Wstęp
WSTĘP
"MIESZKAŃCY KANADY! Po 30 latach POKOJU i dobrobytu STANY ZJEDNOCZONE
zostały zmuszone do walki. Szkody i agresja, zniewagi i upokorzenia ze
strony Wielkiej Brytanii po raz kolejny nie pozostawiły im alternatywy
poza mężnym oporem lub bezwarunkowym poddaniem się"1 - tak
rozpoczynał swą odezwę do Kanadyjczyków amerykański generał brygady
William Hull, którego armia wkrótce po wypowiedzeniu wojny przez Kongres
przekroczyła brytyjską granicę. Hull zapewniał mieszkańców Kanady o zachowaniu wszelkich dotychczasowych praw i sugerował włączenie ich do
grona obywateli Stanów Zjednoczonych, stwierdzając, że "zostaniecie
uwolnieni od tyranii i ucisku i przywróceni do godnego miana wolnych
ludzi". Był lipiec 1812 roku, a wojna amerykańsko-brytyjska trwała od
niecałego miesiąca. Głównym celem zmagań zbrojnych stała się Kanada; o jej przyłączeniu do Stanów mówiło się już od dłuższego czasu. Amerykanie
zamierzali zaatakować aż z trzech kierunków, a nadzieje na sukces
zwiększało uwikłanie Wielkiej Brytanii w wojnę z Napoleonem. Przeliczyli
się jednak. Wbrew pełnej patosu proklamacji William Hull bardzo szybko
odwołał ofensywę, wycofując się na terytorium USA, a gdy jego siły
zostały oblężone, poddał fort Detroit łącznie z całą swoją armią.
Wkrótce kolejną próbę inwazji podjął generał-major Stephen Van
Rensselaer III. Była to jedna z ostatnich szans Amerykanów na
poprawienie ich trudnej sytuacji jeszcze przed rozpoczęciem zimy, która
zatrzymałaby większość działań wojennych aż do roztopów. Zdecydowano się
na przeprawę przez Niagarę w okolicach miasteczka Queenston. Po stronie
obrońców w bitwie wzięli udział: brytyjscy żołnierze, kanadyjska milicja
i Irokezi. Walki toczyły się przede wszystkim o górujące nad miastem
wzgórza i trwały przez większą część dnia. Ostatecznie Amerykanie
ponieśli druzgoczącą klęskę, ale Brytyjczycy również zapłacili wysoką
cenę. Ich słynny dowódca, generał-major Isaac Brock, poległ na polu
bitwy.
Opisywane tu starcie zajęło niezwykle ważne miejsce w pamięci
historycznej Kanadyjczyków. Nazywano je nawet - chociaż ze sporą
przesadą - kanadyjskimi Termopilami. Leonidasem był w tym wypadku
wspomniany Isaac Brock. Jest to historia pobudzająca wyobraźnię i nic
dziwnego, że generał stał się dla Kanadyjczyków pierwszym wojennym
bohaterem narodowym. To właśnie ten brytyjski oficer i jednocześnie
gubernator Górnej Kanady, odnosząc oszałamiające sukcesy bitewne,
uratował dla Wielkiej Brytanii pierwszy rok wojny ze Stanami
Zjednoczonymi. Swoje ostatnie zwycięstwo przypłacił swym życiem. Pisarz
i historyk Pierre Berton twierdził: "Kiedy Kanadyjczycy słyszą jego
imię, co spotykać ich będzie dość często, w ich umysłach utworzy się
obraz tego ostatecznego, gwałtownego szturmu, wspaniale heroicznego, ale
również tragicznie nierozsądnego, prowadzonego w górę po stromych
Wzgórzach Queenston w ponury październikowy poranek"2. W amerykańskiej historiografii wspomniana bitwa zajmuje o wiele mniej
istotne miejsce. Dla tamtejszych historyków jest to po prostu kolejny z licznych przykładów niekompetentnie prowadzonej wojny z Wielką Brytanią.
Z batalią jest jednak związana postać dobrze znana w historii
amerykańskiej. To właśnie podczas tej kampanii swój chrzest bojowy
przeszedł podpułkownik Winfield Scott, późniejszy bohater wojny z Meksykiem, od 1841 roku pełniący funkcję głównodowodzącego armii Stanów
Zjednoczonych, który był również pierwszym dowódcą wojsk Unii podczas
wojny secesyjnej.
Chociaż w tytule książki umieszczono anglosaską nazwę bitwy (Queenston
Heights), w treści książki z reguły posługuje się spolszczoną nazwą
"bitwa na Wzgórzach Queenston". Jest to zgodne z polską monografią wojny
1812 roku napisaną przez Roberta Kłosowicza, w której opisywane starcie
jest wspomniane w takiej właśnie formie3. Nazwy tej użył również
Marcin Pejasz w swojej monografii o Szaunisach4. Jeżeli
chodzi o nazwy plemion indiańskich, to tam, gdzie było to możliwe,
zdecydowałem się spolszczać ich nazwy na podstawie wskazań
Polsko-Amerykańskiego Towarzystwa Etnograficznego5.
Wśród użytecznych opracowań na temat bitwy należy wymienić zwłaszcza
monografię kanadyjskiego historyka Roberta Malcolmsona A Very Brilliant
Affair. The Battle of Queenston Heights. Jest to bardzo dobra pozycja,
z której wielokrotnie czerpałem wskazówki i informacje przy pisaniu
niniejszej książki. Wśród amerykańskich historyków najlepszy opis bitwy
z perspektywy Stanów Zjednoczonych dał Theodore J. Crackel, który
napisał rozdział o bitwie do publikacji zbiorowej America's first
battles, 1776-1965. Podstawowym źródłem do opisywania bitwy jest
wielotomowe wydawnictwo różnego rodzaju źródeł związanych z wojną 1812
roku, tj. The Documentary History of the Campaign upon the Niagara
Frontier, zebrane przez kanadyjskiego oficera Ernesta Cruikshanka na
przełomie XIX i XX wieku. Znajdują się tu najważniejsze oficjalne i nieoficjalne dokumenty związane z bitwą na Wzgórzach Queenston. Jest to
podstawowe źródło do historii tego konfliktu. Ponadto niezwykle
przydatne są pamiętniki uczestników bitwy - Winfielda Scotta i Solomona
Van Rensselaera. W niniejszej pracy wykorzystałem również pojedyncze
źródła archiwalne z kolekcji Muzeum w Buffalo oraz New York State
Library, gdzie znalazłem nieopublikowane relacje bitewne kapitanów
Ellisa Woola i Howarda Armstronga.
Opisywana bitwa jest prawie nieznana w polskiej historiografii.
Najwięcej miejsca poświęcił jej Robert Kłosowicz w swej Wojnie
amerykańsko-brytyjskiej 1812-1814. Jako ciekawostkę dla polskiego
czytelnika warto dodać, że postać Isaaca Brocka, dowódcy spod Queenston,
trafiła do rodzimej literatury przygodowej. Powieściopisarz Jan Longin
Okoń umieścił go w swym cyklu książek o wodzu Tecumsehu i polskim
emigrancie, weteranie powstania kościuszkowskiego, Ryszardzie Kosie. Nie
ma tam mowy o bitwie pod Queenston, bo autor znacząco rozszedł się z historią na rzecz fabuły, lecz opisując śmierć generała, bez wątpienia
nawiązywał do tego starcia. Do wydarzeń pod Queenston nawiązuje również
Sławomir Skowronek w powieści Stokrotki na zgliszczach, w której
umieścił obszerny, literacko opracowany opis bitwy - świadczący o tym,
że autor sięgnął do materiałów historycznych - choć niepozbawiony
pewnych uproszczeń, wynikających zapewne z licentia poetica.
Na zakończenie tego krótkiego wstępu, chciałbym podziękować: mojej żonie
Weronice, doktorowi Adamowi Podlewskiemu, Cezaremu Cieślakowi i Kacprowi
Gęsiorowi, profesorom: Jarosławowi Czubatemu, Piotrowi Ugniewskiemu i Michałowi Leśniewskiemu, a także doktorowi Michałowi Mydłowskiemu za
wszelką pomoc i wsparcie w czasie pracy oraz panu Marcinowi Pejaszowi za
udostępnienie ilustracji. Dziękuję również rodzinie pani Aleksandry
Padło, która przekazała mi księgozbiór swego ojca Stanisława, historyka
i miłośnika serii "Historyczne Bitwy". Cieszę się, że tak wielki
wielbiciel "habeków" będzie mógł zostać upamiętniony w niniejszej
książce. Na zakończenie bardzo dziękuję też Fundacji z Brzezia
Lanckorońskich za wsparcie finansowe w postaci stypendium na kwerendę do
Londynu.
Rozdział I. Droga do inwazji
ROZDZIAŁ I.
DROGA DO INWAZJI
Przyczyny wojny 1812 roku są wciąż obiektem sporów wśród historyków.
Amerykańska inwazja z pewnością nie była jedynie ambitną próbą zajęcia
ziemi sąsiada. Jej przyczyny narastały od dłuższego czasu i były mocno
osadzone w kontekście europejskim. Profesor Robert Kłosowicz określił
nawet konflikt amerykańsko-brytyjski z lat 1812-1814 jako część wojen
napoleońskich6. Amerykanie dążyli do neutralności wobec
wojen w Europie, ale wkrótce okazało się, że w praktyce było to
niemożliwe. Francuzi i Brytyjczycy zwalczali się wzajemnie na morzach,
co siłą rzeczy musiało również dotknąć USA. Jednym z głównych punktów
zapalnych okazały się kwestie morskie i handlowe. Był to problem, który
absorbował Stany Zjednoczone od końca XVIII wieku, gdy rozpoczęły się
wojny rewolucyjnej Francji. Początkowo głównym wrogiem Amerykanów byli
Francuzi, którzy sprzeciwiali się amerykańskiemu handlowi z Brytyjczykami, co wywołało wówczas tzw. quasi-wojnę. Z tego powodu w latach 1798-1800 obie strony toczyły nigdy niewypowiedziany konflikt na
morzach. Krótko po dojściu Napoleona do władzy podpisano jednak
porozumienie, a zaledwie kilka lat później Bonaparte sprzedał Amerykanom
Luizjanę. Co prawda spory z Francuzami nie ustały, ale uległy pewnemu
złagodzeniu.
Wkrótce kolejnym wrogiem Amerykanów stali się Brytyjczycy. Jednym z podstawowych przyczyn sporu był reeksport, czyli dostarczanie
kolonialnych towarów hiszpańskich i francuskich pod neutralną banderą
amerykańską. W latach 1806-1807 roku zarówno Napoleon, jak i Anglicy7 wzajemnie wprowadzili blokadę morską. Amerykanie mieli
więc trudności z obu stron, zatrzymywano statki i rekwirowano towary.
Wbrew tym przeciwnościom regulacje nie zahamowały handlu z Europą.
Przepływ towarów stał się utrudniony, ale na pewno nie został
zatrzymany. Mimo że obydwie strony naruszały amerykańską neutralność,
wkrótce głównym wrogiem z perspektywy Stanów Zjednoczonych okazali się
Brytyjczycy. Ich restrykcje były o wiele boleśniejsze ze względu na
dominację na morzach. Ponadto Amerykanów oburzał zwłaszcza tzw.
impressment. Wielka Brytania w zmaganiach morskich z Francuzami
desperacko poszukiwała marynarzy do zapełnienia swych załóg. Sprawa
przestawała być wewnętrzną kwestią Brytyjczyków w momencie, kiedy
dowódcy okrętów siłą wcielali do służby ludzi z cywilnych statków
amerykańskich. W ten sposób zostało porwanych 5-9 tys. ludzi z neutralnych jednostek Stanów Zjednoczonych. Sprawę komplikowało to, że
Brytyjczycy uznawali, iż jeśli człowiek rodzi się Anglikiem, to nim
umiera, co znacznie komplikowało los imigrantów, którzy przenieśli się
do Stanów, ale mieli nieszczęście natrafić na werbowników z Wysp.
Jednym z najgłośniejszych incydentów angielsko-amerykańskich w tym
okresie okazała się potyczka morska z 22 czerwca 1807 roku. Wówczas
brytyjski okręt HMS "Leopard" skonfrontował się z amerykańskim USS
"Chesapeake". Anglicy zażądali pozwolenia na przeszukanie pokładu, na
którym mieliby się znajdować dezerterzy z Royal Navy. Komodor James
Barron odmówił, co skończyło się krwawą potyczką, zakończoną kapitulacją
Amerykanów. Zginęło wówczas lub zostało rannych 21 marynarzy
"Chesapeake". Tak spektakularne naruszenie amerykańskiej neutralności
rozwścieczyło opinię publiczną w Stanach Zjednoczonych. Nawet
probrytyjska partia federalistów domagała się zemsty. Chociaż Londynowi
udało się załagodzić sytuację, ewentualny konflikt wisiał na
włosku8.
Ówczesny amerykański prezydent Thomas Jefferson nie zdecydował się na
wojnę, uważając, że Stany Zjednoczone są zbyt słabe. Był zwolennikiem
sankcji ekonomicznych, więc zdecydował się na nałożenie całkowitego
embarga na handel z Europą. Chodziło jedynie o eksport towarów ze
Stanów, import do Ameryki pozostawał dozwolony. Jefferson uważał, że w ten sposób Stany Zjednoczone wymuszą na Europie respektowanie
neutralności ich handlu. Republikańska gazeta "Aurora" popierająca
koncepcję embarga pisała: "Wstrzymanie importu z Ameryk bawełny, mąki,
ryżu itp. będzie dla rządu [brytyjskiego - M.R.] takim wstrząsem, że z trudem go przetrwa, a wstrzymanie eksportu do tego kraju, który jest
głównym rynkiem dla znacznej części brytyjskiego handlu towarami
przemysłowymi, doprowadzi każdą klasę społeczną w Anglii do bankructwa i nędzy". Jednocześnie bagatelizowano potencjalne zagrożenia dla
gospodarki: "Z pewnością pojawią się pewne niedogodności wynikające z braku rynku zbytu dla części naszych produktów; będą one jednak
krótkotrwałe". Wbrew opinii "Aurory" największymi poszkodowanymi tej
polityki stali się sami Amerykanie. Poniesiono ogromne straty
gospodarcze, pojawiły się również liczne głosy krytyki w stosunku do
republikańskiej administracji. U schyłku swej kadencji Jefferson odwołał
embargo z wykluczeniem Francji i Wielkiej Brytanii, na które dodatkowo
nałożono zakaz importu. Nowe regulacje były wadliwe i zostawiły furtkę
do nadużyć. Jak upilnować statek po wypłynięciu z amerykańskiego portu?
Wielu handlarzy twierdziło, że ich celem są Azory, podczas gdy ich
rzeczywistym celem była Europa. Niezależnie od tych naruszeń nawet tak
ograniczone embargo było nieznośne dla amerykańskiego społeczeństwa.
Wkrótce zakaz został całkowicie zniesiony na mocy Macon's Bill nr 2 z 1810 roku. Klęska planu Jeffersona była całkowita. W obliczu fiaska
wymuszenia na Europie poszanowania neutralności w kręgach części elit
politycznych zaczęła dojrzewać myśl, że Ameryce pozostała jedynie
zbrojna odpowiedź9.
Historycy nadal spierają się, na ile zatargi morskie były główną
przyczyną wojny, a na ile stanowiły jedynie pretekst do ekspansji
terytorialnej. Niezależnie od tej debaty warto zwrócić uwagę, że
uzasadniając wybuch konfliktu zbrojnego, Amerykanie położyli największy
nacisk właśnie na te kwestie. Prezydent James Madison w swojej obszernej
nocie zalecającej Kongresowi wypowiedzenie wojny podkreślał swoje
oburzenie praktyką impressmentu: "Brytyjskie okręty nieustannie
naruszają amerykańską flagę na tym wielkim szlaku narodów oraz chwytają
i porywają ludzi, którzy pływają pod tą banderą; Nie w ramach
korzystania z prawa bycia stroną konfliktu bazującego na prawie walki z wrogiem, ale wykorzystując prerogatywy miejskie nad poddanymi
brytyjskimi"10. Madison szeroko omawiał również kwestię
blokowania statków handlowych. Podkreślał, że Brytyjczycy nie mieli
wystarczających środków, by zachować szczelność blokad, co czyniło je
nie tylko nielegalnymi z perspektywy samego prawa brytyjskiego, lecz
także było krzywdzące dla państw neutralnych. Zdaniem prezydenta zamiast
blokować wejścia do portów i ostrzegać handlarzy, Brytyjczycy mieli
wręcz polować na statki kupieckie: "Pod pozornymi blokadami, bez
obecności odpowiednich sił, a czasami nawet bez możliwości ich
zastosowania, nasz handel był plądrowany na każdym morzu"11.
Kwestia indiańska12
Z tekstu odezwy Madisona wynika, że poboczną przyczyną wojny była
kwestia indiańska na pograniczu. Amerykanie oskarżali Brytyjczyków o wspieranie Indian przeciwko ekspansji Stanów na tzw. Starym Północnym
Zachodzie. W nocie do Kongresu na 12 stronach uzasadnienia rozpoczęcia
konfliktu prezydent poświecił temu zagadnieniu zaledwie akapit, chociaż
dla mieszkańców pogranicza bez wątpienia była to sprawa o wiele
ważniejsza. Madison podkreślał przede wszystkim: "Trudno wyjaśnić
działania i rozruch, które od pewnego czasu towarzyszą plemionom, bez
wzięcia pod uwagę wpływu brytyjskich kupców i garnizonów, i nie łącząc z tym przyczyn ich wrogości, oraz bez przypomnienia sobie o potwierdzonych
przykładów takich poczynań, jakich dotychczas dokonywali przedstawiciele
i agenci tego rządu"13. Wbrew temu stwierdzeniu to nie
Brytyjczycy byli odpowiedzialni za wzrost oporu plemion. Anglicy
pozostawali całkowicie skupieni na Europie i ewentualny konflikt z Ameryką nie był im na rękę. Wbrew amerykańskiej retoryce bądź
wyobrażeniom plemiona indiańskie prowadziły własną politykę, która wcale
nie była aż tak zgodna z planami brytyjskimi. W 1805 roku na Północnym
Zachodzie pojawił się nowy nurt religijno-polityczny, którego twórcą był
Szaunis Tenskwatawa zwany Prorokiem. Postulował on powrót do
tradycyjnego stylu życia i odrzucenia zwyczajów przyniesionych przez
Europejczyków. Tenskwatawę wspierał jego brat Tecumseh. Obydwaj dążyli
do pozyskania poparcia plemion i uformowania koalicji panindiańskiej w celu powstrzymania ekspansji Stanów Zjednoczonych. Jak jednak zauważał
Marcin Pejasz: "W rzeczywistości religijny ruch Tenskwatawy wspierany
przez Tecumseha nigdy nie stał się konfederacją międzyplemienną. Była to
raczej luźna koalicja złożona z młodych wojowników różnych plemion,
którzy, odwróciwszy się od swoich wodzów, stali się militarnym podłożem
całego ruchu". Po 1807 roku Brytyjczycy w obawie przed amerykańską
inwazją wywołaną incydentem z okrętem "Chesapeake" usilnie zabiegali o sojusz z rdzennymi mieszkańcami Ameryki, poszukując sprzymierzeńców do
obrony Kanady. Tecumseh był jednak ostrożny i dążył do zachowania
neutralności w ewentualnym konflikcie. Dobrze pamiętał przegraną bitwę
pod Zaporą z Pni (Fallen Timbers), w której sam brał udział w 1794 roku.
Wówczas Brytyjczycy zamknęli okoliczny fort przed uciekającymi
wojownikami, chociaż wcześniej udzielali im wsparcia i zachęcali do
występowania przeciwko Stanom Zjednoczonym. Dowódca garnizonu nie chciał
wywołać wojny, ale dla Indian była to zdrada. Mimo tych gorzkich
wspomnień Tecumseh zdał sobie sprawę, że kolejna wojna plemion z Amerykanami jest nieuchronna i sojusz z Wielką Brytanią stanowi
polityczną konieczność. Kulminacyjnym punktem antagonizmu plemion z Amerykanami stał się nieuczciwy traktat z fortu Wayne z 1810 roku, który
przyznawał Jankesom prawie 3 mln akrów (ponad 12 tys. km kw.) ziem na
terenach dzisiejszych stanów Illinois i Indiany14.
Tecumseh wystąpił przeciwko traktatowi. 12 sierpnia 1810 roku na
spotkaniu w Vincennes wyłożył swoje racje gubernatorowi Indiany
Williamowi Harrisonowi. Mówiąc o ziemiach, do których rościli sobie
pretensje Amerykanie, stwierdził, że: "To wszystko należało do
czerwonych ludzi, dzieci tych samych rodziców, których umieścił na tych
ziemiach Wielki Duch, który je stworzył, aby je utrzymywano,
przemierzano, cieszono się ich dobrami i zaludniano je tą samą rasą.
Kiedyś była to szczęśliwa rasa. Stała się jednak nieszczęśliwa przez
białych ludzi, którzy nigdy nie są zadowoleni, ale zawsze wkraczają
dalej"15. Tecumseh sprzeciwiał się argumentacji Harrisona, który
dowodził, że Indianie dobrowolnie zrzekli się ziem. W rzeczywistości
zaledwie kilku wodzów (z plemion Delawarów, Miami, Potawatomi, Eel
River16) podpisało ten wątpliwy pod względem prawnym traktat,
oddający ziemie, na których mieszkały również inne grupy
Indian17. Jak zaznaczał Tecumseh: "Biali nie mają prawa odbierać
ziemi Indianom, ponieważ oni mieli to pierwsi, to jest ich. Mogą ją
sprzedawać, ale wszyscy muszą się na to zgodzić. Jakakolwiek sprzedaż,
która nie jest dokonana przez wszystkich, jest nieważna"18.
Spór przerodził się w otwartą wojnę. Gubernator terytorium Indiany
William Harrison wyruszył na czele 1200 regularnych żołnierzy i milicjantów, by rozprawić się z nowym ruchem. Tecumseh był wówczas
nieobecny, ponieważ wyjechał na jedną z wypraw, podczas których
nakłaniał Indian do poparcia sprawy, a bez niego Prorok był bezradny. W bitwie nad rzeką Tippecanoe 7 listopada 1811 roku gubernator pokonał 600
wojowników Tenskwatawy i spalił jego wioskę (Prophet's Town), będącą
centrum konfederacji. Ze względu na niespełnioną przepowiednię
zwycięstwa oraz kontrastujący z nią ogrom klęski, poparcie dla Proroka
wśród Indian drastycznie spadło, ale Tecumsehowi udało się przekonać
plemiona do dalszej wspólnej walki. W wyniku amerykańskiej agresji
Brytyjczycy i Indianie znów mieli jednego wspólnego wroga. Gdy latem
1812 roku wybuchła wojna amerykańsko-brytyjska, Indianie Tecumseha
przyłączyli się do niej po stronie obrońców Kanady i wiernie walczyli po
stronie swoich sojuszników przez cały konflikt19.
Konfederacja Tecumseha od samego początku była wroga wobec Stanów
Zjednoczonych. Gdy wojna rozlała się również na Kanadę, zawiązanie
sojuszu z Brytyjczykami stanowiło naturalną kolej rzeczy. Z odmiennych
pobudek Brytyjczyków poparli w znacznej części również Irokezi, chociaż
w czerwcu 1812 roku niewiele na to wskazywało. Początkowo mogłoby się
wydawać, że w obliczu nadchodzącej wojny plemiona irokeskie będą mogły
skorzystać z przywileju neutralności. Ich społeczności były rozsiane
zarówno na terytorium Kanady, jak i Stanów Zjednoczonych. Nie było to
jednak równoznaczne z ich poparciem dla konkretnej strony. W latach
poprzedzających wybuch wojny obie strony konfliktu zabiegały u Irokezów
o nieangażowanie się w zbliżającą się konfrontację. Plemiona żyjące w rezerwatach stanu Nowy Jork były już mocno uzależnione od Amerykanów i nie miały większego wyboru. USA nie ufały jednak Indianom i nie chciały
-?przynajmniej na początku - ich pomocy. Inaczej było ze słabszymi
Brytyjczykami - Isaac Brock otwarcie zachęcał wodzów do poparcia swojej
sprawy. Prosił o przydzielenie mu wojowników do obrony granicy
kanadyjskiej. Wspierał go wielki zwolennik Anglii, wódz Mohawków John
Norton (Teyoninhokarawen).
Przez długi czas działania Brocka, jak i probrytyjskich Irokezów były
jednak daremne. Mimo to Amerykanie przeceniali te brytyjskie zabiegi
dyplomatyczne, wyobrażając sobie, że Brytyjczycy mają przemożny wpływ na
tubylców. Doszło nawet do tego, że wielu Amerykanów uciekło z pogranicza, obawiając się, że wkrótce nawet Indianie z rezerwatów
powstaną przeciwko nim. W rzeczywistości Brytyjczycy mimo usilnych
starań długo nie byli w stanie namówić Indian do pomocy. Podobnie jak
Tecumseh, również Irokezi pamiętali, że w 1794 roku Brytyjczycy odmówili
wsparcia wojownikom. Zaufania nie wzbudzały również sprzeczne posunięcia
departamentu ds. Indian (British Indian Department), który z jednej
strony prosił o zachowanie neutralności, a z drugiej dążył do
zapewnienia sobie ewentualnego wsparcia plemion w razie potrzeby. Takie
postępowanie zraziło wielu wodzów, którzy słusznie się obawiali, że
Brytyjczycy planują ich wykorzystać. John Norton przywołał w swoich
wspomnieniach rozmowę Irokezów z Brockiem, która odbyła się przed wojną
i dotyczyła negocjacji w sprawie sojuszu indiańsko-brytyjskiego
przeciwko Amerykanom. Indianie zadawali celne i niewygodne pytania, na
które nowy gubernator Górnej Kanady nie mógł udzielić zadowalającej
odpowiedzi. Jeden z irokeskich negocjatorów "zapytał, jak długo horyzont
będzie zaciemniony chmurami wojny i kiedy znów rozświetlą go jasne
promienie pokoju oraz w jakiej sytuacji się wówczas znajdą (nawiązując
metaforycznie do pokoju z 1783 roku, w wyniku którego ich kraj dostał
się pod władzę Amerykanów)20. Zapytali także: "Jeśli
Amerykanie będą zwlekać z wypowiedzeniem wojny królowi, a jednocześnie
nadal będą dokonywać naruszeń wobec naszych braci na zachodzie, czy
udzielicie im pomocy?". Generał Brock odpowiedział szczerze: "Dopóki
panuje pokój, nie mam możliwości ingerowania. Mieszkają oni poza naszymi
granicami, dlatego za pośrednictwem Departamentu do spraw Indian
radziłem im starać się żyć w zgodzie z sąsiadami. Jeśli jednak
mieszkańcy Stanów Zjednoczonych wtargną na nasze terytoria, wówczas
uznam się za uprawnionego do przeciwstawienia się im siłą i, ufając Bogu
oraz słuszności naszej sprawy, nie mam wątpliwości co do wyniku naszych
wysiłków""21.
Brock, świadom własnych ograniczonych pełnomocnictw, mógł więc obiecać
jedynie wsparcie Indian na własnym terytorium. Ingerowanie w politykę
Stanów Zjednoczonych na tzw. Starym Północnym Zachodzie doprowadziłoby
do wojny, której Wielka Brytania starała się uniknąć. Taka polityka nie
mogła jednak zadowolić Indian, którzy słusznie zabiegali o własny
interes. Zaufania do Londynu nie wzmacniało również to, że administracja
brytyjska w Kanadzie prawie zmonopolizowała prawo do handlu ziemią z plemionami, niemal w całości wyłączając prywatnych kupców. Zniechęcało
to tych Indian, którzy uważali, że mogli oni sprzedać swą ziemię
komukolwiek chcieli - tak jak podczas kontaktów ze Stanami
Zjednoczonymi. Co jednak najważniejsze, Irokezi zdawali sobie sprawę, że
Brytyjczycy są słabi, a ich przyszłość w Kanadzie jest niepewna. Ich
poparcie dla wojny zależało od sytuacji na przyszłych polach bitew. W momencie wybuchu konfliktu plemiona irokeskie w większości opowiadały
się za powstrzymaniem się od udziału w walce. Dopiero wielkie zwycięstwo
Brocka w bitwie pod Detroit sprawiło, że Sześć Narodów Grand River
udzieliło poparcia obrońcom Kanady22. Nowy sojusz opłacił się
władzom kolonialnym - Irokezi wzięli udział w bitwie na Wzgórzach
Queenston i znacząco przyczynili się do zwycięstwa strony brytyjskiej.
Kanada
Istotnym powodem wojny była w końcu sama Kanada. Historycy nie są zgodni
co do tego, na ile ekspansjonistyczne ambicje Amerykanów wpłynęły na
decyzję o inwazji ani czy rzeczywiście planowano zaanektować tę
brytyjską kolonię i włączyć ją do Stanów Zjednoczonych. Dla
Kanadyjczyków Queenston - tak jak wiele innych bitew wojny 1812 roku -
było i jest swego rodzaju symbolem obrony niezależności od Stanów
Zjednoczonych. Tymczasem jak na ironię, z perspektywy amerykańskiej
konflikt z Wielką Brytanią jest czasem nazywany drugą wojną o niepodległość. W ten sposób podkreśla się przede wszystkim wspomniane
już czynniki handlowo-morskie i wielokrotnie naruszaną neutralność. Z tego punktu widzenia była to przede wszystkim walka o honor młodej
republiki, która musiała podkreślić swoje prawo do samostanowienia. W listopadzie 1812 roku John Quincy Adams, wówczas amerykański ambasador w cesarstwie rosyjskim, tak pisał o kwestii ewentualnej ekspansji w liście
do swojego brata: "Zdobycie Kanady jednakże nie było i nie mogło być
celem tej wojny. Nie sądzę, aby oczekiwano, że mielibyśmy ją zatrzymać,
nawet gdybyśmy ją teraz zajęli. Wielka Brytania jest jeszcze zbyt
potężna i zbyt wysoko ceni sobie swoje pozostałe kolonie, aby możliwe
było ich zatrzymanie przez nas przy zawarciu pokoju, nawet gdybyśmy
zdobyli je podczas wojny. Czas na to jeszcze nie nadszedł. Ale potęga
Wielkiej Brytanii musi wkrótce upaść. Obecnie nadmiernie ją nadweręża,
wykraczając poza swoje naturalne możliwości, tak że wkrótce musi się
załamać pod ciężarem własnych wysiłków. Jej kredyt oparty na papierowym
pieniądzu już szybko się pogarsza i każdego dnia coraz bardziej go
nadużywa. Wierzę, iż jej rząd nie przetrwałby trzech lat pokoju bez
narodowego wstrząsu. I wątpię, czy zdoła prowadzić jeszcze przez trzy
lata wojnę, w którą jest teraz zaangażowana, bez takiego załamania
finansowego, z którego nigdy się nie podźwignie. To właśnie w tej fazie
słabości, która nieuchronnie następuje po nadmiernie wyeksploatowanej i wyczerpanej sile, Kanada i wszystkie jej inne posiadłości przeszłyby w nasze ręce bez żadnego wysiłku z naszej strony oraz w sposób bardziej
zgodny z naszymi zasadami i ze sprawiedliwością niż poprzez
podbój"23.
Adams zakładał więc rychły rozpad imperium brytyjskiego - Amerykanie
mieli wykorzystać okazję i przejąć resztki po mocarstwie, ale jego
zdaniem wojna 1812 roku nie stanowiła jeszcze szansy na to. Czy tak
rzeczywiście było? Wśród historyków nie ma konsensusu w tej sprawie.
Biograf Madisona Garry Wills uważał, że dla administracji prezydenta
zajęcie Kanady miało być sposobem wywalczenia sobie prawa do
neutralności. W tej perspektywie byłby to swego rodzaju szantaż wobec
Wielkiej Brytanii, która pozostawała uzależniona od dostaw kanadyjskiego
drewna na okręty, a wobec podboju prowincji zostałaby zmuszona do
uznania roszczeń amerykańskich24. Czy w takim wypadku
Brytyjczycy za cenę ustępstw utrzymaliby kolonie? Jest to bardzo mało
prawdopodobne.
Niezależnie od zapatrywań poszczególnych polityków administracji wśród
elit amerykańskich w tamtym czasie odzywało się bardzo wiele głosów za
aneksją. Do rozwiązań siłowych parły w Kongresie przede wszystkim tzw.
jastrzębie wojny (War Hawks), wpływowe stronnictwo wywodzące się z południowych i zachodnich stanów, którego przedstawiciele postulowali
podbój Kanady. Ekspansjonistyczne podstawy amerykańskiej inwazji
podkreślił Jon Latimer w swej monografii o brytyjskiej perspektywie
wojny 1812 roku. Wskazywał przy tym, że Kanada była amerykańskim celem
już od czasów rewolucji, również po wojnie 1812 roku aż do XX wieku
pojawiały się w USA mniej lub bardziej poważne głosy za
aneksją25. W oczach wielu zwolenników aneksji podbój miał być
sposobem na ukrócenie wpływów Wielkiej Brytanii w Ameryce. Dochodziła do
tego kwestia indiańska, która jeszcze bardziej wzmacniała nastroje
ekspansjonistyczne w Stanach Zjednoczonych, ponieważ Amerykanie widzieli
w Brytyjczykach kluczowego sojusznika plemion. Zgromadzenie Stanowe
Karoliny Południowej w liście do Jamesa Madisona opowiadało się za
aneksją: "Jeśli zdobycie Kanady miałoby mieć niewielką wartość z punktu
widzenia terytorialnego, to pod innymi względami nie będzie ono bez
znaczenia. Usunie od nas zdradliwego i barbarzyńskiego sąsiada, który w chwili, gdy jego wysłannicy najgłośniej głosili pojednanie i przyjaźń,
potajemnie podsycał wśród nas podziały i spory frakcyjne za
pośrednictwem swoich emisariuszy i który nigdy nie zaprzestał kierowania
tomahawków i noży do skalpowania używanych przez ich indiańskich
sprzymierzeńców przeciwko bezbronnym kobietom i dzieciom na naszej
granicy"26.
Argumentów za tezą o ekspansjonistycznych aspiracjach dostarcza również
postawa Amerykanów z początku wojny. Odrzucili oni propozycję wznowienia
negocjacji, gdy już po wybuchu konfliktu okazało się, że Brytyjczycy są
skłonni do ustępstw. Ponadto zacytowany we wstępie książki generał
William Hull, a także generał Alexander Smyth w swych odezwach z początku wojny wyrażali się jasno, że celem Amerykanów jest trwałe
zajęcie brytyjskiej prowincji. Przed drugą inwazją nad Niagarą Smyth
wydał odezwę do swojej armii, w której oznajmiał: "Wejdziecie do kraju,
który wkrótce połączy się ze Stanami Zjednoczonymi". Można podejrzewać,
że w przypadku brytyjskiej porażki wojna zakończyłaby się przyłączeniem
Kanady bądź przynajmniej jej części w skład Stanów
Zjednoczonych27.
Amerykanie mieli przy tym nadzieję na uzyskanie poparcia miejscowej
ludności. Niektórzy uważali to za swego rodzaju dokończenie rewolucji
amerykańskiej. Już wtedy Kanada była celem wojennym rebeliantów, którzy
zamierzali przenieść tam ogień buntu przeciwko metropolii. Stało się to
na samym początku wojny, gdy w 1775 roku Amerykanie pod dowództwem
generała-majora Richarda Montgomery'ego dokonali nieudanej inwazji w celu rozszerzenia rewolucji. W tamtym okresie Kanada była kolonią w dużej mierze francuskojęzyczna, niedawno podbita przez Anglików (w czasie wojny siedmioletniej). Większość Kanadyjczyków nie poparła jednak
rebeliantów. Mimo zdobycia Montrealu nie udało się im zająć Quebecu, a sama ekspedycja skończyła się fiaskiem, przypieczętowanym przez śmierć
głównodowodzącego. W wyniku traktatu paryskiego (1783) kończącego wojnę
o niepodległość USA Kanada ostała się po stronie Londynu. Zamieszkało w niej około 50 tys. lojalistów - Amerykanów, którzy poparli metropolię, a po konflikcie wyemigrowali ze swych rodzinnych stron do ziem należących
do korony brytyjskiej; 20 tys. z nich osiedlono na południu, wzdłuż
granicy z nowo powstałymi Stanami, w miejscu, które niedługo później
stało się prowincją Ontario. Taką osadą, która powstała podczas
kształtowania się tego regionu, było również opisywane w niniejszej
książce Queenston.
Osiedleńcy mogliby tworzyć wierną obronę przed niedawnym wrogiem, co nie
było dotychczas takie oczywiste w przypadku obcojęzycznej populacji tej
prowincji. Dobre warunki rozwoju tego obszaru sprawiły, że za realnymi
uchodźcami wojennymi podążyli też tzw. późni lojaliści, czyli blisko 30
tys. osób, które w latach 1791-1812 zazwyczaj z powodów ekonomicznych
wyemigrowały ze Stanów do Kanady. Ta druga fala migracji jeszcze
bardziej wymieszała populację, ale w odróżnieniu od pierwszej fali
lojalistów nowi przybysze byli uważani przez władze kolonialne za
element podejrzany, ponieważ trudno było przewidzieć ich lojalność w wypadku ewentualnej wojny. Przede wszystkim to na ich poparcie liczyli
Amerykanie, szykujący się do wojny.
Wielki napływ migrantów sprawił, że w 1791 roku kolonię podzielono na
dwie części. W ten sposób powstały Górna Kanada (anglojęzyczna) i Dolna
Kanada (francuskojęzyczna). Każda z nich posiadała oddzielny parlament.
Ponadto autonomia mieszkańców Dolnej Kanady zapewniała im dawne prawa i przywileje pamiętające jeszcze czasy Burbonów. Między mieszkańcami dwóch
części kolonii istniały zatargi na tle narodowościowym, ale mniejsze,
niż można byłoby przypuszczać. Główną osią sporu były zwłaszcza
konflikty na tle ekonomicznym, ponieważ garstka anglojęzycznych elit
była o wiele bogatsza od francuskich mas, które dominowały liczebnie w kolonii. Mimo to poparcie dla powrotu do macierzy spadło pod wpływem
wybuchu rewolucji francuskiej i jej następstw. Zwłaszcza duchowieństwo
było oburzone wydarzeniami w sekularyzującej się Francji i zaczęło coraz
mocniej popierać władze kolonialne. Przykładem może być msza dziękczynna
po brytyjskim zwycięstwie pod Trafalgarem w 1805 roku, gdy flota
admirała Horatia Nelsona pobiła Francuzów i Hiszpanów. Wśród mieszkańców
Dolnej Kanady podnosiły się głosy domagające się do zmian, ale żądano
reform, a nie nawoływano do rebelii. W 1812 roku cała Brytyjska
Ameryka28 liczyła około 0,5 mln ludzi, z czego 77-90 tys. żyło w Górnej Kanadzie, co stanowiło ogromną dysproporcję wobec liczących 7,7
mln obywateli Stanów Zjednoczonych29.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki