1
Międzynarodowy Interaktywny Komitet Biograficzny (IIBC) - instytucja do
tego stopnia wpływowa i poważana, że już od dwóch dziesiątków lat walczę
o prawo zostania jej członkiem-korespondentem - powierzył mi napisanie
rozszerzonego, opatrzonego komentarzami życiorysu niejakiego Josypa
Rotskiego. Zadania tego podjąłem się nie tylko z utajoną głęboką
wdzięcznością, ale i z pełną świadomością, jak bardzo jest trudne.
Przecież nic podobnego jeszcze nie miałem okazji robić. Nie wyglądało na
to, by suma informacji o osobie, której życiową drogę musiałem
udokumentować w pełni, bez luk i zmyśleń, była dużo większa od zera; na
dobrą sprawę kończyła się praktycznie na samym imieniu i nazwisku.
Nawiasem mówiąc, nawet te minimalne dane wcale nie były takie bardzo
pewne. Zwłaszcza imię. Czy naprawdę Josyp? A może nieco archaiczny Osyp?
Czy też, powiedzmy, Josyf? Nie mówiąc już o Josefie i Józefie? A co
dopiero Joazaf i Jozafat?
Josyp Rotski. Pretensjonalna hybryda Brodskiego i Rotha, z racji miejsca
urodzenia tak samo brodzkiego, i w ogóle - ptaka brodzącego. Ale to
dygresja.
Po serii medytacji i skrupulatnego przeczesywania wszystkich możliwych
zasobów sieciowych doszedłem do paru pierwszych wniosków. Przede
wszystkim do tego, że Josyp Rotski istniał naprawdę, a być może - nadal
istnieje. A zatem z całą pewnością nie jest tworem wyobraźni któregoś z komitetowych urzędników. To, że nikt w Komitecie nie miał zamiaru puścić
w obieg kolejnej fikcji biograficznej, mogłem potwierdzić nawet na
torturach. Inna sprawa, do czego ów Josyp Rotski był tak strasznie
potrzebny Komitetowi. Domyślałem się, że odpowiedź pocznie się wyłaniać
w miarę postępów mego śledztwa.
Na początku miałem same okruchy. Udało mi się dowiedzieć, że Josyp
Rotski zdobył wyrywkowe wykształcenie muzyczne i opanował grę na kilku
instrumenttach klawiszowych. Na początku lat dziewięćdziesiątych grywał
w składzie pewnego zespołu i nawet jeździł z występami (wedle jego
własnych słów - na tournée) do Serbii. Mogła to zresztą być i Macedonia.
Po serbsku się nie nauczył, czasem jednak produkował rozmaite
serbskopodobne wyrażenia. Na przykład kiedy oglądał się za jakimiś
wyjątkowo ponętnymi liniami czy krągłościami, mógł w zachwycie
powiedzieć "fajna malica!", co według niego po naszemu oznaczało
"fajna dziewczyna". Czasem posuwał się w tym za daleko i dodawał "fajna
tylica!". Nic wulgarnego zresztą nie miał na myśli: tylica oznaczała
osobę, która minąwszy go, znajdowała się z tyłu. Ta defilująca przed nim
mogłaby się nazywać prednicą.
W ogóle lubił używać własnych, dopiero co wymyślonych słów. Niektóre z nich do niego wracały, reszta pojawiała się jednorazowo.
W poprzednim życiu, które przypadło na przełom wieków XV i XVI, też był,
ma się rozumieć, muzykiem, ale, jak się zdaje, o wiele lepszym.
Poza tym dowiedziałem się, że Josyp Rotski dosyć często nosił
jednobarwne, najczęściej jasne koszule. Chociaż w czarnych również
bardzo mu było do twarzy. Może tłumaczyło się to heterochromią - dosyć
rzadkim zjawiskiem, polegającym na tym, że tęczówka każdego oka ma inne
zabarwienie. Na pewno wiadomo, że jedno oko Rotski miał zielonkawe.
Prawe czy lewe, tego się nie dowiedziałem. Barwy drugiego oka - na razie
też nie.
Swój kraj Josyp Rotski opuścił przymusowo. Mam wszelkie podstawy, by
sądzić, że wiąże się to głównie z klęską rewolucji, w której - i w rewolucji, i w klęsce - odegrał wcale nie marginalną rolę. Stąd jego
wielce prawdopodobny udział w pewnym zamachu politycznym. Zdaje się, że
skutecznym.
Mniej więcej tyle wiedziałem o Josypie Rotskim, kiedy - chcąc
kontynuować swoje próby badawcze - wyruszyłem w drogę. Nie zatrzymuję
się przy poszczególnych punktach mojej chaotycznej podróży, której
kolejne odcinki wydawały się straszliwie absurdalne i najpewniej
musiałyby mnie doprowadzić w beznadziejnie ciemny kąt. Przypominam sobie
jednak, że wreszcie natknąłem się na nieprzebytą przeszkodę w postaci
szwajcarskiego więzienia o złej sławie i musiałem ją ominąć, nie
dostawszy się do środka. Ta porażka zmusiła mnie do zaciśnięcia zębów i stała się chwilą poniekąd przełomową.
W grudniu zeszłego roku zaniosło mnie do Nosorogów - nie miasteczka, ale
raczej miasta w okolicach jednego z siedmiu dziesiątków centrów
geograficznych Europy w jej bardziej wschodniej wersji. Karpaty zyskują
tam dosyć egzotyczną postać wulkaniczną, a ich końcowe pasma, porośnięte
orzechowymi i kasztanowymi gajami, tworzą całe kaskady bardziej stromych
i bardziej łagodnych zboczy, do których już przez dziewięć stuleci
idealnie klei się wspomniane miasto. Co prawda, Nosorogami zaczęło się
nazywać nie od założenia, ale dopiero w czasach rządów dwudziestego
szóstego barona Floriana-Augusta. Czyli gdzieś tak pod koniec XV wieku.
Mieszkanie, w którym jeszcze kilka lat temu miał podobno stacjonować
Josyp Rotski, udało mi się wynająć nie od razu, choć, jak zapewniał mnie
nieco podejrzany pośrednik, za tę samą kasę, co w warunkach obecnej
wolno postępującej inflacji należało uznać za niezasłużoną jeszcze
preferencję.
W taki oto sposób stałem się lokatorem tego jedynie na pierwszy rzut oka
niezbyt wyróżniającego się miejsca. Budynek, którego pół parteru
dostałem tymczasowo do dyspozycji, stanowił kilkupiętrowy okaz
architektonicznej niepewności i wszelkimi siłami wciskał się w piaskowcowe, tak zwane dzikie, podnóże Góry Zamkowej - jakby chciał na
zawsze zniknąć, schować się w jej wnętrzu. Inaczej mówiąc - uwewnętrznić
się. Za jedyną osobliwość budowli mogły być uznane piwnice, i to nawet
nie same piwnice, ale mieszczący się w nich klub. Który, nawiasem
mówiąc, był przeważnie zamknięty. A jeśli nawet nie był, to nie był też
zbyt chętnie odwiedzany. Ja odwiedziłem go tylko raz - pierwszego
wieczoru po przyjeździe. Była to jedna z typowych staromodnych nor,
gdzie swego czasu tak nadymiono, że już żadne wietrzenie na to nie
pomoże. Dodatkową oznaką oldskulowości były wykałaczki - nie tylko na
stołach, obok solniczek i pieprzniczek, ale z jakiegoś powodu także na
barze. Brakowało tylko słoiczków z musztardą. Nikt z personelu nie rwał
się, żeby zadowolić moją nienaturalnie ospałą ciekawość. Co prawda, mimo
wszystko nienaturalnie apatyczny barman pozwolił mi wydobyć z siebie
zeznanie, że do niedawna znajdował się tu inny zakład, on sam zaś nie
umie powiedzieć, kto wtedy przychodził. Ściśle mówiąc, umie, ale bardzo
niewiele: "Jacyś emigranci". Miejscowa frankowka okazała się mniej niż
przeciętną wersją tego bardziej niż przeciętnego wina, a w lokalu nic
szczególnie miłego się nie działo. Na przykład w zasięgu mego wzroku nie
znalazło się nawet to, co pasowałoby do wyrażenia "fajna malica!".
Wysączyłem drugi kieliszek, zapłaciłem i poszedłem do siebie, na górę.
Bliżej połowy miesiąca, kiedy dni stają się krytycznie krótkie i bezwstydnie mętne, zwłaszcza w mieszkaniu na parterze budynku pod Górą
Zamkową, spotkała mnie przygoda, jedyna mistyczna przygoda w całym
życiu. Pracując po południu nad kolejnym stosem dokumentów i w żadnym
nie znajdując absolutnie nic, co by mi się przydało, popatrywałem przez
okno. Obserwując wyjątkowo nieśmiałe próby śniegu, który mógłby wreszcie
darować sobie powściągliwość i sypnąć ze wszystkich sił, zacząłem mimo
woli ziewać. Postanowiłem więc zrobić sobie przerwę i zdrzemnąć się na
kusząco dostępnym tapczanie. Wpadając już z półsnu w sen absolutny,
zdążyłem odnotować nową dla siebie okoliczność: z dołu, jakby z piwnicy,
zaczęły dolatywać dźwięki różnego rodzaju i głośności, świadczące o energicznym przestawianiu mebli i strojeniu instrumentów. Może jeszcze
nie wszystkich. W każdym razie klubowy akustyk na całego już użerał się
z perkusją.
Drugą rzeczą, jaką zdążyłem uczynić, było domyślenie się, że właśnie
jest piątek i dlatego wieczorem zacznie się koncert.
Trzecia rzecz nadążyła za drugą. Wszystko działo się tak samo jak wtedy.
Byłem nie sobą, ale Josypem Rotskim. Leżałem na tym samym tapczanie w jego czasie. To on słyszał te dolatujące z dołu dźwięki. Mnie pozostało
rozpłynąć się we wszystkim, co będzie dalej. Czyli w innym czasie, w innym dniu, ale tak samo pod koniec roku i w tym samym mieszkaniu.
Na dole tak samo ustawiali brzmienie bębna basowego - długo, nudno,
powoli i metodycznie. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Mieszkanie nad
klubem oznacza pewne niedogodności, zwłaszcza w piątki i soboty. Klub
nosił nazwę Xata Morgana (czy też "Chata Morgana", bo obie wersje były
tu równouprawnione) i noga Josypa Rotskiego nigdy w nim nie stanęła.
Mimo wszystko już przywykł do tych wszystkich przedkoncertowych hałasów
w piątkowe popołudnia. A także, co tu długo gadać, do samych koncertów.
Nie wszystko na nich brzmiało równie beznadziejnie, powiedziałby Josyp
Rotski, gdyby go spytano. Ale spytać nie było komu.
No dobrze, w piwnicy nie działo się nic absurdalnego.
Natomiast czymś meganiedorzecznym, jeśli w ogóle możliwym, wydał się
dzwonek do drzwi. Josyp Rotski się nie ruszył. Nikt, żadna żywa dusza
nie powinna go była tutaj dzisiaj niepokoić. Żadnej randki, żadnych
seks-seansów czy w ogóle intymnych spotkań na ten piątek nie planowano.
A jednak dzwonek rozmnożył się do serii dzwonków, krótkich i długich,
które potem przeszły w stukanie. Nieznany gość wykazywał zdecydowaną
namolność i wyraźną niecierpliwość.
Rotski po raz pierwszy pożałował, że nie ma wizjera - już dawno należało
go założyć. Przez chwilę się wahał, stojąc nieruchomo pod drzwiami.
Dobrze wyćwiczona wyobraźnia zdążyła rozwinąć kilka linijek w wiadomościach, w których za godzinę czy dwie pojawi się info na temat
kolejnej ofiary figurującej na liście. Na przykład, oni, bo niby czemu
nie, pomyślał Rotski. W końcu machnął w myślach ręką, w tychże myślach
wypowiedział: "Raz kozie śmierć!", i otworzył.
Człowiek po drugiej stronie drzwi był przede wszystkim perfumami,
intensywną, gęstą chmurą zapachów. Z tej chmury wyłoniły się jego
pierwsze słowa, które brzmiały: "Dzień dobry. Zdobycz".
W ojczystym języku Rotskiego. Z którego, jak się korzysta, Rotski przez
kilka ostatnich lat zdążył zapomnieć.
- Dzień dobry. Zdobycz.
- Wdowycz? - nie dowierzał Rotski.
- Nie, zdobycz. Ale w sensie pozytywnym - ta, która jest dla łowcy. Pan
jest łowcą, ja: zdobyczą.
Rotski wlepił wzrok w idealną łysinę, w to błyszczące kolano głowy.
Trochę z dołu, bo Rotski dużym wzrostem się nie odznaczał.
- Myrosław-Jaromyr Serwus - przedstawił się łysy. - Można w krótszej
wersji: Myromyr albo Sławojar. Myrko. Albo Jarko. Jesteśmy sąsiadami,
przychodzę z dołu. Jestem właścicielem Chaty Morgany. Czy niekiedy
zanadto nie przeszkadzamy?
- To miło z pańskiej strony - wycedził Rotski.
- Tak, wiem. Zaprosi mnie pan do środka?
Chmura perfum wpłynęła do przedpokoju. Rotskiemu wydało się, że odróżnił
gravity master od klausa johanna berangera (szafran, cynamon, wieczorny
jaśmin, popiół plus do wszystkiego szczur piżmowy).
- Pańskie nozdrza nie kłamią. Ja tak specjalnie: zagłuszyć siarkę -
komentował łysy, podśmiewając się z własnego żartu i przesuwając się do
salonu.
Nie tylko jego łysiny czepiała się idealność. Idealne wygolenie twarzy
nie darowało ani brwiom, ani rzęsom. Idealna obcisłość idealnie
dopasowanego ubrania nie dała żadnej szansy fałdkom. A jeszcze te
wszystkie drogie ozdoby w nosie, uszach, na szyi, w klapach i na
palcach! I każda wymagałaby bardzo pilnego przyglądania się i symbolicznego objaśnienia.
Kiedy gość dotarł do końca korytarza, obejrzał się na Rotskiego, który
nieco zagubiony stał gdzieś z tyłu.
- Nie przyszedłem tu tylko po to, żeby zawrzeć znajomość. Mam propo...
Nie dokończył z winy Edgara. Ten ostatecznie ocenił sytuację i z gwałtownym łopotem wyleciał ze swojej stałej zasadzki na szafie. Zdawało
się, że zaraz zaatakuje tę idealną łysinę i dziobem, i pazurami.
- Proszę się nie bać, to uczony i poeta. Nie napadnie, chociaż go
intrygują pańskie błyskotki - nerwowo zapewnił gospodarz, przepuszczając
gościa, a razem z nim także kruka do salonu.
Edgar płynnie usiadł Rotskiemu na ramieniu (jak zwykle na lewym) i z zachłanną ciekawością przypatrywał się siedzącemu vis-a-vis łysemu,
który właśnie opadł na przeciwległy fotel.
- Świetny nevermore - pochwalił Serwus. - Od dawna jesteście razem?
- Dwa tysiąclecia - rzekł Rotski, na co Serwus ze zrozumieniem kiwnął
głową.
- Panie Josypie - zaczął, całym sobą demonstrując, że od razu bierze
byka za rogi.
- Można po prostu Jos - przerwał mu Rotski.
- Cudownie, Jos - zgodził się gość. - A skoro tak, to ja jestem Mef.
Zastrzegam jednak: nie Mefisto. Tego niech pan nawet nie oczekuje.
- Szkoda. Skąd zatem Mef?
- A diabli wiedzą. Mefodij? Kiedyś tak mnie przezwano w grupie
anonimowych pacjentów. Wszystkim tam wymyślano robocze imiona. W naszym
kółku była pani Amfa, kilku Cracków, staruszek Jah, młodziutka Barbie i niezapomniana parka Tram i Dolly. A ze mnie zrobili Mefodija.
- Mefodij, Mef. Pasuje.
- Myślę, że to od mefedronu, wtedy na tym siedziałem. Polubiłem tak, wie
pan, siedzieć w ciepłej wannie i wciągać. Wwąchałem się, rozsmakowałem.
Smutne, straszne, a jak się wspomni... A propos, ma pan mieszkanie z łazienką?
Rotski chwilę się zastanawiał, jaka odpowiedź na takie pytanie nie wyda
się głupią, gdy tymczasem Edgar, nie dopatrzywszy się w obcym niczego
takiego, co wymagałoby trzeciego stopnia czujnej zażyłości, wyniósł się
- tym razem ledwie dosłyszalnie - z ulubionego ramienia i przeleciał na
stary kredens w przeciwległym kącie pokoju, skąd jednak dosyć pilnie
kontynuował obserwację.
A wtedy zaczęła się rozmowa, która, zgodnie z większością wersji,
musiała potrwać co najmniej godzinę.
Tyle że rozmową w zwykłym sensie ten raczej monologiczny potok trudno
nazwać. Mówił głównie Mef, a Jos - choć od początku wiedział, że na
każdą propozycję stanowczo odpowie: nie - przeważnie słuchał. Podobnie
jak nie grzeszył wzrostem, nie odznaczał się też nadmierną uprzejmością,
a słowo "nie" już przez połowę życia nie opuszczało pierwszej piątki
jego listy. Mimo to - dziwna rzecz! - cierpliwie słuchał, sam sobie w duchu się dziwiąc, skąd, u licha, stać go na taką tolerancję.
