Queen Bee - Amalie Howard

Kup ebooka

36.90 zł

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Lyra

Każdy widzi, za jakiego ucho­dzisz, lecz bar­dzo mało wie, czym jesteś, i ta garstka nie odważy się sta­wić czoła opi­nii powszech­nej (...)2.

Niccol? Machia­velli

Lon­dyn, marzec 1817 r.

Krzy­wiąc się z bólu, który opla­tał mi żebra - mogła­bym przy­siąc, że sły­sza­łam, jak jedno z nich trzesz­czy - ze świ­stem zła­pa­łam oddech. Zaci­ska­łam ręce na opar­ciu krze­sła tak mocno, że aż zbie­lały mi kostki, pod­czas gdy Sally, moja słu­żąca i przy­ja­ciółka, cią­gnęła za sznurki gor­setu. Tra­dy­cyj­nych dłu­gich gor­se­tów ni­gdy nie zaci­skano naprawdę ciasno, tylko na tyle, aby pod­kre­ślić wcię­cie sukni, a jed­nak ledwo byłam w sta­nie oddy­chać, gdy sztywny mate­riał o uko­śnym splo­cie ści­skał mój tułów. Napię­cie, które odczu­wa­łam, wyni­kało naj­pew­niej ze zde­ner­wo­wa­nia.

Mia­łam zamiar zde­tro­ni­zo­wać panu­ją­cych nam miło­ści­wie kró­lową i króla tego­rocz­nego sezonu towa­rzy­skiego, co ozna­czało, że nad­cho­dzący wie­czór musiał być ide­alny... Wszystko musiało być ide­alne. Dobre pierw­sze wra­że­nie jest na wagę złota, jed­nak naj­czę­ściej można było zro­bić je tylko raz.

- Troszkę luź­niej, Sally - popro­si­łam przez zaci­śnięte zęby.

Nasze spoj­rze­nia spo­tkały się w odbi­ciu lustra. Jej zie­lone oczy tchnęły spo­ko­jem.

- Wdech, policz do pię­ciu, potem wydech.

Posłusz­nie posłu­cha­łam jej rady.

Pod skórą wciąż jesz­cze czu­łam ukłu­cia paniki, jed­nak zda­wały się one słab­nąć z każ­dym łagod­nym pocią­gnię­ciem. Gor­set był dla kobiety tym, czym dla ryce­rza zbroja - a ja szłam prze­cież na wojnę. Tyle że moim polem bitwy były impo­nu­jące sale balowe Lon­dynu.

Dzi­siej­szego wie­czoru nie cho­dziło o zna­le­zie­nie poten­cjal­nego mał­żonka. Cho­dziło o odzy­ska­nie tego, co mi należne - pozy­cji, wpły­wów, wła­dzy. Wszyst­kiego, co zostało mi ode­brane, bez mojej zgody... A do czego mia­łam pełne prawo jako córka para.

Wspa­niałe wpro­wa­dze­nie na salony. Pełen prze­py­chu sezon towa­rzy­ski. Godny pozaz­drosz­cze­nia zalot­nik.

Wszystko skra­dzione.

Ale mia­łam już plan, jak to odzy­skać.

To był mój debiu­tancki sezon... Mój bilet do towa­rzy­stwa, do cr?me de la cr?me bry­tyj­skiej socjety. Od lutego aż do połowy lata elita kró­le­stwa opusz­czała swoje maje­sta­tyczne wiej­skie posia­dło­ści i zla­ty­wała się do mia­sta na nie­zli­czone bale, pro­szone kola­cje i inne roz­rywki w cza­sie, gdy obra­do­wał par­la­ment. Był to naj­lep­szy moment, aby wypu­ścić w świat syna lub córkę na wyda­niu i zna­leźć dla nich odpo­wied­nią par­tię.

Nostal­gia ści­snęła moje serce. Miło byłoby zapre­zen­to­wać się w towa­rzy­stwie pod imie­niem i nazwi­skiem, które nadali mi rodzice, jed­nak szansa na to prze­pa­dła bez­pow­rot­nie.

To także ode­brała mi moja neme­zis.

Obmy­śli­łam pro­sty pod­sta­wowy plan zemsty. Niccol? Machia­velli, autor Księ­cia, miał rację: jeśli chcesz zadać komuś cios, musi on być na tyle dru­zgo­cący, żeby nie trzeba było oba­wiać się zemsty ze strony ofiary. Innymi słowy: zniszcz albo zosta­niesz znisz­czony. Zemsta przy­po­mi­nała grę w sza­chy. Grę, w któ­rej liczyły się dobre usta­wie­nie i stra­te­gia. Grę, w któ­rej liczyła się cier­pli­wość. Grę, w któ­rej liczyła się wła­dza.

Grę, którą zamie­rza­łam wygrać.

Zamie­rza­łam znisz­czyć Poppy Lan­ders.

"Oddy­chaj. Dasz radę".

Pró­bu­jąc odzy­skać emo­cjo­nalną rów­no­wagę, sku­pi­łam się na swoim pla­nie - zbić kró­lową i zasza­cho­wać króla. Jak w przy­padku każ­dej sza­cho­wej roz­grywki, pierw­szy ruch nada ton całej dal­szej grze.

Bal otwie­ra­jący sezon odby­wał się na Salo­nach Almacka, zwa­nych siód­mym nie­bem wytwor­nego światka. Wyda­rze­nie to mogło prze­są­dzić o powo­dze­niu mojej misji. Otrzy­ma­nie zapro­sze­nia do Almacka to swo­isty rytuał przej­ścia. Któ­rym to rytu­ałem zamie­rza­łam się roz­ko­szo­wać. Mia­łam to szczę­ście, że moją towa­rzyszką i przy­zwo­itką była lady Bir­die, ser­deczna przy­ja­ciółka lady Sefton, jed­nej z naj­bar­dziej zna­nych i sza­no­wa­nych bywal­czyń lokali Almacka. Gdy tylko lady Sefton upew­niła się, że jestem dość dobrze uro­dzona oraz posia­dam nie­przy­zwo­ity wręcz mają­tek, co z kolei roko­wało, że nie­je­den dżen­tel­men zwróci na mnie uwagę, nie­zwłocz­nie wydano dla mnie zapro­sze­nie.

Syk­nę­łam po raz kolejny, wcią­ga­jąc powie­trze, kiedy Sally i pozo­stałe poko­jówki unio­sły nad moją głową deli­katną suk­nię w kolo­rze kości sło­nio­wej, zdo­bioną kunsz­tow­nym indyj­skim haftem chi­kan­kari, ukła­da­ją­cym się w kwiaty lotosu i win­nych pną­czy. Biżu­te­rię mia­łam po mojej świę­tej pamięci mamie - naszyj­nik zło­żony z dzie­wię­ciu sznu­rów lśnią­cych pereł. Kiedy jesz­cze żyła, lubiła powta­rzać, że dzie­wiątka przy­nosi szczę­ście, a perła to klej­not zwią­zany z Chan­drą, mocą księ­życa, sta­no­wiący źró­dło nie­złom­no­ści i emo­cjo­nal­nej rów­no­wagi.

Dzi­siej­szego wie­czoru potrze­bo­wa­łam tego wszyst­kiego, i to bar­dzo.

Słu­żące zaczęły gru­chać i cmo­kać z podziwu, kiedy wszyst­kie guziki zostały już zapięte, ręka­wiczki wsu­nięte na ręce, a pan­to­felki na stopy.

Nawet lady Bir­die, która sie­działa na szez­longu w rogu pokoju, pocią­gnęła nosem, a oczy jej się zaszkliły.

- Mój Boże, w życiu nie widzia­łam pięk­niej­szej dziew­czyny.

- Dzię­kuję, milady - odpo­wie­dzia­łam - jed­nak jestem pewna, że spo­tkamy dziś wiele uro­czych mło­dych dam.

- Przy­ćmisz je wszyst­kie swoją urodą, moja droga, nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

Kiedy Sally i pozo­stałe dziew­częta skoń­czyły, pode­szłam do lustra i przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wa­łam się w swoje odbi­cie. Kru­czo­czarne pasma błysz­czą­cych, świeżo ufar­bo­wa­nych wło­sów, uło­żone w koronę wokół głowy, spły­wały mister­nymi kaska­dami. Moja brą­zowa skóra lśniła, wypie­lę­gno­wana zgod­nie ze wska­zów­kami mamy: mie­sza­niną pasty z drzewa san­da­ło­wego, olejku mig­da­ło­wego, sprosz­ko­wa­nej kur­kumy i wody róża­nej. Uroku doda­wały orze­chowe oczy, błysz­czące spod gru­bych, czar­nych rzęs, oraz mię­si­ste, wypu­kłe wargi.

Trudno było roz­po­znać tę bez­barwną, nękaną trą­dzi­kiem dziew­czynkę, którą kie­dyś byłam.

Z lustra patrzyła na mnie star­sza, piękna i nie­za­chwia­nie pewna sie­bie dziew­czyna.

"Weź­miesz ich z zasko­cze­nia".

- Wyglą­dasz zja­wi­skowo - wyszep­tała zza moich ple­ców Sally, wrę­cza­jąc mi saty­nową torebkę do powie­sze­nia na nad­garstku.

- Chodź, moja droga - ode­zwała się z nie­cier­pli­wo­ścią lady Bir­die, rzu­ca­jąc spoj­rze­nie w stronę zegara. - Nie możemy się spóź­nić. Wiesz prze­cież, że patronki surowo prze­strze­gają swo­ich zasad. Ow­szem, przy­znaję, są one dość absur­dalne, nie­mniej nie chcia­ła­bym, żeby zamknięto nam drzwi przed nosem tylko dla­tego, że nie udało nam się dotrzeć na miej­sce przed jede­na­stą. Lady Sefton i lady Jer­sey nie są jesz­cze naj­gor­sze, ale pozo­stałe damy bywają pod tym wzglę­dem nie­zno­śne. Tylko nie mów nikomu, że ci to powie­dzia­łam.

- Ależ oczy­wi­ście, lady Bir­die. - Tłu­miąc chi­chot, ruszy­łam za nią po scho­dach na dół. Bywały takie chwile, kiedy przy­po­mi­nała mi moją matkę, która - zanim dopa­dła ją cho­roba - była życz­liwą kobietą o nie­spo­ży­tej ener­gii, jasnym spoj­rze­niu, zawsze z ser­cem na dłoni.

"Ty też taka kie­dyś byłaś".

Zigno­ro­wa­łam ten pod­szept w swo­jej gło­wie - bycie słodką i naiwną ni­gdzie mnie nie zapro­wa­dzi.

Lady Bir­die miała rację co do patro­nek i ich idio­tycz­nych zasad. Drzwi zamy­kano o jede­na­stej i po tej godzi­nie nie wpusz­czano abso­lut­nie nikogo. Ponadto obo­wią­zy­wały jesz­cze wytyczne doty­czące zacho­wa­nia oraz ubioru. Nie­je­den książę, choćby nie wiem jak dys­tyn­go­wany, został ode­słany z kwit­kiem tylko dla­tego, że przy­był za późno lub też nie­od­po­wied­nio ubrany. Z tru­dem powstrzy­ma­łam się przed prze­wra­ca­niem oczami.

Serio? Wystar­czy, że jakiś męż­czy­zna włoży zwy­kłe spodnie zamiast bry­cze­sów albo zawiąże nie­do­sta­tecz­nie wykroch­ma­lony fular nie­zgod­nie z zasa­dami sztuki, i już będzie cało­wał klamkę?

Z moich ust wyrwał się ledwo sły­szalny chi­chot, kiedy wygła­dza­łam rękami przód mojej sukni. Z zazdro­ścią przy­pa­try­wa­łam się kre­acji lady Bir­die - miała na sobie prze­piękne sari, uło­żone luźno, wyko­nane z jedwa­biu w eks­tra­wa­ganc­kim kolo­rze fuk­sji, na widok któ­rego poczu­łam w sercu tęskne szarp­nię­cie. Och, jakże chcia­ła­bym móc się tak ubrać! Zamiast tego kwi­tłam tu uwię­ziona w mdłym zesta­wie przy­po­mi­na­ją­cym strój dla lalki. Mia­łam jed­nak świa­do­mość, że muszę nie tylko zacho­wy­wać się jak osoba, którą gram, ale i wyglą­dać jak ona. Nie byłam już lady Elą Dalvi, lecz panną Lyrą Whi­tley, tajem­ni­czą dzie­dziczką, która zatrium­fuje w tego­rocz­nym sezo­nie towa­rzy­skim i dokona zemsty na swo­ich wro­gach.

- Dener­wu­jesz się? - spy­tała lady Bir­die, kiedy wresz­cie roz­sia­dły­śmy się w karocy i pojazd ruszył.

Potrzą­snę­łam prze­cząco głową z wymu­szo­nym opty­mi­zmem.

- Nie­spe­cjal­nie. Przede wszyst­kim jestem chyba cie­kawa, o co to całe zamie­sza­nie. Lady Feli­city zwie­rzyła mi się, że jej wpro­wa­dze­nie do towa­rzy­stwa oka­zało się nie­zbyt inte­re­su­ją­cym wyda­rze­niem.

- Mogła tak twier­dzić, cho­ciaż pod koniec balu została mia­no­wana Wyjąt­kową, "naj­bar­dziej uro­czą damą sezonu". Jakaż to szkoda, że póź­niej opu­ściła Lon­dyn i już ni­gdy nie powró­ciła. - Lady Bir­die pocią­gnęła nosem, jakby to wspo­mnie­nie było dla niej w jakiś spo­sób bole­sne. - Ale nic to. Czeka nas wspa­niały wie­czór, będziesz się dosko­nale bawić. Będą her­bata i lemo­niada, chleb z masłem i cia­sta.

Wie­dzia­łam, czego się spo­dzie­wać po dzi­siej­szych ucie­chach stołu, a to dzięki mojej men­torce, lady Feli­city - zna­nej mi jako "Church". Wyschnięte cia­sta, cienka her­bata i cie­pła lemo­niada.

- Nie mogę się docze­kać.

Lady Bir­die rzu­ciła mi teraz bar­dziej sta­now­cze spoj­rze­nie, jakby wez­brała w niej deter­mi­na­cja, abym odnio­sła więk­szy suk­ces tam, gdzie zawio­dła jej poprzed­nia pod­opieczna.

- Pamię­taj o manie­rach i zacho­wuj się, jak na damę przy­stało. Żad­nego oka­zy­wa­nia emo­cji i entu­zja­zmu.

Przy­tak­nę­łam posłusz­nie. Nie miała powo­dów do obaw - porażka nie wcho­dziła w grę - ale takie szyb­kie przy­po­mnie­nie z pew­no­ścią nie zaszko­dziło.

- Wypro­stuj się i wycią­gnij szyję - mówiła dalej. - Jeśli któ­ryś z dżen­tel­me­nów poprosi cię do tańca po tym, jak zosta­nie­cie sobie przed­sta­wieni, możesz się zgo­dzić, jed­nak na nie wię­cej niż dwa tańce, a to rów­nież jedynie, jeśli dany kawa­ler rze­czy­wi­ście wzbu­dził twoje zain­te­re­so­wa­nie. A nade wszystko za nic nie dopuść do tego, żeby zna­leźć się z któ­rymś z panów w sytu­acji sam na sam. Twoja repu­ta­cja legnie w gru­zach, nim zdą­żysz wypo­wie­dzieć choćby słowo.

Dobry Boże! Okrutna iro­nia jej wypo­wie­dzi spra­wiła, że prych­nę­łam stłu­mio­nym śmie­chem.

Dosko­nale zna­łam gorycz zabój­czego poca­łunku. Moja repu­ta­cja została już wysta­wiona na jego bru­talne dzia­ła­nie i nie prze­trwała. Stąd zmiana nazwi­ska i misterny plan intrygi. Młod­sza ja, łatwo­wierna, nie­do­świad­czona lady Ela, nie mia­łaby w sobie dość siły, żeby sta­nąć w szranki z obrzy­dli­wie bogatą i wynio­słą socjetą.

Albo z Poppy Lan­ders.

Stąd mój skom­pli­ko­wany, na wskroś makia­we­liczny plan zemsty.

W jego pierw­szym i klu­czo­wym eta­pie cho­dzi o prze­nik­nię­cie do kręgu przy­ja­ciół Poppy. Kiedy ten pierw­szy cel zosta­nie osią­gnięty, mam zamiar spra­wić, że jej świta roz­pierzch­nie się na wszyst­kie strony, ja stanę się dia­men­tem naj­wyż­szej próby i ocza­ruję wszyst­kich jej zalot­ni­ków - a jed­nego w szcze­gól­no­ści - a następ­nie znisz­czę jej repu­ta­cję tak samo, jak ona znisz­czyła moją.

Pią­tym i ostat­nim kro­kiem będzie osta­teczne usu­nię­cie Poppy z towa­rzy­stwa.

Kró­lowa może być tylko jedna.

I będę nią ja.

- Wszystko rozu­miem, lady Bir­die - wymam­ro­ta­łam. - Nie zawiodę cię.

Zbyt wiele od tego zale­żało - moja prze­szłość, moja teraź­niej­szość, moja przy­szłość. Czu­łam, jak for­muje się we mnie bańka wypeł­niona urazą i zgorzk­nie­niem, ale szybko ją w sobie stłu­mi­łam. Nie mogłam pozwo­lić, żeby roz­pra­szały mnie emocje. Ten bal mi się po pro­stu nale­żał.

Kiedy dotar­ły­śmy pod adres przy King Street, a odziany w libe­rię lokaj otwo­rzył nam drzwi powozu, zeszły­śmy po schod­kach i wkro­czy­ły­śmy do budynku. Przy­wi­ta­ły­śmy się z lady Sefton - bladą, ale ładną bru­netką - oraz z lady Jer­sey o por­ce­la­no­wej cerze, świ­dru­ją­cym spoj­rze­niu i per­fek­cyj­nej koafiu­rze. Lady Bir­die, zwra­ca­jąc się do tej dru­giej per "Cisza" - praw­do­po­dob­nie był to jej przy­do­mek - uści­skała ją ser­decz­nie, po czym ruszy­ły­śmy w stronę zatło­czo­nego holu.

Zer­k­nę­łam ukrad­kiem do prze­stron­nej sali balo­wej, z mar­mu­ro­wymi kolum­nami i pozła­ca­nymi lustrami, która już teraz zapeł­niała się wystro­jo­nymi gośćmi. Była to istna uczta dla zmy­słów. Wymyślne lampy gazowe oświe­tlały ogromną prze­strzeń, a poroz­sta­wiane bukiety świe­żych kwia­tów przy­da­wały jej barw. Na jed­nym z bal­ko­nów roz­sta­wiła się nie­wielka orkie­stra, która przy­gry­wała już do, zdaje się, kadryla.

Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią omio­tłam spoj­rze­niem zebrany tłum. Tuż przed koń­cem kadryla pary robiły ostatni obrót, a ja poczu­łam ścisk w klatce pier­sio­wej, jakby czy­jaś gigan­tyczna dłoń chwy­ciła moje płuca. Gęsia skórka pokryła każdy cen­ty­metr mojego ciała.

On był tutaj.

Lord Keston Osborn, mar­kiz Ridley - jedyny mło­dzie­niec, który wciąż spra­wiał, że moje serce szar­pało się niczym ptak uwię­ziony w klatce. Tyle że wcale nie był już mło­dzień­cem. Stał się dżen­tel­me­nem... pra­wie dzie­więt­na­sto­let­nim. Ele­ganc­kim, szy­kow­nym i dia­bel­nie przy­stoj­nym.

"On też jest czę­ścią planu, on też jest czę­ścią planu, on też jest czę­ścią planu..."

Na nic się zdało zakli­na­nie rze­czy­wi­sto­ści - z tru­dem zdo­ła­łam się sku­pić, nie mówiąc już o odwra­ca­niu wzroku.

