a nie było to ani go­to­wa­nie, ani ko­le­żeń­stwo.

Pe­tri usły­szał wiele pie­prz­nych ko­men­ta­rzy, kiedy wy­szło na jaw, że ma go­ścia w ba­raku.

- Pe­tri robi, co może, żeby za­do­wo­lić swoją za­łogę - uśmie­chali się gru­bo­skórni ry­bacy, po­cie­ra­jąc w za­my­śle­niu brody.

- Jak tam, czy wam się nie znu­dziła? Może da­li­by­ście in­nym skosz­to­wać tro­chę jej jędr­nego ciała dla od­miany od tych su­chych dzi­wek, urzę­du­ją­cych tu co roku...

- Ra­ija nie jest taka, jak my­śli­cie. - Oczy ol­brzyma znad Za­toki Bot­nic­kiej ci­skały iskry.

- Mo­żemy my­śleć to, co nam się po­doba...

Męż­czyźni śmiali się, ani przez mo­ment nie wie­rząc w to, by Pe­tri albo któ­ryś z jego za­łogi nie tknął dziew­czyny. Nie ro­zu­mieli tylko, dla­czego ro­bią z tego taką ta­jem­nicę.

Baba po­zo­sta­nie babą. Nie wi­dzieli żad­nego po­wodu, dla któ­rego tamci mie­liby się za­pie­rać w żywe oczy po to tylko, żeby oczy­ścić imię ko­biety - ko­biety, która w do­datku przy­szła ra­zem z ry­ba­kami.

Alek­san­teri stał się po­dejrz­liwy.

Ob­ser­wo­wał Ra­iję i Pe­triego ką­tem oka. Bez­wstyd­nie pod­słu­chi­wał ich roz­mowy, kiedy są­dzili, że są sami. Wra­cał nie­spo­dzie­wa­nie, kiedy wszy­scy byli pewni, że wy­szedł na dłu­żej.

Ale ni­czego nie wskó­rał.

Tej so­boty po­łów się nie udał.

Wy­pły­nęli, kiedy jesz­cze per­liła się nocna rosa. Wcze­śnie, lecz nie byli pierw­szymi na mo­rzu.

Zło­wione ryby rzu­cały się ciężko na dnie ło­dzi, się­gały im le­d­wie do ko­stek.

- Mało, żeby świę­to­wać - za­uwa­żył Pe­tri.

Za­pa­dała już noc. Nie je­dli cały dzień.

Alek­san­teri ro­ze­śmiał się głu­cho:

- Mu­sisz świę­to­wać. Ty, który jako je­dyny z nas się nie ba­wisz. Sie­dzisz tylko w ba­raku. Nie dow­cip­ku­jesz z in­nymi i nie cho­dzisz na tańce. Nie roz­glą­dasz się za dziew­czę­tami, a tym bar­dziej nie my­ślisz o czymś wię­cej. Nie roz­ma­wiasz z in­nymi chło­pa­kami. Na­wet się nie na­pi­jesz. Jak tak da­lej pój­dzie, bę­dziesz się mu­siał wkrótce po­sta­rać o su­tannę i ko­lo­ratkę.

Alek­san­teri za­mknął po­wieki i zło­żył dło­nie - przez chwilę prze­drzeź­nia­jąc to­wa­rzy­sza. Po­tem rzu­cił się do wio­seł, sta­ra­jąc się roz­ła­do­wać na­pię­cie.

- Do­brze mi z tym - od­pa­ro­wał Pe­tri.

- Wła­śnie to mnie dziwi: wy­da­jesz się za­do­wo­lony, cho­ciaż, o ile wiem, nie je­steś taki święty. Przy­znaj się, że ba­wi­cie się cho­ler­nie do­brze...

- Je­steś na fał­szy­wym tro­pie, Alek­san­teri!

- Nie wma­wiaj mi, oj­cze Pe­tri, że i to­bie nie ciek­nie ślinka na jej wi­dok. Do­brze cię znam, stary, i wiem, że za­wsze mia­łeś oko na ko­biety.

- Dla­czego za­wsze my­ślisz, że wszy­scy są do­kład­nie tacy jak ty? - wes­tchnął Pe­tri. Za­raz jed­nak so­bie uświa­do­mił, że zna­lazł się na cien­kim lo­dzie. Po­wi­nien być ostrożny, bar­dzo ostrożny.

- Je­żeli się do niej jesz­cze nie do­bra­łeś - mó­wił da­lej Alek­san­teri po­ufa­łym to­nem - to mu­sisz na chwilę za­po­mnieć o nie­śmia­ło­ści. Jest na­prawdę go­rąca. I to­bie po­winno się to spodo­bać...

- Oka­zał­byś jej wię­cej sza­cunku - rzekł twardo Pe­tri. Kostki jego dłoni zbie­lały na rę­ko­je­ści wio­sła i Alek­san­teri za­sta­na­wiał się, czy udało mu się tra­fić w czuły punkt to­wa­rzy­sza.

- Wię­cej za­in­te­re­so­wa­nia z two­jej strony tra­fi­łoby bar­dziej w jej gust - uśmiech­nął się Alek­san­teri z nie­bez­piecz­nym bły­skiem w oku. - Dziew­czyna musi wprost usy­chać z tę­sk­noty. Wkoło roi się od męż­czyzn, ale ża­den z nich nie jest na tyle doj­rzały, by za­pro­po­no­wać po­ważną grę.