- Jos - powiedział Mef - jestem pańskim dawnym wielbicielem, nie starym
wielbicielem, ale dawnym, chociaż pan mógłby nawet powątpiewać, czy tacy
gdzieś na świecie w ogóle zostali. Jestem jednym z takich, może nawet
jedynym. Aż poderwało mnie całego ze szczęścia, Jos, kiedy się
dowiedziałem, że pan tu teraz nade mną będzie mieszkał, to po prostu
błogosławieństwo zstąpiło na mój zakład, jakby spadła nań Boża rosa.
Jos, pan jest nad nami jak ten Bóg. Ja pana i na żywo, i w nagraniach
studyjnych, i kiedy tamtej zimy wkładał pan maskę - też. Mam kolekcję
pańskich autografów, Jos. Przyszedłem po pańską duszę.
(Ale czy pan mnie z kimś nie pomylił - Rotski na to. - I'm not so
important, man. Zwłaszcza moja dusza).
- Ależ, Boże, uchowaj - odparł Mef. - Niech to diabeł porwie, proszę, tu
jest choćby baza dowodów. - I zamigał smartfonem: foto, wideo, audio. -
Rotski, Rotski, Rotski, niech pan sam spojrzy, jestem pańską zdobyczą,
Jos, już trzydzieści lat jak nią jestem. Wychowałem się na panu. Tak
samo się czesałem i taką miałem fryzurę jak pan teraz. Dopóki włosy mi
wskutek kłopotów nie powyłaziły. Za młodu tak samo przechylałem głowę na
bok, zadzierając podbródek. I chodziłem z podniesionym kołnierzem, z rękami w kieszeniach. Żyłem w pańskim stylu i pańskim stylem, Jos. Żyłem
pańskim nazwiskiem. Wie pan, ile kasy wpakowałem w całą tę rewolucję
tylko ze względu na pana? A dziesiątki, setki takich jak ja? Nieśliśmy
tam wszystko: jedzenie, lekarstwa, ubrania, drwa, papierosy, broń,
nerwy, płuca, koks. Na pierwsze żądanie Kierownictwa, Jos. Nikomu z nich
tak nie wierzyłem jak panu. Im wcale nie wierzyłem, a panu, Jos - tak.
Póki pan tam był, wiedzieliśmy, po co to wszystko. Patrzeć, patrzeć:
tego a tego już jutro zamkną, temu dadzą w łeb, ten potem wszystkich
wydawał, te dwie, jeszcze tej samej nocy, jedna za drugą, bez wieści i ostatecznie, a ten - siądzie na całego, ta - poroni, a pan i ja -
emigranci. Z jednego zdjęcia tyle historii, niech pan tylko popatrzy,
Jos.
(Rotski, przeglądając powoli pliki w smartfonie: I co dalej? Założymy
zespół więźniów i represjonowanych?).
Ciepło, ciepło - na to Mef. - Prawie pan odgadł.
(Tylko to przecież nudne - Rotski. - Nawet słów mi brakuje, żeby
wyrazić, jak nudne).
Emigracja to taki kraj, w którym zazwyczaj sypia się źle - Mef na to. -
A jak się zaśnie, to śnią się takie rzeczy, że lepiej się nie budzić:
zadławi się człowiek własnym wyciem jak wymiocinami. Myślę, że to WS -
wyrzuty sumienia. Kamienie i inne CnD - ciężary na duszy. I różne takie.
I pytasz sam siebie cały czas, pytasz. No, dlaczego przeszyto -
dosłownie, szydłem przez płuco - jego, a nie mnie? Dlaczego snajper -
tamtego? Ja stałem o metr od niego, i w ogóle bez tarczy! Czemu nie ja
poroniłem? Czemu nie mnie do baraku na siedemset pięćdziesiąt lat,
dziesięć miesięcy i trzy tygodnie? Dlatego że ja tutaj, a oni tam? Ale
dlaczego ja tutaj? Czemu tamten ma gruźlicę, a ja otwieram nowy klub?
(Tylko niech pan nie wierzy, że to jest misja, Mef. To kwestia
przypadku).
Ale jak nie wierzyć, Jos? Przecież właśnie każdy przypadek jest misją.
Choćby ja przypadkowo wyśniłem nazwę. Przypadkowo pod taką nazwą
urządziłem klub. W tym celu musiałem przypadkowo dobrać do niego
piwnicę. Dobrałem. Ściśle mówiąc, klucze do niej. Klucze pasowały, więc
otworzyłem. Potem pierwsi przypadkowi goście. Goście przypadkowo zaczęli
do mnie przychodzić. Muszą się tu razem zagrzać. To są emigranci
pierwszej fali, jeszcze czują domowe ciepło. Ale ciepło się traci - więc
szukają sobie podobnych. Czy nie widzi pan, co się dzieje? Jak nasz kraj
cały odchodzi od siebie - i to cały, na wyścigi? Dokądkolwiek - byle nie
zostać. Kto zostanie, ten przepadł, reżim wypruje z niego flaki. Nawet w tej wulkanicznej karpackiej dupie naszych jest już dwa miliony. Za rok
będzie ich pięć, bo wszystko co może uciec - ucieka. Ma pan pojęcie, na
peryferiach jest nas tu już dwadzieścia procent! A co dopiero w stolicach, centrach! No i, rzecz jasna, młodzi, młodzi. Jakakolwiek
dziura za granicą milsza jest dla nich niż dom! Ale trzymają się jeszcze
jakichś więzi, jakiejś pamięci. I to nie jacyś "oni", nie zwykła
zbieranina, tylko pewna wspólnota. Brakuje nam pana, Jos. Żeby
zbieranina stała się wspólnotą, potrzebuje pana. Takiego, wie pan,
punktu orientacyjnego, wektora, masztu, osi, pionu.
(Mówi pan o tańcu na rurze?).
Taniec mamy, jeśli pan nie wie, w każdą niedzielę. A pan jest nam
potrzebny w czwartki, Jos.
(Dlaczego czwartki?).
Bo w poniedziałki odpoczywamy, klub jest zamknięty. We wtorki są
wykłady, dyskusje, panele, zebrania, kursy mistrzowskie dla kawiarzy,
komando palaczy, giełda wegańska. W środy dużo imprez na "ef":
futboloteka, filmy, freak show, free jazz, flamenco, franco disco,
Fafa-Lala - i raz w miesiącu wieczór par jednopłciowych. W piątki - noc
młodych zespołów "Szczęśliwego Nowego Rocku", debiuty kapel. W soboty -
zamknięte wieczorki sponsorów i donorów. W niedziele - striptiz, taniec
na rurze, jak pan już wie, Jos. No a w czwartki będzie pan.
Edgar, który już od jakiegoś czasu szykował się, by ustąpić ze swego
kredensu, dosyć wyraźnie, chociaż z charakterystycznym chrypieniem,
powtórzył pytanie: "Dlaczego czwartki?".
Nie mrugnąwszy okiem, Serwus rozłożył ręce i wyjaśnił - nie krukowi, ale
Rotskiemu: "Wszystkie inne dni już są rozebrane. Cykl tygodniowy".
Potem - już poważniej i w sposób bardziej skupiony, jakby kreśląc
patetyczną kreskę (akustyk klubowy właśnie dał spokój nieposłusznej
perkusji i zaczął męczyć bas):
- Jos, niech pan wraca. Dlaczego pan zniknął? Pańska charyzma nie ma
prawa znikać. Taka persona jak pan znaczy absolutnie wiele. Mówiąc
między nami, u młodych tu za prędko rwą się więzi z ojczyzną.
- Nie lubię tego słowa. - Rotski trochę się skrzywił. - Ładniej mówi się
po serbsku: domowina.
- Domowina dawniej znaczyło "trumna". Mam nadzieję, że jeszcze nie czas
na nią. Za to na mnie czas - podniósł się z fotela, na wszelki wypadek
obejrzawszy się na Edgara.
Ten nie zdradził się niczym, ale nie spuszczał go z oka.
- Co miałbym dla pana robić? - Znowu niespodziewanie dla samego siebie
zapytał Rotski.
- Muzykę.
- Nie gram już od stu lat.
- Dlatego mówię: niech pan wraca. Mogę nieźle zapłacić.
- Dziękuję. Mam kompletne i w żaden sposób nieograniczone zabezpieczenie
finansowe.
- Mogę płacić nie tylko pieniędzmi, Jos.
