Radość picia - Barbara Holland

-
Proszę czekać

POCZĄTEK CYWILIZACJI

Cho­ciaż w bu­tel­ce uby­wa,

Niech nie bę­dzie ci przy­kro!

Nie cze­kaj na nic - ciesz się dniem,

Nie myśl o tym, co ju­tro!

 

Tho­mas Love Pe­acock

Je­że­li sta­nie się na ku­chen­nych scho­dach mo­je­go domu zbu­do­wa­ne­go na po­ro­śnię­tym chasz­cza­mi zbo­czu gór­skim w pół­noc­nej Wir­gi­nii i rzu­ci przed sie­bie zgni­łą brzo­skwi­nię, po kil­ku la­tach wy­ro­śnie z niej pięk­ne drze­wo. Je­że­li maj nie za­sko­czy ostrym mro­zem, a wie­wiór­ki, z po­wo­dów trud­nych do wy­tłu­ma­cze­nia, nie po­zry­wa­ją nie­doj­rza­łych owo­ców, moż­na ze­brać wię­cej brzo­skwiń, niż kto­kol­wiek jest w sta­nie zjeść lub za­mro­zić na zimę.

Za­wsze tak było. Na dłu­go przed wpro­wa­dze­niem pro­hi­bi­cji, za jej cza­sów i po niej mój re­gion sły­nął z brzo­skwi­nio­wej bran­dy, a bo­ga­ci lu­dzie z ca­łe­go pół­noc­ne­go wscho­du zjeż­dża­li tłum­nie, aby się w nią za­opa­trzyć. Na­wet naj­bar­dziej przed­się­bior­czy far­me­rzy zo­rien­to­wa­li się szyb­ko, że za­ła­do­wy­wa­nie wo­zów doj­rza­ły­mi brzo­skwi­nia­mi, za­wo­że­nie ich na ry­nek i sprze­da­wa­nie po­obi­ja­nych i nad­gni­łych po zmie­nia­ją­cych się nie­ustan­nie ce­nach nie mo­gło im w ża­den spo­sób przy­nieść zy­sku. Bran­dy była ła­twa w pro­duk­cji, trans­por­cie, zaj­mo­wa­ła mało miej­sca i w za­sa­dzie nig­dy się nie psu­ła. A w od­po­wied­nim to­wa­rzy­stwie spra­wia­ła więk­szą fraj­dę niż je­dze­nie brzo­skwiń.

Da­lej na pół­noc osad­ni­cy pili ja­błecz­ni­ki. Ich pro­duk­cja nie na­strę­cza­ła trud­no­ści. W opusz­czo­nych sa­dach nie­zer­wa­ne jabł­ka fer­men­to­wa­ły je­sie­nią, opo­sy wdra­py­wa­ły się na drze­wa, zja­da­ły owo­ce, upi­ja­ły się i spa­da­ły za­mro­czo­ne na zie­mię. Wy­star­cza­ło wy­ci­snąć z ja­błek sok i zo­sta­wić go na kil­ka dni. Po­zba­wio­ny dzi­siej­szych kon­ser­wan­tów za­mie­niał się w orzeź­wia­ją­cy, choć nie­zbyt re­pre­zen­ta­cyj­ny na­pój, na­da­ją­cy się ra­czej jako do­da­tek do śnia­da­nia niż tru­nek po­da­wa­ny pod­czas pro­szo­ne­go obia­du. Przede­sty­lo­wa­ny za­mie­niał się w jabł­ko­wą bran­dy, ame­ry­kań­skie­go ku­zy­na ca­lva­do­su, pro­du­ko­wa­ne­go w Nor­man­dii lek­kie­go trun­ku kla­sy pra­cu­ją­cej. Z ko­lei ap­ple­jack to jabł­ko­wa bran­dy de­sty­lo­wa­na przez wy­mra­ża­nie lub po pro­stu zmie­sza­na z czy­stym al­ko­ho­lem.

No­stal­gicz­na wi­zja przy­do­mo­wych sa­dów - da­ją­cych na­szym przod­kom zdro­we, świe­że owo­ce, w któ­rych mo­gli za­ta­piać zęby, prze­sia­du­jąc na scho­dach przed do­mem - ma swój urok, ale na ogół owo­ce ho­do­wa­no, aby wy­twa­rzać z nich al­ko­hol. Dla­te­go wła­śnie upra­wia­no ner­kow­ce, trzci­nę cu­kro­wą, jęcz­mień i pal­my.

 

Ja­kieś dzie­sięć ty­się­cy lat temu nasi przod­ko­we po­rzu­ci­li wę­drow­ny tryb ży­cia, kie­dy mu­sie­li jeść, co po­pa­dło, osie­dli­li się i za­czę­li pra­cę na roli. Upra­wa ro­ślin i zbie­ra­nie plo­nów wy­ma­ga­ły znacz­nie wię­cej pra­cy niż zry­wa­nie na­po­tka­nych pod­czas wę­drów­ki owo­ców, ale da­wa­ły rów­nież ko­rzy­ści. Je­że­li moż­na było za­trzy­mać się na dłu­żej w jed­nym miej­scu i za­pew­nić so­bie w mia­rę sta­ły do­stęp do brzo­skwiń, ryżu, ja­błek, ja­gód, wi­no­gron, mio­du, ziem­nia­ków, jęcz­mie­nia, psze­ni­cy, mle­ka, kak­tu­sów, ku­ku­ry­dzy, trzci­ny cu­kro­wej, ko­ko­sów czy do­wol­nej in­nej sub­stan­cji or­ga­nicz­nej, po ja­kimś cza­sie prze­kształ­ca­ła się ona w pro­ce­sie fer­men­ta­cji (na­wet je­że­li nie ro­zu­mia­no tego me­cha­ni­zmu) w na­pój po­zwa­la­ją­cy za­po­mnieć o kło­po­tach i cie­szyć się ży­ciem.

Wil­liam Faulk­ner, któ­ry wie­dział co nie­co na ten te­mat, za­uwa­żył, że cy­wi­li­za­cja na­ro­dzi­ła się wraz z od­kry­ciem fer­men­ta­cji. Tak dla po­rząd­ku, fer­men­ta­cja to pro­ces, któ­ry za­cho­dzi, kie­dy czą­stecz­ka cu­kru roz­kła­da się na dwie czą­stecz­ki al­ko­ho­lu za­wie­ra­ją­ce­go dwa ato­my wę­gla, zwa­ne­go eta­no­lem, i dwie czą­stecz­ki dwu­tlen­ku wę­gla. Bio­rą w nim udział droż­dże, któ­re każ­dy go­spo­darz lub go­spo­dy­ni może ła­two wy­ho­do­wać w wo­dzie po­zo­sta­łej po go­to­wa­niu ziem­nia­ków z chmie­lem lub po pro­stu zna­leźć w jed­nym z na­tu­ral­nych źró­deł (wy­stę­pu­ją rów­nie po­wszech­nie jak za­raz­ki): przy­cza­jo­ne na wi­no­gro­nach, uno­szą­ce się w ka­dziach z jęcz­mie­niem, usa­do­wio­ne na nie­zer­wa­nych jabł­kach. Ści­śle mó­wiąc, droż­dże to Sac­cha­ro­my­ce­ta­ce­ae, mi­kro­sko­pij­ne grzy­by. Ży­wią się cu­krem za­war­tym nie­mal we wszyst­kim, co na­da­je się do je­dze­nia, prze­kształ­ca­jąc go w odu­rza­ją­cy na­pój.

Istot­ne było osie­dle­nie się w jed­nym miej­scu i za­prze­sta­nie wę­dró­wek, dzię­ki cze­mu pro­duk­ty mia­ły czas na fer­men­ta­cję. Im dłu­żej się cze­ka­ło, tym sil­niej­szy otrzy­my­wa­ło się na­pój, choć w nie­któ­rych owo­cach, na przy­kład man­go, al­ko­hol po­ja­wiał się nie­mal na­tych­miast po tym, jak doj­rza­ły, przez co małe ptasz­ki za­trzy­mu­ją­ce się na prze­ką­skę upi­ja­ły się tak bar­dzo, że nie były w sta­nie od­le­cieć. Z ko­lei inne owo­ce z na­tu­ry za­wie­ra­ją al­ko­hol. W ze­szłym roku w Ka­ro­li­nie Po­łu­dnio­wej sta­do je­mio­łu­szek ce­dro­wych wpa­dło w ta­ra­pa­ty po zje­dze­niu ja­gód ostro­krze­wu w cen­trum biu­ro­wym pew­ne­go mia­sta. Je­mio­łusz­ki nie po­tra­fi­ły się oprzeć upa­ja­ją­cej go­rzał­ce i co naj­mniej set­ka, le­cąc po pi­ja­ne­mu, roz­bi­ła się o prze­szklo­ną ścia­nę jed­ne­go z bu­dyn­ków. Po­ło­wa z nich zgi­nę­ła.

W 2004 roku ar­che­olo­go­wie wy­ko­pa­li w pre­hi­sto­rycz­nej osa­dzie Jia­hu w Chi­nach ze­staw ele­ganc­kich, sty­lo­wych dzba­nów. Ich wiek okre­ślo­no na osiem do dzie­wię­ciu ty­się­cy lat. Po zba­da­niu za­war­to­ści che­mi­cy stwier­dzi­li, że prze­cho­wy­wa­no w nich wino z ryżu, psz­cze­le­go wo­sku oraz gło­gu lub dzi­kich wi­no­gron. Śla­dy po­dob­nych na­po­jów, ma­ją­ce oko­ło dzie­się­ciu ty­się­cy lat, zna­le­zio­no rów­nież na Bli­skim Wscho­dzie.

Świa­dec­twa wska­zy­wa­ły, że osa­dy po­cho­dzi­ły z tego sa­me­go cza­su. Pa­trick McGo­vern, che­mik spe­cja­li­zu­ją­cy się w ar­che­olo­gii, za­uwa­żył: "Upra­wa roli, bu­do­wa osad i pro­duk­cja sfer­men­to­wa­nych na­po­jów al­ko­ho­lo­wych roz­po­czę­ły się w obu re­gio­nach jed­no­cze­śnie".

Rol­nic­two, pro­duk­cja na­po­jów al­ko­ho­lo­wych i ży­cie spo­łecz­ne szły ze sobą w pa­rze. Lu­dzie prze­sta­li żyć we wro­go na­sta­wio­nych do sie­bie gru­pach ro­dzin­nych, któ­re prze­cze­sy­wa­ły za­ro­śla w po­szu­ki­wa­niu ja­gód i chrząsz­czy oraz rzu­ca­ły ka­mie­nia­mi w inne ro­dzi­ny. Po­łą­czy­li się w ple­mio­na, aby upra­wiać ro­śli­ny i pod­da­wać je pro­ce­so­wi fer­men­ta­cji. Kie­dy od­kry­li ko­rzy­ści pły­ną­ce z to­wa­rzy­stwa in­nych lu­dzi, prze­nie­śli swo­je sie­dzi­by bli­żej nich i prze­sta­li za­bi­jać się na­wza­jem przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Od­wie­dza­li są­sia­dów. Czę­sto­wa­li się al­ko­ho­lem. Uczy­li się ra­zem pra­co­wać i ba­wić. Wy­chy­la­li kil­ka piw.

Piwo zo­sta­ło na­zwa­ne ka­mie­niem wę­giel­nym cy­wi­li­za­cji, choć wie­lu twier­dzi, że pierw­szeń­stwo na­le­ży się mio­do­wi pit­ne­mu. Na­ukow­cy snu­ją przy­pusz­cze­nia, że ktoś zo­sta­wił mi­skę z jęcz­mie­niem - któ­ry po raz pierw­szy za­czę­to upra­wiać na Bli­skim Wscho­dzie - ten za­mókł, za­czął kieł­ko­wać, a kie­dy osia­dły na nim przy­nie­sio­ne przez wiatr droż­dże, za­czął się pie­nić. Ktoś wy­pił po­wsta­ły w ten spo­sób na­pój i stwier­dził, że jest smacz­ny. W teo­rii tej wiel­ką wagę przy­kła­da się do jed­nej mi­ski bli­skow­schod­nie­go jęcz­mie­nia - jak jed­nak pi­cie al­ko­ho­lu tak szyb­ko roz­prze­strze­ni­ło się mię­dzy róż­ny­mi lu­da­mi i re­gio­na­mi, sko­ro nie ko­mu­ni­ko­wa­ły się one ze sobą?