1
WSPINACZKA
- Naprawdę nie musisz być aż tak brutalny.
W mieście Zilvaren wszyscy doskonale wiedzieli, że okłamanie strażnika równało się śmierci. W przeciwieństwie do większości mieszkańców, przekonałam się o tym w bolesny sposób. Dokładnie rok temu na własne oczy widziałam, jak jeden odziany w poobijaną złotą zbroję strażnik królowej wypatroszył mojego sąsiada, ponieważ ten nie przyznał się, ile naprawdę ma lat. A wcześniej, co było o wiele gorsze, stałam na ulicy w milczeniu, gdy poderżnięto gardło mojej matce, a z głębokiej rany na rozgrzany promieniami piasek wylały się strumienie chłopskiej krwi.
Kiedy więc przystojny strażnik zacisnął na mojej szyi dłoń w pięknie grawerowanej rękawicy, odbijającej niczym złote lustro blask dwóch słońc, cudem okazało się, że nie pękłam jak przejrzały owoc i nie zdradziłam wszystkich swoich sekretów. Ochraniane metalem palce wbijały się coraz głębiej w moją skórę.
- Imię, wiek, okręg. Mów natychmiast. Obywatele o niższym statusie społecznym nie mają wstępu do śródmieścia - warknął.
Podobnie jak większość miast, Zilvaren - Wielki i Błyszczący Klejnot Północy - zostało wzniesione na planie koła. Wokół granic miasta rozciągały się tereny przeróżnych okręgów, których mury zaprojektowano w taki sposób, żeby zatrzymać w nich mieszkańców. Wznosiły się na jakieś dwadzieścia metrów ponad przypominające slumsy domostwa i płynące pomiędzy nimi przepełnione kanały ściekowe.
Zniecierpliwiony strażnik potrząsnął mną.
- Natychmiast odpowiadaj, dziewczyno, inaczej od razu wyślę cię przez bramę do piątego piękła.
Złapałam za jego rękawicę, chociaż nie na tyle mocno, żeby uwolnić się od jego dłoni, i uśmiechnęłam się, a potem przewróciłam oczami do białego nieba.
- Jak mam... ci cokolwiek powiedzieć... skoro... nie mogę... oddychać?
W ciemnych tęczówkach strażnika dostrzegałam wściekłość. Poczułam, że jeszcze mocniej zacisnął palce.
- Zdajesz sobie sprawę, jak gorąco jest w pałacowych celach podczas koniunkcji słońc, złodziejko? Nie ma wody, świeżego powietrza. Smród gnijących ciał bije na tyle mocno, że wymiotują nawet najbardziej niewzruszeni kaci. Lepiej zapamiętaj, zdechniesz tam w przeciągu trzech godzin.
Myśl o lochach pod pałacem nieco mnie otrzeźwiła. Pewnego razu przyłapano mnie na kradzieży i zamknięto w nich na całe osiem minut. I tyle wystarczyło. Podczas koniunkcji słońc, gdy Balea i Min znajdowały się najbliżej siebie, a powietrze falowało od gorąca, utknięcie pod ziemią w ropiejącej ranie, jaką było więzienie pod pałacem Nieumarłej Królowej, nie należało do najwspanialszych doświadczeń. A poza tym byłam potrzebna na powierzchni. Jeżeli przed zmierzchem nie pojawię się w pracowni szklarskiej, umowa, którą zawarłam wczoraj po wielu godzinach negocjacji, stanie się nieważna, co by oznaczało, że nie otrzymam wody. To z kolei wywoła cierpienie tych, na których mi zależało.
Poddałam się, chociaż mnie to irytowało.
- Lissa Fossick. Dwadzieścia cztery lata. Panna. - Puściłam do niego oko, a drań jeszcze mocniej zacisnął palce. W Srebrnym Mieście nie było wiele osób o ciemnych włosach i niebieskich tęczówkach. Podałam prawdziwy wiek, podobnie jak nie skłamałam w kwestii swojego żałosnego, niezamężnego stanu, ale imię zmyśliłam. A prawdziwe? Nie było mowy, żebym wyjawiła je bez walki. Ten dupek zeszczałby się z zachwytu, gdyby wiedział, że trzyma w garści Saeris Fane.
- Okręg? - zażądał.
Na żyjących bogów, ależ był natarczywy. Zaraz pożałuje, że w ogóle zapytał.
- Trzeci.
- Trze... - Rzucił mnie na gorący piasek, którego przegrzane ziarna przypiekły mi gardło, gdy niechcący wciągnęłam je razem z powietrzem. Po raz kolejny odetchnęłam przez rękaw koszuli, ale ten sposób ochrony zdał się na nic. Kilka rozpalonych ziarenek i tak przedostało się przez tkaninę. Strażnik gwałtownie się odsunął. - Na mieszkańców trzeciego okręgu nałożono kwarantannę. Kara za opuszczenie to... to...
Nie istniała żadna kara za opuszczenie trzeciego okręgu, bo nikt tego wcześniej nie zrobił. Ci, którzy mieli pecha żyć i zarabiać w brudnych zaułkach oraz cuchnących bocznych ulicach mojego domu, zazwyczaj umierali, zanim w ogóle pomyśleli o ucieczce.
Gniew stojącego nade mną strażnika przerodził się w strach. W tej samej chwili dostrzegłam, że mężczyzna ma przy pasie niewielką sakiewkę. Dotarło do mnie, że podobnie jak tysiące mieszkańców Zilvaren był wyznawcą. Spanikowany, podniósł nogę i kopnął mnie w bok. Ból sprawił, że oddech uwiązł mi w gardle. Zobaczyłam, że mężczyzna ponownie bierze zamach butem. Nie pierwszy raz obrywałam. Jako złodziejka z niższej warstwy społecznej potrafiłam znieść dużo więcej niż niewielki kopniak, ale nie miałam czasu, żeby tego popołudnia służyć jako worek treningowy dla zwolenników Madry. Musiałam biec, bo kończył mi się czas.
Natychmiast się obróciłam i rzuciłam do przodu. Złapałam strażnika tuż pod kolanem - to było jedno z niewielu miejsc, w których nie chroniła go ciężka, złota zbroja. Rozpłakałam się pospiesznie. Łzy musiały być wiarygodne. Dałam niezłe przedstawienie, ale przecież miałam w takiej grze sporo doświadczenia.
- Proszę, bracie! Nie wysyłaj mnie do więzienia. Umrę tam. Cała moja rodzina cierpi na suchoty. - Zakaszlałam dla lepszego efektu. Starałam się wydobyć z gardła suchy kaszel, który by nie brzmiał jak mokre rzężenie umierającego.
Strażnik zapewne nigdy nie spotkał się z kimś chorym na suchoty. Z otwartymi z przerażenia ustami wpatrywał się w moją rękę, którą zaciskałam na jego spodniach.
Chwilę później koniuszek jego miecza dotknął koszuli tuż pomiędzy moimi piersiami. Niewielki ruch jego nadgarstka i będę kolejną złodziejką wykrwawiającą się na ulicach Zilvaren. Oczami wyobraźni już widziałam, jak zadaje cios, ale zauważyłam, że się zawahał, jakby analizując całą tę sytuację i chyba zdał sobie sprawę z tego, co go czeka, gdy mnie wykończy. W innych okręgach zwłoki pozostawiano, żeby gniły na ulicach, lecz na obsadzonych drzewami, zielonych alejach śródmieścia sprawy miały się zgoła inaczej. Tutejsza zamożna elita być może nie zdołała odgrodzić się od gorącego piachu niesionego przez zachodnie wiatry, ale na pewno nie tolerowałaby sytuacji, w której jakiś zarażony szczur rozkładałby im się bezczelnie na jednej z ulic. Gdyby więc strażnik mnie zabił, musiałby również pozbyć się mojego ciała. A sądząc po wyrazie jego twarzy, nie zamierzał tracić czasu na tak karkołomne zadanie. Chodziło o to, że skoro przyszłam tu z trzeciego okręgu, byłam o wiele bardziej niebezpieczna niż przeciętny złodziej, ponieważ roznosiłam zarazę.
Strażnik gwałtownym ruchem zdjął rękawicę, którą niemal mnie udusił i rzucił ją na piach. Wypolerowany metal zaszumiał cicho, upadając. Odebrałam to jak pieśń dla moich uszu i w ten oto sposób wszystkie moje plany odeszły w niepamięć. Zostałam przyłapana na kradzieży niewielkiego, poskręcanego kawałka żelaza na targu. Rozważyłam za i przeciw, a potem uznałam, że działanie warte jest ryzyka, bo wiedziałam, że za ten mały fragment dostanę sowitą zapłatę. Ale to? Tyle cennego kruszcu po prostu rzuconego na ziemię jak bezwartościowy śmieć? Nie zdołałam się mu oprzeć.
Ruszyłam z prędkością, której strażnik na pewno się nie spodziewał. Zwinnie skoczyłam do przodu i zgarnęłam rękawicę, która była wspaniała, kunsztownie wykonana przez prawdziwego mistrza. Małe, złote kółeczka tworzyły kolczugę, jakiej nie dało się przebić ani ostrzem, ani magią. Najlepszy był jednak ciężar wskazujący na znaczną ilość metalu wykorzystanego do wykonania tego elementu zbroi. Nawet sobie nie wyobrażałam, że jeszcze kiedykolwiek będę miała w rękach tyle złota.
- Stać! - Strażnik rzucił się na mnie, ale się spóźnił. Podniosłam rękawicę z ziemi, wcisnęłam do niej rękę aż po nadgarstek, a potem popędziłam w kierunku muru śródmieścia tak szybko, jak tylko niosły mnie nogi. - Zatrzymać dziewczynę! - krzyczał za mną, a jego głęboki głos odbijał się echem po brukowanym dziedzińcu. Mimo że się wydzierał, nikt nie chciał mu pomóc. Gapie, którzy się zgromadzili, gdy mnie złapał, rozpierzchli się niczym wystraszone dzieci, kiedy poinformowałam mężczyznę, że jestem z trzeciego okręgu.
Zanim jakiś rekrut mógł trafić do straży królowej Madry, musiał najpierw przejść ciężkie szkolenie. Osoby wybrane do uczestnictwa w wymagającym osiemnastomiesięcznym programie były wielokrotnie podtapiane i bite z wykorzystaniem każdej sztuki walki, jaką tylko odnotowano w zakurzonych miejskich bibliotekach. Po ukończeniu szkoły potrafiły one znosić niewyobrażalny ból i posługiwały się bronią tak sprawnie, że stawały się niepokonane w walce. Ludzie ci byli jak maszyny. Na sali treningowej w koszarach nie wytrzymałabym z wyszkolonym strażnikiem nawet czterech sekund. Królowa Madra była dumna ze swojej armii składającej się jedynie z najlepszych wojowników. Jednak ta jej duma okazała się wiecznie żarłoczna i nigdy nienasycona. Strażnicy nie tylko musieli być najlepsi, ale również powinni, jak najwspanialej się prezentować, a ich zbroje nie były lekkie. Owszem na sali treningowej dupek, który przyłapał mnie na kradzieży żelaza, pokonałby mnie w okamgnieniu, ale nie znajdowaliśmy się w koszarach. Byliśmy w śródmieściu i to podczas koniunkcji słońc, a ten biedny drań został zapakowany w całe to ceremonialne złoto, więc smażył się jak indyk w piecu.
I nie mógł biegać z niewygodnym metalem na sobie.
Ba, nie zdołał nawet truchtać.
I na pewno nie wespnie się na mur.
Pobiegłam w stronę wschodniej granicy, poruszając kończynami tak szybko, jak tylko pozwalało mi na to obolałe ciało. Podskoczyłam, złapałam się kruszejącego piaskowca, a od uderzenia o ścianę całe powietrze uleciało mi z płuc.
- Au, au, aua! - Wydawało mi się, jakby Elroy wziął największy młot z pracowni szklarskiej i uderzył mnie nim wprost w splot słoneczny. Nie miałam odwagi pomyśleć o siniakach, które rano zobaczę na skórze, o ile oczywiście się obudzę. Nie mogłam marnować czasu. Wcisnęłam palce w wąską szczelinę między dużymi blokami piaskowca, zagryzłam zęby i zaczęłam się podciągać, jednocześnie szukając podparcia dla stóp. Znalazłam. Jednak moja prawa ręka...
Miałam na niej tę przeklętą przez bogów rękawicę.
Kto ją tak okropnie zaprojektował?
Złoto dzwoniło, dźwięczący metal przywodził na myśl syreni śpiew, gdy uderzałam nim o kamień, starając się czegoś złapać i się podciągnąć. Moje palce - zwinne, smukłe, wprost stworzone do otwierania zamków w drzwiach i oknach oraz mierzwienia włosów Haydena - nie były tak użyteczne, gdy nie mogłam zginać nadgarstka. A rękawica to uniemożliwiała.
Cholera.
Jeśli chciałam przeżyć, nie miałam wyjścia, musiałam ją zdjąć. Ale ta myśl wydawała się teraz całkiem absurdalna. Element wyposażenia strażnika ważył niecałe dwa kilo. Prawie dwa kilo metalu! Nie, nie mogłam jej tak po prostu wyrzucić. To było coś więcej niż tylko skradziony fragment zbroi. To cała edukacja mojego brata. Jedzenie, którego wystarczyłoby na trzy lata. Bilet z Zilvaren na południe, gdzie wiatry natrafiały na wyschnięte wzgórza, za którymi było z dziesięć stopni chłodniej niż w Srebrnym Mieście. Zostałoby nam nawet tyle pieniędzy, że gdybyśmy zapragnęli, zdołalibyśmy kupić mały domek. Nie jakiś elegancki, ale prosty, odporny na warunki atmosferyczne. Coś, w czym mogłabym bezpiecznie zostawić Haydena, jeśli, a nie kiedy, dopadną mnie strażnicy.
Nie, wyrzucenie tej rękawicy kosztowałoby mnie coś cenniejszego niż życie. Utraciłabym nadzieję, a nie zamierzałam się jej wyzbywać. Wolałabym wyrwać sobie całą rękę.
Wzięłam się więc do działania.
- Nie wydurniaj się, dziewczyno! - krzyknął strażnik. - Spadniesz, zanim dotrzesz do połowy muru!
Jeśli ten mężczyzna wróci do koszar bez części zbroi, spotkają go surowe konsekwencje. Nie miałam pojęcia, jakie dokładnie mogły być, ale z pewnością to nie będzie nic przyjemnego. Mogli odrąbać mu ręce albo zakopać w piasku po szyję, żeby smażył się podczas koniunkcji, ale zupełnie nie obchodziło mnie to, co się z nim stanie. Przejmowałam się tylko tym, by wrócić do domu.
Ból przeszył moją rękę od koniuszków palców jak rozpalony sznur sięgający aż do ramienia, gdy ocierając się podeszwami o piaskowiec, wdrapywałam się na mur. Wybierałam bloki, które wyglądały na nadgryzione zębem czasu, a mimo to były stabilne. A przynajmniej liczyłam na to, że się pode mną nie rozpadną. Gdyby trochę poczekać, wiatr skruszyłby całe miasto, jak to robił z Zilvaren już od tysięcy lat. Piaskowiec wydawał się mylący. Mury i budynki wyglądały solidnie, ale nie były trwałe. Zdarzało się, że jednym mocniejszym kopniakiem można było zburzyć całą konstrukcję. Nie ważyłam zbyt wiele, ale to nie miało żadnego znaczenia. Ryzykowałam życiem i połamaniem kości.
Z mocno skurczonym żołądkiem podskoczyłam i szybowałam w powietrzu... aż ponownie uderzyłam w mur. Moimi żyłami płynęło sporo adrenaliny, gdy wydarzyły się jednocześnie trzy zupełnie niemożliwe rzeczy.
Po pierwsze, ściana wytrzymała.
Po drugie, lewą dłonią zdołałam porządnie się złapać.
Po trzecie, ręka nie wyskoczyła mi z barku.
Jeszcze tylko oparcie dla stóp... dla stóp...
Kurwa!
Serce podeszło mi do gardła, gdy lewy but ześlizgnął mi się po piaskowcu, przez co cała zaczęłam się osuwać.
Usłyszałam pod sobą ciche kobiece sapnięcie. Najwyraźniej miałam widownię.
Nie popatrzyłam w dół.
Kilka minut oraz zduszonych przekleństw później poczułam się na tyle pewnie, że znowu mogłam oddychać.
- Zabijesz się, dziewczyno! - krzyknął strażnik.
- Może. Ale co, jeśli nie zginę?! - odpowiedziałam równie głośno.
- Twoje wysiłki i tak pójdą na marne! W całym mieście nie ma pasera na tyle głupiego, żeby zechciał kupić od ciebie kradziony element zbroi.
- Oj, no weź. Chyba znam kilku.
Nie znałam. Bez względu na to, jak było ciężko i ile rodzin głodowało i umierało, żaden z mieszkańców Zilvaren nie odważyłby się kupić czegoś takiego jak złotą, ukradzioną strażnikowi rękawicę, którą w tej chwili miałam na dłoni. To nie miało jednak żadnego znaczenia. Nie chciałam nawet próbować jej sprzedać.
- Nie będę cię ścigał. Masz na to moje słowo. Rzuć to, co mi ukradłaś, a dam ci spokój!
Parsknęłam śmiechem. A mówi się, że strażników nie cechuje poczucie humoru. Ten był cholernym komediantem.
Ponownie podskoczyłam. Znów uderzyłam o mur, aż zagrzechotały moje kości. Obliczyłam trajektorię lotu najlepiej, jak potrafiłam, celując w kolejną dziurę pomiędzy blokami piaskowca. W końcu, gdy znalazłam się dostatecznie wysoko ponad ulicami śródmieścia, pozwoliłam sobie na chwilę przerwy, by zebrać myśli. Czy gdybym przełożyła rękawicę na drugą dłoń, to bym ją zgubiła? A co ważniejsze, czy zdołałabym przytrzymać się jedynie słabszą ręką, zdejmując element zbroi? Miałam przed sobą zbyt wiele zmiennych, a tak mało czasu.
- Jak zamierzasz zejść na drugą stronę, dziecko?
"Dziecko"? Ha! Co za bezczelny gnojek. Jego krzyki nie były już takie głośne. Znajdowałam się z piętnaście metrów nad ziemią - na tyle blisko szczytu muru, że już mogłam go dostrzec. Wisiałam tak daleko nad ziemią, że gdy popatrzyłam w dół, kark zrosił mi zimny pot.
Strażnik poruszył jednak ważną kwestię. Zejście z muru było równie niebezpieczne jak wspięcie się na niego, ale żołnierzyk Nieumarłej Królowej najwyraźniej urodził się w uprzywilejowanej rodzinie. Dorastał w śródmieściu. Jego rodzice nie zamykali domu na noc. Mężczyźnie nigdy nie przyszło do głowy, żeby wdrapywać się na ścianę ochraniającą go przed niewdzięcznym, roznoszącym zarazę motłochem, który znajdował się po jej drugiej stronie. Ja natomiast przez pół życia biegałam po szczytach tych murów, przemykając z jednego okręgu do drugiego, znajdując przejścia do miejsc, których na pewno nie powinnam odwiedzać.
I byłam w tym dobra.
Co więcej, robiąc to, świetnie się bawiłam.
Pozostałą część piaskowych bloków przebyłam w mniej niż dwie minuty. Rękawicą trafiłam na piasek, który leżał na samej górze. Kiedy się podciągnęłam, kwarcowe drobinki zaczęły wibrować i wzbiły się w powietrze na jakiś milimetr ponad kamień, na którym do tej pory leżały, a złoto ożyło.
Zamarłam, a oddech uwiązł mi w gardle, bo zaskoczył mnie ten osobliwy widok.
Nie. Nie tutaj. Nie teraz...
Rękawica szumiała i drżała, gdy usiadłam okrakiem na szczycie muru. Piasek unosił się coraz wyżej i wyżej.
Ona nas widzi.
Ona nas czuje.
Ona nas widzi.
Ona nas czuje.
Ona...
Nakryłam wolną dłonią rękawicę, a skradziony element zbroi znieruchomiał. Lśniące drobinki z powrotem opadły.
- Znajdę cię, dziewczyno! Przyrzekam! Rzuć mi rękawicę, inaczej będę cię ścigał do końca życia!
W końcu usłyszałam w jego głosie cień paniki. Wreszcie pojął powagę sytuacji, bo nie spadnę i się nie zabiję, ani też przypadkowo nie upuszczę części jego pancerza, którą to z takim obrzydzeniem cisnął na ziemię, gdy dotarło do niego, że dotykał zarażonego szczura.
Zdołałam mu uciec, więc teraz mógł jedynie wykrzykiwać czcze pogróżki do ducha na niebie. Już mnie nie było. Kretyn pod murem nie był moim pierwszym wrogiem pośród strażników Madry, ale nie zamierzałam rozważać tej kwestii. Znacznie chętniej zastanawiałam się nad niesamowitymi rzeczami, na jakie przerobię tę rękawicę.
Jednak najpierw musiałam ją stopić.