Rada Koronna. Tajemnica Askiru - tom 7 - Richard Schwartz

Kup ebooka

29.90 zł
17.94 zł (24,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1 PRZYBYCIE

Na tle nocnego nieba płonęły dwa ognie sygnałowe. Jaśniały tak wysoko w górze, że trudno było uwierzyć, aby czarne wieże na murze okalającym port zostały wzniesione ludzką ręką.

Staliśmy na tylnym pokładzie "Tancerza Burzy", cesarskiego okrętu mieczowego, który kilka dni temu uratował nas od śmierci. Kiedy ciemne cienie potężnych murów przysunęły się bliżej, nie mogłem uwierzyć, że ta długa podróż wreszcie dobiega końca.

Dopiero gdy powoli przepłynęliśmy przez gigantyczną portową bramę, uświadomiłem sobie ogrom budowli. Mury wyglądały na grubsze, niż wynosiła cała długość kadłuba "Tancerza". Przed nami rozciągał się port starego cesarskiego miasta. Czułem się jak mały chłopiec, w niemym podziwie gapiący się na coś niepojętego. Zawsze myślałem, że port w Aldarze jest wielki, ten na Wyspach Ognistych jeszcze większy, ale to wszystko było nic w porównaniu z widokiem, który ukazał się mym oczom: ten port był większy niż cały Kelar, moje rodzinne miasto!

W oddali ujrzałem potężne mury, a za nimi, na tle bezchmurnego nocnego nieba wznosiła się jasno oświetlona okrągła budowla.

- Co... - zacząłem, lecz nie mogłem znaleźć słów.

- To jest Askir - powiedziała cicho Serafine. - To, co widać, to tylko najmniejsza część miasta: port. Tam z tyłu, za murem, leży cytadela, siedziba władzy Starego Królestwa.

Patrzyłem oniemiały i szukałem jakichś oznak, że to potężne miasto zostało zaatakowane, ale ich nie znalazłem. Za to w naszą stronę mknęło pół tuzina szybkich myśliwskich łodzi, ciągnąc za sobą spieniony ślad. Zadrżałem; wiał silny i chłodny wiatr.

Leandra przywarła do mnie od tyłu, chowając się przed bryzą.

- Wreszcie przybyliśmy - szepnęła.

- Jeśli ktoś mnie pyta o zdanie - dorzuciła Zokora - to chyba najwyższy czas.

Bez wątpienia miała rację. Byliśmy w drodze już od tak dawna, że ledwie rozróżniałem dni i tygodnie. Czy naprawdę minęło zaledwie półtora miesiąca? Tyle się wydarzyło, że tygodnie zdawały się latami.

Poczułem na karku ciepły oddech Leandry i owinąłem się ciaśniej peleryną. Po Besarajnie tutejszy klimat był zdecydowanie za chłodny.

Szczupła postać wspięła się po schodkach na kasztel i dołączyła do nas. Badawczo świdrowała wzrokiem noc.

- Wreszcie w domu - stwierdziła ochryple i westchnęła. Major miecza Elgata była dowódczynią na "Śnieżnym Ptaku". Dumny okręt zatonął zaledwie kilka dni temu, choć wcześniej obronił się przed sztormami, wiwerami, nekromantami i największą morską falą, jaka kiedykolwiek spiętrzyła się na oceanie. Elgata straciła nie tylko statek, ale i większą część załogi, w tym dobrych przyjaciół: pierwszego oficera podporucznika Mendlla i kaprala Amosa, który najpierw rozłupał mi czaszkę, a potem uratował życie.

Mendell miał rodzinę, jednak tym razem nikt tu na niego nie czekał. Jego bliscy już wiedzieli, że zginął na morzu.

I nie tylko on.

Tuż po tym, jak dzięki elfom, które ostatnio zawarły sojusz z Besarajnem, uciekliśmy z Wysp Ognistych, nastąpiła wielka erupcja wulkanu, któremu wyspy zawdzięczały swą nazwę. "Tancerz Burzy" przyjął nas na pokład, skąd przy użyciu semaforów sygnałowych nieustannie wymieniano wiadomości z Askirem, dzięki czemu dowiedzieliśmy się o skali katastrofy.

My wyszliśmy z niej bez uszczerbku, lecz Stare Królestwo dotknął straszliwy kataklizm. Najbardziej ucierpiał Janas, nadmorskie miasto Wieży, oddalone od wulkanu o zaledwie kilka mil morskich. Metropolia została zmieciona wysoką na pięć domów, porywającą wszystko falą. W odróżnieniu od mego kraju Besarajn był gęsto zaludniony i w powodzi zginęło mnóstwo ludzi.

Fala niosła śmierć i zniszczenie wzdłuż całego wybrzeża Starego Królestwa; ofiary zanotowano nawet w oddalonym o wiele mil Aldarze, stolicy królestwa Aldane. Ogromna część floty królewskiej stojącej w portach została zatopiona albo poważnie uszkodzona. Z morza okręty już nie wróciły.

Wiatr przyniósł popiół z odległej wyspy aż tutaj. Jego ślady widać było też na "Tancerzu", choć marynarze nieustannie szorowali ukochaną krypę. Drobny, szary pył pokrywał deski pokładu, wciskał się w fałdy ubrania, zgrzytał w zębach, był wszechobecny, a gdzieniegdzie nawet barwił na szaro morze.

Tej jednej nocy do Soltara odeszła niezliczona liczba dusz. Ostatnie szacunki mówiły o stu tysiącach zabitych lub zaginionych, wielokrotnie więcej straciło dach nad głową i dobytek. Liczba, która wydawała mi się niewyobrażalna.

Elgata przesłała do Askiru raport o wydarzeniach na wyspie piratów, po którym ton wiadomości się zmienił, a ich sednem było pytanie, czy cokolwiek z tego, co zrobiliśmy, mogło doprowadzić do wybuchu wulkanu.

Owszem, byliśmy tam: Leandra, ja, pewien elf imieniem Artin i Krwawy Marcus, będący przez pewien czas królem piratów. Właśnie tam, w kraterze, zostaliśmy poddani próbie, poparzeni ogniem i żarem, i własnymi zmysłami odczuliśmy magię, która tak długo trzymała żywioł w swojej mocy.

Nas też nurtowało to pytanie. Wciąż na nowo odtwarzaliśmy z pamięci nasze kroki: otworzyliśmy troje drzwi, próbowaliśmy otworzyć czwarte i tyle. Ale byliśmy tam, a wulkan wybuchł zaledwie kilka godzin później.

Katastrofa, choć straszliwa, jednak nas uratowała. W uchodzącym za nie do zdobycia porcie na Wyspach Ognistych nasz zacięty wróg, cesarz nekromanta Kolaron Malorbian, władca potężnego cesarstwa na dalekim południu, zgromadził flotę tak wielką, że zdolną wyrzucić na brzeg Aldane dwa pełne legiony. Niemożliwe, aby choć jeden okręt, choć jeden żołnierz tej ogromnej armii przeżył erupcję.

Gdyby ta armada dobiła do naszego wybrzeża, Stare Królestwo już by się nie podniosło.

- Hm - mruknęła major, wyrywając mnie z zamyślenia. - Najwyraźniej nie o wszystkim nas informowano.

Leandra poruszyła się w moich ramionach i spojrzała pytająco na Elgatę.

- Co macie na myśli? - zapytała i przejechała dłonią po krótkich, białych włosach, przypominających puszysty hełm.

Przyglądaliśmy się major z wyczekiwaniem, tylko Zokora wyglądała na zaprzątniętą czymś innym; wodziła wzrokiem po nabrzeżnych zabudowaniach, do których powoli dopływaliśmy. Podążyłem za jej wzrokiem: na kei, nieco z boku stała kobieta o długich, czarnych włosach, wytwornie ubrana, wyprostowana i dumna jak królowa. Była zbyt daleko, by ją rozpoznać w mroku, mimo to wyczułem, że oderwała wzrok od mrocznej elfki i przeniosła go na mnie. Straciłem na moment dech, jakby ktoś trafił mnie obuchem. Znałem tę kobietę, była znajoma jak rozchodzony but, a jednak... obca. Skąd się mógł tu wziąć ktoś znajomy?

- Po drugiej stronie jest basen stoczni - objaśniła Elgata. Ten krótki moment wystarczył: kobieta, która stała tam jeszcze przed chwilą, zniknęła, jakby nigdy nie istniała. - Spójrzcie, tam wykańczają okręty. Jeszcze nie wzeszło słońce, a praca już wre. Nigdy wcześniej nie widziałam tu takiego ruchu. A tam... te trzy jednostki są nowe. I ogromne. Nie wiedziałam, że mamy takie okręty.

Jasne drewno statków świeciło nowością. Miały tak niewielkie zanurzenie, że widoczne były nawet miedziane obicia, chroniące kadłub przed świdrakiem okrętowym. Jeden z okrętów wyposażono w aż cztery maszty; był niewiele mniejszy od czarnych gigantów wroga, które siały taki popłoch.

- Spójrzcie na tę sylwetkę - zauważyła niemal nabożnie Elgata. - Można sobie wyobrazić, jak będą pruły wodę! Zliczyłam platformy na balisty, z każdej strony po trzy duże i jeszcze cztery mniejsze. Wyobrażacie sobie te okręty w walce?

- Owszem - odparłem z goryczą. Pamiętałem aż za dobrze, jak "Śnieżny Ptak" stoczył walkę z podobnym olbrzymem. Tylko dzięki szczęściu i niewiarygodnemu kunsztowi w strzelaniu z balisty wyszliśmy z niej zwycięsko, ale ponieśliśmy ogromne straty.

- Takie jednostki nie powstają w ciągu jednej nocy. Kiedy wychodziliśmy w morze, wiedziałam, że mają być budowane nowe okręty, ale nie sądziłam, że to będą takie kolosy. - Odwróciła się do mnie podekscytowana. - Budowa trwa miesiące, czasami lata. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię odgadnąć, jak nasi stoczniowcy zdołali tego dokonać. Komendant Keralos musiał wiedzieć o zagrożeniu i traktować je poważnie. To nie wszystko. Wszędzie w porcie widzę mocne sieci porozpinane na długich tyczkach, jakby spodziewali się zagrożenia z wody. A te okręty, widzicie? Wiele jest uszkodzonych, ale na wszystkich trwają prace. - Powiodła dalej wzrokiem, a potem wskazała dwa spore statki kupieckie, pękate jak wieloryby, które rozładowywano w świetle latarni. Miały inną budowę niż te, które znałem: wydłużony kil zwieńczony rzeźbionymi głowami jakichś nieznanych bestii. - To zbożowce z Varlandu. - Zwróciła się do mnie: - Kupujemy zboże z Besarajnu i Aldane, nie z Varlandu, bo mają go za mało, by je tanio sprzedawać.

Serafine chrząknęła. Przeniosłem na nią wzrok. Mogłem się tylko domyślać, co czuła, oglądając miasto po siedmiuset latach.

- Chyba wiem, dlaczego tak jest - odezwała się miękko. - Janas jest zniszczony, a wraz z nim największy port w Besarajnie. Flota Aldane została w dużej mierze uszkodzona, zresztą teraz, po katastrofie, raczej nie będą chcieli pozbywać się zapasów zboża. Zostaje tylko Varland, tylko oni mogą zapewnić dostawy. A i to po wysokiej cenie. Zboże, Havaldzie. Zboże i jego cena! To podstawa spokoju w każdym społeczeństwie. Kiedy nędzarz z pustym brzuchem patrzy, jak bogacz obrasta w tłuszcz, podczas gdy nad nim samym wisi widmo głodu... wtedy robi się groźnie. To, że skupują drogie zboże, to zły znak.

- Myślałem, że miasto ma własne uprawy - zauważyłem.

Podeszła do latarni rufowej i przejechała palcem po niedokładnie oczyszczonym ornamencie. Pokazała mi szary wulkaniczny pył, który przywarł do opuszka.

- To - powiedziała - wszystko zmienia.

- Macie rację - zgodziła się Elgata. - Upłynie trochę czasu, zanim statki znowu zaczną dostarczać zboże.

- Nie o tym mówię - odparła Serafine. - A przynajmniej nie tylko. Niebo nadal jest zasnute popiołem. Za parę lat ten popiół użyźni glebę, lecz to, co nie zostało jeszcze zebrane z pól w Besarajnie, jest zmarnowane. Sami czytaliście wiadomości. W niektórych rejonach opady popiołu są tak gęste, że całkowicie przykryły ziemię. Większość upraw znajduje się na terenach nadmorskich, nawiedzanych przez wilgotne wiatry. Jeśli większa część zbiorów ulegnie zniszczeniu, zapanuje głód. - Zacisnęła pięści. - Mój ojciec rozmyślał o tym przez niezliczone bezsenne noce. To było w czasach, gdy istniało jeszcze Stare Królestwo, mające znacznie większe rezerwy niż dzisiaj. - Ojciec Serafine był gubernatorem Gasalabadu. Tam, gdzie dziś jest pustynia, wtedy rozciągały się jeszcze żyzne pola zasiewane pszenicą.

- Może jednak nie będzie tak źle - rzuciłem. Nic innego nie przyszło mi do głowy.

Kiedy zeszliśmy na ląd, czekało na nas pięciu żołnierzy Byków. Jeden z nich, o randze porucznika, wystąpił naprzód, zasalutował i przełknął ślinę.

- Porucznik sztabowy Neder, piąte Byki, Czwarta Lanca. Ser. - Wziął głęboki oddech. - Muszę prosić was i niejaką serę maestrę Leandrę di Girancourt o udanie się ze mną. - Sięgnął za mankiet rękawicy i wydobył wąsko złożony pergamin, który rozłożył wyćwiczonym ruchem.

- W imieniu Rady Handlowej - odczytał - rozporządza się wziąć w przyjazny areszt grafa Roderica von Thurgau i serę Leandrę di Girancourt celem doprowadzenia na przesłuchanie przez Radę Handlową cesarskiego miasta Askir, tak aby mogli wypowiedzieć się odnośnie do stawianych im zarzutów. Podpisano: Antonis, mistrz gildii kupców zbożowych.

Złożył pergamin jedną ręką, co było prawdziwą sztuką, a potem z powrotem schował go w lewym mankiecie i stanął na baczność.

- Wobec waszych pozostałych towarzyszy nie wysuwa się żadnych zarzutów, mogą odejść. Witamy w Askirze. Sera, generale, zechcecie udać się ze mną?

Ani drgnąłem.

- Spocznij - rozkazałem, na co porucznik rozstawił stopy na szerokość kciuka i przełożył ręce za plecy. Miałem wątpliwości, czy w tej pozycji stało mu się wygodniej niż na baczność. - Co to znaczy "przyjazny areszt"?

Przełknął ślinę.

- Osoby poddane przyjaznemu aresztowi należy traktować z należytym szacunkiem, ponadto zachowują one prawo do nienaruszalności swej osoby oraz uzbrojenia. Księga służbowa legionów, tom dwunasty, strona czterysta jeden, paragraf czternasty, "Regulacje odnośnie do traktowania osób będących szanowanymi osobistościami w razie ich aresztowania", ustęp czwarty. Ser!

- Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem - uśmiechnął się pod nosem Varosch. - Wyuczyliście się na pamięć wszystkich ksiąg służbowych, poruczniku?

Moją uwagę przykuł ruch za plecami żołnierza. Nadchodził bardzo wysoki i mocno zbudowany mężczyzna. Kiedy dwóch Węży Morskich zniosło z pokładu rannego marynarza, ustąpił na bok, a nawet pochylił się nad nim na chwilę, by z szerokim uśmiechem przybić mu piątkę, i zaraz się wyprostował, by niespiesznym krokiem podejść do nas. Jeden z czterech Byków jęknął głośno, wywołując tym pełen satysfakcji uśmieszek na twarzy przybysza, który miał na sobie długi, ciężki, granatowy płaszcz, opończę z kapturem, a u boku wąski miecz.

- Witaj, Neder - odezwał się drągal, na co porucznik aż się wzdrygnął. Przybysz nie tylko przewyższał mnie wzrostem, był również sporo szerszy; jeśli jego bary były prawdziwe, nie wypchane, musiał ważyć ze dwa razy tyle, co ja. - Zgubiliście drogę?

Porucznik sztabowy jęknął cicho i rzucił mi nieodgadnione spojrzenie, po czym się odwrócił.

- Santer... przychodzicie nie w porę. I bez was to nie jest łatwa sytuacja!

- Ależ skąd - odparł mężczyzna zwany Santerem i obrzucił wzrokiem naszą niewielką drużynę. - Pomogę wam ją uprościć.

Leandra wciągnęła ostro powietrze. Musiała zauważyć emblemat na piersi mężczyzny. Srebrny symbol sowy. Teraz dopiero widać było, że płaszcz nie był utkany ze zwykłego sukna, a z drobniutkich ogniw, połyskujących ciemnym granatowym odcieniem.

Sowa? Sądziłem, że już dawno ich nie ma!

Elgata parsknęła głośno śmiechem, wprawiając mnie w zdziwienie, i oparła się wygodnie o leżącą na kei belę sukna.

- Czego tu chcesz, Neder? - zapytał Santer, który zupełnie nie pasował do mojego wyobrażenia o legendarnych magach bojowych. Mężczyzna wyglądał, jakby wolał używać pięści, a nie magii, i czerpał z tego znacznie więcej radości.

- Santer, mistrz Antonis polecił mi doprowadzić serę Leandrę di Girancourt i generała przed oblicze Rady Handlowej. To z całą pewnością nie był mój pomysł!

- Mam taką nadzieję, Neder. - Santer uśmiechnął się groźnie, ukazując białe zęby. - Przekażcie mistrzowi Antonisowi, żeby zwrócił się z tym do inkwizytora. Ten rozpatrzy wniosek i poinformuje go o swojej decyzji.

- A więc porucznik przekracza swoje kompetencje? - zapytałem ogromnego mężczyzny.

- On nie, ale Rada owszem - wyjaśnił uprzejmie Santer. - Neder wolałby być teraz gdzieś zupełnie indziej, prawda?

- Ale... - zaczął bezradnie porucznik.

