W serii kwadrat ukazały się:
"2008. Antologia współczesnych polskich opowiadań"
"2011. Antologia współczesnych polskich opowiadań"
"2014. Antologia współczesnych polskich opowiadań"
Marcin Bałczewski "Malone", "Eva Morales de Nacho Lima"
Waldemar Bawołek "To co obok"
Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"
Dariusz Bitner "Książka"
Roman Ciepliński "Diabelski młyn"
Krzysztof Gedroyć "Przygody K"
Andrzej Grodecki "Iluzje"
Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"
Lech M. Jakób "Ciemna materia"
Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"
Bogusława Latawiec "Ciemnia"
Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco"
Miłka O. Malzahn "Fronasz"
Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"
Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"
Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"
Paweł Orzeł "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
Paweł Przywara "Zgrzewka Pandory"
Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć"
Grzegorz Strumyk "Nierozpoznani"
Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver"
Leszek Szaruga "Podróż mego życia", "Zdjęcie"
Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"
Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
Maciej Wasilewski "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"
Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"
PRZYJDŹ DO MNIE
Przyjdź do mnie, a zjem twe pyszne ciało, wyszeptał Meiwes w małym pokoiku pod kuchnią, wpatrując się w ekran komputera i nacisnął klawisz potwierdzenia. Po czym odsunął krzesło, wyprostował się ze zgarbionej pozycji, wygładził sweter na piersi i oddał się czekaniu.
Wykorzystał jego trwanie na wspięcie się stopień po stopniu skrzypiących schodów z piwnicy na poziom parteru domu matki, w którym mieszkał i który właściwie był już jego domem, odkąd znalazł ją leżącą na podłodze w na co dzień niemożliwej, nieruchomej pozie pośród łupin stłuczonego kubka. Zrobił sobie w kuchni herbatę z mlekiem, przekąsił małą kiełbaskę z połową pajdy nieco podeschniętego chleba, czas odwiedzić sklepik Kristine Veber - pomyślał - albo nie, lepiej pojechać do miasta, do jednego z tych przestronnych, sterylnych jak sala operacyjna albo nowoczesna fabryka hal supermarketów, gdzie nikt cię nie zna, nie znał i nie pozna. Wyjrzał przez brudne okno na ogród zarośnięty łopianem, ścianą pokrzyw, ostem, niebieską lebiodą; drogę biegnącą obok domostwa Hartmannów, okno Karin. Poprawił grzywkę zbyt długą, pogłaskał się po wełnianym swetrze okrywającym brzuch, by strącić okruchy i otarł usta wierzchem swojej dużej, silnej, przyzwyczajonej przez lata do opiekowania się, ręki. Przycisnął do ściany odstającą pożółkłą tapetę pod parapetem, ale nie chciała przywrzeć na dłużej.
Mógłby wyjść, pospacerować, może zajrzeć do Törstena na piwo albo piwo i mecz, choć gdyby tak zrobił, to pewnie Törsten przez całą rozgrywkę nie umiałby domknąć ust ze zdziwienia; zaprosić Karin, może chciałaby przyjść i z nim posiedzieć, mówiąc o swoich koleżankach w pracy, o sąsiadach, z którymi utrzymuje kontakty nie tylko w sytuacji organizowania stypy, o wszystkich tych sprawach, o których nie miał pojęcia i które go niespecjalnie interesowały, ale lubił patrzeć, jak układają się jej usta w trakcie mówienia, a piersi wypychają koszulę, zwykłą, z flaneli, nieszczególnie kobiecą, ale miękką, pewnie przyjemną w dotyku, przybierającą na jej piersiach takie okrągłe wypukłości, które falują, gdy oddycha i się śmieje. Siedziałby wtedy w drugim końcu pokoju, utopiony w swoim głębokim fotelu z twarzą w połowie osłoniętą dłonią, a ona po przeciwnej stronie, poruszająca ustami i piersiami, zabijałaby pozostały w trwaniu czas.
Ale nie sięgnie po słuchawkę, nie wykręci jej numeru na tarczy aparatu kupionego wiele lat przed zburzeniem muru, czas omija dom Armina Meiwesa i przedmioty w nim się znajdujące, a obecne zawsze za sprawą matki, poza jednym pomieszczeniem Armin nie zmienił nic od jej odejścia; nie zajrzy też do Törstena. Nie pójdzie na spacer, nie ma również ochoty na piwo. Oczywiście, że nie. Nie będzie przeglądał wytartych zdjęć ze swojej jedynej wyprawy żeglarskiej, dotykał palcem twarzy Marko Meusela, Leonarda Lindenberga czy Tima Trauta. Dziś już nie musi.
Po prostu odda się czekaniu. Patrząc przez brudne okno na zarośnięty chwastami ogród, zgarniając resztki jedzenia z blatu stołu na podłogę, zmiatając ją potem do czysta, grzebiąc w kieszeniach spodni i znajdując w nich klucz, wspinając się na piętro, stopień za stopniem po skrzypiących schodach swojego domu, który odziedziczył po matce. Idąc korytarzem do zamkniętych drzwi, których zamek czeka na idealnie do niego dopasowany klucz, przekręcając klucz i słysząc brzęknięcie, wchodząc do zaciemnionego roletami pomieszczenia, którego ściany własnoręcznie wygłuszył. Dotykając z czułością metalowego podłużnego stołu przykrytego płachtą grubej niebieskiej folii, oglądając łańcuch z hakiem podwieszony na bloczku nad stołem i komplet naostrzonych noży kuchennych.
Czas zastanie go przy nich, a potem popchnie z powrotem do drzwi, wciśnie klucz w dłoń, a dłoń w otwór zamka, powiedzie przez korytarz do schodów, sprowadzi nimi na dół, posadzi Armina na krześle przy oknie, poderwie na dźwięk kroków listonosza i dzwonka do drzwi, których mu nie otworzy, skieruje do sypialni, zanurzy w głębokim fotelu, wyświetli przed jego oczami kreskówki albo inny program, może ulubiony Star Trek, zmęczy i pozwoli zasnąć. A potem zbudzi w środku nocy szumem pornograficznych reklam i powiedzie do komputera, z powrotem.
Przyjdź do mnie... - poprosił Armin logując się do serwera. A gdy otworzył przecierane z niewyspania oczy, zobaczył, że otrzymał odpowiedź. Kto bowiem anonsuje się, temu w końcu będzie dane.