Zama­szy­ste brwi nakre­ślone pod cudow­nie potar­ga­nymi ciem­no­brą­zo­wymi lokami. Mocny nos, wyraź­nie zary­so­wane kości policz­kowe, sze­ro­kie usta z unie­sio­nymi kąci­kami. Nawet z oddali jego cudow­nie brą­zowa skóra jaśniała zdro­wym bla­skiem, a ide­alny zarys szczęki wyda­wał się ostry jak brzy­twa. Ota­czała go nie­wielka grupka podob­nych mu mło­dych męż­czyzn, jed­nak wszelki ich urok bladł w porów­na­niu z mar­ki­zem Ridleyem. Szcze­gól­nie gdy jego wargi roz­chy­lały się w uśmie­chu.

Nie­biosa, miej­cie mnie w swo­jej opiece...

To - moja nie­spo­dzie­wana i zde­cy­do­wa­nie nazbyt emo­cjo­nalna reak­cja - z pew­no­ścią mogło oka­zać się pro­ble­ma­tyczne. Wie­dzia­łam o tym dosko­nale. Naiw­nie liczy­łam, że czas zatarł moje wspo­mnie­nia o nim, jed­nak trzy lata by­naj­mniej nie spra­wiły, że stał się mniej przy­stojny, a jego uśmiech mniej cza­ru­jący. Prze­ciw­nie, cała jego osoba zda­wała się jesz­cze bar­dziej magne­ty­zu­jąca.

Powin­nam go nie­na­wi­dzić. Jed­nak nie­na­wiść była bez­u­ży­teczną emo­cją... To jest - jeśli nie została odpo­wied­nio nakie­ro­wana. Mimo tęsk­noty i nostal­gii, które ści­skały teraz mój żołą­dek, musia­łam pamię­tać, że mam swój cel. Surowo upo­mnia­łam samą sie­bie - ten dżen­tel­men był jedy­nie jedną z figur w mojej grze. Moja główna prze­ciw­niczka - kró­lowa - znaj­do­wała się gdzieś tutaj, w tej ogrom­nej sali balo­wej.

- Jak znaj­duje pani Lon­dyn, panno Whi­tley? - zagad­nęła lady Jer­sey, spo­glą­da­jąc na mnie z wyso­ko­ści swo­jego ary­sto­kra­tycz­nego nosa.

Zwil­ży­łam usta, spoj­rza­łam na nią i uśmiech­nę­łam się swo­bod­nie, zupeł­nie jak­bym wcale nie utra­ciła przed chwilą gruntu pod nogami.

- Jak dotąd jestem zachwy­cona, milady.

- Bar­dzo różni się od Kum­brii, jak mnie­mam?

Przy­tak­nę­łam i skrom­nie spu­ści­łam wzrok. Patronki uwiel­biały pochleb­stwa. W moim tonie zawar­łam aku­rat tyle zachwytu, ile nale­żało - i szcze­rze mówiąc, oka­zało się to cał­kiem łatwe. Lon­dyn był klasą samą w sobie. Dla wielu z towa­rzy­stwa peł­nił rów­nież funk­cję cen­trum wszech­świata, któ­rego naj­ja­śniej­szy klej­not sta­no­wiły Salony Almacka.

- Och, nawet nie ma porów­na­nia!

- Tak, cóż, robimy co w naszej mocy. - Lady Jer­sey uważ­nie rozej­rzała się po sali. Nagle się roz­pro­mie­niła. - Chodź­cie za mną. Wła­śnie wpa­dłam na dosko­nały pomysł. Muszę, po pro­stu muszę przed­sta­wić twoją pod­opieczną mojemu bra­tan­kowi. - Lady Jer­sey zwró­ciła się teraz do lady Bir­die, po czym znów zmie­rzyła mnie wzro­kiem. - Jeste­ście w podob­nym wieku. On i jego zna­jomi chęt­nie wezmą cię pod swoje skrzy­dła, jestem tego pewna. Wyda­jesz się odpo­wied­nią młodą damą.

A mówiąc "odpo­wied­nią", miała na myśli odpo­wied­nią wiel­kość mojego posagu, który już teraz pozo­sta­wał, wedle lady Bir­die, tema­tem gorą­cych plo­tek. Pie­nią­dze były nie­za­wod­nym klu­czem, otwie­ra­ją­cym drzwi do naj­cia­śniej­szych, naj­bar­dziej eli­tar­nych krę­gów. Mają­tek, kon­takty, uroda i cnota - prze­pis na kobiecy suk­ces "w towa­rzy­stwie". Choć prawdę mówiąc, nie trzeba było nawet być piękną, jeśli tylko miało się pie­nią­dze.

Dla lady Jer­sey byłam cho­dzą­cym skarb­cem.

Zwin­nie lawi­ro­wała w tłu­mie, a my podą­ża­ły­śmy za nią - nie wypada prze­cież obra­żać uczuć patronki odmową. Zatrzy­ma­ły­śmy się zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie. Nie zdą­ży­łam się porząd­nie rozej­rzeć, a lady Jer­sey już cią­gnęła mnie za ramię.

- Oto jeste­śmy - powie­działa. - Ridley, naj­droż­szy, pozwól, że ci przed­sta­wię: panna Lyra Whi­tley. Jest pod­opieczną lady Bir­die i dopiero przy­je­chała do mia­sta. Panno Whi­tley, to mój bra­ta­nek, lord Keston Osborn, mar­kiz Ridley i dzie­dzic księ­cia Har­bridge'a.

Czas jakby zwol­nił, krew szu­miała mi w uszach, nie­mal czu­łam na sobie cie­kaw­skie spoj­rze­nia zebra­nych. Dobry Boże, zupeł­nie nie byłam gotowa na spo­tka­nie z nim twa­rzą w twarz tak szybko. Mimo to... pod­nio­słam na niego wzrok. Nie mogłam się powstrzy­mać.

Ależ był wysoki! Ja też wyro­słam, oczy­wi­ście, jed­nak co naj­mniej pięt­na­ście cen­ty­me­trów mniej niż te jego strze­li­ste metr osiem­dzie­siąt. Z bli­ska mogłam dostrzec w gąsz­czu jego loków deli­katne brą­zowe i rudo­bru­natne pasma - dokład­nie takie, jakimi je zapa­mię­ta­łam. Mój wzrok prze­niósł się teraz na dopa­so­wany czarny sur­dut, na nie­ska­zi­telną biel koszuli, na jego fular, ide­al­nie zawią­zany tuż pod szczęką, którą tak bar­dzo pra­gnę­łam musnąć. Spoj­rze­nie pary brą­zo­wych oczu, nakra­pia­nych złoto-topa­zowo, w któ­rych malo­wało się roz­ba­wie­nie, napo­tkało moje.

Czy to moż­liwe, żeby płuca odmó­wiły posłu­szeń­stwa? Po pro­stu prze­stały funk­cjo­no­wać?

Bo doprawdy, na buszel pełen słod­kich kró­licz­ków... nagle roz­pacz­li­wie bra­ko­wało mi powie­trza.

- Ogrom­nie miło mi panią poznać, panno Whi­tley - roz­brzmiał jego głę­boki głos, piesz­cząc wszyst­kie moje zmy­sły niczym miód oble­wa­jący gorącą bułeczkę.

Dobry Boże, skąd nagle myśl o mio­dzie i bułecz­kach? Teraz poczu­łam ślinę napły­wa­jącą do ust. "Na litość boską, dziew­czyno, weźże się w garść!"

- Wza­jem­nie, lor­dzie Ridleyu. - Na szczę­ście zebra­łam się w sobie na tyle, żeby dygnąć i zwró­cić się do niego ofi­cjal­nie... a nie po imie­niu, które mia­łam na końcu języka. Gdy­bym zwró­ciła się do niego per "Keston", zosta­łoby to ode­brane jako strasz­liwe faux pas.

Nie byłam w sta­nie się sku­pić, gdy przed­sta­wiał mnie trzem pozo­sta­łym mło­dym dżen­tel­me­nom - lor­dowi Anse­lowi Che­nowi, lor­dowi Blake'owi Castle­to­nowi i panu Rafiemu Nasse­rowi - pod­czas gdy lady Jer­sey i lady Bir­die odwró­ciły się, żeby przy­wi­tać się z jakąś parą, która do nich pode­szła. Z całej siły sta­ra­łam się nie dać po sobie poznać, że w moim wnę­trzu buzo­wała wszech­ogar­nia­jąca ogni­sta lawa.

Mar­kiz przy­glą­dał mi się z lekko przy­mru­żo­nymi oczami, a jego ide­alną twarz na uła­mek sekundy zmą­ciło coś jakby prze­błysk nie­po­koju. Dla odmiany poczu­łam lodo­waty ścisk w żołądku. Czy to moż­liwe, żeby mnie roz­po­znał? Czyżby mój plan spa­lił na panewce, jesz­cze zanim udało mi się wcie­lić go w życie? Potem jed­nak tylko uśmiech­nął się lekko, kiedy jeden z towa­rzy­szy za jego ple­cami powie­dział:

- Witaj w Lon­dy­nie, nowa dziew­czyno.

Ziry­to­wana wła­snymi oba­wami wró­ci­łam myślami do afir­ma­cji, które ćwi­czy­łam dłu­gie godziny. Jestem Lyra Whi­tley... A Lyra Whi­tley pra­gnęła jedy­nie tań­czyć na szkie­le­tach swo­ich wro­gów. Lyra Whi­tley była nie­znisz­czal­nym żywio­łem... uzbro­joną po zęby żoł­nierką gotową do bitwy, fenik­sem wyła­nia­ją­cym się z popio­łów swo­jej prze­szło­ści. Lyra Whi­tley była wszyst­kim tym, czym w tym momen­cie powinna być Ela Dalvi.

Kró­lowa z dru­giego końca sza­chow­nicy miała za chwilę prze­jąć kon­trolę nad roz­grywką.

Zwró­ci­łam się do tego, który się do mnie ode­zwał. Miał na imię Rafi. Zawa­diacko przy­stojny, o ciem­no­sza­rych oczach, w któ­rych migo­tały iskierki zain­te­re­so­wa­nia. Jego zło­to­brą­zowa twarz wręcz ema­no­wała pro­mi­nen­cją. Musia­łam osią­gnąć ten sam efekt. Stać się uoso­bie­niem pro­mi­nen­cji.

Uśmiech­nę­łam się, trze­po­cząc rzę­sami, i ode­zwa­łam się z deli­katną nutką flirtu w gło­sie:

- Co taka dziew­czyna jak ja musi zro­bić, żeby dostać szkla­neczkę lemo­niady?

Rozdział 2. Ela

Bur­gh­field, Berk­shire, sty­czeń 1814 r.

Do posia­dło­ści obok naszej miała się wpro­wa­dzić nowa rodzina. Z eks­cy­ta­cji aż mnie skrę­cało. W naszej uro­czej, sen­nej para­fii od lat nie wyda­rzyło się nic cie­ka­wego. Po śnia­da­niu nie­mal bie­giem ruszy­łam do fron­to­wych okien, żeby wpa­try­wać się w drogę pro­wa­dzącą do sąsied­niego majątku.

- I co, i co, widzisz kogoś? - pisnęła za moimi ple­cami Poppy.

Potrzą­snę­łam głową i zwró­ci­łam się w stronę mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, rów­nie mocno pod­eks­cy­to­wa­nej. Oby­dwie nie mogły­śmy się wprost docze­kać, żeby poznać nowych sąsia­dów. Poppy miesz­kała o wiele bli­żej cen­trum mia­sta, jed­nak tak czę­sto spę­dzała noce w moim domu, że była wła­ści­wie jak rodzina. Od czasu gdy jej ojciec praw­nik zaczął pra­co­wać dla mojego, sta­ły­śmy się prak­tycz­nie nie­roz­łączne.

Świeżo upie­czeni książę i księżna Har­bridge'owie, jak udało mi się pod­słu­chać dzięki przy­ci­szo­nym roz­mo­wom służby, mieli syna i córkę, któ­rych dzie­liła roczna róż­nica wieku. Bio­rąc pod uwagę, że Poppy była moją jedyną przy­ja­ciółką, mia­łam nadzieję, że dziew­czynka okaże się sym­pa­tyczna. Odpo­wied­nie towa­rzyszki w moim wieku, szcze­gól­nie dla jedy­nej córki hra­biego wio­dą­cego samot­ni­czy tryb życia, zda­rzały się doprawdy rzadko.

- Jak myślisz, jaki on jest? - szep­nęła Poppy. - Ten lord Keston?

- Skoro jest dzie­dzi­cem księ­cia, jego tytuł to mar­kiz, więc jego zna­jomi zwra­cają się do niego "lor­dzie Ridleyu" albo po pro­stu "Ridleyu" - popra­wi­łam ją bez zasta­no­wie­nia.

Na twa­rzy Poppy poja­wił się rumie­niec.

- Doprawdy, Elu, nie musisz być taka pro­tek­cjo­nalna.

- Nie chcia­łam! Po pro­stu tak powinno się do niego zwra­cać. Prze­pra­szam. - Aż się wzdry­gnę­łam, czu­jąc na sobie jej ura­żone spoj­rze­nie. Przy­ci­snę­łam nos do zim­nej szyby.

- Myślisz, że jest przy­stojny? - spy­tała Poppy.

- Raczej paskudny - odpa­ro­wa­łam. - I nadęty, i aro­gancki. Syno­wie ksią­żąt tak już mają.

- Mama mówi, że Jego Ksią­żęca Mość to bar­dzo przy­stojny męż­czy­zna. Skoro jego papa jest przy­stojny, to może lord Ridley też?

Wyrzu­ci­łam ze swo­jej głowy wszel­kie myśli o być-może-przy­stoj­nym, za to defi­ni­tyw­nie-nadę­tym lor­dzie Ridleyu i nic nie odpo­wie­dzia­łam. Patrzy­łam przez szybę, jakby za sprawą mojego sku­pie­nia powozy miały się nagle magicz­nie poja­wić. Słu­żący, któ­rzy zazwy­czaj wie­dzieli wszystko o wszyst­kich, napo­mknęli przy śnia­da­niu, że nowa rodzina ma podobno przy­być już dzi­siaj. Od kiedy to usły­sza­łam, prze­bie­ra­łam nogami z nie­cier­pli­wo­ści. Raczej nie z powodu syna sąsiadów, cho­ciaż kto wie.

I tak za żadne skarby nie przy­zna­ła­bym się do tego nikomu, nawet swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółce. A co, jeśli oka­załby się pozba­wioną manier ropu­chą? Jed­nakże nie zdo­ła­łam ukryć swo­jej eks­cy­ta­cji. Mój papa był parem, co ozna­czało, że wszy­scy pozba­wieni tytułu, w tym chłopcy miesz­ka­jący w naszej wsi, musieli trzy­mać się na dystans. Miło byłoby poznać kogoś, z kim mogła­bym zawrzeć zna­jo­mość, a kto wie, może oka­załby się rów­nież dobrą par­tią? O ile, rzecz jasna, nie zadu­rzyłby się w Poppy, podob­nie jak każdy chło­pak w dzie­jach Bur­gh­field.

Moja nadzieja zga­sła, zanim jesz­cze roz­pa­liła się na dobre.

- A co wy tu robi­cie, dziew­częta? - Za naszymi ple­cami roz­legł się zna­jomy głos.

- Tatu­siu, wró­ci­łeś! - pisnę­łam i rzu­ci­łam się w jego ramiona. W cza­sie inten­syw­nego lon­dyń­skiego sezonu mój tata spę­dzał mnó­stwo czasu w par­la­men­cie, ale także od czasu do czasu podró­żo­wał do Europy. Zawsze sta­rał się jak naj­szyb­ciej wra­cać do mnie z kon­ty­nentu, szcze­gól­nie odkąd zmarła mama.

Tęsk­ni­łam okrop­nie za cza­sami, kiedy mama była zdrowa, w pełni sił i mogły­śmy towa­rzy­szyć tacie w jego woja­żach. Za cza­sów mojego dzie­ciń­stwa zwie­dzi­li­śmy we troje Fran­cję i Wło­chy, jed­nak teraz naj­bar­dziej wycze­ki­wa­łam, aż będę mogła ponow­nie zawi­tać do Lon­dynu. Mia­łam wielką nadzieję, że za dwa, trzy lata będę mogła ukło­nić się przed kró­lową Char­lotte. W końcu mia­łam już pra­wie pięt­na­ście lat!

- Witaj, mój groszku!

- Nie jestem żad­nym grosz­kiem, tatu­siu! - prych­nę­łam z obu­rze­niem. - Uro­słam o kolejne trzy mili­me­try, jak­byś nie zauwa­żył.

- W takim razie od dziś będę cię nazy­wał swoim strącz­kiem.

Nie byłam zbyt wysoka, ale wciąż mia­łam nadzieję, że po pro­stu jestem jedną z tych osób, które późno doj­rze­wają. Nie chcia­łam być niska. Chcia­łam być wysoka, smu­kła i piękna, jak moja mama.

Poppy ześli­zgnęła się z sofy i dygnęła nie­zgrab­nie, zaafe­ro­wana.

- Dzień dobry, lor­dzie Mar­wicku.

- Dzień dobry. - Ojciec przy­wi­tał moją przy­ja­ciółkę. - Jak się miewa twoja matka?

Uśmiech­nęła się kąci­kiem ust.

- Dobrze, milor­dzie.

Mimo że Poppy stale gościła w naszym domu, zawsze peszyła ją obec­ność mojego szorst­kiego, surowo wyglą­da­ją­cego ojca. Jak nie­mal każdy, nie mogła opa­no­wać tremy w jego towa­rzy­stwie. Nie­ważne, jak usil­nie zapew­nia­łam ją, że papa wcale nie jest taki straszny. Ni­gdy mi nie wie­rzyła. Była prze­ko­nana, że mój ojciec jej nie lubi.

Nie­do­rzecz­ność. Wszy­scy kochali Poppy.

Szcze­gól­nie moja mama. Spę­dzały godziny na roz­mo­wach przy wspól­nym hafto­wa­niu - czyn­no­ści, któ­rej szcze­gól­nie nie­na­wi­dzi­łam. Wyszy­wa­nie postrze­ga­łam jako wymyślną tor­turę ist­nie­jącą tylko po to, żeby cier­piały na tym palce nie­win­nych dziew­cząt. W cza­sie cho­roby mamy Poppy każ­dego dnia odwie­dzała nas z kwia­tami - naj­czę­ściej makami, co z jed­nej strony było pewną oznaką próż­no­ści3, ale z dru­giej - uro­czym zacho­wa­niem w jej stylu.

Była dla mojej matki ogrom­nym wspar­ciem, kiedy opo­wia­dała jej o naszej wiel­kiej przy­jaźni i zapew­niała, że zawsze będziemy mogły na sie­bie liczyć. To Poppy ocie­rała moje łzy, kiedy czter­na­ście mie­sięcy temu pocho­wa­li­śmy mamę. Od tam­tego czasu stała się moją jedyną pocie­szy­cielką. Brat­nią duszą. Sio­strą w każ­dym tego słowa zna­cze­niu.

Nie mia­łam poję­cia, jak dała­bym sobie bez niej radę.

Miała dłu­gie blond loki, różowe policzki, aniel­skie rysy twa­rzy - Poppy ocza­ro­wy­wała wszyst­kich, któ­rych spo­ty­kała na swej dro­dze, od kucha­rzy przez ogrod­ni­ków po sta­jen­nych. Kiedy się do kogoś uśmie­chała, po pro­stu nie spo­sób było tego nie odwza­jem­nić.

Pozna­ły­śmy się, kiedy obie mia­ły­śmy po jede­na­ście lat, i od tam­tego czasu pozo­stała nie­zmien­nie uro­czą dziew­czynką. Obec­nie, w wieku lat czter­na­stu, kształty Poppy nabrały już dosta­tecz­nych krą­gło­ści, żeby przy­cią­gać spoj­rze­nia mło­dzień­ców ze wsi. Michael, syn naszego wika­rego, świata poza nią nie widział, jed­nak Poppy od zawsze żywiła prze­ko­na­nie, że będzie kimś wię­cej niż tylko żoną zwy­kłego wika­rego.

Ja, w prze­ci­wień­stwie do niej, byłam niska i chuda jak szczapa, bez choćby naj­mniej­szych oznak kobie­cych krą­gło­ści, więc nikt, a już szcze­gól­nie przed­sta­wi­ciele płci prze­ciw­nej, nie zwra­cali na mnie naj­mniej­szej uwagi. Nie żeby mi to prze­szka­dzało. Towa­rzy­stwo chłop­ców było męczące. I nudne.

Oczy­wi­ście, nie zazdro­ści­łam Poppy jej urody.

Były­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Oby­dwie kocha­ły­śmy czy­tać powie­ści kry­mi­nalne i wymy­ślać nie­zwy­kłe histo­rie o zacza­ro­wa­nych księż­nicz­kach i przy­stoj­nych szlach­ci­cach. Dosko­nale spraw­dza­łam się jako szlach­cic w naszych ama­tor­skich sztu­kach teatral­nych. Roz­kosz­nie wdzię­cząca się Poppy odgry­wała oczy­wi­ście inne role, ja tym­cza­sem uwiel­bia­łam wyma­chi­wać małym drew­nia­nym mie­czem, który sama wystru­ga­łam, i wdra­py­wać się na nasze fik­cyjne zam­kowe wieże, czyli wiel­kie dęby na naszej posia­dło­ści.

- A co powiesz na to, żeby pójść do wio­ski na lody? Może mają jakieś nowe smaki? - prze­rwała moje roz­my­śla­nia Poppy. - Ja sta­wiam. - Uśmiech­nęła się sze­roko, zna­jąc moją sła­bość do lodo­wych dese­rów, i klep­nęła obok mnie na kana­pie. - Podobno u Elder­tona była nowa dostawa wstą­żek pro­sto z Lon­dynu. Też mogły­by­śmy pójść je obej­rzeć.

Wrrr, wstążki. Kto chciałby godzi­nami wpa­try­wać się w paski błysz­czą­cego mate­riału, które i tak skoń­czą co naj­wy­żej jako ozdoba kape­lu­sza albo ucho dam­skiej torebki? Już prę­dzej wydłu­ba­ła­bym sobie oko szy­deł­kiem. Stłu­mi­łam jed­nak swoje praw­dziwe uczu­cia i zawo­ła­łam z uda­wa­nym pod­eks­cy­to­wa­niem:

- Z Lon­dynu, naprawdę?

Poki­wała głową z entu­zja­zmem i objęła mnie ramie­niem.

- Otóż to! Musimy tam pójść, Elu, uwierz mi! - Poppy zatrze­po­tała rzę­sami. - Ślicz­nie, śliiicz­nie pro­szę.

Nie mogłam powstrzy­mać śmie­chu, widząc jej bła­galny wzrok - była jak mały, słodki pie­sek. Cóż, nie od dziś wia­domo było, że ona kochała wszystko, co zwią­zane z modą, a ja kocha­łam sło­dy­cze. Ści­snę­łam jej ramię.

- Kiedy robisz takie słod­kie oczy, od razu mam ochotę iść do cukierni - zażar­to­wa­łam. Już-już mia­łam dodać, że miło byłoby się przejść i zaczerp­nąć tro­chę świe­żego powie­trza, kiedy Poppy zarzu­ciła mi ramiona na szyję, nie­omal spy­cha­jąc nas tym samym z kanapy.

- W takim razie powiem stan­gre­towi, żeby przy­szy­ko­wał powóz hra­biego.

Potar­łam pod­bró­dek. Do wio­ski nie było aż tak daleko - wiele razy cho­dzi­ły­śmy tam pie­szo nawet w zim­niej­sze dni - a przy­go­to­wy­wa­nie karocy mojego ojca, z rodzin­nym her­bem na drzwiach, wyma­gało sporo zachodu. Ale spoj­rzaw­szy na śliczną nie­bie­ską sukienkę przy­ja­ciółki - naj­pew­niej kolejną nową - zro­zu­mia­łam, że zapewne nie chcia­łaby jej znisz­czyć. Oko­liczne lasy potra­fiły być zdra­dliwe, szcze­gól­nie teraz, kiedy od kilku tygo­dni pano­wały przy­mrozki.

Się­gnę­łam po swój zno­szony, ale cie­pły płaszcz i zawią­za­łam pod brodą wstążki kape­lu­sika. Zlu­stro­wa­łam wzro­kiem swój strój i zmarsz­czy­łam nos.

- Może powin­nam pójść się prze­brać? - spy­ta­łam. Mimo że moja żałoba po mamie for­mal­nie już się skoń­czyła, wciąż jesz­cze nie potra­fi­łam się prze­ko­nać do nosze­nia stro­jów w pogod­niej­szych bar­wach.

Poppy wsu­nęła ręka­wiczki na dło­nie, obrzu­ca­jąc mnie jed­no­cze­śnie uważ­nym spoj­rze­niem, po czym szyb­kim gestem wycią­gnęła spod mojego nakry­cia głowy zakrę­cony kosmyk.

- Ależ non­sens, wyglą­dasz świet­nie... A teraz, z tym locz­kiem, wręcz ujmu­jąco. Ruszajmy, zanim wyku­pią wszyst­kie wstążki. Pospiesz się, śli­maku, bo prze­ga­pimy naj­lep­sze egzem­pla­rze!

Rzecz jasna, mówiła tak tylko z grzecz­no­ści. Moje nie­sforne włosy były dla mnie źró­dłem utra­pie­nia. W prze­ci­wień­stwie do mami­nych fal, gęstych i błysz­czą­cych niczym heba­nowy wodo­spad, moje krót­kie brą­zowe strąki ster­czały na wszyst­kie strony i sku­tecz­nie opie­rały się dzia­ła­niom cze­go­kol­wiek, co choćby przy­po­mi­nało grze­bień. Moja słu­żąca musiała się nie­źle namę­czyć dziś rano, żeby dopro­wa­dzić gniazdo na mojej gło­wie do jako takiego porządku. Gene­ral­nie pre­fe­ro­wa­łam krótką fry­zurę, teraz jed­nak z cięż­kim wes­tchnie­niem zdmuch­nę­łam loczek ze swo­jego czoła, żeby nie zasła­niał mi widoku. Być może nowa wstążka rze­czy­wi­ście popra­wi­łaby mi humor. Dla­cze­góż by nie zro­bić dobrego wra­że­nia na nowych sąsia­dach?

Krótko po wyda­niu służ­bie pole­ce­nia mia­ły­śmy już do swo­jej dys­po­zy­cji powóz mojego ojca - cze­kał na dzie­dzińcu, z zaprzę­żo­nymi pięk­nymi końmi. Wdra­pa­ły­śmy się do środka pojazdu.

- Och, Elu, spójrz tylko! - pisnęła z eks­cy­ta­cją Poppy, kiedy karoca skrę­ciła za róg i naszym oczom uka­zał się pod­jazd na sąsia­du­jącą pose­sję. Całą drogę zaj­mo­wał co naj­mniej tuzin powo­zów. Nie­wielka armia kobiet i męż­czyzn uwi­jała się jak w ukro­pie, wypa­ko­wu­jąc kufry, pudła i skrzy­nie. Poppy nie­mal skrę­ciła sobie kark, do ostat­niej chwili przy­glą­da­jąc się całej sce­nie.

- Widzia­łaś, widzia­łaś? O rety, a więc naprawdę już tu są! Może powin­ny­śmy póź­niej pójść się z nimi przy­wi­tać?

Kiw­nę­łam głową nie­zo­bo­wią­zu­jąco.

- Jestem pewna, że papa coś już zapla­no­wał.

Jej entu­zjazm natych­miast przy­gasł. Jeśli mój ojciec coś orga­ni­zo­wał, Poppy nie mogła w tym uczest­ni­czyć. Tak, była dla mnie jak rodzina, ale nie łączyły jej więzy pokre­wień­stwa z rodem Dalvich.

- Odwie­dzimy ich razem kiedy indziej, obie­cuję - pospie­szy­łam z zapew­nie­niem, żeby ją pocie­szyć.

- Trzy­mam cię zatem za słowo - odpo­wie­działa, znów roz­pro­mie­niona.

Dotar­ły­śmy do wio­ski i nasza karoca włą­czyła się do ruchu na głów­nej ulicy. Tutej­szy plac tęt­nił życiem. Po kilku dniach nie­zno­śnej pogody wszy­scy powy­cho­dzili z domów, aby naresz­cie nacie­szyć się pro­mie­niami słońca. W her­ba­ciarni U Bunny roiło się od gości, a słod­ko­ści w witry­nie pre­zen­to­wały się nad wyraz kusząco. Może i warto było dla nich prze­cier­pieć wstąż­kowe zakupy. Może.

Przed skle­pem Elder­tona zauwa­ży­łam w tłu­mie kilka nowych twa­rzy. Uwaga wszyst­kich sku­piła się na nad­jeż­dża­ją­cej karocy. Pomimo top­nie­ją­cego ostat­nimi czasy majątku Bur­gh­field od dzie­się­cio­leci pozo­sta­wało sie­dzibą hra­bio­stwa Mar­wick.

Wątłą dło­nią wygła­dzi­łam poły mojego wybla­kłego płasz­cza. Miesz­kańcy wio­ski oka­zy­wali mi sza­cu­nek, ponie­waż byłam córką hra­biego Mar­wick, nie­mniej trzy­mali się ode mnie na dystans. Przy­wy­kłam do takiego trak­to­wa­nia.

Karoca zatrzy­mała się i stan­gret otwo­rzył nam drzwi. Odcze­ka­łam chwilę, żeby Poppy mogła wyjść pierw­sza - uwiel­biała to, pod­czas gdy mnie wcale nie zale­żało na osten­ta­cji. Nie lubi­łam pchać się na pie­de­stał, pod­czas gdy Poppy wręcz pła­wiła się w zain­te­re­so­wa­niu tłumu. To był nasz drobny rytuał, który nie­zmien­nie ją uszczę­śli­wiał. Posłała mi pro­mienny uśmiech i z god­no­ścią przy­jęła usłużną dłoń stan­greta, poma­ga­ją­cego jej wysiąść z powozu. Podą­ży­łam za nią jak mil­czący cień.

Przedar­ły­śmy się przez tłu­mek zebrany wokół okna wysta­wo­wego - "czyżby te wstążki miały magiczny dar przy­cią­ga­nia?" - i weszły­śmy do środka.

- Ach, Flo­rence, cóż za piękna nowa suk­nia! - roz­legł się zachwy­cony pisk Poppy na widok córki wła­ści­cielki.

Flo­rence miała na sobie żółtą muśli­nową sukienkę z taką ilo­ścią fal­ba­nek, że tylko cudem mie­ściła się w drzwiach. Zna­la­złam sobie spo­kojny kącik nie­opo­dal działu z chu­s­tecz­kami i wpa­try­wa­łam się w nią, z tru­dem tłu­miąc chi­chot. Prawdę mówiąc, wyglą­dała jak wiel­kie ciastko z kre­mem.

- Zga­dzam się w zupeł­no­ści - usły­sza­łam za swo­imi ple­cami. - Taka ilość kremu nikomu nie może wyjść na zdro­wie.

Dobry Boże. Czyż­bym wypo­wie­działa tę myśl na głos?

- Ow­szem, tak. - Głos roz­legł się ponow­nie. - To też sły­sza­łem, gdy­byś miała wąt­pli­wo­ści.

Zaci­ska­jąc usta, odwró­ci­łam się powoli i moim oczom uka­zał się chło­piec w kre­mo­wym płasz­czu scho­wany za jedną z zasłon.

- Co ty tu robisz? Ukry­wasz się? - spy­ta­łam.

Rzu­cił mi uważne spoj­rze­nie.

- Chyba oby­dwoje wpa­dli­śmy na ten sam pomysł.

Prych­nę­łam, odrzu­ca­jąc włosy.

- Nie ukry­wam się. Ja tylko... odpo­czy­wam.

Ponow­nie zer­k­nę­łam w jego stronę - z pew­no­ścią nie pozna­łam go wcze­śniej. Był ode mnie o wiele wyż­szy (jak więk­szość). Spod zawa­diac­kiej czapki wysta­wała gęsta czu­pryna ciem­no­brą­zo­wych sprę­ży­nek. Spod daszku zer­kały na mnie błysz­czące, ciemne oczy. Usta chło­paka wygięły się w uśmie­chu.

- Co ty w ogóle robisz w skle­pie Elder­tona? - dopy­ty­wa­łam szep­tem. - To nie miej­sce dla chłop­ców.

Posłał mi świ­dru­jące spoj­rze­nie.

- Chcesz powie­dzieć, że chłopcy nie mogą lubić zaku­pów?

- Nie to mam na myśli - odpar­łam. - Po pro­stu więk­szość z was wręcz ucieka z krzy­kiem na widok wstą­żek.

- Ale co jest nie tak ze wstąż­kami?

Dostrze­głam w jego oku błysk, który pozwo­lił mi upew­nić się, że się ze mną dro­czy.

- Nie­istotne - ucię­łam. - Pil­nuj się i nie mów za gło­śno, ina­czej nas zauważą.

Uda­wa­łam, że nie zwra­cam na niego uwagi, i sta­ra­łam się uspo­koić oddech. W każ­dej chwili Poppy mogła zacząć mnie szu­kać. Nie chcia­łam zostać odna­le­ziona za zasłoną w towa­rzy­stwie nie­zna­nego mi chłopca. Ileż bym się potem od niej nasłu­chała!

Tym­cza­sem Poppy szcze­bio­tała coś na temat trze­wi­ków Flo­rence gło­sem, który zdolny byłby roz­trza­skać szkło.

Na litość boską, czyż ist­niało coś bar­dziej mdlą­cego?

Cichy recho­cik spra­wił, że szybko zamru­ga­łam.

- Masz nie­do­bry nawyk wypo­wia­da­nia na głos swo­ich myśli.

"Och, do jasnej anielki!"

- Masz nie­do­bry nawyk pod­słu­chi­wa­nia - odwark­nę­łam, obrzu­ca­jąc go suro­wym spoj­rze­niem. Prze­kli­na­łam w myślach swój nie­wy­pa­rzony język, który zdra­dzał obcym ludziom moje naj­skryt­sze myśli. To moja kry­jówka, a ten chło­pak mi prze­szka­dzał! Acz­kol­wiek, mówiąc zupeł­nie szcze­rze, to jed­nak on był tutaj pierw­szy.

- Prze­cież nic nie pora­dzę na to, że cię sły­szę, prawda? - odpa­ro­wał. Minęło dobrych parę minut, zanim ode­zwał się ponow­nie: - Przy­sze­dłem tutaj ze swoją młod­szą sio­strą. - Wska­zał na dziew­czynę, któ­rej loki, tak podobne do jego wła­snych, spły­wały na jej ramiona złoto-brą­zową kaskadą. - To ona, lady Zeno­bia. Dopiero co się tutaj spro­wa­dzi­li­śmy.

Lady? Obró­ci­łam się na pię­cie tak gwał­tow­nie, że pra­wie nadzia­łam się na jego łokieć.

- Czyli jesteś...

Mimo że byli­śmy ści­śnięci za zasłoną, udało mu się skło­nić szar­mancko i nawet wyglą­dać przy tym cał­kiem atrak­cyj­nie.

- Lord Keston Osborn, mar­kiz Ridley, do usług. A ty jesteś...?

- Ela. Ela Dalvi.

Zapo­mnia­łam o swo­ich tytu­łach, ale, szcze­rze mówiąc, gra­tu­lo­wa­łam sobie w duchu, że udało mi się wydu­sić z sie­bie jakie­kol­wiek słowo w momen­cie, w któ­rym dotarły do mnie trzy rze­czy: po pierw­sze, nie był wcale odpy­cha­jący ani nie­uprzejmy, po dru­gie, wyda­wał się jedy­nie odro­binę zaro­zu­miały, a po trze­cie, Poppy będzie musiała zażyć porządną dawkę soli trzeź­wią­cych swo­jej mamy, kiedy dowie się, kogo spo­tka­łam!

Rozdział 3. Lyra

Los w poło­wie jest panem naszych czyn­no­ści, lecz jesz­cze pozo­sta­wia nam kie­ro­wa­nie drugą ich połową lub nie o wiele mniej­szą ich czę­ścią.

Niccol? Machia­velli

Lon­dyn, marzec 1817 r.

Mar­kiz Ridley przy­glą­dał mi się uważ­nie znad kra­wę­dzi swo­jej szklanki, wrę­czyw­szy mi wcze­śniej taką samą, wypeł­nioną bladą lemo­niadą. Czu­jąc na sobie jego spoj­rze­nie, skosz­to­wa­łam maleńki łyk, choć naj­chęt­niej wypi­ła­bym ten napój dusz­kiem, zupeł­nie jak zbłą­kany wędro­wiec oca­lony z pustyni, któ­remu podano kubek wody.

- To twoja pierw­sza wizyta w Lon­dy­nie? - spy­tał.

- Zga­dza się. To aż tak widać? - Mój głos, zwy­kle niski i modu­lo­wany, brzmiał o wiele bar­dziej ochry­ple niż zazwy­czaj.

Na szczę­ście był zupeł­nie nie­po­dobny do ćwier­kli­wych dźwię­ków, które wyda­wa­łam z sie­bie kilka lat temu.

- Przy­zwy­cza­isz się - stwier­dził Blake... czy może raczej Ansel?

Imię Blake nosił ten blady, pie­go­waty rudzie­lec, teraz sobie przy­po­mnia­łam. Z kolei Ansel mógł się pochwa­lić kur­tyną czar­nych, uli­za­nych wło­sów i był pocho­dze­nia azja­tyc­kiego. Z kolei Rafi to ten sza­ro­oki, wyga­dany Pers.

Być może Keston wspo­mi­nał mi o nich w prze­szło­ści, ale ni­gdy nie opi­sy­wał ze szcze­gó­łami. Teraz mogłam ich wresz­cie zoba­czyć na wła­sne oczy.

- Zapewne. Sły­sza­łam, że na nie­któ­rych przy­ję­ciach roz­daje się tutaj w pre­zen­cie dia­men­towe pier­ścionki i spinki do kra­wa­tów. - Zachi­cho­ta­łam dźwięcz­nie. - Doprawdy, trudno mi sobie wyobra­zić ten prze­pych. - Poto­czy­łam dło­nią wokół. - Podob­nie jak tutaj zresztą.

- Och, Almack to jesz­cze nic - wtrą­cił się Rafi z prze­bie­głym uśmiesz­kiem. - Pocze­kaj tylko na słynny bal Ridleya i jego rodziny, orga­ni­zo­wany na koniec każ­dego sezonu. Wszy­scy roz­ma­wiają o nim wiele tygo­dni przed wyda­rze­niem i jesz­cze na długo po nim. - Obrzu­cił mnie śmia­łym spoj­rze­niem. - Może wyja­wisz wresz­cie, jakież to mia­steczko na pro­win­cji tak długo ukry­wało przed nami twoje wdzięki?

Zro­biło mi się mdło od tego nie­skrę­po­wa­nego flirtu, szybko upi­łam więc kolejny łyk rów­nie mdłej lemo­niady.

- Och, z pew­no­ścią o nim nie sły­sze­li­ście. Niczym nie­wy­róż­nia­jąca się maleńka wio­ska, jakże daleko od Lon­dynu.

- Och, uwierz nam, każdy z nas miał w swoim życiu do czy­nie­nia z małymi, sen­nymi wio­secz­kami - wtrą­cił sucho Keston. - Ja oso­bi­ście ni­gdy nie mam dość ener­gii wiel­kiego mia­sta. Po sto­kroć lep­sza niż nuda sali wykła­do­wej, zapew­niam.

O losie, ten bary­ton. Rafi mógłby flir­to­wać ze mną cały dzień, nie robiąc na mnie naj­mniej­szego wra­że­nia. Jedyne, co musiał zro­bić Keston, to otwo­rzyć usta. Cho­ciaż doprawdy nie przy­po­mi­na­łam sobie, żeby kie­dy­kol­wiek wcze­śniej brzmiał tak jak teraz - jego głos był głę­boki i tak inten­sywny, że nie­mal czu­łam jego smak, jakby deka­dencki kawa­łek słodko-gorz­kiej cze­ko­lady. Kto by przy­pusz­czał, że into­na­cja głosu może być tak... suge­stywna?

- Wszy­scy uczęsz­cza­cie na uni­wer­sy­tet? - spy­ta­łam.

- Ow­szem, tak - odpo­wie­dział Ansel. - Blake i ja stu­diu­jemy na Cam­bridge, a tych dwóch na Oks­for­dzie, to jest, oczy­wi­ście, do czasu, aż Har­bridge umrze i Ridley zosta­nie księ­ciem.

- Broń Boże - mruk­nął pod nosem Keston. - Mam nadzieję, że mój ojciec wieść będzie dłu­gie, szczę­śliwe życie. Jestem o wiele za młody, żeby pochło­nęła mnie praca w par­la­men­cie, jak tych wszyst­kich marud­nych star­ców. Chcę zwie­dzić Europę, przed­się­wziąć wielką wyprawę, zanim tytuł ksią­żęcy zaprzę­gnie mnie na stałe do tych wszyst­kich obo­wiąz­ków.

Blake par­sk­nął śmie­chem, po czym ści­szył głos:

- Naprawdę sądzisz, że Poppy zaapro­buje twoją wielką wyprawę? Ta dziew­czyna nie opusz­cza cię na krok, jakby ją ktoś przy­kleił kle­jem i dodał jesz­cze kilka żela­znych gwoź­dzi na wszelki wypa­dek.

Pozo­stali dwaj towa­rzy­sze rów­nież wybuch­nęli śmie­chem, ale twarz Kestona pozo­stała zasta­na­wia­jąco obo­jętna na wspo­mnie­nie jego rze­ko­mej uko­cha­nej. Inte­re­su­jące.

- Poppy? - spy­ta­łam, z zain­te­re­so­wa­niem obser­wu­jąc ich dal­szą wymianę zdań.

- Straż­niczka Ridleya - zachi­cho­tał Ansel.

Rafi osten­ta­cyj­nie rozej­rzał się po sali balo­wej, przy­kła­da­jąc dłoń do czoła tak, jakby ochra­niał oczy przed słoń­cem.

- Prawdę mówiąc, jestem zasko­czony, że jesz­cze jej tu nie ma. Byłem pewien, że przy­bie­gnie zazna­czyć swój teren, kiedy tylko lady Jer­sey przed­sta­wiła nam jej kon­ku­ren­cję i świeży towar.

- Skończ już, Rafi - rzu­cił Keston.

- Świeży towar? - powtó­rzy­łam, marsz­cząc nos. - To dość pogar­dliwe okre­śle­nie.

Rafi rzu­cił mi szyb­kie spoj­rze­nie i przez chwilę wyglą­dał tak, jakby chciał obli­zać usta. Ja jed­nak wytrzy­ma­łam siłę jego wzroku i spio­ru­no­wa­łam go rów­nie moc­nym spoj­rze­niem spod unie­sio­nej brwi do momentu, w któ­rym jego wzrok ześli­zgnął się w dół, a policzki pokrył szkar­łatny rumie­niec.

- Jestem myśli­wym - rzu­cił. Naj­wy­raź­niej wciąż jesz­cze chciał grać pierw­sze skrzypce w tej kon­wer­sa­cji. - Damy uwiel­biają, kiedy ruszam za nimi w pogoń.

Na dźwięk tych prze­chwa­łek z tru­dem powstrzy­ma­łam szy­der­czy śmiech.

- Och, czy aby na pewno? Pozwól, że udzielę ci dys­kret­nej porady: nad wyraz czę­sto nieco bar­dziej sub­telne podej­ście czyni cuda. Żadna dama nie lubi, żeby przy­tła­czać ją pychą i próż­no­ścią.

- Auć! - zare­cho­tał Blake. - Naszemu myśli­wemu bra­kuje umie­jęt­no­ści.

- Wcale nie - wymam­ro­tał Rafi, a jego przy­ja­ciele po raz kolejny zgod­nie wybuch­nęli śmie­chem.

Czu­łam na sobie roz­ba­wione spoj­rze­nie Kestona, ale nie odwa­ży­łam się pod­nieść wzroku. Musia­łam tkać swoją paję­czynę z naj­więk­szą sta­ran­no­ścią i sku­pie­niem. Ozna­czało to, że muszę owi­nąć sobie wokół małego palca jego przy­ja­ciół, a nie pła­wić się w świe­tle jego apro­baty.

- Ona mi się podoba, Ridley - oznaj­mił wresz­cie Rafi po dłuż­szej, peł­nej napię­cia chwili. - Powin­ni­śmy zatrzy­mać ją przy sobie.

- Zwra­cam uwagę, iż nie jestem rze­czą, żeby można mnie gdzie­kol­wiek trzy­mać - odpa­ro­wa­łam lekko. - Nie­mniej wasza czwórka wydaje się dość sym­pa­tyczna, więc być może dam się prze­ko­nać do prze­by­wa­nia w waszym towa­rzy­stwie.

Blake uśmiech­nął się sze­roko, a jego oczy roz­bły­sły entu­zja­zmem.

- Uprzej­mie uprze­dzam, że nasze towa­rzy­stwo może ozna­czać kło­poty.

"Zapew­niam, że moje też".

- Ale jak to?

- Cie­szymy się nie naj­lep­szą repu­ta­cją. Podobno pro­wa­dzimy hulasz­czy tryb życia i czę­sto wpa­damy w tara­paty - odpo­wie­dział i mru­gnął do mnie. Był uro­czy, nie mogłam temu zaprze­czyć. Nie był rzecz jasna tak atrak­cyjny jak Keston, który przy­wo­dził na myśl pół­boga, ale jego gęste rude włosy i jasno­nie­bie­skie oczy, w któ­rych cza­iła się obiet­nica kło­po­tów, rów­nież miały swój zawa­diacki, szorstki urok.

- Och, uwierz mi. - Roze­śmia­łam się. - Już z daleka pozna­łam, czego się po was spo­dzie­wać. - To mówiąc, wska­za­łam po kolei na Kestona, Rafiego, Ansela i Blake'a: - Książę, Hulaka, Uczony i Bła­zen.

Blake zro­bił obu­rzoną minę.

- Zaraz, skąd wła­ści­wie wiesz, że to nie ja jestem księ­ciem?

Usta Kestona roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu, kiedy przy­ja­ciel­sko szturch­nął przy­ja­ciela w ramię.

- Nawet dla niej jest to abso­lut­nie oczy­wi­ste, kolego.

- Ale żeby od razu błazen? - Blake teatral­nym gestem przy­ci­snął dłoń do piersi. - Czy nie mógł­bym przy­naj­mniej zostać tym naj­przy­stoj­niej­szym albo naj­bar­dziej uro­czym?

Z roz­ba­wie­niem opar­łam swój wachlarz na jego ramie­niu, naj­pierw jed­nym, potem dru­gim, jak­bym była kró­lową nada­jącą mu rycer­ski tytuł.

- Niniej­szym nadaję ci miano: Pan Uro­czy.

Wszy­scy wybuch­nę­li­śmy śmie­chem na widok ukon­ten­to­wa­nej miny Blake'a.

- A co was tak śmie­szy? - roz­legł się dam­ski głos.

Odwró­ci­łam się w porę, żeby zoba­czyć blon­dynkę uwie­sza­jącą się na Kesto­nie. Za nią poja­wiły się trzy wierne kom­panki. Byłam, rzecz jasna, przy­go­to­wana na spo­tka­nie z Poppy, a mimo to na sam jej widok poczu­łam jed­no­cze­sny ścisk szczęki i żołądka.

Moja dwu­li­cowa eks­przy­ja­ciółka.

Jej uroda, podob­nie jak urok Kestona, nie­zmien­nie przy­cią­gała uwagę. Fili­gra­nowa i gibka, ubrana była w olśnie­wa­jącą saty­nową suk­nię w mor­skim kolo­rze, na któ­rej widok każda dziew­czyna zie­le­niała z zazdro­ści. Jej lodo­wa­to­błę­kitne spoj­rze­nie napo­tkało moje, rów­nie chłodne i oce­nia­jące.

- To panna Lyra Whi­tley - ode­zwał się Ansel, zanim Keston zdą­żył ofi­cjal­nie nas sobie przed­sta­wić. - Przy­je­chała do Lon­dynu pod tro­skli­wymi skrzy­dłami lady Bir­die.

- Jest moją opie­kunką - wyja­śni­łam, w cza­sie gdy wzrok Poppy powę­dro­wał w stronę, gdzie stała lady Bir­die, pochło­nięta kon­wer­sa­cją z lady Jer­sey i lady Sefton. Od czasu do czasu czu­łam na sobie jej badaw­cze spoj­rze­nie - swoje obo­wiązki jako przy­zwo­itki trak­to­wała z naj­wyż­szą powagą.

Keston chrząk­nął i wska­zał gestem na dziew­czynę, aktu­al­nie uwie­szoną na jego ramie­niu niczym jesienny płaszcz.

- Panno Whi­tley, pro­szę pozwo­lić, że przed­sta­wię: oto panna Lan­ders. Panno Lan­ders, to panna Whi­tley.

- Miło mi poznać - ode­zwa­łam się wresz­cie po dłuż­szej chwili mil­cze­nia ze strony Poppy.

Następ­nie dłoń mar­kiza powę­dro­wała w kie­runku pozo­sta­łych nowo przy­by­łych gości: posą­go­wej, ciem­no­skó­rej dziew­czyny o czar­nych wło­sach do ramion, drob­nej dziew­czyny o kolo­rze skóry podob­nym do mojego i krót­kiej, twa­rzo­wej fry­zu­rze i wresz­cie szczu­płej bru­netki o zaró­żo­wio­nych policz­kach. Wszyst­kie trzy, co było do prze­wi­dze­nia, wpa­try­wały się we mnie z pogardą. Wes­tchnę­łam w duchu. Dla­czego nie­które dziew­częta tak bar­dzo lubują się w onie­śmie­la­niu innych? Co nie zmie­niało faktu, że jako przy­boczne Poppy zapewne poszłyby za nią w ogień, gdyby tylko im roz­ka­zała.

Mar­kiz przed­sta­wił mi je teraz po kolei:

- Lady Simone Bla­kely, panna Aarvi Nath oraz panna Emma Rho­des.

- Panno Whi­tley, czy przy­je­chała tu pani na cały sezon? - chciała wie­dzieć Poppy, sunąc czub­kiem palca po ręka­wie Kestona. Z tru­dem stłu­mi­łam chi­chot. Była tak zabawna w tym waro­wa­niu przy jego boku. Przy­po­mi­nała mi szcze­niaczka obsi­ku­ją­cego swój teren.

- Ow­szem - odpo­wie­dzia­łam przy­ja­ciel­skim tonem. - Przy­znam, że to wszystko jest dla mnie ciut przy­tła­cza­jące. Jestem nie­wy­mow­nie wdzięczna ciotce lorda Ridleya, że przed­sta­wiła mnie nie­któ­rym gościom. Do tej pory nie mia­łam jesz­cze zbyt wiele czasu, aby nawią­zać zna­jo­mo­ści. Byłam zbyt zajęta roz­pa­ko­wy­wa­niem swo­ich kufrów w rezy­den­cji przy Gro­sve­nor. Nie licząc mojej pre­zen­ta­cji na kró­lew­skim dwo­rze kilka tygo­dni temu, to moje pierw­sze poważne wyj­ście do towa­rzy­stwa.

- Gro­sve­nor Squ­are? - upew­niła się Poppy, a oczy jej zapło­nęły.

Przy­tak­nę­łam tylko, jak­bym nie miała zie­lo­nego poję­cia o tym, że wymie­ni­łam wła­śnie jeden z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych adre­sów w całym Lon­dy­nie.

- Dokład­nie tak. Znasz te oko­lice?

- Ridley tam mieszka - pisnął Blake. - Pro­szę, pro­szę, jeste­ście sąsia­dami!

- W takim razie być może mógł­byś opro­wa­dzić mnie kie­dyś po oko­licy. - Nie­śmiało uśmiech­nę­łam się do mar­kiza. - Nie mia­łam jesz­cze oka­zji pozwie­dzać Lon­dynu.

Czu­łam na sobie świ­dru­jące spoj­rze­nie Poppy. Z pew­no­ścią zauwa­żyła modny krój mojej sukni, jak rów­nież impo­nu­jący sznur pereł lśniący na mojej szyi. Raczej nie miała szans ich roz­po­znać - mama nosiła je bar­dzo rzadko. Ten naszyj­nik oraz para kol­czy­ków z bir­mań­skich rubi­nów były jedy­nymi klej­no­tami rodzin­nymi, któ­rych mój ojciec nie sprze­dał, żeby spła­cić wie­rzy­cieli.

Poczu­łam głę­bo­kie zado­wo­le­nie. Niech patrzy. Niech wszy­scy patrzą. Odwró­ci­łam się, żeby ukryć uśmie­szek zado­wo­le­nia, i opróż­ni­łam szklankę z lemo­niadą. Odsta­wi­łam ją na tacę trzy­maną przez lokaja, po czym wymie­ni­łam spoj­rze­nia z lady Bir­die. Potem prze­nio­słam wzrok na cztery pary, które wła­śnie koń­czyły tań­czyć kadryla. Moja przy­zwo­itka zare­ago­wała natych­miast. Pode­szła do naszej grupy z cie­płym uśmie­chem.

- Powin­naś zatań­czyć, Lyro - zasu­ge­ro­wała. - Być może któ­ryś z two­ich nowych przy­ja­ciół mógłby cię zapro­sić.

- Dosko­nały pomysł! - pod­chwy­ciła lady Jer­sey. - Ridley, naj­droż­szy! Musisz koniecz­nie popro­sić pannę Whi­tley do tańca, w końcu to jej pierw­szy bal. Moja kochana Patience opo­wia­dała mi wła­śnie, iż poza nią nie ma nikogo innego na świe­cie. Ostat­nim życze­niem jej umie­ra­ją­cego ojca było to, aby poje­chała do Lon­dynu. Czy to nie tra­giczna histo­ria? Biedne dziew­czę.

Nie­omal zachi­cho­ta­łam, sły­sząc wzmiankę o imie­niu lady Bir­die - Patience, czyli "cier­pli­wość". Jej abso­lutny brak tako­wej był dla mnie źró­dłem nie­usta­ją­cego roz­ba­wie­nia.

- Jak sobie życzysz, cio­teczko - odpo­wie­dział lekko Keston i wyswo­bo­dził się ze szpo­nów Poppy. Wycią­gnął do mnie dłoń. - Panno Whi­tley, czy zechcia­łaby pani dołą­czyć ze mną do koty­liona?

Poppy wie­działa, że nie może zapro­te­sto­wać, szcze­gól­nie w obec­no­ści kogoś tak zna­czą­cego, jak lady Jer­sey. Wyszłaby na gru­biań­ską i nie­wy­cho­waną. Zaci­snęła usta i odwró­ciła się na pię­cie, cią­gnąc za sobą nie­za­do­wo­lo­nego Blake'a, któ­rego usta uło­żyły się w bez­gło­śne, teatralne: "dla­czego ja?". Przy­gry­złam wargę, żeby powstrzy­mać chi­chot.

Wspar­łam się na przed­ra­mie­niu mar­kiza i pozwo­li­łam popro­wa­dzić się na śro­dek sali balo­wej, gdzie pozo­stałe pary rów­nież usta­wiały się do koty­liona. Sądzi­łam, że Keston ruszy w stronę Blake'a i Poppy, jed­nak on popro­wa­dził nas w innym kie­runku, tam gdzie stał już wypro­sto­wany Ansel w towa­rzy­stwie drob­nej, ciem­no­wło­sej, podob­nej do niego mło­dej damy.

- Lor­dzie Ridleyu - zaszcze­bio­tała - wyglą­dasz zna­ko­mi­cie.

Ski­nął głową.

- Lady Rosa­lin. Pozwól, że przed­sta­wię: panna Whi­tley. Dopiero przy­je­chała do mia­sta. - Krót­kie spoj­rze­nie cie­płych, brą­zo­wych oczu w moją stronę. - To lady Rosa­lin. Ansela już znasz. Czy może raczej "Uczo­nego", jak sama go nazwa­łaś.

Ansel uśmiech­nął się sze­roko.

- Czy to przez wzgląd na moje oku­lary?

- Zga­dza się - potwier­dzi­łam, kiedy usta­wi­li­śmy się na swo­ich miej­scach. - Wyglą­dasz w nich na eru­dytę, bez dwóch zdań.

- Pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści nie odróż­niłby wykładu nauko­wego od wycieczki kon­nej - mruk­nęła pod nosem Rosa­lin, kiedy poda­ły­śmy sobie dło­nie. Roze­śmia­łam się na tę oschłą uwagę. - Wszy­scy wie­dzą, że nosi oku­lary jedy­nie po to, aby impo­no­wać dziew­czę­tom.

Twarz Ansela zalał rumie­niec.

- Milcz, kuzynko. Zawsty­dzasz mnie, a obie­ca­łem matce, że zatań­czę z tobą ten jeden raz.

Przy­gry­złam wargę, widząc ura­żoną minę Rosa­lin, ale już po chwili roz­le­gły się pierw­sze dźwięki muzyki i musia­łam skon­cen­tro­wać się na kro­kach. Utwo­rzy­li­śmy duże koło. Czu­łam cie­pło dłoni Kestona trzy­ma­ją­cej moją dłoń, kiedy odsu­wa­li­śmy się od sie­bie. Ukło­ni­łam się Anse­lowi, a Rosa­lin Kesto­nowi. Wiro­wa­li­śmy i obra­ca­li­śmy się w tańcu. Zachwyt tą chwilą zapie­rał mi dech w piersi.

- Zna­ko­mi­cie tań­czysz - oznaj­mił Keston, kiedy spo­tka­li­śmy się ponow­nie przy kolej­nym obro­cie.

- Dzię­kuję, lor­dzie Ridleyu - odpar­łam z lekką kpiną, któ­rej nie udało mi się stłu­mić. - To doprawdy nie­zwy­kłe, co led­wie kilka lek­cji może uczy­nić z takiej nie­okrze­sa­nej wie­śniaczki.

- Nie to mia­łem na myśli.

Spu­ści­łam wzrok.

- Wiem. Dro­czy­łam się jedy­nie. Moja nauczy­cielka tańca będzie zachwy­cona, że pora­dzi­łam sobie z koty­lio­nem w parze z synem księ­cia i zdo­by­łam jego wie­czy­ste uzna­nie.

Rzu­cił mi roz­ba­wione spoj­rze­nie, a ja zaczę­łam się oba­wiać, czy przy­pad­kiem nie posu­nę­łam się za daleko. Moją misją było go ocza­ro­wać, jed­nak mimo­wolna reak­cja mojego ciała na jego bli­ską obec­ność spra­wiała, że sta­wa­łam się zło­śliwa i roz­draż­niona.

Znów się roz­dzie­li­li­śmy, a moim nowym part­ne­rem w tańcu został Blake. Nie zorien­to­wa­łam się, że ich czwórka zna­la­zła się obok naszej po ostat­nim obro­cie.

- Dobrze się bawisz, panno Whi­tley?

- Z pew­no­ścią nie tak dobrze jak ty - odpar­łam, zer­ka­jąc kątem oka w stronę wście­kłej Poppy, któ­rej obec­nie przy­padł do pary Ansel.

Blake z sze­ro­kim uśmie­chem prze­wró­cił oczami, na co ja zachi­cho­ta­łam, a to natych­miast poskut­ko­wało ostrym spoj­rze­niem od mojej neme­zis.

- Nie lubi cię - stwier­dził.

- Zauwa­ży­łam - odpar­łam. - Czyżby ona i mar­kiz byli parą?

Uśmiech­nął się kąci­kiem ust, a w oczach poja­wił się zło­śliwy błysk.

- Nie. Jedy­nie jej wydaje się, że może rościć sobie do niego jakieś prawa. Ridley jest odmien­nego zda­nia.

A to ci dopiero. Pysz­nie! Z tego, co udało mi się wywnio­sko­wać z plo­tek w kulu­arach, mar­kiz i Poppy mieli sta­nąć na ślub­nym kobiercu. Cóż, ta zaska­ku­jąca infor­ma­cja nie mogła zmie­nić moich pla­nów. Nawet jeśli Keston nie był zain­te­re­so­wany Poppy, to ona zde­cy­do­wa­nie była zain­te­re­so­wana nim. Ponadto, cóż, roz­ko­cha­nie go w sobie, a następ­nie roz­trza­ska­nie na kawałki jego per­fid­nego serca spra­wi­łoby mi ogromną satys­fak­cję.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki