Quidam - Cyprian Kamil Norwid

Kup ebooka

11.49 zł
9.42 zł (5,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Przypłynął młodzian z górnego Epiru

Do miasta Regium, na Rzymskim okręcie, Grek był, lecz matki ród się wiódł z Iliru; Krwi też dwoistej wzajem przeniknięcie Na twarzy jego dostrzedz można było, W sposób, iż profil z greckich miał medali, A w oczy patrząc skroń nabrzmiałą siłą, I włos mniej ciemny - i usta z korali.

Z Regium, jak długi brzeg ku Puteoli W konnej i gwarnej jechał karawanie. Czas to był, kiedy z Imperialnej woli Poczęto wielkie o drogach staranie. I częste mosty, z gładkiego kamienia, Skałę ze skałą wiązały ogniwem - I różni ludzie i różne cierpienia Żelazem granit obrabiały krzywem: Adrian, cesarz w sztuce wszelkiej biegły, Doglądać lubił kamienie i cegły

Od Puteoli, po Appijskim bruku Epirski młodzian zdążał już do Romy, A Romę marzył podobną do łuku Tryumfalnego, którego ogromy U samych niebios swój początek biorą, Lub samych niebios stały się podporą.

Wszakże on jeden z całej karawany Marzył - gdy inni toczyli rozmowę, Jak świat na nowo został popisany? O ile prawo Carskie lub ludowe? - Gdzie w wstępnym rynku albo w Trastubern? Osły i konie zanocować wierne? -

Jest coś wśród wielkich miast i na około, Zwłaszcza pod wieczór, zwłaszcza dla pielgrzyma, Co wypogadza lub zachmurza czoło, Ziejąc nań niby westchnienie olbrzyma - Jest coś w tym szmerze, co pierwszy dolata, Skoro się miejskich bram rozemknie krata. To coś - Epirczyk nasz poczuwał w chwili, Kiedy się kupcy z celnikiem wadzili O jucznych osłów porządek zmięszany - O kilka assów na lampę u ściany.

Nareszcie w miasto weszła karawana, Wielkiemi juki chmurna i leniwa, Raz jeszcze widzieć dając twarz młodziana, Gdzie się ulica okręcała krzywa. A strażnik z włócznią stojący brązową "Ktoś jest?" latyńską zapytywał mową. "Syn Aleksandra z Epiru" - i dalej Osły a konie szły - i znów pytali. -

III

I szli. - Rok minął dni i godzin tokiem.

Arthemidora ogród oświecony: Fastigium domu nad skrawym obłokiem Czerni się w trójkąt; niżej biust złocony, Z framugi ciężkie wychyliwszy czoło, Rzekłbyś iż chyłkiem pogląda w około.

Zofię z Knidos mędrzec miał u siebie. - Uczniowie w laurów ciennikach siedzieli, Czekając: gwiazdy aż błysną na niebie - Czekając: północ aż ich rozweseli Tym ogniem, tylko północy właściwym, Ni to widzialnym, ni światłym, lecz żywym

Ogniem wewnętrznej gorączki i drgania Powiek, gdy ciężeć poczną od czuwania. A słów mierzonym śpiewanych akcentem, Skoro się przytem wyrzuci niemało I subtelności nie jednej zakrętem Wstecznym, skoro się dobrze naszukało - - I człowiek, w całej myślenia machinie, Poczyna czuć się zostawionym sobie, Lubując giętkość jak skoczek na linie, Starego ojca niosący w osobie. - Tej to gorączki z nałogu czekano, A co raz nową rzecz dyskutowano.

Zofia z Knidos, pośród tej drużyny Mądrej, podobną była do opalu, Co zda się mieścić wszystkie tęczy płyny - Lecz nie rozlewa ich z skąpstwa czy żalu? Żalu - bo opal z łzawym błyska mętem; Skąpstwa - bo blask swój wycedza ze wstrętem. Zrodzona w Knidos, w Rzymie wychowana, Gdyby to było nie za Adriana, Kiedy już Sybill błękitne jaskinie Proroczych w sobie nie kryły trójnogów - Możeby głos jej był jako naczynie Brzmiące, dla ludzi śmiertelnych i bogów. Lecz inny wzywał smak, rządziło nie to: Była więc więcej od Sybill - kobietą! Była tem samem - bo czasów własnością, Natchnieniem smaków ich - z bezświadomością!

Pod temi laury, których liść szeroki Lamp różnofarbnych złamały promienie, Szaty ją wiewne tulą jak obłoki I układają na ciche kamienie - Z rzeźbą ich łącząc tak żywą naturę, Jak rzeźba wpaja się w architekturę.

Zaiste, odłam to jakiejś świątyni, Gdzieś barbarzyńskim roztartej obuchem - Nikt zeń całości nowej nie uczyni, Ni ją zpokrewni z cudzoziemskim duchem: Zawsze to będzie pamiątka bez-łzawa, Czegoś, co nie ma istoty ni prawa.

Ty, coś ją widział, zakryj sobie oczy, I powiedz co z niej pamiętasz szczególnie? Nie gładkość czoła, ni wieniec warkoczy, Pamiętasz jakieś wzięcie się - ogólnie - I głos: ten słodkie miewać zwykł poczęcie, Potem się kroplił jako płyn - a potem Jakobyś srebrnym wydzwaniał go młotem - Potem - i rylca było w nim zgrzytnięcie! Ruch też głosowi wtorował, a zawsze Prędzej, w obejście przechodząc łaskawsze.

Taką to Panią mędrzec gościł w chwili, Kiedy przez salve mozajką wybite, Na progach sieni stopami zużyte, Męże dwaj cichym koturnem wchodzili. Starszy był w szarym płaszczu i tunice, A laskę przed się stawiał jako świecę Prostą, o wiele dłuższą nad użytek. Każdy zwój płaszcza jego założony, Jak pargaminu pisanego zwitek, Łamał się ostro lub obsuwał w strony, W sposób, iż z tyłu widząc go o zmroku, Jak sprzęt nieżywy wydałby się oku - Sprzęt świeżo zdiętą szatą obrzucony. "Mistrzu Jazonie Magu! rzekł mu drugi Czy nie raczycie prosto do ogrodu?" - A w głosie jego było coś i sługi, I przyjaciela, i blizkiego z rodu. - Starzec krok zwrócił za odpowiedź całą I weszli oba, boczną furtką małą.

Weszli - ostatni goście spodziewani. Perystyl odtąd pustą już przestrzenią - - W alabastrowej lampa stojąc bani Mdlała - kolumny blado się czerwienią Od strony światła, ciemniejąc od drugiej - Czasem słów kilka posłyszysz za sienią, Czasem leniwy krok sennego sługi. Lampa przedzgonnym co tryśnie promieniem, To się mozajki na ziemi poruszą, To arabeski zatrzęsą sklepieniem; Jakby gmach ciałem: ona była duszą. -

Do Z. K.

WYJĄTEK Z LISTU

Czytałeś, i nawet, czego nie spodziałem się był, dawałeś do czytania ten rękopism przypowieści mojej, nazwany Quidam. Uważałeś zapewne że dziełu temu dałem nazwę przypowieści nie zaś powieści, a to z przyczyny że intrygi i węzła drammatycznego, właściwego powieściom, wielce się tu wystrzegałem - nie oto mi szło, ale właśnie że o to raczej głównie, co zazwyczaj tylko pobocznie z właściwych powieści wyciągamy. - Dla tego to i bohater jest tylko ktoś - jakiś tam człowiek - quidam! - Nic on nie działa, szuka tylko i pragnie dobra i prawdy, to jest jak to mówią nic: właściwie nie robi - cierpi wiele, a zabity jest prawie że przypadkiem i to w jatkach! - Jest tam i drugi Quidam, któremu to nazwisko przeszło było w imię własne, ale i ten jest tylko jakiś ogrodnik, jeden z miliona chrześcian! Zali to jest tragiczne? pozwalam ci wątpić wielki Poeto! - Ale Ty, którego śp. Juliusz Słowacki nazwał Poetą-Ruin, i który jak nikt nigdzie umiałeś świat ruin opiewać, pozwól mi w zamian powiedzieć ci, że w przypowieści tej mojej pomiędzy jej żywemi postaciami, lubo nie ma arków połamanych i rozrzuconych kolumn, niemniej smętny, jakkolwiek z właściwego mi punktu oglądany krajobraz ruin się przedstawia. Serce tej Zofii, tak czarującej talentami, a tak nerwami i wolą do siebie nienależnej, może właśnie całej jednej świątyni-wiedzy jest ruiną? - Cywilizacja, według wszelkiego podobieństwa, do dziś jeszcze podobna jest do tego kościoła, który za Kapitolem tyle razy przy księżyca świetle oglądałeś - do tego kościoła, co w kwadracie kolumn świątyni starożytnej jako gołąb w rozłamanej klatce przestawa; tak, iż mszy świętej idąc słuchać, przechodzi się owdzie przez Jowiszowy przysionek. Daruj mi więc wielki poeto, że z niektórych tylko korzystałem uwag twoich, co do kształtowania się tej mojej przypowieści, inne za niebyłe uważając. Cywilizacja, składa się z nabytków wiedzy Izraelskiej - Greckiej - Rzymskiej, a łono Jej chrześciańskie, czy myślisz że w świadomej siebie rzeczywistości już tryumfalnie rozbłysło? Mag jest Żyd - Arthemidor i Zofia są Grekowie - znajdziesz tam i Rzym, lubo tobie, wielki poeto, inaczej i gdzie indziej nie zaś w mniej plastycznych sferach, ruiny oglądać i sławić przystało. Szczęśliwszym byłeś. -

Pisałem 1859.

Cyprian Norwid.