Zirytowany tym, że już dawno mógłby to wszystko zakończyć i w dodatku
nie zadawać żadnych nowych pytań, Rotski mimo wszystko spytał:
- W takim razie czym?
Stali w przedpokoju, a Mef zbliżył się do klamki drzwi wejściowych, ale
zatrzymał się i jeszcze raz spojrzał poważniej - przy tym nie tyle na
rozmówcę, ile na Edgara, który znowu usadowił się na ramieniu Rotskiego,
tym lewym.
- Pan rzeczywiście ma oczy różnego koloru. To na pewno świadczy o byciu
wybranym? - i ciągnął: - Cena może być wysoka. Jeden pański wieczór -
plus jeden rok pańskiego życia. Nawiasem mówiąc, dostrzegłem tu
autentycznego schellenberga z wczesnych lat trzydziestych. Cudowne
brzmienie, ale trzeba nastroić. Chciałby pan grać na schellenbergu?
- Nie wiem, co robć z latami, które i bez tego dano mi przeżyć. A pan
jeszcze chce mi ich dodawać. - Rotski uśmiechnął się nieco lekceważąco,
ale możliwie wąsko, żeby nie otwierać kącików ust, które już od dawna
zasłaniały pustkę. - Mimo wszystko dziękuję za propozycję.
Tym razem dłoń Mefa ze wszystkimi kosztownymi ozdobami docisnęła klamkę
i drzwi się otwarły.
- Powiedziałem już wszystko, więc zostawiam pana. Mam nadzieję, że z lekkim zamętem duchowym. Albo przynajmniej ze zmierzchem.
Słuszniej byłoby powiedzieć "w perfumach". Ale i zmierzch naprawdę
gęstniał.
Drzwi trzasnęły, a Rotski, nie bez ulgi, choć też nie bez szpanowania,
zerkając na własne ramię lewym, zielonkawym okiem, zapytał:
- I co ty na to, stary?
Ostatnie słowo nie było zwykłą poufałością. Zgodnie z informacjami
Rotskiego, Edgar miał ponad dwieście lat.
2
Edgara, czarnego nie tylko skrzydłami, ale całym sobą, Josyp Rotski
poznał jakieś parę miesięcy przed tą zaskakującą wizytą. Spacerując w trybie zwyczajnego dnia serpentynami Góry Zamkowej, na jednym z porośniętych trawą zboczy zauważył hałaśliwą i brutalną kłótnię
niewielkiej zgrai wron z samotnym krukiem. Nie wiadomo, o co tam poszło:
międzygatunkowe ptasie ustawki niekoniecznie poddają się naszym
wytłumaczeniom. Rotski ocenił w duchu sytuację jako typowy konflikt
miastowych z leśnym. Te pierwsze jeszcze nie odważały się zaatakować,
ale też nie wypuszczały przeciwnika z okrążenia. Przy tym wyraźnie
skrzykiwały do pomocy sobie podobne. Rotskiemu przyszło do głowy, że
zaatakują, gdy będzie ich więcej. Pomimo tego, jako wyznawca idei
absolutnej nieingerencji w zjawiska przyrody, przez pewien czas
pozostawał tylko obserwatorem.
Wkrótce przekonał się, że miał rację: wron przybywało, i to dosyć
szybko, a ich zachowanie nabrzmiewało agresją. Kruk całym sobą
zapowiadał, że się nie podda, i odpowiadając na pierwsze mniej lub
bardziej otwarte wypady, rozpoczął poprzedzający taniec wojenny.
"Wlazłeś między wrony - musisz krakać jak i ony" - zacytował Rotski
ulubioną dawniej piosenkę, potem bardziej zdecydowanymi krokami ruszył
do pobocza. Napastników to trochę powstrzymało, niektóre wrony się
zawahały, a kiedy Rotski gwałtownie i dziko ryknął: "Won mi od niego,
kurwa wasza mać!" - w ogóle się spłoszyły, to zaś pozwoliło czarnemu
samotnikowi pomachać skrzydłami i poderwać się do wolnego lotu nad
niedoszłym teatrem wojennym.
Zadowolony z efektu, Rotski jeszcze przez jakiś czas odprowadzał
wzrokiem jego przeloty: z kasztana na inne drzewo, potem na
rozpłomieniony jesienią klon, później na jedną ze skał, następnie -
wyżej, gdy ptak zataczał nieregularne okręgi nad obwodem murów. Po czym
zobaczył go już w zamkowym oknie strzelniczym, gdzie kruk rozsiadł się,
zdawało się, na dłużej, co było do tego stopnia "gotyckie", że Rotski od
razu nazwał go w myślach Edgarem.
Jakieś pół godziny później bezmyślnie zaszedłszy na najdalszy
dziedziniec Starego Zamku, gdzie tamtego dnia hałaśliwie rozbijała swoje
mocno sfatygowane i sprane, ale ciągle jeszcze jaskrawo kolorowe namioty
nowo przybyła afrykańska kompania, Ro tski
poczuł, że ktoś coraz częściej pojawia się za nim. Dokądkolwiek udałby
się Rotski, w którąkolwiek stronę by się obrócił w tych labiryntach
zamczyska - kruk chodził za nim. A kiedy tylko Rotski się zatrzymywał,
to zatrzymywał się i kruk. Co więcej: przyglądał się i tak samo
przechylał głowę nieco na prawo jak Rotski zwykł przechylać swoją. A i pióra u niego wokół głowy nastroszyły się tak, jak wiecznie podniesiony
kołnierz Rotskiego. Gdyby zaś ów kruk chodził w spodniach, to koniuszków
czarnych skrzydeł także nigdy nie wyciągałby z kieszeni. Co dwa kruki,
to nie jeden, pomyślał Rotski.
Minęło jeszcze pół godziny. Straciwszy na chwilę z oczu nowego
współtowarzysza, Rotski postanowił trochę poomdlewać pod październikowym
słońcem na tarasie, gdzie zamówił u znajomego Syryjczyka miskę
najlepszego w mieście banuszu. To, że między Syryjczykiem a banuszem
istniała pewna niezgodność w tradycji kulinarnej, Rotskiego dawno
przestało dziwić. Czy się jednak kto dziwił czy nie, banusz Syryjczyka
(nie, nie kuskus i nie pilaw, tylko banusz!) nie miał jednak sobie
równych - i już. Siadłszy z miską przy pierwszym lepszym stoliku,
Rotski, od samego rana na czczo, w skupieniu zajął się smakołykiem. A wtedy na jego lewe ramię płynnie opadło coś wielkiego i skrzydlatego.
Napadnięty tak znienacka Rotski przez jakiś czas się nie poruszył.
Dostać masywnym dziobem w ucho i stracić ot tak, powiedzmy, błonę
bębenkową wcale nie miał ochoty. W uszach i tak mu czasem dzwoniło. Przy
tym Edgar nie przejawiał wrogich zamiarów, więc Rotski podniósł mu do
dzioba miskę z banuszem, już prawie wystygłym. Ptak nie odmówił. Tę
porcję zjedli we dwóch.
Kiedy Rotski schodził z góry do domu, Edgar demonstracyjnie go
odprowadził, gwałtownie przelatując z miejsca na miejsce, wyprzedzając
go i potem czekając na niego: słup z latarnią, stara budka telefoniczna,
dach apteki, brama ogrodu pałacowego, gęsto obsmarowana napisami
"bloody scum", "white trash" i "go fuck yourself you fucking
rapist" zaniedbany pomnik dwudziestego szóstego barona Nosorożca,
następnie parkan oranżerii i ganek komendy policji w historycznej willi
Stachelmeierów. Raz omyłkowo wleciał w zaułek Bonifacego, ale kiedy się
zorientował, że Rotski skręca w prawo, natychmiast skorygował pomyłkę.
Kiedy Rotski przymierzał się do kodowego zamka w swojej bramie, Edgar
obserwował go ze szczytu kolumny Jana Pawła II: "Ja ciebie widzę, a ty
mnie - nie".
W ten sposób się dowiedział, gdzie Jos mieszka, i zapamiętał sobie
miejsce.
Odtąd zaczęła się wzajemna uważna obserwacja, dwu- albo nawet
trzytygodniowy proces. Rotski niemal codziennie spotykał kruka niedaleko
swojego mieszkania. Tamten udawał czasem, że jest mu wszystko jedno i że
trafił tu przypadkowo. A niekiedy zupełnie się nie przejmował, siadając
na dostatecznie szeroki, jakby naumyślnie wmurowany dla niego parapet
Josa, i dociekliwie zaglądał do pokoju. Wychodząc, by po raz kolejny
przespacerować się do zamku, Rotski nie zapominał zabrać paczuszki z kurzym mięsem albo krakersami. Edgar zaczął reagować na swoje imię.
Niekiedy, żeby go trochę skołować, Jos swoją przybliżoną serbszczyzną
zwracał się do niego per "Wranac". Czy kruk wiedział, że to naprawdę
oznacza wcale nie kruka, ale "wronego konia"? Nie wiadomo. Na pewno
wiemy tylko, że Rotski opróżnił niejedną butelkę czarnogórskiego wina o tej nazwie. A może to było wino macedońskie?
Bliżej zimy (Rotski tamtego dnia akurat zdecydowanie przewietrzył
mieszkanie po swojej pewnej nocnej gościni, która między
nieprzeliczonymi seksualnymi trikami zdołała wypalić półtorej paczki
chesterów) kruk postanowił nie ograniczać się do parapetu, więc z ciekawością rozglądając się na boki, wkroczył do pokoju.
- Widzę, że nie miałbyś nic przeciw temu, by przeczekać u mnie to
zimnisko - ze zrozumieniem odniósł się do tego Rotski.
Edgar płynnie sfrunął z biurka i po krótkiej chwili wybrał sobie miejsce
na starej przysadzistej szafie (historyk umeblowania mógł przypuszczać,
że zmajstrowali ją jacyś nieokrzesani naśladowcy późnego baroku).
Przestrzeni między jej daszkiem a sufitem było więcej niż wystarczająco
nawet dla takiego Wielkiego Ptaka.
I tak zamieszkali razem - może nie zaraz jak bracia, ale całkiem po
przyjacielsku. Każdy robił swoje, jeden drugiego nie krępował i do
niczego nie zmuszał. Dzięki Bogu, na tylnym podwórzu znalazło się
całkiem przyzwoite pudło kartonowe z napisem "Norddeutsche Kaffeewerke".
Rotski solidnie wymościł jego dno znalezionymi w mieszkaniu
niezliczonymi gazetami z czasów zwycięskiej władzy ludowej, były tam
ich całe roczniki i dekady - sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, łącznie
ze wszystkimi osiągnięciami, zawirowaniami i spiskami antypartyjnymi.
Edgar przeciw takiemu gniazdu jakoś nie zaprotestował.
- Co on we mnie dostrzegł, nie mam pojęcia - mówił Rotski niektórym ze
swoich przedwieczornych wizytantek. - Może heterochromię?
Bez żartów jednak. Troska o współlokatora skłoniła go do pewnych
ornitologicznych, a przynajmniej krukoznawczych studiów. Wolnego czasu
miał, ile dusza zapragnie, więc dopuszczał nawet ryzyko pojawienia się w bibliotece miejskiej, gdzie bez wątpienia musiało znajdować się bez liku
fundamentalnych prac na temat żywienia krukowatych, choćby i po łacinie.
Tak daleko jednak nie zaszedł (biblioteka publiczna zajmowała półtora
piętra dawnego zamiejskiego pałacyku baronów Nosorożców) - na razie
wystarczał mu internet.
Z internetu Rotski dowiedział się o krukach mnóstwa głupot. Na przykład
tego, że są ptakami wyjątkowo niechlujnymi. "Jeśli to prawda, a nie
jakaś bzdura, to Edgar jest krukiem absolutnie nietypowym,
nadzwyczajnym" - wkrótce podzieli się Rotski swoim nowym wspólnym
doświadczeniem życiowym z niektórymi swoimi zdziwionymi, zasłuchanymi
partnerkami.
Gazetowa zawartość w pudle "Norddeutsche Kaffeewerke" nie wymagała zbyt
częstych zmian. Edgar był schludny.
Kolejną po schludności cechą Edgara była dla Rotskiego wszystkożerność.
Gdyby nie ona, Rotski miałby naprawdę ciężko: przecież nawet sobie
samemu nie chciało mu się gotować, jak należy, a co dopiero mówić o ewentualnych ptasich zachciankach. Ale żadnych specjalnych zachcianek
nie było, Edgar zaś (poza tymi epizodami, kiedy wylatywał z domu trochę
się przewietrzyć - o tym nic nie wiadomo) chętnie jadł wszystko, co mu
dawano. Na przykład krewetki. Rotski zauważył, że Edgar bardzo lubi
miażdżyć dziobem ich pancerze.
- Kiedy nadejdzie lato, spróbuję poczęstować go rakami - niebawem w natchnieniu będzie obiecywał Rotski niejednej ze swoich nocnych
przyjaciółek.
Chociaż internet oceniał przeciętną długość kruczego żywota na od
siedemnastu do czterdziestu lat, Jos był pewien, że jego współtowarzysz
miał ich więcej niż dwie setki. Bo jeśli nie, to skąd ta metafizyczna
wiedza, ten błyskotliwy intelekt?
Kiedy Edgar znowu siedział mu na ramieniu, Rotski zerkał okiem, tym
zielonym, w jego stronę i pytał: "Jesteś Hugin czy Munin? Myśl czy
Pamięć?".
- Bezmyślna to Pamięć, a Myśl bez pamięci - miał niebawem cytować Rotski
nie wiadomo czyj wers poetycki swojej ostatniej kochance.
To było wzajemne dopasowywanie się, docieranie. Zmuszony nareszcie
troszczyć się o kogoś poza sobą, Rotski mimochodem przezwyciężył
samotność, w której chłodny komfort zagnała go poprzednia sytuacja. I jakkolwiek dobrze czuł się w ostatnich miesiącach tam, wewnątrz
samotności, troska o innego, w dodatku tak wyjątkowo innego, tak samo
odpowiadała Rotskiemu. Zresztą, dlaczego nie miałby przystać na rozsądny
kompromis: cała wolność pozostaje (no prawie cała, lepiej tak), a jako
bonus otrzymał współmieszkańca i rozmówcę, żywą czarną duszę.
Samotnik nie z wyboru, ale z konieczności, Rotski odnalazł nieco
nadziei, jak przechytrzyć i zakłócić cały ten determinizm.
Jeszcze jakiś czas temu, siedząc w szwajcarskim więzieniu, myślał sobie
(w tamtejszym języku to brzmiało jak: "mit dem Gedanken spielte"), że
za to, co on, Josyp Rotski, zrobił, oni w żadnym wypadku nie zostawią
go w spokoju. Nazbyt już radykalnie się zdeklarował. Jego występ, jego
wyskok wydał się czymś tak niebywałym, niespodziewanym, niemożliwym, a w dodatku tak rażącym złamaniem wszelkich subordynacji, że to nie mogło
ujść płazem, więc kara musiała być wymierzona absolutnie ostentacyjnie
oraz, łagodnie mówiąc, nieproporcjonalnie. Tym bardziej że po nagłej
śmierci przedostatniego dyktatora Europy reżim już miał czas, by się
ogarnąć, naprędce przetasować, zaklajstrować wewnętrzne pęknięcia wśród
ugrupowań, rodzin finansowo-przemysłowych i innych klanów, żeby wreszcie
wyznaczyć jednego z licznych pozamałżeńskich synów zgasłego dyktatora na
jego następcę, niemal siłą oderwawszy go od całkiem pomyślnie
rozpoczętej kariery telewizyjnego stand-upera, i dosyć raptownie
desantować na fotel naczelnika państwa.
Dlatego więzienie, zwłaszcza szwajcarskie, musiało się wydawać Rotskiemu
jednym z najbezpieczniejszych w jego sytuacji miejsc. A kiedy z niego
wyszedł, omal nie zachwiał nim przeciwny, porywisty wiatr niepewności.
Świat poza murami zakładu karnego był pozbawiony granic, niósł więc ze
sobą nieograniczone możliwości rozprawienia się z Rotskim. Dobrze, że
ten miał szczegółowy, ujęty w punkty, plan całkowitego w nim
rozpłynięcia się, zniknięcia, nieistnienia. Dobrze też, że ów plan jakby
udawał się, a Rotski zaległ na samiutkim dnie w peryferyjnym
podkarpackim miasteczku, w niewielkim, nienaturalnie spokojnym i nikomu
nie potrzebnym kraju. Dobrze, że wypchana pieniędzmi bardziej niż
wystarczająco poduszka bezpieczeństwa pozwalała na podstawową i niewidoczną aktywność życiową.
W jakim celu? Tego Rotski jeszcze nie wiedział.
Kiedyś, kolejny raz zabijając czas internetem, natrafił na świeżo,
dopiero tego ranka opublikowaną (oni mówili - wyłożoną) Listę
Czterdziestu Czterech. Lista należała do tych, które nazywa się
proskrypcyjnymi, a ułożyła ją nieznana do tej pory Liga Asenizatorów
Jedności Narodowej. W krótkiej preambule anonimowi przedstawiciele
obiecywali zasłużoną śmierć wymienionym osobom, których antypaństwowa,
rozłamowa działalność musi zostać natychmiast powstrzymana przez zdrowe
i nieobojętne siły narodu. Kilkakrotne podkreślenie tego, że LAJN jest
strukturą wyłącznie aktywistyczną, nie ma i mieć nie może żadnego
związku z służbami specjalnymi naszego kraju, jak zawsze w takich
razach, należało rozumieć całkiem na odwrót.
Na liście figurowali przeważnie tzw. działacze kultury, choć nie obeszło
się bez innych wątpliwych kategorii, jak np. ekoterroryści, obrońcy
zwierząt, tropiciele więzi korupcyjnych, moderatorzy społeczeństwa
obywatelskiego i zwyczajne autorytety moralne z niejasnym i nieokreślonym kręgiem zajęć. Niemal połowę listy zajmowały kobiety, co
mogło świadczyć o swoistym szacunku dla równości genderowej, a szerzej
rzecz ujmując - dla postępowych standardów europejskich. Kiedy Josyp
Rotski przeczytał swoje nazwisko i imię na dosyć poczesnym miejscu w górnej części listy, poczuł ulgę: nie zapomnieli.
A jednak małą chwilę próżności zastąpiła bliższa jego naturze
autoironia. Jeszcze czego, powiedział sobie w duchu, jeszcze tego
brakowało - uderzyć w patos i napawać się własną wielkością po debilnych
żartach jakichś piąto- albo najwyżej siódmoklasistów! I nawet jeśli nie
oni, nie wiecznie przesycone gadżetami i burgerami wirtualne małolaty
zabawiły się w tę nieśmieszną grę, ale, powiedzmy, jakiś pojedynczy
oszalały frustrat, maniak komputerowy czy mający fioła na punkcie
seryjnych morderstw połykacz seriali, to co z tego wynika? Ano nic,
zupełnie nic nie wynika, wmawiał sobie Josyp Rotski.
Chociaż niekiedy, wracając do zakładki z listą i odczytując ją, oddawał
nawet należną cześć osobliwemu i na pierwszy rzut oka prawie
niedostrzegalnemu dowcipowi jej twórców. Zestaw nazwisk, i co za tym
idzie, osób, a także ich kolejność z chimerycznie rozrzuconymi tam i tu
powiązaniami znaczeniowymi wydawały mu się czasem tak zabawnie
eklektyczne i tak mocno nieuzasadnione, że się to przysłowiowemu
grochowi z kapustą nie śniło. Taką doskonałą w swoim absurdzie listę
proskrypcyjną można było ułożyć tylko po dobrym najaraniu się, nie bez
respektu pomyślał Rotski. No cóż, teraz już w ogóle nie mogę się
wychylać; skoro ich trawa daje takiego kopa, całkiem zasadnie się
oburzył.
A jednak - nie, nie oburzył się, tylko tak sobie trochę pomarudził.
Rotski nie zdołał się oburzyć, oburzenie leżało poza jego naturą.
Mimo wszystko o tym, że niewychylanie się było pomysłem raczej
sensownym, Rotski dowiedział się stąd, że lista czterdziestu czterech od
czasu do czasu - jak by to powiedzieć łagodniej? - jest odnawiana. To
znaczy, pewni figurujący na niej ludzie naprawdę ginęli, o czym Liga
Asenizatorów Jedności Narodowej gorliwie i z bezczelnym triumfalizmem
informowała. Prawdę mówiąc, lista w tej chwili miała już wszelkie
podstawy, by nazywać się listą czterdziestu jeden: trzech pechowców z jej pierwszej wersji zastrzelono w dosyć skomplikowanych
okolicznościach, mniej więcej w równych odcinkach czasu. Choć do niego
brakowało jeszcze trochę nazwisk, Rotski jednak czasem przyłapywał się
na tym, że przed wyjściem z mieszkania jakoś nader sumiennie wybiera
koszulę. Dobrze, że w jego garderobie przeważały niebieskie i szare -
plamy krwi na takich widać byłoby wyraźniej niż na czarnych czy
brązowych. Przy tym nie wyglądałyby tak patetycznie jak na białych.
W swojej niewymyślnej w sumie garderobie Rotski miał kilka ulubionych
lnianych koszul uszytych w Bangladeszu i Pakistanie. Każda z nich by
pasowała.
W rzeczywistości Rotski (chociaż wówczas o tym jeszcze nie wiedział) nie
tylko nie wyolbrzymiał zagrożenia, ale wręcz je umniejszał. Zagrożenie
było podwójne i zbliżało się do niego z dwóch różnych kierunków. Z tą
różnicą, że jednym potrzebny był martwy, a drugim - żywy. W tym kryła
się jego szansa.
No ale nie o wszystkim od razu, bo każda rzecz ma swój czas.
Absolutnie niepozorne życie, które dotąd starał się prowadzić, żadnym
prawie zmianom nie uległo. Chyba że wybierając się na swoje spacery bez
celu, najczęściej do zamku i z powrotem, Rotski wkładał ciemniejsze niż
zazwyczaj okulary. Ukrywanie naturalnego koloru oczu, aż dwóch kolorów,
w jego wypadku miało nie lada jaki sens.
Cała reszta ciągnęła się w zwykłym porządku: łażenie po mieście,
gotowanie najprostszych potraw, półtorej czy dwie butelki wina na
wieczór, książki (głównie Roberta Walsera, z którego autystyczną prozą
Jos wdał się w romans jeszcze w szwajcarskim więzieniu), muzyka,
wszystkie jej epoki i niezliczone antologie, które sam, nie wiadomo dla
kogo, układał, biorąc przykład z przypadkowo odkrytego "Radio Paradise".
A także nieczęste wyjazdy na spotkania, nie bez dozy trywialności
nazywane przezeń erotripami.
Nie tak znowu złe życie prowadził - wcale niezłe, biorąc pod uwagę, że
już dawno mogło się skończyć. Niewychylanie się, przesiadywanie i leżenie na dnie jak krokodyl w namule? Można było przywyknąć do czegoś
takiego, bo stwarzało nawet jakiś osobliwy komfort. Ale na jak długo?
Czy tak już do końca jego dni? Co za sens w tym, żeby ciągnęły się tak
długo, jak się da?
Wtargnięcie łysego wielbiciela i zaproszenie do Xaty Morgany stało się
dla Rotskiego zdarzeniem tak niezwykłej wagi, że nie było go z czym
porównać. Zamiast owo wtargnięcie całkiem zignorować i zapomnieć
najdalej następnego ranka, odrzuciwszy niby sen - nie koszmarny, ale po
prostu okropnie bezsensowny, Rotski coraz częściej przyłapywał się na
myślach o tym śnie, a ściśle mówiąc, o rozbudzonych przez niego demonach
poprzedniego życia. Wkrótce Rotski pochwali się którejś z malic: w swoim życiu naprawdę bywałem gwiazdą. I od razu poprawi nieścisłość:
nie, nie bywałem, ale pobyłem. W swoim życiu pobyłem gwiazdą tylko raz.
(W tamtym poprzednim życiu też zresztą musiał nosić nie tylko mocno
zaciemnione okulary, ale i maskę. Nikt nie powinien był znać jego
twarzy. Był nierozpoznaną gwiazdą, przesadnie zakonspirowaną. Keeping
up Appearances).
Boże Narodzenie, a po nim nieubłagany Nowy Rok okryły go lepkim
kalendarzowym strachem. W pełni, a szczerze mówiąc, w potrójnej,
gigantycznej pełni Rotski uświadomił sobie, że faktycznie
(fucktycznie!) zajmuje się teraz ni mniej, ni więcej, tylko dożywaniem
swoich lat. Że mijają dni, mijają noce. Że słońce wschodzi i zachodzi.
Że pewnego razu obcy, nieznani ludzie znajdą jego zjedzonego przez
starość trupa dopiero wtedy, gdy wyłamią drzwi jego mieszkania. Toteż
wariant z krwawymi plamami na jasnoniebieskiej koszuli z Bangladeszu nie
jest o wiele gorszy, a za to bardziej estetyczny. A jeśli jeszcze do
sieci trafi wideo z jego egzekucją, przypadkowo złapane na kamerze
obserwującej przypadkowych przechodniów, to można będzie podsumować, że
w sumie życie się udało. A śmierć? - zadawał sobie pytanie Rotski. Ona
się uda tak czy owak, jeśli będzie gwałtowna, odpowiadał sobie. Raz
kozie śmierć.
W styczniu zauważył, że dni pobiegły jeszcze szybciej niż w grudniu.
Chociaż zdawało się, że miały być dłuższe. Ich mijanie stało się
obsesją, wywołującą fizyczny wręcz ból w kościach i stawach. Na dodatek
dwudziestotrzyletnia Kolumbijka Arabella, posiadaczka, jak świadczył jej
filmik promocyjny, biustu numer cztery, którą zaprosił na erotrip
podczas pierwszego weekendu lutego, w ostatniej chwili się zmyła i skasowała przelot do Barcelony, zdążywszy przedtem naciągnąć Rotskiego
na bilet.
Zdaje się, że zerwał się tak samo w lutym, ale już w drugiej połowie.
Jacyś miejscowi hipsterzy, naśladujący jeszcze niezupełnie
przeterminowane trendy wielkomiejskiej kultury ulicznej, wytaszczyli na
chodnik przed swoją kawiarnią stare i pomalowane (no a jakie inne?)
pianino. Rotski pomyślnie mijał je już dziesiątki razy, nie zwalniając
nawet kroku. Ale tamtego razu - czy to nie Edgar, siedzący na ramieniu
coś naszeptał? - nie minął.
Dotknął (o, jak dawno to było!) klawisza. Prawie nic mu nie wychodziło.
Palce nie słuchały. Muzyka go nie chciała. Zresztą była druga w nocy i minus dziesięć na termometrze. Pozostawała nadzieja, że nikt nie
usłyszał tej hańby.
Po kolejnym tygodniu Rotski wybrał numer Myromyra-Sławojara Serwusa (to
jest Mefa) i zapytał go, czy ma jeszcze wolne czwartki.
- Orfeusz jednak zdecydował się zejść do piekła?
Gdzieś podział się tamten grudniowy entuzjasta, który omal nie
zachłystywał się miłością i fanatyzmem. Zamiast niego pokazał się dosyć
chłodny pracodawca pragmatyk:
- Jakie życzenia co do honorarium?
(Czyli nie: może się jednak ucieszył, ale jakoś nie dał po sobie
poznać).
- Zacznijmy od miski zupy - odpowiedział Rotski.
Mef milczał, więc Rotski musiał dodać:
- Tak jak w poprzednim swoim życiu, ciągle jeszcze godzę się na zapłatę
w naturze.
- Będzie pan miał i naturę - obiecał Mef.
3
Posuwając się niemal po omacku w głąb życiorysu Josypa Rotskiego,
nieuchronnie musiałem odczuć potrzebę zapoznania się, choćby tylko w jej
udostępnionej części, z kroniką miejsca, nad jakim teraz przyszło mi
mieszkać. Praca w kilku archiwach i bibliotece miejskiej, rzecz jasna,
nie wydała mi się lekką, a tumany kurzu, wzniesione wskutek moich
wysiłków poszukiwawczych, przez dłuższy czas nie przynosiły żadnych
innych efektów oprócz alergicznych zakłóceń i wielogodzinnego
wykańczającego kichania. Poza tym, już na początkowych etapach wyczułem
niby nieświadomy, a mimo to dosyć silny sprzeciw ze strony tamtejszego
personelu. Nie twierdzę, że chodziło tylko o zwykłą dla prowincjuszy
nieufność wobec obcego.
No dobrze, potrafię być i cierpliwy, i wytrwały - inaczej nie śmiałbym
marzyć o karierze w IIBC. Moje metodyczne przysiadanie fałdów, podobnie
jak oddanie sprawie, stopniowo robiło swoje. Nie obeszło się bez paru
symbolicznych prezentów dla niektórych funkcjonariuszy, a ściśle mówiąc,
funkcjonariuszek. W każdym razie teraz uzbrojony jestem w niepełną
wprawdzie, ale mniej więcej prawdziwą wiedzę o historii piwnicy, którą
Josyp Rotski poznał w stadium klubu Xata Morgana.
Piwnica zyskała złą sławę już w bardzo odległych czasach. W okresie od
wojen husyckich (to znaczy XV wiek) aż do napoleońskich mieściła się w niej izba tortur z coraz wymyślniejszym i technicznie zaawansowanym
zestawem narzędzi. Mamy więc prawie czterysta lat nieustannych mąk,
jęków, krzyków, krwawego potu oraz znęcania się nad ludzką godnością i organami rozrodczymi. Dopiero komendant garnizonu napoleońskiego, oddany
wyznawca Russa i Woltera, pierwszy zreformował to pomieszczenie -
urządził w nim magazyn prochu. Potrzeby militarne dyktowały nową
pragmatykę, toteż proch wydawał się ważniejszy od zmiażdżonych kości i rozerwanych mięśni podejrzanych osobników. A jednak każda wojna kiedyś
się kończy, także każda napoleońska. Zamiast beczek z prochem do piwnicy
wtoczono beczki z winem i takim to sposobem w Nosorogach pojawiła się
pierwsza miejska winiarnia, której ze względu na przeszłość nie bez
uciechy nadano nazwę Pod Torturami. Świadczyło to o tym, że nawet w tej
zaniedbanej i oddalonej od większych ośrodków podkarpackiej prowincji
ludzkość tak samo dzielnie i z humorem żegna się ze swą przeszłością.
Alternatywnymi nazwami dla winiarni stały się Pod Kloszem i Na Kulkach.
Ta druga musiała oczywiście zejść w lud nieoficjalnie - jako wulgarne
baciarskie Na Jajkach.
Mimo całego dowcipu przejawionego w nazwach, efekt komercyjny tej
winiarni nie wytrzymywał żadnej krytyki. Wytworne kolekcje białych,
czerwonych i różowych arcydzieł przywiezionych nie tylko z Włoch czy
Hiszpanii, ale nawet z Kalifornii, nie cieszyły się popytem czy bodaj
najmniejszą uwagą wśród miejscowych koneserów, których winne gusta
wystarczająco zadowalał miejscowy sikacz, już wtedy znany pod nazwą
frankowki. Najuważniejsi z was pamiętają, jak sceptycznie wypowiadałem
się o tym, za przeproszeniem, trunku, po wymuszonej degustacji, podczas
której musiałem wypić ze dwa kieliszki.
Toteż Pierwsza Miejska Winiarnia po pewnym czasie zbankrutowała, a w piwnicy znalazła miejsce sekretna świątynia okultystów, kierunku
spirytystyczno-nekromanckiego. Swoich seansów jej szefowie zazwyczaj nie
dokumentowali, więc o tym okresie dowiedziałem się całkiem niewiele.
Wskutek coraz poważniejszego zajmowania się kartami Tarota świątynia
dosyć bezboleśnie zmieniła się w salon gier hazardowych, a ten - wskutek
serii machinacji finansowych - w giełdę filatelistów, gdzie niejeden
gimnazjalista z młodszych klas zostawił dziesięć albo i więcej
grajcarów, wydanych przez troskliwych opiekunów na uczniowski
podwieczorek, w owych czasach jeszcze na modłę austriacką zwany "jauzą".
Ponadto udało mi się wytropić zorganizowane w piwnicy kursy
rehabilitacji hipnotycznej dla weteranów, okaleczonych mentalnie podczas
Wielkiej Wojny. O liczbie rehabilitowanych nie wiem nic, za to możemy
przyjąć kolejną falę jęków i krzyków - teraz, co prawda, z podświadomości. Wszystko to zmienia się w nielegalny burdel z wyłącznie
niepełnoletnim personelem płci obojga - i tu zdumiewa względna
długotrwałość projektu (prawie dziesięć lat). Jakim bowiem cudem w tym
małym, a przede wszystkim - bez żadnej przesady - na owe czasy jeszcze
przyzwoitym i konserwatywnym mieście udawało się tak długo zachowywać w tajemnicy ten, łagodnie mówiąc, nietypowy biznes, pozostaje do dzisiaj
zagadką i mimo woli każe podejrzewać ukryte, ale potężne, może
demoniczne strony miejskiego, na pozór nudnego i bogobojnego
współbytowania.
Druga wojna jakby zamknęła koło, bo piwnica znowu stała się katownią, i to na długo, jakieś dziesięć czy nawet piętnaście lat, bo najpierw
katowało tam gestapo, a potem czerwoni partyzanci, a następnie specjalne
organy karne nowego reżimu, który uważał się za zwycięską władzę
ludową.
Później, to jest mniej więcej od połowy lat pięćdziesiątych, zaczyna się
niezbyt ciekawy okres działalności, związanej z naprawą parasolek i żelazek, napełnianiem syfonów oraz zbiórką makulatury. W końcu, od razu
po ogłoszeniu przez nowy posttotalitarny harwardzki rząd wolnego kursu
gospodarczego i reformy pieniężnej, piwnicę zaczęli zasiedlać bezdomni,
których naprawdę nigdzie nie dało się schować, a podczas pierwszych lat
reform tylko ich przybywało.
Kiedy Myromyr-Sławojar Serwus, opuszczając kraj przed ostatecznym
zdławieniem rewolucji, przybył do Nosorogów (myślał, że na krótki czas,
bo w perspektywie miał jeszcze Wiedeń, Amsterdam i Londyn), rozmyślał,
czym by teraz wypełnić wolny (w szyderczym raczej sensie) czas
emigranta, postanowił rozejrzeć się za lokalem dla swego zakładu,
którego nazwę już miał, bo mu się, wedle tego, co mówił, przyśniła. My
już teraz wiemy, że powiedział tak: "Przypadkowo wyśniłem nazwę.
Przypadkowo urządziłem pod nią klub. W tym celu musiałem przypadkowo
dobrać do niego piwnicę. Dobrałem. Ściśle mówiąc, klucze do niej. Klucze
pasowały, więc otworzyłem".
Co w tych słowach jest prawdą, a co nie całkiem? Po pierwsze, nie do
końca prawdą jest, że od razu przyśniła mu się "Chata Morgana". W rzeczywistości była to "chata mrugana", a Xatę Morganę wymyślił, kiedy
się zbudził. Poza tym warto dosyć uważnie przyjrzeć się słowu "klucze".
Zdaje się, że pod nimi Serwus rozumiał pewne stosunki z paroma osobami w urzędzie miejskim. Właśnie one poszły mu na rękę i nieźle zachęcone całą
serią kuszących ofert szczerze przejęły się problemami nowej
emigranckiej społeczności w tym dla wszystkich otwartym mieście i z wykorzystaniem pewnego filantropijnego schematu oddały Serwusowi
pachnącą nie tylko nieumyciem piwnicę.
Gdzie się podziali bezdomni - tego nie wie nikt. Możliwe, że oddano ich
do przytułku. Jakkolwiek było, zarząd miejski Nosorogów bardzo dbał o swój przyjazny postliberalny profil i zawsze znajdował najmniej bolesny,
najłagodniejszy sposób rozwiązywania problemów społecznych. Nie bez
powodu oficjalne hasło ich jednostki terytorialnej brzmiało: "Otwartość
i ciepło".
Tymczasem Xata Morgana zdumiewająco szybko była remontowana i przerabiana, by już po niecałym miesiącu zmienić się w swego rodzaju
ziomkostwo z barem, salką taneczno-koncertową i kilkoma zamkniętymi dla
postronnych pokojami, gdzie zbierali się różnej maści aktywiści
najnowszej fali emigracji. Przede wszystkim, naturalnie, hałaśliwi
młodzi ze wszystkich krańców niedawno porzuconej ojczyzny, którym
gościnnie otwarte sąsiednie państwo przyznało nie tylko azyl polityczny,
ale także możliwość pobierania nauk w swoich uniwersytetach. Co tydzień
ich przybywało: należało skorzystać z szansy, póki szczęki reżimu się
nie zamknęły i jeszcze wypuszczał ludzi. Toteż ruszyli niezliczonymi
potokami na Zachód, przede wszystkim ten najbliższy - a wśród nich i otwarci, prawdziwi wrogowie reżimu, i nieprawdziwi jego wrogowie, i wcale nie wrogowie, a nawet potajemni zwolennicy, którzy i tak
wyruszyli, korzystając z okazji, żeby zwiać i radośnie zanurzyć się w cieplejsze, bardziej uporządkowane i znacznie lepiej oświetlone życie
za kordonem. I tacy, dodam, osiadali w tym zakordonowym życiu, w jakichś na przykład Nosorogach - mimo że w ich wizjach ciągle jeszcze
majaczyły jak nie Lizbona, to Barcelona, zawsze one, zawsze tylko te dwa
ośrodki przyciągania. Lizbona, Barcelona.
Takie właśnie było miejsce, do którego Josyp Rotski zszedł pewnego dnia
pod koniec zimy, pokonawszy dwubiegowe schody.
- Jos, kocham pana. Pan już tak szybko - powitał go prawie w progu
Serwus. - Kiedy gotujemy pierwszą miskę zupy?
- Choćby zaraz - burknął Rotski, ale na wszelki wypadek dodał: - Tylko
że nie przyszedłem do pana się nażreć. Niech pan pokaże zakład.
Gdzie się podział tamten znudzony i zniechęcony telefoniczny Serwus?
Znowu idealny, dopasowany i wygolony, znowu otulony nieprzeniknioną
chmurą gravity mastera podobnie jak Rotski włożył ręce w kieszenie i poprowadził go do barowej lady.
- A gdzie jest czarniawy ochroniarz? - obrócony wpół, rzucił przez
ramię.
- Spaceruje w parku przy oranżeriach. Nie zawsze jesteśmy razem, to
samodzielna istota - wyjaśnił Jos.
- Proszę przekazać mu pozdrowienia. - Serwus wyciągnął rękę z kieszeni i skierował ku butelkom. - Tequila, burbon, czysty spirytus? Jest domowa
czacza od Zazy.
- To trochę tej. - Rotski skinął głową, po czym toporny barman,
wyglądający raczej na wykidajłę, z rozpędu nalał pół graniastej
szklanki, z której pierwszy łyk białym winogronowym ogniem opalił
wnętrzności gościowi, ten zaś mimo woli pogodził się z obowiązkowym dla
wszystkich barmanów: "Brawo, dobry wybór".
O tej porze w klubie nie widziało się żadnych gości. Jos poczuł na sobie
kilka szybkich kelnerskich spojrzeń, przeważnie dziewczęcych: kim
jesteś, czego tu chcesz.
Ale po paru chwilach, kiedy czacza od Zazy odśpiewała swoją wewnętrzną
grzewczą pieśń, Josowi wydało się, że te spojrzenia w istocie pełne są
nie ciekawości, ale ciepła, więc nigdy nie pożałuje, że zjawił się w tym
miejscu.
A być może będzie w nim siedział dniami i nocami.
Serwus poprowadził go wzdłuż piwnicy, jak kapitan przez ledwie kołysany
na czaczowej fali statek, rozcinając przestrzeń i robiąc przystanki przy
odpowiednich komorach i kajutach: miejsce zebrań rady nadzorczej,
następnie komitet wykonawczy PWO (Partii Wyzwolenia Ojczyzny) razem ze
służbą bezpieczeństwa wewnętrznego - "z wiadomych powodów: reżimowcy nie
śpią, także za granicą coś knują, Jos", dalej jeszcze jakieś pokoje "dla
szachistów", bilard, salon do pokera a zarazem palarnia, ceremonie
herbaciane, pokój odpoczynku dla striptizerek, gabinet masażu, biuro
analiz politycznych, studio komputerowe, redakcja, garderoba, magazyn
ogólny, oddział maszyn (obecnie schron przeciwlotniczy), rezerwowa
toaleta, a potem, zgodnie z obietnicą przewodnika, "jeszcze jedne schody
w dół".
To, dokąd ich one zaprowadziły, naprawdę robiło wrażenie: okazuje się,
że była tam chropawa, oblicowana wapniem muszlowym ściana, w niej wykuta
głucha brama, a spryciarz Serwus, tak samo umiejętnie operując jakimś
nieznanym, widocznie należącym do innych ślusarskich epok kluczem,
otworzył ją z głośnym i długim prehistorycznym zgrzytem. Za bramą
zaczynał się, zgodnie z wyjaśnieniami Serwusa, "PPP, podziemny potencjał
pomieszczenia" - gigantyczny system nieużywanych korytarzy, cel i sal,
wymurowanych przez Turków, wziętych do niewoli podczas wojny w latach
siedemdziesiątych osiemnastego wieku. Stamtąd zionęło absolutnie czarną
pustką; Serwus wykrzyczał w nią coś niewyraźnego, aż usłyszeli echo.
Potem dodał, że według jego danych korytarze te ciągną się pod Górą
Zamkową aż do zamkowych kazamat, skąd można wejść niemal do pokojów
barona, a już do komendanckich służb, "to na stówę, Jos".
- Niejednego nieszczęsnego więźnia wlekli tutaj po posadzce! Prosto do
mojego klubu! - Serwus zarechotał, a może zakaszlał.
- A co, nie mogli torturować na zamku? - zapytał Rotski.
- Ewelina Niemowna, małżonka Floriana-Augusta, dwudziestego szóstego
barona Nosorożca, była damą bogobojną i miała słuch absolutny. Krzyki
torturowanych przeszkadzały jej w nocnych czuwaniach. Tym bardziej że
mąż wiecznie przebywał na łowach - odpowiedział Serwus.
Znowu krzyknął coś nieprzyzwoitego w ciemność, tak jakby się żegnał z jakimś uwięzionym w niej potworem, potem trochę wsłuchiwał się w echo, i ze zgrzytem zamknął bramę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki