Tapczan gestapowca
[fragment]
Wojna wyrzuciła nas na brzeg - tak obolałych i słabych, że nie starczyło nam sił, nawet na radość z ocalenia. Cudzoziemcy dziwili się naszym uśmiechom - roztargnionym i księżycowo bladym. Był to odblask nabytej na dnie mądrości, która wkrótce miała pójść w zapomnienie. Mądrość polegała na nauce hierarchii ważności spraw. Kolejno rezygnowaliśmy z mienia, z przyzwyczajeń i nazwisk dla ratowania życia. Życie poświęcaliśmy w obronie ludzkiej godności. Każdego czekała ostateczna próba prawdy w obliczu tortur, komór gazowych i egzekucyjnych plutonów. Przez szereg lat byliśmy przedmiotem eksperymentu bezlitosnej moralnej redukcji.
Wydawało nam się, że po takiej lekcji sama natura świata musi ulec zasadniczej przemianie i - jak uczniowie, niepewni wyników przebytego egzaminu - czekaliśmy na otwarcie drzwi Wspaniałego Jutra. Ale egzamin nie został zaliczony. W nowym świecie, który okazał się odpowiedzią na świat naszych ojców i dziadków, pytano nas co najwyżej, co robiliśmy i co posiadaliśmy przed wojną. Zdobyte doświadczenia pozostawiono nam do prywatnego użytku. Najpraktyczniej było utopić je w zapomnieniu.
Nie sądzę jednak, aby przepadły one bez śladu. Trudno tylko ocenić korzyści tej nauki, które może przyjdzie nam zabrać do grobu, bez możliwości podzielenia się nimi z kimkolwiek.
Jakimś nieprawdopodobnym zrządzeniem losu odnaleźliśmy się wszyscy - cała rodzina - żywi i cali, w oszczędzonym przez wojnę Krakowie. Z lasu, z więzienia, z ruin powstańczej Warszawy. Dawni znajomi rodziców ofiarowali nam mieszkanie w swoim domu. Mieszkanie opuszczone przez gestapowców, jeszcze pachnące wystygłym dymem cygar i koszarami. Przedmioty i meble, które służyły tamtym ludziom, stały się naszym jedynym wyposażeniem. Nie mówię "własnością", bo ten termin nie przychodził nam nawet do głowy. Za własne uważaliśmy tylko nasze ocalałe ciała, nasze uczucia i myśli. To było właśnie to, czegośmy się nauczyli. I jeszcze - co ważniejsze - nauczyliśmy się odczuwać to nasze ubóstwo nie jako upadek, lecz jako wyzwolenie. Miało ono w sobie smak nieopisanej lekkości. Jak gdyby wszystko zaczynało się od początku.
Już liczono nas i wpisywano do rejestrów nowego porządku. Ciągle wypełnialiśmy jakieś formularze. Jeden z nich zawierał rubrykę, której nazwa - piękny przykład niezmożonej biurokratycznej pomysłowości słowotwórczej - szczególnie przypadła nam do gustu. Brzmiała ona: "przepadek mienia". Wyrażenie to bawiło nas tak bardzo, że przyjęliśmy je do naszego potocznego języka. Pod hasłem "całkowitego przepadku mienia" nasza ówczesna sytuacja wydawała się niemal żartem.
Niemal - bo przecież była w niej i niesamowita gorycz darowanego zwycięstwa, pośród ruin, pośród śmierci. A jednak ta lekkość była prawdziwa, chociaż żart pobrzmiewał szyderstwem.
Wraz z ciężarem nieistotnych przywiązań, który spadł nam z ramion, wyzbyliśmy się ciężaru małostkowej dumy.
Jednego z tamtych dni szedłem błotnistą ulicą za taborowym wozem, zaprzęgniętym w parę włochatych mierzynków. Na wozie leżały papierowe worki, rozmiękłe pod uderzeniami zacinającego w porywach śniegu z deszczem. Na workach, tyłem do woźnicy, siedział stary Mongoł, otulony w pociemniałą od wilgoci pałatkę. Z rodzajem życzliwego zainteresowania przyglądał mi się, kiedy zbierałem sypiące się z wozu kostki cukru, które w zetknięciu z zimną, błotnistą bryją stawały się szare i lepkie. W pewnej chwili pochylił się, zanurzył dłoń w otworze pękniętego worka i rzucił mi całą garść. Uśmiechnąłem się do niego, a on odpowiedział mi uśmiechem spod opadających cienkich wąsów.
Nie doznawałem żadnego uczucia upokorzenia czy wstydu. Nie myślałem o tym, że parę tygodni temu zaledwie ja sam chodziłem w mundurze i z bronią, budząc respekt i lęk. Byłem zadowolony, że przyniosę do domu kilkadziesiąt kostek na pół rozpuszczonego cukru. A poza tym - pamiętam to dobrze - odczuwałem szczególny rodzaj wesołości, jakbym cały czas śmiał się cichutko z siebie: ze swojego głodu, który nie wydawał się już groźniejszy niż apetyt rekonwalescenta, ze swoich dawnych przesądów, a także z tego, że odgrywałem jakby scenkę z egzaltowanej opowiastki, mającej wycisnąć czytelnikowi westchnienie współczucia.
Jakiś nastrój dziecinnej improwizacji, zabawy w Robinsona, przenikał ówczesne nasze życie. Robiliśmy osobliwe wynalazki. Przytykaliśmy zapaloną zapałkę do otwartego kurka od gazu i grzaliśmy się w kuchni przy huczącym niebieskim płomieniu, bijącym poziomo ze ściany aż do połowy pomieszczenia. Przyrządzaliśmy dziwaczne potrawy z artykułów, które nie uchodziły dotąd za jadalne, jak na przykład z fusów kawy zbożowej. Razem z siostrą - śliczną i kiedyś bardzo elegancką dziewczyną - chodziliśmy, zaopatrzeni w miednicę i wiadra, pod bramę niedalekiego domu starców, który Niemcy przemienili w więzienie dla kobiet, a który obecnie służył za punkt etapowy dla repatriowanych jeńców francuskich, i wyszarpywaliśmy rękami bryły zmarzniętego koksu ze zwalonej na chodniku pryzmy.
W mieszkaniu naszym (będącym, jak nam się zdawało, jedynie tymczasowym schronieniem) panował nieustanny ruch. Znajomi, a często i nieznajomi, powracający z wojennych wędrówek, zatrzymywali się tu na noc, na kilka dni, na całe tygodnie i miesiące, śpiąc gdzie popadło, okrywając się czym się dało, razem z nami zdobywając pożywienie. Nikt nie wiedział, co będzie jutro, i nikt nie troszczył się o to nadmiernie. Otaczające nas sprzęty nie przypominały nam żadnego wczoraj. Były po prostu przyrządami do spania, do jedzenia, do siedzenia, bez żadnych estetycznych czy sentymentalnych właściwości, bez historii. Żyliśmy jak owe ptaki Aśvaghoszy, co "noc na jednym prześpią drzewie".
Nie myśląc o tym, że już zawiązuje się mój dalszy los, nieświadom kiełkowania nowych, korzeni, doświadczałem uczucia swobody, które trudno mi dzisiaj określić. Było ono dalekie od radosnej euforii, nie jaśniało blaskiem osobistych nadziei. Miało w sobie chłód wielkiej, otwartej przestrzeni. Jak gdybym - wracając do użytego porównania - został wyłuskany z mojej własnej komory w rafie. Jak gdybym poprzez jej rozbite sklepienie mógł obrać bez przeszkód jakikolwiek inny kierunek, zagłębić się w cudze korytarze lub nawet kontemplować beznamiętnie, z zewnątrz, całość struktury - połyskliwe atole i zielone archipelagi, rozkołysane nieskończonym oddechem nieba.