Wodziliśmy wzrokiem między nim a Santerem. Serafine dołączyła do Elgaty i oparła się obok niej o zwał sukna, krzyżując ręce na piersi i szykując się na interesujący spektakl.

- Neder. Ja wiem, że jesteście Bykiem i myślicie wyłącznie jajami. Ale mam dziś dobry humor, dlatego wam pomogę. Widzicie ten miecz u boku generała? To jest Ostrze Spójni. A ten miecz na plecach białowłosej sery? Ma rękojeść w kształcie głowy smoka, który patrzy na was, jakby chciał was pożreć, widzicie? To również jest Ostrze Spójni. Ponadto ona jest maestrą. Miecze Spójni - cierpliwie klarował mu Santer tonem, jakim przemawia się do dzieci albo ludzi słabych na umyśle - to miecze, w których tkwi magia. Maestra jest uczoną w magii. Magia z kolei to sprawa Sów, a nie Rady Handlowej. Wyświadczcie mi przysługę, Neder: opuśćcie to miejsce, weźcie swoich czterech byczków i poinformujcie mistrza gildii, żeby wsadził sobie swoje rozkazy tam, gdzie nie chcą zaglądać nawet bogowie. Nie musicie wyrażać się dyplomatycznie, Neder. A teraz znikajcie.

- Santer. Ja...

Drągal uniósł brew.

- Wydawało mi się, że wyraziłem się dostatecznie jasno, by nawet Byk zrozumiał. Chcecie, żebym wyraził się jeszcze jaśniej?

- Nie, ser! - zapewnił pospiesznie porucznik, odwrócił się w naszą stronę i ponownie mi zasalutował. - Ser! Wybaczcie, że przeszkodziłem. Miałem rozkaz, generale!

Skinąłem głową wspaniałomyślnie i odsalutowałem w odpowiedzi. Śledziliśmy oddalającą się prędko piątkę Byków, odprowadzaną drwiącymi spojrzeniami.

Jeszcze nie zniknęli z pola widzenia, kiedy Elgata parsknęła śmiechem. Śmiała się tak serdecznie, że omal się nie popłakała.

- Santer! - zawołała i z całej siły walnęła mężczyznę w bark. - Ty stary sukinsynu! Cieszę się, że jeszcze żyjesz. Słyszałam, że twój statek zatonął, i modliłam się za ciebie!

- Nie było mnie na jego pokładzie - odpowiedział z uśmiechem Santer. - Dostałem awans na niańkę Sowy i nie mogę się już bawić z Wężami.

- To ty naprawdę jesteś Sową? - zapytała z niedowierzaniem Elgata. - Ledwie człowiek zniknie na kilka tygodni, a tu takie nowiny! Na wszystkie piekła, co ty masz wspólnego z Sowami?

- Później, Elgato - zbył ją Santer. - Jeśli chcesz usłyszeć tę historię, musisz najpierw postawić mi piwo. Nie jestem tu przypadkowo.

Ukłonił się nam i zerknął na obserwującą go spokojnie z boku Zokorę.

- Rzeczywiście jesteście Sową? - spytała Leandra. Wyczuwałem jej podekscytowanie. - Myślałam, że Sów już nie ma... Cieszę się, że jest inaczej!

Santer uśmiechnął się.

- Tak, mamy znów w wieży maestrę. Ja jestem jedynie jej adiutantem. Maestra di Girancourt, prawda?

- Owszem, to ja.

- Mam wam przekazać, że prima Sów chciałaby was poznać. - Rzucił mi rozbawione spojrzenie. - Słyszałem o was, generale, a także o waszych druhach, i widzę, że nie ma w tym ani krzty przesady. - Omiótł nas wzrokiem. - Macie znakomity gust, jeśli chodzi o dobór towarzyszy! - Mrugnął do kobiet. - Czeka was jeszcze trochę korowodów, bowiem Desina, prima Sów, nie jest jedyną osobą, która chce z wami porozmawiać. Również komendant życzy sobie spotkać się z wami i zaplanował audiencję na jutrzejsze popołudnie. Najpierw jednak zaprowadzę was do pułkownika Orikesa, który chciałby zapoznać was z tym, co was czeka. Jest głównodowodzącym oficerem Piór i najbliższym doradcą komendanta. Następnie pokażemy wam wasze kwatery. Tam będziecie mogli wypocząć do jutra. I jeszcze jedno. - Ukłonił się z zaskakującą gracją. - Zwykle witamy naszych bohaterów i sojuszników przyjaźniej. Witajcie w Askirze, Wiecznym Mieście! A teraz, jeśli pozwolicie, chodźmy stąd. W cytadeli jest cieplej, a Orikes zwykł dobrze podejmować swoich gości.

- Jeden z naszych druhów jest ranny... - zacząłem, ale Santer przerwał mi skinieniem głowy.

- Zajęliśmy się tym. - Wskazał na duży czterokonny zaprzęg, który nadjechał wzdłuż kei. Na polakierowanych czarno drzwiach widniał złoty herb z kołem, kowadłem i młotem.

- Sowa poprosiła swojego dziadka, aby udostępnił wam swój powóz. Jest na tyle duży, że zmieści się w niej nawet Norman.

- Ach - odezwał się Angus, opadając na miękkie poduchy w powozie. - Tak lubię. U każdego boku piękna kobieta... Nie mogę narzekać, nawet jeśli żadna z was nie chciała ulec moim wdziękom!

- Bogom niech będą dzięki - rzuciła z żarem siedząca obok mnie Sieglinde. W niczym nie przypominała tamtej córki karczmarza, którą krok po kroku zacząłem tak bardzo cenić. Mógłbym przysiąc, że jest urodzoną bardką, ale przeznaczenie wybrało ją na nosicielkę Ostrza Spójni, Lodowego Pogromcy, miecza, w którym przez stulecia przetrwała dusza Serafine. Płowowłosa wojowniczka przez pewien czas gościła w swoim ciele ducha Serafine. Kobiety połączyła bliska więź, a przez ostatnie dni na morzu niemal się nie rozstawały. Teraz, kiedy Angus z przesadą przewrócił oczami, wymieniły rozbawione spojrzenia.

- Nie wiecie, co tracicie - stwierdził Varlandczyk i nieskromnie pogładził brodę, splecioną w trzy porządne warkoczyki. Gdy przymknąć oczy na tatuaże na gładko wygolonej czaszce, można by go uznać za w miarę cywilizowanego.

Jak większość z nas miał na sobie skórzaną zbroję Węża Morskiego, choć jego napierśnik nie dopinał się po bokach. Między nogami trzymał topór, zaś w lewej ręce dzierżył niewielki antałek z piwem. Strzegł go zazdrośnie przez całą podróż z Gasalabadu do Askiru.

- Dlaczego nikt mnie nie obudził, kiedy przyszły te Byki? - poskarżył się i poprawił usztywnioną łupkami nogę. Miałem wrażenie, że zupełnie nie przejmował się swoimi obrażeniami, zdumiewająco dobrze radził też sobie z łupkami. - Nie możecie pozwalać mi na spanie, kiedy ktoś was aresztuje!

- Jak widzicie, możemy - odcięła się Sieglinde. - Wolałam już chrapanie, przynajmniej nie musiałam znosić wątpliwych komplementów. - Pogłaskała dłonią rękojeść Lodowego Pogromcy. - Nawet się zastanawiałam, jak was zmusić do zamilknięcia. - Popatrzyła na Serafine. - Jak ty go znosiłaś?!

- Ma parę zalet - odparła Serafine, kiedy zaprzęg ruszył.

- Chętnie ci to udowodnię, jeśli poprosisz - dorzucił Angus i mrugnął do Sieglinde, która tylko przewróciła oczami.

- Varosch - zagadnęła Zokora - jesteś pewien, że byłoby niesprawiedliwie odciąć mu język?

- Tak - odparł z cieniem uśmiechu Varosch. - Zgrywanie zdobywcy damskich serc nie jest karalne.

- Szkoda - mruknęła Zokora i posłała Normanowi długie spojrzenie swych ciemnych oczu. Ponieważ nigdy nie było wiadomo, żartuje czy nie, Angus przełknął to, co miał na końcu języka.

Kołysanie powozu, przywodzące na myśl statek na wzburzonych falach, nie podobało się mojemu żołądkowi. Otworzyłem okno, chłonąc chłodne powietrze. Choroba morska dała mi mocno w kość i byłem rad, czując pod nogami twardy grunt. Teraz kołysało powozem.

Leandra oparła głowę o moje ramię, cicha i zamyślona. Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Turkot żelaznych kół na bruku i stukot kopyt, parskanie koni i poskrzypywanie miękkiego zawieszenia zaprzęgu działały usypiająco. Moje ciało domagało się snu, ale nie umysł. Było na co patrzeć za oknem.

Pojazd toczył się powoli, woźnica musiał raz po raz wstrzymywać konie, bo nawet w nocy panował duży ruch. Wszędzie paliły się latarnie i pochodnie, a keja była oświetlona jak w dzień. Tylko wojskowa część portu była wielkości całego portu w Kelarze; okręt cumował przy okręcie, wszędzie coś naprawiano albo doposażano, panowały gwar i rejwach, budzące wspomnienia o czarnym legionie na Wyspach Ognistych.

Ostatnio sporo rozmyślałem, bo poza czekaniem, aż "Tancerz Burzy" dopłynie do Askiru, i odpoczywaniem po znojach nie mieliśmy nic do roboty.

Żywioł może i pokrzyżował plany naszego wroga, ale nie łudziłem się, że to koniec wojny. Niezależnie od tego, jak wielkie straty poniósł przeciwnik, oznaczały, że tylko zyskaliśmy trochę na czasie.

Thalak nieśmiertelnego cesarza nekromanty okazał się o wiele większy i potężniejszy, niż obawialiśmy się w najczarniejszych wizjach. Podczas gdy w Starym Królestwie magia była tępiona i budziła lęk, a ktoś, kto wykazywał talent magiczny, prędzej kończył na stosie, niż otrzymywał odpowiednie wykształcenie, w Thalaku było inaczej.

Ich cesarz znalazł sposób, by przekazywać dar nekromancji, i umyślnie podsuwał łowcom dusz ofiary obdarzone talentem, przez co nowi nekromanci od razu dysponowali potężnymi zdolnościami.

Najgorsze jednak, że dalekie cesarstwo zbudowane zostało na wzór Starego Królestwa. Podczas gdy w naszej ojczyźnie siła armii opierała się na wcielanych przymusem chłopach i niewolnikach, żołnierze wroga na Wyspach Ognistych byli dobrze wyszkoleni i świetnie wyposażeni i w niczym nie ustępowali armii Starego Królestwa. Fanatyczna lojalność popleczników i żołnierzy cesarza nekromanty była zatrważająca, tym bardziej że, jak się wydawało, byli gotowi bez wahania poświęcić się dla swego władcy, a każda śmierć w jego imieniu przybliżała go do celu: Kolaron chciał być bogiem.

Zokora wspomniała kiedyś o efekcie mrocznego lustra: wróg korzystał ze wszystkiego, co przyczyniło się do wielkości Starego Królestwa i Askiru, tyle że robił to przeciwko nam.

Dumałem tak i oglądając przez okno Askir, czułem na szyi ciepły oddech Leandry. W końcu zmęczenie zwyciężyło i zapadłem w drzemkę. Jak przez mgłę słyszałem jeszcze śmiech Sieglinde z czegoś, co powiedziała Serafine... i zasnąłem.

Leandra potrząsnęła mną, zamrugałem i zobaczyłem, jak przejeżdżamy przez przypominającą tunel bramę, strzeżoną przez legionistów. Turkot kół odbijał się od sklepienia. Wyjechaliśmy na wielki okrągły dziedziniec, okolony potężnymi murami, do których stóp tuliły się niższe budynki.

Po lewej stronie zauważyłem wieżę bez okien, której sensu nie rozumiałem, lecz kiedy zaprzęg zatoczył koło i ujrzałem cytadelę, aż mnie zatkało. Była to monumentalna warowna bryła, rotunda z białego kamienia, licząca co najmniej siedem wysokich pięter, o niezliczonych wąskich oknach zamykanych obronnymi okiennicami. W większości już - a może jeszcze - paliły się światła, choć w oddali różowiała jutrzenka. Przejazd trwał dłużej, niż się spodziewałem.

Żołnierz Piór, formacji wojskowej, która zajmowała się logistyką i zadaniami piśmienniczymi, otworzył drzwi, salutując.

Uderzyło mnie, że nikt szczególnie nie interesował się Zokorą. Wprawdzie ciemny kolor skóry nie był w Starym Królestwie niczym wyjątkowym, mimo to myślałem, że mroczna elfka będzie budziła ciekawość. Oboje z Varoschem postanowili, że udadzą się na spoczynek. Angus miał w głowie tylko szukanie najbliższej karczmy i rozczarował się, usłyszawszy, że w pobliżu nie ma żadnego otwartego wyszynku. Nagle złamana noga w ogóle mu nie przeszkadzała. Sieglinde grzecznie podziękowała, i tak za żołnierzem Piór podążyliśmy tylko Leandra, Serafine i ja.

Cytadela okazała się nie tak potężna, jak wyglądała na pierwszy rzut oka. Kiedy przeprowadzono nas przez bramę, przekonaliśmy się, że większą część terenu stanowi ogród. W bramie, zdolnej pomieścić obok siebie trzy zaprzęgi, żołnierz skierował się na lewo, ku żelaznym drzwiom. Minął czterech stojących tam Byków, taksujących mnie nieufnie wzrokiem. Nikt nie zasalutował. W sumie nie powinno mnie to dziwić, bo w takim miejscu musieliby nieustannie prężyć się przed oficerami. Wchodząc po szerokich schodach, minęliśmy dwóch kolejnych, którzy skinęli głowami, wyraźnie zastanawiając się, kim jestem.

Wspięliśmy się na samą górę, gdzie schody otwierały się na okazały podest. Tu stało na straży kolejnych czterech Byków. Przy stoliku siedział żołnierz Piór. Na nasz widok zerwał się i otworzył drzwi prowadzące na szeroki, oświetlony magicznymi kulami korytarz.

Kolejne strzeżone drzwi i dotarliśmy wreszcie do celu.

2 ORIKES

Znaleźliśmy się w ciągu pomieszczeń, które ani trochę nie odpowiadały moim wyobrażeniom o kwaterze wysokiego rangą oficera. Stanęliśmy w wyłożonym kobiercami salonie. Dwa duże okna wychodziły na wewnętrzny dziedziniec i miały niewiele wspólnego z okienkami strzelniczymi, jakie znaliśmy z innych imperialnych budowli. Między oknami na pulpicie stał mały ołtarzyk z symbolem Borona, zaś resztę wyposażenia stanowił niski stolik i wygodne, obite skórą fotele. Ściany zakrywały regały, zawierające więcej ksiąg i tomów, niż widziałem w życiu.

Przez chwilę byliśmy sami, ale zaraz po lewej stronie otworzyły się drzwi i do środka wszedł oficer, nieznacznie ukłonił się kobietom i zmierzył nas zaciekawionym spojrzeniem.

Mężczyzna nie był zbyt wysoki, za to krępy, miał krótko obcięte włosy o odcieniu lodowej szarości. Pod krzaczastymi brwiami błyszczały szaroniebieskie oczy, a uśmiech był przyjazny.

Pomijając krótkie włosy i mięśnie, zdradzające, że nawykł do noszenia ciężkiej zbroi płytowej, przypominał bardziej kapłana niż wojownika. Nie zasalutował, ale przywitał mnie zaskakująco mocnym uściskiem dłoni. Kobietom grzecznie się ukłonił. Wyglądał na więcej niż pięćdziesiąt lat, ale trzymał się prosto i poruszał z lekkością młodzieńca.

- Pułkownik sztabowy Orikes - przedstawił się i wskazał ręką na fotele ustawione wokół stolika. Na błyszczącym blacie stała misa ze świeżymi owocami, a na srebrnej tacy dwa duże parujące dzbanki z wypalanej gliny i kilka kubków, a nawet czarka z cukrem trzcinowym.

- Zdaję sobie sprawę, jak bardzo musicie być zmęczeni, dlatego pozwoliłem sobie podać świeże kafje i trochę owoców. Częstujcie się, jeśli macie ochotę.

Stał, zacierając dłonie, a kiedy się rozlokowaliśmy, usiadł tak, by móc ogarnąć wzrokiem całą naszą trójkę. Rozpruwacz Dusz i Kamienne Serce stały obok nas, lecz on zaszczycił miecze jedynie przelotnym spojrzeniem i pochylił się do przodu, żeby przyjrzeć się nam uważnie.

- Spływają do mnie wszystkie raporty przychodzące do królestwa. Wybaczcie, że pominę protokół, lecz mam wrażenie, jakbym znał was od dawna. Mamy tu generała zaginionego legionu, potężną maestrę, która włada piorunami jak nikt inny, by nie zapomnieć o cudem odrodzonej Serafine, córce Wody, zarządczyni arsenału Drugiego Legionu, legendarnej postaci, po której spodziewano się, że pewnego dnia zasiądzie na tronie, a nie umrze w zimnej jaskini, by po ponownych narodzinach znaleźć się tutaj. - Odchylił się do tyłu i rozpromienił. - Wiem, kto pisze raporty, wiem również, że mogę wam ufać, choć muszę przyznać, że to i owo wydaje mi się niewiarygodne. - Wskazał ręką na misę i dzbanki. - Kafje albo owoców? Częstujcie się, to nie jest przesłuchanie, a przyjacielska narada.

- Ehm... - zacząłem i spojrzałem bezradnie na Leandrę, która wyglądała na równie przytłoczoną tym powitaniem, co ja. Tylko Serafine zdawała się przyjmować wszystko z naturalną swobodą.

- Za dużo naraz? - zapytał Orikes, kiedy Leandra również się zawahała. - Po prostu zbyt długo musiałem na was czekać - wyjaśnił i zaśmiał się cicho. - Dobrze więc, w takim razie może będę zadawał pytania?

- Jeśli i wy wyjaśnicie nam parę kwestii - zgodziła się Leandra. Sięgnąłem po dzbanek i pytająco popatrzyłem na damy. Obydwie skinęły głowami, rozlałem więc parujący napój do czterech kubków.

- Zacznijmy od jednego - powiedziałem, podsuwając kubek pułkownikowi. - Czy dziesięć dni temu miał miejsce magiczny atak na miasto?

Zamrugał oczami i natychmiast spoważniał.

- Tak. Wróg próbował otworzyć w mieście portal prowadzący na drugi koniec świata. Udało się udaremnić atak, niszcząc część wrogich oddziałów. - Ujął w dłonie gorący kubek i obrócił go w palcach. - Skąd o tym wiecie, generale?

- Od księcia Celana. Jak udało się odeprzeć atak?

- Łatwo nie było - odparł wymijająco pułkownik. - Potrzeba było szczęścia i ofiar, gdyż atak planowano od dawna. W krytycznym momencie sytuacja wydawała nam się beznadziejna.

- Udało się pojmać agentów cesarza nekromanty? - zapytała Leandra. - A może należy przyjąć, że są liczni i nadal aktywni? Ustaliliście, kto wspierał wroga, i czy możecie powiedzieć...

Orikes zakasłał dyskretnie i uniósł dłoń, by jej przerwać.

- Wybaczcie, maestro, ale czy pozwolicie, abym to ja najpierw zapytał o kilka spraw? - zapytał uprzejmie.

- Pytajcie - zgodziła się Leandra.

Okazało się, że Orikes miał całkiem sporo pytań. Zaczął od tego, co się stało w gospodzie Pod Głowomłotem, a następnie przeszedł do wydarzeń w Gasalabadzie. Nie wiem, jak to osiągnął, ale już po pół świecy poczułem się, jakbyśmy opowiadali o naszych przygodach staremu przyjacielowi. Nawet Leandra śmiała się i żartowała, jak gdyby znała go od niepamiętnych czasów. Ani na chwilę nie tracił wątku, zaś jego precyzyjne pytania świadczyły, że wnikliwie studiował każdy raport.

Czas mijał, jakiś żołnierzy przyniósł świeżą kawę po raz drugi i trzeci, i dopiero gdy już naprawdę nie byłem w stanie powstrzymać ziewania, Orikes przestał nas wypytywać.

- Widzę - przyznał ze skruchą, kiedy opowiedzieliśmy o uwolnieniu księżniczki Marinae i ponownych narodzinach Serafine - że to potrwa dłużej, niż sądziłem. - Rzucił spojrzenie za okno, gdzie już dawno było jasno. - Nie chcę was dłużej świdrować pytaniami, komendant oczekuje was za kilka świec, a jestem pewien, że chcecie chwilę odpocząć i zażyć spokoju. - Odchylił się do tyłu i pomasował skronie; on również był zmęczony. - Komendant jest człowiekiem surowym, ale sprawiedliwym, o umyśle tak bystrym, że nie należy go lekceważyć. Ja też będę obecny na tym spotkaniu, lecz już teraz dam wam jedną radę: on potrafi wyczuć, kiedy próbuje się coś przed nim ukryć, za to prawdę i otwartość docenia w niemal brutalny sposób. Na pewno zapyta o to, do czego ja jeszcze nie dotarłem, a mianowicie jak doszło do tego wybuchu wulkanu. Odpowiedzcie mu jak najszczerzej. - Powędrował wzrokiem ku Leandrze, która nagle się ożywiła. - Rozumie działanie magii, nie obawiajcie się zatem przedstawić mu rzecz także od tej strony. Skonfrontowanie się z tym zarzutem jest ważne, gdyż jeśli zostaniecie obciążeni odpowiedzialnością za tę katastrofę, podważy wszystko, o co walczycie i za co tyle wycierpieliście. Tutaj niewielu jeszcze zdaje sobie sprawę ze skali zagrożenia ze strony Thalaku, za to wszyscy szukają winnego katastrofy.

- Pułkowniku... - zaczęła Leandra, ale on znowu uniósł rękę.

- Obiecuję, że otrzymacie odpowiedzi na wasze pytania. Goni nas czas, więc odpowiem wam na razie na te pytania, które już zadałyście. - Wziął głęboki wdech. - Zdemaskowano i rozbito część siatki agentów wroga. Lecz w tej chwili musimy przyjąć, że w mieście jest przynajmniej jeden lub więcej nekromantów, a także innych agentów pracujących dla wroga. Zarzut, że to wy odpowiadacie za wybuch wulkanu, nie wziął się znikąd. Możliwe, że ktoś się wygadał, ale tylko niewielu wie, jaką rolę w tym odegraliście. Jednak to was wskazywano palcami, jeszcze zanim "Tancerz Burzy" wziął was na pokład. Te głosy zyskują w Radzie Handlowej coraz większy posłuch. A to właśnie Rada rządzi miastem i nawet komendant ma trudności, by się jej sprzeciwić. I jeszcze jedno: życie pokazało w brutalny sposób, że nie ma nikogo, komu można w pełni ufać. Wróg ma sposoby, by skusić, zmanipulować lub zaślepić najbardziej oddanych ludzi. Zaledwie dwa dni temu miał miejsce zamach na Sowę dokonany przez jednego z naszych żołnierzy. Był wierny cesarzowi i w jego głowie nawet nie postałaby myśl o zabójstwie. Co gorsza, nawet nie pamiętał tego, co zrobił. Muszę was uczulić: nie możecie być pewni, że jesteście tutaj bezpieczni. Wróg jest bez wątpienia zainteresowany usunięciem was.

- Zachęcające słowa - stwierdziła cierpko Leandra. Pułkownik skinął głową, nieskory do uśmiechu.

- Lepszych nie mam - powiedział i wstał.

Dziwna audiencja dobiegła końca.

3PRZYJACIELSKA PRZYSŁUGA

Na siódmym piętrze cytadeli znajdowały się prywatne pokoje komendanta i innych ważnych oficerów. W całym królestwie nie było bezpieczniejszego miejsca. Właśnie dlatego zastanawiało mnie, dlaczego naszej trójce przydzielono kwatery właśnie tutaj. Miało to jedną dobrą stronę: Leandra z łatwością dała się przekonać, by dzielić ze mną pokój.

- Zauważyłeś coś? - zapytała, powstrzymując ziewanie. Niedbale postawiła Kamienne Serce, zrzuciła z siebie ubranie i usiadła na szerokim łożu.

- Zauważyłem, że komnaty przypominają rozkładem kwaterę pułkownika. Ale są skromniejsze. Dobra wiadomość jest taka, że mają tu te wspaniałe łazienki, które tak lubisz.

- Dobrze wiedzieć - ucieszyła się i rozciągnęła na łóżku. - Ale nie to miałam na myśli. Pułkownik wypytywał mnie i Serafine, która wyraźnie go fascynuje. A tobie zadawał niewiele pytań.

- Może na mnie przyjdzie kolej później - wysnułem przypuszczenie i położyłem się obok niej. - My...

Ciche chrapanie sprawiło, że urwałem, i wywołało uśmiech na mej twarzy. Do audiencji zostało tylko pięć świec, ale pułkownik obiecał, że każe obudzić nas w porę. Podłożyłem poduszkę pod głowę, przykryłem nas i zasnąłem.

Obudziła mnie Serafine. Leandra mruknęła coś i wtuliła się w pościel. Złapałem się czegoś, by nie wypaść z hamaka, jak często zdarzało mi się na pokładzie "Śnieżnego Ptaka". Z ulgą jednak stwierdziłem, że łóżko się nie kołysze.

- Co się dzieje? - zapytałem i otrząsnąłem się jak mokry pies, przeganiając strzępy czarnego snu. - Już pora?

- Nie - odparła cicho Serafine. - Daj jej spać. Chodzi o Angusa.

Stłumiłem jęk. W Gasalabadzie Angus okazał się więcej niż przydatny, a w porcie przemytników, kiedy zatłukł bojową bestię z Thalaku, prawdopodobnie uratował życie mnie i Serafine, ale miał skłonności do popadania w kłopoty.

- Wybrali się z Sieglinde na poszukiwania dobrego piwa i znaleźli tawernę, do której zaglądają Varlandczycy. Doszło do sprzeczki i przyszli żołnierze, żeby go zaaresztować. Jest w celi w komendanturze portu.

- Z powodu bójki? - dopytywałem znużony, sięgając po koszulę. Spuściłem głowę i pomasowałem sobie kark. Miałem ochotę przekląć i wysłać Angusa do piekieł Soltara, a potem spać dalej.

- Nie całkiem - zaprzeczyła Serafine. - Nie z powodu bójki. Jeden z Varlandczyków rzekomo go rozpoznał i zarzucił mu zdradę i tchórzostwo. Węże Morskie aresztowały Angusa, ale wezwanie przyszło z ambasady Varlandu w Askirze. Tym razem nie chodzi o miłosne przygody, on jest w poważnych tarapatach. Sieglinde przyszła mi o tym powiedzieć. Twierdzi, że nic nie da się zrobić.

Zaczęło mnie łupać w czaszce. Z butem w ręku podniosłem wzrok.

- Obawiam się, że ma rację. Nie możemy nic zrobić - powiedziałem cicho, nie chcąc zbudzić Leandry. Za późno. Podniosła głowę i usiadła.

- Istotnie, to byłby błąd - odezwała się. Wyglądała na zaspaną, ale jej głos był klarowny i zdecydowany. - Będziemy potrzebować wsparcia Varlandu w tej wojnie, więc lepiej ich nie drażnić. Angus sam jest sobie winien. Cokolwiek zrobił, to nie jest nasze zmartwienie.

Popatrzyłem na nią zaskoczony.

- Był gotów umrzeć za ciebie, Leandro - przypomniałem.

Błyskawicznie odwróciła głowę w moją stronę i zgromiła mnie spojrzeniem żarzących się czerwienią oczu.

- Ale ja nie jestem gotowa narażać dla niego mojej misji, Havaldzie! Tu chodzi o coś większego. Stał się dla nas ciężarem, jak te wszy, które dostaliśmy od niego aż w nadmiarze! Od samego początku siał niezgodę, niezadowolenie i przysparzał kłopotów! Jeśli Varlandczycy go powieszą, to sam temu zawinił. Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie!

Jej wybuch wprawił mnie w zdumienie.

- Nie wiedziałem, że masz o nim tak złe mniemanie.

- To twój przyjaciel, Havaldzie, nie mój. Tolerowałam go, ale kosztowało mnie to sporo wysiłku. Gdyby nie ty, nie zniosłabym go dłużej w swoim pobliżu. Nie cierpię go i musisz to zaakceptować, Havaldzie, czy ci się to podoba, czy nie!

- On nie jest moim przyjacielem - zaprzeczyłem łagodnie, choć z trudem nad sobą panowałem. To prawda, w Angusie było coś, co wydawało się fałszywe, nie mogłem mu w pełni zaufać.

- Dobrze. W takim razie nie widzę problemu. Komendant spodziewa się nas wkrótce, to jest ważniejsze. Nie życzę Angusowi źle, ale sam sobie nawarzył tego piwa.

- On nie wahał się ani chwili, żeby się za tobą wstawić, Leandro - wtrąciła się Serafine, przyglądając jej się ze zdumieniem.

- To była jego decyzja. Nie prosiłam go o to. - Popatrzyła na mnie pałającym wzrokiem. - Odpuść go sobie, Havaldzie, mamy wystarczająco dużo innych problemów!

Ociągałem się przez dłuższą chwilę, w końcu wstałem i sięgnąłem po Porywacza Dusz.

- Nie mogę - oświadczyłem. - Jest naszym druhem.

- Jest twoim druhem, Havaldzie - odarła i rzuciła się z powrotem na łóżko. - Rób, co chcesz. Ale postaraj się, żeby nie zagroził naszej misji!

- Leandro - zacząłem, ale ucięła mi w pół słowa.

- Chcę być wypoczęta, kiedy pójdziemy na audiencję. Najważniejszym krokiem do pokonania Thalaku jest przekonanie komendanta. Nie dam się nikomu zatrzymać. - Zamknęła oczy. - Idźcie - dorzuciła. - I dajcie mi spać.

- Nie znałam jej takiej - zauważyła Serafine, zamykając drzwi. - Co się z nią stało?

Zaczekałem z odpowiedzią, by nie mogli nas usłyszeć strażnicy.

- Myślę - odparłem - że to ma coś wspólnego z Kamiennym Sercem. Przysięgła na miecz, że wypełni tę misję, a wiesz przecież, jakie jest Kamienne Serce.

Skinęła głową.

- Kiedy Leandra była w niewoli, nosiłam ten miecz, bo nikt inny nie był do tego zdolny. Ja... to czułam. Miałam wrażenie, że ktoś ciągle zagląda mi przez ramię i potępia wszystko, co robię i myślę.

Potrafiłem to sobie doskonale wyobrazić. Ciemne rubinowe ślepia od samego początku lustrowały mnie pogardliwie.

- Wyciągnęłaś go z pochwy? - zapytałem.

- Przypuszczam, że byłabym do tego zdolna - odpowiedziała po krótkim namyśle, kiedy zbiegaliśmy po schodach. - Ale nie chciałam. Znam Lodowego Pogromcę i widziałam, co potrafi zrobić Rozpruwacz Dusz, ale Kamienne Serce jest inne. Ono dotyka serca. Ty nawet z Rozpruwaczem Dusz potrafisz okazać łaskę, Leandra nie. Poza tym obawiam się, że Kamienne Serce nie tylko traktuje tę przysięgę jak swoją własną misję, ale każdą decyzję rozumie jako swoje zadanie. - Zatrzymała się na stopniu. - Nie pozostawia swemu nosicielowi zbyt wielkiej swobody ruchów, to mam na myśli.

Pokiwałem powoli głową. Rozpruwacz Dusz pod wieloma względami był straszliwą bronią, on również wpływał na moje postępowanie, ale nie aż tak. Każdy z tych mieczy był w moich oczach przekleństwem, nie błogosławieństwem.

- Jak to jest z Lodowym Pogromcą? - zapytałem. - On też jest taki zły?

- Ona - powiedziała Serafine. - To Pogromczyni. I nie. Ona... nie jest tak tępo zmierzająca do celu, za to o wiele bardziej zdolna się przystosować. Jest raczej przyjazną istotą.

- To dziwne mówić tak o mieczu - zauważyłem, kiedy przekraczaliśmy dziedziniec. - Myślisz, że on... ona żyje?

- Nie wiem, ale na pewno jest przepełniona życiem - odpowiedziała Serafine. - Przechowywała nas w sobie. To było jak długi, chłodny sen. Nie pozwoliła, aby nasze dusze zamarzły. Trudno to opisać i nie chciałabym przeżyć tego jeszcze raz, ale ona jest dobra. Zależy jej bardziej na chronieniu niż zabijaniu.

Gdy pomyślałem, jak pożądliwie Rozpruwacz Dusz odbierał życia, musiałem przyznać, że to rzeczywiście dziwne, jak Serafine mówiła o swoim Ostrzu Spójni. Przez chwilę żałowałem, że włożono mi wtedy w ręce Rozpruwacza, a nie Lodowego Pogromcę.

- Lodowy Pogromca bardzo dobrze pasował do Erbila - powiedziała cicho Serafine, jakby czytała w moich myślach. - To był jego miecz. To, że ty nosisz inny, z pewnością ma jakąś przyczynę.

Maszerowaliśmy dziarskim krokiem, toteż droga do garnizonu portowego trwała znacznie krócej niż jazda powozem. Z niepokojem patrzyłem na wschodzące słońce. Jeszcze mieliśmy czas, ale niezbyt dużo. Straże garnizonowe nie były zachwycone moim widokiem; żołnierze odpowiedzieli na salut, ale podejrzliwie obrzucili wzrokiem mój mundur i posłali po oficera dyżurnego.

Drobna kobieta o uważnym spojrzeniu przedstawiła się jako major miecza Rikin. Wysłuchała nas i oszczędnym gestem nakazała pójść za nią.

- Elgata wychwala was pod niebiosa - stwierdziła, prowadząc nas schodami w dół, a potem długim korytarzem. - Sama wasza ranga to za mało, by dopuścić was do więźnia. Przesądziło wstawiennictwo Elgaty. - Nie zwalniając kroku, machnęła ręką kapralowi, który otworzył ciężkie stalowe drzwi. Za nimi, w ascetycznej celi bez okien siedział na pryczy przygnębiony Angus, z głową podpartą rękoma. Usłyszawszy szczęk zamka, podniósł wzrok i wybałuszył oczy z niedowierzaniem.

- Macie kwartę świecy, nie więcej - rzuciła major i zamknęła za nami drzwi celi.

- Havald - zawołał zdumiony Norman, podchodząc bliżej. - Nie sądziłem, że jeszcze znajdziesz dla mnie czas! - Nie zaszedł daleko; zatrzymał go brzęczący łańcuch obejmujący jego lewą kostkę.

- Usiądź - poleciłem. - Naprawdę nie mamy zbyt wiele czasu. Przyszedłem wysłuchać, co masz do powiedzenia. Nie trać czasu i oszczędzaj słowa! Czy dopuściłeś się tego, co ci zarzucają? Tak czy nie?

Usiadł i popatrzył na mnie z miną cierpiętnika.

- Obawiam się, że tak.

Westchnąłem. Spodziewałem się tego, choć miałem nadzieję, że jest inaczej.

- Co się stało?

- Dawno temu w mojej ojczyźnie byłem poważanym wojownikiem Klanu Wilka - zaczął. - Książę mego ludu, najmłodszy z pięciu braci, zamierzał wyprawić się w świat i szukał dziesięciu najlepszych wojowników w całym kraju, którzy mieli stworzyć jego gwardię przyboczną. Walka o ten zaszczyt była twarda, ale szczęście mi sprzyjało i zostałem wybrany jako ostatni z dziesięciu śmiałków, gotowych oddać życie za księcia. Jako odznakę dostałem bransoletę i odprowadzany zazdrośnie wieloma spojrzeniami, z dumą wstąpiłem na pokład. Ach, Havaldzie - westchnął - to był chlubny dzień, najwspanialszy w moim życiu! Ale prędko okazało się, że wyprawa stoi pod nieszczęśliwą gwiazdą. Pierwszy etap podróży przebiegł zgodnie z planem, lecz tuż przed Aldarem zaczęły się nieszczęścia. Złamał się nam maszt i musieliśmy czekać w Aldarze na nowy. W końcu wypłynęliśmy cztery tygodnie po czasie, lecz zaczął się już okres sztormów. Burza dosięgła nas tuż przed Janasem, a kiedy chmury się rozeszły, okazało się, że bogowie muszą z nas drwić, gdyż nasz nowy maszt też się złamał, a sam okręt był tak rozbity, że ledwie unosił się na wodzie, na horyzoncie zaś ujrzeliśmy piracki żagiel. W innych okolicznościach śmialibyśmy się z tego, ale na widok pokiereszowanego statku morskie hieny nagle nabrały odwagi. - Spuścił wzrok, zacisnął pięści i poluźnił je z trudem, po czym ciągnął chrapliwym głosem: - Nie wszystko było stracone. Piraci mieli tylko dwa statki i postanowiliśmy je zaatakować, wyprzedzając ich atak. Po dziesięciu naszych zaczaiło się w wodzie, a kiedy piraci podpłynęli bliżej, wspięliśmy się po wiosłach i wtargnęliśmy na pokłady. Dziesięciu przeciwko setce albo więcej... Nigdy później nie widziałem takiej walki! Przeżył tylko książę, ciężko ranny, oprócz niego ja oraz dwóch kamratów. Zwyciężyliśmy, nawet gdyby tamci dwaj nie przeżyli. Drugi z okrętów stał w płomieniach i już mieliśmy wiwatować, kiedy pojawił się trzeci. Zyskaliśmy trochę czasu, ścinając maszt. Książę kazał spuścić wiosła i dał rozkaz do ataku. Zobaczyłem jeszcze, jak wskazuje na wroga, i wtedy spotkało mnie nieszczęście. Pękła nadwyrężona lina i dostałem spadającą reją, która o mało nie posłała mnie prosto w ramiona Soltara. Kiedy się ocknąłem, moi druhowie nie żyli, a ja byłem sam na statku pełnym trupów. Po druhach i księciu nie było śladu. Nie wiem, jak dopłynąłem do brzegu, ale jakoś mi się udało. Błąkałem się przez wiele tygodni, aż dotarłem do Gasalabadu, miasta tak obcego jak żadne inne. Tam spotkałem ziomka z mego kraju, a on opowiedział mi, że księcia spotkała śmierć. Szczątki jego statku znaleziono roztrzaskane na wybrzeżu. - W oczach zakręciły mu się łzy, wargi drżały. Sięgnął po moją rękę i ścisnął tak mocno, że zacząłem obawiać się o swoje kości, ale nie chciałem jej zabierać. Z trudem, łamiącym się głosem, kontynuował: - Przyrzekłem wszystkim bogom, że umrę przed księciem. To hańba, że stało się inaczej, hańba tak straszliwa, że nie ma sobie równych. Żaden Norman nie może z nią dalej żyć, postanowiłem zatem zakończyć swój żywot. I okryłem się kolejną hańbą, bo nie potrafiłem tego zrobić. To, co uczyniłem, przyjacielu Havaldzie, jest najgorszą ze zbrodni: wystraszyłem się śmierci i pozwoliłem księciu umrzeć przede mną. - Pomału pokręcił głową i popatrzył na mnie wiernymi oczami psa. - Jestem winien, Havaldzie, i nawet ty nie możesz nic zrobić. Jestem rad, że umrę. Odrazą napawa mnie mój brak odwagi, by samemu wykonać wyrok.

- To dlatego tak bardzo chciałeś zginąć w walce - powiedziała cicho Serafine.

Próbowałem zrozumieć jego słowa.

- Tak - odpowiedział ledwie słyszalnie. - To tu leży źródło moich przechwałek, tak samo jak pogoni za miłostkami. Ciąży mi hańba i przeraża mnie śmierć, a jednak to jest jak uzależnienie. Tylko między nogami kobiety czuję, że żyję i mogę oddać się zapomnieniu, na jedną chwalebną chwilę! Tylko tam znajduję wyzwolenie, na krótki czas, póki nie wróci rozpacz! - Westchnął długo i głęboko. - To prawda, Havaldzie - przyznał. - Jestem rad, że się to wreszcie skończy. - Wstał i popatrzył na mnie z oddaniem. - Wybaczysz mi, że cię zwodziłem? - zapytał cicho.

- Nie mam co wybaczać - odrzekłem. - Wobec nas dotrzymałeś wszystkich przysiąg, przyjacielu.

- Naprawdę nim jestem? - zapytał z ociąganiem. - Twoim przyjacielem?

- Tak, jesteś - potwierdziłem i były to szczere słowa. Już dawno wiedziałem, że coś przed nami skrywał, odgrywał jakąś dziecinną i przesadną rolę. Serafine też to już dawno dostrzegła. Teraz, gdy wiedziałem, na czym polegała jego "zbrodnia", rozumiałem go aż za dobrze. Miałem świadomość, jak gorzko smakują rozpacz i zwątpienie, gdy trzeba żyć dalej, chociaż inni, którzy powinni żyć, przed tobą odeszli do Soltara.

Przełknął ślinę, podszedł do mnie i objął. Trzymałem go płaczącego.

Major Rikin w milczeniu otworzyła drzwi celi, a sądząc po jej spojrzeniu, wszystko słyszała. Nic nie powiedziała, a mnie nie przyszło do głowy, co mógłbym więcej rzec. W drzwiach przystanąłem, odwróciłem się i zobaczyłem, jak Serafine obejmuje Angusa. Pokiwał głową i uśmiechnął się z wysiłkiem, kiedy coś mu szeptała do ucha.

Odsunęła się od niego i podeszła do mnie. Angus spojrzał na Rikin.

- Zabraliście mi antałek, który nie jest mój - powiedział z błagalną nutą w głosie. - To prezent dla tego człowieka, Havalda. Sera major, czy spełnicie moje życzenie i przekażecie go jemu?

- Tak zrobię, Normanie - obiecała mu, a on skinął głową z wdzięcznością. Spojrzał na mnie.

- Nie ma lepszego piwa na świecie, przyjacielu! Przyjmij mój dar, otwórz beczułkę jeszcze dziś, wypij za mnie i bądź pewien, że nikt inny nie zasługuje na to piwo bardziej od ciebie. Przekazuję ci w spadku zawartość tego antałka, to jedyna wartościowa rzecz, jaką jeszcze posiadam. A jeśli Soltar zechce, będę ci służył w następnym życiu.

Co miałem powiedzieć?

- Wypiję za ciebie - obiecałem. - Niech cię bogowie prowadzą, przyjacielu.

Rikin dała znak kapralowi. Zamknął drzwi. Odchodząc powolnym krokiem, słyszeliśmy płacz Angusa.

- Tego się nie spodziewałem - powiedziałem chrapliwie, kiedy z beczułką Angusa pod pachą zamrugałem na słońcu.

Wszystko to nie trwało długo, a ja miałem wrażenie, że upłynęła cała wieczność. Mogliśmy jeszcze wrócić do cytadeli, może nawet zdążyłbym wziąć kąpiel i się ogolić.

- Niemal się wstydzę, że mu nie ufałem.

Serafine zrównała ze mną krok i dotknęła lekko mej ręki, żeby zwrócić na siebie uwagę.

- Nie możesz dźwigać wszystkiego, Havaldzie. Niektóre rzeczy są, jakie są. Sam słyszałeś, co powiedział. On ma nadzieję, że w końcu zazna spokoju.

- Wydaje mi się to niesprawiedliwe - stwierdziłem. - Nie uczynił niczego, co wymagałoby kary. Tylko Normanowie tak uważają, i on sam. Nie mogę nazywać zbrodnią tego, że ktoś dalej żyje, choć inni umarli, inaczej sam musiałbym siebie potępić.

- A nie potępiasz? - zapytała z wahaniem.

- Kiedyś tak było. Teraz już nie. Mam nadzieję, że u kresu mej podróży bóg pokaże mi sens tego wszystkiego, jednak już teraz czuję, że ten sens istnieje.

Zatrzymała się i popatrzyła na mnie zaskoczona.

- Mówisz poważnie, Havaldzie?

- Tak - odparłem. - Mówiłem ci przecież, że zawarłem pokój z Soltarem.

- I słusznie, bo nie jest dobrze mieć na pieńku ze swoim bogiem. - Popukała w antałek. - Zaprosisz mnie, kiedy go otworzysz?

Beczułka była chyba nie całkiem pełna, bo wydała głuchy odgłos, ale sądząc po ciężarze, zawierała więcej niż jeden kufel.

- Nie musisz pytać.

Resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu, każde pogrążone w swoich myślach.

- Co z Angusem? - zapytała Leandra, kiedy zamknąłem za sobą drzwi do sypialni. Siedziała na łóżku i przymierzała nową perukę. - To nie jest tak - ciągnęła, kiedy nie odpowiedziałem - że gardzę wszystkim, co reprezentuje ten mężczyzna, ale w końcu trzeba powiedzieć dosyć, a on już nam sprawił wystarczająco problemów.

- Już nie będzie cię dłużej nękał - oświadczyłem, postawiłem antałek na stoliku koło drzwi i poszedłem do łazienki.

- Havaldzie, ja... - zaczęła, ale zamknąłem drzwi.

Wystarczyło jeszcze czasu na golenie. Wycierałem twarz, kiedy do drzwi zapukał żołnierz Piór, by poinformować, że komendant będzie miał zaraz dla nas czas, sugerując grzecznie, że byłoby lepiej, abyśmy byli gotowi.

Leandra przebrała się w swoją starą zbroję z symbolem gryfa. Reszta jej stroju, w tym długa do ziemi opończa, wykonana była z nowej, miękkiej i białej jak śnieg skóry. Nigdy wcześniej nie widziałem u niej tych rzeczy. Z peruki zrezygnowała; leżała rzucona niedbale pod ścianą. Zauważyłem obok na podłodze trzy spinki do włosów. Na Wyspach Ognistych oboje doznaliśmy dotkliwych oparzeń, ale dzięki talentom Zokory wyzdrowieliśmy niemal całkowicie. Nowy naskórek wyglądał jaśniej od starego; ja byłem w plamy, ale Leandra znalazła sposób, by nadać nowej skórze smagły odcień. Kontrast z białymi włosami był fascynujący.

Leandra zamknęła drzwi za żołnierzem i oparła się o nie, by zmierzyć mnie przenikliwym spojrzeniem. Miałem na sobie mundur generała legionów, wypucowane kozaki, zaprałem nawet nową plamę; nie mogła mi mieć nic do zarzucenia.

- Co z Angusem? - powtórzyła tonem zdradzającym, jak wiele wysiłku kosztowało ją zachowanie spokoju. Nie do końca jej się to udało. Po ciele przebiegły jej iskierki, których chyba nawet nie zauważyła.

- Jest winien, czeka go egzekucja i nie stanowi już żadnego zagrożenia dla twojej misji - poinformowałem ją. - Twoje obawy były nieuzasadnione.

- Mogłoby się okazać dla nas niekorzystne, gdyby...

- Nie - przerwałem. - To nie ma nic wspólnego z nami i z tobą, to coś z jego przeszłości. Coś, co Varlandczycy lubią załatwiać między sobą.

- Dlaczego jesteś na mnie wściekły? - zapytała. O to samo mogłem zapytać i ją, choć byłby to daremny trud.

- Nie jestem wściekły - odparłem, zaciskając zęby. - Nie na ciebie. Idziemy? - Rubinowe ślepia Kamiennego Serca popatrzyły na mnie szyderczo znad jej ramienia. Nie możesz wygrać, mówiły, byłeś na straconej pozycji, zanim w ogóle ją ujrzałeś, bo ona jest moja.

- Owszem, jesteś. Wyjaśnij mi dlaczego. Wiesz, jak ważna jest moja misja. - Jej misja, już nie nasza.

- Są w życiu rzeczy, które pozostają ważne nawet wtedy, gdy ma się do spełnienia misję. - Nie chciałem się w to wdawać, choć z trudem się powstrzymywałem. - Czasami żałuję, że cię nie poznałem, zanim złożyłaś przysięgę na ten miecz. Kamienne Serce cię zmienia, Leandro.

- Mylisz się - odpowiedziała wyniośle. - Gdyby nie ta misja, w ogóle byśmy się nie poznali. A to, że trwasz w konflikcie ze swoim mieczem i złorzeczysz na swój los, nie oznacza jeszcze, że ze mną jest tak samo. Kamienne Serce i ja jesteśmy jednym, i tak powinno być, bo do tego zostały stworzone te ostrza.

To nie miało sensu. Równie dobrze mógłbym gadać do ściany.

- Powinniśmy już iść - przypomniałem jej. - Byłoby ze szkodą dla misji, gdybyśmy zrobili złe wrażenie, spóźniając się.

- Masz rację - przyznała. - Nie możemy do tego dopuścić.

Tak.

4KOMENDANT

Przybyliśmy na czas. Ledwie żołnierz Piór wprowadził nas do przedsionka, gdzie czekał już na nas pułkownik Orikes, z drugiej strony otworzyły się drzwi i adiutant zaprosił nas do środka.

Są ludzie, których wygląd zdradza, kim są. Główny komendant Keralos, zarządzający Askirem, dowódca legionów, być może najpotężniejszy człowiek, jakiego kiedykolwiek będzie mi dane znać, był żołnierzem. Szczupły i wysoki, o szarych niczym lód włosach, szarych oczach i spojrzeniu orła, był ubrany w zwykłe, szare ubranie, bez jakichkolwiek insygniów władzy. I wcale ich nie potrzebował, bo wyprostowana postura, sposób, w jaki błyskawicznie i wnikliwie nas otaksował - wszystko to charakteryzowało go lepiej niż ciężka zbroja Byków, wisząca na stojaku w rogu gabinetu.

Orikes zasalutował. Poszedłem w jego ślady. Leandra zgięła się w dygnięciu - chyba po raz pierwszy, od kiedy ją poznałem.

Kiedy otworzono drzwi, komendant stał na środku pokoju, teraz odpowiedział na salut, odwrócił się i zrobił trzy kroki w kierunku dużego pustego biurka. Oparł się o nie i ponownie zmierzył nas wzrokiem.

- Wyprostujcie się - zwrócił się do Leandry. - Nie jestem arystokratą, wystarczy mi zwyczajna grzeczność. - Jego słowa nie zawierały przygany, mimo to Leandra zaczerwieniła się i pospiesznie stanęła prosto.

Nie uznał za stosowne się przedstawić i od razu przeszedł do rzeczy.

- Z zainteresowaniem śledziłem waszą podróż - oświadczył. Orikes zajął miejsce z boku. Gabinet nie był zbyt obszerny, mierzył może z sześć kroków szerokości, miał po trzech stronach duże okna, z których rozpościerał się widok na miasto. Na ścianie po prawej wisiała mapa miasta, a na wysokim regale spoczywały mapy, zwoje i księgi. Oprócz stojaka ze zbroją, biurka i krzesła nie było tu nic więcej. Nawet biurko było puste, z wyjątkiem kałamarzy, piór, piasku i niewielkiego nożyka do piór.

Żadnych krzeseł dla gości.

- Dobrze, że dobiegła końca - ciągnął.

Na chwilę straciłem wątek... Podróż. Miał na myśli podróż.

- Wkrótce po katastrofie podniosły się głosy, że należy obciążyć was winą za zagładę Wysp Ognistych i fali powodziowej. Zrelacjonujcie mi, co się tam wydarzyło, bez żadnych upiększeń. Musimy obalić te zarzuty.

Chrząknąłem, ale Leandra mnie ubiegła. Znałem ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że sposób bycia komendanta wytrącił ją z równowagi, ale prędko wzięła się w garść. Zaczęła od chwili, gdy otworzyła drzwi do wnętrza wulkanu, na krótko zanim do niej dołączyłem, a potem nieopatrznie zabiłem kapłana, który znajdował się pod kontrolą Zokory. Co chwilę przerywała, czekając na pytania, ale żadne nie padło. Tylko raz komendant niecierpliwym gestem ponaglił ją, by mówiła dalej.

Raz jednak jej przerwał, kiedy wspomniała o tym, jak zastaliśmy drzwi do komnaty wrót zablokowane. Dopytał o to. Z zażenowaniem zdała relację, jak w wieży starej stanicy posłała w nieznane ptasie guano i zwęglone belki.

- Znaleźliście guano w tamtejszej komnacie wrót? - zapytał, a ona potwierdziła. Z namysłem zabębnił palcami lewej ręki po blacie, po czym skinął głową. - Dziękuję. Kontynuujcie. - Słuchał w skupieniu, gdy opowiadała o fali, która zalała "Śnieżnego Ptaka".

- Dobrze - orzekł w końcu. - Wiemy najistotniejsze. Są inne sprawy wymagające mojej uwagi. Zwróćcie się do pułkownika Orikesa, gdybyście mieli jakieś pytania lub potrzebowali wsparcia. Kiedy tylko podejmę decyzję, co dalej, spotkamy się na naradzie. Bogowie z wami.

Leandra nie była jedyna, która chciała coś jeszcze dorzucić. Chrząknąłem. Tym razem zwrócił się prosto do mnie.

- Macie jeszcze do dodania coś istotnego, generale?

Jego wzrok sprawił, że omal nie zacząłem się jąkać.

- Komendancie, chodzi o mój pierścień.

- Co z nim? - zapytał, spojrzawszy niedbale na mój palec.

- Nie należy mi się.

- Gdyby wam się nie należał, nie nosilibyście go. Drugi Legion nie jest jeszcze gotowy do walki, ponadto rozkazem cesarza nie wolno posyłać legionu do boju na terytorium Starego Królestwa. Poprzestańmy na tym, że każę was wezwać, gdy znajdę dla was odpowiednie zadanie. A póki co przestrzegajcie cesarskich praw i pamiętajcie, że generał legionu, zwłaszcza Drugiego, w szczególny sposób reprezentuje cesarza i królestwo i nie może przynieść im hańby.

Ukłonił się lekko Leandrze i zasalutował.

Razem z Orikesem odwzajemniliśmy salut, obróciliśmy się na pięcie i całą trójką skierowaliśmy do drzwi, które otworzył przed nami adiutant.

W przedsionku Orikes dał mi znak, byśmy poszli za nim; do jego kwatery było zaledwie kilka kroków. Tam zamknął drzwi od środka, a jego neutralną minę zastąpił uśmiech.

- Poszło o wiele lepiej, niż się spodziewałem - stwierdził i odetchnął z ulgą.

Zastanawiałem się, czy był na tym samym spotkaniu, co ja. Czułem się jak rekrut żółtodziób. Niewiele brakowało, a pod spojrzeniem komendanta zaczęłyby mi się trząść kolana.

- Mówicie, że dobrze poszło? - powtórzyła z niedowierzaniem Leandra. - Na litość bogów, co się dzieje z tymi, którzy nie spotkają się z równie "przyjacielskim" traktowaniem?

- Cóż - odparł rozbawiony Orikes. - Reakcje są różne, tak jak różni są ludzie, ale bywało, że ze wstydem oglądaliśmy nieszczęśników, którzy go rozgniewali. - Wskazał ręką na stolik, przy którym niedawno siedzieliśmy. Dzbanki i kubki zastąpiono szklaną karafką z wodą i czterema czystymi kubkami. Nalałem wszystkim wody i podałem kubek Leandrze.

- Odnieśliście wrażenie, że był nieuprzejmy? - zapytał całkiem poważnie Orikes.

Zauważyłem, że Leandra stłumiła westchnienie.

- Może nie nieuprzejmy. Słusznie nas ostrzegliście, był bardzo... bezpośredni. Dlaczego uważacie, że poszło dobrze? Tylko krótko mu zdałam relację.

- Był zadowolony z raportu i uspokojony, że zarzut, iż to wy wywołaliście falę powodziową, jest nieuzasadniony.

- A jest? - zapytałem zdumiony. Leandra zgromiła mnie wzrokiem.

Orikes wyglądał na rozbawionego.

- Tak uznał. W przeciwnym razie kazałby zakuć was w kajdany i krótko się z wami rozprawił. Teraz jednak przypomni Radzie Handlowej, że nadal mamy śmiertelnego wroga.

- Dobrze to słyszeć - stwierdziła Leandra. Też była zaniepokojona. - Wiecie, na jakiej podstawie uznał, że nie ponosimy winy za katastrofę?

Orikes pokręcił głową.

- Nie pamiętam, aby się wypowiedział na ten temat, ale możecie mi wierzyć: jest przekonany o waszej niewinności. - Wziął łyk wody. - Mam do was jedno pytanie, generale. Skąd pomysł, że pierścień się wam nie należy?

Przez chwilę zwlekałem z odpowiedzią, ale ta kwestia rzeczywiście go ciekawiła. Może to była okazja, żeby w końcu ten temat uporządkować. W krótkich słowach streściłem, jak znalazłem pierścień wraz z proporcem Drugiego Legionu, jak bezmyślnie włożyłem go sobie na palec i pożałowałem tego w chwili, gdy stanąłem naprzeciw major Kasale w starym zajeździe Fahrda.

- Hm - mruknął i uważnie obrzucił mnie wzrokiem. - Sądzicie, że nadużyliście pierścienia i swej rangi?

- Mam nadzieję, że nie - odparłem z wahaniem. - Miały miejsce jedna czy dwie sytuacje, w których uznałem za konieczne pokazać pierścień, ale pilnowałem się, żeby z tym nie przesadzać.

- Pomijając oczywiście fakt, że to za waszą sprawą Drugi Legion powstał z martwych - orzekł Orikes.

- Pomijając to - zgodziłem się zakłopotany.

- Macie się za niewłaściwą osobę na tym stanowisku? - zaciekawił się pułkownik.

Postanowiłem być całkiem szczery. Nie było powodu, który przemawiałby przeciwko temu; ta kwestia była zbyt ważna.

- Tak. Brakuje mi talentu do strategicznego myślenia. Nie potrafię nawet czytać mapy. Poza tym jestem zbyt niezdecydowany jak na generała. Miałbym opory posyłać żołnierzy na śmierć, poświęcać ich tylko dlatego, że wymaga tego sytuacja.

- Sądzicie, że będą takie sytuacje?

- Bez wątpienia, ser. Nie da się inaczej wygrać wojny. Dowódca armii nie może się wahać, gdy konieczne jest działanie. Musi traktować wojsko jak narzędzie, nie jak żywych ludzi z krwi i kości. Nie nadaję się do tego.

- I to jest wasze uzasadnienie, dlaczego jesteście niewłaściwą osobą na tym stanowisku? - upewnił się Orikes.

- Tak, ser. W ogólnym zarysie.

Nie miałem pewności, ale wydało mi się, że stłumił uśmiech.

- W porządku, generale, przekażę wasze obiekcje komendantowi.

Postawił kubek na gzymsie i zwrócił się do Leandry:

- Będziemy kontynuować naszą rozmowę jutro rano o drugim dzwonie. Maestra, prima Sów, prosiła, abym przekazał wam, że oczekuje was dziś wieczorem o siódmym dzwonie. Znajdziecie ją w wieży Sów, tej, którą widać po lewej stronie od wejścia do cytadeli. - Uśmiechnął się szelmowsko. - Jeśli drzwi do wieży będą otwarte, nie musicie pukać, po prostu wejdźcie do środka.

- Będę tam - odparła uprzejmie Leandra, lecz błysk w jej oku zdradzał, jak bardzo paliła się do rozmowy z maestrą, wykształconą w arkanach magii Starego Królestwa.

- W tej chwili - mówił dalej Orikes - powinniśmy porównać stan naszej wiedzy, abyśmy mogli opracować plan, pozwalający nam stawić czoła cesarzowi nekromancie. Na dalsze kroki jest jeszcze za wcześnie. Jeśli zechcę porozmawiać z którymś z waszych towarzyszy, powiadomię was we właściwym czasie. Dopóki to nie nastąpi, bądźcie gośćmi Askiru i nie wahajcie się, przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności, wyrobić sobie opinii o naszym pięknym mieście. Do Rady Koronnej zostało jeszcze trochę czasu i wiem, że zależy wam na tym, aby zabrać na niej głos. Proszę was jednak o cierpliwość, maestro, to jeszcze trochę potrwa, zanim zatwierdzimy was jako ambasadorkę waszej ojczyzny. - Skinął przyjaźnie głową i otworzył drzwi. - Widzimy się jutro rano. Teraz czekają mnie inne obowiązki. Niech bogowie obdarzą was szczęściem.

Delikatnie zamknąłem za nami drzwi naszej kwatery i popatrzyłem na Leandrę, która wyglądała przez okno na wewnętrzny ogród cytadeli. Oboje na moment zapomnieliśmy o naszej sprzeczce o Angusa.

- Czy też masz wrażenie, że ci cesarscy funkcjonariusze mają szczególny sposób kończenia audiencji? - zapytałem. - Są uprzejmi, to oczywiste, ale wszystko przebiega tak szybko, że ani się człowiek obejrzy, jak stoi za drzwiami.

- Rzeczywiście - potwierdziła. - Czuję się jak odprawiona z kwitkiem.

- Niewiele powiedział. To mnie odprawił z kwitkiem, ciebie przez większość czasu słuchał.

- Mam inne zdanie. - Odwróciła się do mnie. - Havaldzie, na wszystkich bogów! Jak mogłeś powiedzieć, że nie chcesz dowodzić legionem? To przecież nasza jedyna nadzieja!

- I właśnie dlatego powinien nim dowodzić ktoś, kto się zna na wojennym rzemiośle.

- Nie znam nikogo, kto znałby się lepiej od ciebie.

- Nie zgadzam się. Czy zdajesz sobie sprawę, że nie mam wojskowego wykształcenia? Podejrzewam, że ciebie szkolono w strategii, mnie brakuje tej wiedzy. - Patrzyłem na nią z namysłem. - Może to ty powinnaś nim dowodzić, Leandro. Ty jesteś paladynem królowej. - A nawet kimś więcej, jeśli potwierdzą się moje obawy.

Podeszła do mnie, popatrzyła mi z powagą w oczy i przykryła dłonią moją rękę.

- Może. Ale jeśli wszystko potoczy się inaczej, niż sobie życzysz, i zachowasz stanowisko dowódcy, czy dasz z siebie wszystko, aby poprowadzić legion do boju?

- Oczywiście, że tak. Jednak wolałbym...

Przerwała mi twardym pocałunkiem w usta.

- Pst - szepnęła z uśmiechem. - To wszystko, co chciałam usłyszeć. - Przywarła do mnie. - Nie lubię się z tobą kłócić, Havaldzie. - Popatrzyła na łóżko i na jej obliczu pojawił się uśmiech, który tak kochałem. - Przepraszam za to z Angusem, nie powinnam tak reagować. Wybaczysz mi?

Skinąłem głową. Później, gdy zasnęła i poczułem na swym ramieniu jej oddech, pomyślałem, że nie chodziło o to, bym jej wybaczył. Obok łóżka stało Kamienne Serce i patrzyło na mnie swoim zwykłym, szyderczym spojrzeniem. Przypomniało mi o czymś, co przeżyłem we śnie. Po raz kolejny zadałem sobie pytanie, czy powinienem opowiedzieć Leandrze, że w rękojeści miecza schowany jest dokument zgodnie z wolą Eleonory określający następcę tronu Illianu. To nie ja nim byłem - zdradziła mi przynajmniej tyle, ku mej uldze.

Był jeszcze jeden powód, dla którego się ociągałem i miałem nadzieję, że to był tylko sen. Bo jeśli byłoby inaczej, to sytuacja mojego kraju byłaby fatalna, a Eleonora zgubiona.

Byłem wycieńczony, mimo to nie spałem długo. Tym razem nikt mnie nie obudził, nawiedził mnie tylko jeden z owych koszmarów, które mnie ostatnio nękały. Ostrożnie odsunąłem się od Leandry i wstałem. Jeszcze nie dochodził szósty dzwon, Leandrze zostały trzy świece do spotkania z primą Sów. Postanowiłem dać jej pospać i kazać jednemu z żołnierzy, aby zapukał do drzwi, kiedy nadejdzie pora.

5 SOWA

Podszedłem do następnych drzwi i zapukałem, ale nikt nie otworzył. U Serafine miałem więcej szczęścia; czytała książkę.

- Gdzie są pozostali, Helis? - zapytałem, kiedy wpuściła mnie do środka.

- Zokora i Varosch poszli do świątyni Borona. Sieglinde powiedziała, że chce się rozejrzeć po targu. A ja... cóż... - Uniosła książkę. - Minęło trochę czasu, odkąd to czytałam.

- Co to jest? - zaciekawiłem się.

- Zbiór starych klechd i legend. Orikes mi go pożyczył. Chciałam coś sprawdzić. - Odłożyła tom na bok. - Gdzie Leandra?

- Śpi. O siódmym dzwonie ma spotkanie z primą z wieży. - Opowiedziałem jej o audiencji u komendanta i jego reakcji na moje pytanie o pierścień, co skwitowała cichym śmiechem.

- Nie chciałabym być na jego miejscu. Nic dziwnego, że był taki oszczędny w słowach. Pamiętaj, ile na nim ciąży. Onieśmielił cię, Havaldzie?

- Może - przyznałem po krótkim wahaniu. - Nie wiem, jak mu się to udało, bo mnie nie jest łatwo przestraszyć. - Przyszło mi do głowy coś, co sprawiło, że się roześmiałem. - Wyobraziłem sobie jego spotkanie z Zokorą...

- Lepiej nie - rzuciła. - Wygląda na to, że poruszyliśmy niebo i ziemię, żeby tutaj dotrzeć, a teraz nie mamy nic do roboty.

Zaśmiałem się.

- Jak to w wojsku: albo pośpiech, albo czekanie! Pułkownik mówi, że zanim zdecydujemy, co robić, należy podsumować wszystko, co wiemy. Wtedy się do nas odezwą.

- Zrozumiałe, choć irytujące. Co zamierzasz, Havaldzie?

- Nie wiem. - Wzruszyłem ramionami. - Angus poprosił mnie, żebym wypił za niego, i chyba poszukam jakiejś dobrej tawerny. Albo obejrzę Askir. Orikes zachęcał do tego.

- Mogę ci towarzyszyć? Na razie mam dosyć czytania.

- Znasz miasto, mogłabyś mi pokazać zabytki - zaproponowałem.

Pokręciła głową.

- Jestem tu jeszcze bardziej obca od ciebie. Wiele się zmieniło. Niektóre stare gmachy rozpoznaję, ale widzę wiele rzeczy nowych i nieznanych. - Zerwała się z krzesła i popukała mnie w pierś. - Najpierw załatwimy ci inną górę od munduru. Inaczej, kiedy ludzie zobaczą generała Drugiego Legionu, zrobi się zbiegowisko.

- Dobrze - zgodziłem się. - To ma sens. Tylko skąd ją wziąć?

- To akurat łatwo rozwiązać. - Wyszła na korytarz i zwróciła się do jednego z żołnierzy: - Generał potrzebuje munduru bez insygniów legionu i rangi, żeby nie zwracać uwagi. Możecie nam pomóc?

- Czyli kurtkę rekruta? - upewnił się z powątpiewaniem żołnierz. Serafine skinęła głową. - To się da załatwić - odparł. - Zajmiemy się tym.

- Widzisz - rzuciła ze śmiechem i zamknęła za sobą drzwi. - Trzeba tylko spytać. A tak w ogóle to już wiem, od czego zaczniemy. Posłuchamy, co ludzie gadają przy piwie. Kiedyś niedaleko głównej bramy była tawerna, możemy zobaczyć, czy jeszcze tam jest. Wypijemy za Angusa, a przy okazji posłuchamy, co mówi lud. - Uśmiechnęła się szeroko. - Nie zaszkodzi poznać najnowsze plotki.

Nowa kurtka od munduru była nieco przyciasna, ale Serafine zaśmiała się i orzekła, że to tylko potęguje wrażenie... Pierwszy mundur, wyjaśniła, często zupełnie nie pasuje rozmiarem. W ten sposób nie będę przyciągał spojrzeń.

- Przynajmniej nie bardziej niż zwykle - dorzuciła z wesołym uśmiechem.

Miała zaskakująco dobry humor, ale kiedy wspomniała o Angusie, jej spojrzenie przyćmił cień. Mój przyjaciel Ragnar, też Norman, który z żoną i dziećmi wiódł życie kowala w Coldenstatt, młodym mieście w Nowych Królestwach, powiedział kiedyś, że Varlandczycy mają własne wyobrażenia o sprawiedliwości. Życie w krainie na północy było surowe, a stare tradycje i prawa to odzwierciedlały.

- Lód i śnieg nie wybaczają błędów - tłumaczył Ragnar. - Ludzie muszą trzymać ze sobą, a każdy wnosi swój wkład. Jeśli ktoś się ociąga albo zostawia innych w potrzebie, to jest to niewybaczalne złamanie reguł. Jeden człowiek może narazić na niebezpieczeństwo wielu innych.

Mimo wszystko, nawet jeśli Angus czuł się winny, w moich oczach nie był.

Do tawerny nie było daleko, tuż za bramą poszliśmy w dół do portu i zaraz zobaczyliśmy ją po prawej stronie. Serafine miała rację: karczma nadal istniała, choć budynek niewiele przypominał ten z jej opisu.

Moją uwagę przyciągnęły głośne śmiechy. Tu, w pobliżu cytadeli, nie brakowało spragnionych żołnierskich gardeł. Teraz, przed końcem służby, w tawernie panował spory ruch.

W Askirze wszystko było większe, także karczmy. Pomieszczenie mierzyło dobre trzydzieści kroków szerokości i pięćdziesiąt długości i miało nie jeden, a dwa kontuary. Wszystkie okna były otwarte, tyle że te po bokach wychodziły na ściany sąsiednich domów, tak wąskie uliczki okalały budynek z obu stron.

To wystarczyło, żeby wpuścić do środka trochę chłodnego powietrza. Wszędzie siedzieli żołnierze, niemal wyłącznie Byki; niektórzy mieli jeszcze zbroje płytowe.

Mężczyźni i kobiety grali w karty, kości albo w grę, którą też znałem, a polegającą na tym, aby pstrykając z odległości pięciu kroków, trafiać małymi drewnianymi kulkami w otwory w skrzyni na ścianie. Było gwarno, ale panowała dobra atmosfera, nie zauważyłem nikogo kompletnie pijanego. Klientów obsługiwał więcej niż tuzin dziewcząt; nosiły ciężkie tace z kuflami albo półmiski pełne jedzenia. Na widok soczystej pieczeni zaburczało mi głośno w brzuchu.

Dotknąłem lekko Rozpruwacza Dusz i na krótką chwilę na widziany przeze mnie obraz nałożył się inny. To nie było tak, że Rozpruwacz malował innymi kolorami niż moje oczy, on po prostu postrzegał świat inaczej i uzupełniał widzenie. Dzięki temu mogłem rozpoznać, że żołnierz, który siedział przy stole, milcząc, miał ciężką ranę boku, która nie chciała się goić, a kobieta po drugiej stronie, choć się śmiała, była przepełniona smutkiem... i wiele innych szczegółów, których większości nie potrafiłem zinterpretować.

W widzeniu Rozpruwacza niektórzy byli wyraźniejsi od innych. Wśród nich była Serafine i trzech rozproszonych po sali żołnierzy, ale najwyraźniejsza wydawała się para z tyłu, w kącie obok okna.

- Patrz, kto tu jest - odezwała się Serafine, ciągnąc mnie lekko za rękaw, po czym ruszyła prosto ku wspomnianej dwójce. Ignorowała lepkie spojrzenia żołnierzy i pojedyncze gwizdy.

Parą był Santer - tym razem bez zbroi - i młoda kobieta o bujnych, rudych włosach, ubrana w prosty strój. Ona zauważyła nas pierwsza i szturchnęła towarzysza w bok, by zwrócić na nas uwagę. Skinął nam głową, powiedział coś do niej, na co ona uśmiechnęła się i uniosła dłoń, żeby nas przywołać.

Santer podniósł się i przedstawił nas sobie.

- Generał Roderic von Thurgau. Helis z domu Orła w Gasalabadzie. Desina, prima z wieży.

Zamarłem w zdumieniu, a młoda kobieta roześmiała się cicho.

- Psst! - syknęła, wskazując ręką na wolne miejsce. - Nie ma nas tutaj. Przynajmniej nie oficjalnie. Pozwoliliśmy sobie na króciutką przerwę. - Obrzuciła spojrzeniem moją nową kurtkę od munduru bez żadnych insygniów. - Widzę, generale, że podobnie jak my wolicie anonimowość.

Usiedliśmy i podziękowaliśmy za zaproszenie. Santer przywołał gestem dziewkę, która podbiegła do nas natychmiast.

- Mam nadzieję, że w Askirze mają dobre wino - powiedziałem, poklepując się po kieszeniach w poszukiwaniu fajki. Serafine z przebiegłym uśmiechem sięgnęła pod opończę i położyła na stole fajkę i puzderko z tytoniem. Pamiętała, żeby przełożyć je do nowej kurtki.

- Polecam arendsteinera - rzucił Santer.

- Wezmę go - zwróciłem się do dziewki, która ochoczo pokiwała głową.

- Powiedzcie mi, podajecie jeszcze elfie krople? - zapytała ją Serafine z błyskiem w oku, a kiedy dziewka potwierdziła, ta rozpromieniła się. - W takim razie dla mnie "krople"!

Santer gwizdnął cicho przez zęby.

- Macie wyrafinowany gust - stwierdził. - Butelka tego wina kosztuje tyle, co mój miesięczny żołd.

- Trudno. Nie macie pojęcia, ile czasu minęło, odkąd piłam je po raz ostatni.

- Mogę zgadnąć? - wtrąciła szelmowsko Desina. - Jakieś siedemset lat?

- Coś koło tego.

- Możecie sobie wyobrazić, że komendant ukrywał przede mną wiadomości o was i wyłuszczył wszystko dopiero trzy dni temu? - zacietrzewiła się w udawanym gniewie Sowa. - Poskarżyłam się oczywiście, ale tylko się roześmiał i powiedział, że nie muszę o wszystkim wiedzieć. A ja myślałam, że właśnie to należy do moich zadań.

- To on się potrafi śmiać? - wyrwało mi się.

Santer uśmiechnął się ze zdziwieniem, również Desina wyglądała na rozbawioną.

- Trudno w to uwierzyć, prawda? - stwierdziła. - Zapewniam was, że potrafi. Pod twardą skorupą kryje się przemiły człowiek.

Nie mogłem w to uwierzyć.

- Desina trafiła do wieży jako dziecko - wyjaśnił Santer. - Orikes i komendant są niejako jej przyszywanymi ojcami.

Desina westchnęła.

- Ojca mam jednego. Trzech to jednak za dużo. Aż się wzdrygam na myśl, co będzie, jeśli kiedykolwiek postanowię poszukać sobie męża. Już teraz mi go szkoda biedaczyska.

Maestra miała ujmująco otwarty sposób bycia, który od razu mi się spodobał. Śmiała się często i chętnie, z Santerem była za pan brat. Przed chwilą, mówiąc o szukaniu męża, posłała mu długie spojrzenie. Odchyliłem się do tyłu, wziąłem od dziewki butelkę oraz kubek i zadałem sobie w duchu pytanie, czy Santer wie, że to on jest wspomnianym biedaczyskiem.

- Jakie było wasze pierwsze spotkanie z naszym staruszkiem? - zapytał Santer. - Z komendantem.

- Krótkie. Wysłuchał raportu maestry, a potem wyrzucił... a potem audiencja dobiegła końca. - Zębami odkorkowałem butelkę i nalałem sobie wina. Obok mnie Serafine przyłożyła kubek do ust, wzięła maleńki łyk i wydała dźwięk przypominający zadowolonego kota, który znalazł miseczkę ze śmietaną.

- Bogowie - jęknęła z rozkoszą. - Jak to możliwe, by wino smakowało tak wybornie?

- Dar bogów, bez wątpienia. - Santer uśmiechał się lekko.

- Jeśli istnieje bóg wina, to jestem pewna, że to musi jego najlepsze - dorzuciła i wzięła jeszcze łyk, który trzymała długo w ustach z wyrazem czystej ekstazy na twarzy. Przełknąłem i odwróciłem wzrok; patrzenie na nią wydało mi się nieprzyzwoite.

- Jeśli chodzi o komendanta - ciągnąłem, zwracając się do Santera - to zdaje się przekonany, że nie mamy nic wspólnego z wybuchem wulkanu. Co za ulga.

- Dobrze to słyszeć - powiedziała poważnym tonem Desina. - Zniszczenie Wysp Ognistych było największą katastrofą od stuleci i przyniosło śmierć i rujnację. Nawet tu do portu dotarła fala, wysoka na dobre sześć kroków!

Przyjrzałem się jej dokładniej. Z jakiegoś powodu spodziewałem się, że będzie podobna do Leandry, ale nie była. Magia Leandry zawsze była w jakiś sposób obecna; ostatnio zdarzało się nawet, że wędrowały po niej niewielkie błyskawice, z czego nie zdawała sobie sprawy. Kiedy spała, sypialnię rozświetlały czasem błękitne iskry. Gdy dotykałem jej, zapominając o ostrożności, ogniki biegały i po mnie. Nic mi nie robiły, ale wywoływały silny ból głowy, przez co miałem trudności ze snem. Z kolei Desina na pierwszy rzut oka wyglądała na wesołą dwudziestolatkę o uważnym spojrzeniu, które biegało po izbie, wracało do nas i widziało wszystko i każdego.

- Jesteście rozczarowani tym, co widzicie? - spytała z uśmiechem. Musiała zauważyć, że lustruję ją z namysłem, albo potrafiła czytać w myślach, a może jedno i drugie. U Sowy nie dało się tego wykluczyć.

- Nie - odparłem szczerze. - Nie wiem, czego się spodziewałem.

- Żeby zrobić na nim wrażenie, musiałybyście sporo urosnąć i otoczyć się ogniem oraz błyskawicami - zażartowała Serafine i zaraz pokręciła głową. - To niepojęte, jak mogły narodzić się te wszystkie legendy. Wszystkie Sowy, jakie do tej pory poznałam, zachowywały się powściągliwie. Wystarczy, że wyróżniają się ubiorem. Czy to dlatego nie nosicie swej szaty?

- Owszem, między innymi - przyznała Desina, poważniejąc nagle. - Drugi powód jest taki, że mogę ją nosić, ale nie mogę jej już używać.

Santer przykrył dłonią jej rękę i potrząsnął lekko głową. Nie chciał, żeby o tym mówiła.

- Ach, daj spokój - uspokoiła go. - Ludzie i tak już gadają, a skoro mamy razem pokonać wroga, to powinni wiedzieć, że nie ma co pokładać we mnie zbyt wielkich nadziei.

- Co macie na myśli? - zapytała zbita z tropu Serafine.

Desina rozejrzała się, czy nikt nie podsłuchuje, a potem wyjaśniła ściszonym głosem:

- Kiedy nas zaatakował wróg, doszło do magicznego pojedynku między mną a nekromantą o imieniu Rolkar. Próbował otworzyć portal, przez który wrogie wojska miały dostać się do samego serca naszego miasta. Przegrał. Doszło do potężnego wyładowania, które zabiło go... i wypaliło mój magiczny talent. - Skrzywiła się ze smutkiem. - A dopiero zdążyłam się przyzwyczaić, że przy użyciu magii wychodzi mi to i owo. Trudno mi to zaakceptować. Taka jest prawda, dlatego cieszę się, że wasza przyjaciółka Leandra jest maestrą. Będziemy potrzebować jej zdolności.

- To nie koniec - dorzucił cicho Santer. - W mieście jest jeszcze jedna nekromantka. To agentka wroga o wielkiej mocy, która zdołała się wymknąć. Nazywa się Asela i jest mistrzynią kamuflażu, zimną żmiją, której jad mocno daje nam się we znaki. Ona... co z wami, sera?

Serafine zachłysnęła się winem i z niedowierzaniem wpatrywała się w Santera.

- Jak, mówicie, brzmi imię tej kobiety? - zapytała na bezdechu.

- Asela. Zimna, blada piękność o kruczoczarnych włosach i sercu jak gniazdo gadów - wyjaśniła Desina z zaciętą miną. - Jest nie tylko nekromantką, włada też magią w stopniu, który mnie przeraża. - Zadrżała. - Jej moc jest nie do opisania. Miałam szczęście, że przeżyłam nasze spotkanie.

- Bogowie - szepnęła pobladła nagle Serafine. - Czy u jej boku był inny mężczyzna? Ktoś, kto również władał mocą Sów?

- Tak. Ale zniszczyłam go bez trudu - odparła Desina.

- Ten, którego mam na myśli, nie dałby się tak łatwo zniszczyć - zapewniła Serafine. - Jest wysoki, ma czarne włosy i nie da się go pomylić z nikim innym: jego oczy mają różną barwę - jedno jest niebieskie, drugie czarne.

- Owszem - rzucił Santer ponuro. - To mistrz Rolkar. Jest nekromantą, Desina pokonała go w pojedynku.

- Jego prawdziwe imię brzmi Feltor - powiedziała Serafine i popatrzyła z szacunkiem na Desinę. - Wybaczcie, primo, ale jeśli jest tym, kogo mam na myśli, to z trudem przychodzi mi uwierzyć, że go pokonałyście.

- Miałam wsparcie - wyjaśniła skromnie. - Jak to możliwe, że wiecie o tych bezbożnych?

- Znałam ich - objaśniła Serafine z przygnębieniem. - Byli moimi dobrymi przyjaciółmi, myślałam, że zaginęli. - Zwróciła się do mnie: - Byli Sowami, związanymi potężną przysięgą z królestwem i cesarzem. Nie mogę uwierzyć, że mogliby ją złamać.

Prima z wieży przytaknęła.

- Ta przysięga wiąże w sposób, który czyni zdradę niemożliwą. Przynajmniej tak się mówi. - Popatrzyła na Santera, po czym podjęła: - Podejrzewałam, że mogą być Sowami, a przynajmniej maestrami, wykształconymi na sposób, w jaki kształci się Sowy. Co jeszcze o nich wiecie, sera Helis?

- Jeśli to rzeczywiście oni, to bardzo dobrze ich znam. Asela, Balthasar i Feltor byli nierozłączni. Dwa lata przed moją śmiercią cesarz wysłał całą trójkę na misję przeciwko pewnemu nekromancie. Pokonali go, lecz zapłacili za to wysoką cenę. Adela i Feltor zginęli, a Balthasar wrócił odmieniony i zgorzkniały. - Nagle drgnęła i zacisnęła boleśnie rękę na moim ramieniu. - Jeśli... Havaldzie! Oni... oni musieli przegrać tamtą walkę! Bogowie! - wyszeptała, otwierając szeroko oczy. - To by wszystko wyjaśniało! Balthasar inaczej nigdy by nas nie zdradził!

- Balthasar? - wtrąciła Desina i chrząknęła. - Macie na myśli ostatniego primusa Sów? Tego Balthasara?

- Tak - potwierdziła Serafine. - Udał się z nami i Drugim Legionem do Illianu i Nowych Królestw, żeby pomóc nam ochronić rzekę światów i potęgę Askiru, a jednocześnie stawić czoła szamanom barbarzyńców. Ale dopuścił się straszliwej zdrady i zniknął. Kilka tygodni temu Havald natknął się na niego w starej świątyni i pokonał w walce. - Pokręciła głową. - Byłam świadkiem tej walki dzięki Sieglinde. To był bez wątpienia ten sam mężczyzna, ale tak zmieniony, że ledwie mogłam w to uwierzyć.

- Słyszałam o tym - przyznała Desina. - Ale raport wspominał jedynie o łowcy dusz, bez podawania imienia. I właśnie w tym sęk: Sowa nie ma talentu ujeżdżania dusz. Wieża sprawdza to magią, więc to niemożliwe.

- Jest coś, czego nie wiecie - wtrąciłem i opowiedziałem o rytuale, w którym na Leandrę o mały włos nie przeniesiono bezbożnego talentu. Wciąż jeszcze wzdrygałem się na myśl, że mogliśmy ją tak łatwo utracić. Jeśli ktoś raz został przeklęty przez bogów, nie miał możliwości powrotu.

- Och - jęknęła Desina wstrząśnięta. - To okropne! A więc to jednak możliwe. - Popatrzyła w bok, na Santera, który przysłuchiwał się uważnie. - Jak myślicie, Santer, czy to przypadek, że w raporcie nie wymieniono go z imienia?

- Orikes wie, jak bardzo go wielbisz - odpowiedział. - Nie zdziwiłbym się, gdyby to on kazał usunąć imię z raportu, żeby oszczędzić wam rozczarowania. To wyjaśnia także, dlaczego duch Balthasara nie może zaznać spokoju.

- W takim razie będę musiała mu wytłumaczyć, że w ten sposób raczej mi szkodzi, niż pomaga - oburzyła się Desina.

- Zaraz, powoli, za dużo tego wszystkiego naraz! - zawołałem i podniosłem rękę. - Dlaczego mówicie o duchu?

- Duch Balthasara straszy w wieży Sów - wyjaśnił Santer. - Raz przez niego o mało nie umarłem ze strachu. Ale poza tym wydaje się niegroźny i raczej skory do pomocy.

- Może rzeczywiście jest - przyznałem, nie mogąc uwierzyć we własne słowa. Balthasar był dla mnie zawsze uosobieniem wszelkiego zła. Mimo to miałem już swoje doświadczenia z wrogiem. - Leandra jest maestrą podobną do Sowy, ma silną wolę. Z pewnością nie jest łatwo nagiąć jej ducha, a jednak właśnie to ją spotkało. Kolaron zna sposób, aby nawet najbardziej zaciekły wróg uwierzył, że w rzeczywistości służy nekromancie. To wszystko powinno być wam znane, maestro, gdyż Orikes ostrzegł nas i wspomniał, że na was też przygotowano zamach.

- To prawda - mruknął Santer. - Dwa dni temu. Wróciliśmy do cytadeli, jeden ze strażników przy bramie zasalutował, a potem, kiedy poszliśmy dalej, za naszymi plecami wystrzelił do Desiny z kuszy.

Prima podniosła dłoń i odgarnęła włosy z twarzy, żeby pokazać nam ledwie zagojoną szramę.

- Widzicie, jak niewiele brakowało? Znam sierżanta Eldreda od dziecka, zawsze zagadał, powiedział coś miłego. Nigdy nie życzył mi źle, a kiedy pojął, co zrobił, ledwie powstrzymaliśmy go przed tym, by z rozpaczy odebrał sobie życie. Nic nie pamięta, tylko tyle, że leżałam jak martwa na ziemi. Dobrze, że w porę oprzytomniałam, inaczej zostałby zabity przez własnych kolegów.

- Co się z nim stało? - zapytałem.

- Został zawieszony, Orikes poddaje go badaniom. Ma na imię Eldred i służy w Piątym Legionie od prawie dwudziestu lat. Jego życie legło w gruzach, nie wie, jak dalej żyć - tłumaczyła z przygnębieniem Desina. - Trudno będzie trzymać go dalej w legionie. Sam nie może sobie tego wybaczyć, koledzy go unikają. A jednak wszystko wskazuje, że niczym nie zawinił. Sądzicie zatem - zmieniła temat - że cesarz nekromanta ma talent, który pozwala mu całkowicie zawładnąć drugim człowiekiem? Nawet Sową?

- Tak. W różnym stopniu. Również moja przyjaciółka padła ofiarą cesarza nekromanty i znajdowała się w jego władzy. Zokora zdjęła z niej urok, ale zanim to nastąpiło, była naszym wrogiem. Później oddała za mnie życie. Istnieje też inny rodzaj magii, bardziej widoczny. Wróg ma specjalne obręcze na szyje, które sprawiają, że ten, kto taką nosi, wierzy w najgorszą nawet bzdurę, jaką mu się wpoi. Leandra i ja sami byliśmy ofiarami tej magii, nawet elfy nie są na nią odporne. Ale obręcz trudno ukryć. Jeśli więc zobaczycie srebrną obręcz z czarnym jak sadza kamieniem, miejcie się na baczności, bo ten, kto ją ma na szyi, nie jest sobą.

- Dobrze wiedzieć - zauważył Santer. - Jeszcze nigdy takiej nie widziałem, ale będziemy uważać.

- Ten drugi rodzaj uroku, bez obręczy, wydaje mi się groźniejszy - stwierdziła z namysłem Desina. - Sera Zokora jest kapłanką Solante, mroczną elfką, nieprawdaż?

Skinąłem głową.

- I zna sposób na zdjęcie uroku?

- Tak. Ale... to tak jak zwalczanie ognia ogniem i raczej nie powinno być stosowane zbyt pochopnie. Ofiara zostaje poddana rytuałowi, podczas którego zostaje poświęcona śmierci. Tłumi on wolę i każdą myśl, czyni z ofiary marionetkę. Zastępuje urok nekromanty innym, jeszcze silniejszym, ponieważ naznaczonym mocą boską. Zokora, zdejmując go, znosi także urok nekromanty. - Przypomniałem sobie czarną rozpacz w oczach Natalyii, kiedy była jeszcze Poppet. - Nie jest to procedura, którą powinno się stosować lekkomyślnie, i z pewnością nie jest czymś łatwym dla Zokory, ale jest... możliwa. - Przypomniało mi się coś jeszcze. - Jest jeszcze jedna metoda zawładnięcia kimś, ale polega ona tym, że nekromanta kontroluje nie umysł, lecz ciało, które staje się marionetką w jego rękach. Ma tę wadę, że nekromanta przez cały czas przebywa w ciele swojej ofiary, podczas gdy ta sądzi, że śpi. Zokora ustaliła, że w tym wypadku ofiara nosi przy sobie przedmiot, który został zaczarowany... albo coś w tym rodzaju. Wiem tylko, że kiedy usunie się ten przedmiot, ofiara jest wolna i wychodzi z tego bez żadnego uszczerbku, ale i bez pamięci o tym, co zaszło.

- Czy Orikes wie to wszystko? - zapytała Desina.

- Częściowo tak. Wie o obręczach i o tym, że Zokora zdołała zdjąć urok, który więził Natalyię. Jutro zamierzam podjąć tę kwestię.

- Dobrze - skwitowała Desina. I krzywiąc się lekko, dodała: - Możecie sobie wyobrazić, że chętnie bym dalej zgłębiała ten temat, ale muszę jeszcze zrobić to i owo, a zaraz mam spotkanie z waszą maestrą. Muszę was przeprosić. Santer zostanie jeszcze, może dowiecie się więcej od niego.

- Zostanę? - zapytał Santer.

- Tak, zostaniesz - potwierdziła z uśmiechem, dygnęła lekko i powiewając spódnicą, oddaliła się od stołu tak prędko, jakby ją ktoś gonił.

Odprowadziliśmy ją wzrokiem.

- W Askirze nie przywiązuje się wagi do pożegnań - zauważyłem.

Santer machnął ręką ze śmiechem.

- Ona taka jest. Nie bierzcie jej tego złe. Myślami jest już w innym miejscu i spieszy się, żeby tam dotrzeć.

- Podejrzewam, że nauczyła się tego od swoich przybranych ojców - zażartowała Serafine, ale zaraz spoważniała. - Zdaje się, że dzielnie zniosła utratę swojego talentu. To musiał być dla niej cios.

- Nie utraciła go - usłyszałem swój własny głos i sam się zdziwiłem. - Nie pytajcie, skąd to wiem, ale to prawda. - Nie chciałem zdradzać nowych zdolności Rozpruwacza Dusz, ale nie sądziłem, abym się mylił.

- Jesteście pewni? - spytał Santer, a ja skinąłem głową.

- To ją natchnie nadzieją.

- Skoro już tu jesteśmy i macie chwilę, powinniśmy kontynuować naszą rozmowę - powiedziałem i podniosłem rękę, przywołując dziewkę. - Poza tym jestem głodny jak wilk i zamierzam zaspokoić głód. Czy dotrzymacie nam towarzystwa?

- Mam nawet rozkaz to zrobić - odparł ze śmiechem Santer. - Słyszeliście, co powiedziała.

Jedząc, rozmawialiśmy dalej. Nic dziwnego, że komendant i Orikes chcieli najpierw ustalić i wyrównać stan naszej wiedzy: fascynujące było odkrywać, kto co wiedział, a czego nie. Magiczne portale, które w ogóle umożliwiły nam podróż, stanowiły dobry przykład. Santer opowiedział, że Desina całkiem niedawno odkryła jedne z wrót, ale portal był położony w wieży Sów i tym samym dostępny wyłącznie dla maestrów. Santer wyraził swój sceptycyzm, jeśli chodzi o wrota.

- Desina tłumaczy, że to tak, jakby wpakować cię do worka i wywrócić go na lewą stronę w innym miejscu. Nie podoba mi się to, człowieka może zemdlić od wywracania na drugą stronę!

- Nie widziałem żadnego worka - wyznałem. - W rzeczywistości człowiek niczego nie czuje. Nagle jest się w innym miejscu. Trzeba tylko uważać, żeby nie wystawać poza złoty rant na posadzce, bo wystająca część ciała zostanie odcięta jak toporem.

- Mówicie więc, że to niegroźne? - upewnił się, nerwowo obracając kubek.

- Wrota są używane od stuleci - wyjaśniła Serafine. - Biorąc pod uwagę znoje podróży, to chyba nie ma bezpieczniejszego sposobu na przemieszczanie się.

- Trzeba wam wiedzieć, że ta cała magia wydaje mi się podejrzana - wyznał Santer. - Po prostu nie potrafię jej ocenić. Dajcie mi miecz, a będę wiedział, do czego się nadaje. Z magią jest inaczej. Wydaje się przydatna, nie zna żadnych granic, a jednak Desina mówi o regułach, które, jeśli się je złamie, mogą kosztować cię życie.

Przypomniałem sobie, jak zaczynała boleć mnie głowa, ilekroć Leandra próbowała mi wyjaśniać magię, i pokiwałem głową ze zrozumieniem.

W którymś momencie rozmowa zeszła na temat pewnego statku pod banderą Illianu, który złamał reguły pokoju.

- Owszem, był taki okręt pod tą banderą. Ale wtedy nikt jeszcze nie wiedział, co to za kraj - powiedział Santer. - Komendant powinien ją znać, ale być może go nie poinformowano.

- A o co chodzi z tym okrętem? - zapytała w moim imieniu Serafine. - Wpłynął do portu i zaczął strzelać?

- O nie! Wykorzystano go, aby ukradkiem przerzucić do miasta kilka setek myślących jaszczurów. Wykonywały niewolniczą pracę dla nekromantów, a ponadto miały wesprzeć atak, siejąc w mieście strach i panikę. - Santer podrapał się w zamyśleniu po głowie. - Desina zgładziła nekromantę, który władał jaszczurami, a one przeszły na naszą stronę. Rzeczywiście chyba jest tak, że nekromanci wiedzą, jak kontrolować innych.

- Jaszczury? - powtórzyłem z niedowierzaniem.

- Tak. Nie chcę mówić na nie bestie, bo potrafią myśleć i wierzą w bogów, ale wyglądają trochę strasznie. Mają dobre dziewięć stóp wzrostu, ogon, którego używają jak broni, i pazury zdolne rozpłatać człowieka. Nie mówiąc o zębiskach. Ale jest tutaj dla nich za zimno i narzekają, że nie mogą się przez to poruszać, co się zgadza: są bardzo powolne. - Santer pokręcił głową. - Teraz zostały u nas i zaklinają się, że są po naszej stronie. Nawet komendant nie bardzo wie, co z nimi począć. Siedzą i marzną w podziemiach miasta.

- I przybyły na pokładzie okrętu? - zapytałem. - Wiecie skąd?

- Nie. One same nie wiedzą. Tylko tyle, że znalazły się bardzo daleko od ojczystych stron.

- Nie pochodzą z naszego kraju - zawyrokowałem bez cienia wątpliwości. - Okręt musiał podróżować pod fałszywą banderą. Nic mnie już nie zdziwi. Komendant powinien wiedzieć z naszych raportów, że coś musi być nie tak z tym okrętem.

- Może nic mu o nim nie powiedziano. Keralos ma na głowie wystarczająco spraw, ma jeszcze czytać wszystkie raporty z portu?

- Nikt nie zauważył w tym okręcie niczego podejrzanego? - zapytała Serafine.

- Nie - odparł Santer. - Aż do chwili, gdy zatonął w kanale stoczni, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Gdyby nie pewien dzielny agent Aldane, który w konsekwencji przypłacił to życiem, nekromanci zdołaliby zrealizować swój plan; dopiero on zwrócił nań naszą uwagę. Teraz oczywiście sprawia nam zupełnie inne problemy.

- Ten okręt? - spytała Serafine. - Dlaczego? Mówiliście, że zatonął.

- W tym sęk. Zatonął, ale w pechowym miejscu. Blokuje wylot z basenu stoczni. A w nim stoją nowe statki, które nie mogą przepłynąć do doków, gdzie się je wyposaża. W tym cały problem. Wieki temu była tam śluza, która zamykała kanał, to znaczy ona nadal istnieje, ale nie korzystano z niej przez bardzo długi czas, a kiedy chcieliśmy to zrobić, okazało się, że jej wrota zbutwiały, wypaczyły się od wody i są niezdatne do użytku. Okręt zaś pod wodą rozpadł się na kawałki, był załadowany kamieniami i nie możemy go stamtąd ruszyć. Nawet nasi nurkowie niewiele mogą zdziałać, dopóki woda jest tak zimna. Robimy, co możemy, ale straciliśmy już we wraku dwóch nurków.

- Niczego nie obiecuję - odezwała się ostrożnie Serafine. - Ale może będę mogła pomóc. Mój ojciec był nie tylko gubernatorem Gasalabadu, ale i świetnym inżynierem.

To prawda, ale Serafine nie dlatego zaoferowała swą pomoc. Miała dar panowania nad wodą, ale wolała nie mówić o tym otwarcie, nawet tutaj, w Askirze. Sowy by to na pewno zrozumiały, ale nawet tu ludzie mieli rozmaite przesądy, a wiedza o jej darze mogłaby znaleźć się w jakimś raporcie, który ktoś potem przeczyta.

- Wiedzy i inżynierów u nas nie brakuje - odparł Santer. - Dziadek Desiny, mistrz gildii kowalskiej, jest bardzo utalentowany w tym kierunku. On również pracuje nad jakimś rozwiązaniem, ale trzeba na nie jeszcze poczekać.

- Mimo wszystko czy moglibyście mnie tam zaprowadzić? - nalegała Serafine. - Chętnie obejrzałabym wrak.

- To nie powinno stanowić problemu, obawiam się tylko, że trudno mi będzie znaleźć na to czas. Kiedy byłem jeszcze w Wężach, wydawało mi się, że służba wypełnia mi całe życie, teraz wiem, że wcale tak nie było. Odkąd poznałem Desinę, wiem, co to naprawdę nie mieć czasu. Mieliście szczęście, że nas tutaj spotkaliście. To nasza pierwsza chwila wytchnienia, odkąd Rolkar, czyli Feltor, próbował otworzyć portal. Nie zaprzątajcie sobie głowy okrętem, prędzej czy później Desina znajdzie jakieś rozwiązanie.

- Sądziłam, że prima nie jest już zdolna do stosowania magii?

Santer pokręcił głową i uśmiechnął się lekko.

- Popełniacie ten sam błąd, co ja. Ona jest Sową, więc łatwo sprowadzić ją wyłącznie do tego. A to dalekie od prawdy. Jest uczoną. Władanie magią to tylko niewielka część jej istoty, największą zaś jest misja strzeżenia i zgłębiania wiedzy. Niewiele jest takich rzeczy, których Desina nie wie.

Przypomniałem sobie o strażniku wiedzy. Wiedza zawsze jest potęgą. Ale strażnik wiedzy był starym człowiekiem.

- Czy ona jest starsza, niż wygląda? - zapytałem.

- Nie - odparł ze śmiechem Santer. - Ma dwa, trzy lata ponad dwudziestkę, nie więcej! Czasami daje się to odczuć, ale dzięki bystrości umysłu Desina uczy się szybciej niż ktokolwiek inny, kogo znam. Może wam wytłumaczyć, dlaczego na niebie są gwiazdy i dlaczego ryba nie tonie w wodzie. Zna arkana sztuki kowalskiej, zapomniane nawet przez gildię, a gdy rozwiąże jakąś zagadkę, cieszy się tak bardzo, że skacze, tańczy, śpiewa i śmieje się ze szczęścia... a pół świecy później bierze się do kolejnej zagadki. Jest rozbrykana, a jednocześnie poważna, ale najbardziej podoba mi się w niej, że dźwiga z uśmiechem swoje brzemię.

A wy, przyjacielu, pomyślałem, usiłując ukryć uśmiech, całkowicie straciliście dla niej głowę.

- A więc - odezwała się Serafine, również uśmiechając się ukradkiem - nie macie czasu, żeby oprowadzić nas po mieście. To zrozumiałe. Ale może znacie kogoś, kto by go miał? Najlepiej kogoś, kto dobrze zna Askir?

Santer pokręcił głową.

- Nikt taki nie przychodzi mi w tej chwili do głowy, najlepiej poproście pułkownika Orikesa, aby przydzielił generałowi adiutanta, tak byłoby... Zaraz! Jest ktoś taki. - Santer uśmiechnął się szeroko. - Ma skłonność do wtykania nosa w nie swoje sprawy i wie o wielu sprawach, które chcielibyśmy zachować w tajemnicy.

- Wydaje się, że ktoś taki byłby idealny - zaśmiałem się. - Gdzie go znajdziemy?

- Udajcie się do portu. W północnej części znajduje się, jak wiecie, strażnica. Mamy dwie: druga, południowa, położona jest, jak się domyślacie, na południu. Jest własnością człowieka o imieniu Istvan. To pierwszy przybrany ojciec Desiny. Wychowywał ją, zanim trafiła do wieży. Prowadzi tam gospodę Pod Złamanym Ostrzem. Zapytajcie tam o Łasicę. To brat Desiny, w takim sensie, w jakim Istvan jest jej ojcem. Jest tylko jeden problem.

- Jaki? - spytała Serafine.

- Łasica jest złodziejem. Najlepszym złodziejem wszech czasów. Wszyscy o tym wiedzą, ale nikomu nie udało się tego dowieść. - Santer popatrzył na mnie. - Ten człowiek jest bardziej wszechstronny, niż można sobie wyobrazić, być może jest również szpiegiem komendanta. Albo i nie. Wiem jedno: Desina ufa mu bezgranicznie... a to coś, na co trzeba sobie zasłużyć. Kiedy pojawia się Łasica, straże popadają w nerwowość. To jego minus. Myślę... o nie! - Zobaczył coś za moimi plecami i jęknął cicho.

Odwróciłem się i dotknąłem Rozpruwacza Dusz. W pierwszej chwili nie zauważyłem niczego szczególnego, potem dostrzegłem jasną zieleń munduru Węży, a potem szeroki uśmiech malujący się na obliczu krępego mężczyzny. Że to on wywołał jęk Santera, okazało się, kiedy zawołał z daleka:

- Hej, Santer!

- Wybaczcie - rzucił pospiesznie Santer i wstał. - To Fefre! Może da się uniknąć nieszczęścia!

Co miał na myśli, zaraz się okazało. Jeden z Byków zaszedł drogę Wężowi.

- Hej, zagradzacie mi drogę - zwrócił mu uwagę z wesołym uśmiechem kapral Węży.

- Jesteś Wężem - parsknął Byk i pokazał palcem na ziemię. - Więc pełzaj.

Santer sunął w jego stronę, torując sobie drogę. Wstaliśmy z Serafine, wymieniliśmy spojrzenia. Wzruszyła ramionami i ruszyliśmy za naszym rosłym przyjacielem.

- Wiesz co? - zagadnął przyjaźnie Fefre. - Jest też inny sposób. Może to ty mi ustąpisz?

- Ciekawe jak?

- Z byka zrobię wołu. To wzmaga procesy myślowe! - rzucił z uśmiechem Fefre i rąbnął kolanem tam, gdzie odnosiło to najlepszy skutek. Byk z jękiem zgiął się wpół. Jeden z jego kompanów chwycił stołek. Karczmarz wyskoczył zza kontuaru i załamując ręce, błagał o rozsądek. Stołek przeleciał obok kaprala i trafił w plecy innego Byka, na co ten odwrócił się i ruszył na Fefre'a. Wąż nie był tak głupi, by stać w miejscu; uchylił się od jednego ciosu i drugiego i wtedy trzeci Byk złapał go wpół, podniósł do góry i cisnął na stół. Fefre ślizgiem przejechał po blacie, kosząc półmiski, kufle i butelki, zrzucając je na siedzących przy stole. Jeden z nich chwycił srebrny półmisek z połową indyka, który wylądował mu na kolanach, i z dźwięcznym, blaszanym brzękiem rozbił go Fefre'owi o czerep. Wąż osunął się na podłogę.

Santer dopadł do nich, odsunął na bok jednego Byka, potem drugiego i podciągnął za kołnierz oszołomionego Fefre'a, stawiając go na nogi.

- Chłopaki! - krzyknął i uniósł uspokajająco rękę. - Nie ma powodu... - Ktoś zdzielił go krzesłem w plecy. Santer westchnął i podtrzymując jedną ręką oszołomionego Węża, odwrócił się powoli.

- Nie chcesz mieć ze mną na pieńku - oznajmił uprzejmie.

- A czemu nie? - odparł zaczepnie tamten i zamachnął się, po czym zdziwił się, że złapałem go za pięść.

- Bądź rozsądny, chłopie - odezwałem się. - Nie zdewastowaliście jeszcze zbyt wiele i...

- Hej, zdrajco Byków! - krzyknął tamten, plunął mi w twarz i już chciał mnie kopnąć w krocze... ale nie zdołał. Nie wcelował, zapewne za sprawą Serafine, która rozbiła mu na łbie butelkę.

- Finna - zawołałem. - Daj spokój!

- Dobrze - odparła i odsunęła się, dzięki czemu Byk miał gdzie upaść. Założyła ręce na piersi. - Jak chcesz - dorzuciła z szerokim uśmiechem, kierując wzrok na coś za moimi plecami. Tym razem w czaszkę mocno trafiła mnie noga od krzesła. Otrząsnąłem się jak mokry pies, uchyliłem przed Bykiem, którego Santer szerokim łukiem rzucił nade mną, chwyciłem typa z nogą od krzesła i usłyszałem perlisty śmiech Serafine. Typ kopnął.

- A teraz? - spytała i zrobiła unik przed kubkiem, który poleciał w jej stronę. Obok roztrzaskał się na kawałki stół, kiedy z kwikiem wylądował na nim jakiś Byk. Gość, którego trzymałem, znowu próbował mnie uderzyć. Sądząc po szerokim uśmiechu na jego gębie, wciąż mu się podobało. Zza pleców dobiegało błaganie karczmarza, a potem trafiła mnie w głowę butelka.

- Ach, w dupie tam - zawołałem do Serafine, czując, jak za kołnierz spływa mi wino. Podniosłem gościa i rzuciłem go na dwóch innych Byków, żeby całą trójką wymieść kolejny stół. - Czasami... człowiek... musi!

Zabawa trwała z pół dziesiątej części świecy, gdy drzwi izby otworzyły się i do środka wpadł tenet Byków z pałkami. Zdumiewające, jak można było dokonać takich spustoszeń w tak krótkim czasie.

Zaledwie chwilę później Santer, Serafine, Fefre i ja staliśmy w szeregu z pozostałymi Bykami, wysłuchując, jak porucznik straży w okrągłych zdaniach tłumaczył nam, co sądzi o tym, co się stało. W zaskakujący sposób łączył przy tym kwestię pochodzenia obecnych z honorem imperium i legionów. W najłagodniejszym z epitetów porównał nas do karaluchów. To było istne objawienie, nigdy jeszcze nie miałem okazji słuchać tak soczystej i barwnej reprymendy. Na sam koniec zwrócił się do mnie.

- A ty co się jarzysz, rekrucie? - warknął. - Dobrze się bawisz? Zaraz ci pomogę!

- Przykro mi... - odezwałem się i mówiłem całkiem szczerze. - Tylko... - Usiłowałem się opanować, ale na próżno. Parsknąłem śmiechem. Porucznikowi ani trochę się to nie spodobało. Postąpił naprzód i zdzielił mnie pałką w głowę. Ostatnio często mnie to spotykało, mimo to jakoś nie potrafiłem do tego przywyknąć.

Kiedy człowiek wdaje się w przyjacielską nawalankę, nie powinien nosić ze sobą Ostrza Spójni; miecz stanowi niejaką trudność, kiedy trzeba wyjaśnić, dlaczego nie chce się go oddać podczas aresztowania. W tym wypadku problem dał się łatwo rozwiązać. Oficer dyżurny rozpoznał Santera, a kiedy ten wytłumaczył, co się wydarzyło, puszczono nas wolno... za późno, bo w tym momencie drzwi otworzyły się i do środka weszła Desina.

- Twój udział w zniszczeniach, Santer, wynosi cztery złote i trzy srebrniki! - poinformowała go z godnością Desina. - Myślałam, że tego rodzaju figle... o bogowie! - wykrzyknęła, kiedy jej spojrzenie padło na Fefre'a. - Powinnam się była domyślić!

Kapral schował głowę w ramionach.

- To nie było moim zamiarem, sera - odezwał się prędko. - Chciałem tylko zapytać Santera, czy chce się czegoś napić... ale jakoś do tego nie doszło.

- Mogę tylko powiedzieć - dodał Santer - że to naprawdę nie my zaczęliśmy. Nawet generał odczekał trzy ciosy, zanim rąbnął pierwszym przez izbę.

- Jaki generał? - zapytał oficer i pobladł, kiedy Santer wskazał na mnie kciukiem.

- Myślę - odezwałem się uprzejmie - że lepiej będzie, jak sobie pójdziemy.

- To chyba dobry pomysł - orzekła chłodno Desina. - Szukałam was. - Przeszyła mnie ostrym spojrzeniem. - Wasza przyjaciółka otrzymała wiadomości z kraju. Złe wiadomości, obawiam się. Wygląda na to, że wasza ojczyzna upadła. Maestra was oczekuje.

6DZIEDZICTWO RÓŻY

Później nic nie pamiętałem z drogi do cytadeli, oprócz tego, jak wpadłem do naszej kwatery, gdzie już czekała na mnie Leandra, krążąc niespokojnie po pokoju. Varosch spoczywał, na wpół leżąc na moim łóżku, zaś Sieglinde siedziała na krześle i patrzyła z przygnębieniem.

Wziąłem Leandrę w ramiona. Serafine cicho zamknęła za nami drzwi.

- Gdzie byłeś, Havaldzie? - zapytała Leandra z oczami pełnymi łez. Nie czekając na odpowiedź, wypaliła: - Eleonora nie żyje! - Przywarła do mnie mocniej, drżąca. - Sieglinde właśnie się dowiedziała... wiadomość od Janosa... On żyje, wiesz?

- Przynajmniej jedna dobra wieść - powiedziałem z westchnieniem i przytuliłem ją mocniej, szukając wzrokiem Sieglinde. - Cieszę się w twoim imieniu, Sieglinde.

Była córka karczmarza ledwie podniosła wzrok.

- To nie wszystko - powiedziała Leandra, wzięła głęboki wdech i pociągnęła nosem.

Przypomniałem sobie ostatni sen z moją dumną królową. A więc naprawdę umarła. Poczułem ukłucie w sercu i odetchnąłem głęboko.

- Jak upadł Illian? - zapytałem.

- Tego nie wiem - odpowiedziała. - Tam. - Wskazała na tabliczkę obciągniętą skórą, leżącą na łóżku, gdzie obok Varoscha ułożyła się teraz wygodnie Zokora. - Sam przeczytaj.

Wyciągnąłem rękę po tabliczkę, ale Sieglinde mnie uprzedziła. Popatrzyłem na nią zaskoczony.

- To jest wiadomość dla mnie - rzekła, odchyliła okładkę i zmierzyła mnie spojrzeniem swych zielonych oczu. - To, co mi pisze Janos, nie jest przeznaczone dla was, Havaldzie. - Wzięła głęboki wdech i zaczęła czytać. - Do obozu dotarł właśnie posłaniec z wiadomością, że wróg wszędzie rozgłasza, jakoby królowa poległa, a Illian znajduje się pod władzą Thalaku. Wysłałem zwiadowców, by dowiedzieć się więcej. Tymczasem wycofujemy się z Twierdzy Gromów. - Zamknęła okładkę. - Nie wiemy nic więcej.

- Nie wyglądasz na zaskoczonego - stwierdziła podejrzliwie Leandra.

- Nie jest tak źle, jak brzmi - powiedziałem, po raz kolejny dowodząc, jaki byłem nieporadny, jeśli chodzi o słowa.

- Nie jest źle? - oburzyła się Leandra. Już zapomniała o łzach. Po jej ciele biegały iskry, a oczy żarzyły się czerwienią. - Mówisz, nie jest źle? Nasza ojczyzna upadła, a ja utraciłam jedyną bratnią duszę, jaką kiedykolwiek miałam!

Wiadomość o śmierci mojej królowej sprawiła mi ból, ale ukłucie, które poczułem teraz, zabolało w zupełnie inny sposób. Ból omal nie pozbawił mnie tchu. Nie to miała na myśli, tłumaczyłem sobie, choć sam w to nie wierzyłem.

- Miałem przeczucie. A właściwie sen, jeśli wolisz.

Pozostali gapili się na nas, jakby byli świadkami przedstawienia, ale Leandra nie przejmowała się ich obecnością.

- Dlaczego nic nie powiedziałeś?

- Bo to był sen. Nie mogłem wiedzieć, czy jest prawdziwy.

Chciała coś odpowiedzieć, ale uniosłem rękę.

- Zaczekaj. Opowiem ci, co mi się przyśniło.

- Mów - rozkazała.

Nadal czułem jej gniew. Sam z trudem zachowywałem spokój, ale jej reakcja była zrozumiała. Przyciągnąłem sobie krzesło i zacząłem opowiadać o śnie, który nawiedził mnie w Aldarze, zanim "Lanca" zawinęła do portu, a ja dowiedziałem się, że Leandra została uwięziona.

- W tym śnie Eleonora powiedziała mi, że jej ciało zdradziło ją i że żyła tylko dzięki modlitwom kapłanów. Wymyśliła ostatni plan, żeby postawić się wrogowi i dać ludziom nadzieję. Przeciwnik obiecał wycofać się, jeśli ona się podda. Nie wierzyła w tę obietnicę, ale jej plan był większy.

Opowiedziałem, jak królowa się poddała, stawiła czoła ciemnej magii, zawstydziła wroga i spłonęła w ogniu Borona, nie pozostawiając po sobie nawet pyłku.

- Nikt nie widział, jak umiera - zakończyłem cicho. - Taki był jej plan. Weszła w światło i obwieściła, że będzie czuwać nad Illianem. Jednocześnie zawstydziła wroga i dowiodła, że nie można wierzyć w jego przyrzeczenia. Ale stolica w tym śnie jeszcze nie upadła. - Zawahałem się. - Jest jeden sposób na sprawdzenie, czy mój sen był prawdziwy. Musisz dać mi Kamienne Serce, Leandro.

Popatrzyła na mnie ze łzami w oczach, potem skinęła głową i wręczyła mi miecz.

Jak tylko mogłem, unikałem dotykania Kamiennego Serca, ale kiedy teraz ująłem miecz w dłonie, wiedziałem, że mam rację. Żelazo było zimne jak lód. Miecz uderzył we mnie zaskakującym, niezrozumiałym gniewem. Zawsze wiedziałem, że Kamienne Serce mnie nie cierpi, mimo to zdumiała mnie bezwarunkowość tej niechęci.

Zignorowałem lód pod palcami i żar w ślepiach smoka i wcisnąłem rubiny tak, jak pokazała mi we śnie Eleonora. Rozległo się kliknięcie, rękojeść puściła. Odkręciłem głowicę. W środku, tak jak we śnie, owinięty był wokół ciernia cienki pergamin.

Pieczęcie nadłamały się w ciasnej skrytce, ale dokument wyglądał na nienaruszony. Odwinąłem go i podałem Leandrze.

- Proszę - rzekłem.

Popatrzyła na mnie pytająco.

- Wiesz, co to jest?

- Testament Róży z Illianu. Postanawia w nim, kto ma przejąć po niej królewską godność.

Głośny metaliczny trzask sprawił, że drgnęliśmy; leżące na mych kolanach Kamienne Serce samoistnie złożyło się na powrót i błysnęło czerwonymi ślepiami. Chwilę potem miecz spadł mi z kolan i ślizgiem poleciał ku Leandrze, by jak wiedziony magiczną ręką stanąć obok niej.

Leandra nie zwracała nań uwagi, przywarła wzrokiem do dokumentu, który jej podawałem.

- Kto? - wyszeptała.

- Nie wiem. Mogę tylko przypuszczać.

- Ty jesteś jej paladynem, twoim zadaniem jest odczytać testament - powiedziała.

- To było kiedyś - odparłem. - Teraz ty nim jesteś. Wiadomość przeznaczona jest dla ciebie.

Wciąż trzymałem pergamin w dłoni.

- Jak to możliwe? - szepnęła. - Odkąd noszę Kamienne Serce, nie byłam w stolicy.

- Była mądrą kobietą. Wiedziała, co nastąpi. I bez okupanta jej dni były policzone.

Skinęła głową i powoli wyciągnęła rękę po dokument. Złamała pieczęć do końca i rozwinęła pergamin. Przeczytała, otwierając szeroko oczy, a jej usta utworzyły literę O. Wstrząśnięta spojrzała najpierw na mnie, a potem na pozostałych.

Wstałem, wziąłem do ręki Kamienne Serce i sparzyłem sobie palce od lodu. Tym razem było mi to obojętne, zacisnąłem rękę mocniej i ku mojemu zdumieniu poczułem, jak ostrze ulega.

- Uklęknij, Leandro - poprosiłem chrapliwie.

- Bogowie - wyszeptał Varosch, który pierwszy pojął, co się dzieje. Leandra podniosła na mnie wzrok, a potem ześliznęła się z łóżka na kolana. Chyba po raz pierwszy jej ruchy nie były pełne wdzięku. Gniotąc w dłoni dokument, podniosła na mnie szeroko rozwarte oczy, z których płynęły łzy.

Ująłem rękojeść Kamiennego Serca. Ostrze znowu chciało mi się oprzeć, lecz tym razem miałem dosyć. Miałem po uszy jego gierek. Złapałem mocniej, sięgnąłem ręką do jego wnętrza i przysiągłem, że pożałuje oporu. Wyczułem w nim coś zbliżonego do lęku. Ostrze oblało się oślepiającym światłem, jasnym jak rozżarzona do białości stal. Uniosłem miecz, ująłem go oburącz i opuściłem łagodnie.

- Na miłość Astarte - wyszeptałem i dotknąłem czubkiem ostrza czoła Leandry - na sprawiedliwość Borona - dotknąłem lewego ramienia - i na życie, które otrzymujemy w darze od Soltara - prawe ramię - Leandro di Girancourt, waszym przeznaczeniem jest korona Illianu. Mając za świadków bogów i tu obecnych, odpowiedzcie, czy jesteście gotowa nieść brzemię korony, wziąć je na siebie dla kraju i ludu Illianu, służyć Illianowi i wszystkim, którzy w nim żyją, chronić ich i szanować do czasu, gdy Soltar weźmie waszą duszę, aby rozliczyć was z panowania?

Leandra spojrzała na mnie. Po twarzy nadal spływały jej łzy, wargi lekko dygotały.

- Tak... - zaczęła i przełknęła ślinę. - Tak - wyszeptała. - Przysięgam!

Ostrze Kamiennego Serca zabłysło i przelało światło na Leandrę, które otuliło ją i przeniknęło, aż sama rozjarzyła się nim jak jaśniejący posąg bogini. Poświata zgasła powoli.

- Co zaświadczam przed Soltarem - oświadczyłem głosem pełnym czci.

Spojrzałem znacząco na Varoscha, który uśmiechnął się delikatnie.

- Zaświadczam to przed Boronem - powiedział cicho.

Przeniosłem wzrok na Zokorę, która wszystko śledziła z uwagą.

- Zaświadczam przed Solante, która jest także Astarte - powiedziała i przez jej oblicze przemknął uśmiech. - Czy właśnie to chciałeś usłyszeć, Havaldzie?

- Tak - odparłem. - Dokładnie to.

Chwyciłem pochwę Kamiennego Serca i wsunąłem do niej miecz. Ostrze wzbraniało się, ale nie widziałem powodu, by jeszcze dawać mu swą krew, i dobitnie dałem mu to do zrozumienia. Z cichym trzaskiem zniknęło w pochwie. Postawiłem miecz obok Leandry.

- Wstań - szepnąłem.

Podniosła się powoli, a kiedy stanęła, upadłem przed nią na kolana; Varosch i Sieglinde poszli w moje ślady.

- Niech błogosławieństwo bogów będzie z wami, Leandro, królowo Illianu, strażniczko królestwa, serce i miłości Illianu - wypowiedziałem chrapliwym głosem.

- Raz już byłam świadkiem koronacji człowieka - odezwała się Zokora, moszcząc się wygodnie na poduszkach naszego łóżka. - Trwała dziewięć świec, było mnóstwo przysięg i dobre trzy tuziny kapłanów, śpiewających pieśni pochwalne. Trzy dni później nowy król zmarł. Muszę powiedzieć, że twój sposób bardziej mi się podoba, Havaldzie.

- Dziękuję - rzuciła uszczypliwie moja królowa do Zokory. - Dokładnie to chciałam usłyszeć.

- Tamtym razem nie było Kamiennego Serca, które zaświeciło - powiedziała mroczna elfka. - To przemawia na twoją korzyść.

Leandra zwróciła się do mnie.

- Czy ten akt będzie ważny? - zapytała. - I dlaczego zrobiłeś to w ten sposób? Nie lepiej byłoby udać się do świątyni? Czy ty w ogóle masz prawo mnie koronować?

- Tak wydało mi się właściwie. Bogowie byli świadkami, a Kamienne Serce potwierdziło. To nie ja ciebie ukoronowałem. To bogowie i Kamienne Serce. To ono jest królewskim mieczem Illianu. Jeśli cię to uspokoi, to Eleonora złożyła dokładnie tę samą przysięgę.

- Jak to? - zdumiała się. - Myślałam, że została ukoronowana w świątyni.

- Tak. Ale odkąd Vladir Podstępny podczas swojej koronacji został przez pomyłkę pozbawiony głowy przez Kamienne Serce, podczas ceremonii używano już tylko kopii miecza. Gdy Eleonora się o tym dowiedziała, kazała kapłanom przynieść Kamienne Serce. Wynieśliśmy ją na noszach do ogrodu, który tak kochała. Tam poprosiła mnie, abym zrobił dokładnie to, co teraz. Powiedziała, że musi wiedzieć, czy ma prawo nosić koronę. Dla niej również Kamienne Serce zaświeciło. - Uśmiechnąłem się. - Jeśli dla niej to było wystarczające, to jest i dla ciebie, moja królowo.

A gdyby Kamienne Serce spróbowało się oprzeć, kazałbym je przetopić. Byłem pewien, że ten cholerny miecz doskonale o tym wiedział.

- Moja królowo - powtórzyła. - Jestem nią dla ciebie?

- Tak - odparłem cicho i przełknąłem ślinę. - Nie możesz być nikim więcej. To mało?

Rozwarła swe fioletowe oczy, kiedy pojęła, co chciałem jej powiedzieć.

- Musi wystarczyć, prawda? - wyszeptała.

- Tak.

- W takim razie wstańcie, hrabio Rodericu von Thurgau. I wy również. - Powiodła po nas twardym wzrokiem. - Nikogo z was nigdy więcej nie chcę widzieć przed sobą na kolanach. - Roześmiała się i otarła łzy. - Właśnie popełniłam swój pierwszy błąd... Sieglinde, chodź tutaj i uklęknij. Po raz ostatni. - Leandra pokręciła głową z uśmiechem. - Muszę się nauczyć bardziej zważać na słowa.

Ujęła Kamienne Serce, podczas gdy Sieglinde schyliła przed nią głowę.

Ostrze dotknęło lekko czoła dziewczyny, a potem jej ramion.

- W imieniu Illianu podnieście się, Sieglinde von Eberherz, rycerko Zakonu Róży.

Sieglinde podniosła na nią zdumione spojrzenie, a Leandra roześmiała się.

- To, co najważniejsze, zostało powiedziane - orzekła. - Havald jest w tym dobry, ja tylko go naśladuję. - Zerknęła na mnie krótko. - Dawniej istniał Zakon Róży. Jego rycerzy nazywano Czterdziestoma Wiernymi. Myślę, że znasz tę historię, Sieglinde. Ty odnowisz ten zakon. A teraz wstań.

Sieglinde podniosła się powoli, oszołomiona.

- Eberherz? - powtórzyła.

- Nie przyszło mi do głowy nic lepszego. To tylko inna forma imienia Eberhard. Twój ojciec będzie rad, gdyż ziemia wokół Przełęczy Gromów i gospody Pod Głowomłotem będzie teraz należeć do niego. O ile zdołamy ją obronić.

Leandra złożyła Kamiennemu Sercu ofiarę z krwi, gdy ostrze spiło ją chciwie, schowała miecz do pochwy.

- To zmienia wszystko - stwierdziła, posyłając mi długie spojrzenie. - Sieglinde, ty, gdy tylko znajdziemy jakiś portal, wrócisz do kraju i będziesz tam moim głosem. Rozkazy, jakie otrzymasz, będziemy musieli jeszcze omówić, ale będę bronić Illianu tak długo, jak długo krew płynie w moich żyłach, co przysięgam na wszystkich bogów! - Wzięła głęboki wdech. - Teraz jednak proszę o chwilę spokoju. Nie, Havaldzie - poleciła cicho. - Ty zostajesz.