Przy biurku siedzi mój najstarszy syn. Biurko to długi, gruby, dębowy blat wsparty na inteligentnych, regulowanych nogach ze stali nierdzewnej - z Ikei. Wygląda nowocześnie i dobrze, tak jak Syn. Dwadzieścia trzy lata, sto dziewięćdziesiąt centymetrów, szczupły i naprawdę przystojny. Grube włosy ciemny blond, niebieskie oczy. Współczesna klasyka. Wysokie IQ, wysokie EQ, kilka języków. Wszystko jak trzeba. Jego jedyny mankament to absolutny brak modnych dziś androgenicznych rysów. Właśnie montuje swój drugi film krótkometrażowy. Na biurku zalega tona sprzętu: niemal profesjonalna kamera Sony NXCAM, słuchawki (Sennheiser), laptop MacBook Air, drukarka OKI, dysk zewnętrzny WD Time Machine, całkiem przyzwoity skaner (Canon), dwa zapasowe twarde dyski (Verbatim) z godną pozazdroszczenia pamięcią. Piękne głośniki Harman Kardon. I co najważniejsze: dwudziestosiedmiocalowy iMac, naszpikowany programami, których nazwy niemal bez wyjątku kończą się na "Pro". Do przeglądania internetu Syn używa Firefoxa. Ja korzystam z Safari. Obok drukarki leżą - nie wiem dlaczego - dwie książki: Liquid Love Zygmunta Baumana i After God Dona Cupitta. Wstyd się przyznać, ale książkę Cupitta ukradłem z biblioteki. Syn obgryza paznokcie. Ja preferuję skórki. Nogi mu chodzą jak pałki do perkusji. Zespół niespokojnych nóg leczy się dopaminą, Syn twierdzi, że dopaminy ma akurat w bród. Pełna zgoda. Co dziwne, jego telefon to prastara czerwona nokia. Często dzwoni. Syn odbiera z poirytowanym westchnieniem, choć także z pewną dozą satysfakcji - wiele osób o nim myśli. Od czasu do czasu z głośników komputera rozlega się seksowny męski głos: "You've got a new mail in your mailbox". Nowa wiadomość. Przeważnie od któregoś z tysiąca czterystu sześćdziesięciu siedmiu znajomych z Facebooka z całego świata, którzy dają znać, gdzie się obecnie znajdują, co robią, co im się podoba lub co im się nie podoba, i pytają, czy zobaczą się później. Troje jego przyjaciół obchodzi dziś urodziny, o czym Syn nie pamiętał, ale Facebook przypomniał mu, żeby złożył im życzenia. Copy and paste, i u całej trójki, z których dwojga Syn nigdy nie spotkał, pojawia się standardowe: "Happy Birthday!". Jutro lub pojutrze solenizanci, którzy mieszkają w Skanii, Australii i na sztokholmskim Södermalmie, podziękują wszystkim tym, którzy pamiętali o ich urodzinach. Poza tym przychodzą do niego głównie wiadomości od linii lotniczych Ryanair, Resfeber, Norwegian, TUIfly, MrJet, Germanwings, Wizzair i Air China, które szczodrze oferują dodatkowe promocje na swoje i tak tanie loty. Często jednego maila wysyłają dwa razy - z lekko zmodyfikowaną treścią. Filtry spamu są bezradne. Syn intensywnie pracuje. Zaraz będzie się łączyć na Skypie z operatorem, który siedzi w Londynie i kręci dwa nowe filmy. Czuję się kimś: zainstalowałem sobie właśnie Signal - Private Messenger i zamierzam ostatecznie rozstać się ze Skype'em. Chociaż trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do Donalda Trumpa mam trudności z obsługą Twittera. Syn niemal równie dobrze mówi po angielsku, jak po szwedzku i to po części moja zasługa. Kiedy wybierał liceum, metodycznie sprawdziłem obrzydliwie snobistyczne placówki, gdzie dress code z miejsca czynił ze mnie ufoludka; licea, w których dziewczyny przebrane za cheerleaderki Florida State University robiły naprawdę dobry show i śpiewały o wyjątkowości swojego ogólniaka, histerycznie dopingowane przez szczerzących się dyrektorów. Kosztowało mnie to wiele trudu, ale dokładnie przyjrzałem się szkołom, w których szwedzki jest językiem obcym, a słowa takie jak różnorodność, integracja, wyrównywanie szans i tak dalej terkoczą jak serie z karabinów maszynowych. Raz Syn w drodze wyjątku wsparł mnie w tych poszukiwaniach - wylądowaliśmy w anglojęzycznej sekcji liceum na Kungsholmen, gdzie dyrektor powitał nas ponurym pytaniem: "Why did you come here? It is hard work, very hard work, and you never know what will come out of it". Wymieniliśmy z synem spojrzenia i klamka zapadła.
Siedzę w narożnym pokoju, bez problemu można oddzielić go od części, w której urzęduje Syn, przesuwnymi drzwiami Lumi, równie inteligentnymi co regulowane nogi stołu z Ikei. W tej chwili drzwi są złożone, co niemal stwarza iluzję otwartego układu mieszkania. Siedzę na gigantycznej sofie Folkhemmet z niepraktycznym, czarnym płóciennym obiciem i nie do końca wiem, co robić. Zaniepokojony idę energicznym krokiem do kuchni i biorę dwa oksazepamy (piętnaście miligramów). Cholerny zdechlak, myślę o sobie i znów siadam na sofie. Na stoliku (także z kolekcji Folkhemmet), długim i wąskim, który nazywam ławą szyderców, mam swojego macbooka i z braku lepszych zajęć piszę to, co wy - miejmy nadzieję - właśnie czytacie. Idzie opornie. To znaczy pisanie.
Obok leży Mała, lat dziewięć, i ogląda Nickelodeon. Z dubbingiem, rzecz jasna. Na szczęście ma na uszach eleganckie słuchawki Banjo Unisex Premium, więc przynajmniej nie muszę tego słuchać. Obraz jest wyświetlany z rzutnika Sanyo prosto na ścianę i tak duży jak w małym kinie. Z irytacją myślę o tych wszystkich sytuacjach, w których ludzie brali Małą za moją wnuczkę. Mała i Zdechlak, szepczę pod nosem i wszystko nagle staje się nieco weselsze.
- Tato, daj mi kanapkę z masłem i kakao, tylko nie za ciepłe - mówi Mała, nie odrywając wzroku od ściany.
Jasne. Właśnie dziś mamy quality time lub, jak ja to nazywam, happy hours. Konsekwencja dzielonej opieki nad dziećmi. Kiedy smaruję kanapkę masłem, przemyka mi przez głowę, że mamy quality time, a ja, do cholery, nie wiem, co tu wymyślić. Dobry Boże! W moim świecie - obecnie bardzo popularne wyrażenie, szczególe w kręgach przedsiębiorców - Bóg istnieje tylko pod postacią obrazów. Wystawne ceremonie w Watykanie, mordercy-samobójcy wysadzający się w imię jakiegoś innego Boga, dalajlama w ray-banach i na dokładkę księża pedofile, ma się rozumieć. Kiedy zmarł polski papież, jego zwłoki wystawiono w otwartej trumnie. Fotografowie i kamerzyści byli w siódmym niebie. Sekwencja filmowa kręcona pod dziwnym kątem pokazywała buty papieża. Podeszwy były całkiem nowe lub w każdym razie nad wyraz mało używane. Strasznie mnie intrygowało, czy kupiono je jeszcze przed jego śmiercią czy już po niej, na pogrzeb. Ładne buty, z pewnością włoskie.
Pora skończyć z Safari, muszę przerzucić się na Firefoxa, albo jeszcze lepiej - na Chrome. Zawsze byłoby to coś, myślę, stawiając przed Małą kanapkę i kakao.
- Tato, chodź tutaj! - dobiega mnie z drugiego końca mieszkania.
- Już idę! - odkrzykuję i teleportuję się do średniego dziecka, Chłopca. Leży na łóżku marki Hästens, regulowanym i oferującym trzy rodzaje masażu. Chłopiec cały się trzęsie. Wybrał program trzeci, czyli falowe ruchy od czubka głowy po czubki palców. Jest podłączony do iPoda, czyta Romance of the Three Kingdoms i śmieje się histerycznie.
- Czy mógłbym napić się krzepkiego piwa? - Wyjmuje jedną słuchawkę z ucha i wlepia we mnie wzrok. - Mam już osiemnaście lat.
Krzepkie piwo brzmi lepiej niż mocne, myślę, zadowolony z zaawansowanych kompetencji językowych Chłopca. Pewnie usłyszał to w jakiejś reklamie.
- Jasne, że możesz, ale nie mamy w domu.
- Noż kurna. Whatafuck. To przynieś mi ibuprofen, głowa mnie boli - mówi Chłopiec i znów wkłada słuchawki do uszu, wraca do czytania. On też należy do kategorii "dzielona opieka", a w konsekwencji happy hours.
Na stoliku nocnym ma półtoralitrową butelkę coca-coli, paczkę szwedzkich chipsów ze szwedzkich ziemniaków uprawianych w szwedzkich gospodarstwach ekologicznych oraz opakowanie zatyczek do uszu w cielistym kolorze (moich). Ten kolor jest naprawdę obrzydliwy, ale przynajmniej nie widać na nim woskowiny.
Sezon motocyklowy na Sveavägen, jednej z głównych arterii Sztokholmu, trwa w najlepsze. Harleyowcy, w większości po pięćdziesiątce, z piwnymi brzuchami i kucykami, zbierają się przed McDonaldem, który znajduje się ściana w ścianę z kebabem Falafelkungen. Stamtąd jest raptem rzut beretem, dwadzieścia metrów do 7-Eleven. Nad tym szeregiem dosyć przygnębiających lokali wznosi się piękny gmach sztokholmskiej biblioteki miejskiej. Co może dziwić, na całej Sveavägen są tylko dwa 7-Eleven. Kompensują to jednak dyskonty Lidl i ÖoB oraz państwowy sklep monopolowy - istny monopolista na rynku - Systembolaget. Z kolei na Odengatan można przyjemnie kursować między trzema 7-Eleven i dwoma monopolami, gdyby ktoś miał na to ochotę.
Uświadamiam sobie, że włosy Chłopca są kruczoczarne w przeciwieństwie do blond włosów Syna. Mała też jest blondynką o niebieskich oczach i bardzo ładnych szwedzkich rysach. Nagle nachodzą mnie podejrzenia. Może tych dwoje to nie moje dzieci? Ani cienia podobieństwa. Gdzie się podziały moje geny? Jestem przecież - jak się później okaże - rasowym mieszańcem: mam piwne oczy, ciemnobrązowe włosy, które niestety gdzieniegdzie posiwiały, krzaczaste czarne brwi a la Breżniew lub Sean Connery. Chociaż moje się zrastają, ale sądzę, że to tylko dodaje mi uroku. Regularnie je trymuję i staram się - na ile to tylko możliwe - wyrywać te przeklęte siwe włoski, które odrastają coraz szybciej. Czasem pomaga mi w tym You-Are-My-Happiest-Hours, czyli Itoshi, jak nazywam ją w tej książce. Co się zaś tyczy mojej fryzury i włosów en général, Bessim z Hair & Face, który zwykle mnie strzyże, jakiś czas temu potraktował je superhiperspecyfikami Schwarzkopf i od tamtej pory prawie nie widać, że są farbowane. Gdzie więc, do cholery, podziały się moje geny? Okej, wszyscy troje mają grube włosy, i ja też. Ale podobnie ma ich matka - ta, o której w swoim egocentryzmie myślałem, że jest Penelopą, bohaterką greckiej mitologii. Lojalna i wierna. Penelopa musiała być też wyrozumiała, zważywszy na dziesięcioletnie przygody Odyseusza, podczas których nie odezwał się do niej ani razu. No dobrze, wszystkie dzieci mają proste nosy. Chociaż mój w sumie nie jest całkiem prosty. Jej właściwie też nie (jej, to znaczy Penelopy). Ale mimo wszystko jest chyba odrobinę prostszy od mojego. Pierwowzorów nóg i rąk całej gromady należałoby w ogóle szukać gdzie indziej, bo nie przypominają ani moich, ani jej. Genetyka nam się pojebała. Co tu się stało? Zanieczyszczenia? Smog? Czarnobyl? Myślę o Strindbergu, jego dramacie Ojciec, i zaczynam się denerwować. Może jeszcze jeden oksazepam! Nie, nie. Zamiast tego oddycham głęboko, jak zawsze radziła mama. Mimo że tak głęboko oddychała, i tak udało się jej umrzeć. Tak, jej też. Nawet napisałem o tym tekst.