Cel: Ploeszti
Zaczęło się pechowo. Jeden z Liberatorów z niewiadomych przyczyn nie
zdołał oderwać się od ziemi, wypadł poza pas startowy, rozbił się na
nierównościach gruntu i eksplodował. We wraku zginęła cała załoga.
Równie tragicznie zakończył się start samolotu dowódcy jednej z eskadr.
Kiedy maszyna znalazła się nad ziemią, na jej pokładzie wybuchł pożar.
Samolot położył się na skrzydło i zawrócił na lotnisko. Tam jednak
unosiły się wciąż gęste tumany pyłu, wzniecane przez startujące nadal
bombowce, pilot stracił orientację, niedokładnie przyziemił, samolot
odbił się na wysokość kilku metrów, po czym zawadził o betonowy słup
telegraficzny i również eksplodował. Z palącego się wraka zdołano
wyciągnąć tylko straszliwie poparzonego nawigatora, porucznika Russela
Polivkę. Wliczając samolot, na którym tuż przed startem wykryto awarię
systemu hydraulicznego, trzy Liberatory ubyły z formacji, zanim jeszcze
zdołała ona wyruszyć na wroga.
Pozostałe krążyły nad pięcioma lotniskami węzła Benghazi, przybierając
przewidziane planem ugrupowanie bojowe. Dowódcy samolotów wykorzystywali
ten czas na sprawdzenie, jak funkcjonuje wewnętrzna łączność pokładowa,
strzelcy przestrzeliwali krótkimi seriami swą broń, wszyscy raz jeszcze
sprawdzali maski tlenowe, kamizelki ratunkowe, spadochrony. Uformowawszy
szyk, armada powietrzna skierowała się nad morze. Czołowy pułk leciał
nisko nad wodą, każdy następny nieco wyżej, z kilkudziesięciometrowym
przewyższeniem. Spodziewano się w ten sposób uniknąć przedwczesnego
wykrycia przez niemieckie stacje radiolokacyjne w Grecji i południowych
Włoszech. Celowi temu służyć miało także zachowanie całkowitej ciszy w eterze. Operacja "Tidalwave" - nalot na rumuńskie zagłębie naftowe,
zaczęła przybierać konkretną formę.
Poprzedzały ją całe miesiące przygotowań. Kluczowe znaczenie rumuńskiej
ropy dla wysiłku wojennego i funkcjonowania machiny wojennej państw Osi
dobrze było znane alianckim sztabowcom i specjalistom od wojny
gospodarczej. Już od samego początku działań przedsiębrano różnego
rodzaju próby zahamowania ciągłości tych dostaw, co nie dało jednak
spodziewanych wyników i dlatego dowódca stacjonującej w Afryce Północnej
9. Armii Powietrznej Stanów Zjednoczonych, generał major Lewis Brereton,
otrzymał z końcem czerwca 1943 roku rozkaz przygotowania zaskakującego
nalotu na rafinerie w Ploeszti i jego najbliższej okolicy. Wkrótce też
jego dwa pułki ciężkich bombowców uzupełniono trzema dalszymi,
przebazowanymi z Wielkiej Brytanii. Brereton miał teraz do swojej
dyspozycji prawie 200 bombowców typu Consolidated B-24 Liberator.
Samolot ten doskonale nadawał się do wyznaczonego mu celu.
Zaprojektowany w 1939 roku, miał skrzydło o profilu nadającym mu
wyjątkowo dużą siłę nośną, co pozwalało na zastosowanie mniejszego kąta
natarcia1, a co za tym idzie zmniejszenie oporu i uzyskanie
większego zasięgu i prędkości. Dlatego też, mimo iż najbardziej znanym
typem amerykańskiego ciężkiego bombowca okresu II wojny była Latająca
Forteca zakładów Boeing, to jednak Liberator był tym samolotem, którego
w USA wyprodukowano najwięcej (18 188 egzemplarzy). W samoloty tego typu
wyposażona była m.in. wsławiona zrzutami dla warszawskich powstańców
1586 Polska Eskadra Specjalnego Przeznaczenia pochodząca z rozformowanego Dywizjonu 301.
Model B-24 D, którym dysponowały jednostki generała Breretona,
produkowano od początku 1942 roku. Z czterema silnikami o mocy 1200 koni
mechanicznych każdy rozwijał prędkość 485 kilometrów na godzinę. Jego
komory bombowe mogły pomieścić do czterech ton bomb, a zasięg, w zależności od masy ładunku i paliwa, wysokości lotu, prędkości
przelotowej oraz siły wiatru, wahał się od 3700 do ponad 7000
kilometrów. Zazwyczaj ładowano na Liberatory 2300 kg bomb i 9000 litrów
benzyny, co przy prędkości 350 kilometrów na godzinę na pułapie 6000
metrów zapewniało przebycie 3700 kilometrów.
Załogę tworzyło dwóch pilotów, nawigator, bombardier, radiooperator,
mechanik pokładowy i trzech lub czterech strzelców. Uzbrojenie samolotu
systematycznie wzmacniano. W pierwszych modelach stanowiło je tylko 5
karabinów maszynowych, ale samoloty 9. Air Force miały już po dwa
sprzężone ciężkie karabiny maszynowe 12,7 mm w obrotowych wieżyczkach na
grzbiecie kadłuba i w ogonie samolotu oraz po jednym w dziobie,
otwieranych oknach po obu stronach oraz w luku w podłodze kadłuba. Każde
z tych stanowisk oraz fotele pilotów osłonięte były 7-milimetrowymi
płytami pancernymi.
Ploeszti dzieliła od baz u wybrzeży Libii odległość około 1600
kilometrów w linii prostej, zaś po przewidywanej trasie przelotu
wynosiła ona ponad 1800 kilometrów. Uwzględniając większe zużycie paliwa
podczas samego ataku i nieuniknionych walk powietrznych, a także w czasie lotu na mniejszej wysokości oraz podczas zbiórki i formowania
szyku nad bazami, należało się liczyć, iż maszyny będą musiały przebyć
przeszło 4000 kilometrów. Normalny zasięg Liberatora na to nie
wystarczał, toteż mechanicy zainstalowali w samolotach dodatkowe
zbiorniki, zwiększające zapas paliwa do 12 tysięcy litrów. Kolejny
problem przedstawiały silniki "Twin-Waspy", znanej wytwórni Pratt and
Whitney - miały żywotność około 300 godzin, ale nie w warunkach
pustynnych, gdzie podczas grupowych startów dostawało się do nich tyle
zanieczyszczeń, że już po 160 godzinach pracy nadawały się na szmelc.
Zażądano więc dodatkowych dostaw i na kilka dni przed ustalonym terminem
operacji zawinął do Benghazi szybki frachtowiec "Mauretania", mający na
pokładzie 300 fabrycznie nowych silników. Do pracy przystąpili mechanicy
i po 48 godzinach większość bombowców dysponowała nowymi silnikami.
Rozpatrując możliwości przeprowadzenia nalotu na tak odległy cel,
generał Brereton stanął przed niełatwym zadaniem. Alianci nie
dysponowali wówczas żadnym typem dalekodystansowego samolotu
myśliwskiego, który mógłby zapewnić bombowcom osłonę na całej trasie
przelotu, eskortowanie zaś ich tylko w pierwszej fazie, nad Morzem
Śródziemnym, było raczej bezcelowe. Bombowce musiały więc polecieć bez
osłony. W tej sytuacji jedną z najważniejszych spraw stawało się
zaskoczenie, od niego bowiem zależeć mogło bezpieczeństwo załóg, a nawet
powodzenie całej wyprawy.
Drugi problem to zapewnienie celności bombardowania. Doprowadzana
rurociągami z pogórza Alp Transylwańskich ropa destylowana była w położonych na terenie Ploeszti rafineriach. Nie były one jednak
usytuowane w jakiejś wyodrębnionej dzielnicy przemysłowej, a okalały
wieńcem centrum miasta. Odpadała więc koncepcja nalotu na cel
powierzchniowy, z jednym punktem celowania. Należało raczej przydzielić
każdej grupie samolotów jeden lub parę obiektów do zbombardowania.
Precyzja zrzutu bomb była również niezwykle ważna ze względu na
konieczność uniknięcia strat wśród ludności cywilnej.
Wszystkie te czynniki spowodowały, iż Brereton postanowił przeprowadzić
atak i większą część przelotu na możliwie małej wysokości. Zdawał on
sobie wprawdzie sprawę, że ciężkie bombowce nie są do tego rodzaju lotów
przystosowane - brakuje im przede wszystkim zwrotności i szybkiej
reakcji na stery, niezbędnych do wyminięcia pojawiających się
niespodziewanie przeszkód - ale właśnie przemknięcie tuż nad morzem i górami dawało szansę zaskoczenia przeciwnika, zaś sam atak z lotu
koszącego mógł zdezorientować obronę, a zarazem umożliwiał dokładne
celowanie.
Wszystko to wymagało wyjątkowo starannego przygotowania operacji, którą
zaszyfrowano początkowo kryptonimem "Statesman" - "Mąż stanu", potem
"Soapsuds" - "Mydliny", a wreszcie "Tidalwave" - "Fala przypływu".
Przewidziane do zniszczenia obiekty - około 40 kolumn
krakingowych2, destylarni i siłowni oraz zbiorniki
dziewięciu największych rafinerii - podzielono na siedem grup i każdą z nich wyznaczono do zniszczenia określonej grupie samolotów. Poszczególne
bombowce zabrać miały na pokład po 1800 kilogramów bomb burzących i dwa
zasobniki z bombami zapalającymi. Dawało to w sumie 320 ton bomb
burzących - według obliczeń sztabowców liczba aż nadto wystarczająca do
spowodowania trwałych zniszczeń we wszystkich zaatakowanych zakładach -
zaopatrzonych w zapalniki ze zwłoką, która w wypadku pierwszych zespołów
wynosić miała 60 minut, a dla ostatnich tylko kilkadziesiąt sekund
(tyle, ile potrzeba, by samoloty znalazły się poza zasięgiem eksplozji).
Plan, opracowany na razie w teorii i tylko w ogólnym zarysie, wymagał
jeszcze dokładnego przemyślenia szczegółów i zapoznania załóg ze
wszystkimi elementami czekających je zadań, a potem przeprowadzenia
niezbędnych ćwiczeń.
Tymczasem alianci nie dysponowali nawet aktualnymi zdjęciami
powietrznymi rejonu Ploeszti. Ich samoloty rozpoznawcze nie zapuszczały
się nad ten rejon poprzednio, a wysłanie ich obecnie stwarzało ryzyko
zaalarmowania Niemców. Aby wykonać przygotowywaną zwykle w takich
wypadkach makietę, trzeba było odwołać się do pomocy kilkunastu
brytyjskich inżynierów i techników, którzy niegdyś pracowali w tamtejszych zakładach, wyszukać nieliczne znajdujące się w archiwach
brytyjskich i amerykańskich koncernów naftowych plany i szkice
sytuacyjne, sięgnąć wreszcie do widokówek, a nawet amatorskich
fotografii.
"Wypożyczony" na czas przygotowań do "Tidalwave" ze sztabu stacjonującej
na Wyspach Brytyjskich 8. Armii Powietrznej major Gerald Geerlings - z zawodu architekt - słusznie zauważył, że choć utrwalenie sobie w pamięci
szczegółów z map i elementów zaznaczonych na makiecie będzie niewątpliwą
pomocą dla lotników - wykonano zresztą ową makietę niezwykle starannie,
dbając nie tylko o wierne przedstawienie wszystkich charakterystycznych
punktów orientacyjnych, ale uwzględniając nawet kolory ziemi, pól i ogrodów, jakich spodziewać się można w początkach sierpnia - to jednak
ze względu na to, że piloci i nawigatorzy nigdy nie patrzą pod siebie,
trzeba ich będzie zaopatrzyć w fotografie przedstawiające wszystkie
obiekty w takiej perspektywie, z jakiej je będą widzieli podczas lotu
koszącego. Dalszym ułatwieniem miał stać się film, przedstawiający
najazd kamery na makietę z taką prędkością, z takiej wysokości i pod
takim kątem, jak to miało nastąpić w rzeczywistości. Był to zapewne
pierwszy przypadek zastosowania kinematografii do bojowego treningu
personelu latającego. To poglądowe zapoznanie się z obiektami nalotu
uzupełniono prowadzonymi przez specjalistów wykładami na temat
technologii przetwarzania ropy naftowej, dzięki czemu załogi mogły
uzyskać pojęcie nie tylko o wyglądzie, ale i o zawartości, charakterze,
przeznaczeniu oraz roli różnego rodzaju przemysłowych budowli, co mogło
ułatwić im w warunkach bojowych błyskawiczne odnalezienie kluczowych i najbardziej wrażliwych celów. Słowo "Ploeszti" w tej fazie przygotowań
oczywiście jeszcze nie padło.
Zaznajomiono lotników także z przewidywaną obroną obiektu, którą
oceniano na 160 lekkich i 80 ciężkich dział przeciwlotniczych,
jakkolwiek spodziewano się, że te ostatnie nie będą mogły być użyte
przeciwko bombowcom lecącym tak nisko i z tak znaczną prędkością kątową.
Liczono się z zamaskowaniem obiektu zasłoną dymną, chociaż doświadczenia
pierwszych lat wojny świadczyły, że podczas nalotów dziennych jest ona
na ogół mało skuteczna. Poza tym dane wywiadowcze wskazywały, że obrona
myśliwska rejonu Bukareszt - Ploeszti nie jest zbyt silna, gdyż trzon
jej stanowią eskadry rumuńskie, słabiej wyszkolone, mające mniejsze
doświadczenie bojowe i gorszy sprzęt niż niemieckie.
Nadszedł wreszcie czas przeprowadzenia ćwiczeń praktycznych. Z Anglii
sprowadzono specjalistę z dziedziny strzelania powietrznego, majora
Royal Air Force George Barwella, który przypomniał załogom, by nie
otwierały ognia ze zbyt dużej odległości, a w razie ataku większej
liczby myśliwców nie omiatały nim całego zespołu, ale koncentrowały się
na konkretnej maszynie, i podkreślał niejednokrotnie, by prowadząc ogień
uważały, aby nie ostrzelać własnych samolotów. Po przypomnieniu tych
ogólnie znanych zasad przeszedł major do ćwiczeń w ostrzeliwaniu celów
naziemnych. Barwell tak się zapalił do swej roli, że ostatecznie
poleciał na ochotnika nad Ploeszti jako strzelec pokładowy, za co
spotkała go potem surowa reprymenda ze strony przełożonych. Wskutek tego
został on jedynym, niewyróżnionym żadnym odznaczeniem uczestnikiem
nalotu.
Ćwiczenia praktyczne prowadzono na południe od Benghazi, na pustyni,
gdzie znaleziono wycinek terenu graniczący ze wzgórzami, które mogły
pozorować południowe odnogi Karpat. Zachowując właściwe odległości, za
pomocą beczek po paliwie oraz malowanych wapnem linii wyznaczono tu
zarys zabudowy Ploeszti, ze szczególnym uwzględnieniem poszczególnych
rafinerii, oraz prowadzące do miasta główne szlaki kolejowe i drogowe. W odpowiedniej odległości zaznaczono także miejscowość Floreszti, wybraną
jako punkt początkowy lotu na stałym kursie bojowym. W paru miejscach
ustawiono także fumatory, pozorujące pracę kotłowni.
Poszczególne pułki zaczęły "przymierzać się" do celu. Po pierwszych
lotach okazało się, że białe linie, widoczne doskonale z większych
wysokości, giną z oczu wśród nierówności terenu podczas lotu koszącego.
Wzmocniono więc efekt wizualny przez wbicie w ziemię stalowych prętów z przymocowanymi do nich kolorowymi pasami materiałów. Wkrótce też wyszło
na jaw, że większość pilotów, przyzwyczajona do spokojnych lotów na
dużych wysokościach, niechętnie wchodziła w zawirowania powstające za
poprzedzającymi ich maszynami, zwłaszcza gdy przelatywały one nad
piaszczystymi odcinkami pustyni i wzniecały chmury czerwonego pyłu.
Podczas przeprowadzanych ćwiczeń zdarzały się często niegroźne, a czasem
wręcz humorystyczne historie. Parokrotnie ofiarą lecących tuż nad ziemią
bombowców padły sztuki bydła, czasem potężny podmuch zrywał namioty
pustynnych koczowników, a kiedyś, podczas próbnego bombardowania, jedna
z ćwiczebnych bomb odbiła się od twardej skały i uderzyła w kadłub
samolotu, który ją zrzucił. Bombardier zaklinał się potem, że gdyby nie
zamknął na czas drzwi bombowych, przywiózłby ją z powrotem na lotnisko.
Przez dwa tygodnie saperzy pracowicie poprawiali zasypywane wiatrem
białe linie i ustawiali nowe beczki na miejsce kradzionych nocami przez
Arabów. Wkrótce piloci i bombardierzy osiągnęli taką wprawę, że zadania
swe wykonywali już niemal automatycznie. W dniach 28 i 29 lipca
przeprowadzono dwa naloty przy udziale wszystkich jednostek,
uszykowanych w takiej kolejności, jak to miało nastąpić nad Rumunią.
Ćwiczenie to wykazało dobre przygotowanie i zgranie zarówno
poszczególnych załóg, jak i całych zespołów.
Pierwszą falę atakujących mieli tworzyć weterani walk nad Afryką,
używający przydomka "Liberandos" lotnicy z 376. pułku bombowego
pułkownika Keitha Comptona, znakomitego pilota, człowieka o "ptasim
instynkcie", choć słabego taktyka. Jego samoloty, uszykowane w pięć
zespołów po 6 maszyn, miały zaatakować "Obiekt 1", czyli położoną na
wschodnich wylotach z Ploeszti rafinerię Romana Americana.
Z Comptonem miał lecieć dowódca całości, generał brygady Uzar Ent. Była
to dość dziwna postać. Przodkowie jego przybyli do Ameryki z Holandii,
wywodzili się jednak z Niemiec, z Reńskiego Palatynatu. W młodości Ent
był pastorem, wkrótce jednak zapragnął mocniejszych wrażeń i przerzucił
się na lotnictwo, a ostatecznie ożenił się z tancerką z rewii Ziegfelda.
Był na ogół lubiany przez swych podwładnych, ale... tylko na ziemi.
Latano z nim niechętnie, gdyż będąc specjalistą od lotów balonowych,
jako pilot bombowca raczej się nie sprawdzał. Odpowiedzialny i trudny
nalot na Ploeszti miał być jego pierwszą większą akcją na stanowisku
dowódczym, co zaskoczyło wszystkich. Niejeden z pilotów zastanawiał się
nad przyczyną tej nominacji - mówiono o jakichś niejasnych, ale wysokich
powiązaniach...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki