Ragnarok (#1). Ragnarok 1940. Tom 1 - Marcin Mortka

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział trzeci
Znów leżał na niewygodnym, skrzypiącym cicho łóżku i wpatrywał się szeroko otwartymi oczyma w ciemność. Sen nadchodził z oporami, jak zwykle gdy za bardzo pochłonęło go pisanie reportażu lub malowanie obrazu. Myśli zamieniały się wówczas w roztańczony krąg unoszący skrawki krzykliwych zdań bądź jaskrawych barw, a marzenia senne czekały gdzieś z dala, nie ryzykując konfrontacji z rozhukanymi przemyśleniami jawy.
"Muszę się zdrzemnąć, choć na chwilę - napomniał sam siebie. - Nie mogę się spóźnić na statek. "Soul of Cornwall" nie będzie na mnie czekać".
Fale snu odpływały jednak nadal spłoszone gwałtownymi myślami. Próbował wsłuchać się w monotonne murzyńskie śpiewy za oknem, to znów śledził gekony smyrgające po ścianach w pogoni za ćmami, lecz jego myśli nieodmiennie uciekały ku starej, zdezelowanej maszynie do pisania oraz teczce leżącej pod poduszką.
"Oby do kraju" - pomyślał, leniwie poruszając moskitierą. Ku ledwie widocznemu sufitowi pomknęła chmara owadów, co wprawiło gekony w szaleńczy pląs.
Wtedy pojawił się on, ciemny niczym jądro nocy.
- Kim pan jest? - znów zapytał z zaskoczeniem Baldwin, jak w każdym innym koszmarze. - Jestem obywatelem brytyjskim i...
Lecz nieznajomy błyskawicznie zerwał moskitierę i grzmotnął go pięścią w twarz, twardo, bez litości. Głowa Jeremy'ego tupnęła o ścianę. Obcy uderzył jeszcze raz i jeszcze, po czym wysupłał mocną linkę. I walnął znowu.
Ręka napastnika była ręką białego człowieka.
I znów dziennikarz jechał na pace ciężarówki, wdychając zapach śmierci unoszący się w zimnym nocnym powietrzu. Samochód co rusz podskakiwał na wybojach, a Jeremy ocierał się ramionami o barki siedzących obok niego Murzynów Bantu.
- Hej! - szepnął z nadzieją w kierunku najbliższego. - Jak cię zwą?
W oczach Murzyna znów dojrzał tylko bezbrzeżną pustkę podobną tej, którą widział na twarzach pozostałych. Nikt dookoła niego nie szlochał, nie przeklinał, nie rozglądał się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Baldwin pochylił głowę i ułożył sobie ciężkie kajdany na kolanach, by choć odrobinę ulżyć otartym nadgarstkom.
Jadący za nimi samochód podskoczył na wybojach. Światła jego reflektorów omiotły pakę ciężarówki i Jeremy raz jeszcze zobaczył martwe czarne twarze, niektóre spotniałe mimo chłodu nocy, oraz ciała, smukłe, muskularne i nieruchome niczym posągi. Dookoła jak okiem sięgnąć rozpościerały się plantacje drzew kokosowych, a wysoko nad nimi mrugały zimne, obojętne gwiazdy wraz z królującym wśród nich Krzyżem Południa.
Zapach śmierci, który otaczał ciężarówkę szczelnie niczym kokon, nagle zafalował pod wpływem wilgotnego tchnienia morza. Dziennikarz wiedział, że są blisko portu.
I znów jeden z Murzynów nagle poderwał się i rozejrzał dookoła z dzikim błyskiem w oku. Nadzorca krzyknął coś po arabsku, sięgając po bicz, lecz gwałtowny ruch strącił rozżarzony koniec cygara prosto na jego dłoń. Mężczyzna wrzasnął przeraźliwie i upuścił zarówno cygaro, jak i bicz, a Murzyn jednym susem zeskoczył z paki ciężarówki.
Jadący za nimi samochód zatrzymał się gwałtownie, więżąc oszołomionego uciekiniera oślepiającym blaskiem reflektorów. Murzyn zrobił krok do tyłu i rozejrzał się dookoła w panice. Z okna samochodu wysunął się człowiek z pistoletem maszynowym.
- Zostawcie go! - wrzasnął, tak jak zawsze. - Zostawcie!
Uciekinier spiął się do szaleńczego skoku w kierunku zbawczych ciemności między palmami kokosowymi. Lufa pistoletu błysnęła ogniem, oślepiająco jasnym nawet pomimo świateł reflektorów.
- Spokojnie już, spokojnie!
Dopiero po dłuższej chwili Jeremy zrozumiał, że słyszy głos Terrence'a. Sapnął ciężko i usiadł, przecierając spotniałe czoło.
- Boże miłosierny... - wychrypiał.
- Ja też się cieszę na twój widok - mruknął pilot i wcisnął mu w dłoń poobijaną manierkę. Baldwin potrząsnął głową, upił kilka łyków, które załagodziły nieco palący ból gardła, i dopiero wtedy zdecydował się otworzyć oczy.
Siedzieli obaj pod ścianą niewielkiej lepianki na skraju wioski, która swego czasu musiała być ważnym punktem na szlaku łowców niewolników. Świadczył o tym ogromny plac i ruiny kilku studni, z których tylko jedna wciąż nadawała się do użytku. Obecnie jednak na wyschniętym, opustoszałym placu nie było żywego ducha z wyjątkiem starego, wyliniałego wielbłąda, który cierpliwie obgryzał gałązki mizernej akacji. Po drugiej stronie placu siedział w kucki Selim w towarzystwie jakiegoś Beduina - obaj mężczyźni toczyli wściekłą, hałaśliwą kłótnię, gwałtownie przy tym gestykulując.
- O co chodzi? - mruknął Jeremy, oddając manierkę pilotowi.
- Selim twierdzi, że ten facet ma samochód - oznajmił Terrence. Z uwagą oglądał krwawe odciski na stopach i niecierpliwymi machnięciami odganiał roje much. - I to na chodzie. Utrzymuje też, że nie narodził się jeszcze taki człowiek, który nie sprzedałby mu tego, czego Selim sobie życzy. I na co ma pieniądze.
- A ma?
- W pewnym sensie tak. Twoje. Słuchaj, oni długo tak jeszcze będą?
Beduin unosił ręce ku niebu, potrząsając rękawami niczym roztańczony derwisz, a Selim ujął się pod boki i z hardą miną kręcił głową.
- Targowanie się to element ich kultury - mruknął dziennikarz. - Najlepsi w tym fachu są jak starzy pijacy, nie przepuszczą żadnej okazji, by sobie pofolgować. Naprawdę ten człowiek ma samochód?
- Jakieś zdezelowane włoskie gówno. Ale cztery koła ma. Silnik też. Słuchaj, Jeremy, kogo oni mieli zostawić? I kim byli ci oni?
Baldwin obrzucił towarzysza nieprzychylnym spojrzeniem i wbił wzrok w wysuszoną glinianą polepę. Palcem pomógł granatowemu żuczkowi wspiąć się na grudkę piasku, po czym z westchnieniem zerknął na czerwieniejące słońce, które coraz bardziej rozciągało cienie targujących się mężczyzn.
- Przepraszam - powiedział po chwili pilot. - Wybacz, zagalopowałem się. Nie powinienem wydłubywać z ciebie sekretów.
- Tu jednak nie chodzi o ciekawość - głos Jeremy'ego był ledwie słyszalny. - Nazwij to zemstą.
- Co?
- Gdy po raz ostatni próbowałeś poznać moją motywację, uznałeś, że tylko pieniądze, miłość, zemsta i ciekawość mogą zmusić człowieka do tak idiotycznej wyprawy. Nie pomyliłeś się. Wyruszyć w ślad za mahdystami - tak, to był odruch, który dopiero niedawno przetłumaczyłem sobie jako chęć zemsty.
- Na kim, na chóry anielskie? Na mahdystach? Na Włochach?
- Na Normanach.
Przez moment znów panowała cisza. Wielbłąd zaryczał i szarpnął za postronek, którym przywiązano go do akacji, lecz wątłe drzewko jedynie się zatrzęsło. Selim wrzeszczał z pasją na Beduina, który milczał wzgardliwie ze skrzyżowanymi ramionami.
- Parę lat temu prowadziłem w ich koloniach afrykańskich pewne śledztwo, Terrence - zaczął Jeremy. - Pojawiły się głosy, że Normanowie wcale nie zarzucili handlu niewolnikami, do czego przymusiło ich Pojednanie Narodów, a ja byłem człowiekiem na tyle głupim i naiwnym, by spróbować to udowodnić. Na swoje nieszczęście odkryłem sporo, chyba nawet aż za dużo. Na dzień przed odpłynięciem do Anglii kilku łajdaków uprowadziło mnie nocą z pokoju hotelowego, zapakowało na ciężarówkę wraz z bandą nieszczęsnych czarnych i zawiozło do portu, gdzie stałem się własnością pewnego jemeńskiego plantatora tytoniu. Ironia losu, no nie? Stałem się niewolnikiem. Najprawdziwszym w świecie niewolnikiem. Tyrałem u niego dwa lata, dwa cholerne, niekończące się lata, aż w końcu komuś w "The Times" przypomniało się, że warto by mnie wyciągnąć. Dwa lata... Kilkaset identycznych bolesnych dni, ale zaklinam się, Terrence, pamiętam każdy z nich co do minuty.
- Skąd wiesz, że to oni, co? - zapytał pilot, z trudem artykułując słowa. - Że to Normanowie?
- A któżby inny? Kto inny miałby interes w napadaniu i sprzedawaniu w niewolę wysłannika jednej z największych gazet Wielkiej Brytanii? Poza tym ludzie, którzy mnie uprowadzili, byli biali.
- Mówię o chwili obecnej, Jeremy - w głosie Terrence'a po raz pierwszy pojawiło się niedowierzanie. - Wybacz, ale nie nadążam. Jakoś nie widzę związku między napadem tych cholernych mahdystów a niedolą, jaką zgotowali ci cholerni Normanowie.
Dziennikarz milczał przez chwilę, cały czas wspomagając żuczka, który nieustępliwie wspinał się na grudkę.
- Nie chcę, byś mnie wziął za wariata... - zaczął.
- Za późno to mówisz.
- ...ale nabrałem podejrzeń, gdy zobaczyłem pistolet maszynowy w rękach mahdysty. Z identycznego strzelano w chwili mojego porwania.
- I to ci wystarczyło, by rzucić się za tymi czubkami na przełaj przez pustynię? - Pilot rozwarł szeroko oczy. - Jakaś pukawka? Wybacz, Jeremy, ale pomyliłem się. Słowo "wariat" to dla ciebie komplement. A skąd pewność, że chodziło o tę samą broń, co?
- Skąd pewność? - Baldwin uśmiechnął się niezrażony tonem towarzysza. - Nie da się zapomnieć tego, co przez bite dwa lata stanowiło treść twoich myśli i twoich snów. Po prostu się nie da. Terrence, ja się nigdy tak naprawdę nie wyzwoliłem z tej niewoli. Ja wciąż w niej tkwię, jeśli nie ciałem, to przynajmniej duchem. W dzień napastują mnie wspomnienia, co noc szarpią koszmary, a w co drugim pojawia się plujący ogniem pistolet maszynowy normańskiego zbira. Nie dziw się więc, że bez wahania pognałem w pustynię na jego widok. Nie dziw się też, że zbywałem twoje pytania. Do czasu spotkania z owymi rzekomymi Włochami nie miałem bowiem pojęcia, jak ci na nie logicznie odpowiedzieć.
- A co dało owo spotkanie?
- Dało mi pewność, że nie wariuję. Ci Włosi rozmawiali po dańsku.
- Co?
- Tacy z nich Włosi jak z nas Belgowie, Terrence. Nie każ mi tego póki co tłumaczyć, ale mam dziwne wrażenie, że intuicja mnie nie zawodzi. Najpierw to powstanie mahdystów, teraz te niby-włoskie bombowce... Tak, te pogańskie sucze syny coś knują, a ja to rozgryzę, zaklinam się na wszystkie świętości. Już ja im odpłacę za dwa lata gościny u jemeńskiego sodomity.
- Opiszesz to wszystko w "The Times"? - uśmiechnął się krzywo pilot. - To ci dopiero będzie cios! Za jednym zamachem pogrążysz swoich wrogów i zostaniesz sławny w całej Anglii.
- Nie mam najmniejszego zamiaru być sławny, Terrence. Nie mam też ochoty pomnażać zysków tych wysuszonych starych sępów z rady nadzorczej głównie przez to, że żaden z nich nie raczył zauważyć mego zniknięcia przez ponad półtora roku. Nie, załatwię to innymi kanałami. Dobra, dość już tej szopki. Selim!
Rozgorączkowany Egipcjanin odwrócił się i obrzucił Jeremy'ego spojrzeniem pełnym oburzenia.
- Nie zgódź się po raz ostatni, a potem dorzuć mu rewolwer i kończ transakcję - warknął dziennikarz, wstając i otrzepując spodnie.
- Jaki rewolwer, efe... Znaczy się Jeremy?
- Ten włoski bodeo, który schowałeś za pazuchę na wydmach. Nie martw się, na pewno znajdziesz coś innego, z czego będzie można zabić kilka angielskich świń.
Dziennikarz otarł spotniałe czoło po raz trzeci w ciągu kwadransa. Słońce wisiało już wysoko nad roziskrzoną taflą Morza Czerwonego i wnętrze starego fiata zaczynało wypełniać bezlitosne gorąco. Przez przykurzone, pęknięte okienko dostrzegł długi sznur obładowanych wielbłądów popędzanych przez beduińskich poganiaczy.
- Daleko mamy jeszcze do Port Sudan? - spytał.
- Bynajmniej nie, sądząc po zagęszczeniu ruchu - oznajmił siedzący za kierownicą Terrence i przełożył ze zgrzytnięciem bieg. Samochód wyminął wyładowany po brzegi wózek zaprzężony w niewielkiego osła i grupę murzyńskich kobiet dźwigających wielkie pakunki na głowach, po czym wyhamował przed kolumną egipskiej piechoty w charakterystycznych czerwonych fezach. Na twarzach żołnierzy znać było skrajne znużenie.
- Hej! - wrzasnął prowadzący oddział oficer. - Rekwiruję ten pojazd...
Terrence zacisnął usta w wąską linię. Bez słowa wyprzedził kolumnę i dopiero wówczas dodał gazu. Oddział zniknął za niebieskawą chmurką spalin.
- Wyglądał na zdrowego - oznajmił. - Na pewno dojdzie do miasta o własnych siłach. W przeciwieństwie do nas.
Jeremy pokiwał głową i upił jeszcze łyk z manierki, po czym podał ją Selimowi. Wytargowany przez Egipcjanina Fiat 508 znajdował się doprawdy w fatalnym stanie. Oba reflektory były zbite, brakowało zderzaka i koła zapasowego, a uruchomienie silnika wymagało kilkunastu minut zmagań. Na tylnym siedzeniu poprzedni właściciel najprawdopodobniej przewoził owce, o czym świadczyły walające się wszędzie kłębki runa, w środku panował smród, którego nie zmogła nawet jazda z otwartymi oknami, a jedynym należycie działającym elementem mechanicznym był klakson. Lecz trójka wędrowców i tak z humorem powitała odmianę losu - wreszcie mogli zapomnieć o niekończących się zakrętach kamienistego traktu, o uciążliwym poszukiwaniu kolejnych studni i o przekleństwach nienawykłego do długich pieszych wędrówek Terrence'a Oswalda, którego stoicyzm zniknął wraz z pojawieniem się pierwszych bolesnych pęcherzy. Wizja dotarcia do Port Sudan, największego miasta kolonialnego na sudańskim wybrzeżu Morza Czerwonego, wreszcie zaczynała wyglądać realnie.
A wtedy pojawiły się pierwsze wieści.
Kilku handlarzy wielbłądów, którzy zmierzali ku Wadi al-Allaki, zdradziło im, że Port Sudan nadal znajduje się pod kontrolą brytyjską i wciąż cieszy względnym spokojem. Główne siły mahdystów po zajęciu Chartumu i Omdurmanu poszły bowiem dalej na północ, omijając góry na wybrzeżu Morza Czerwonego. Arabowie twierdzili jednak zgodnie, że na pewno już obległy, a być może nawet zdobyły Asuan, zaś płomień powstania niesie się szeroko po pustyniach Afryki Wschodniej. Przygnębiające plotki o postępach wojsk Mahdiego oraz odkryty sekret normańskiej maskarady głęboko zmartwiły obu Anglików. Jeremy popadł w ponure przygnębienie i milczał jak grób, odzywając się tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne. Bez przerwy obracał w palcach zniekształcony pocisk pistoletowy wydłubany z ciała martwego Araba, a chował go do kieszeni koszuli tylko wtedy, kiedy przychodziła jego kolej na kierowanie samochodem.
Po dwóch dniach uciążliwej jazdy dotarli nad brzeg Morza Czerwonego i skręcili na południe, ku Port Sudan. Chłodniejsze wiatry znad morza oraz zieleń nielicznych jeszcze palm na moment poprawiły nastroje podróżnych, lecz optymizm znikł po rozmowie z kilkoma żołnierzami pierwszego napotkanego garnizonu brytyjskiego. Włoskie bombowce przeprowadziły ataki na stacje kolejowe w Egipcie i Sudanie, odcinając Port Sudan i Luksor od reszty kraju. Premier Mussolini odżegnał się co prawda od jakichkolwiek prób zburzenia pokoju, lecz rząd Chamberlaina zdążył już pchnąć silne eskadry z Gibraltaru i Aleksandrii do blokady portów włoskich. Decyzja ta sprawiła, że Mussolini, dotychczas próbujący załagodzić kryzys, przybrał ostrzejszy ton i zaczął krytykować agresywną politykę Wielkiej Brytanii. W międzyczasie wojska Mahdiego zajęły już Luksor i znajdowały się w drodze na Asjut, gdzie pośpiesznie gromadził siły generał Wavell, dowódca sił brytyjskich na Bliskim Wschodzie.
W pośpiechu spożyli jałowe placki ziemniaczane podarowane im przez żołnierzy, zapili je kilkoma kubkami wody i na powrót wsiedli do cuchnącego samochodu. Pomimo braku reflektorów Jeremy zdecydował się prowadzić przez całą noc. Pełnia już minęła, ale rozgwieżdżone niebo nadal było jasne i uparty dziennikarz kontynuował podróż, cudem unikając kilku kolizji z porzuconymi na poboczu wozami czy owcami wbiegającymi na drogę. Nad ranem zmienił go Terrence. Wraz z nastaniem świtu droga do Port Sudan stawała się coraz bardziej zatłoczona i pilot szybko zaczął tracić cierpliwość. Przeklinał z każdą chwilą częściej i głośniej, wykonując nieskoordynowane manewry, a pracujący głośno silnik zaczął pokasływać. Gdy za zakrętem drogi pojawiły się pierwsze zabudowania, dziennikarz poczuł ulgę.
- Terry - odezwał się chrapliwym głosem - jak tylko dotrzemy do miasta, kieruj się od razu pod budynek konsulatu. Tam mnie wysadź, a sam jedź do portu. Na pewno znajdziesz jakiś statek czy okręt idący do kraju.
Młody oficer skinął głową i niecierpliwie odgarnął kosmyk włosów klejący mu się do czoła.
- Do konsulatu - powtórzył. - Rozumiem. A co dalej?
- To już moja sprawa.
- Jeremy, możemy przecież uciec stąd obaj. Zaczekam przed konsulatem i...
- Ja nie wracam. Nie zakończyłem jeszcze swoich spraw w Afryce.
- A mnie zostawcie przy targowisku handlarzy drewnem - odezwał się cicho Selim. - Mam tam kuzyna. Dawno się nie widzieliśmy, ale to dobry człowiek, weźmie mnie pod swój dach, jak i ja wziąłbym jego.
Baldwin przygryzł wargi i westchnął.
- Słuchaj, Selim - zaczął. - Wyświadczyłeś nam obu ogromną przysługę i głupio tak jakoś... Wiesz, Terry będzie wracał do kraju, ja niebawem również wyjadę z Sudanu, a ty... Cholera, sam nie wiem... Może...
- Jeśli jest jakaś rzecz na świecie, której wy, Anglicy, zupełnie nie opanowaliście, bez wątpienia jest to wyrażanie skruchy - roześmiał się Egipcjanin. - Na Boga miłosiernego, Jeremy! Wspólnie z wami dotarłem do jedynego w miarę bezpiecznego miasta w Sudanie i jestem wam głęboko wdzięczny za wspólną podróż, ale tu się pożegnamy. Nie chcę uchodzić do Anglii, nie chcę pieniędzy ani listów pochwalnych. Nie mam powodów, by kochać Anglików, ale was dwóch chcę zachować w pamięci jako swych przyjaciół. Jak na dobrego muzułmanina przystało.
- Boże w niebiesiech! - westchnął Terrence. - Równy z ciebie chłop, Selim. Oczywiście jak na muzułmanina. Bo jak rozumiem, zemsty na angielskich świniach nie masz zamiaru odkładać?
- Nie wiem. - Egipcjanin przygryzł wargę.
- Nie wiesz? - spytał zdumiony pilot. Zerknął na Selima, w jego oczach pojawiło się niedowierzanie. - Czy to oznacza, że mówiłeś to wszystko na poważnie?
- Gdy powstanie całe miasto, nie będę miał wyboru, mój przyjacielu. Nie chciałbym zostać rozstrzelany jako zdrajca przez braci w wierze. A teraz zdejmij nogę z gazu, przed nami posterunek. Niepowtarzalna okazja, by wydać przyszłego zabójcę angielskich świń w ręce władzy.
Pilot bez słowa zredukował bieg i przycisnął hamulec. Zdezelowany fiat stanął w tumanach pyłu przed opuszczonym, kołyszącym się lekko szlabanem. Tuż obok niego znajdowało się stanowisko karabinu maszynowego, a dalej biegły zasieki z drutu kolczastego. Poirytowani żołnierze o twarzach spalonych słońcem ciskali właśnie obelgami w ślad za kroczącym majestatycznie wielbłądem, na którego garbie siedział wyprostowany, dumny jak szejk mężczyzna w białej galabii. Ich koledzy siedzieli pod rozciągniętym nieopodal daszkiem i zaśmiewali się do rozpuku.
- Ty cholerny świniożerco! - wrzeszczał rudowłosy chłopak z akcentem z Manchesteru. - Każda z twoich żon ma syfa, a ty sam...
- Zamknij już szufladę, Charlie - napomniał go kolega, odwracając się w kierunku poobijanego fiata. - Te Arabusy nie mają poczucia humoru. Zobaczysz, jak tylko zjawią się tu chłopaki od Mahdiego, zaraz kogoś poprosi, by mu przetłumaczył twoje wymysły. Niewykluczone, że sam wówczas trafisz do jego haremu.
- Pieprz się, Don! - parsknął rudzielec. - Czego, do ciężkiej cholery?! - ryknął, gdy zniecierpliwiony Terrence nacisnął klakson. - Pali się?
- Ależ skąd! - zawołał pilot. - Wspaniale nam się tu siedzi w miłym skwarze oraz smrodzie owczego łajna i chcielibyśmy zapytać, czy ktoś z was nie miałby ochoty dołączyć?
- Na żarty ci się zebrało, co? - warknął chłopak z Manchesteru, przechodząc pod szlabanem. Karabin Lee-Enfield, jeszcze przed momentem wiszący mu na ramieniu, błyskawicznie znalazł się w jego dłoniach. - Mamusia nagadała ci, że jesteś zabawny, i w to uwierzyłeś, tak?
- Sam do tego doszedłem - głos Terrence'a ochłódł w jednej chwili i zaczął lekko drżeć, jak zawsze gdy ogarniało go zdenerwowanie. - A teraz, szeregowy, poproszę o kolejny komentarz na temat mojej matki. Tak bym miał pewność, że się nie przesłyszałem i mogę obić ci mordę. To rozkaz.
Żołnierz podszedł już do drzwi fiata i dopiero teraz dostrzegł pagony na wypłowiałej, brudnej bluzie mundurowej kierowcy. Nagle wyprostował się jak struna, a jego twarz pobladła pod warstwą brudu.
- Przepraszam, sir - wyjąkał. - Nie spodziewałem się... Nie pomyślałem, że...
- Jestem porucznik Terrence Oswald z Royal Air Force, a ci panowie to Jeremy Baldwin, korespondent wojenny "The Times", oraz Selim ibn Jusuf, nasz przewodnik. Musimy natychmiast spotkać się z konsulem - warknął pilot, mierząc żołnierza wściekłym wzrokiem. - Otwieraj ten cholerny szlaban!
- Tak jest, sir... Ja po prostu...
- Masz rację, Selim - mruknął Terrence. - Nasi rodacy rzeczywiście są beznadziejni w przepraszaniu.
Kilkadziesiąt lat temu Port Sudan był zaledwie niewielką wioseczką na brzegu Morza Czerwonego, odwiedzaną głównie przez pomniejszych handlarzy kości słoniowej i łowców niewolników. Doprowadzenie linii kolejowej, która połączyła miasto z Chartumem, Faszodą, Asuanem oraz Kairem, zapoczątkowało jego przyśpieszony rozwój. Wnet z żyznych dolin Nilu zaczęły przybywać tu pociągi wyładowane wełną, sezamem i sorgo, by zapełnić świeżo wzniesione magazyny, a potem trafić do ładowni statków Kompanii Wschodnioafrykańskiej kluczących wśród raf koralowych Morza Czerwonego. Niedługo trzeba było czekać, aby w porcie pojawiły się nowe pirsy, a w samym mieście hotele, kamieniczki i szpital. Wnet wyrósł tam również fort, w którego podziemiach umieszczono arsenał. Budowle te powstawały szybko, ale w sposób uporządkowany zaiste z europejskim chłodem. W przeciwieństwie do nich peryferia Port Sudan rozrastały się z arabską żywiołowością i afrykańskim nieładem. Wokół kilku bazarów, stanowiących pomniejsze, bezustannie tętniące życiem serca miasta, stały rozrzucone chaotycznie niewielkie lepianki, sklecone z byle czego przez masowo napływających ludzi. Na szerokich, zalanych żarem ulicach pojawiły się tłumy czarnoskórych przybyszów z głębi kontynentu: Somalijczyków, Bantu, Etiopczyków, Beja i Masajów. Wielu trafiło tu w poszukiwaniu pracy bądź lepszej doli, inni przybywali w milczących, pobrzękujących żelazem kolumnach, przyprowadzani przez uzbrojonych, butnych handlarzy niewolników. Wokół muezinów nawołujących z minaretów gromadzili się rosnący w siłę Arabowie, choć trudno było nie zauważyć również grupek gadatliwych Hindusów i wszędobylskich Koptów. Statki lub spowite w kłęby pary pociągi przywoziły zaś gustownie odzianych przybyszów z Anglii, Francji, Włoch bądź krajów normańskich.
Wnet Port Sudan, na podobieństwo innych miast kolonialnej Afryki, podzielił się na dwa światy. W jednym z nich interesów dokonywano pośród wielojęzycznych wrzasków, na ubitej polepie zatęchłej lepianki albo przy ledwie skleconej ławie na targowisku. W drugim transakcje rozpoczynano od odwiedzin w magazynach wypełnionych kością słoniową, a kończono w chłodnych kantorach z oknami przesłoniętymi żaluzjami, popijając herbatę z drogich filiżanek z porcelany. Oba światy spajała jedynie instytucja pośredników skupujących towary dla znaczniejszych przedsiębiorców.
Tego dnia, gdy Jeremy, Terrence i Selim przybyli do Port Sudan, jeden z owych światów już tu nie istniał.
Pilot wolno prowadził rzężącego fiata wśród szeregów niskich lepianek. Co rusz naciskał klakson, by przepędzić blokującą przejazd grupę ludzi, lecz głośne trąbienie nie dawało spodziewanych rezultatów. Rozgorączkowani, hałaśliwi Murzyni, niektórzy uzbrojeni w maczety albo kije, milkli wówczas i śledzili przejeżdżający wolno samochód mrocznymi, nieprzychylnymi spojrzeniami. Jedynie stojący najbliżej niechętnie robili krok w tył. Zdarzało się, że czekali długie minuty, aż handlarz bydła czy wielbłądów przeprowadzi swe zwierzęta przez ulicę, a ze spojrzeń, jakie rzucał przybyszom, domyślali się, że opóźnia ich przejazd z czystej złośliwości. Niepilnowane targowiska rozrastały się, zajmując przyległe ulice, zaś ich wielojęzyczny gwar miał w sobie coś złowieszczego. Patrolujący ulice angielscy żołnierze wydawali się równie zagubieni i niepewni, co trójka przybyszy.
- To miasto jest na krawędzi rebelii - mruknął Jeremy, oblizując wyschnięte wargi. - Selim, czy ty naprawdę chcesz tu zostać?
- A czy jest jakieś miasto w Egipcie bądź Sudanie, które dzisiaj wygląda inaczej, Jeremy, mój przyjacielu?
Rozstali się z Selimem przy bazarze handlarzy drewnem, jedynym praktycznie opustoszałym. Wszyscy trzej wysiedli z pracującego na jałowym biegu samochodu, wyściskali się serdecznie, a Baldwin mimo protestów Selima wcisnął mu w kieszeń plik egipskich funtów.
- Żegnać też się nie potrafimy - stwierdził Oswald, gdy na nowo zasiedli w rozgrzanym, cuchnącym samochodzie.
- Możliwe - przyznał Jeremy. - Jedź do portu. I nie oszczędzaj tego rzęcha.
- Ty też masz wrażenie, że jesteśmy w tym mieście ostatnimi białymi? - spytał pilot, dodając gazu.
- Tak, ale mam nadzieję, że mylne. Bo koniecznie muszę zamienić parę słów z konsulem, a on też jest biały.
Konsul Port Sudan był człowiekiem w bliżej nieokreślonym wieku, lecz z pewnością u kresu sił. Już dawno przestał dbać o swój wygląd, o czym świadczyły nieogolone policzki i brudny kołnierzyk przepoconej, ongiś białej koszuli. Co rusz przygładzał dłonią rzedniejące, wilgotne włosy i przecierał oczy, rozciągając sine, niemalże czarne worki pod powiekami.
"Ty też fatalnie sypiasz, co?" - pomyślał Jeremy i ujął szklankę wody postawioną przed nim przez usłużnego hinduskiego lokaja. Podziękował z wdzięcznością - streszczenie całej historii zabrało mu jedynie kilka minut, lecz w ustach czuł okropną suchość.
- Nie rozumiem, na czym mają polegać te pańskie rewelacje - odezwał się konsul zachrypniętym głosem.
Dziennikarz dopił wodę do końca - była oszałamiająco czysta i chłodna, istny rarytas w porównaniu do brei, którą pili na pustyni - po czym otarł usta i spojrzał na rozmówcę z niedowierzaniem.
- Skoro pan nie rozumie, jest to, jak sądzę, moja wina - oznajmił. - Ostatnie kilka tygodni miałem doprawdy uciążliwe, przez co moja historia zapewne jest nieco nieskładna. Pozwolę więc sobie, panowie...
- Nie w tym rzecz, Baldwin - odezwał się oficer w stopniu majora siedzący po drugiej stronie stołu. W przeciwieństwie do konsula nie budził żadnych zastrzeżeń swoim wyglądem. Jego włosy były starannie uczesane, policzki dokładnie wygolone, a mundur czysty i odprasowany. Jedynie krople potu perlące się na wysokim czole wskazywały na to, że i jemu dokucza okrutny upał.
- Nie w tym rzecz - powtórzył major. - Proszę więc darować sobie cynizm, bo wyraził się pan precyzyjnie i zapewniam pana, że zrozumienie owej historii nie przerosło ani mnie, ani pana Higginsa. Nie rozumiemy tylko, dlaczego pańskim zdaniem ma ona jakikolwiek związek z nami oraz Port Sudan.
- Wiemy o włoskich bombardowaniach lepiej od pana, Baldwin - wtrącił konsul. - Ci cholerni makaroniarze przeprowadzili kilka ataków z terenów Erytrei i zbombardowali tory kolejowe w paru miejscach. Od tygodnia nie dochodzą tu pociągi i musieliśmy ewakuować miasto morzem. Wyobrażasz pan to sobie?
- Wyobrażam. Problem tkwi w tym, że ci makaroniarze...
- Gówno pan sobie wyobrażasz! - zacietrzewił się Higgins. - Przez kilka dni i nocy trzeba było obstawiać równocześnie cały port, arsenał, bazary i wszystkie drogi dojazdowe do miasta. Niełatwa robota, zważywszy, że każdy biały w mieście duszę by sprzedał za miejsce na statku, a każdy czarny ściska tylko maczetę i czeka na znak od Allacha, by zacząć nią dziabać. Spróbuj pan dokonać tego co my, mając ledwie trzy kompanie wojska, z czego jedną mądrale z Whitehall od razu kazały odesłać na granicę z Erytreą.
- Głęboko współczuję, panie Higgins. Czyżby więc doszło do jakichś incydentów z Włochami?
- Nic poważnego. - Konsul przygładził znowu włosy. - Na razie Mussolini i Chamberlain obrzucają się notami dyplomatycznymi, ale nie dalej jak wczoraj "Penelope" ostrzelał jakiś ichni niszczyciel, który usiłował się wymknąć z Tarentu. Póki co twardo trzymamy wszystkich makaroniarzy pod kluczem. Nie mają wesołych wakacji w Port Sudan, o nie...
- Aresztował pan włoskich obywateli? - spytał poruszony Jeremy.
- A co pan sobie myślisz, Baldwin? Przyszło polecenie z Londynu, to zrobiłem co trzeba. Ich ambasada darła się wniebogłosy, ale wczoraj i ją ewakuowano. Wiesz pan, co to za nieużyty naród ci Włosi? Kłócili się, próbowali uciekać, jeden postrzelił nawet egipskiego żandarma...
- Moje współczucie doprawdy nie ma granic. Czuję głęboki żal na myśl o tym, że przegapiłem pańskie chwile tryumfu, włócząc się po pustyniach Sudanu. Czy mogę prosić jeszcze szklankę wody?
W gabinecie konsula, umieszczonym na pierwszym piętrze hotelu "Royal Port Sudan", zapanowało milczenie. Higgins sapnął i wyprostował się na krześle, lecz skinął na lokaja, który sprawnie napełnił szklankę dziennikarza chłodną wodą. Major wstał i uchylił szerzej okno, lecz nie na wiele się to zdało. Ożywcza bryza traciła swą świeżość nad ulicami prażonego słońcem miasta i docierała do pokoju jako gorący, lepki powiew. Oficer odwrócił się od okna, przysiadł na parapecie i pomimo duszącego skwaru zapalił papierosa.
- Marnuje pan swój czas - powiedział cicho. - Historia o walce z pięcioma lotnikami z pewnością poruszy serca czytelników "The Times", ale póki co jest dla nas całkowicie nieprzydatna. Pańska teoria o tajemniczej wrogiej bazie lotniczej gdzieś pośród pustyń Sudanu również. Włosi...
- Na litość boską, majorze Fading! Przecież kilkakrotnie już powtórzyłem, że Włosi najprawdopodobniej nie mają z tym wszystkim nic wspólnego!
- A co ma pan na dowód? Pistolet maszynowy w rękach mahdysty atakującego pociąg? Pociski pasujące do tej samej broni w piersi trupa, który mógł być owym mahdystą, lecz wskazuje na to jedynie kolor turbanu? Wrzaski po dańsku pośród ruin fortu? Niechże pan logiczne pomyśli, Baldwin!
- Ależ ja myślę logicznie, majorze.
- Gdzie pan, na litość boską, żył przez ostatnie dwadzieścia lat, Baldwin? Od czasów stłumienia rewolucji komunistycznej w Rosji stosunki między Wielką Brytanią a państwami Braterstwa nigdy się lepiej nie układały! Nie dalej niż pięć lat temu podpisaliśmy z nimi kilka ważnych umów gospodarczych, a ostatnio czytałem, że Nordveghr nawiązał stosunki dyplomatyczne z Watykanem i wyraził wolę oddania niektórych relikwii zrabowanych podczas Wieku Młota i Ognia! Czasy, kiedy nianie straszyły nas Normanami, już dawno minęły i dla pańskiego dobra lepiej będzie, jak zapomnisz pan o tych swoich mrzonkach. Dla pańskiego dobra.
- Wszystko to prawda, majorze. Święta prawda - mruknął Jeremy, wstając. - Dlatego właśnie trzeba to zbadać. Pozwoli pan, że nadam kilka depesz do redakcji, panie Higgins, a potem rozejrzę się za miejscem na statku.
- Już się pan spóźnił. Wszelkie koje na statkach idących do Anglii zostały dawno zajęte.
- A na tych, które płyną do Hornlandu, również?
A gdy wsiąkła w angielską ziemię krew bohaterów, a na wietrze zwycięsko załopotały sztandary z krukami, skrzyknął Odyn braci na ting w sadybie swej zimnej zwanej Hlidskjalf, by wspólnie Midgardem na nowo rozporządzić. Powitał przybyłych rogiem z miodem sytym i rzekł:
- Jam ci syna naszego Haralda Surowego, konunga Nordveghr, w boju natchnął, przeto mnie się należy piecza nad Nordveghr. On też, skoro jako ostatni z wikingów męstwem się okazał, winien przewodzić reszcie konungów.
Zaszumieli w odpowiedzi bogowie, pokręcili głowami, za brody się szarpali, aż powstał Thor i wyrzekł z gniewem:
- Zda mi się, że nie po to się zebraliśmy, by Midgard podzielić, lecz by woli waszej wysłuchać, ojcze. Skoro wam się Nordveghr spodobał, tedy ja dla siebie Vinlandię wezmę. Powiodę nowych osadników za morze, pomogę im nowy kraj zbudować i Skraelingów pogrążyć. Byle dalej od was i knowań waszych.
Zasępił się tedy Odyn i już odrzec miał co niepokornemu synowi, gdy Frey się odezwał.
- Ja tedy Swionów pod opiekę swą wezmę - powiedział prędko a zazdrośnie. - Miłują tam mnie, a ja ich również miłuję.
- Jeno miłość ci w głowie, Freyu nadobny! - huknął na to Tyr straszliwy. - Jam bogiem wojny, nie gorszym od Thora, tedy również lud powiodę, by królestwo mi wykuł. Na wschód pójdziem, ku stepom Gardarike. Tam królestwo Holmgardu zbuduję. I bacz, Thorze! Niebawem się okaże, kto możniejszy!
- Juści, rad będę obaczyć! - wykrzyknął Heimdal, herold bogów. - Albowiem mnie się zdaje, że najmożniejszym nie ten, kto puszcze karczuje, lecz pokropieńców z dymem puszcza! Wezmę ci ja Danów jako lud swój i powiodę ich na ziemie Boga-ofiary.
I wykrzykiwali mnodzy bogowie, a tingowi końca nie było. Aegir władztwo nad Grenlandią objął. Bragi Islandię otrzymał, Magni Hjaltland, a Modi wyspę Man. Jeno Loki ludu swego nie dostał, ale nie znać było po nim zawiści ni rozczarowania. Przyglądał mu się bacznie Odyn niespokojny, aż w końcu, spokój jego widząc niezłomny, zapytał ze zdumieniem:
- A ty, Loki, władztwa nie pragniesz? Rządzić nad własnym ludem nie chcesz?
- Przecie ja już mam swój lud, ojcze nas wszystkich - rzekł na to Loki przebiegle. - Wszyscy sprytni a mądrzy są mym ludem.
Bajka islandzka z XII wieku
Prolog
Klidskjalf w istocie było zimnym miejscem, a ponadto ciemnym i przerażającym. Dudniące kroki, które dobiegały z mroku, przejmowały oczekujących strachem i co rusz któryś z nich zerkał z niepokojem ku wejściu tchnącemu niebieskawą lodową poświatą.
I w końcu kroki ucichły.
Na progu stanął wysoki, siwobrody starzec o hardej twarzy i oku przesłoniętym opaską. Powoli, zupełnie jakby chciał przedłużyć manifestację swej pozycji, szedł wśród zebranych ścigany ich przestraszonymi, niepewnymi spojrzeniami, aż nagle odwrócił się z furkotem szat.
- Wreszcie was widzę wszystkich, cholerna zgrajo nieudaczników - warknął, a jego jedyne oko lśniło niewysłowioną furią. - Zaiste wielka to chwila. Skupcie się więc, bo chciałem wam zadać wiele pytań.
- Ciebie też miło nam ujrzeć, ojcze - z kpiną w głosie rzekł jeden z zebranych, czarnobrody, barczysty olbrzym o niemalże zrośniętych brwiach.
Jedyną reakcją starca na jawną zaczepkę było pogardliwe wydęcie warg. Pstryknął chudymi palcami i naraz ciemności zafalowały, odsłaniając mapę Europy.
- Najpierw porozmawiamy sobie o starych dziejach - oznajmił. - Jest bowiem kilka spraw, które mnie przygnębiają, a nawet przerażają.
Kilku z zebranych spojrzało po sobie z wahaniem.
- Czy ktoś z was, o wielcy, mógłby mi przypomnieć ostatnią wojnę, w której niezwyciężeni Normanowie ogłosili swe zwycięstwo? - ciągnął starzec.
Zapadła cisza. Przerwał ją dopiero donośny głos męża stojącego na samym końcu, tuż przy emanującym błękitem wejściu.
- W 1812 wojska Danii pokrzyżowały plany tego wściekłego psa Napoleona - oznajmił z dumą. - Najpierw połamał sobie zęby na umocnieniach linii Danevirke, a potem umykał jak skopany pies aż do Saksonii.
Oczy wszystkich spoczęły na tym jedynym, który odważył się tak zuchwale odpowiedzieć gospodarzowi. Był to wysoki mąż o szlachetnej twarzy i osobliwie pięknych oczach lśniących niczym gwiazdy.
- Zaiste oto powód do dumy! - zadrwił starzec. - Czyż nie cieszy nas wszystkich waleczny wyczyn naszych braci Danów, którzy przesiedzieli kilka szturmów w cieniu swych wielkich armat, a swój tryumfalny pościg za wrogiem zakończyli zajęciem marnego S?nderjyllandu1! Cześć wam i chwała, bohaterowie ze Skanii i Jutlandii!
1 S?nderjylland (dań.) - Szlezwik
- Nikt przed nami nie zadał mu klęski! - obruszył się mąż z oczyma niczym gwiazdy.
- Wyście też tego nie uczynili, marny pyszałku! Napoleona rozbiła koalicja angielsko-pruska, której wyście jeno ułatwili zadanie. Na ognie Ragnaroku, zaiste zmiękły wam karki, skoro szczycicie się wygraną w potyczce sprzed stu lat. Gdzie ci Danowie, którzy ongiś rozbijali papieskie krucjaty i hulali bezkarnie po ziemiach Cesarstwa Zachodniorzymskiego! Gdzie ci Danowie, którzy przez tyle wieków zaciskali dłonie na gardłach angielskich królów! Gdzie są zwycięzcy spod Wormacji i Exeter?
Cisza, która nastąpiła po słowach starca, była ciężka, niemalże namacalna.
- Wszystkim wam karki zmiękły - wysyczał siwobrody, mierząc każdego z zebranych miażdżącym spojrzeniem. - Gdzie są ci Swioni, którzy zdusili zakon rycerzy gotlandzkich i przez wieki ciemiężyli Polskę? - zapytał postawnego, urodziwego męża ze złocistymi lokami. - Gdzie waleczni wojownicy z Holmgardu, którzy zniszczyli potęgę Bizancjum i zwycięsko stawili czoła Złotej Ordzie? - zapytał innego, surowego woja bez jednej ręki. - Co się stało z żołnierzami Vinlandii, którzy starli na pył potęgę Anglików i tylekroć wygrywali wojny z Hiszpanami wśród Wysp Karaibskich?
Ostatnie pytanie skierowane było do czarnobrodego olbrzyma, który w odpowiedzi zmarszczył czoło, aż ogromne, krzaczaste brwi niemalże zakryły oczy.
- Owi żołnierze pilnują dziś pokoju, ojcze - oznajmił hardo. - Bo czasy się zmieniły.
- Zaiste zmieniły się! - wybuchnął śmiechem jednooki starzec, lecz nie było w tym ani krzty wesołości, tylko przeraźliwy ziąb. - Od trzystu lat żaden z was nie powiódł swego narodu na wojnę! Od trzystu lat chuchacie na swych poddanych i pilnujecie, by żyli w zgodzie i szybko się bogacili.
- To źle? - zapytał pięknooki mężczyzna.
- Źle? - zatrząsł się ze złości starzec. - W dzielnicach portowych Birki, Haithebu, Truso i Hammarhafnu wzniesiono piękne kościoły, ponoć dla marynarzy z Europy chrystusowej. Ile golonych łbów wyje po jarmarkach w Danii, nikt już zliczyć nie potrafi, podobnie jak nikt już nie ogarnie ilości band wyznawców Boga-ofiary w Vinlandii!
- Czasy się zmieniają - powtórzył z naciskiem czarnobrody oficer, ignorując jawną groźbę w słowach jednookiego. - Trzeba zezwolić na pewną tolerancję...
- Durnyś! - starzec ryknął z tak niewyobrażalną wściekłością, aż olbrzym pobladł i odwrócił wzrok. W sali naraz stało się ciemniej, mroczniej. - Durniście wy wszyscy! Po co wielcy bohaterowie naszych ludów przelewali krew swą i swych wojów? Po co Ketil Pijący Krew, Thorfinn Złamany Miecz i Ulfgrim Zdeptany Kwiat wraz z innymi, których wymienić nie sposób, rozbijali wrogie armie, obalali królów i cesarzy oraz plądrowali kraje? Byście wy teraz zaprzepaścili ich dorobek swoją gnuśnością? Swoją pożałowania godną tolerancją! Czyście zapomnieli, capy obmierzłe, kim jesteśmy? Pamiętacie jeszcze, czemu zawdzięczamy swój byt?
Chwila ciszy, która nastąpiła po słowach starca, była jeszcze straszniejsza od jego tyrady, gdyż każdy z zebranych spodziewał się kolejnego wybuchu. Jednooki starzec opuścił jednak głowę i powiedział cicho:
- Nasza przeszłość jest krwawa, a teraźniejszość wygodna, ale przyszłość niepewna, groźna. Po cóż zjechali się królowie waszych państw na Alltingu2? Po cóż przywlekli ze sobą bandy nadętych krewniaków, którzy z przekonaniem twierdzą, iż ich rody władały kiedyś Irlandią, Orkadami czy Szkocją? Do wojny będą judzić, sojusze zawierać? Nie, skądże. Będą się nadymać w strojnych szatach, napawać swą wielkością, wznosić toasty za swych przodków i wygłaszać harde mowy przed tłumami podpitych, zachwyconych gówniarzy. A wasi poddani, bracia? Kim stali się wasi poddani? Jak wielu spośród nich prawdziwie otwiera swe serce podczas blotu3 czy szczerze składa ofiarę na horgru4? Kto z nich potrafi wymienić czyny bojowe swych przodków czy ułożyć zgrabny kenning5 na cześć ich bądź własną? Tracimy naszą siłę, bracia. Krew naszych poddanych zaczyna stygnąć, ich myśli odwracają się od nas, a golone łby nieustępliwie na to czekają. Nasz świat może wkrótce się skończyć.
2 Allting (dań.) - najważniejsze zgromadzenie parlamentarne w Braterstwie Normańskim, jedyny organ władny rozstrzygać spory między władcami królestw normańskich
3 Blot (dań.) - uczta ku czci bogów lub elfów
4 Horgr (dań.) - kamienny stożek o znaczeniu kultowym
5 Kenning (dań.) - metafora
Znów zapadła cisza, jeszcze mroźniejsza niż przed momentem. Po ścianach wolno pełzał szron.
- Nie możemy pozwolić, by dobiegł końca - szeptał starzec. Wokół jego ust rozkwitały obłoczki pary, a kilka kosmyków brody skuł już lód. - Nie możemy. Powiem wam zatem, co należy uczynić...
Jeden po drugim zgromadzeni w sali przybysze opuszczali głowy na znak zgody, a ostatni z ociąganiem uczynił to czarnobrody olbrzym. Dopiero wtedy na wykrzywionych, sinych ustach starca pojawił się uśmiech tryumfu. Podobny uśmiech przemknął przez oblicze rudowłosego młodzieńca, który stał w rogu i przez cały czas nie wyrzekł ani słowa. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę krótką jak myśl, a potem siwobrody gospodarz powtórzył:
- Powiem wam, co należy zrobić. A wy wypełnicie moją wolę.
Hjarni zaczynał nabierać nadziei.
Latem roku 1915, gdy na polach bitew odległej, zatopionej za horyzontem chrześcijańskiej Europy grzmiały działa i terkotały karabiny maszynowe, uwagę wszystkich Islandczyków jak zwykle przyciągały równiny parlamentarne Tingvellir, gdzie jak co roku odbywał się Allting - ciągnące się przez dwa tygodnie obrady godich6 oraz towarzyszące im rozliczne procesy sądowe. Jednakże dla mniej zainteresowanych polityką czy nieuwikłanych w procesy wydarzenie to stanowiło przede wszystkim okazję, by spotkać przyjaciół, wspólnie napić się miodu, ubić interes, uzgodnić małżeństwo, a nawet wygrać trochę pieniędzy na walkach koni. Jeśli zaś wierzyć zapewnieniom gazet, tego roku po raz pierwszy od piętnastu lat obrady miała uświetnić wizyta władców wszystkich królestw Braterstwa Normańskiego, co oznaczało niezapomniany spektakl dumy i splendoru. Plotki głosiły, że stawi się tam nawet prezydent Vinlandii, co byłoby pierwszym jego oficjalnym spotkaniem od czasu zmiany ustroju z królestwa na republikę.
6 Godi (dań.) - wódz-kapłan; tu: przedstawiciel okręgu w parlamencie
Nic dziwnego, że Islandczycy oczekiwali Alltingu z wielką niecierpliwością, jednakże Hjarni miał swój własny powód. Przed dwoma tygodniami na świat przyszła jego córeczka Dagei?r i niczego tak nie pragnął, jak pochwalić się wspaniałą wieścią przed paczką przyjaciół, którzy wraz z nim studiowali na Uniwersytecie Republikańskim. W skrytości ducha wyobrażał sobie ich radosne gratulacje i głośne toasty wznoszone w intencji tego, który jako pierwszy z rocznika dorobił się potomka. Tak więc gdy pan Josteinn, szef Hjarniego i dyrektor niewielkiego luksusowego hotelu "Dimmu Borgir", kategorycznie oświadczył, że nie chce słyszeć o żadnym urlopie, rozpacz młodzieńca nie miała granic. Natychmiast spochmurniał, zamknął się w sobie i zaczął unikać przyjaciół, którzy z entuzjazmem szykowali się do drogi, a gdyby nie przygana jego irlandzkiej żony, powoli dochodzącej do siebie po porodzie, gotów byłby zapomnieć nawet o córce.
Zacisnął więc zęby i wrócił do pracy, przy każdej okazji wbijając nienawistne spojrzenia w plecy Josteinna i życząc mu z całego serca, by opuściły go fylgje 7. Tymczasem dyrektor, najwyraźniej obojętny na klątwy podwładnego, zapędził całą swą służbę, zarówno wolnych, jak i thrallów 8, do generalnych porządków w hotelu. Hjarni zmuszony był harować po kilkanaście godzin na dobę, co znów wywołało niezadowolenie ze strony zaniedbywanej żony. Niepocieszony i sfrustrowany z coraz mniejszą ochotą wracał do swoich zajęć, przez cały czas zadając sobie w duchu pytanie, po co gruntownie szykować pokoje w hotelu na kompletnym zadupiu, w chwili, gdy uwaga całego normańskiego świata skupia się na Alltingu.
7 Fylgja (dań.) - duch opiekuńczy; również: tajny agent policji
8 Thrall (dań.) - niewolnik
Porzucił swe rozważania kilka dni później, gdy przed hotelem wyhamowała pomalowana na szaro ciężarówka, a ze środka wyskoczyło kilkunastu żołnierzy Vikingasveitin uzbrojonych w nowiutkie karabiny. Popędzani rozkazami rosłego hersira9, który mówił z akcentem z Wysp Owczych, skrupulatnie przetrząsnęli budynek hotelu oraz jego okolice, następnie otoczyli go zasiekami, a drogę dojazdową zagrodzili szlabanem. Z posterunku złożonego z worków wypełnionych piaskiem wyjrzały lufy karabinów maszynowych Gungnir. Widząc uległość, z jaką dyrektor Josteinn powitał przybyszów, oraz metodyczną dokładność żołnierzy, Hjarni szybko doszedł do wniosku, że największa przygoda tego lata niekoniecznie przydarzyłaby się na równinach Tingvellir. Złość wnet ustąpiła miejsca ciekawości i Hjarni spędził pół nocy na snuciu domysłów, ku wściekłości żony ignorując płacz niemowlęcia.
9 Hersir (dań.) - oficer
O świcie następnego dnia jak zwykle stawił się przy recepcji, by otrzymać pierwszą porcję poleceń od pana Josteinna. Ku jego zaskoczeniu miast dyrektora hotelu na spotkanie wyszedł hersir Vikingasveitin, który szorstkim tonem nakazał mu ustawić stoły w restauracji w podkowę, a potem zagonić thralli do przygotowywania trunków i lekkich przekąsek. Oficer nie uznał za stosowne udzielić mu żadnych dodatkowych wyjaśnień, a Hjarni nie zdobył się na odwagę, by zacząć pytać. Potulnie przystąpił do pracy, a wtedy dostrzegł, że oprócz pana Josteinna znikła również większość personelu. Hotel "Dimmu Borgir" był niemal całkowicie pusty.
Do pomocy pozostało tylko dwoje przestraszonych starszych Irlandczyków, którzy również świadomi byli nieoczekiwanych zmian i przez pół dnia przyciszonymi szeptami snuli coraz gorsze wizje ich przyszłości. W końcu ciekawość Hjarniego wyparowała, ustępując miejsca niepokojowi. Sam bowiem dostrzegł, że żołnierze w istocie wydają się nieco spięci, a ci, którzy pełnili służbę na zewnątrz hotelu, nie przestają zerkać na drogę prowadzącą z przystani promowej Sey?isfjör?ur. Co więcej, na podjeździe parkowała niewielka półciężarówka z ławeczkami dla pasażerów, a jeden z Irlandczyków zaklinał się na wszystkie świętości, że widział identyczną, jak rusza spod hotelu z grupką ludzi na pace i jedzie ku górom. Krzątający się w kuchni młodzieniec nie miał zamiaru dzielić losu poprzedników. Korzystając z nieuwagi żołnierza stojącego na korytarzu, wymknął się z hotelu tylnym wejściem.
Wtedy serce zabiło mu mocniej po raz pierwszy. Z tyłu "Dimmu Borgir" stało dwóch innych wojskowych z karabinami szturmowymi Kria w dłoniach, lecz obaj patrzyli ku czerwonej limuzynie nadjeżdżającej w tumanach kurzu. Hjarni odmówił w myślach krótką modlitwę do Bragiego, patrona Islandii, i najciszej jak umiał podbiegł do zwojów drutu kolczastego, znalazł między nimi lukę, po czym puścił się biegiem ku najbliższemu wzgórzu, niezatrzymywany przez nikogo.
Gdy był już na szczycie i znieruchomiał między dwoma omszałymi głazami, skąd miał dobry widok na "Dimmu Borgir", drogę i całą okolicę aż po błękitne wody jeziora Myvatn, limuzyna wjeżdżała właśnie do hotelowego garażu, a od Sey?isfjör?ur jechała już kolejna, tym razem czarna. Naraz uświadomił sobie, że być może za moment uda mu się rozwikłać wielką tajemnicę, i serce zabiło mu znowu. Postanowił sobie w duchu, iż nie spuści samochodu z oczu.
W istocie śledził go przez całą drogę, wyłączywszy chwile, gdy wóz niknął za fantastycznymi kształtami skał wulkanicznych, licznych wokół Myvatn. Wkrótce Hjarni rozpoznał markę auta - był to luksusowy magnus, co jeszcze zwiększyło jego ciekawość. W końcu samochód zatrzymał się przed wejściem do hotelu, a wysiadł z niego wysoki człowiek w ciemnym płaszczu i natychmiast wszedł do środka. Młodzieniec nie widział jego twarzy, zdążył tylko zarejestrować, że miał ognistorude włosy splecione w gruby warkocz, a żołnierze przy drzwiach wyprężyli się przed nim na baczność.
"Któż to jest? - pomyślał zdumiony. - Któż by to musiał być, by dla niego opróżniono cały hotel. Mówią, że król Holmgardu Eirik ma włosy czerwieńsze od krwi. Czyżby to on? Na Bragiego i Idunn, nikt mi w to nie uwierzy..."
Pół godziny później przed hotelem zatrzymał się kolejny samochód, tym razem ciemnożółty citroen. Kolejnym nowo przybyłym okazał się niski, przygarbiony lekko mężczyzna z siwiejącymi włosami i równie siwą brodą.
- Na kopyta kozłów Thora, toż to król Danów Gorm... - wyszeptał Hjarni. - Tak go opisywano, nie może być pomyłki...
Następnego przybysza już nie zobaczył.
- A, tuś się schował! - powiedział ktoś pozornie wesołym głosem tuż za jego plecami.
Młodzieniec odwrócił się błyskawicznie. Przerażony ujrzał dwóch żołnierzy Vikingasveitin, którzy stali w nonszalanckich pozach, mierząc w niego z gungnirów.
- Ale ja... Ja tylko... - wyjąkał, lecz bliższy z żołnierzy pokręcił z dezaprobatą głową, podszedł bliżej i brutalnie wykręcił mu ramię.
- Ja tylko co? - zapytał z drwiną. - Ptasich jaj przyszedłeś tu szukać?
- Na co ci to było, chłopcze? - burknął drugi, znacznie poważniejszy. - Wiesz, co teraz będziemy musieli z tobą zrobić?
W jego ręku błysnęły kajdanki. Podszedł bliżej.
- Ale dlaczego... - wyjąkał Hjarni. Trząsł się ze strachu jak osika. - Przecież ja nie zrobiłem nic złego...
- Stocznie Nordveghr i kopalnie Swionii są pełne takich, co to nic złego nie zrobili - syknął żołnierz. - Najbardziej lamentują zaś ci, których na szpiegostwie ujęto. Nie ruszaj się, psiajucho, bo ci mordę obiję.
Szczęknęły obie żelazne obręcze, młodzieniec syknął z bólu i odwrócił się, by raz jeszcze błagać o litość. I wtedy zamarł, bo oto po raz pierwszy miał okazję spojrzeć w oczy żołnierzy. Źrenice ich obu, zarówno tego, który go skuwał, jak i stojącego za nim towarzysza, jarzyły się osobliwym niebieskawym blaskiem. Przerażony, ale zarazem zafascynowany Hjarni miał przez chwilę wrażenie, że w ich źrenicach zatopiono migotliwe kryształki lodu, które obracały się i pląsały, siejąc naokoło tajemniczymi refleksami.
Chwila ta wszakże trwała krótko, bo naraz jeden z żołnierzy uniósł karabin i opuścił kolbę prosto na głowę młodzieńca. I nastała ciemność.
COPYRIGHT ? BY Marcin MortkaCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2007
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-433-0
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
GRAFIKA ORAZ PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
ILUSTRACJE Dominik Broniek
REDAKCJA Marcin Wroński
KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk
SKŁAD Dariusz Haponiuk
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Rozdział pierwszy
Wąsaty konduktor zagwizdał przeraźliwie i koła wielkiej lokomotywy drgnęły. Gęsty tłum wrzeszczących nubijskich sprzedawców, dobijających ostatnich targów z pasażerami wychylonymi z okien, zafalował i rozproszył się po jedynym peronie stacji. Promienie zachodzącego słońca zamigotały na opuszczanej lufie karabinu - kilkunastu mężczyzn z walizkami, głównie Egipcjan w czerwonych fezach, którzy jeszcze przed chwilą z desperacją próbowali się wepchnąć do wagonu, odskoczyło naraz od wejścia. Trzymający broń żołnierz w mundurze armii brytyjskiej, obojętny na sypiące się w jego stronę wściekłe przekleństwa po arabsku, posłał im pogardliwy uśmiech. Któryś z mężczyzn padł na kolana i skrył twarz w dłoniach, a ludzie stojący przy oknach wagonów odwracali głowy, jakby sceny na peronie zupełnie ich nie dotyczyły.
Klęczący Egipcjanin nie poddał się jednak. Niespodziewanie pochwycił walizeczkę i z twarzą wykrzywioną w gniewnym grymasie skoczył ku wejściu do wagonu. Poślizgnął się na rozsypanych daktylach, ale mimo to zdołał wrzucić do środka walizeczkę i chwycić za poręcz przy schodkach. Stojący tam żołnierz zareagował błyskawicznie - bez litości kopnął go w brzuch i skulonego z bólu wypchnął na peron. Następnie wyrzucił walizeczkę, która otworzyła się, a ze środka wystrzeliły ubrania i książki. Inny z żołnierzy wypalił w powietrze. Huk wystrzału sparaliżował kotłujący się tłum. Ruszający z wolna pociąg żegnany był niemymi nienawistnymi spojrzeniami.
- Stać! Stać, do ciężkiej cholery!
Kilku Egipcjan spojrzało za siebie, a wtedy roztrącił ich śpieszący się, spotniały człowiek objuczony ciężkim plecakiem i nieporęcznym futerałem na aparat fotograficzny. Dźwigany na plecach statyw ześlizgnął się i wypadł, lecz biegnący nawet tego nie zauważył.
- Wpuśćcie mnie! - krzyknął raz jeszcze głosem ochrypłym i łamiącym się z wysiłku. - Mam pieniądze! Mam... pieniądze na bilet!
- Oni też mieli! - zaśmiał się żołnierz, wskazując grupkę Egipcjan z walizkami. - Tu nie o pieniądze chodzi, stary, a o miejsce!
- Poczekaj na następny pociąg, o ile jeszcze będzie! - rzucił jego kolega i zapalił papierosa.
- Wpuśćcie mnie! - wychrypiał spóźniony i dopadł poręczy. Pociąg jechał już z szybkością człowieka idącego śpiesznym krokiem i wyczerpany przybysz nadążał z najwyższym trudem. - Wpuśćcie! Nazywam się Jeremy Baldwin, jestem korespondentem wojennym, pracuję dla "The Times"!
- Wracasz pan od generała Dawesa i jego chłopaków z Czternastej Brygady? - z wnętrza wagonu dobiegł inny głos, męski i tubalny.
- Tak! - wykrztusił przybysz.
- Do środka z nim! - rozkazał głos. - Natychmiast!
Obaj żołnierze pochwycili ciężki plecak Baldwina oraz jego aparat z wielką skwapliwością, jakby chcieli tym samym pokryć zażenowanie. Gdy jednak stojący bliżej wyciągnął dłoń, by pomóc biegnącemu dziennikarzowi wskoczyć do jadącego pociągu, dostrzegł ze zdziwieniem, że ten zawraca i podbiega do kopniętego w brzuch Egipcjanina. Zalany łzami tubylec zdążył już wstać i szukał swego fezu, ale Baldwin, bezlitośnie szarpiąc go za brudną marynarkę, pomógł mu wskoczyć na stopnie kolejnego wagonu. Sam dołączył do niego kilka sekund później, tuż przed końcem peronu.
- Czemu żeś pan go tu wciągnął? - zapytał zdumiony żołnierz, wskazując Egipcjanina, który skulił się pod ścianą, obrzuciwszy wcześniej swego wybawcę wzrokiem pełnym wdzięczności.
- Żebyś miał o czym myśleć - warknął zdyszany Jeremy i dopiero wtedy pozwolił sobie na westchnienie ulgi. Nieświadom dziesiątek wbitych w siebie spojrzeń, przymknąwszy oczy, opadł na podłogę tuż obok nieznajomego Egipcjanina.
Baldwin był mężczyzną w średnim wieku, silnym i barczystym, a szramy na brudnych, drżących z wysiłku dłoniach zdradzały, iż ongiś nie uchylał się od ciężkiej pracy. Już na pierwszy rzut oka znać było, że przez ostatnie dni przeszedł gehennę, która złamałaby niejednego silniejszego człowieka. Rzadkie, przydługie już włosy były skudlone i poszarzałe od pyłu, a skóra ogorzała, wysmagana pustynnym wiatrem i torturowana prażącym słońcem. Podobne świadectwo wystawiało mu również ubranie - brudna, przepocona koszula khaki oraz rozdarte w kilku miejscach, poplamione spodnie. Na twarzy wypisane miał skrajne znużenie, lecz coś w jej wyrazie mówiło, iż jest to jedynie stan przejściowy. Gdy otworzył oczy - jasnoniebieskie, choć przybladłe ze zmęczenia - wpatrujący się weń podróżni ujrzeli w nich błysk charakterystyczny dla ludzi złośliwych i ironicznych.
- Napije się pan wody, panie Baldwin? - spytał jeden z żołnierzy.
Jeremy kiwnął głową, przyjął manierkę i wypił kilka łyków niesmacznej, ciepławej cieczy, po czym otarł usta i spojrzał przed siebie. Stwierdzenie, że w wagonie brakowało miejsca, rozmijało się z prawdą - istotnie zajęto wszystkie miejsca siedzące, ale w przejściu między nimi, a także między samymi siedzeniami, zwróconymi ku sobie celem ułatwienia podróżnym konwersacji, zmieściłoby się jeszcze wielu ludzi.
"Oczywiście nie chodziło im o to, że miejsca brakuje, lecz by pozostało go jeszcze należycie dużo - pomyślał z ironią, przyglądając się wpatrzonym weń uciekinierom z Asuanu. - Moi rodacy nawet uciekać muszą z wygodami".
Upił jeszcze łyk, zakorkował manierkę i rzucił ją Egipcjaninowi, po czym wstał, spoglądając na oddalające się zabudowania miasta rozedrgane w gorącym powietrzu. Znad leżącej pośrodku nurtu Nilu wyspy Elefantyna wzleciało stado rozkrzyczanych czapli, które przemknęły nad trójkątnymi żaglami ostatnich feluk uwożących uciekinierów ku wciąż bezpiecznej północy. Przez oblicze korespondenta raz jeszcze przemknęła ulga, lecz zacisnął zęby i wolno ruszył między rzędami siedzeń, łapiąc się oparć, gdy tylko wagon zachybotał na wadliwie ułożonej szynie. Wśród pasażerów widział głównie kobiety, od sędziwych matron po kilkunastoletnie dziewczęta, lecz dostrzegł również kilku mężczyzn, bez wątpienia miejscowych przedsiębiorców. Wszyscy oni, bez względu na płeć, śledzili każdy jego krok, a w ich spojrzeniach ciekawość mieszała się z niepokojem, a także lekkim niesmakiem.
"No tak, przecież ja cuchnę - pomyślał. - Cóż za nietakt".
Idąc między fotelami, dostrzegł majora z prawą ręką na temblaku - zapewne tego, który kazał wpuścić go do wagonu. Wojskowy siedział dumnie wyprostowany, z nieruchomą twarzą, w ciemnych okularach na nosie i patrzył przed siebie. Po jego lewej stronie korespondent zauważył zaskakująco urodziwą, odzianą w białą sukienkę damę, która wsunęła dłoń pod zdrowe ramię oficera. Uśmiechnęła się do Jeremy'ego nieśmiało, a ten skłonił lekko głową obojgu. Kobieta odpowiedziała dystyngowanym ukłonem, ale oficer nawet nie drgnął.
- I jak sytuacja na pograniczu? - zapytał niespodziewanie, wciąż nie odwracając głowy.
Nim do Baldwina dotarło, że major nie widzi, odruchowo pokiwał głową. Przystanął i oblizał suche wargi.
- Źle - powiedział krótko. - Dawes złożony malarią, jego ludziom kończy się amunicja. Dobrze robicie, uciekając z Asuanu.
Nagle dostrzegł skrawek wolnego siedzenia tuż obok postawnej damy, której wspaniała fryzura zupełnie nie pasowała do kwadratowej szczęki i warg wydętych w nieładnym uśmiechu.
- Wybaczy pani - mruknął i nie zważając na jej protesty, ciężko opadł na siedzenie.
Ledwie zamknął oczy, a natychmiast osaczyły go skrawki trujących wspomnień obudzonych pytaniem kalekiego żołnierza. Znów usłyszał oszczędny grzechot ostatnich karabinów maszynowych Bren, znów czuł palące słońce wysysające resztki wilgoci z ciał słaniających się żołnierzy, znów widział drobne sylwetki wrzeszczących derwiszy na zboczach wydm i trupio bladą twarz wstrząsanego dreszczami Dawesa. Szczęściem wnet pochłonęły je ciemności zbawczego snu.
Gdy ponownie otworzył oczy, nabrzmiałe czerwienią słońce chyliło się już ku zachodowi, a palmy skupione w rzadkich zagajnikach po obu stronach torów rzucały długie, rozciągnięte cienie. W wagonie trwała właśnie ożywiona dyskusja, zupełnie jakby zwiększająca się odległość od granicy sudańskiej dodawała uciekinierom coraz więcej odwagi. Prym w rozmowie wiódł mówiący z arystokratycznym akcentem mężczyzna siedzący przy oknie po lewej stronie.
- A wszystko to przez ową niefrasobliwą pobłażliwość naszego rządu! - grzmiał. - Od zawsze mówiłem, że oddanie władzy tym Egipcjanom niczym dobrym się nie skończy! Gardłowałem za zbrojną interwencją, za ogłoszeniem statusu kolonii i wprowadzeniem większej ilości wojska, ale gdzież tam! Zarówno Chamberlain, jak i jego znakomici poprzednicy byli głusi na logiczne argumenty. Boże miłosierny, jestem ostatnim człowiekiem, który by nakłaniał do brania przykładu z tych Francuzów, ale zwróćcie państwo uwagę, że zarówno w Luizjanie, jak i koloniach w południowym Lyonesse mają wzorowy porządek. Zresztą gdzie tu daleko szukać! Nawet ci przeklęci, zaprzedani diabłu Normanowie trzymają czarnych krótko przy pysku, a gdy ci zaczynają wierzgać, bez wahania walą po mordach. I mają spokój, moi państwo, mogą podróżować po kraju bez obaw o swe zdrowie czy życie. A co u nas? Pilnujemy tego Sudanu do spółki z Egipcjanami, bacznie uważamy, by przypadkiem się przy tym nie pobrudzić czy nie naruszyć umów międzynarodowych, a w międzyczasie ci cholerni tubylcy ostrzą sobie noże na swych białych panów! No i doczekaliśmy się kolejnej rebelii, moi państwo! Trzeba było ich albo zawczasu wyplenić, albo wybić im z głów tę buntowniczość.
Jeremy otworzył oczy i zerknął w bok. Mówiący był opasłym, łysiejącym człowiekiem w mundurze pułkownika. Co rusz przygładzał bujne bokobrody schodzące aż do tłustego podwójnego podbródka, przecierał też nerwowo zwilgotniałą od potu łysinę. Gdy zakończył swą tyradę, westchnął ciężko i zwrócił się ku oknu oraz mijanym zagajnikom palmowym.
- A jakże by pan chciał ich nauczyć moresu, pułkowniku Donahue? - zapytała uprzejmie któraś z dam, lecz Baldwin miał wrażenie, że dosłyszał w jej głosie nutkę sarkazmu.
- Co? - sapnął otyły wojskowy. - Jak to "jak", droga pani? Przede wszystkim to trzeba było żadnych umów nie podpisywać! Żadnej niezależności dla Egiptu, żadnego kondominium sudańskiego, nic z tych rzeczy! Trzeba było ustanowić rządy gubernatorskie, a potem rozsiać po kraju silne garnizony, odebrać tubylcom wszelką broń i wyłapać tych co sprytniejszych, by dla przykładu paru z nich obwiesić. A potem sprowadzić misjonarzy. Tak, droga pani, wytrwałych misjonarzy z darem przekonywania.
- Ich dar przekonywania miałby być oczywiście wspierany przez zbrojne eskorty? - ciągnęła dama. Jeremy kątem oka zauważył, że była to towarzyszka niewidomego majora.
- Słowa do tych dzikusów trafiają z opóźnieniem lub zgoła wcale. - Donahue zmarszczył krzaczaste brwi. - Droga pani, my nie jedziemy na wycieczkę do Kairu, ale uciekamy przed rebelią w Sudanie! Już pani zapomniała? Od czasu stłumienia powstania Mahdiego próbujemy Sudańczykom wytłumaczyć, na czym polegają dobrodziejstwa cywilizacji, i gdy już mamy wrażenie, że udało się ich przekonać, ci ponownie chwytają za broń. Tak, droga pani, przydałbym misjonarzom zbrojne eskorty. Dla dobra cholernej sprawy.
- Nie przeklinaj, Donahue - odezwał się surowo major o nieruchomej twarzy. - Damy słuchają.
- Prawo do samostanowienia... - zaczęła jego towarzyszka, ale pułkownik niepomny ostrzeżenia wybuchnął bełkotliwym śmiechem bez cienia wesołości.
- Toż to wierutna bzdura! - zawołał. - Doprawdy prawo do samostanowienia to chyba największa, a przy tym najbardziej niebezpieczna bzdura, jaką można było wymyślić w Imperium Brytyjskim. Zupełnie jakbym słuchał przemów jaśnie oświeconego Jego Katolickiej Mości króla Jerzego albo czytał nędzne wypociny tych wszystkich pismaków, przed którymi ostatecznie ugiął się rząd w sprawie ustanowienia kondominium sudańskiego.
Słowom Donahue towarzyszyło pogardliwe machnięcie dłonią w kierunku korespondenta, który naraz poczuł, że nie może dłużej milczeć.
- Nikt nie jest w stanie ujarzmić tych plemion - powiedział cicho, lecz dobitnie. Gwar rozmów w wagonie naraz ucichł. - Nawet pan, pułkowniku.
- Bredzisz pan - głos starego żołnierza ociekał pogardą. - Mój ojciec służył w 21. Pułku Lansjerów i szarżował na tych drani pod Omdurmanem...
- Na pana miejscu nie chwaliłbym się tym tak bardzo - przerwał mu niespodziewanie niewidomy major. - O ile dobrze pomnę, sporo naszych zginęło podczas tej szarży, a straty mahdystów okazały się niewspółmiernie nikłe. Całą bitwę wygraliśmy zaś tylko dzięki karabinom maszynowym Maxima, artylerii i wsparciu ogniowemu kanonierek na Nilu, na co mahdyści, tradycyjnie chcący rozstrzygnąć starcie w walce wręcz, remedium nie znali.
- O co wam wszystkim chodzi, na litość boską! - uniósł wysoko brwi Donahue. - Mahdyści to, mahdyści tamto, niezwyciężeni, uciskani, gnębieni... Czyżbyście już zapomnieli, że właśnie przed nimi uciekamy? Nie pamiętacie już, że być może właśnie teraz te nieszczęsne łajdaki dobijają resztki brygady dzielnego generała Dawesa, a jutro być może dotrą na brzeg Kanału Sueskiego? A wszystko tylko dlatego, że naraz objawił się wśród nich kolejny cholerny prorok, którego nie było stać nawet na wymyślenie sobie nowego imienia!
- Mahdi to nie imię - zauważył ktoś inny, siedzący po tej samej stronie wagonu co Jeremy. Dziennikarz wyciągnął szyję i ujrzał młodego mężczyznę w podniszczonym mundurze RAF-u. Lotnik siedział wygodnie ze wzrokiem utkwionym w książce i co rusz poprawiał włosy opadające mu na czoło. Zarówno rysy twarzy, jak i maniery wskazywały na szlachetne urodzenie, co nie było niczym dziwnym, gdyż w siłach powietrznych Wielkiej Brytanii, uważanych za najbardziej elitarną z formacji, starannie wystrzegano się parweniuszy.
- Co znowu? - warknął Donahue.
- To nie imię - powtórzył młody oficer i zamknął książkę. Promienie zachodzącego słońca odbiły się w złoconych literach na okładce: "Christabel by Samuel Taylor Coleridge", jak przeczytał Jeremy. Lotnik dokończył: - Mahdi to tytuł proroka islamu, a oznacza "prowadzony przez Boga".
- I to dlatego nie ma na tym świecie siły, która mogłaby ujarzmić plemiona sudańskie - odezwał się dziennikarz. - Ich bronią nie są bowiem noże czy karabiny, ale wiara, niewzruszona, żelazna wiara w to, że prowadzący ich prorok mówi głosem Allacha. I dla pana informacji, Donahue, bardzo się niepokoję powstaniem derwiszów. Tym bardziej że widziałem ich w boju.
- Czy to prawda, że pożerają chrześcijan? - spytała któraś z dam.
Dziennikarz zagryzł wargę.
- Nie, droga pani. To Papuasi, ale od tych dzieli nas spory szmat drogi - odparł uprzejmie. Młodziutka dziewczynka siedząca tuż za nim parsknęła głośnym śmiechem, lecz ucichła zganiona przez piastunkę.
- W BBC mówiono, że generał Wavell organizuje posiłki dla oddziałów Dawesa - powiedział niewidomy oficer. - Przesunął na południe pozostałe brygady 8. Dywizji Piechoty, a z Anglii płyną już konwoje z posiłkami i zaopatrzeniem.
- Tak, i to jest odpowiedź na te pańskie groźby o ich proroku, panie... panie...
- Baldwin - podpowiedział Jeremy.
- Właśnie, panie Baldwin - zaśmiał się tryumfalnie Donahue. - Tak powinna wyglądać nasza odpowiedź! Broń maszynowa! Czołgi! Samoloty! Dzięki nowoczesnym technologiom rozgnieciemy tych dzikusów na miazgę!
- Zapewniam pana, że te dzikusy mają broń maszynową, i to całkiem sporo - zgasił jego entuzjazm młody oficer RAF-u. Mówił spokojnym, wyważonym głosem, lecz Jeremy odniósł wrażenie, iż z trudem panuje nad emocjami.
- W tych mądrych książkach żeś pan to wyczytał? - parsknął otyły pułkownik.
- Wykonywałem loty rozpoznawcze dla Dawesa na rozklekotanym lysanderze. - Pilot spojrzał mu prosto w oczy. - Przedwczoraj przeleciałem zbyt blisko bandy plądrującej nasz garnizon na pograniczu sudańskim. To cud, że w ogóle posadziłem samolot.
- Mój Boże! - westchnęła siedząca naprzeciwko niego matrona i obrzuciła go spojrzeniem pełnym niedowierzania, lecz młody człowiek zdążył już powrócić do lektury.
- Mahdyści postępują błyskawicznie - dorzucił Jeremy, wpatrując się w mijane palmy. - Wielu wojskowych, w tym sam generał, twierdzi, że działają oni wedle jakiegoś odgórnego planu, nie tak jak sześćdziesiąt lat temu. Zanim konwoje z Anglii dotrą do Aleksandrii, zajmą już pewnie połowę Egiptu i wybrzeże Kanału Sueskiego. Czeka nas długa, uciążliwa i niezwykle krwawa wojna.
Ostatnie słowa zabrzmiały niezwykle złowieszczo i w wagonie zapadła całkowita cisza przerywana jedynie stukotem kół pociągu. Z zamyślenia wyrwał dziennikarza gwizd lokomotywy, który zagłuszył wściekłe przekleństwo Donahue.
- Dość tego! - burknął łysy pułkownik, wstając ociężale z zajmowanego przez siebie miejsca i ocierając spotniałe znów czoło. - Poszukam sobie innego wagonu, gdzie miast bajek o żelaznym wilku będę mógł posłuchać czegoś konstruktywnego. Do widze...
Niespodziewanie szyba, przy której stał, rozprysła się w drobny mak, obsypując go deszczem odłamków. W ułamek sekundy później pociąg zaczął gwałtownie hamować.
Nawet przeraźliwy zgrzyt hamulców nie był w stanie zagłuszyć wrzawy, która wybuchła w wagonie. Donahue stracił równowagę i z okrzykiem przerażenia przygniótł siedzącą obok niego damę. Kilka osób spadło na podłogę lub runęło na sąsiadów siedzących naprzeciwko, wokół waliły się z półek walizki i kufry, ktoś z przerażeniem oglądał swe zakrwawione dłonie. Wrzaski paniki oraz bólu przeplatały się z przekleństwami, a także coraz głośniejszymi wołaniami o pomoc.
Naraz pociąg stanął i Jeremy mógł wreszcie uwolnić się od krzyczącej piskliwie starszej pani, na którą rzuciła go siła ciężkości. Zgrzyt hamulców ucichł, a przerażeni, oszołomieni ludzie jęli wstawać na nogi i rozglądać się niepewnie wokół siebie.
- Na wszystkie świętości, dlaczego my stoimy?! - wykrzyknął jakiś starzec, próbując zrzucić przygniatającą go walizkę.
- Na litość boską, czyżby to koniec świata? - wołała któraś z podróżnych, niemłoda kobieta w sukni przybrudzonej od upadku, tocząc wokół półprzytomnym spojrzeniem.
Wtedy szyba rozprysła się całkowicie, a dama z okrzykiem bólu upadła na podłogę i znieruchomiała. Na materiale jej sukni szybko rosła plama krwi.
- O Boże... - wyszeptał Baldwin. - Lekarz! - wykrzyknął, zrywając się na równe nogi. - Czy jest tu jakiś lekarz?
Rzut oka przez roztrzaskane okno uświadomił mu, że za chwilę lekarz nie przyda się ani rannej kobiecie, ani nikomu z podróżnych. Najpierw dostrzegł długie cienie spływające w dół zboczy wydm, a potem wciąż drobne sylwetki jeźdźców na wielbłądach, wyraźnie odcinające się od ciemniejącego szybko nieba. Przez odgłosy zamieszania przebiły się ich tryumfalne okrzyki i niemrawa jeszcze palba karabinowa.
- Zasadzka! - Ktoś w zdemolowanym wagonie dostrzegł to samo co on. - Mahdyści!
Następne wydarzenia potoczyły się z prędkością lawiny. Któryś z derwiszy wystrzelił czerwoną racę i runął w dół zbocza, a za nim cała banda rozmazana w promieniach zachodzącego słońca. Jeden z żołnierzy stanowiących eskortę pociągu przypadł do okna, lecz potrącił go purpurowy na twarzy pułkownik Donahue, z wysiłkiem wlekący swój kufer w stronę drzwi.
- Derwisze! - ryczał. - Uciekajcie!
Jego krzyki zaalarmowały resztę pasażerów, którzy natychmiast rzucili się ku wyjściu. Niektórzy nie chcieli zostawić bagaży, przez co powstał tym większy ścisk. Nikt nie zwracał uwagi na kobiety, dzieci czy starców, ludzie z poczerwieniałymi z wysiłku twarzami parli naprzód, torując drogę łokciami i kolanami. Ktoś roztrzaskał kolejne okno i wyskoczył na zewnątrz, rozcinając sobie przy tym nogę o tkwiący w ramie kawałek szyby.
Jeremy tknięty złym przeczuciem spojrzał przez okno po przeciwnej stronie wagonu.
- Czyś pan rozum postradał, Donahue?! - wrzasnął, próbując przekrzyczeć przerażony tłum walczący o drogę na zewnątrz. - Przecież oni wystrzelili racę! To na pewno znak dla innych! Po drugiej stronie czeka kolejna horda!
- Daj mu pan spokój, Baldwin - rzucił młody pilot, który wsunął książkę w kieszeń spodni i przyklęknął przy oknie z pistoletem Webley w garści. Był blady jak ściana, jego głos lekko drżał, ale wydawał się panować nad sobą. - Jak chce pieszo uciekać przed jeźdźcami pustyni, droga wolna.
Galopujący mahdyści byli coraz bliżej, niektórzy próbowali już strzelać z rozkołysanych grzbietów wielbłądów. Żołnierze eskorty, zdenerwowani, z błyszczącymi oczyma, odpowiedzieli ogniem - kilku mahdystów spadło z siodeł, łopocząc dziko szatami. Zbity tłum przy drzwiach nagle zafalował, przerażeni pasażerowie odskoczyli do tyłu, tratując siebie nawzajem. Któryś z nich padł na kolana i zaczął głośno śpiewać psalm trzęsącym się głosem.
Dziennikarz raz jeszcze spojrzał za siebie i zrozumiał, że się nie pomylił.
W kierunku Donahue, który zdołał już odbiec kilkadziesiąt metrów od wagonu, galopował jeździec na wielbłądzie. Stary żołnierz upuścił kufer i jął gmerać przy kaburze pistoletu, nie przestając ciskać obelg, jednakże derwisz był szybszy. Szeroki sudański miecz odbił rdzawe promienie słońca i rozłupał czaszkę pułkownika, a gdy poderwał się ponownie w górę, siejąc gradem krwawych kropel, Donahue opadł miękko na piasek. Mahdysta wrzasnął tryumfalnie, a okrzyk powtórzyło kilkunastu jeźdźców pędzących w ślad za nim. Ich ciemne, postrzępione szaty falowały niczym skrzydła pustynnych sępów.
- Po drugiej stronie! - wrzasnął Jeremy. Jeden z żołnierzy zdezorientowany uniósł głowę, lecz w tej samej chwili padł trafiony przypadkową kulą. Jego krew chlusnęła prosto na twarz czołgającej się starszej damy, która rozpaczliwie próbując ją zetrzeć, zaczęła histerycznie krzyczeć. Pilot wychylił się za okno i opróżnił cały magazynek pistoletu w najbliższych derwiszy. Blask wystrzału opromienił jego twarz - bladą, spotniałą, z mocno zaciśniętymi ustami.
Nie odstraszyło to jednak nacierających, którzy niemal jednocześnie przypadli do obu ścian pociągu. Zatrzymywali ryczące chrapliwie wielbłądy tuż przy wybitych szybach i strzelali bez litości do szukających schronienia pasażerów, a inni zeskakiwali już z grzbietów wierzchowców, by wedrzeć się do wnętrza wagonów z nożami i mieczami. Dzikie wrzaski po arabsku oraz wystrzały z karabinów całkiem zagłuszyły okrzyki przerażenia czy wołania o pomoc.
Jeremy pochwycił porzucony karabin, wycelował niewprawnie i nacisnął spust. Napastnik w zakrwawionym burnusie, który właśnie przetrząsał otwartą walizkę, zatoczył się i złapał za ramię zaskoczony nagłym bólem. Dostrzegłszy dziennikarza, wyszarpnął zza pasa nóż, szczerząc dziko zęby. Baldwin przez sekundę, dwie zmagał się z opornym zamkiem, próbując przeładować, lecz w końcu w ostatniej chwili upuścił broń i odtoczył się w bok. W tym momencie tuż za plecami usłyszał głośny huk. Derwisz charknął, rzygnął krwią i padł jak długi.
Korespondent nie pozwolił sobie ani na chwilę ulgi. Chciał się poderwać i znów chwycić za porzucony przed momentem karabin, lecz niespodziewanie drogę zagrodził mu uratowany w Asuanie Egipcjanin. Nieznajomy przykucnął przy nim, podrzucił do ramienia starą, przykurzoną strzelbę, ani chybi wyszarpniętą któremuś z napastników, i znów wypalił.
Kolejny mahdysta spadł z wielbłąda, lecz inni ani myśleli ustąpić. Kule z ich broni rwały tapicerkę siedzeń, masakrowały boazerię i szarpały ludzkie ciała, w większości nieruchome. Niewidomy major zacisnął dłonie na szyi któregoś z napastników, broniąc mu dostępu do swej towarzyszki, śmiertelnie bladej, lecz nadal wprawnie przeładowującej pistolet, gdy inny doskoczył doń od boku i ciął szerokim kindżałem. Kule kobiety oraz pilota RAF-u przeszyły go o ułamek sekundy za późno - oficer walił się już na podłogę, brocząc obficie krwią z rozdartego ramienia.
- Oliver! - krzyknęła histerycznie kobieta i skoczyła, by osłonić go własnym ciałem.
Do wagonu wdarło się kilku kolejnych derwiszy, dobijając rannych i przetrząsając bagaże w poszukiwaniu kosztowności. Dwóch zginęło powalonych celnymi strzałami Egipcjanina oraz młodego pilota. Wstrząśnięty dantejskimi scenami Jeremy również uniósł broń, lecz ręce mu drżały, tak że nim zdołał zgrać szczerbinkę z rozkołysaną muszką, bandyci zdążyli porwać kilka toreb i zniknąć.
I wtedy gęstniejący z wolna mrok rozpędził rozbłysk strzelającego serią pistoletu maszynowego.
Seria była cicha, przytłumiona, a wystrzały bardziej przypominały dudnienie aniżeli trzaski, lecz płomień wylotowy był jasny i wręcz oślepiający. Rozświetlani co ułamek sekundy derwisze wydawali się uczestniczyć w szaleńczym tańcu ognia, kolejnym, który miał uwolnić ich od ułomności ludzkich ciał, a dusze przybliżyć do Allacha. Czas nagle wydawał się płynąć niezwykle wolno i minęły trzy, może nawet cztery rozbłyski, nim Baldwin odwrócił głowę, by dostrzec strzelającego.
- Jalla, jalla 1! - wrzeszczał derwisz w czarnym turbanie, który usiłował opanować swego wielbłąda kilkanaście metrów za linią walczących.
1 Jalla (arab.) - szybciej
Broń trzymał wzniesioną ku ciemniejącemu gwałtownie niebu i co rusz puszczał serię ku coraz śmielszym gwiazdom. Rozbłyski płomienia wylotowego odbijały się na stali lufy. Oniemiały Jeremy nie mógł spuścić z niej oczu.
"Pistolet maszynowy - pomyślał. - Taki jak wtedy..."
Niespodziewanie odgłosy wystrzałów ucichły, a nadal wrzeszczący mahdyści poczęli wdrapywać się na grzbiety wielbłądów, w większości objuczeni łupami. Wkrótce ciemności spowijające wydmy pochłonęły ostatnich jeźdźców, a w zdemolowanych wagonach pociągu nastała grobowa cisza przerywana z rzadka jękami rannych lub szlochem nielicznych ocalałych. Młody pilot upuścił pistolet i wymiotował w kącie odwrócony plecami. Gdzieś huczały coraz śmielsze płomienie.
- Jest pan cały?
Egipcjanin musiał powtórzyć to pytanie jeszcze trzy razy, nim dziennikarz wreszcie się ocknął i spojrzał na niego przytomniej.
- Co? - wyjąkał. - Tak, chyba tak. Boże, dzięki za ten strzał. Chyba jestem pańskim dłużnikiem.
Wokół zapadały już ciemności, ale w blasku nieodległych płomieni dostrzegł, że drobną, pomarszczoną twarz Egipcjanina rozciąga szeroki uśmiech.
- W Asuanie zrobił pan dla mnie o wiele więcej - powiedział nieznajomy. Mówił po angielsku z twardym arabskim akcentem. - Mam na imię Selim, efendi 2.
2 Efendi (arab.) - panie
- A ja Jeremy. - Korespondent potrząsnął głową, próbując odzyskać przytomność myślenia, po czym rozejrzał się w poszukiwaniu swego plecaka. - Jeremy Baldwin. Cóż, Selim, to była krótka znajomość, ale i tak nigdy jej nie zapomnę. Pamiętasz, gdzie złożyłem swoje rzeczy?
- Tam, przy wejściu, efe... Jeremy znaczy się.
Dziennikarz ruszył we wskazanym kierunku. Potykał się o porozrzucane kufry i strzaskane fragmenty siedzeń, a czasem również o zakrwawione, zesztywniałe już ciała wpatrzone weń szklistymi, niewidzącymi oczami. Niespodziewanie ogarnął go zimny, całkowicie irracjonalny lęk przed nadepnięciem na któreś z nich i gdy dotarł na sam koniec wagonu, aż drżał z napięcia. Jego plecak, przygnieciony ciałem trafionego kilkunastoma kulami żołnierza, wydawał się nienaruszony, natomiast aparat fotograficzny zniknął bez śladu.
- Niech to licho! - zaklął bezradnie Jeremy, po czym wyszarpnął spod trupa plecak, zarzucił go sobie na plecy i zeskoczył na piasek pustyni.
- Wybiera się pan gdzieś, Baldwin? - usłyszał za sobą.
Odwrócił głowę. W wejściu do wagonu stał młody pilot z pistoletem w dłoni. Był wciąż blady, lecz już przezwyciężył wcześniejszą słabość. Całkiem zwyczajnym, nieprzystającym do sytuacji gestem odgarnął niesforny kosmyk włosów z czoła i uśmiechnął się lekko.
- Tak - mruknął dziennikarz. - Ale nie powinno to pana specjalnie interesować, panie...
- Oswald. Terrence Oswald. - Pilot zeskoczył na piasek i stanął tuż obok niego. - Dlaczego nie powinno mnie to interesować? Czyżbyśmy nie jechali na tym samym wózku?
- Owszem. - Jeremy przygryzł wargę i spojrzał na podziurawiony kulami, nieruchomy pociąg i martwą lokomotywę, z której komina sączył się rzedniejący jasny dym. Z okien jednego z wagonów buchały coraz żywsze płomienie, ogarniając już dach. Dwoje ludzi, pomagając sobie nawzajem, ostrożnie zstępowało po schodkach na piasek, ktoś inny klęczał i modlił się ku niebu, na którym migotały już pierwsze gwiazdy. Jęki rannych i wołanie o pomoc były coraz głośniejsze.
- Owszem - powtórzył, szczękając lekko zębami. Wraz z nadejściem zmierzchu temperatura spadała równie szybko, jak napięcie po starciu. - Dobrze, powiem panu, Oswald. Ruszam w ślad za tymi derwiszami.
- Dlaczego? - zdumiał się pilot. - Powinniśmy chyba...
- Tak - odparł zniecierpliwiony Baldwin. - Powinniśmy pomóc tym nieszczęśnikom, wiem. Przykro mi, ale ja się do tego nie nadaję. Ci ludzie potrzebują lekarza albo księdza, ja natomiast nie jestem ani jednym, ani drugim. Jestem natomiast korespondentem wojennym i powiem panu to: zostaliśmy zaatakowani przez liczną, dobrze uzbrojoną bandę mahdystów jakieś dwieście mil od Asuanu i prawie dwieście pięćdziesiąt mil od pozycji oddziałów Dawesa. Czyli w miejscu, gdzie przynajmniej nominalnie kontrolę sprawuje rząd Egiptu oraz wojska Wielkiej Brytanii. Nie dziwi to pana?
- Dziwi. I to bardzo - rzekł Oswald. - Chciałby pan udać się w ślad za nimi?
- Tak - zacisnął zęby dziennikarz i odwrócił wzrok.
- Odważny z pana korespondent, Baldwin. Ale to zadanie raczej dla wyszkolonego zwiadowcy. Mam nadzieję, że starczy panu odwagi również na to, by choć trochę pomóc tym ludziom?
- Mówiłem już, że...
- Wiem. Ale oprócz księdza i lekarza ci ludzie potrzebują również kilku silnych mężczyzn do ściągnięcia pni, którymi mahdyści zatarasowali torowisko - zauważył lotnik. - Jak już to załatwimy, chętnie wybiorę się z panem.
- Pan, Oswald?
- Już mówiłem. To zadanie dla zwiadowcy.
Rozdział drugi
Martin Stockton, zastępca redaktora naczelnego "The Times", miał irytujący zwyczaj pieczołowitego gaszenia papierosów. Kręcenie petem w czubatej popielniczce pochłaniało go całkowicie i sprawiało, że zupełnie zapominał o swym rozmówcy. Jeremy Baldwin zwykle reagował wówczas pełnym zniecierpliwienia westchnieniem, ale teraz nawet nie drgnął, skuty lodowatym, obcym strachem. Z udawanym zainteresowaniem omiótł wzrokiem rzędy dyplomów i oprawionych wycinków prasowych na ścianie.
- Rzecz w tym... - podjął Stockton cichym, chrapliwym głosem nałogowego palacza. - Rzecz w tym, Baldwin, że nie mamy nikogo innego.
- Chcesz, bym ci współczuł, Stockton? - parsknął Jeremy. Doprawdy nie wiedział, skąd bierze się w nim odwaga, by tak bezczelnie odpowiadać. Obserwowana kątem oka rozmyta postać zastępcy redaktora wydawała mu się tchnąć grozą niczym jadowity pająk gotowy do skoku. - Słuchaj, przyszedłem tutaj osobiście tylko dlatego, że jesteś upartym, namolnym sukinsynem, któremu nie wystarczy odmowa przesłana pocztą i będzie dręczył do upadłego.
- Dziękuję, że dałeś mi taką szansę - rzekł zastępca naczelnego bez cienia ironii. Jego głos huczał niczym dzwon. - Bo ja też cię szanuję. Bardziej, niż myślisz. Zrozum, mało kto z młodego pokolenia naszych korespondentów nadaje się do misji tego typu, a pech chciał, że nawet najlepsi nie mówią ani słowa po arabsku.
- To, że znam arabski, jest akurat waszą wątpliwą zasługą, Stockton - przerwał mu Baldwin. - Nie wykorzystuj tego faktu jako argumentu, bardzo cię proszę. I daj mi spokój. Zasiedziałem się w mieście, nie nadaję się już do szaleńczych wypraw, a poza tym naprawdę wkurzają mnie Arabowie. Nawet bardziej niż ty sam, a o to trudno.
- Wiem, że czujesz do nas urazę. - Zastępca naczelnego zdjął okulary w grubej rogowej oprawce i zaczął wycierać szkiełka o mankiet niezbyt czystej koszuli. Jeremy znów odwrócił głowę, nie chciał spojrzeć mu w oczy. Bał się coraz bardziej, choć nadal nie wiedział czego.
- Pamiętaj jednak, że poruszyliśmy niebo i ziemię, by cię stamtąd wydostać - zauważył grobowym głosem Stockton.
- Rok, osiem miesięcy i dwanaście dni - wycedził Baldwin. "Boże, przecież bezczelność mnie przed niczym nie uchroni - myślał z paniką - przecież i tak jestem skazany". - Sięgnij no, Stockton, do słownika idiomów i poszukaj jakiejś bardziej adekwatnej frazy. Może "ruszać się jak mucha w smole"?
- To wszystko wina rządu, a ściślej mówiąc, naszego ambasadora w... - zaczął zastępca naczelnego, lecz machnął ręką, wcisnął kolejnego papierosa w fifkę i zapalił. Jego twarz na moment zatonęła w niebieskawych pasmach dymu. - Nieważne. Masz prawo nas nienawidzić. W każdym razie w Sudanie pojawił się kolejny Mahdi, który wszczął powstanie przeciwko Egiptowi i Wielkiej Brytanii, a ja potrzebuję doświadczonego korespondenta wojennego, który uda się w tamten rejon i przedstawi naszym czytelnikom pełny, obiektywny obraz rozwoju wydarzeń. Ile wynosi twoja cena, Baldwin?
- Rok, osiem miesięcy i dwanaście dni - powtórzył Jeremy. - Tyle życia jest mi winien "The Times".
- Jerry, musisz rozważyć moją propozycję. Zapytam cię jeszcze raz: ile chcesz?
- Na litość boską, Stockton! - Baldwin podniósł się gwałtownie i jednym szarpnięciem zdjął palto z wieszaka. "Uciekaj!" - krzyczała w nim jakaś myśl. - Nie pracuję już dla "The Times"! Jestem malarzem, a wycieczki do ogarniętych wojną krajów arabskich pozostaw tym, którzy mają jeszcze złudzenia co do opiekuńczej polityki naszego rządu.
- Tysiąc pięćset funtów - powiedział zastępca redaktora naczelnego cicho niczym diabeł szepczący do ucha mordercy.
Dłoń Jeremy'ego szarpała za klamkę drzwi gabinetu, lecz ta nie ustępowała.
- No dobra, niech ci będzie - syknął rozpromieniony Stockton. - Dwa tysiące. I honoraria, rzecz jasna. Niech cię kule biją, Baldwin, zawsze umiałeś się targować!
Przebudzony Jeremy usiadł gwałtownie i skrył twarz w dłoniach, nie otwierając oczu. Drżał na całym ciele, a kropelki zimnego potu stygły szybko na jego czole i szyi. Ze wszystkich koszmarów, które dopadły go po ostatniej wyprawie dziennikarskiej, ten właśnie zawsze wywoływał w nim największe przerażenie - tym bardziej teraz, gdy byli tak blisko miejsca, gdzie zaczęła się jego gehenna.
W końcu przetarł czoło i ostrożnie rozchylił powieki, po czym znów je zamknął, oślepiony jasnością bijącą od wejścia. Mrugnął kilkakrotnie, potrząsając przy tym głową, i dopiero po chwili zaczął wyodrębniać szczegóły ciemnego wnętrza. Dostrzegł też sylwetkę Oswalda siedzącego wygodnie przy framudze i czytającego swą książkę. Młody pilot skinął przyjaźnie w jego stronę i wrócił do lektury. Wiatr na zewnątrz pogwizdywał cicho, drobinki piasku szeleściły, tocząc się po ubitej podłodze.
Jeremy otarł czoło z potu i sięgnął po leżącą w kącie manierkę. Strząsnął z niej piach i pociągnął łyk ciepłej, żelazistej wody.
- Zły sen? - spytał pilot, nie unosząc wzroku znad książki.
- Bardzo zły. Która godzina?
- Około czwartej po południu. Niebawem trzeba będzie ruszać.
- Tak - mruknął Baldwin i ziewnął przeciągle. - Czas na nas.
W jego głosie brakowało już zdecydowania i entuzjazmu, który towarzyszył mu przez pierwsze kilkanaście godzin wędrówki. Blask księżyca w pełni ułatwiał podążanie za śladami jeźdźców pustyni, którzy nawet nie starali się ich ukryć. Baldwin i Oswald szli więc szybkim krokiem przez całą noc, pierwszą przerwę robiąc dopiero przed świtem. Nie natknęli się na żadne ślady obozowiska ani innej ludzkiej bytności i po wschodzie słońca Jeremy'ego ogarnęły pierwsze wątpliwości. Uświadomił sobie, że ich wędrówka najprawdopodobniej szybko się nie skończy, ponieważ dystans, który jeźdźcy na wielbłądach pokonują w ciągu paru godzin, pieszemu może zabrać nawet kilka dni.
Wkrótce ogarnęło ich ogromne znużenie i zdecydowali się na postój wśród wyschniętych, przysypanych piaskiem skał. W południe dawały niewiele cienia, ale obu wędrowcom udało się znaleźć miejsce do przespania najgorętszych godzin dnia. Po przebudzeniu zjedli po sucharze i garści daktyli, zapili kilkoma łykami wody i wyruszyli w dalszą drogę. Pod wieczór zerwał się lekki wiatr, który początkowo powitali z ogromną ulgą, lecz niebawem ich radość przeszła w zgrozę, gdy zrozumieli, że wiatr zaczyna przysypywać ślady wielbłądów. Wkrótce trop stał się całkowicie nieczytelny i jedynie łajno dromaderów oraz odkryte przypadkiem kosztowności, najprawdopodobniej nieświadomie upuszczone przez mahdystów, wskazywały, że dziennikarz i lotnik nadal podążają właściwą drogą. Pomimo zbawczego chłodu egipskiej nocy obaj szli coraz wolniej i coraz częściej robili przerwy, a gdy nastał dzień, myśleli już tylko o znalezieniu schronienia. Widok ruin fortu niedaleko płytkiego koryta wyschniętej dawno rzeki potraktowali niczym cud zesłany przez Boga. Niemalże biegiem wpadli do największej izby i natychmiast ułożyli się do snu, nie dbając o to, by sprawdzić inne pomieszczenia.
"Chyba spałem o wiele dłużej od Oswalda - pomyślał ponuro Jeremy. - Tak, niewiele przesadziłem w rozmowie ze Stocktonem. Ja się naprawdę już do tego nie nadaję".
- Coś się działo? - spytał krótko.
- Niewiele poza tym, że lisy pustynne upodobały sobie to miejsce na zaloty. Poza nimi mieszkają tu jedynie wspomnienia.
- Mieszkają tu jedynie wspomnienia? - Baldwin uniósł brwi. - Powinieneś ograniczyć czytanie poezji. Jak wszystko, poezja również szkodzi w nadmiarze.
Nie pamiętał, w którym momencie zaczęli sobie mówić po imieniu, ale ku swemu zdumieniu odkrył, że bardzo mu to odpowiada.
- Wręcz przeciwnie - uśmiechnął się nerwowo Terrence. - W przeciwieństwie do większości ludzi rozkochanych w poezji czytam ją po to, by nabrać dystansu do świata, nader skomplikowanego jak na mnie.
- Skomplikowanego, powiadasz. Wydajesz się tymczasem doskonale sobie z nim radzić. Na przykład wtedy w pociągu.
- Są sytuacje, kiedy człowiek po prostu nie ma wyboru i musi choć na chwilę być odważny - wzruszył ramionami pilot i odwrócił się. - Jeśli mam być szczery, nie sprawia mi to przyjemności.
- A ten pościg, Terrence? Mogłeś przecież zostać przy pociągu.
- Tu zadziałał inny żywioł. - Młody oficer zatrzasnął książkę. - Ten sam co u ciebie.
- Czyli co? - skrzywił się Jeremy.
- Cóż, pomyślmy... - Pilot przyjrzał się swoim dłoniom, a potem przeniósł wzrok na towarzysza. - Spędziłeś jakiś czas wśród oddziałów generała Dawesa, co z pewnością wiele cię kosztowało. Jeszcze trudniejsza zapewne okazała się ucieczka oraz dotarcie do Asuanu, nie mówiąc o tym żałosnym incydencie na stacji kolejowej. W drodze ku wolności - i całkiem sutemu honorarium, jak sądzę - musisz jeszcze walczyć z mahdystami, którzy masakrują większość pasażerów, Panie, świeć nad ich duszami. Ty jednakże, miast skorzystać z być może ostatniej szansy danej ci przez los i uciekać ku Luksorowi, decydujesz się ścigać owych nieszczęsnych mahdystów pieszo przez pustynię. Cóż, myślę, że powoduje tobą ciekawość, zwykła dziennikarska ciekawość, szaleńcza i niepoczytalna, ale szlachetna.
- Nie - warknął Baldwin. - Nie ciekawość. Zgaduj dalej.
- Nie? Intrygujące. Ze wszystkich znanych mi motywacji jedynie pieniądze, miłość, zemsta i ciekawość mogą pchnąć człowieka w paszczę lwa. Pieniądze odpuśćmy, bo...
- Cicho! - zawołał niespodziewanie Jeremy i przypadł do futryny, wyglądając ostrożnie na zewnątrz.
Wokół ruin fortu panowała odwieczna pustynna cisza przerywana jedynie poświstywaniem wiatru, który co jakiś czas ciskał garściami piachu o ściany pomieszczenia. Obcy, wciąż słaby odgłos, który wzbudził niepokój Jeremy'ego, wydawał się nadchodzić z góry, tak więc dziennikarz w pierwszej kolejności zlustrował niebo sycące się z wolna czerwienią zachodu słońca.
- Co się dzieje? - zapytał szeptem pilot, przykucając tuż za plecami dziennikarza, i też wyjrzał zza framugi.
- Nie słyszysz? - Baldwin zagryzł dolną wargę, nie przestając się rozglądać. Potrafił już nazwać ów dźwięk, było to monotonne, narastające buczenie, raz na kilka sekund przerywane głośnym kaszlnięciem. Kojarzyło mu się to jedynie z odgłosem wadliwie pracującego silnika samolotu.
- Samoloty - stwierdził zdumiony Oswald. - Skąd to poruszenie? O ile dobrze pamiętam, podążamy tropem jeźdźców. I to na wielbłądach.
- W rzeczy samej - parsknął Jeremy. - Interesują nas tylko i wyłącznie wielbłądy. Samoloty powinniśmy zdecydowanie ignorować, nawet jeśli nadlatują z południa, gdzie żadnych lotnisk brytyjskich nie ma.
Czarny, rozciągnięty cień dwusilnikowej maszyny prześlizgnął się po zalanym słońcem placu przed zabudowaniami fortu. Strumienie odśmigłowe uniosły z dziedzińca tumany gryzącego pyłu, ale mężczyźni zdołali dostrzec podwójne usterzenie i tępy przeszklony dziób ze stanowiskiem karabinu maszynowego. Obaj cofnęli się w głąb izby i z napięciem patrzyli, jak samolot, ledwie widoczny wśród szarych kłębów kurzu, wykonuje zwrot i niezgrabnie, podskakując, siada w wyschniętym korycie rzeki. Jeden z silników kaszlnął raz jeszcze i zatrzymał się spowity białym dymem, drugi ucichł chwilę później.
Na kadłubie widniał trójkolorowy emblemat Regia Aeronautica - włoskiego lotnictwa bojowego. Jeremy i Terrence spojrzeli po sobie ze zdumieniem.
Tymczasem ryk silników wcale nie cichł. Po ruinach fortu prześlizgnęły się cienie dwóch kolejnych dwusilnikowych maszyn lecących na niskim pułapie. Na dziedzińcu szalała już nie kurzawa, tylko istna burza piaskowa, lecz mimo to obaj towarzysze dostrzegli, jak ze znieruchomiałego samolotu wyskakują lotnicy i machają w kierunku odlatujących kolegów.
- Niech mnie kule biją, to bocian! - zawołał zaskoczony pilot.
- Co?
- Fiat BR.20 Cicogna, po naszemu "Bocian"! Makaroniarski bombowiec średniego zasięgu, starsza wersja, bo te nowsze...
- Ciszej! - warknął Baldwin. - Zbieraj swój dobytek i uciekamy stąd.
- Uciekamy? Czy ty aby nie przesadzasz?
Dziennikarz, nie zwlekając, zarzucił na ramię plecak, chwycił zabrany z pociągu karabin i pośpiesznie przytroczył sobie manierkę.
- Nazwijmy to póki co paranoją, Terrence - syknął, przecierając czerwone, podrażnione od pyłu oczy. - Jeśli chcesz omówić ze mą szczegóły owej przypadłości, nie widzę problemów, ale uczynimy to tam, na wydmach. Zbieraj się, zanim ta kurzawa opadnie.
Pilot uniósł brwi ze zdziwieniem, ale posłuchał. Zgarbieni wyślizgnęli się z izby i natychmiast znikli za załomem budynku. Gęste tumany pyłu, unoszone teraz podmuchami wiatru, całkiem przesłoniły włoski bombowiec, zamieniając go w groteskową, monstrualną ważkę, lecz Jeremy miał wrażenie, że jego załoga rozgląda się bacznie dookoła, a kilku lotników ruszyło biegiem w kierunku zabudowań fortu. Ponaglił Oswalda i po chwili obaj leżeli na szczycie wydmy, skryci za kępą rachitycznych chwastów.
- Cholerny włoski bombowiec - mruknął Terrence, układając się w piachu. Patrzył teraz na samolot z niedowierzaniem, zupełnie jakby kilkaset przebiegniętych metrów całkowicie odmieniło jego punkt widzenia. - I to bez numerów taktycznych. A więc to o to ci chodziło, tak?
- O co? - spytał zdyszany dziennikarz, próbując oczyścić szkła lornety i dostrzec cokolwiek wśród tumanów piasku.
- Pamiętam, o czym mówiłeś w pociągu tuż przed napadem. Stwierdziłeś, że w przeciwieństwie do poprzedniego powstania tym razem mahdyści działają wedle jakiejś strategii. Tobie nie zależy na dramatycznej relacji z napadu na pociąg i opisie wędrówki za bandą rabusiów, prawda? Ty chcesz odkryć, kto nimi steruje.
- Powiedzmy - mruknął Jeremy, regulując ostrość lornetki i próbując wypatrzyć jakieś szczegóły wśród rzedniejących tumanów pyłu. Po chwili zrozumiał, że się pomylił. Lotnicy, przypominający ciemne cienie wśród kłębów kurzu, nadal otaczali samolot i rozprawiali o czymś, gestykulując gwałtownie.
- Ataki derwiszy, włoskie bombowce... Wiesz co? Nie chcę chyba omawiać tej twojej paranoi. Wygląda na to, że dopiąłeś swego. Włoscy faszyści to dość dobry kandydat na czarny charakter.
- Zbyt pochopnie wyciągasz wnioski. - Baldwin odłożył lornetkę i przyjrzał się bacznie towarzyszowi. - Przede wszystkim zadaj sobie pytanie, dlaczego Włosi mieliby to robić? Dlaczego Mussolini miałby wysyłać swe bombowce nad terytorium Egiptu i rzucać tym samym wyzwanie aż dwóm krajom naraz?
- Nie wiem - wzruszył ramionami pilot i nagle schował dłonie w kieszeniach, jakby chciał ukryć ich dygotanie. - Starczy mi to, że faszyzm z założenia jest żarłocznym ustrojem.
- Trochę to za mało. - Dziennikarz znów przetarł oczy i podał lornetkę towarzyszowi. - Przyjrzyj się lepiej temu zamieszaniu i spróbuj przetłumaczyć mi to na język ludzki.
Terrence przez dłuższą chwilę przyglądał się znieruchomiałej maszynie.
- Jest jeszcze coś w tej Cicognie, co mi się nie podoba - szepnął.
- Co takiego? Zauważyłeś jakieś bomby?
- W bombowcach tego typu układa się je we wnętrzu kadłuba, Jeremy. Nie, to nie to...
- A co?
- Daj mi pomyśleć...
Pył opadł całkowicie i samolot był widoczny jak na dłoni. Jeden z lotników wślizgnął się do środka i wyszedł po chwili ze słuchawkami na uszach, by zawołać coś do swych towarzyszy. Jego zdanie wywołało krótką dyskusję, lecz choć Jeremy wytężył słuch, nie wychwycił ani słowa. W chwilę później dwóch członków załogi rozłożyło na ziemi skrzynkę z narzędziami, zdjęło pokrywę lewego silnika, z którego wciąż sączył się jasny dym, i w skupieniu zaczęło oglądać mechanizm. Pozostała trójka usiadła wygodnie na piasku, rozpięła kombinezony i zaczęła cichą rozmowę.
- Ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej chciałbym mieć teraz swój aparat fotograficzny - mruknął wściekle Jeremy.
- A ja spitfire'a - oznajmił Terrence. - Słyszałeś o spitfire'ach, Jeremy? To ci dopiero maszyna, cud techniki! Ponoć już weszły do produkcji masowej! Słuchaj, masz jakiś pomysł, co ci przeklęci Włosi tu robią? Na mahdystów chyba nie lecą, co?
- Z tego, co wiem, we włoskiej Erytrei na razie panuje spokój. Nie mieliby interesu w zadrażnianiu stosunków z Sudanem - rzucił z roztargnieniem dziennikarz i przewrócił się na plecy. - Odpowiedz mi lepiej na inne pytanie, Terrence. Co procedury bezpieczeństwa przewidują dla załogi bombowca zmuszonego do lądowania na terenie państwa neutralnego?
- Cóż, prawo międzynarodowe... - zaczął młody oficer, lecz nagle przerwał i szeroko otworzył oczy. - Nie, to niemożliwe... - wyszeptał. - Już wiem, co mi nie pasuje w tym bombowcu... Jeremy, ile twoim zdaniem dzieli południową granicę Egiptu od włoskich posiadłości na wybrzeżu Morza Czerwonego?
- Nie wiem dokładnie. Jakieś dziewięćset kilometrów, może nawet więcej. Do czego zmierzasz?
- A zatem dziewięćset kilometrów z Erytrei do Egiptu, oczywiście przy założeniu, że lotnisko było przy samej granicy, potem Bóg jeden raczy wiedzieć ile nad Egiptem, no i dziewięćset z powrotem - liczył gorączkowo pilot. - Dodatkowo sporo benzyny schodzi na walkę z bocznym wiatrem czy manewry nad celem. Wielki Boże, Jeremy! Przecież Fiat BR.20 Cicogna ma nieco ponad dwa i pół tysiąca kilometrów zasięgu!
- Terrence, ja naprawdę nie nadążam.
- Spójrz no tylko na nich.
Jeden z dwójki mechaników, najwyraźniej znudzony próbami naprawienia silnika, oparł się o kadłub i zapalił papierosa, machając przy tym beztrosko nogą. Jego towarzysz podniósł nagle głowę znad motoru i strącił jakieś narzędzie, które spadło na piasek, budząc wesołość pozostałych trzech członków załogi zajętych jakąś grą. Mechanik pogroził im pięścią, po czym na nowo pochylił się nad silnikiem.
- Cóż, wyglądają na zadowolonych z życia - stwierdził Jeremy. - Dziwne, skoro na pewno zdają sobie sprawę, że wylądowali uzbrojonym bombowcem na terytorium obcego państwa.
- Gdzie na dodatek trwa w najlepsze całkiem udany dżihad - uzupełnił pilot. Głos mu drżał ze zdenerwowania. - Jeremy, tak zachowują się ludzie, którzy są pewni rychłego ratunku. Te sucze syny muszą mieć w pobliżu prowizoryczną bazę, gdzie zatankowali i zapewne również uzbroili te bombowce.
- Hmmm... - mruknął Baldwin i znów chwycił za lornetkę. Krawędź nabrzmiałego czerwienią słońca z wolna zbliżała się do horyzontu i zarówno samolot, jak i obaj mechanicy rzucali długie, groteskowe cienie. Jednocześnie podniósł się wiatr pędzący przed sobą niewielkie tumany pyłu. Gra dobiegła końca, jeden z Włochów wstał, otrzepał kombinezon i wskazał pozostałym dwóm zrujnowane zabudowania fortu. Ci z ociąganiem wyciągnęli rewolwery i ruszyli we wskazanym kierunku, kręcąc głowami z dezaprobatą.
- Lada chwila zajedzie tu ciężarówka pełna uzbrojonych Włochów! - gorączkował się Oswald. - Jeremy, chyba czas na nas, co?
- Nie wydaje mi się, by Włosi byli choć odrobinę groźniejsi od bandy krwiożerczych mahdystów, za którymi tak ochoczo pognałeś - ciągnął dziennikarz. - Wybacz, Terrence, ale owa moja dziennikarska ciekawość, zaiste szlachetna, ale naprawdę szaleńcza, nie pozwoli mi odejść stąd bez jakiegoś dowodu na to, co właśnie widzimy.
- Jak ty chcesz zdobyć dowód?! - parsknął pilot. - Zejdziesz na dół i poprosisz makaroniarzy o zeznania na piśmie?
Jeden z lotników zatrzymał się kilkanaście kroków od głównego pomieszczenia fortu, przy zasypanej studni, i zawołał coś w jej głąb, spodziewając się usłyszeć echo. Jeremy aż zesztywniał.
- Coś będę musiał wymyślić - powiedział cicho, zmienionym głosem. - Bo to nie Włosi, Terrence.
I uniósł lornetkę raz jeszcze. W chwilę później rozległ się głośny ostrzegawczy krzyk.
Baldwin błyskawicznie spojrzał w tamtym kierunku i naraz poczuł, jak po plecach spływa mu lodowaty dreszcz. Drugi lotnik stał z rewolwerem w garści przy wyjściu z głównej izby fortu i przyglądał się śladom butów prowadzącym ku wydmie. Spojrzał w stronę ukrytych na niej Anglików i znów coś krzyknął, tym razem głośniej.
- O kurwa... - szepnął dziennikarz. - Masz rację, Terry, czas na nas...
Krzyk zaalarmował resztę załogi. Jeden z mechaników błyskawicznie wyszarpnął rewolwer i kucnął za usterzeniem, inny wślizgnął się do wnętrza samolotu. W sekundę później drgnęła lufa karabinu maszynowego tylnego strzelca.
- Hej, oni nie żartują! - zawołał pobladły Oswald. - W nogi!
Lufa karabinu bluzgnęła ogniem w ułamek sekundy później, gdy Terrence i Jeremy zbiegali już w dół piaszczystego zbocza otoczeni chmurą gryzącego pyłu, potykając się i przewracając. Pociski przeorały grzbiety wydmy, rozrzucając wątłe krzaki i obsypując plecy obu uciekinierów grudkami piachu.
- Ile masz naboi?! - wrzasnął Jeremy, próbując w biegu przeładować karabin.
- Pięć albo sześć! - krzyknął Terrence, zanosząc się kaszlem. - Chyba sześć!
- Stać! - dobiegło ich wołanie ze szczytu wydmy.
Piach był sypki i nogi grzęzły w nim aż po kostki. Zdyszany dziennikarz z trudem utrzymywał równowagę, ale zaryzykował pośpieszne spojrzenie przez ramię. Dwóch wrogich lotników znalazło się już na szczycie wydmy - jeden wciąż krzyczał, osłaniając usta dłońmi, lecz drugi klęczał i przycelowywał z rewolweru. Jeremy odruchowo schylił głowę.
- Terrence, uważaj! - ryknął.
Młody pilot, zgięty wpół atakiem dławiącego kaszlu, wciąż biegł, ale pozostał już w tyle. Słysząc wołanie Baldwina, uniósł głowę, by spojrzeć półprzytomnie najpierw na niego, a potem za siebie. Zatoczył się przy tym w bok, zawadził nogą o wyschniętą, zagrzebaną w piasku gałąź i nagle stracił równowagę.
Lotnik wystrzelił dwukrotnie. Kule poderwały złowieszcze fontanny piachu niecały metr od głowy Oswalda. Przerażony, wciąż kaszlący Terrence przetoczył się odruchowo, próbując wyszarpnąć pistolet z kabury, gdy do ostrzału dołączył drugi z lotników.
- Strzelaj, Terry! - wrzasnął ochryple Jeremy, po czym padł na piasek, odwrócił się i wypalił, nie celując. Kula zaryła w piasek daleko od wrogich lotników.
Pilot wreszcie wyswobodził broń, lecz otumaniony i oślepiony pyłem nie potrafił skupić się na celowaniu. Dwie pierwsze kule poszły wysoko, dopiero trzecia wzbiła nieco piasku niedaleko nogi jednego z wrogów, a czwarta strzaskała mu kolano. Ponad piaskami pustyni poniósł się dziki ryk bólu.
Terrence nacisnął spust jeszcze raz i usłyszał metaliczny trzask iglicy.
- Jednak cztery - jęknął. - Zawsze byłem kiepski z rachunków.
Nagle zza wydmy dobiegł wystrzał głośniejszy od pistoletowych. Potem drugi, wreszcie odpowiedział karabin maszynowy bombowca. Krótką serię uciął krótko jeszcze jeden głośny wystrzał.
- Czyżby kawaleria? - szepnął Jeremy, szamocząc się z zapiaszczonym zamkiem karabinu.
Lotnik na szczycie wydmy odwrócił się i krzyknął z przerażeniem. Zbiegł w dół, lecz ledwie zniknął z pola widzenia, rozległ się kolejny wystrzał. Wstrząśnięty dziennikarz ujrzał fontannę krwi, która buchnęła wysoko ponad krawędź wydmy. Przełknął ślinę, usiłując pokonać mdłości, po czym wymierzył w kierunku rannego, który rozpaczliwie szukał wokół siebie pistoletu. Muszka i szczerbinka znów zatańczyły, nie potrafiąc się ze sobą zgodzić, lecz w końcu Jeremy wybrał odpowiedni moment i nacisnął spust.
Nagły podmuch wiatru otoczył go chmurą pyłu. Gdy zamrugał kilkakrotnie i przetarł oczy, zamiast usiłującego wstać lotnika ujrzał jedynie nieruchome ciało w zakrwawionym kombinezonie. Strużka ciemnoczerwonej, niemalże czarnej krwi spływała wolno w kierunku gramolącego się na nogi Terrence'a.
Baldwin raz jeszcze przełknął ślinę, lecz targany torsjami zwymiotował wszystko, co zjadł od chwili opuszczenia pociągu.
- Znowu się spotykamy, efendi.
Znajomy głos wydawał się dochodzić z wielkiej odległości. Jeremy splunął siarczyście, z niesmakiem, i uniósł głowę.
- Zdaje się, że prosiłem, byś mi mówił po imieniu, Selim - wykrztusił. - Zdaje się też, że po raz drugi ratujesz mi życie. Stawia mnie to w doprawdy niezręcznej sytuacji.
- Jeśli ktoś jest tutaj w naprawdę niezręcznej sytuacji, to jestem to ja - powiedział Egipcjanin i wyciągnął w kierunku dziennikarza dłoń, którą ten przyjął z wdzięcznością. Wstał z głuchym stęknięciem i spojrzał na Selima, a wtedy uśmiech ulgi szybko zniknął z twarzy Jeremy'ego.
- Na litość boską, co się stało? - wykrzyknął cicho.
Nos i czoło Egipcjanina były podrapane w wielu miejscach aż do krwi, a prawy policzek przecinało świeże, dopiero zaczynające się goić przecięcie. Na skutek wysiłku świeży strup pękł i wyciekła zeń wielka kropla krwi. Selim dotknął rany i uśmiechnął się krzywo, choć widać było, że sprawia mu ona ból.
- Jeden z dżentelmenów w pociągu nie znalazł lepszego sposobu na wyładowanie swego strachu - powiedział. - Gdy zauważył, że zatrzymałem karabin po jednym z derwiszów, smagnął mnie szpicrutą i wypchnął z pociągu, wyzywając od morderców i amatorów psiego mięsa. Nakłonił mnie tym samym do podjęcia najtrudniejszej decyzji w moim życiu.
- Postanowiłeś sam przyłączyć się do mahdystów - pokiwał głową Jeremy. - I wywrzeć własną zemstę na angielskich świniach.
- Niestety, musiałem odłożyć ją na nieco później - stwierdził Egipcjanin. - Zaintrygował mnie ten lądujący samolot, a potem zobaczyłem, jak uciekacie, i zrozumiałem, że Allach póki co ma dla mnie inne zadanie. Kim byli ci ludzie i czemu próbowali was zabić?
- Nie wiem - westchnął Jeremy. - Ale mam swą teorię.
W międzyczasie podbiegł Terrence, witając się z Selimem radośnie i obsypując go tysiącem pytań. Baldwin podszedł wolnym krokiem do zastrzelonego przez siebie lotnika. Drżącą ręką opuścił mu powieki, po czym niepewnie obszukał kombinezon. Poza chustką i pokruszonym cygarem nie znalazł niczego, co wskazywałoby na tożsamość zabitego. Podniósł z piasku rewolwer, lecz broń również nie zdradziła mu żadnych szczegółów - był to zwykły włoski Bodeo M1889, który widział już kilkakrotnie wcześniej. Jeremy zagryzł wargi, usiadł na piasku obok trupa i pogrążył się w zadumie, z której wyrwał go dopiero głos Terrence'a:
- Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o moim wielkim odkryciu? - Młody pilot wspinał się po zboczu wydmy wraz z towarzyszącym mu Selimem. - Wiele wskazuje na to, że pędzi ku nam ciężarówka pełna włoskich mechaników, tak więc...
- Pamiętam o twoim odkryciu - przerwał mu nadal zamyślony dziennikarz. - Selim, gdzie ty się nauczyłeś tak strzelać?
- W młodości polowałem na słonie i lwy w Hornlandzie - rzekł Egipcjanin, uśmiechając się. - Pracowałem jako przewodnik dla Normanów, Włochów i waszych rodaków. Musiałem się nauczyć zabijać słonie tylko jednym strzałem, prosto w...
- Czyli Afryka nie ma dla ciebie tajemnic?
- Afryka jest jedną wielką tajemnicą, Jeremy. Ale możemy przyjąć, że znam kilka z nich. Nawet więcej niż kilka.
- Selim, a chcesz dobrze zarobić?
- Co? - Egipcjanin otworzył szeroko oczy.
- Jestem korespondentem wojennym "The Times" i mój szef upoważnił mnie do obfitego wynagradzania ludzi, którzy mogą mi udzielić pomocy. A potrzebuję pomocy.
- Co mogę dla ciebie zrobić, Jeremy?
- Chcę znaleźć bazę tych drani. - Dziennikarz wskazał martwego lotnika.
- Ty chyba zwariowałeś! - Terrence uniósł brwi.
- Nazwij to ciekawością.
Bazy nie znaleźli.
Dwie Cicogny nadleciały późnym wieczorem z północnego wschodu i skręciły ku południowi, ku granicom włoskiej Erytrei. Znajdowały się na wysokim pułapie i nic nie wskazywało na to, że będą chciały wkrótce lądować, lecz Jeremy ani myślał rezygnować. Jego determinacji nie osłabiła również pogoda - wiatr bowiem nie cichł ani na chwilę i choć daleko mu było do mocy prawdziwej burzy piaskowej, pustynia nierzadko nikła wśród rozpędzonych obłoków piaszczystego kurzu. Trójka wędrowców szła więc wolno, ale uparcie w tym samym kierunku, choć wkrótce Terrence i Selim zaczęli przeklinać tajemniczy upór swego towarzysza. Pomimo że wspinali się na każde wzniesienie i dokładnie przyglądali każdemu podejrzanemu szczegółowi krajobrazu przez lornetkę korespondenta, nie zobaczyli już ani jednego Włocha, nie było też ani śladu ciężarówki zmierzającej na ratunek zmuszonemu do lądowania bombowcowi. Pierwszej nocy wysoko nad ich głowami przemknął jakiś samolot, lecz nie zdołali go dostrzec, a Oswald przysięgał, że nigdy dotąd nie słyszał takiego silnika. Nie mieli jednak pojęcia, czy należy to łączyć ze sprawą zagadkowych włoskich lotów.
Przełom nastąpił dopiero trzeciego dnia włóczęgi, gdy Selim dostrzegł kołujące stado sępów. Egipcjanin ruszył w kierunku miejsca, nad którym krążyły, i niebawem odnalazł przysypane piaskiem, nadjedzone przez ptaki ciało w burnusie i czarnym turbanie. Powoli, ze skupieniem odwrócił je na plecy, a wtedy cała trójka ujrzała, że pierś martwego rozerwało kilka pocisków.
- To tylko truposz, Jerry! - wychrypiał Terrence. - Ruszajmy, mam już dość tego...
- Powoli. Podobnie wyglądał przywódca mahdystów, którzy zaatakowali pociąg - szepnął Baldwin. Po tych kilku dniach wędrówki po pustyni nawet Selim stracił głos i porozumiewali się ze sobą ochrypłymi szeptami.
- Bo miał czarną szmatę na głowie? Dajże spokój!
Egipcjanin przykucnął przy trupie i wsunął czubek sztyletu w jedną z zaschniętych ran. Pogmerał chwilę, aż wydobył niewielką, zniekształconą grudkę metalu. Sępy nad ich głowami krzyczały z niepokojem.
Selim obejrzał pocisk i wykonał gest, jakby chciał go wyrzucić, lecz zatrzymał go Jeremy. Dziennikarz ujął kulę, pokiwał powoli głową i wsunął ją do kieszeni koszuli.
- Terry ma rację - szepnął. - Dość tego, zresztą i tak wiem więcej, niż chciałem. Koniec tej włóczęgi. Ile nas dzieli od wybrzeży Morza Czerwonego, Selim?
Egipcjanin schował nóż i podrapał sczerniały strup na policzku.
- Znam pewien stary szlak handlarzy niewolników - wyszeptał. - Z kilkoma studniami. Pojutrze powinniśmy ujrzeć pierwszą zieleń.