- Jest tyle in­nych, z któ­rymi mo­żesz się za­ba­wiać - rzu­cił lo­do­wa­tym to­nem Pe­tri. - Trzy­maj swoje łapy z dala od Ra­iji, bo ina­czej po­że­gnasz się z na­szą za­łogą.

Alek­san­teri zro­zu­miał, że nie są to czcze po­gróżki.

- Do­prawdy nie wie­rzę, że nic cię z nią nie łą­czy - rzekł. - Pew­nego dnia będę mógł to udo­wod­nić.

- Nie są­dzę - od­parł Pe­tri, lecz w głębi du­cha nie czuł się wcale bez­pieczny.

Dali po­czą­tek cze­muś, czego nie byli w sta­nie za­trzy­mać. żadne z nich nie wie­działo zresztą, czy tego chciało. Byli czujni jak nocni zło­dzieje. Mu­sieli za­cho­wy­wać się tak ci­cho, żeby nie po­bu­dzić dzieci. Dzia­łać tak szybko, żeby nikt ich nie za­sko­czył. Ukrad­kowe spoj­rze­nia. Po­śpieszne po­ca­łunki. Szyb­kie ru­chy rąk. Nerwy w nie­ustan­nym na­pię­ciu, cią­gła go­to­wość, żeby usły­szeć każdy po­dej­rzany dźwięk. Zdą­żyć od­sko­czyć od sie­bie na od­głos kro­ków na ze­wnątrz. A po­tem od­na­leźć sie­bie znowu. Roz­ma­wiać ci­cho, nie dać się po­rwać na tyle, by osła­bić czuj­ność. Gdyby nie cu­downa świa­do­mość, że mają sie­bie, żadne z nich nie znio­słoby ta­kiego ży­cia.

Ta­kie po­czu­cie jed­no­ści po­ma­gało im w świe­cie, do któ­rego żadne z nich w pełni nie pa­so­wało.

Po­ma­gała im świa­do­mość, że to, co trudne i bo­le­sne, może zna­leźć uj­ście. że mogą dzie­lić tę odro­binę ra­do­ści i wspól­nie cie­szyć się po­je­dyn­czymi pro­my­kami słońca.

- Dziś wie­czo­rem na na­brzeżu są tańce - po­wie­dział Alek­san­teri do Pe­triego, kiedy po po­wro­cie zmy­wali z sie­bie słoną wodę.

Ra­ija do­stała swoją za­słonę, nie mu­siała się na­wet wy­bie­rać po nią do Vard?. Pe­tri się o to po­sta­rał. Ka­wa­łek ma­te­riału, prze­wie­szony w po­przek ba­raku, da­wał odro­binę in­tym­no­ści. Ra­ija mo­gła od­dzie­lić dzieci od tego, czego nie po­winny oglą­dać. Mo­gły jed­nak na­dal wszystko sły­szeć, a Elise i Maja za­czy­nały już ro­zu­mieć więk­szość fiń­skich słów i zwro­tów.

Rów­nież męż­czy­znom za­słona umoż­li­wiała więk­szą swo­bodę. Cho­ciaż ża­den z nich nie krę­po­wał się zdej­mo­wać ko­szuli na oczach Ra­iji, to jed­nak my­cie się w obec­no­ści ko­biety męż­czyź­nie nie przy­stało.

- Za­wsze do­brze tań­czy­łeś - do­dał Alek­san­teri. W jego gło­sie nie było kpiny, ale ra­czej odro­bina za­zdro­ści. - Sam mó­wi­łeś, że wy­ru­szasz na po­łowy rów­nież po to, żeby znowu móc tań­czyć. Od­kąd Eija stała się taka re­li­gijna...

- Zo­staw Eiję w spo­koju!

Pe­tri na­my­dlił włosy ku wiel­kiej ucie­sze po­zo­sta­łej trójki.

- O, Pe­tri na pewno wy­biera się na tańce - uśmiech­nął się je­den z braci Ko­ski. - Tak do­kład­nie nie mył się na­wet na Boże Na­ro­dze­nie.

Pe­tri nie ode­zwał się ani sło­wem. Wy­cie­rał się, drżąc z zimna, bo choć nie­ustan­nie pod­trzy­my­wali ogień w pa­le­ni­sku, wie­czo­rami, kiedy wiało od mo­rza, w ba­raku ro­biło się chłodno. Lo­do­waty od­dech nie ła­god­niał aż do po­łowy lata, a do tego jesz­cze bra­ko­wało tro­chę czasu.

Ra­ija wy­śli­znęła się ze swego kąta. Sta­rała się nie rzu­cać w oczy, lecz ża­den z męż­czyzn nie omiesz­kał zwró­cić na nią uwagi.

Od­gar­nęła włosy z twa­rzy i zwią­zała je na karku w wę­zeł. Choć sta­rała się wy­glą­dać skrom­niej niż zwy­kle, nie­świa­do­mie pod­kre­śliła ładne rysy twa­rzy. Za­zwy­czaj zwra­cano uwagę na jej włosy, te­raz każdy mógł zo­ba­czyć jej piękne usta, nos, oczy. Na­wet smutne co­dzienne ubra­nie nie mo­gło tego ukryć. Zima i tu­łaczka spra­wiły, że ze­szczu­plała i na­brała siły, choć jesz­cze nie­dawno oba­wiała się, iż bę­dzie gruba jak wła­ści­cielka kra­miku. Te­raz znowu była wiotka ni­czym dziew­czynka - nie tak bar­dzo róż­niła się od tej, któ­rej nie mógł się oprzeć Mik­kal owego lata, kiedy ich losy po­to­czyły się w od­mien­nych kie­run­kach.

Pe­tri zda­wał się nie za­uwa­żać jej obec­no­ści. Usu­nął się tylko nieco w bok, żeby mo­gła przejść do garnka. Uczy­nił to jed­nak na tyle wolno, że trą­ciła go łok­ciem.

Pra­wie nie­do­strze­galne, na­tu­ralne do­tknię­cie. Przy­pad­kowe.

Tak inni po­winni to zro­zu­mieć.

Ra­ija wy­ka­zała się spry­tem - uśmiech­nęła się tylko nie­znacz­nie. Niby prze­pra­sza­jąco, tak jakby się uśmiech­nęła do każ­dego.

Nie zwró­cił na nią uwagi. Po­zo­stał nie­wzru­szony, sta­now­czy i bar­dzo pewny sie­bie.

Szybko wło­żył czy­stą ko­szulę. W rogu ba­raku pię­trzyły się ro­bo­cze ubra­nia.

Ra­ija wy­sta­wiła na ze­wnątrz ba­lię, w któ­rej w końcu po­winny wy­lą­do­wać. Całe nie­dzielne przed­po­łu­dnie za­mie­rzała stać z rę­kami po łok­cie w wo­dzie, ugnia­ta­jąc rze­czy do czy­sta. Męż­czyźni twier­dzili, że nie­po­trzeb­nie, ale dziew­czyna upie­rała się przy swoim. Na­wet ro­bo­cze ubra­nia nie po­winny tak za­ro­snąć bru­dem, żeby same stały.

Pe­tri wie­dział, że Alek­san­teri nie­ustan­nie ich ob­ser­wuje. Nie miał do niego za­ufa­nia.

Po pierw­sze dla­tego, że San­teri mógł o wszyst­kim po­wie­dzieć Eiji. Lecz o wiele bar­dziej Pe­tri oba­wiał się tego, że tam­ten mógł za­pro­po­no­wać Ra­iję jako ta­nią roz­rywkę ca­łej flo­cie ry­ba­ków.

Alek­san­teri nie lu­bił być od­trą­cany. A do tego jesz­cze prze­grać z kimś tak do­brze so­bie zna­nym, jak Pe­tri! Byłby zdolny uprzy­krzyć Ra­iji ży­cie.

Pe­tri za­piął skó­rzane spodnie. Lu­bił je. Były mięk­kie, do­brze ukła­dały się wzdłuż ciała, nikt nie mógł po­znać, czy są brudne, były nie­znisz­czalne - a Ra­ija po­wie­działa, że ład­nie w nich wy­gląda.

- Po­rządna sauna! - wes­tchnął Alek­san­teri. - Wiele bym dał za po­rządną saunę!

Na­wet Ra­iji za­bły­sły oczy. Ona także ro­zu­miała tę tę­sk­notę.

Je­dli z po­śpie­chem. Prze­ły­kali zupę ugo­to­waną z ryb i mąki. Wle­wali ją w sie­bie, choć gro­ziło to wy­pa­le­niem wnętrz­no­ści.

- Trzeba na­brać sił, kiedy się chce świę­to­wać - stwier­dził Alek­san­teri. - Co ty na to, Pe­tri? Chyba nie po to cały ten szyk, żeby sie­dzieć w domu? A może jest ktoś, komu się chcesz po­ka­zać z naj­lep­szej strony?

Ra­ija przy­zwy­cza­iła się już do tych prze­ko­ma­rzań, ale i ją one mę­czyły.

Za wszelką cenę na­le­żało utrzy­mać zwią­zek z Pe­trim w ta­jem­nicy. Nic nie mo­gło się wy­dać. A to było bar­dzo trudne.

Bar­dzo im­pul­syw­nej z na­tury Ra­iji tłu­mie­nie uczuć spra­wiało praw­dziwy ból. Nie mo­gła za­po­mnieć dla Pe­triego o Mik­kalu, ale od­no­siła wra­że­nie, że wła­śnie od Pe­triego mo­gła ocze­ki­wać nie­mal tego, co tylko Mik­kal byłby w sta­nie jej dać.

Gdyby mu na to po­zwo­liła, ten su­rowy, po­stawny męż­czy­zna mógłby stać się dla niej kimś o wiele wię­cej niż Re­ijo.

To ją prze­ra­żało. Znali się tak krótko.

Wszystko wy­da­wało się ta­kie nie­re­alne.

- Dziś wie­czo­rem przed­sta­wimy in­nym Ra­iję - rzekł na­gle Pe­tri.

Ra­ija znie­ru­cho­miała. Co miał na my­śli?

Z ka­mienną twa­rzą spoj­rzał jej w oczy. Jakże po­tra­fił być zimny!

- Pój­dziemy na na­brzeże wszy­scy ra­zem - mó­wił da­lej Pe­tri. - Każdy z was musi ją trak­to­wać z sza­cun­kiem.

Ten, który po­stąpi ina­czej, bę­dzie miał póź­niej ze mną do czy­nie­nia.

Za­pa­dła ci­sza.

- Je­żeli ja­kiś z ry­ba­ków weź­mie Ra­iję za ko­goś in­nego, na­szym obo­wiąz­kiem bę­dzie wy­pro­wa­dzić go z błędu. Za wszelką cenę.

Ra­iji to się nie po­do­bało.

- Nie chcę, by­ście mnie po­ka­zy­wali.

Pe­tri wes­tchnął. Z po­wagą po­ło­żył swoją wielką dłoń na obu jej dło­niach. W tym cał­kiem na­tu­ral­nym ge­ście nikt nie mógł do­pa­try­wać się ni­czego szcze­gól­nego!

Ra­iję prze­szył dreszcz. Dreszcz roz­ko­szy. Mi­nęło wiele dni od czasu, kiedy jej do­ty­kał. Brał ją w ra­miona. Wcze­snym ran­kiem lub póź­nym wie­czo­rem. Te­raz, po po­ło­wach, męż­czyźni byli tak zmę­czeni, że za­sy­piali, za­nim zdą­żyli zdjąć buty. Mógł jej tylko prze­słać spoj­rze­nie. Szyb­kie spoj­rze­nie, za­nim kto­kol­wiek coś za­uwa­żył. Za­po­mniała, jak to jest. że jego ręka jest taka cie­pła.

Pod­nio­sła wzrok. Nie mo­gła ina­czej. Pra­gnęła dać mu do zro­zu­mie­nia, że jest prze­ciwna temu, co za­pro­po­no­wał. Nie wie­działa, czego się na­słu­chał, co zmu­siło go do ta­kiej de­cy­zji. Nie ro­zu­miała tego. Wszystko się w niej bun­to­wało.

- Ja nie chcę!

- Nie sprze­ci­wiaj się i nie za­cho­wuj jak dziecko!

Alek­san­teri mru­gnął do niej. Po­ro­zu­mie­waw­czo. Gdyby wie­dział, co Ra­iję łą­czy z Pe­trim...

- Pra­wie nie wy­cho­dzisz z domu, kiedy męż­czyźni są na lą­dzie - rzekł Pe­tri.

Ciemne oczy pa­trzyły pro­sto na nią. Ra­ija są­dziła, że po­trafi w nich doj­rzeć cie­pło i czu­łość, lecz te­raz nie była tego pewna. Być może sta­rał się to ukryć. A może tylko to wy­my­śliła?

- Mó­wią o to­bie. Mó­wią wię­cej, niż po­tra­fisz so­bie wy­obra­zić, wię­cej niż wy­pada. W końcu któ­ryś z nich okaże się tak cie­kaw­ski, że po­sta­nowi sam się prze­ko­nać, jak jest na­prawdę. Nie chciał­bym ry­zy­ko­wać spo­tka­nia z całą hordą męż­czyzn prze­ko­na­nych, że je­steś do ich usług jak inne ko­biety, które tu wi­dzą... które z tego żyją.

- I chcesz temu za­po­biec, za­bie­ra­jąc mnie na za­bawę, która jest jed­nym wiel­kim pi­jań­stwem?

- Sta­niesz się mniej ta­jem­ni­cza. Prze­staną o to­bie tyle ga­dać!

Ra­ija po­trzą­snęła głową. Pe­tri wy­pu­ścił jej ręce.

- Nie mogę zo­sta­wić dzieci.

Pe­tri wes­tchnął. Za­grał kartą, któ­rej nie miał za­miaru wy­ko­rzy­stać:

- Ro­bi­łaś to już wcze­śniej, prawda? Alek­san­teri może chyba to po­twier­dzić?

Zra­niona i zła spoj­rzała na niego. Pe­tri był nie­ustę­pliwy. Je­den z jego po­licz­ków lekko drgał. Tak do­brze znała ten tik.

Alek­san­teri za­uwa­żył to. Jego oczy zwę­ziły się, kiedy do­strzegł roz­cza­ro­wa­nie Ra­iji. Na mo­ment się za­po­mnieli.

Czymś mi tu pach­nie, po­my­ślał. Pach­nie czymś wię­cej niż ze­psutą rybą.

- Nie bój się - zwró­cił się do Ra­iji. - Wszy­scy tam idą, żeby się ro­ze­rwać. Chyba że ty i Pe­tri za­mier­za­cie sie­dzieć w domu i pa­trzeć na sie­bie przez ko­lejny wie­czór.

Żadne z nich nie spy­tało, co chciał przez to dać do zro­zu­mie­nia. Alek­san­teri uznał ich mil­cze­nie za błąd. Ale to jesz­cze ni­czego nie do­wo­dziło.

- Ra­ija włoży piękną suk­nię i po­każe, jak tań­czy - rzekł bez­tro­sko. W jego oczach po­ja­wił się dia­bel­ski błysk. Uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej: - Wcią­gniemy ba­lię, żeby się mo­gła wy­ką­pać. Nie po­czuję się ura­żony. Nie będę ani tro­chę za­kło­po­tany z tego po­wodu.

Wzrok Ra­iji mógłby skru­szyć głaz.

Alek­san­teri się ro­ze­śmiał. Pe­tri nie­znacz­nie się uśmiech­nął.

Dziew­czyna nie­chęt­nie dała się prze­ko­nać.

Za za­słoną zna­la­zła je­dyną su­kienkę, która oca­lała w dro­dze na wschód. Zo­stała uszyta z lek­kiego ma­te­riału, drobne kwiatki o in­ten­syw­nych bar­wach pod­kre­ślały urodę Ra­iji. Przy­wo­ły­wała wy­łącz­nie do­bre wspo­mnie­nia, była to jedna z su­kie­nek zna­le­zio­nych w domu Ca­tha­riny.

Jedna z naj­skrom­niej­szych, lecz Ra­iji i męż­czy­znom na su­ro­wym wy­brzeżu zda­wała się wprost cu­dem.

Ra­ija roz­wią­zała wę­zeł na karku, szybko prze­cze­sała włosy ko­ścia­nym grze­bie­niem. Prze­su­nęła pal­cami po bran­so­letce, którą do­stała od Alek­sieja. O przy­pię­ciu broszki na­wet nie po­my­ślała.

Nie po­winna mie­szać do tego Mik­kala. Nie chciała we wspo­mnie­niach łą­czyć Pe­triego z Mik­ka­lem. I na od­wrót. Obaj ni­gdy nie po­winni się o so­bie do­wie­dzieć.

Obaj zna­czyli dla niej zbyt wiele. Byli zbyt szcze­gólni. Bran­so­letka rów­nież zo­stała na miej­scu.

Pe­tri po­wie­dział, że myśl o tych, któ­rzy przed nim byli dla Ra­iji ważni, spra­wia mu przy­krość.

Cho­ciaż oboje nie sta­wiali so­bie na­wza­jem żad­nych żą­dań, był za­zdro­sny.

Nie mo­gła do­dat­kowo przy­spa­rzać mu trosk. Za bar­dzo go lu­biła.

- Wy­glą­dasz cu­dow­nie - szep­nęła Elise z uzna­niem ze swej koi. Przy­tu­lała do sie­bie Idę, którą miała się za­opie­ko­wać pod­czas nie­obec­no­ści Ra­iji. - Mu­sisz dziś być we­soła, mamo - mó­wiła da­lej to­nem do­ro­słej osoby. - Już się pra­wie prze­sta­łaś uśmie­chać.

Na­wet Maja mu­siała do­tknąć ma­te­riału su­kienki i ob­jąć Ra­iję za szyję, za­nim po­zwo­liła matce uści­skać Knuta.

Ra­ija miała wy­rzuty su­mie­nia. Do­bra matka nie opusz­cza swo­ich dzieci. Tym bar­dziej nie z ta­kiego po­wodu, ja­kim są tańce. Tym bar­dziej nie z ta­kiego po­wodu, by w tańcu za­rzu­cić ręce na szyję żo­na­temu męż­czyź­nie. Po­czuć znowu jego ciało bli­sko swego i nie pra­gnąć ni­czego wię­cej.

Po­rządne matki tak nie po­stę­pują.

Spo­dzie­wała się, że męż­czy­znom spodoba się to, że się ład­nie ubrała.

Ale nie są­dziła, że zrobi na nich tak ogromne wra­że­nie. Nie po­my­ślała, że mi­nęło wiele mie­sięcy od czasu, kiedy po raz ostatni wi­dzieli ko­bietę, którą mo­gli trak­to­wać z pew­nym sza­cun­kiem. A już tym bar­dziej nie przy­wy­kli do tego, żeby ko­biety tak się stro­iły. Ra­ija za­po­mniała już o tym, że kie­dyś przez krótki czas była sza­no­waną żoną wójta, choć nie za­znała wtedy wiele sza­cunku.

Alek­san­teri gwizd­nął prze­cią­gle i nie mógł się po­wstrzy­mać, by nie zmie­rzyć jej wzro­kiem od stóp do głów.

- Brak mi słów - mruk­nął, za­wie­siw­szy wzrok u roz­cię­cia przy szyi. Ra­ija zda­wała so­bie sprawę, że być może jest zbyt śmiałe, ale ni­gdy nie po­tra­fiła do­brze szyć, mu­siało więc ta­kie po­zo­stać.

Bra­cia Ko­ski tak wle­piali w nią oczy, że wy­da­wało się, iż wy­sko­czą im z or­bit. Obu za­pło­nęły po­liczki, aż Ra­ija po­czuła się za­kło­po­tana.

Na Pe­triego nie śmiała spoj­rzeć. Bała się tego, co może zo­ba­czyć na jego twa­rzy. Nie znio­słaby jego po­gardy. Oby tylko nie po­my­ślał, że chce się upodob­nić do tych ko­biet, które za­ra­biały, sprze­da­jąc sie­bie! Pra­gnęła je­dy­nie ład­nie wy­glą­dać. Przede wszyst­kim dla niego. Mu­siał to zro­zu­mieć!

- O do­bry Boże! - szep­nął Pe­tri. Na kilka se­kund zu­peł­nie wy­padł z roli.

Alek­san­teri po­czuł, jak bu­dzi się w nim my­śliwy. Za­pra­gnął po­now­nie zdo­być Ra­iję. Prze­ko­nać się, że jest w sta­nie tego do­ko­nać rów­nież wtedy, gdy Ra­ija wy­gląda pięk­niej niż kie­dy­kol­wiek, kiedy jest bar­dziej po­cią­ga­jąca niż któ­ra­kol­wiek ze spo­tka­nych do tej pory ko­biet.

Pe­tri po­czuł, jak na krótką chwilę za­marło w nim serce. Po­tem wszystko w nim za­pło­nęło, a uczu­cia stały się tak in­ten­sywne, że nie był w sta­nie nad nimi za­pa­no­wać. Omal nie wy­cią­gnął ra­mion i nie przy­tu­lił dziew­czyny do sie­bie. Spoj­rzał tylko raz na Ra­iję w tym stroju i to wy­star­czyło, żeby zu­peł­nie ode­chciało mu się po­ka­zy­wać ją ko­mu­kol­wiek.

Za­pra­gnął ukryć ją przed ca­łym świa­tem, a przede wszyst­kim przed tymi nie­okrze­sa­nymi ry­ba­kami, któ­rzy przy­wi­tają ją do­cin­kami.

Nie chciał, by ja­ki­kol­wiek inny męż­czy­zna ją oglą­dał. To po­winno być za­re­zer­wo­wane dla niego i tylko dla niego.

- Czy to mą­dry po­mysł, żeby za­bie­rać ją ze sobą? - spy­tał Alek­san­teri, nie od­ry­wa­jąc od Ra­iji wzroku. - Je­śli wolno mi coś po­wie­dzieć, to stra­tują nas, Pe­tri. A ko­biety wy­dra­pią jej oczy. Ni­gdy nie zo­stały wy­sta­wione na po­dobną próbę sił, a jest wśród nich kilka ta­kich, które już nie raz prze­grały.

- Ra­ija pój­dzie z nami - rzekł Pe­tri. Jego głos nieco drżał, mimo że ro­bił wszystko, żeby nad nim za­pa­no­wać. Od­czu­wał taki sam lęk jak Alek­san­teri, ale uwa­żał, że już nie ma od­wrotu. Cho­ciaż naj­gor­sze cze­kało wła­śnie Ra­iję. - Z nami bę­dzie bez­pieczna.

Alek­san­teri od­chy­lił się do tyłu i skrzy­żo­wał ręce na karku.

- Mogę cię za­pew­nić, Pe­tri, że nie bę­dzie bez­pieczna, je­żeli będę miał to szczę­ście, by zna­leźć się z nią sam na sam. Mam też pewne wąt­pli­wo­ści co do jej bez­pie­czeń­stwa, gdy znaj­dzie się sama z tobą. Dla­tego też będę ją miał na oku. I cie­bie...

Ra­ija uwa­żała, że szal nie pa­suje do reszty stroju. Miał zsza­rzały brą­zowy ko­lor, w do­datku był znisz­czony i brzydki. Płaszcz, o który bar­dzo dbała, wy­da­wał się za to zbyt ele­gancki, cho­ciaż też już no­sił ślady dłu­giego uży­wa­nia. Poza tym był cie­pły, zi­mowy, a mieli prze­cież śro­dek lata.

Pe­tri roz­wią­zał kło­pot w pro­sty spo­sób, za­rzu­ca­jąc Ra­iji na ra­miona swą ob­szerną kurtkę z gar­bo­wa­nej skóry.

Dzięki temu dziew­czyna nie rzu­cała się tak bar­dzo w oczy. Od razu też sta­wało się ja­sne, że nie jest Pe­triemu zu­peł­nie obo­jętna.

Na­prawdę spryt­nie po­my­ślane, za­uwa­żył Alek­san­teri, kiedy wy­cho­dzili ra­zem z ba­raku.

Ra­ija szła o pół kroku za bli­sko Pe­triego, lecz tylko Alek­san­teri zwró­cił na to uwagę. Tylko on do­pa­trzył się w tym cze­goś wię­cej.

- Przy­pi­sa­łeś ją so­bie, Pe­tri. Nie przy­pusz­cza­łem, że mo­żesz być taki chy­try.

- Nie do­szu­kuj się w tym ni­czego szcze­gól­nego!

Ra­ija zmu­siła się, by pro­sto trzy­mać głowę. To było gor­sze, niż so­bie wy­obra­żała.

Chcia­łaby się ukryć w bez­piecz­nych ob­ję­ciach Pe­triego, ale nie mo­gła.

Jego kurtka da­wała cień bez­pie­czeń­stwa, lecz nic poza tym. Chciał jej oka­zać, że się nią opie­kuje, że się o nią trosz­czy, ona jed­nak o wiele bar­dziej chcia­łaby po­czuć na swo­ich ra­mio­nach jego rękę niż tę nędzną kurtkę.

Z pew­no­ścią nie był je­dy­nym żo­na­tym męż­czy­zną, który miał tu­taj inną. Mo­głaby się za­ło­żyć o co­kol­wiek, że za­równo ka­wa­le­ro­wie, jak i żo­naci prze­ży­wali w cza­sach po­ło­wów przy­gody mi­ło­sne.

Być może nie tak po­ważne jak ta, któ­rej Ra­ija i Pe­tri nie chcieli spoj­rzeć pro­sto w oczy, lecz Pe­tri nie był je­dy­nym, który zdra­dzał ko­bietę po­zo­sta­wioną w domu.

Nie­opo­dal sie­dział ja­kiś czło­wiek z dziw­nym in­stru­men­tem stru­no­wym. Lewą ręką prze­bie­rał na dłu­giej szyjce in­stru­mentu, pod­czas gdy prawą wy­do­by­wał smutną me­lo­dię z du­żego, okrą­głego pu­dła, trzy­ma­nego na ko­la­nach. Ko­lory przy­wio­dły Ra­iji na myśl Jew­gie­nija i jego ża­glo­wiec, po­ma­lo­wany - po­dob­nie jak ten in­stru­ment - na naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dobne ko­lory. I cho­ciaż je­den od­cień za­bi­jał inny, ca­łość spra­wiała ra­do­sne wra­że­nie.

- Co to ta­kiego? - spy­tała Ra­ija, ski­nąw­szy głową. Nie chciała po­ka­zy­wać ręką.

Alek­san­teri wzru­szył ra­mio­nami:

- My­ślę, że to ro­syj­ski in­stru­ment. Ten czło­wiek wy­grał go chyba od ja­kie­goś ma­ry­na­rza. Cał­kiem ład­nie brzmi. Ale kiedy się tań­czy, to i tak nie sły­chać, co gra. Czuję się, jak­bym był w domu. Pra­wie.

Za­czy­nali zwra­cać na sie­bie uwagę.

Przez tłum prze­szedł szmer, wo­kół ci­chły roz­mowy, aż na­gle stało się zu­peł­nie ci­cho. Sły­chać było je­dy­nie śpiew fal ude­rza­ją­cych o brzeg i de­li­katne dźwięki obco brzmią­cego in­stru­mentu. Wkrótce i one uci­chły.

Ra­ija jesz­cze ni­gdy w ży­ciu nie czuła się tak nie­swojo. Do­okoła sku­piło się kilka tu­zi­nów męż­czyzn. Czuła na so­bie ich spoj­rze­nia kłu­jące ni­czym noże. Wie­działa, że mie­rzono ją, oce­niano. Czuła, jak ich po­żą­dliwe oczy roz­bie­rają ją. Nie­na­wi­dziła tego - nie­na­wi­dziła z ca­łej du­szy!

Jedna z rąk wy­su­nęła się, ażeby zsu­nąć kurtkę z ra­mion Ra­iji, lecz nie zdą­żyła jej do­się­gnąć.

Pe­tri schwy­cił bru­tal­nie męż­czy­znę za nad­gar­stek.

Wy­krę­cił mu rękę. Twarz miał jak z ka­mie­nia.

- Ona nie na­leży do tego ro­dzaju ko­biet!

Roz­legł się śmiech.

Pe­tri pu­ścił rękę męż­czy­zny i pchnął go w pierś, tak że tam­ten ru­nął do tyłu, wpa­da­jąc w tłum.

Nikt nie od­wa­żył się wy­stą­pić w po­je­dynkę. Pe­tri był zbyt silny.

- Fi­no­wie naj­wy­raź­niej nie lu­bią się dzie­lić - rzu­cił ktoś z tyłu grupy. Trudno było od­gad­nąć, kto to po­wie­dział. - Ale gdyby wam się znu­dziła...

Śmiech nie bu­dził wąt­pli­wo­ści.

- Pie­nią­dze za­ła­twią wszystko. - Przez tłum prze­ci­snął się po­stawny męż­czy­zna. Sta­nął na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach przed Pe­trim, zmie­rzył go spoj­rze­niem. Był mu nie­mal równy wzro­stem. Wy­su­nął dłoń pełną mo­net. - To po­winno chyba ukoić tę­sk­notę na jedną noc? - spy­tał wprost.

Ra­ija po­czuła mdło­ści.

Pe­tri na­wet nie mru­gnął. Za­mach­nął się, ude­rzył za­ci­śniętą pię­ścią i męż­czy­zna upadł z hu­kiem. Lśniące mo­nety po­to­czyły się po ziemi, a wszy­scy rzu­cili się, żeby je zbie­rać.

- Ra­ija nie jest taka! - za­grzmiał Pe­tri. - To po­rządna dziew­czyna!

Kilka ko­biet to­wa­rzy­szą­cych zwy­kle ry­ba­kom ro­ze­śmiało się. Rów­nież one do­kład­nie obej­rzały Ra­iję, lecz im nie spodo­bało się to, co uj­rzały.

Naj­lep­szym roz­wią­za­niem by­łoby ja­koś ją wy­eli­mi­no­wać. Gdyby bo­wiem i ona sprze­da­wała się męż­czy­znom, tu­tej­szym dziew­czę­tom nie po­zo­sta­łoby nic in­nego, jak się spa­ko­wać. Lecz jako obiekt wes­tchnień dla ry­ba­ków... Niech so­bie na nią pa­trzą, to tylko za­ostrzy ich ape­tyt na płatną mi­łość...

- Każdy, kto za­po­mni, że jest nie­ty­kalna, bę­dzie miał ze mną do czy­nie­nia - do­dał Pe­tri.

- I ze mną! - Alek­san­teri wy­su­nął się krok na­przód. Sta­nął po dru­giej stro­nie Ra­iji. Nie wie­dział do­kład­nie, dla­czego to uczy­nił, po­nie­waż do­brze zda­wał so­bie sprawę, że nie ma czego szu­kać u jej boku.

To za Pe­trim Ra­ija nie­spo­koj­nie wo­dziła oczami. Ta­pio i Markku po­szli w ślady swych to­wa­rzy­szy.

Zro­bili to nie­mal od­ru­chowo. Nie­wielu mo­głoby się wy­stra­szyć ich w po­je­dynkę, lecz ra­zem z Pe­trim i Alek­san­te­rim two­rzyli tak silną grupę, że zgro­ma­dzeni wo­kół ry­bacy uznali, iż le­piej bę­dzie sku­pić się na czymś ła­twiej­szym do zdo­by­cia. Na kimś, kogo można nie tylko oglą­dać, lecz rów­nież wolno do­tknąć.

- Ude­rzy­łeś Kor­ne­liu­sza z Senji - krzyk­nął ktoś z tłumu. - To żądny ze­msty sza­tan, nie da­ruje ni­komu, kiedy jest pi­jany.

- Wła­śnie so­bie po­pił i bar­dzo się roz­ju­szył - do­rzu­cił ktoś inny.

Pe­tri spoj­rzał na Ra­iję. W jego oczach krył się nie­po­kój. Alek­san­teri po­kle­pał go po ra­mie­niu.

- Nie masz wy­boru, stary. Bierz Ra­iję i ukryj­cie się gdzieś przy­naj­mniej do ju­tra. Nie chcemy, żeby ja­kiś ura­żony drań zro­bił ci coś złego, Pe­tri. Albo na od­wrót. - Ski­nął głową ku za­cho­dowi: - Tam znaj­dzie­cie kilka opu­sto­sza­łych chat. To nie­da­leko stąd...

- Skąd o tym wiesz?

Alek­san­teri uśmiech­nął się dwu­znacz­nie:

- Mu­sia­łem kie­dyś z nich sko­rzy­stać. Do­brze mieć w za­na­drzu taką kry­jówkę.

- A co z dziećmi?

Alek­san­teri wzru­szył ra­mio­nami:

- Mo­żemy to okre­ślić w ten spo­sób, że my we trzech zre­zy­gnu­jemy z dzi­siej­szych roz­ry­wek i wró­cimy do domu. Nie są­dzę, żeby miało się stać coś złego, je­śli ten drań nie znaj­dzie cie­bie lub Ra­iji.

Pe­tri wal­czył sam z sobą. Alek­san­teri chyba nie wie­dział, co im pro­po­nuje.A może jed­nak?

Poza tym nie chciał oka­zać się tchó­rzem. Nie po­wi­nien ucie­kać przed ja­kimś pi­ja­kiem.

- Kor­ne­liusz jest sza­lony, kiedy so­bie wy­pije - rzu­cił ktoś, kto znał tego awan­tur­nika. - Tej zimy na Lo­fo­tach omal nie za­mor­do­wał pew­nego czło­wieka.

Ra­ija schwy­ciła Pe­triego za rękę. Już nie my­ślała o za­cho­wa­niu po­zo­rów.

- Nie mo­żemy tu zo­stać - po­wie­działa. - Nie chcę pa­trzeć, jak ktoś cię za­bija, Pe­tri!

Je­żeli Alek­san­teri miał do tej pory ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, to te­raz był już pe­wien. Spo­sób, w jaki wy­po­wie­działa to imię, mó­wił sam za sie­bie.

Za­bo­lało. Po­twor­nie za­bo­lało. Ni­gdy do­tąd nie czuł ni­czego po­dob­nego.

Nikt ni­gdy nie wy­mó­wił imie­nia Alek­san­te­riego w ten spo­sób. Nikt na niego tak nie pa­trzył. Po­czuł się na­gle strasz­li­wie ża­ło­sny.

To nie w po­rządku, że wła­śnie Pe­triemu tyle ofia­ro­wała. Jemu, który miał dom i dzieci, Eiję. Alek­san­teri do­brze wie­dział, jaka była Eija, ja­kie nędzne było mał­żeń­stwo Pe­triego. Nie po­wi­nien więc za­zdro­ścić mu cie­pła. Za­zdro­ścić mu tego uczu­cia... Ale to bo­lało.

- Ucie­kaj­cie! - rzekł sta­now­czo. W jed­nej chwili stał się star­szy niż Pe­tri. - I niech was tu nie wi­dzę, do­póki się nie upew­ni­cie, że naj­bar­dziej pi­jany z pi­ja­nych dzi­siej­szej nocy nie wy­trzeź­wiał! - Uśmiech­nął się: - I po­sta­raj­cie się ro­bić to, co ja bym zro­bił!

Ra­ija zła­pała Pe­triego za rękę. Po­cią­gnęła go za sobą, cho­ciaż ten na­dal nie był pe­wien, jak po­stą­pić.

Czuła się szczę­śli­wie nie­od­po­wie­dzialna - przy­naj­mniej tej jed­nej nocy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki