Pył, co opada za snów - Louis De Bernieres

Reflow text when sidebars are open.
Zakochałam się w Ashu od pierwszego wejrzenia, z wzajemnością, choć przecież byliśmy dziećmi. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, on dopiero co przybył z Ameryki i w Anglii czuł się obco. Powiedział mi później, że wszystko było tu dla niego sztywne i staroświeckie, ale jestem przekonana, że gdyby wrócił do siebie, uznałby, że czegoś tam brak i że to zupełnie niedojrzały kraj.
Ash tak naprawdę nazywał się Ashbridge i pochodził z Baltimore. Miał uroczy, delikatnie amerykański akcent, z owym twardym "r" po samogłoskach. Nigdy go nie stracił, więc nie sposób byłoby go wziąć za Anglika. Jego rodzina mieszkała obok nas, on zaś należał do naszej paczki. Spędzaliśmy czas na wygłupach, robiliśmy ciastka z błota, bawiliśmy się w chowanego, berka, "raz, dwa, trzy, Baba-Jaga patrzy" i dwa ognie. Choć nasze matki były dystyngowane, na dworze zmienialiśmy się w małych dzikusów. Baraszkowaliśmy i staczaliśmy bitwy w obwarowanych ogrodach, podczas gdy nasze guwernantki i nianie plotkowały w najlepsze przy herbatce w oranżerii. W maju przychodzili ludzie od Beesona i wyjmowali okna oranżerii z futryn. Z powodu Luftwaffe i braku funduszy zniknęli już na dobre.
Gdy podrośliśmy, grywaliśmy razem w tenisa na trawniku w najrozmaitszych kombinacjach deblowych i singlowych. Graliśmy każdy z każdym i w systemie "przegrywający odpada", i na ogół wygrywał ten, kto miał po swojej stronie Asha. Jeśli zaś Ash i Daniel byli w twojej drużynie, zwycięstwo miałeś w kieszeni. W szkole Ash był mistrzem absolutnie we wszystkim. Pamiętam deblową rozgrywkę, gdzie trzeba było biec do siatki, gdy tylko uderzyło się piłkę. Nazywaliśmy ją tenisem amerykańskim, była całkowicie wyczerpująca, ale zapewniała mnóstwo świetnej zabawy. Problem polegał na tym, że tak naprawdę nie było zwycięzcy, ponieważ partii nie wygrywała para, tylko jedna ze stron kortu. Czasem graliśmy nawet w dziewięć osób. Moja matka lubiła krokieta i każdego roku ustawiała słupki do gry. Robiła z tego wielkie przedstawienie i lamentowała, gdy zdarzało się, że chcieliśmy grać w tenisa w tym samym czasie co ona w krokieta.
Ashbridge był Amerykaninem i dlatego zaczęliśmy o sobie mówić "Kumple". "Zdawali mi się beztroscy i weseli, radośni druhowie"11. Kumplami byli: Daniel i biedny Archie, Ash i jego bracia Sidney oraz Albert, a także Sophie, Otylia, Christabel i ja - pięciu chłopców i cztery dziewczęta. Wznosiliśmy bojowe okrzyki: "Niech żyją Kumple!" i "Kumple aż po grób!". Po śmierci kapitana Pitta Daniel i Archie przeprowadzili się i jedynymi chłopcami, którzy zostali, byli Ash, Sidney i Albert.
Ash wyrósł na wspaniałego mężczyznę. Zanim skończył osiemnaście lat, od czasu do czasu paradował z wojskowym wąsikiem, kiedy jednak się golił, niewiele to zmieniało w jego wyglądzie. Miał proporcjonalną budowę ciała, blond włosy i szare oczy. Zwykł mawiać: "Z natury jestem szybki i wytrzymały. Jeśli potrzebujesz kogoś, kto pobiegnie do Walii po cokolwiek, czego zapragniesz, to masz kogoś takiego pod ręką".
Kiedy później kupiłam Wiersze wybrane Ruperta Brooke'a, doznałam szoku, gdy ujrzałam zdjęcie poety na okładce; niemal zemdlałam. Przez chwilę myślałam, że to Ash. Był tak piękny, że człowieka przeszywał jakiś niemal nieuleczalny ból. Gdy czytam jego wiersze miłosne, zawsze myślę o Ashu. Często chodziły mi po głowie całe linijki. "Ach! Śmierć mnie odnajdzie, nim znużę się twym widokiem". "Bez tchu, padliśmy na tych wietrznych wzgórzach, śmiejąc się w słońcu i całując cudną trawę"12. W przeciwieństwie do większości, ceniłam erotyki Brooke'a znacznie wyżej niż jego słynne wiersze patriotyczne.
Bardzo się w sobie kochaliśmy. Ash był taki miły, taki troskliwy. Gdy chorowałam, zaglądał do nas, siedział w pokoju dziennym, gdzie zwykle w gronie rodzinnym odmawialiśmy modlitwę, i czekał, aż przyjdzie któraś ze służących lub moich sióstr i szepnie mu słówko o tym, jak się czuję. Gdy tylko o nim myślałam, serce mi zamierało, a w gardle robiło się sucho. Czasem po prostu staliśmy i tylko patrzyliśmy na siebie, jak sparaliżowani. Pod wpływem jego dotyku drżałam od stóp do głów. Nim skończyliśmy piętnaście lat, nasza wielka namiętność sprawiła, że nie byliśmy w stanie ze sobą rozmawiać inaczej, niż za pomocą przekazywanych przez służbę liścików. Ja wręczałam swoje Cookie, która zanosiła je kucharce Pendennisów, ta zaś przynosiła odpowiedzi. Było to dziecinnie proste, zważywszy, że kucharze ciągle się odwiedzali, by coś od siebie pożyczać. Te małe sekrety, które łączyły nas ze służącymi w czasach, kiedy ludzie jeszcze ich mieli, sprawiały nam wiele codziennej frajdy. W pudełku na herbatniki wciąż trzymam tamte liściki i prawdziwe listy od Asha. O czasu do czasu czytam je na nowo (są nieco podniszczone) i wtedy wracają wspomnienia i odżywają uczucia. Zaręczyłam się z Ashem, gdy miałam dwanaście lat, a on trzynaście. Za pierwszy pierścionek zaręczynowy posłużyło nam kółko do firan, zbyt duże, by je nosić, schowałam je więc do puszki z liścikami. To była nasza tajemnica i nikt nie mówił nam, że z tego wyrośniemy.
Nie wyrośliśmy. Dwudziestego dziewiątego maja 1910 roku Ash przyszedł do nas z gramofonem. Był pierwszym właścicielem takiego urządzenia w okolicy. Potrzebowaliśmy czegoś, co by nas rozweseliło po śmierci króla Edwarda, zaczął więc przynosić gramofon dzień w dzień, żeby nas podnieść na duchu. Pewnego wieczoru został prawie do wpół do dwunastej. Czasem wraz z siostrami zwijałam dywan i urządzaliśmy sobie tańce. Zdaliśmy sobie sprawę, że nie trzeba już najmować ludzi, którzy graliby na pianinie i skrzypcach. Gdy tańczyliśmy, mogłam wreszcie w pełni go poczuć, oddychać nim, zrozumieć, że moje uwielbienie dla niego zapewne nie pozwoli mi nigdy pokochać innego. Ash patrzył na mnie wzrokiem pełnym oddania, który przyprawiał mnie o drżenie. Fizyczne pragnienie było niemal nie do zniesienia.
W 1914 roku, tuż po wybuchu wojny, przyszedł porozmawiać z moim ojcem. Zmierzał w stronę naszego podjazdu, podśpiewując "Jestem laskowy Gilbert, szalony Orzech pisany z dużej". Był to operowy utwór Basila Hallama, który wszyscy śpiewali, zanim nie wyparły go pieśni patriotyczne. Ash czasem grał Laskowego Gilberta na pianinie. Najbardziej lubił jednak nostalgiczne pieśni z plantacji Stephena Fostera, takie jak The Old Folks at Home, Poor Old Joe, Massa's in de Col', Col' Ground. Miał wspaniały głos, ale pianino zawsze było rozstrojone i nawet rzewne utwory brzmiały komicznie. Ojciec mówił, że powinniśmy sprawić sobie nowe, z metalową ramą, ale jakoś nikt nigdy się tym nie zajął. Wydaje mi się, że biedny Basil Hallam zginął, wypadłszy z balonu.
Ash wraz z moim ojcem udali się do jadalni i zamknęli za sobą drzwi. Słyszałam ich głosy i śmiech. Trudno mi było usiedzieć na zewnątrz, bo doskonale wiedziałam, co się tam dzieje, i nie mogłam się doczekać końca. Usiadłam wraz z matką i siostrami w salonie. Rozmawiały o wojnie, ale nie byłam w stanie się skupić na niczym, z wyjątkiem tego, o czym Ash może teraz rozmawiać z ojcem. Skoczek leżał u moich stóp. Był już stary i stracił dawną zwinność. Pysk mu posiwiał, oczy łzawiły, ale był to wciąż ten sam bardzo przywiązany i niezbyt rozgarnięty pies, wierny mnie i ojcu ponad wszystko.
Tata był przebiegłym Szkotem, który trzy razy w tygodniu jeździł do Londynu, by przesiadywać tam w swoim klubie. Zarabiał mnóstwo pieniędzy, zastanawiając się, co można by wyprodukować, a także skupując i sprzedając akcje. Żadna z nas nie miała tak naprawdę pojęcia, czym się zajmował ani jak to robił, wyjątkiem był jedynie nieprzerwany strumień jego pomysłów na golfowe nowinki. Co rusz popadał w rozpacz, ponieważ tracił cały majątek, ale zawsze w końcu wychodził na prostą i udawało mu się powetować sobie straty w samą porę, żeby spłacić długi u dostawców. Zawsze też robił dobrą minę do złej gry - wydawał się wesoły i pewny siebie, ale trawił go lekki niepokój i bywał spięty. "Chciałbym uwolnić się od tych całych spekulacji i zacząć naprawdę coś wytwarzać, poważnie zająć się produkcją przemysłową. Nie przychodzi mi niestety do głowy nic, czego już ktoś by nie robił" - mawiał. W czasie wojny zaś powtarzał: "Może powinienem wymyślić coś, co przydałoby się na wojnie? Buty? Bukłaki? Broń? Beczki? Coś innego na "b"?". Udało mu się wynaleźć i sprzedać kilka urządzeń zaprojektowanych z myślą o umileniu gry w golfa, który był miłością jego życia. Traktował zresztą ten sport jak swój patriotyczny obowiązek.
Gdy panowie weszli do salonu, obaj trzymali szklaneczki z whisky i cygara. Ash nigdy nie palił, pozwolił więc, żeby jego cygaro zgasło. Ojciec wypuścił wielki obłok dymu, po czym spytał:
- Wspaniałe wieści. Chcecie je usłyszeć?
- Och, tak! - wykrzyknęłyśmy wszystkie, poza matką, która rzadko porzucała swą zwyczajową powagę. Była typem matki, która najchętniej zostawiłaby noworodka na zboczu góry. Jej ulubione powiedzenie brzmiało: "Dzieci trzeba trzymać krótko".
- Młody Ashbridge poprosił mnie właśnie o rękę naszej Rosie, a ja wyraziłem zgodę - powiedział ojciec.
Siostry zaczęły zgodnie piszczeć i klaskać, matka zdecydowała się na lekki uśmiech, a ja byłam blada jak ściana. Ledwie mogłam powstrzymać drżenie.
- Poprosiłem go, żeby przeszedł na islam i ożenił się z całą czwórką. Błagałem, żeby zdjął ze mnie ten ciężar i wziął wszystkie za jednym zamachem, niestety jego serce bije tylko dla Rosie. Poradziłem mu nawet, żeby w ogóle się nie żenił, niestety nie da się go zniechęcić. Co ty na to, moja dziecino?
- Ależ ojcze, on nawet mi się nie oświadczył.
- Daj spokój, staruszko - odparł Ash. - Oświadczyłem ci się, gdy miałaś dwanaście lat. Mamy dowód: kółko do firan.
- Zrób to jeszcze raz! - zażądała Sophie. - To takie niecałkowicie romantyczne! No dalej, Ash! Poproś ją!
Sophie to moja najmłodsza siostra. Była słodka i do pewnego momentu wydawało nam się, że jest trochę głupiutka, bo zawsze musiała przekręcić jakieś słowo, co czasem dawało komiczny efekt.
- Droga Sophie, chciałaś chyba powiedzieć "niesamowicie"? - powiedziała matka.
- Czy mógłbym zamienić z Rosie kilka słów sam na sam? - zapytał Ash, ale moje siostry na to nie pozwoliły.
- Bądź kolegą! - powiedziała Otylia.
- No dalej, Ash! - dodała Christabel.
- A co, jeśli powiem "nie"? - chciałam wiedzieć.
- To byłby dla biednego Asha absolutoryjnie nie do zniesienia - oznajmiła Sophie. - Nie zrobiłabyś mu tego.
- No, Rosie, co ty na to? Wyjdziesz za mnie?
Trzęsłam się cała tak, że nie byłam w stanie nad sobą zapanować. Nagle wybuchłam płaczem i ukryłam twarz w dłoniach.
- Myślę, że to znaczy "tak" - zauważyła Christabel.
Ash klęknął przede mną i spytał:
- To prawda?
Skinęłam tylko głową. Wszyscy zaczęli tańczyć i skakać z radości, prócz matki, która przerwała na chwilę haftowanie i powiedziała:
- Mój drogi, zawsze byłeś dla mnie jak syn, a teraz będziesz nim naprawdę!
Moje trzy siostry złapały się za ręce i na poczekaniu wymyśliły taniec w kręgu. Ash stał, obserwując cały ten rozgardiasz z podziwem i radością w oczach.
Gdy wesołość nieco opadła, Ash napił się whisky i rzekł:
- Jest też coś, co muszę wam powiedzieć.
Zapadła cisza. Czuliśmy, że coś złowieszczego wisi w powietrzu. Ash odkaszlnął i zaczął mówić:
- Wstąpiłem do Honorowej Kompanii Artyleryjskiej. Sądzę, że muszę jechać. Zrobić swoje. Chciałem upewnić się przed wyjazdem, że naprawdę jestem zaręczony z Rosie. - Zawahał się, po czym dodał: - Albert i Sidney zaciągnęli się wraz ze mną.
Mój ojciec zamarł, matka powiedziała "Dzielny chłopak", a Sophie, Christabel i Otylia wymieniły przerażone spojrzenia. Ja zaś, nie wiem jak, zdołałam wykrztusić:
- Tak, oczywiście, musisz jechać. - I wybiegłam z pokoju, wystraszona żałosnym płaczem, który we mnie wzbierał.
Minęło dwanaście lat, lat, które w pamięci wszystkich uczestników garden party u państwa McCoshów miały na zawsze zapisać się złotymi zgłoskami. Każde kolejne lato było jeszcze piękniejsze niż poprzednie, jeszcze, zdawało się, gorętsze i wspanialsze. Róże kwitły w glinianych donicach, obrodziły soczyste jabłka, a na gałęziach drzew zawieszono pułapki na osy wypełnione dżemem i piwem. Z Court Road co wieczór dobiegały głuche odbicia piłek tenisowych i stukot młotków do krokieta. Na ulicach zbierały się dzieci z biednych rodzin z Mottingham odziane w łachmany, by bawić się w chowanego, w "raz, dwa, trzy, Baba-Jaga patrzy", grać w kości i dwa ognie. Czasem maluchy pukały do kuchennych drzwi, by poprosić o wodę do picia, szybko się ucząc, które ze służących są na tyle łaskawe, by poczęstować je oranżadą w proszku i pierniczkami. Ogrodnicy doglądali roślin uzbrojeni w wiadra z końskim łajnem do nawożenia róż. Na ulicach Cyganki zatrzymywały damy, proponując im biały wrzos na szczęście i dając wyraźnie do zrozumienia, że jeśli odmówią kupna, spotka je nieszczęście. Prawie codziennie przyjeżdżali obwoźny cukiernik, handlarz starzyzną, mleczarz, sprzedawca mięsa dla kotów i handlarz rybami z dwukółką ciągniętą przez olbrzymie, smukłe psy. Każdy ze sprzedawców nawoływał w charakterystyczny tylko dla siebie sposób. Policjanci przechadzali się dwójkami po tych samych co zwykle ścieżkach, uzbrojeni jedynie w gwizdek i pałkę. Zimą dym z ognisk, kominów fabrycznych i palonych liści tworzył żółtą mgłę, która nieubłaganie zalewała ulice nieprzebranymi falami, utrudniając oddychanie astmatykom. Gdy spowiła przechodnia, nie był on w stanie dojrzeć niczego dalej niż na wyciągnięcie ręki. Ludzie po omacku szukali drogi do najbliższych drzwi i udzielano im schronienia. Kiedy nadciągała szarość i zapadał zmrok, zjawiał się latarnik, a gdy padał śnieg, światło lamp gazowych zaczynało igrać i tańczyć.
W wielkich rezydencjach mieszczan i nuworyszy służący byli spoiwem wiążącym w całość społeczeństwo i wypełniającym lukę między klasami. Równie snobistyczni i zasadniczy jak ich pracodawcy, stanowili coś w rodzaju rodziny w rodzinie, snuli własne intrygi, żyli w cnocie lub rozpuście, przeżywali grands amours10, żywili nienawiść bądź okazywali lojalność. Każdy dom rządził się własnymi zasadami. W niektórych posiadłościach służący traktowani byli niemal jak niewolnicy, w innych zaś, jak w Rezydencji Grampianów, stanowili integralną część świata swoich pracodawców. Lęk przed utratą kucharki był znany wszystkim zamożnym rodzinom. Panie domu żyły w ciągłym strachu, że urażą czymś kucharkę albo zaskoczą ją niezapowiedzianymi gośćmi.
Court Road kryło jednak również tajemnice. Niedługo po przyjęciu z okazji koronacji przystojny kapitan Pitt zginął na polanie w New Forest w pojedynku - najprawdopodobniej ostatnim na brytyjskiej ziemi. Tożsamość jego przeciwnika nigdy nie wyszła na jaw. Z broni kapitana na pewno strzelano, ale na jego głowie nie znaleziono żadnych śladów osmalenia prochem w miejscu, gdzie pocisk przebił czaszkę, a kula nie pochodziła z jego pistoletu. Tylko tyle udało się ustalić. Ciało znalazł przypadkowy jeździec - leżało z rozrzuconymi rękoma i nogami wśród dzwoneczków, niedaleko potoku i skarpy porośniętej czosnkiem niedźwiedzim. Wyprawiono mu wojskowy pogrzeb, który - ze względu na młody wiek wdowy i obecność dzieci - był szczególnie przejmujący, a marynarze z Królewskiego Jachtu oddali nad grobem salwę honorową. Śmierć kapitana zostawiła po sobie pewien dwuznaczny smutek, żałobnicy bowiem opłakiwali go, lecz zarazem byli dumni, że oddał życie w imię honoru.
W ciągu zaledwie kilku miesięcy dwóch starszych synów kapitana zginęło na wojnie w Afryce Południowej: Theodore wpadł w zasadzkę, a Jean-Pierre zmarł na dur brzuszny. Archie i Daniel na zawsze mieli zapamiętać ich jako jowialnych olbrzymów, którzy ciskali nimi na kanapę pokrytą dla bezpieczeństwa poduszkami. Madame Pitt, pogrążona w żałobie, lecz uparta spadkobierczyni trzech zestawów odznaczeń wojskowych, postanowiła nie wracać do Francji z dwoma pozostałymi synami. Jej sytuacja materialna znacznie się pogorszyła, więc przeniosła się do domku w Sussex, gdzie z trudem wiązała koniec z końcem, ucząc francuskiego w szkołach i przyjmując prywatnych uczniów. Po wielu latach starań nauczyła się w końcu poprawnie wymawiać angielskie "th", robiąc z niego "z" tylko w chwilach wzburzenia.
Archie skończył szkołę w Westminsterze i wraz z bratem, który musiał rzucić ją przed ukończeniem, wyruszył prosto do Indii, wstąpiwszy do 44. Pułku Sikhów Rattraya. Madame Pitt mieszkała więc teraz sama w swoim małym raju u stóp South Downs. Gdy Rosie i jej siostry przy Court Road spoglądały na mur, za każdym razem przypominały sobie, jak Daniel przeleciał nad nim w dniu koronacji, zastanawiały się, gdzie są teraz obaj bracia, i tęskniły za nimi. Po sąsiedzku nadal mieszkali Pendennisowie, a połączone niebieską furtką losy dzieci wciąż się ze sobą splatały. Wszyscy wiedzieli, że Rosie i Ashbridge pobiorą się, gdy tylko dorosną, podobnie jak wiedzieli to oni sami.
Nowy władca pozornie wniósł w życie swoich poddanych uwielbienie dla wszelkiego rodzaju przyjemności. Ludzie zaczęli tłumnie chadzać na wyścigi, ponieważ król często na nich bywał, i cały naród świętował, gdy królewski koń Minoru wygrał derby w 1909 roku. Choć panujący był dowcipny, lubiany i bystry, w samotności wciąż wpadał w głęboką melancholię. Miał pokojową naturę, ale wszędzie, gdzie spojrzał, widział jedynie rozkład i zapowiedź chaosu. Rozważał abdykację i coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że monarchia nie przetrwa dostatecznie długo, by na tronie mógł zasiąść jego wnuk. Udało mu się zawrzeć z Francją Entente Cordiale, naprawiając w ten sposób szkody, jakie w stosunkach dyplomatycznych pomiędzy tymi dwoma krajami wyrządziła wojna w Południowej Afryce, nie sposób było jednak zignorować iście neronowskich błazeństw niemieckiego siostrzeńca, z całym tym jego "Najwyższym" i "Admirałem Atlantyku".
Wciśnięty między Francję i Rosję, bojąc się obydwu mocarstw, kajzer już dawno podjął decyzję, by jednym tytanicznym ciosem powalić pierwszego przeciwnika, a następnie zwrócić się przeciwko Rosji i ją również zniszczyć. Najprostszym sposobem rozprawienia się z Francją była inwazja przeprowadzona z terytorium dwóch neutralnych państw - Luksemburga i Belgii. Kajzer był przekonany, że Wielka Brytania nie dotrzyma postanowień traktatu i nie będzie bronić Belgii. Porozumienie między tymi dwoma krajami to jedynie "świstek papieru", a jego matka była ukochaną siostrą króla Edwarda. Zdając sobie z tego sprawę, Niemcy zaczęli wznosić toasty za Der Tag. Generał von Moltke miał później zauważyć, że plany wojenne mogą przetrwać tylko do momentu starcia z wrogiem.
Szóstego maja 1910 roku śmierć króla Edwarda położyła kres jego krótkiej, pięknej epoce. Złożony zapaleniem oskrzeli, do samego końca palił jednak cygara, które pogłębiały chorobę. Od księcia Walii król dowiedział się, że jego koń, Witch of the Air, wygrał w Kempton.
- Bardzo się cieszę - powiedział, gdy służący kładli go do łóżka. - Nie poddam się. Zwalczę chorobę.
Zapadł jednak w śpiączkę i przed północą umarł.
I w ten oto sposób z tym wszystkim, co przewidział jego ojciec, musiał sobie radzić król Jerzy. A także Rosie, Christabel, Otylia, Sophie, Sidney, Albert, Archie, Daniel i Ashbridge.
Tego dnia, gdy na Londyn spadła pierwsza bomba, spacerowaliśmy właśnie nad Tarn. Nie mieliśmy jednak pojęcia o jej zrzuceniu, dopóki nie przeczytaliśmy o tym w gazecie następnego ranka. Bombardowanie cywilów sprawiło, że znienawidziliśmy szkopów jeszcze bardziej. Wydawało się nam, że od chwili, kiedy wszyscy martwiliśmy się wojną domową w Irlandii, minęły całe wieki, choć przecież to było ledwie kilka tygodni wcześniej.
Ash ubrany był w mundur khaki i wyglądał bardzo stylowo. Szkolenie sprawiło, że odrobinę schudł i chodził dziarskim, sprężystym krokiem. Szliśmy z przodu, a moje siostry podążały za nami w takiej odległości, by nie musiały czuć się przyzwoitkami i żebyśmy mieli trochę prywatności. Dziewczętom towarzyszyli bracia Asha, Albert i Sidney, czarując je, jak tylko mogli. Dzięki temu również i moja matka mogła odpocząć od roli przyzwoitki, co zresztą było korzystne i dla nas, ponieważ matka była zauroczona Ashem. Gdyby przebywała z nami, zdominowałaby rozmowę, a może nawet kokietowałaby go. Zepsułaby całą przyjemność.
Było wietrznie i zimno, ale ja zawsze lubiłam te bezchmurne jesienne dni. Złote liście spadały z drzew i unosiły się w powietrzu, a tafla wody była pomarszczona. "Drzewa łkały żółtymi liśćmi", jak napisałam w jednym ze swoich ówczesnych wierszy. Wzięliśmy czerstwy chleb dla łabędzi.
Usiadłam z Ashem na ławce, Otylka, Sophie, Albert, Sidney i Christabel poszli na drugą stronę jeziora. Był z nimi Skoczek, wtedy już powolny, stary pies, który lubił zatrzymywać się co chwila i wszystko dokładnie obwąchiwać. Dostrzegliśmy, że w naszym kierunku idzie Cyganka.
- Do diaska! - mruknął ze znużeniem Ash. Łatwo było przewidzieć, że Cyganka będzie się nam naprzykrzać.
Była młoda, miała pewnie nie więcej niż piętnaście lat, ale na biodrze niosła maleńkie dziecko owinięte szalem. Cyganie rządzili się własnymi prawami. Wiedli równoległy do naszego żywot, o którym niewiele wiedzieliśmy. Kiedy zjawiali się ze swymi kucami, pięknymi wozami, wychudłymi, wesołymi pieskami i przerażającą watahą dzikich dzieci, można było spodziewać się wzrostu liczby kradzieży. Spod drzwi znikały butelki z mlekiem oraz grabie, a nawet mosiężne dzwonki. Ash zawsze chciał widzieć w ludziach ich najlepszą stronę i mówił, że nasilenie kradzieży wynika stąd, że drobne miejscowe złodziejaszki wykorzystują przybycie Cyganów, bo i tak wszystko automatycznie pójdzie na ich rachunek.
Często byli to bardzo użyteczni ludzie. Potrafili naprawić niemal każdy metalowy przedmiot i świetnie ostrzyli noże. Mieli koła szlifierskie, które obracały się w korycie z wodą; ustawiano je na ulicy, tak by pomywaczki mogły wybiec na chwilę na dwór i wrócić do kuchni z idealnie ostrymi nożami. Również ogrodnicy korzystali z ich usług, przynosząc siekiery, sierpy i inne narzędzia. Cyganie zabierali wszystkie metalowe części, których nie dało się już naprawić. Część z nich nazywano włóczęgami i to ich najczęściej obwiniano o kradzieże. Wydawało się, że nie mają żadnego zajęcia. Cyganie prowadzili też objazdowe wesołe miasteczka, z którymi jeździli po kraju i zbierali takie plony, jakie się dało. Zawsze mijali nasz dom, gdy przychodziła pora zbierania chmielu w Weald. Mężczyźni szli u boku kuców, prowadząc je za kantary, a dzieci co chwila zeskakiwały z wozów i wskakiwały na nie z powrotem.
Dziewczyna była Romką. Romowie mieli własny język i czasem, gdy nie byli pewni, czy ktoś ich nie podsłuchuje, milkli albo przeciwnie - zaczynali gadać tak zawile, że nikt nie był w stanie ich pojąć. Była śniada, miała lśniące kruczoczarne włosy i wielkie okrągłe złote kolczyki w uszach. Jej oczy były tak ciemne, że nie dało się zobaczyć źrenic. Miała na sobie luźną szkarłatną suknię wyszywaną czernią i złotem, a do tego dobrze dobraną kamizelkę. Gdy Daniel pokazał mi po wojnie zdjęcia z Indii, uderzyło mnie podobieństwo Hindusek do naszych Romek. Dziewczyna wyglądała cudownie i egzotycznie, choć była rzecz jasna przemarznięta i brudna.
Stanęła przed nami, wyciągając w kierunku Asha gałązkę.
- Dzień dobry. Biały wrzos na szczęście - powiedziała.
Ash spojrzał na nią z odrobiną ironii i spytał:
- Nie powinien teraz zakwitać? Skąd mam mieć pewność, że to naprawdę biały wrzos?
Skrzywiła się zatroskana i powiedziała:
- Czasy ciężkie. Dziecko u mnie.
- Jak się nazywa? - spytał Ash.
- Ona Sinnaminti. Mam inną chavi, Nilly-Lisbee, i jest też chal, co się nazywa Awkie.
Byliśmy zdumieni.
- Ale przecież sama jesteś jeszcze dzieckiem! - wykrzyknął Ash.
Dziewczyna zdmuchnęła pukiel włosów zasłaniający jej twarz i wzruszyła ramionami:
- Nawet jak, to kocham ich. Będą więcej, jak Bóg przyzwoli.
Można było niemal poczuć, jak mięknie serce Asha. Był taki dobry i wrażliwy. Sięgnął do kieszeni i wyjął dwa szylingi. Oczy dziewczyny zapłonęły i mimowolnie dała wyraz radości. Pospiesznie wzięła monetę i ukryła gdzieś w okolicy talii. Następnie wcisnęła Ashowi wrzos do ręki.
- Dłoń mą srebrem okryj, a odczytam twoją dolę - wyrecytowała. Widziała, że Ash jest zbity z tropu, więc po chwili dodała: - Rękę. Mam dar. Odrodzinny. Mam go po matce.
- Ale ja przed chwilą okryłem twą dłoń srebrem - odparł Ash.
- W rzeczy samej, panie, to było za wrzos.
Ash wyjął z kieszeni sześć pensów, których ciężar go uwierał i których z chęcią by się pozbył. Cyganka pokręciła głową.
- Musi być srebrne!
- Srebrne?
- Pensy to miedź. Musi być srebrne.
- Więc gdybym ci dał dwadzieścia gwinei w miedziakach, to byś ich nie wzięła?
- Wzięłabym, panie, w rzeczy samej, ale nie mogłabym odczytać twej doli. Musiałabym udawać, panie.
Poszperałam w torebce i wyjęłam srebrną trzypensówkę, którą w mgnieniu oka schowała. Wzięła moją rękę i wodziła palcem po liniach w jej wnętrzu. Poczułam zapach tej dziewczyny. To było coś bardzo aromatycznego, ale nie byłam w stanie dokładnie tego określić. Spojrzała na dolną krawędź mojej dłoni i zmarszczyła brwi.
- Dożyjesz, pani, średniego wieku - powiedziała. - Porodzisz, pani, dwa i pół dziecka, będziesz chora, ale nie śmiertelnie, i musisz, pani, dbać o swe serce. Twe serce słabe, panienko.
- Dwa i pół dziecka? Co to u licha ma znaczyć!? - zawołałam.
- Czytam, co czytam, panienko. - Wzruszyła ramionami.
Ash spojrzał na mnie czule.
- Wspaniale będzie mieć dzieci. Zacznijmy już myśleć nad imionami.
Wyciągnął dłoń do dziewczyny. Przez kilka chwil dokładnie ją oglądała, a potem, zupełnie nagle, odepchnęła ją jak oparzona.
- Nie mogę jej odczytać - powiedziała.
- Proszę - nalegał Ash.
- Nie, panie, nie mogę. Lepiej dla pana, żeby nie pytał.
Sięgnęła pod ubranie, odnalazła trzypensówkę i zwróciła mi ją. Podniosła dziecko wyżej i wydała dziwny odgłos, płynący z gardła, który zabrzmiał jak zduszone łkanie, zwróciła na Asha załzawione oczy i powiedziała coś jakby:
- Taki rinkeno kuramengro16. Niech Bóg ma was oboje w opiece.
Odeszła w pośpiechu w stronę Tarn, mijając moje siostry, które uniknęły białych wrzosów i przepowiedni.
Zerknęłam na Asha, a on wyczuł moje spojrzenie i parsknął:
- Dwa i pół dziecka! I co jeszcze?
- Jak myślisz, co zobaczyła na twojej dłoni?
- Wszystko to jedna wielka hucpa - powiedział Ash. - Nic nie zobaczyła i tyle.
- To dlaczego była taka zdenerwowana?
- Bo się jej przywidziało. Ludziom przesądnym jeszcze łatwiej oszukać samych siebie niż innych.
Siedzieliśmy przez chwilę bez słów. Liście wirowały, spadając w czarną otchłań Tarn, a kaczki na trawiastym brzegu strząsały wodę z piór. Zadrżałam, ogarnięta nagłym przygnębieniem, serce przygniótł mi jakiś ciężar.
- Tak, robi się zimno. Wracajmy już - powiedział Ash.
Kupiłam niedawno figurkę Maryi Panny; trzymałam ją pod łóżkiem, zawiniętą w kawałek materiału. Nie chciałam, żeby reszta rodziny się o tym dowiedziała. Jesteśmy anglikanami, to by się im nie spodobało, mogliby nawet pomyśleć, że zostałam papistką. Ale kocham Najświętszą Panienkę. Ta, którą mam, ubrana jest w błękitną szatę ze złotym brzegiem. Ma niebieskie oczy, blond włosy, różane usta. I bose stopy. Trzyma Dzieciątko Jezus, również z jasnymi włosami, niebieskimi oczyma i różowymi policzkami. Jezusek w prawej dłoni ściska złote jabłko i patrzy poważnym wzrokiem. Jego lewa ręka spoczywa z niezwykłą czułością na nadgarstku matki. Wiele lat później Daniel zwrócił mi uwagę, że w rzeczywistości Maryja była Żydówką z Palestyny, więc najprawdopodobniej była śniada. Nic nie odpowiedziałam, ale myślę, że Najświętsza Panienka ukazuje się każdemu tak, by łatwiej mógł ją pojąć. Dlatego też nie byłam zgorszona, gdy zobaczyłam kiedyś na fotografii z Afryki wizerunek czarnej Maryi, a na zdjęciach z Singapuru skośnookiej.
Tamtej nocy wyjęłam figurkę z ukrycia i postawiłam na stoliku u wezgłowia łóżka. Prosiłam ją, by wstawiła się za Ashem i obroniła go przed tym, co ujrzała Cyganka. Miałam nadzieję, że uda mi się go uchronić, jeśli tylko będę modlić się za niego co wieczór. Postanowiłam więc to robić, nawet jeśli będę bardzo zmęczona albo będzie za zimno.
W drugi dzień świąt 1914 roku z rana padało. Bijące o szyby krople zbudziły Rosie. Twarz miała zmarzniętą, ale otulone kołdrą ciało było ciepłe. Kominek zdążył już wygasnąć od poprzedniego wieczoru i dawał niewiele ciepła. Na zewnątrz nadal było ciemno, Rosie leżała więc w łóżku, myśląc o Ashbridge'u we Francji. Z całą pewnością był teraz na dworze, w okopie. Zastanawiała się, jak można znieść siedzenie tam w taką pogodę. Przypomniała sobie, że to dzień świętego Stefana, pierwszego chrześcijańskiego męczennika. Ubrała się w łóżku.
Teraz, gdy wszyscy służący płci męskiej odeszli, w domu panowała cisza. Kiedy Rosie zeszła na dół, choinka wydała jej się pozbawiona życia, nie paliły się świeczki, a prezenty zniknęły. Wstała tego dnia jako pierwsza z rodziny, słyszała jednak, jak Cookie i Millicent krzątają się w kuchni. Usiadła w salonie, obserwując powolne świtanie, i poczuła się całkiem bezradna.
Tego ranka sumiennie napisała listy z podziękowaniami, a potem włożyła płaszcz, kapelusz rybacki i poszła do sąsiadów, zobaczyć się z państwem Pendennisami. Matka Asha była bardzo blada i poruszona, ale robiła, co mogła, żeby się opanować.
- Moja droga, chyba będę musiała się z tym pogodzić, czyż nie? - powiedziała. - Mam tam trzech synów i mało prawdopodobne, żeby wszyscy wrócili, prawda? Zauważyłaś może, że rodzice wszystkich zmarłych chłopców utworzyli już coś w rodzaju klubu?
- Pomagają sobie w różnych codziennych sprawach - odparła Rosie. - W pewnym sensie to miłe, choć takie smutne, prawda?
- Martwię się o męża - wyznała pani Pendennis. - Pali jak smok, przez co cierpi na ataki kaszlu. Twierdzi, że pomaga mu to oczyścić płuca, ale wątpię, żeby to cokolwiek dawało.
- Tonący brzytwy się chwyta, czyż nie? - powiedziała Rosie.
Nazajutrz, w dzień świętego Jana Ewangelisty, rozpętała się ogromna wichura. Rosie znów rozpaczliwie bała się o Ashbridge'a, na samą myśl, że i u niego może być taka pogoda. Pani McCosh, wrażliwa na zmartwienia córki, nie chciała zostawiać jej bez zajęcia, wysłała więc Rosie na pocztę, z której dziewczyna wróciła przemoknięta do suchej nitki i potargana. Ponieważ Millicent była bardzo zajęta, Rosie sama rozpaliła w kominku w salonie i przyklękła, żeby się wysuszyć. Nie potrafiła znieść myśli, że Ash jest przemoczony i znajduje się pod ostrzałem, nie mając gdzie się schronić ani ogrzać. Wpatrywała się w płomienie, jakby można było coś z nich wyczytać.
Sięgnęła po książkę, ale nie mogła się skoncentrować na lekturze. Napisała do Poetry Bookshop z pytaniem, kiedy ukaże się nowy zbiór poezji georgiańskiej, a następnie usiadła nad antologią z lat 1911-1912. Pominęła dość napuszone utwory Lascellesa Abercrombiego i Gordona Bottomleya i przeszła od razu do pięciu autorstwa Ruperta Brooke'a. Jakże dziwnie było czytać długi wiersz na temat tęsknoty za pewnym miejscem w Anglii, napisany w Niemczech. Grantchester należał do tych utworów, których nie można by już napisać. Chyba że we Francji. Rosie zastanawiała się, ilu żołnierzy pisze wiersze. Asha raczej o to nie posądzała.
Cztery razy przeczytała Pył, następnie wstała i zaczęła go czytać raz jeszcze, tym razem na głos, chodząc po salonie. Gdyby jedno z nich miało umrzeć, ten wiersz z pewnością byłby właśnie o nich. Podobała jej się fraza: "Straszliwa ognia naszego gwałtowność". Taka właśnie była ta rozpaczliwa namiętność. Przeczytała też Rybę i dostrzegła, jak inteligentnie kaskadę dystychów spajały zgrabne przerzutnie. Sama chciałaby napisać równie znakomity wiersz. Miasto i wieś jej nie zajął, bo dotyczył miłości, która się ulatnia, a w takie rzeczy Rosie nie wierzyła. Herbatka w jadalni wydała jej się dziwna i niezrozumiała, wróciła więc do lektury Pyłu. Następnie przerzuciła kartki do strony siedemdziesiątej pierwszej i zaczęła czytać Słuchaczy Waltera de la Mare'a. Był to jak dotąd naprawdę najlepszy wiersz w tym tomiku, lepszy nawet od Pyłu. Rosie znów pomyślała, że chciałaby pisać tak wspaniałą poezję. Wiedziała, że gdzieś w głębi niej kryją się wiersze, gotowe, by zaistnieć. Miała niejasne przeczucie, że musi tylko chłonąć poezję oczyma, a pewnego dnia wiersze zaczną wypływać spod jej dłoni. Poszła po nóż do papieru, który leżał na biurku ojca, i zaczęła starannie przecinać pozostałe strony.
Wieczorem pani McCosh, Rosie i Christabel poszły na brydża, a gdy wracały, wiatr wywinął parasolkę matki i zniszczył ją.
Dwudziestego ósmego Rosie nie mogła już dłużej znieść męczarni siedzenia z założonymi rękami i zamartwiania się. Postanowiła iść do baraku Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej, by sprawdzić, czy mogłaby się do czegoś przydać, ale okazało się, że nie. Co w takim razie miała ze sobą zrobić? Wybrała się znów do państwa Pendennisów. Pani domu spytała ją o braci Pitt, którzy niegdyś mieszkali po drugiej stronie domu McCoshów. Chciała się zorientować, czy Rosie wie, co u nich słychać. "Nie, ale zapewne matka coś słyszała" - odparła dziewczyna, a w drodze do domu przypomniała sobie, jakim strasznym łobuziakiem był mały Daniel Pitt, prawdziwy specjalista od wszystkich niewybrednych żartów i psikusów tak uwielbianych przez chłopców. Kiedyś wystrzelił w nią z procy zgniłą śliwkę, która rozbryznęła się na jej sukience. Mimo to bardzo go lubiła. Wspomniała też starszego brata, Archiego, i pomyślała, że chciałaby ich znów zobaczyć, po tylu latach. Zapewne obaj też walczyli gdzieś na wojnie.
Rosie przeżyła dwudziesty dziewiąty i trzydziesty grudnia we mgle odrętwienia. Trzydziestego pierwszego znów gwałtownie padało i ponownie zaczęła się zamartwiać o Asha. Tego wieczoru państwo Pendennis przyszli na kolację, a potem wszyscy zasiedli do brydża i grali do wpół do dwunastej. Jak zwykle podczas wojny, serdecznością i rozmownością starali się odwrócić od niej uwagę.
Rozpoczęcie nowego roku odśpiewaniem Auld Lang Syne było trudne i bolesne. Pan McCosh wzruszył się i wstał, by cytować Roberta Burnsa, a potem zaintonował The flowers of the forest. Pendennisowie poszli do domu w ponurym nastroju.
Kolejne dni nowego roku się wlokły. Rosie wciąż chodziła do siedziby YMCA, ale nie znaleźli tam dla niej żadnego zajęcia. Matka, jak zwykle o tej porze roku, analizowała domowe wydatki i stała się niemożliwa. Rosie chodziła na herbatki i goście przychodzili na herbatki, wybierała się na zakupy i w odwiedziny do pani Pendennis. Piątego stycznia stwierdziła, że jedyne, co może zrobić w tej sytuacji, to pójść do wiejskiej izby chorych, ale zorientowała się, że ciągle wchodzi tam komuś w drogę i czuła się nieswojo wśród ludzi, którzy tak naprawdę nie chcieli z nią rozmawiać. Widoki, a zwłaszcza odgłosy, były straszniejsze, niżby mogła to sobie kiedykolwiek wyobrazić. Rozumiała, że za jej przerażeniem kryje się egoizm, nigdy bowiem nie myślała o ofiarach, a jedynie o tym, że coś mogłoby się stać jej Ashowi. Wiedziała oczywiście, że choćby oślepł i stracił nogi, a jego ciało pokryłyby oparzenia, i tak by za niego wyszła i kochałaby go, ale martwiła się tym, jak on by to zniósł. Była przekonana, że wolałby zginąć, niż stać się jak ci ranni, których tu zobaczyła - nawet gdyby miała go nigdy nie poślubić.
W piątek ósmego stycznia Rosie dowiedziała się, że zginął mąż pani Crow, wybrała się więc z matką do wdowy, by zanieść jej trochę czarnych rzeczy. Pani Crow była zbyt zrozpaczona, żeby je sobie sprawić. Rosie poczuła się całkiem bezradna w obliczu tak wielkiej rozpaczy, mimo to postanowiła, że będzie codziennie odwiedzać wdowę, jeśli ta na to przystanie.
Jedenastego znów lało jak z cebra, a Rosie przypomniała sobie, jak Ash zwykł żartować, że w Anglii leje czasem co najmniej jak z balii. Czternastego okazało się, że syn pani Burman, Bill, został ranny i leży w szpitalu lady Meynell. Pani McCosh niezwykle się tym przejęła i postanowiła natychmiast się tam udać, miała bowiem nadzieję, że spotka samą lady Meynell. Nie zastały jej z Rosie, ale za to Bill Burman był w wyśmienitym nastroju. Miał roztrzaskane kolano i już zawsze miał chodzić sztywnym krokiem, bo tak go poskładali chirurdzy. Bill martwił się teraz przede wszystkim, jak to wpłynie na jego grę w golfa. Rozbrat z tenisem był oczywisty. Siedemnastego stycznia Vera Burman zajrzała na podwieczorek i powiedziała Rosie, że jej odwiedziny są dla Billa prawdziwym ukojeniem i że chłopak ogromnie ich wyczekuje. Rosie odparła, że bardzo chciałaby pracować w szpitalu, bo bezczynność jest dla niej nie do zniesienia.
W niedzielę dwudziestego trzeciego padał śnieg i była mgła. Rosie musiała rozbijać rano lód na powierzchni wody w dzbanku, zanim mogła się obmyć. Pani McCosh zauważyła, że takiej pogody nie było od czasów wielkiej śnieżycy w 1881 roku. Christabel, Otylia, Sophie i Rosie zaczęły lepić w ogrodzie wielkiego bałwana, ale w przerwach musiały wpadać do domu, by się rozgrzać. A jeśli tak samo pada teraz na Asha?
- Nie martw się - powiedziała Otylia. - W taką pogodę nikt by nie walczył.
W nocy przyszła odwilż i wspaniały wielki bałwan zupełnie stracił kształt.
Dwudziestego piątego pani McCosh poszła do Holdersa, żeby zapytać o naprawę i wycenę skrzypiec. Grała na nich tylko wtedy, gdy w domu nie było nikogo poza służbą - już dawno przestała zabawiać grą gości. Miała prawdziwy talent i bardzo uczuciowy styl. Dziewczynki uwielbiały czasy, gdy wracały do domu, zastawały zamknięte drzwi, szukały kluczy i mogły posłuchać matki, grającej w pokoju dziennym. Pani McCosh opierała nuty o Biblię na pulpicie i rzucała się w wir utworów Kreislera. Teraz, gdy rozgorzała wojna i pani McCosh szczególnie niepokoiła się losem Ashbridge'a, grywała częściej niż zwykle, choć tylko służący mogli się tym cieszyć. Znali na pamięć każdą nutę Schön Rosmarin.
Dwudziestego siódmego Sidney Pendennis przyjechał na przepustkę. Mówił, że Albert i Ashbridge mają się dobrze. Przywiózł listy od Asha i dziwny podarunek w postaci niemieckiego pocisku, który idealnie wbił się w angielski, tak że całość wyglądała jak krzyż świętego Andrzeja. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że to przepiękna, choć osobliwa biżuteria. Rosie odłożyła krzyż do szkatułki, gdzie spoczął obok kółka do firan, pierwotnego symbolu ich zaręczyn.
Kolejny list przyszedł od samego Ashbridge'a. Pisał w nim, że - po iluż to latach? - miał okazję natknąć się na Daniela Pitta. Donosił, że Daniel służy w Królewskim Korpusie Lotniczym, jako nowicjusz, i był zmuszony lądować niedaleko okopów Asha, na ziemi niczyjej. Najwyraźniej ukrył się w wyrwie po pocisku i został tam aż do zmierzchu, w tym czasie zaś Niemcy zupełnie rozwalili jego samolot. Rosie wspominała przez chwilę, jak pewnego razu Daniel okutał się w prześcieradło i w biały dzień udawał ducha, co nie było ani trochę przerażające.
Dwudziestego ósmego Rosie poszła wraz z matką na Victoria Station powitać bardzo liczny konwój uchodźców z Belgii. Wzięły udział w ogólnym przeglądzie i przydziale. Biedni uciekinierzy byli wymizerowani i zdezorientowani, ale też do głębi wdzięczni za ciepłe przyjęcie. W drodze powrotnej pani McCosh dowiedziała się, że jej skrzypce warte są dziewięćdziesiąt funtów. Była to niezwykle dobra wiadomość, pośród całego tego mroku, który roztaczały listy rannych i poległych. Rosie wybrała się na kolację do pana Pendennisa i "mamy" Pendennis. Wspólnie udało im się na kilka godzin stworzyć kruchą ułudę radości i optymizmu. Przed wyjazdem Ashbridge wymyślił kod, dzięki któremu z jego ostatniego listu zdołali się dowiedzieć, że wcześniej przebywał w miejscu o nazwie Sanvic, a teraz jest w Kemmel.
Nr pułkowy 1967
Nr karabinu 1695
Szer. Ashbridge Pendennis
Nieprzytomny, chory i wycieńczony, zanim dotarliśmy do Kemmel. Chyba nigdy nie czułem się gorzej. W mozolnym marszu dla szkopów na wzgórzu widoczni jak na dłoni. Nie mam pojęcia, czemu nas nie wykosili. Cud.
Zbesztano oficerów. Wjechały wagony bydlęce, potem autobusy, które wciąż miały z boku napis "Główne Londyńskie Towarzystwo Omnibusowe", ale później to już było wleczenie się przez błoto i deszcz, mila za milą, z karabinem, amunicją, peleryną, bukłakiem i zapasami. Zbolały i drżący, pociłem się i zamarzałem. Dół szynela całkiem przesiąknięty błotem. Okrutnie ciężki. Sidney, Albert i ja musieliśmy właściwie nieść się nawzajem. Dzięki Bogu byli ze mną. Doszliśmy na miejsce, osunęliśmy się i zasnęliśmy, nie zdejmując pasów parcianych. Słychać było bombardowanie niedaleko stąd. Pierwszy raz pod ostrzałem, zbyt zmęczeni, by się tym przejmować. Bardziej wysportowany od innych, bo zawsze nabijali się, że jestem jankesem, więc ćwiczyłem twardo, żeby być dużo lepszym. Martwiłem się o to, kiedy w końcu będę miał okazję wyzerować broń. Myślałem: "Po co mi ten karabin, jeśli wyceluję i nie trafię?". Inni goście cierpieli na tę samą obsesję.
Karabin stary, ale dobry. Przyjemny w dotyku. Poprzedni właściciel musiał go uwielbiać. "PLG" maleńkimi literami na korpusie, dużo wosku albo pasty do butów wtartych w drewno. Lśni ciemnym brązem. Lufa w idealnym stanie, bez najmniejszego wgłębienia. Zamek chodzi jak marzenie. Zawsze trzeba sprawdzać, czy czasem w wylocie lufy nie ma błota, bo jeśli tak, to karabin może eksplodować w rękach. Posłuchałem rady i wetknąłem tam maleńki korek z buteleczki po lekarstwach. Martwię się tym korkiem prawie tak jak samą bronią.
Ciekawe, kim był ten PLG i czy żyje. Myślę o nim jako o stróżu. Jeśli nie żyje, to mam nadzieję, że czuwa nade mną i nad swoim lee-enfieldem. Boję się, że gdy nadarzy się okazja, by w końcu strzelić do jakiegoś fryca, zrobi mi się go żal i stchórzę. Może wyceluję w ziemię i dam mu zwiać.
Jak tylko stajesz się częścią oddziału, łapiesz jego zwyczaje. Tradycja jest jedną z tych rzeczy, które was spajają. To tak jak te wszystkie historie rodzinne, które gdzieś krążą, i zdaje ci się, że to, co przytrafiło się kiedyś babce, przytrafiło się tak naprawdę tobie. Muszę to kiedyś spisać.
Okopy po Francuzach. Same kanały ze szlamem. Żadnego drutu, żadnych worków z piaskiem, żadnych nasypów, żadnych okopów łącznikowych. Zbyt płytko, więc trzeba siedzieć w błocie, przy odrobinie szczęścia znajdzie się ciało jakiegoś Francuza, na którym da się spocząć. To z początku dziwne i niepokojące, ale przyzwyczaiłem się już do tego westchnienia, jakie wydają trupy, gdy się na nich siada.
Głęboka dziura w okopie wypełniona wodą; zapominam, że tam jest. Zatapiasz się w niej po kolana. Dobra, żeby zmniejszyć grubą na pół cala warstwę błota pokrywającą płaszcze. Niech szlag trafi maszerowanie w szynelach. Część chłopaków odcina poły.
Niemiecka linia frontu jest wyżej niż nasza, ledwie sto jardów stąd. Szkopy zawsze stacjonują wyżej, bo zwyczajnie pierwsi docierają na miejsce. Podczas wymiany ognia zawsze mają nad nami przewagę, ale wydaje mi się, że tyle samo ludzi tracimy wskutek chorób. W tym lekarza.
Śnieżyło, były przymrozki, ale głównie padał deszcz. Robota w nocy, odsypianie popołudniami, czasem drzemka, dosłownie dwie minuty w wirze pracy. Nie da się spać z manierką i pasami parcianymi, a nie wolno ich zdejmować. Nieprzemakalna płachta jest za mała, więc śpisz na siedząco z hełmem na głowie, a krople deszczu spadają na ramiona. Na linii frontu nie wolno nam zdejmować butów ani skarpet. Owijacze zostawiają okropne ślady na nogach. Zresztą to i tak kiepski pomysł, żeby zdejmować buty w taką zimnicę, zamarzają na kość. Nie dałoby się ich później włożyć.
Codziennie o świcie na stanowisku strzeleckim. Noc schodzi na przygotowaniach, więc to najlepszy moment, by atakować. Fryc robi oczywiście dokładnie to samo i do żadnej ofensywy nie dochodzi. Snajperzy i ogień artyleryjski za wszystkimi ofiarami. Prawdziwe ataki rzadkie jak śnieg w lipcu.
Zanim tu dotarłem, w wyniku działań wroga, wyziębienia, wyczerpania i odmrożeń nasz pułk stracił dwunastu oficerów i dwustu pięćdziesięciu szeregowców. Zastąpiono ich królewskim fizylierami szkockimi. Chłopcy jedli tylko konserwy wołowe. Puszki otwiera się bagnetami.
Dzięki Bogu za przydział rumu. Ten specjał marynarki wojennej rozgrzewa cię od stóp do głów i z powrotem. Szczerze nienawidzę wszystkich podoficerów, którzy próbują mi go zwędzić.
Rum i papierosy; chyba tylko dla tych dwóch rzeczy żyje żołnierz. Wymieniam papierosy na rum i uważam, że to cholernie dobry interes.
W drugiej połowie stycznia nie daliśmy rady utrzymać linii frontu. Straciliśmy zbyt wielu żołnierzy. Ludzie z transportu szli na ochotnika i walczyli za tych, którzy polegli.
Zaczynam myśleć, że w młodych ludziach tkwi coś, co sprawia, że chcą ginąć, i to z klasą, mimo że są w kwiecie wieku, mimo że nie mają jeszcze dość. A może wojna jest po prostu tak okrutna, że perspektywa śmierci kusi? Może jest jakaś ulga w tym, że nie trzeba stawiać czoła przyszłości? W którymś momencie i tak trafimy na stertę śmieci, więc co za różnica, kiedy nas tam cisną? Niezły ze mnie filozof, co?
Ale wcale tak nie myślę. Mam dla kogo żyć - jest Rosie. Powiedziałem jej, że jestem jej aniołem, ale prawda jest taka, że to ona mnie strzeże. Wiem też, że jeśli zginę, nigdy jej nie rozczaruję. Nigdy nie będzie mnie miała dość. Nigdy się nie pokłócimy. Zostanę młody, silny, przystojny - na zawsze. Nie zobaczę też, jak ona się starzeje. Nie zamierzam umierać, ale może to lepsze, niż ją zawieść. Jeśli umrę, przetrwa mój obraz.
Trudno sobie wyobrazić, że jest się martwym, bo przecież wyobrażając to sobie, ciągle istniejemy. Tylko tak jesteśmy w stanie patrzeć na śmierć swoich druhów i dalej to ciągnąć. Jeśli myślę o śmierci, to i tak nadal jestem u boku Rosie.
W dzień Bożego Narodzenia, kiedy Ash przyszedł się pożegnać, padał śnieg. Świeczki rozświetlały choinkę, a bombki się skrzyły. Na samym czubku tkwił bardzo stary, sfatygowany anioł. Wysłużony od wieloletniego użytkowania, roztaczał teraz atmosferę dawnych, lepszych czasów, które odeszły na dobre. Nie otworzono jeszcze prezentów, ponieważ zwyczaj był taki, że robiło się to po popołudniowej herbacie, a nie z rana po kościele, jak u większości rodzin. Nazywano to "wieczorną pocztą", a służący mieli przykazane, żeby nie przeszkadzać. Oni dostawali prezenty rano.
Pani McCosh i siostry Rosie postanowiły zrezygnować z konwenansów i zostawiły Asha sam na sam z ukochaną w salonie przy kominku. Ash miał na sobie mundur khaki. Wyglądał bardzo elegancko i stylowo. Emblemat na czapce Honorowej Kompanii Artyleryjskiej był dla Rosie dość zagadkowy. Tego dnia Ash wydawał jej się szczególnie piękny, a jego szare oczy błyszczały entuzjazmem. Nie mógł się doczekać, kiedy wyruszy na wojnę. Jego ruchy były pełne energii i determinacji, pachniał wodą kolońską i - jak ująłby to Homer, opisując jednego ze swych herosów w chwili największej chwały - wydawał się "równy bogom" . Wręczył Rosie pakunek, życząc jej wesołych świąt.
- Co to takiego? - spytała Rosie, choć wyczuwała przez papier ramę obrazka.
- Otwórz go, jak wyjadę.
Zerknęła w dół i odparła:
- Widać, że sam pakowałeś.
Usiedli naprzeciw siebie pochyleni, trzymając się za ręce i stykając czołami. Łzy Rosie spadały na ich splecione dłonie, a Ash tylko szeptał:
- Moja kochana, kochana, najmilsza.
Rosie zadławiła się i nagle wybuchła:
- Myślę, że już nigdy nie wrócisz!
- Wrócę, wrócę, wrócę na pewno. Nigdy cię nie zostawię. Nawet jeśli umrę, to i tak cię nie zostawię. Nawet jeśli zginę, wrócę i znajdę jakiś sposób, żeby z tobą być, przysięgam. Przysięgam. Będę cię kochał po wsze czasy. Nic mi w tym nie przeszkodzi, nawet śmierć. Znasz to arabskie przysłowie o idealnym małżonku, który strzeże duszy ukochanej? Będę stróżem twojej duszy, Rosie.
- A ja twojej - odparła. - Nigdy nie pokocham nikogo innego. - Spojrzała mu w oczy, a po policzkach płynęły jej łzy.
Wyciągnął rękę, zebrał kilka łez w dłoń, po czym podniósł je do ust.
- Nie powinnaś tak mówić - powiedział. - Jeśli nadejdzie najgorsze... nie chciałbym... nie odmawiaj sobie tego. Będziesz wspaniałą matką.
Spojrzała mu prosto w oczy, które tego dnia wydawały się wyjątkowo piękne, i powiedziała:
- Przysięgam, że w moim sercu nigdy nie będzie nikogo poza tobą. Nikogo.
- I ja przysięgam ci to samo - odparł. - Ale nie powinnaś mi składać takiej obietnicy. Nie zgadzam się na to. Jeśli umrę, musisz mieć szansę, by zostać matką, mieć rodzinę, być szczęśliwa. - Wstał i gestem poprosił, by zrobiła to samo.
Przez przeszklone drzwi wyszli z salonu do oranżerii na tyłach domu. Stamtąd można było zejść po schodkach do ogrodu. Ash zatrzymał Rosie, tak by mogła patrzeć na ogród, i zszedł na dół. Śnieg przestał padać, a trawnik okrywała piękna lśniąca płachta.
Ash wszedł na zaśnieżony trawnik i położył się na plecach. Wyciągnął ręce, zgarniając nimi śnieg w górę i w dół, dwa czy trzy razy. Potem ostrożnie wstał, otrzepał się i wrócił po schodkach do oranżerii. Stali obok siebie, spoglądając w dół na ślady w śniegu.
- Wygląda jak anioł - powiedziała Rosie.
- Bo to jest anioł. Śnieżny anioł. Robiliśmy je dawno temu w domu, w Baltimore, gdy byłem dzieckiem. To amerykański wynalazek.
- Według ciebie wszystko wynaleźli Amerykanie.
- A widziałaś wcześniej coś takiego?
- Nie.
Ash wskazał anioła ruchem podbródka.
- Zawsze myśl o mnie jak o swoim aniele. Będę nad tobą czuwał. Jak twój anioł stróż.
Rosie poczuła się nieswojo, była zbita z tropu.
- Lepiej już pójdę, kochana - powiedział Ash. - Pociąg nie będzie na mnie czekał, a to porządny spacer, szczególnie z bagażem pełnym brzytew, skarpet i bandaży polowych. Umówiłem się na stacji z Sidneyem i Albertem.
- Możemy posłać po dorożkę - zaproponowała.
- Nie, to by zajęło zbyt wiele czasu, poza tym myślę, że powinienem mieć jakąś rozgrzewkę - odpowiedział Ash. - Jestem pewien, że przede mną długie marsze. Zanim pójdę, chciałbym ci coś wyrecytować.
- Wyrecytować?
- Właśnie tak. Znalazłem to w zbiorze georgiańskiej poezji, który tak uwielbiasz, i nauczyłem się na pamięć, więc mogę ci go teraz powiedzieć.
- Czy to Rupert Brooke?
- Mhm. Zobaczymy, czy rozpoznasz.
Zacisnął usta, przypominając sobie słowa, a potem wyrecytował:
Tchnij w me powieki cząstkę swą - pospołu
Będziemy mogli zbudować wspólny sen.
To życie, ten oddech przyniosą, zda się, dzień
Najpiękniejszy z tych, co ciążą jak ołów.
Nie mogę żyć już, chyba tylko gdy
Miłość zmuszonym wyznać ci.
Rosie rozpoznała wiersz i podjęła:
Och, unieś nas
Kruchych jak światło gwiazdy srebrem zwiewnej
Albo jak letnie buczenie pszczoły dziś...
- To Harold Monro! Co to? Dziecko Świtu?
- Tak, zgadza się. Sądzisz, że potrafiłabyś tchnąć swą cząstkę w moje powieki? Żebym mógł sprawdzić, co w tym takiego wspaniałego?
Zamknął oczy i pochylił się, a Rosie zbliżyła usta do jego powiek i chuchnęła. Ash otworzył oczy i rzekł:
- To nie jest takie, jak zachwala Monro. Może zamiast tego pozwolisz mi się pocałować?
W końcu poszedł pożegnać się z matką Rosie i jej siostrami, a potem wszyscy zebrali się, by odprowadzić go do drzwi. W teatralnej parodii francuskich manier pocałował w rękę każdą z dziewcząt, a na końcu matkę. Nie za bardzo wiedziała, jak się w tej sytuacji zachować.
- Osobiście napiszę do króla z prośbą, żeby umieścił cię gdzieś, gdzie będziesz bezpieczny - powiedziała, a dziewczęta wymieniły dyskretne uśmieszki. Pani McCosh zawsze pisywała do króla i była niewymownie dumna ze stosiku uprzejmych, wymijających podziękowań od jego sekretarza.
Na koniec Ash ujął obie dłonie Rosie i zaproponował:
- Zaobrączkujemy się w czasie mojej najbliższej przepustki.
Skinęła głową.
- Będę się za ciebie codziennie modlić, zanim pójdę spać.
- Dziękuję, najmilsza - odrzekł. - I niech żyją Kumple!
- Kumple po wsze czasy - odpowiedziała i już go nie było.
Wyszedł na śnieg z bagażem na plecach i czapką na głowie. Pomachał jeszcze w bramie, a Rosie poczuła się trochę dotknięta tym, że tak spieszno mu było do wojaczki, jakby nie mógł się już doczekać. Tacy byli wszyscy młodzi mężczyźni, którzy nagle odnaleźli ten szczególny, doniosły i namacalny sens życia. Rosie nie mogła go obwiniać i żałowała później, że nie powiedziała mu wtedy, jak bardzo jest z niego dumna. Ostatnim wspomnieniem, jakie o nim zachowała, była melodia Laskowego Gilberta. Gwizdał ją, gdy znikał za bramą, wywodząc trele jak kos.
Gdy zniknął, Rosie poszła do oranżerii, żeby spojrzeć na śnieżnego anioła, a za nią podążyły siostry - Sophie, Christabel i Otylia.
- Ash powiedział mi, że jest moim aniołem. To trochę śmieszne.
- Śmieszne w sposób zabawny, czy raczej osobliwe? - spytała Sophie.
- Oczywiście, że osobliwe - odparła Christabel w imieniu Rosie.
- Och, to dobrze - odetchnęła Sophie. - Nienawidzę, gdy nie rozumiem żartów.
Po herbatce Rosie otworzyła prezent od Asha. Była to akwaforta L. Rusta Pożegnanie. Przedstawiała piechura z dawnych czasów z czakiem na głowie i muszkietem przerzuconym przez ramię, który właśnie miał zrobić krok do przodu. Po lewej stronie stała na palcach służąca w fartuszku, obejmując go za szyję z zamkniętymi oczyma. Wyglądała na zrozpaczoną, zrezygnowaną i bezwzględnie oddaną. Nie było pewne, czy piechur całuje ją w nos, czy szepcze jej coś do ucha. Rosie pomyślała, że mówi jej coś w rodzaju: "Muszę iść, naprawdę już czas". Ich ciała idealnie się ze sobą stykały. Obrazek bardzo wzruszył Rosie, przywodząc ją do płaczu. Zaniosła go na górę i oparła o ścianę na biblioteczce, a następnie odnalazła pod łóżkiem Najświętszą Panienkę i postawiła ją przed lustrem. Prosiła o opiekę nad Ashem, a gdy skończyła, zapakowała figurkę z powrotem i umieściła pod łóżkiem.
Włożyła płaszcz, kapelusz i ciepły szal i poszła do kościoła. Dzień był tak mroźny, że zimno przenikało do szpiku kości, ale mimo to kościół był pełen klęczących kobiet. Rosie osunęła się na ławkę obok pani Ottway, której dwóch synów walczyło na froncie. Próbowała się modlić, ale nie mogła powstrzymać się od pociągania nosem.
Pani Ottway wzięła ją za rękę i modliły się wspólnie. Zmówiły Modlitwę Pańską. Później rozbrzmiewały jej w głowie słowa "Bądź wola Twoja" i Rosie przypomniała sobie, że Jezus wypowiedział je w Ogrójcu. Odtąd w trudnych chwilach miała je powtarzać przez całe życie.
Gdy wróciła do domu, przy drzwiach czekał już na nią Skoczek. Tamtej nocy wył żałośnie i nikt z domowników nie był w stanie mu pomóc. Wszyscy, łącznie ze służbą, zeszli na dół w nocnych koszulach ze świecami w dłoniach i zastanawiali się, co począć. W końcu zamknęli biednego staruszka w oranżerii w nadziei, że nie będzie za bardzo niepokoił sąsiadów. Pan McCosh myślał, że Skoczka rozbolał brzuch, ale Rosie powiedziała, że psy wyją tylko, gdy cierpią z powodu rozstroju psychicznego. Od tamtej pory Skoczek często zawodził nocami.
Rosie czekała zaś, ze słabnącą wiarą, na dzień, w którym "pospołu będziemy mogli zbudować wspólny sen".
Jestem Millicent, darujcie, że zabieram głos, i przyszłam do McCoshów jako czternastoletnia smarkula. Zawsze było jasne, że pójdę na służbę i dobrze wiedziałam, że tak się stanie, więc nie narzekam. Matulce i ojczulkowi nie bardzo się wiodło, a matula nigdy nie zapomniała dnia, co przyszła i zobaczyła, jak szczury wgryzają się w twarz mojego maleńkiego braciszka. Tam, gdzie mieszkaliśmy, nie dało się zostawić dziecka samego, przez te całe szczury. Dzięki Bogu maluch zmarł i nie pamiętam go za dobrze, ale matka ździebko zwariowała i już nigdy do końca nie doszła do siebie, a teraz bez ustanku choruje.
Ojciec robił w dokach, był wielkim, silnym gościem. Nie wylewał za kołnierz, ale nie był szurnięty, jak matka. Umiem trochę pisać i czytać, mam też co nieco wykształcenia dzięki szkółce parafialnej dla dziewcząt, i wiem, że odeszłam, gdy miałam dziesięć lat, ale chyba sobie poradziłam nieźle, myślę.
To było kilka dni po rozpoczęciu wojny. Weszłam do pokoju panienki Rosie, myślałam, że jej tam nie ma, ale była. Wypłakiwała sobie oczy, biedulka, i pomyślałam wtedy: "o Boże, pewno ktoś zginął", no i mówię:
- Tak mi przykro, panienko. Czy mam przyjść posprzątać później?
- To ja przepraszam, Millie. Nie chciałam, żebyś widziała mnie w takim stanie - ona na to.
Mówię więc:
- Dobrze się panienka czuje? Mam nadzieję, że to nic strasznego.
A ona:
- Chodzi o papieża. Właśnie zmarł.
Rozejrzałam się dookoła i widzę: zapaliła świecę przed obrazem Matki Boskiej. To mówię:
- Przeszła panienka na rzymski katolicyzm?
- Nie - odpowiedziała. - Ale papież był dobrym człowiekiem i bardzo mnie to zasmuciło. Wiem, to brzmi śmiesznie.
- Nie znam się na tych sprawach - odpowiedziałam.
Panienka Rosie powiedziała mi wtedy, że ten zmarły papież powiedział, że mamy odnowić wszystko w Chrystusie, a najłatwiej dokonać tego przez Maryję Dziewicę, mówiła też, że kiedyś wpuścił do Watykanu tych, których dotknęło trzęsienie ziemi.
Nie miałam pojęcia, co to ten Watykan. Nie chciałam pytać, ale przypuszczałam, że to coś wielkiego.
- Nie mów o tym nikomu - powiedziała panienka Rosie, wskazując Najświętszą Panienkę i świecę. - Matka i ojciec mogliby się zdenerwować, jesteśmy przecież anglikanami.
- Nie pisnę ani słówkiem, panienko. Bo i po co? - powiedziałam.
Nie pytajcie, co jej chodziło po głowie. Nasza panienka Rosie zawsze miała hopla na punkcie Boga. Co niedziela chodziliśmy całą gromadą do kościoła, rano i wieczorem, razem z rodziną, ale myśmy siedzieli z tyłu, a ja ucinałam sobie drzemkę, jak się dało. Zwykle byłam porządnie wykończona.
I tak było lepiej niż u wielu rodzin, co kazały służbie chodzić do innego kościoła, nawet jeśli oznaczało to cholernych kilka mil więcej, słyszałam nawet, że w co bardziej eleganckich domach służący muszą odwracać się tyłem, gdy widzą, że idzie ktoś z rodziny. No, tego to bym już nie zniosła. Ale takie to były czasy, albo byłeś służącym, albo sam miałeś służbę, a bywały i posiadłości, gdzie ważniejsi służący mieli własną służbę. Każdy dom rządził się swoimi prawami, nasz był w porządku, jeśli chcecie wiedzieć.
Gdzieś w najgłębszej, najciemniejszej Francji
3 stycznia 1915
Ma ch?re maman17,
jakże cudownie było spędzić z Tobą święta w South Dawns i quel plaisir18 móc wybrać się na sanki z własną matką! To, że kazałaś mi wciągać obie pary sanek na górę, było jednak z Twojej strony okrucieństwem. Jak miałbym ci to wybaczyć? Może czas uleczy rany.
To bardzo miłe z Twojej strony, że przyszłaś mnie pożegnać na lądowisko. Ależ przestraszyłaś strażników i jak oczarowałaś dowódcę! A nawet jego psa! Byłaś bardzo dzielna, powstrzymując łzy, choć wiedz, że naprawdę nie musiałaś. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że jesteś Francuzką, a to wystarczająca wymówka, żeby okazywać emocje.
Ale, ch?re maman, wiem, co czujesz. Widziałaś, jak moi bracia ruszają do Afryki Północnej, by już nigdy nie wrócić, nie wiemy też, co spotka Archiego w Waziristanie. Musisz być niezwykle samotna i zatroskana. Nawet ja się martwię, znacznie bardziej zresztą niż większość moich kolegów lotników, z których prawie żaden nie wygląda na więcej niż osiemnaście lat. W wieku dwudziestu dwóch lat czuję się nieco mniej niezniszczalny niż oni.
Chcę Ci powiedzieć, dlaczego nie powinnaś się martwić, ale najpierw muszę zrelacjonować to, co wydarzyło się po drodze. Jak wiesz, wracałem myśliwcem z drugim pilotem z przodu i plan był taki, że po drodze odbierzemy małego morane-saulniera w Saint-Omer. Cóż, te dwupłaty to potężne machiny, można na nich polegać i są niezwykle bezpieczne, ale nasz nawalił już niedaleko Gravelines. Jak się okazało, zepsuł się przewód zapłonowy. Ça se passe19. Nie jestem w stanie opisać, jak bardzo się bałem. W panice bezładnie manipulowałem przyrządami, myśląc, że zaraz będę musiał lądować awaryjnie w morzu i rozprawią się ze mną kraby, różne mięczaki i te dziwaczne rekinki. Udało mi się jednak wylądować na samym brzegu morza, na plaży. Dzięki Bogu był odpływ. Razem z drugim pilotem zaciągnęliśmy maszynę w głąb plaży. Pomógł nam w tym krzepki rybak, który najzwyczajniej w świecie sprawdzał, co wyrzuciło morze. Potem zadzwoniliśmy do kwatery głównej dywizjonu. Podczas gdy czekaliśmy na mechaników, właściciele bistra przyjęli nas iście po królewsku. W życiu nie jadłem tak dobrego steku. Bycie w połowie Francuzem będzie tutaj ogromnym plusem. Kokietki będą się na mnie dosłownie wieszały i rano będę musiał dokładnie sprawdzać, czy nie mam jeszcze jakiejś w bucie, jak to robiliśmy ze skorpionami w Prowincji Północno-Zachodniej20. Pogoda sprawia, że z reguły zupełnie nie da się latać, tak więc... pozostaje dużo czasu na piękne Francuzeczki!
Ale do rzeczy. Gdy leci się nad Francją, widać w dole kraj zupełnie nadzwyczajnej urody. Gdzież indziej są takie miasteczka jak Fleury, Poitiers czy Abbeville? Gdzie indziej można znaleźć długie aleje topól i niekończące się rzymskie drogi? I tak cudownie meandrujące rzeki? Albo wytworne châteaux21, które wzniesiono, by nigdy nie zasmakowały wojny? I kobiety, które sądzą, że masz coś z głową, jeśli się w nich nie kochasz? Gdzie wszyscy piją i śpiewają, ale nikt się nie upija?
Sęk w tym, maman, że kocham Francję całym sercem i duszą. Jest moją matką, zupełnie jak Ty, Anglia zaś to mój ojciec, tak jak i ojciec był Anglikiem. Każdy kocha oboje rodziców tak samo, nawet jeśli na różny sposób. Francję kocham tak jak Ciebie, z bolesnym żarem i czułością.
Niedaleko stąd znajduje się pas lądu, niezbyt długi i niezbyt szeroki, gdzie ten niezwykły kraj zredukowano do ohydnego, brązowego, błotnistego bagniska, rozoranego niezliczonymi dziurami po pociskach pełnymi brudnej wody. Nie ma choćby jednego nienaruszonego drzewka, nie ma kościoła ani gospodarstwa, ani domu, które wyszłyby z tego bez szwanku. Już teraz to wielkie cmentarzysko niepogrzebanych ciał.
Kanonada trwa nieprzerwanie i doprowadza nas do obłędu. Front to plugastwo, maman, i to plugastwo zostało narzucone Francji przez szaleńca, który postanowił opanować dwa neutralne kraje, tylko po to by tu dotrzeć i doprowadzić do tej katastrofy. Jedynie gdy ziemię pokrywa śnieg, wraca czystość, ale nawet wtedy okopy przecinają ją jak rysy na szkle.
W Westminsterze musieliśmy uczyć się na pamięć całych tomów poematów epickich. Wbijali nam je na siłę, gdybyś miała pojęcie... Ale jest taka strofa, którą zapamiętałem, pióra lorda Macaulaya, jak sądzę:
Do każdego na tej Ziemi
Prędzej, później przyjdzie śmierć:
A czyż można zginąć lepiej,
Niźli losowi stawiając czoła,
W imię prochów ojców
I świątyń bogów swych?22
Właśnie tak się czuję. Lotnicy nie żyją długo, jak pewnie wiesz. Mogę mieć szczęście, a mogę nie mieć go w ogóle i zostać okaleczony, a nie zabity. Ale jeśli umrę, chcę, żebyś była ze mnie okropnie dumna, gdy będziesz pokazywać moje zdjęcie gościom. Powiesz wtedy: "To mój syn, mort pour la France".
Ton fils dévoué23,
Daniel P.
4 lutego 1915
Tajemnicze miejsce, którego położenia nie wolno wyjawiać nawet matkom, ale i tak znasz numer mojego dywizjonu, więc odpisz na niego, gdzieś w okolice Saint-Omer.
Ma ch?re maman, elegante et magnifique24!
Nigdy nie zgadniesz, na kogo wpadłem! Wylądowałem na ziemi niczyjej - ale nie martw się! Ciągle się tak zdarza i należy się tego spodziewać, a ja wyszedłem z tego bez szwanku, czego nie mogę powiedzieć o mojej maszynie, małym, ślicznym morane-saulnierze, który nazywał się, jak może pamiętasz, Florence. Fryce natychmiast rozbili go w drobny mak, a mnie udało się zbiec do jednego z naszych okopów i zgadnij, kogo tam spotkałem! Napiszę ci o tym jutro.
Nazajutrz. Adres ten sam.
Wpadłem na Ashbridge'a Pendennisa, tego samego, który mieszkał dwa domy dalej, kiedy byłem dzieckiem, a Ty byłaś jeszcze młodsza. Chłopak z Ameryki, miał dwóch braci i kręcił się zawsze wokół Rosie McCosh, a ona wokół niego. On i wspomniani fr?res25 wstąpili w szeregi Honorowej Kompanii Artyleryjskiej. Był "okrutnie rad", widząc mnie po tylu latach. Mówi, że jest zaręczony z Rosie. Muszę Ci wyznać, że przygnębiło mnie to, bo chciałem raczej mieć ją dla siebie. Jakież piękne, szare oczy! A może niebieskie? I ta cudowna kaskada orzechowych włosów! Wzruszające piegi i uroczy, mały nosek!
Jutro zdam Ci relację z moich ostatnich eskapad.
Rety, jutro już nadeszło.
Strzelałem z karabinu na chybił trafił do taubego26, ale spudłowałem. Nie byłem w stanie zbliżyć się na tyle, by pchnąć go szablą.
Urządziliśmy niesłychaną popijawę w kantynie, co było dla mnie o wiele bardziej niebezpieczne, niż pewnie kiedykolwiek będzie jakiś szkop. Obudziłem się w rowie z oszronioną brodą, chociaż w zasadzie trudno to nazwać brodą, bo przecież jej nie zapuszczam. Graliśmy w kardynała, który jest najbardziej niebezpieczną ze wszystkich pijackich zabaw. Gdy odpłynąłem, najwyraźniej zaczęła się przednia zabawa, i teraz kantyna wygląda tak, jakby wylądował tu pocisk artyleryjski. Proszę, nie mów nic mojej matce - doznałaby szoku. Albo nie, powiedz jej, że część wolnego czasu spędziłem w kościele na klęczkach, a resztę poświęciłem na czytanie poezji kobiecej.
Ale czemu właściwie piliśmy na umór i szaleliśmy? Ch?re maman, wszystko przez to, że rumpler przeleciał wczoraj nad naszym lądowiskiem, zrzucając kilka bombek, tyle że niezbyt precyzyjnie. Twój syn wybiegł więc ze wspomnianym już karabinem i na chybił trafił zaczął strzelać. Jakimś cudem pilot dostał w łydkę i zanim zdążył zemdleć, musiał wylądować. Ergo (i eheu!27) raz, że udało nam się zdobyć nienaruszoną maszynę, a dwa: schwytać skwaszonych szkopskich lotników. Odesłaliśmy pilota ciężarówką do sanitarnego ośrodka ewakuacyjnego, ale obserwator został na bibie i teraz siedzi w wartowni sam na sam ze swoimi smutkami i kacem gigantem. Spójrz, ch?re maman! Przed Tobą bohater dnia!
Twój heroiczny syn, grandes bises, je t'embrasse28! Jakieś wieści o Archiem?
Ton fils dévoué,
Daniel P.
Wprost nie mogę wyrazić, drogi staruszku, jakie to wszystko niepokojące. Po pierwsze, wzrosło oprocentowanie. Był trzydziesty pierwszy lipca 1914. Na zawsze zapamiętam tę datę. Prawdę mówiąc, na początku byłem wręcz zachwycony. Zdeponowałem tu i ówdzie całkiem ładne sumki. Z czterech procent zrobiło się nagle osiem, potem dziesięć i gdy już zacierałem ręce z radości, te nicponie zamknęły Giełdę Papierów Wartościowych. Nie zaproszono mnie na konferencję z udziałem ministra skarbu. Gdybym tam był, to wierz mi, iskry by leciały! Nigdzie nie można było dostać kredytu.
Jak miałem zarobić na życie? Mam cztery czarujące córki i zadziorną żonę. Jesteś człowiekiem światowym, staruszku, wiesz jak to bywa, i na pewno, jeśli już o tym mowa, niespecjalnie różnisz się ode mnie. Utrzymuję w tej chwili dwie kochanki i jedną na zasłużonym odpoczynku. Każda z nich ma dom i dzieci, o które musi się troszczyć. Zmartwienia mnie dobijają. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu dostałem liścik: "Drogi Ham, proszę o pieniondze bo dzieci nie majom bótów".
Tak łatwo było siedzieć sobie wygodnie w fotelu i mówić: "A cóż ma z nami wspólnego Serbia?", prawda? Teraz już wiemy. Serbia to mniejsze zyski, bezrobocie, trudne do spieniężenia papiery wartościowe i niedobór artykułów pierwszej potrzeby. To właśnie, do diabła, ma z nami wspólnego!
Co u licha knują te cholerne szkopy? O co w tym wszystkim chodzi?
No i jeszcze kwestia moratorium na długi, wiesz, ustawa o odroczeniu płatności.
Boże dopomóż. Mam wielu dłużników, którzy są mi winni mnóstwo pieniędzy. Kiedy je odzyskam? Ja nie jestem nic nikomu winien, więc na co mi ta ustawa? Jak mam zapłacić dostawcom i handlarzom? Miejmy nadzieję, że nigdy nie wejdzie w życie.
Było jednak coś pocieszającego w tym, że wprowadzono państwowe ubezpieczenie statków handlowych. Zdziałało cuda, jeśli chodzi o zaufanie do rządu. Prawdę powiedziawszy, wyratowało ono ojca mojego przyszłego zięcia z opresji. Kim on właściwie dla mnie będzie? Zięciojcem? Nigdy nie byłem w stanie połapać się w tych wszystkich sprawach pokrewieństwa. Gdybym dowiedział się na przykład, że jestem czyimś kuzynem w drugiej linii w trzecim pokoleniu, nie miałbym bladego pojęcia, o co chodzi.
Zajmuje się transportem. Jego ojciec. Możesz go znać. Nazywa się Pendennis. Tak czy siak, Bogu niech będą dzięki. Znów wszystko jest możliwe. Widziałeś już może te nowe banknoty? Dziesięć szylingów i jeden funt? Mam tylko nadzieję, że nie osłabią waluty. Monety wzbudzają większe zaufanie, nie sądzisz?
Oprocentowanie znów wynosi pięć procent, niestety, ale przynajmniej widać, co się dzieje, kiedy państwo obiecuje wesprzeć banki. Jestem człowiekiem interesu, irytuje mnie to, przyznaję, ale banki wspierają z kolei nas wszystkich, więc i je ktoś musi wspomóc, prawda?
Słyszałeś, co się stało w Niemczech? Cały ten przeklęty system upadł. Ludzie ciułają drobniaki. Uruchomili banki oszczędnościowe. Tej nocy giełda w Berlinie straciła sto milionów. Banki się zwijają, odmawiają wypłaty złota. Zamknęli Norddeutsche Handelsbank. Wyobrażasz sobie? Kto by pomyślał? Spotkałeś kiedyś Augusta Saala? Nie? Porządny gość, niewiarygodnie bystry. Poszedł do swojego banku w Weimarze i zastrzelił się tam. A to co? Eugen Bieber? Tak, znałem go całkiem nieźle. Spotkaliśmy się w Poczdamie, miał coś wspólnego z koleją w Patagonii. Rozmawialiśmy o zaopatrzeniu. I co? Zabił żonę? Siebie też? Cyjanek potasu? Stracił trzynaście tysięcy w dwa dni? Dobry Boże! Nie słyszałem o tym.
To wiele wyjaśnia, prawda? Wystarczy u steru człowiek, który chce stworzyć imperium, a nie ma pojęcia o pieniądzach, i cały cholerny kraj diabli biorą. A nie da się zrobić burdelu z jednego kraju, nie bałaganiąc przy okazji gdzie indziej. Boże, chroń nas przed takimi władcami, tyle powiem. Aż chce się dziękować za takiego Asquitha, co? Nigdy nie pomyślałbym, że przejdzie mi to przez gardło.
Ale... pomyśl, co się stało wtedy, pod koniec lipca. Obligacje państwowe spadły o cztery procent, akcje Kolei Transkanadyjskiej o sześć i pół, Shell Oil o dziesięć, kauczuk z Malakki o siedemnaście, De Beer o sześć i pół, a bank Russo-Asiatic o dwadzieścia trzy.
Myślę, że to daje nam pewne możliwości. W obecnej sytuacji raczej nie skuszę się na Russo-Asiatic i spójrzmy prawdzie w oczy: w czasie wojny nikt nie potrzebuje też diamentów. Ale pomyśl tylko o tych wszystkich pojazdach, które będą potrzebne do transportu wojska przez morza, mówi się, że będzie także mnóstwo samolotów, a że wojna to wojna, wiele z tych maszyn na pewno zostanie zniszczonych, słyszałem również, że zaczynają budować pancerniki na olej napędowy.
Wejdę więc w kauczuk i Shell i radziłbym ci zrobić tak samo. Trzeba obrócić tę katastrofę na swoją korzyść. Jeszcze szklaneczkę? O ile coś zostało, rzecz jasna. Kolej Transkanadyjska to też pewny strzał. Idealny moment, żeby kupować akcje, stanowczo.
Mówiłem ci już, że wpadłem na pomysł nowej piłeczki do golfa? Mam nadzieję, że nie zrobi się twarda jak skała po kilku miesiącach, jak te, których obecnie używamy.
Tego dnia Daniel przeskoczył przez mur.
Nie dalej niż kilka tygodni wcześniej malutka królowa zaczęła tracić apetyt. Prezydent Południowej Afryki Kruger uciekał przez Marsylię na wygnanie, obładowany dobrami skradzionymi własnemu ludowi, pobudzając motłoch do nowych antybrytyjskich wystąpień; hotele, w których mieli przebywać angielscy podróżnicy, były oblegane.
Królowa zrobiła się senna. Do tej pory nigdy nie było po niej widać spadku energii ani osłabienia koncentracji, teraz zaś przysypiała nawet w decydujących momentach. Otrzymała list od trębacza pułku Devons, w którym informował, że to on dał sygnał do rozpoczęcia walki w Waggon Hill, i na ten jeden list udało jej się odpisać.
Królowa jeździła z Londynu do Osborne House na Isle of Wight. Kochała to miejsce i długo rozważała, czy nie uczynić go swoim prawdziwym domem. Miała tutaj swoją prywatną plażę z kabiną i mały domek. To tu jej dzieci, dziś rozsiane po całym świecie, bawiły się, kiedy jeszcze żył Albert. Po drugiej stronie cieśniny Solent odwiedzała olbrzymi szpital wojskowy, ufundowany przez nią swego czasu w Netley. Od czasu do czasu zanosiła rannym żołnierzom chusty, które lubiła robić na drutach.
Kiedy ambasador Brazylii złożył jej wizytę, by przedstawić listy uwierzytelniające, zauważyła, że nie jest w stanie mówić. Zaczęła zapominać, jak się to robi. Nie rozpoznała lorda Robertsa, kiedy powrócił triumfalnie z Południowej Afryki, by zostać nowym głównodowodzącym armii. Był zdziwiony i rozżalony.
Królowa dokonała ostatniego wielkiego imperialnego aktu - ogłosiła utworzenie Związku Australijskiego. Odwołano jej wizytę na Riwierze i strażnik królewskiej szkatuły musiał wypłacić osiemset funtów w ramach rekompensaty dla hotelu Cimiez.
Minęło tyle czasu od śmierci poprzedniego monarchy, że nikt nie miał pojęcia, co należy mówić ani jak należy się zachować. Lord Salisbury nie chciał rozmawiać o ceremonii koronacyjnej, gdyż było to zbyt przygnębiające. Możni odwoływali przyjęcia i bale i ulotnił się cały optymizm związany z nadejściem nowego stulecia. Był styczeń i ciemne chmury roniące łzy na ziemię odzwierciedlały nastrój wszystkich, którzy na nie spoglądali.
Do Osborne zjechali się potomkowie i krewni królowej z całej Europy. W Południowej Afryce Botha, Smuts i de Wet wciąż prowadzili wojnę, która już dawno temu miała zostać wygrana. Dalej trwoniono pieniądze i poświęcano życie młodych chłopców. Brytyjscy żołnierze umierali najczęściej wskutek duru brzusznego.
Malutka królowa zmarła. Jako pierwszy dowiedział się o tym burmistrz Londynu, a potem reszta świata. Podczas gdy naród nie mógł wyjść ze zdumienia, wielcy i wpływowi spierali się, co teraz począć. Lord Acton oświadczył, że król Edward VII nie może być Edwardem VII, ponieważ nie jest potomkiem poprzednich Edwardów. Czy burmistrz Londynu z urzędu należy do członków Tajnej Rady Królewskiej? Burmistrz uznał, że tak, i przybył nieproszony. Kto odpowiada za pogrzeb? Lord Szambelan czy książę Norfolk, mimo że jest katolikiem? Norfolk nalegał, powołując się na przysługujące mu według tradycji prawo, i król w końcu ustąpił. Lady Cadogan odebrała przeznaczone dla jej męża zaproszenie na uroczystości pogrzebowe. Proszono w nim o przybycie w spodniach.
Trumna królowej była tak mała, że mogłoby w niej spoczywać dziecko. Król Edward wraz z kajzerem szli za nią powoli, gdy ciągnięto ją przez Cowes. Trumna przepłynęła cieśninę Solent na okręcie wojennym w asyście najwspanialszej floty świata. W Londynie droga z Victoria Station, przez pałac Buckingham, do Paddington Station wypełniona była po brzegi żałobnikami, którzy mieli nadzieję zobaczyć na własne oczy uroczysty kondukt lawet. Na końcu jechał król Edward, z księciem Connaught i kajzerem Wilhelmem u boku, za nimi zaś kroczył przystojny, szczupły następca niemieckiego tronu - uosobienie nadziei całego narodu, gwarant jego świetlanej przyszłości w roli kapłana cywilizacji.
Ciało królowej spoczęło w Windsorze. Babka Europy odeszła i wszyscy instynktownie rozumieli, że dobiegła końca pewna doniosła epoka. Królowa zostawiła po sobie kolej żelazną z pociągami, które miały zadaszone wagony i jeździły z prędkością sześćdziesięciu mil na godzinę. Ogromne liniowce w dwa tygodnie pokonywały Atlantyk. Skończyły się jatki z udziałem byków na arenach, założono nawet stowarzyszenie zwalczające okrucieństwo wobec zwierząt oraz stowarzyszenie zwalczające okrucieństwo wobec dzieci. W kulturalnym towarzystwie przekleństwa były nie do pomyślenia, a arystokraci przestali nadużywać alkoholu podczas przyjęć, dzięki czemu panie nie musiały już salwować się ucieczką przez okno. Powstały wentylowane piekarnie i sieć kawiarni Lyons Corner House, w których uwijały się żwawe kelnerki w białych fartuszkach z falbankami. W tych czasach każdego stać było na kawę. Fleet River przestała być rynsztokiem. W wielu domach było światło elektryczne, a w dzielnicach robotniczych przez pół godziny dziennie, z wyjątkiem niedziel, leciała z kranów czysta woda, co powodowało okropne przepychanki w soboty. Automobile już nie stawały w płomieniach podczas rozruchu. Psuły jednak humory tym, którzy postanowili wybrać się na wieczorną przejażdżkę powozem do Hyde Parku. Kult etykiety wprowadził ład w życie społeczne, otwierając jednocześnie drzwi wszechobecnej hipokryzji.
Pomimo głębokiej miłości, jaką poddani darzyli swoją malutką królową, wszystkie te wymogi etykiety wydawały im się nieco nużące. Żałobę i otępienie, które ich ogarnęły, łagodziło oczekiwanie na coś, co mogło się okazać znacznie bardziej zajmujące. Nowy król był lekkoduchem. Od Niemiec zdecydowanie wolał Francję. Lubił towarzystwo aktorek. Przez ostatnią dekadę era wiktoriańska powoli odchodziła do lamusa. Zepsute dziewczęta paliły, a na przejażdżki rowerowe wkładały skandaliczne pumpy. Kobiety o wątpliwej reputacji, które zajmowały się interesami, dostawały posady w City. Rymarze specjalizujący się w siodłach damskich nie otrzymywali zamówień. Tłumy zaczęły wypełniać teatry rewiowe, by słuchać nieprzyzwoitych piosenek w wykonaniu zawadiackich facecików i frywolnych kokietek.
Obecny król za panowania matki nie był dopuszczany do spraw wagi państwowej. Zniecierpliwiony precedensem w sprawie koronacji postanowił pójść własną drogą, stając się utrapieniem całego dworu. Przyznał prawo do zorganizowania ceremonii księciu Norfolk, katolikowi, a nie anglikańskiemu Lordowi Szambelanowi. Rozpoczęła się długa i zaciekła dyskusja, czy lordowie powinni przywdziać uroczyste szaty. Decyzję zmieniano cztery razy. Król wysłał lorda Carringtona, znanego liberała, jako swego osobistego emisariusza do Francji, Hiszpanii i Portugalii. Był to ten sam lord Carrington, którego niegdyś przesłuchiwało kolegium sędziów pokoju po tym, jak dopuścił się gorszącego postępku, wpłacając grzywnę za więźnia przyłapanego na spaniu pod gołym niebem i niebędącego w stanie dojść do High Wycombe przed zapadnięciem zmroku. Alternatywą dla oskarżonego było spędzenie kilku miesięcy w więzieniu. Carrington natychmiast zrezygnował z piastowanego stanowiska, mówiąc, że jeśli tak ma wyglądać sprawiedliwość, to on nie chce mieć z nią nic wspólnego.
Król wezwał emerytowanego lorda Wolseya i posłał go za granicę z szarfami i medalami, by wręczył je zagranicznym potentatom (w tym nawet szachowi Iranu, który tym samym stał się pierwszym muzułmaninem z Orderem Podwiązki). Pozbył się też całej sterty bibelotów należących do matki, odnowił instalację wodno-kanalizacyjną, a dwór zapełnili mężczyźni raczej ciekawi niż ważni i kobiety zarówno interesujące, jak i piękne.
Dziewiątego sierpnia 1902 roku państwo Hamiltonowie McCosh wyprawili przy Court Road w Eltham odkładane od czerwca przyjęcie z okazji koronacji. Miał to być nieco bardziej uroczysty podwieczorek. Z kilku sklepów z tapetami wypożyczono stoły na kozłach i nakryto je obrusami z adamaszku, zakupiono też, po zdecydowanie wygórowanej cenie, gładkie porcelanowe talerze i platerowane sztućce. Przygotowująca bufet służba rozstawiła w ogrodzie dwa długie stoły, na trawniku i w sadzie rozścielono zaś dywany, tak by stworzyć klimat wystawnego déjeuner sur l'herbe4. Dla osób starszych i cierpiących na sztywność kończyn ustawiono krzesła. Z kuchni przyniesiono półmiski z szynką i ozorkami, wykwintne sałaty przygotowywane na francuską modłę, sery z Normandii, a także całe góry przepysznych świeżych truskawek prosto z Kentu, do których podano gęstą śmietanę. Dla dzieci była lemoniada, a dla dorosłych dzbanki mocnych koktajli owocowych z listkami mięty pływającymi na wierzchu. Schłodzony szampan miał zostać podany po przemowie pana McCosha, by wznieść toast na cześć króla.
Był to początek epoki, w której bogactwo stało się równie ważne jak pozycja społeczna. Przy Court Road stały wielkie domy jednorodzinne ze starannie utrzymanymi ogrodami na tyłach. Do większości z nich prowadziły dwie bramy połączone z przodu niedługim półkolistym podjazdem, tak by powozy mogły swobodnie wjeżdżać i wyjeżdżać. Wjazd do McCoshów zdobiły imponujące ceglane filary z wykutym w wapieniu portlandzkim napisem "Rezydencja Grampianów". Między filarami przebiegał niski murek, w sam raz dla dzieci, które mogły się na niego wspinać. Tuż za nim pan McCosh posadził mały orzech włoski, ponieważ uwielbiał patrzeć na żółknące jesienią liście, był też przekonany, że orzech to drewno przyszłości. Nie zaprzątał sobie głowy tym, że wiele lat po jego śmierci korzenie drzewa mogą sprawić, iż filary i murek się zawalą i u schyłku stulecia nie będzie śladu po tym, że dom nosił niegdyś jakąś nazwę.
W środku były przestronne pokoje o wysokich sufitach i z małymi piecykami. Na samej górze znajdowały się skromnie urządzone pomieszczenia dla służby wyposażone w umywalki, piętro niżej zaś była łazienka z prawdziwego zdarzenia - z żeliwną wanną na lwich łapach. Gorąca woda pochodziła z dobudowanej do kuchni kotłowni, gdzie często można się było natknąć na palacza, który drzemał w upale lub zwijał papierosy i raz na jakiś czas wstawał, by dorzucić węgla. Jego życie było sielskim próżniactwem, z rzadka przerywanym awarią maszynerii, która działała na zasadzie termosyfonu, dzięki czemu nie była potrzebna pompa.
Status właścicieli domów przy Court Road najlepiej można było ocenić na podstawie misternie wykonanych gzymsów. Pan McCosh był człowiekiem inteligentnym, ujmującym, humanitarnym, ambitnym i pracowitym. Miał na uwadze wszystko, co mogłoby mu przynieść zysk, a Rezydencja Grampianów posiadała zdecydowanie najbardziej wyszukane, imponujące i finezyjne gzymsy na całej ulicy. Główną słabością jej właściciela, którą potrafił on jednak obrócić na swą korzyść, okazał się nałóg golfowy. Często można go było zastać w Blackheath w trakcie partyjki, w czasie gdy powinien przebywać w swoim biurze w Londynie.
Pewnym minusem jego spekulacji finansowych było to, że bajeczne bogactwo w mgnieniu oka mogło się zamienić w żałosną nędzę. Pan McCosh miał zwyczaj unikać płacenia rachunków, dopóki nie zdołał odzyskać kapitału (a to udawało mu się zawsze), co dla lokalnych handlarzy było dość kłopotliwe - nigdy nie wiedzieli, czy mają przyjąć jego zamówienie, czy też powinni odmówić. Jedyną ich pociechą było to, że pan McCosh zawsze skrupulatnie doliczał do długów odsetki i spłacał je w całości.
Dziewiątego sierpnia 1902 roku pan Hamilton McCosh miał mnóstwo pieniędzy, nic nie wskazywało na to, by miało padać, mógł więc rozkoszować się swoją szczodrością.
U jego boku stała żona, która od czasu do czasu oddalała się, by wydać polecenia służbie. W młodości pani McCosh była prawdziwą pięknością, zresztą i na starość miała zachować urodę. Siedem lat starsza od męża, wyszła za mąż późno z powodu długiego narzeczeństwa z pewnym arystokratą, który - jak się później okazało - miał już żonę w szpitalu psychiatrycznym w Nowym Jorku. Przyszłej pani McCosh wiele lat zajęło dojście do siebie po skandalu, który stał się wydarzeniem publicznym i trafił na łamy gazet. Żyła w zasadzie w odosobnieniu do chwili, gdy zwrócił na nią uwagę szarmancki i obojętny na plotki Hamilton McCosh. Znów znalazła się na językach, tym razem jako zawzięta tenisistka w ciąży; znana była również z tego, że bez ogródek wyrażała przekonanie, iż kobiety powinny mieć takie samo prawo głosu jak mężczyźni. Stała się bojowniczką w tak zwanej wojnie płci. Jej mąż wyjaśniał jednak często, że to wszystko po to, by wspierać konserwatystów. Ostatnimi czasy zaczęła jeździć na rowerze, a po niedawnej wyprawie na Hayling Island, podczas której zgubiła koło, dotąd chodziła z posiniaczonymi udami.
Pani McCosh miała wielką słabość do rodziny królewskiej. Żarliwie śledziła jej poczynania, prenumerowała nawet "Timesa", wyłącznie by studiować kronikę dworską. Przyjęcie z okazji koronacji było jej pomysłem, mimo że większość społeczeństwa ucztowała na tę okoliczność miesiąc wcześniej, kiedy to król przeznaczył trzydzieści tysięcy funtów dla londyńskiej biedoty i czterysta pięćdziesiąt sześć tysięcy ludzi jadło i piło na koszt monarchy. On zaś, wypoczywając w łóżku po operacji, wysłał do burmistrzów wszystkich miast wyrazy ubolewania, że nie może osobiście uczestniczyć w uroczystościach. W jego imieniu na dwudziestu przyjęciach pojawili się książę i księżna Walii. Wszystko to zapowiadało nowy, wspaniały początek.
Pani McCosh nie mogła doczekać się przyjęcia, choć zastanawiała się, jak przetrwa całe to zamieszanie, bo wciąż pogrążona była w głębokiej żałobie po stracie królowej i tylko na ten jeden dzień zrezygnowała z czerni. Nie miała pewności, czy podoba jej się nowy król, który trzyma konie wyścigowe i pozbył się wielu spośród oddanych sług królowej.
- Mam nadzieję, że Jego Królewska Mość doszedł już do siebie - powiedziała do męża, jakby nie do końca szczerze.
- Przypomnij mi, co mu dolega.
- Perityphlitis.
- Brzmi paskudnie. A cóż to u diabła jest?
- Kochanie, mówiłam ci już tyle razy. To infekcja czegoś, z czego wychodzi wyrostek robaczkowy. W każdym razie mówią, że jest już zdrowy, ale nie będzie mógł nieść regaliów do ołtarza. Mam nadzieję, że nie upadnie.
- Królowie Szkocji nie upadają - odpowiedział jej mąż. - Umierają na polu chwały albo zadźgani nożem we śnie.
- Mój drogi, mam nadzieję, że nie sugerujesz, iż nasza królowa Aleksandra może być kimś na kształt Lady Macbeth. W końcu to Dunka.
- Jeśli wierzyć bardowi, duńscy monarchowie zabijają braci i bratanków. Kobiety zaś są stworzeniami nieodgadnionymi i pozbawionymi skrupułów. A królowe to kobiety. Duńska monarchini poślubiła brata swojego męża, który owego męża zabił. Przykre towarzystwo, te duńskie królowe.
- Daruj sobie te prowokacje, mój drogi. Masz szczęście, że przyzwyczaiłam się do twojego poczucia humoru. Jeśli wypada je tak nazwać. Hamlet to bajka, jak dobrze wiesz. Chciałoby się tam być... to znaczy na koronacji. Bardzo ucieszyłby mnie widok lorda Kitchenera w stroju galowym i sir Alfreda Gaselee. I naszego nowego premiera, rzecz jasna.
- Cóż, moja droga, jeśli chodzi o pogodę, to mamy nadzwyczajne szczęście. Nie moglibyśmy życzyć sobie ładniejszego dnia. No i podejmujemy całą arystokrację z Eltham. A skoro o tym mowa, czy przygotowaliśmy stół dla handlarzy i rzemieślników?
- Oczywiście. Posadzimy ich tam, na końcu sadu.
- Ach, na najpierwszym miejscu, z dala od soli5.
Udając - jak to robią Anglicy, gdy pragną spalić czyjś dowcip - że nie zrozumiała żartu męża, pani McCosh odpowiedziała:
- Co do soli, to na każdym ze stołów będzie solniczka. Pieprzniczek też nie zabraknie. Idę sprawdzić, czy niania przygotowała już dzieci.
- Och, jest i madame Pitt ze swoimi chłopcami - zauważył pan McCosh. - Przywitam się z nimi, a ty, moja droga, możesz pospieszyć dziewczynki.
Z powodu, o którym wszyscy zdążyli już zapomnieć, w murze oddzielającym ogród Rezydencji Grampianów od ogrodu sąsiadów mieszkających na lewo była niebieska furtka, stara i trochę zbutwiała u góry i u dołu. Zawiasy skrzypiały i były zardzewiałe, ale furtka wciąż nadawała się do użytku. Nie zamykano jej, bo często korzystały z niej dzieci z obu rodzin.
Po drugiej stronie mieszkała, przybyła niedawno z Baltimore, rodzina Pendennisów. Mieli oni trzech małych synów - Sidneya, Alberta i Ashbridge'a, którzy przychodzili na świat rok po roku, a każdego z nich dzieliło od kolejnego równe sześć cali wzrostu, tak że mówiono, iż gdy stoją obok siebie, wyglądają zupełnie jak schodki biblioteczne. Każdego ranka w drodze na śniadanie chłopcy wymieniali uścisk dłoni z ojcem, zwracając się do niego "sir".
W rodzinie McCoshów były cztery córki: niebieskooka Rosie o długich, kasztanowych włosach i jasnej skórze obsypanej piegami, wysoka i zgrabna Christabel, prawdziwa angielska róża, następnie Otylia, która z pewnością miała wyrosnąć na typową Angielkę - z figurą w kształcie gruszki, bladą, okrągłą buzią i pięknymi ciemnymi oczyma skrytymi pod uroczą grzywką szatynki, i w końcu Sophie, maleńka, chudziutka i niezdarna, z niesfornymi kręconymi włosami, a także poczuciem humoru i sposobem wyrażania się, które już stawały się dość ekscentryczne. Pan McCosh zwykł mawiać, że najmłodsza córka ma nieco skrzywiony obraz świata, na czym jednak dobrze wyjdzie. Można było z pewnością powiedzieć, że dziewczynki żywią do matki głęboką miłość mimo jej trudnego charakteru i że wprost uwielbiają swego wyrozumiałego ojca.
W ogrodzeniu oddzielającym posesję McCoshów od drugich sąsiadów nie było niebieskiej furtki, tak więc bawiący się tam dwaj chłopcy po prostu wspinali się na mur i zeskakiwali po drugiej stronie. Zdążyli już wygnieść porządną dziurę w klombie róż. Mur miał siedem stóp wysokości, a Archie Pitt i jego młodszy brat Daniel wyrastali na prawdziwych złaknionych przygód łobuziaków.
Tego dnia, gdy wszyscy rozsiedli się spokojnie na kocach i krzesłach z talerzami pełnymi przysmaków i filiżankami herbaty, czternastoletni Archie w odświętnym stroju wspiął się na mur i wziąwszy się pod boki, stał tam pewny siebie i zwinny niczym kozica.
- Archie, co ty u licha tam robisz?! - zawołała pani McCosh.
- Przygotowaliśmy spektakl na cześć króla - oświadczył chłopiec.
- Na cześć króla? - powtórzyła pani McCosh, nieco udobruchana. - Cóż, to bardzo ładnie z waszej strony.
- Możemy ułożyć kilka poduszek tam, po drugiej stronie ścieżki? - spytał Archie. W jego głosie pobrzmiewał rozkazujący ton, który zupełnie nie pasował do chłopca w tym wieku. Ci, którzy stali bezpośrednio pod nim, od razu porzucili koce i umieścili poduszki zgodnie z instrukcjami, założyli bowiem z pobłażaniem, że chłopiec potrzebuje dogodnego miejsca do lądowania.
- Doprawdy, nie powinno się pozwalać dziecku na coś takiego - powiedziała pani McCosh.
- Nie jesteś ani trochę zaintrygowana? - odparł jej mąż. - Muszę przyznać, że podziwiam taką pewność siebie u małego chłopca, a ty nie? Zresztą wiem, co planuje, i już wcześniej wyraziłem na to zgodę. Zaczniemy od nie lada wyczynu.
Rodzice Archiego również byli pełni optymizmu. Stali pod murem, ramię w ramię, uśmiechając się z dumą. Matkę chłopca, prawdziwą Francuzkę, lecz protestantkę - zupełnie jakby była jakąś spóźnioną hugenotką - od zawsze nazywano "madame Pitt", na co zresztą sama nalegała. Teraz wolną ręką kręciła parasolką. Kapitan Pitt, dowodzący niegdyś królewskim jachtem "Victoria and Albert", ubrany był z okazji wielkiego święta w mundur marynarki wojennej, a złoty szamerunek połyskiwał w słońcu, kontrastując z granatem materiału.
- Mam nadzieję, chou-chou6, że nie skończy się to płaczem - powiedziała madame Pitt.
- Maman, ćwiczyliśmy jak szaleni. Daniel robił to setki razy. Poza tym to był twój pomysł.
- W najgorszym razie ktoś skręci sobie kark - powiedział kapitan.
- Oh, chéri, tais-toi7. Nie powinieneś nawet mówić takich rzeczy. Licho nie śpi.
- Miejmy więc nadzieję, że skończy się na zwichniętej kostce.
- Chéri! Arr?tes!8
- Wszyscy gotowi? - zawołał Archie. - No już, patrzcie!
Zapadła cisza i nawet służący przestali się krzątać. Pan McCosh stanął z przodu.
- Drodzy przyjaciele i rzecz jasna jeden czy dwaj śmiertelni wrogowie, witam was w Rezydencji Grampianów. Zebraliśmy się tu, by świętować początek nowej epoki, być może. Jego Królewska Mość jest... jak by to ująć... nieco starszy niż jego droga matka, kiedy to ona wstępowała na tron... ale z Bożej łaski może dożyć sędziwego wieku i rządzić nami przez wiele lat. Za panowania niedawno zmarłej królowej, której imię przybrała cała epoka, żyło nam się dostatnio, z roku na rok coraz lepiej, ale dziś ukuto nowe pojęcie i już teraz określamy się mianem edwardian, nieprawdaż? Kiedy naród był ostatnio tak szczęśliwy? Może w czasach restauracji Stuartów. Rządził wtedy Jerzy II, znany ze swego radosnego usposobienia, i teraz znów mamy równie radosnego króla. Niech taki na długo pozostanie! I obyśmy my byli tak radośni! Nasza nadzieja, jak i nadzieja każdej innej rasy, leży w młodości, czyż nie? Świętowanie zaczniemy od zuchwałego popisu naszych dwóch młodych sąsiadów - Archiego i Daniela Pittów. Przygotowywali się wiele dni! Proszę zatem o ciszę i uwagę: przed państwem Archie i Daniel Pittowie!
Dało się słyszeć nikły aplauz. Stojący na murze Archie ukłonił się nisko, a jego matka mocniej ścisnęła rękę kapitana Pitta.
- Będą cudowni - zapewnił ją z dumą mąż. - Nasi chłopcy nie boją się niczego.
Zapadła cisza i Archie zgiął kolana, gotowy do rozpoczęcia pokazu. Uniósł lewą dłoń, pozwolił jej opaść, a kilka sekund później tuż nad nim ukazał się lecący mały chłopiec z tyczką. Kiedy już przefrunął nad murem, wypuścił ją z dłoni, a w tym samym momencie Archie przykucnął i podskoczył, wykonując przedramionami kółko wokół goleni. Fiknął koziołka i opadł na poduszki, lądując na stopach, a jego brat - jeszcze sprawniejszy powietrzny akrobata - wylądował obok niego. Archie objął go ramieniem i obaj się ukłonili, uśmiechnięci od ucha do ucha.
Wszyscy wstrzymali oddech i oniemieli na widok popisu wirtuozerii i odwagi chłopców. Prawdę mówiąc, większość przeraziła się tym, co ujrzała. Archie i Daniel byli jednak z siebie tak zadowoleni, że nie sposób było nie zarazić się ich radością. Goście podchodzili, by uścisnąć im dłonie i poklepać ich po głowach, a kapitan Pitt każdemu z synów wcisnął do ręki po suwerenie, mówiąc:
- Świetnie, chłopcy! Dobra robota! Każdemu z was należy się kolejka elektryczna, jak sądzę! Kolejka dla każdego!
- Prawdziwi akrobaci! - powiedziała pani McCosh do madame Pitt. - Ale doprawdy nie rozumiem, jak mogli państwo im na to pozwolić.
- Widziałam, jak robią takie rzeczy w ogrodzie - odparła madame Pitt. - To wszystko to był mój pomysł. Kapitan powiedział jedynie: "Jeśli coś się stanie, spadnie to na twoją głowę, chérie", ale teraz wszystko jest już tr?s bien i koniec końców nie mam na głowie nic poza tym czepkiem. Ale sądzę, że chyba więcej im na to nie pozwolę. To za dużo jak na moje zdrowie.
- A jak pozostali dwaj chłopcy? Nadal są w Południowej Afryce?
- Tak. Nie mam od nich wieści od tygodni. Modlę się. Modlę się, to wszystko. Que Dieu les sauve9.
Dzieci miały swoje własne przyjęcie, podobnie jak dorośli. Daniel i Archie byli gwiazdami wieczoru i biła od nich pełna nonszalancji pewność siebie.
- Uważam, że to było niezwykle odważne - pochwaliła Archiego Otylia.
Archie miał jednak nadzieję, że to Rosie zachwyci się jego wyczynem. Przyglądał jej się uważnie, czekając na jakiś znak, ale ze smutkiem musiał stwierdzić, że znacznie bardziej interesuje ją jeden z nowych chłopców z Ameryki, którzy zamieszkali po drugiej stronie niebieskiej furtki. Był to Ashbridge Pendennis, chłopiec o rok od niej starszy, z zadatkami na krępego, silnego atletę, którym miał się pewnego dnia stać.
Jego włosy były bardzo jasne, a oczy miały ten sam odcień co Kanał Angielski w zimowy dzień.
- To było niewiarygodne - powiedział do Daniela, który również miał nadzieję na jakiś wyraz podziwu ze strony Rosie. - Nie potrafiłbym tak, naprawdę. Myślę, że bym nie potrafił. - Ashbridge twardo wymówił słowo "niewiarygodne", a Rosie wydało się to urocze.
- Za to jesteś taki silny - powiedziała. - Mógłbyś nawet podnieść Skoczka.
- A gdzie on jest? - zapytał Daniel.
Był to chudy chłopiec o lśniących czarnych włosach i niebieskich oczach, które szczególnie niepokojąco wyglądały w blasku ostrego słońca. Było jasne, że wyrośnie na wysokiego mężczyznę.
- Zamknęliśmy go w domu - odparła Rosie. - Robi straszne zamieszanie, kiedy jest mnóstwo ludzi.
Rosie miała nadzieję, że reszta sobie pójdzie, ponieważ chciała spędzić trochę czasu sam na sam z Ashbridge'em, ale Archie i Daniel kręcili się obok niej bez ustanku, a wokół Archiego krążyła Otylia.
- Może spytasz rodziców, czy by go na chwilkę nie wypuścili? - podsunęła Danielowi i już po chwili jej marzenie się spełniło.
Ashbridge sięgnął do kieszeni i coś z niej wyjął.
- Proszę - powiedział.
- Co to?
- Nie pozwól, żeby ktokolwiek zobaczył - ostrzegł i wcisnął prezent w jej dłoń.
Spuściła wzrok. Był to jakiś mały mosiężny przedmiot.
- Kółko do firan! - wykrzyknęła Rosie.
Ashbridge oblał się rumieńcem.
- Kiedy dorośniemy, podaruję ci prawdziwy pierścionek. Miałem tylko pół korony. Jeśli go zatrzymasz, będziemy po słowie.
- Ale ja mam dopiero dwanaście lat.
- Cóż, pewnego dnia będziesz miała więcej. I to ja muszę być tym pierwszym. To jak, zatrzymasz go?
Rosie spojrzała prosto w poważne oczy Ashbridge'a, w których zdawał się błyskać niepokój i strach przed odrzuceniem. Była przejęta jego odwagą i szczerze wzruszona.
- Kiedy przyjechałem... ze Stanów... nic mi się tu specjalnie nie podobało... przynajmniej z początku... Ale ty sprawiłaś, że to się zmieniło, Rosie, naprawdę.
- Zachowam go - odpowiedziała.
- W takim razie mogę cię pocałować w policzek?
- Nie teraz.
- A później?
Rosie z powagą skinęła głową.
- Później tak. Ale tylko w policzek.
Ashbridge spojrzał na nią z wdzięcznością i odparł:
- A chcesz zobaczyć, jak robię gwiazdę? Jestem w stanie zrobić pięć z rzędu, nie zatrzymując się.
"Jestem zaręczona - pomyślała Rosie. - Jestem zaręczona! Jakie to cudowne uczucie, być po słowie w wieku dwunastu lat! I to z Ashbridge'em".
- Widziałam już mnóstwo razy, jak robisz gwiazdę - powiedziała, a po chwili dodała: - ale to wcale nie znaczy, że mam coś przeciwko, by zobaczyć to jeszcze raz.
Przyjęcie było bardzo udane. Kiedy około godziny siódmej jedzenie i napoje zaczęły się powoli kończyć, przyszła pora na błogosławieństwo. Bo cóż byłoby warte takie wydarzenie bez modlitwy pastora?
Pan McCosh poszedł uwolnić duchownego od stadka starych panien i wdów, które zawsze się wokół niego tłoczyły, i zaprowadził go po schodkach do drzwi oranżerii, dzięki czemu mógł dokładnie przyjrzeć się trawnikowi. Pastor uśmiechnął się skromnie, jak przystało na człowieka, który czuje się hojnie i zarazem słusznie obdarzony pokorą, duchową łaską i lokalną sławą. Uniósł prawą rękę w geście błogosławieństwa i rozpoczął:
- Ojcze w niebiesiech, wielki i pełen chwały, królu królów, panie nad panami, jedyny władco książąt, który z wysokości tronu spoglądasz na wszelkie stworzenie na świecie. Błagamy cię z całego serca, miej w opiece naszego najłaskawszego pana, króla Edwarda, i obdarz go łaską Ducha Świętego, tak by zawsze wypełniał twą wolę i podążał za twoimi przykazaniami. Obdarz go hojnie darami niebios, ześlij mu długi żywot w dostatku i zdrowiu, daj mu siłę, by mógł poskromić wszystkich swych wrogów, a gdy jego dni na tej ziemi dobiegną kresu, niechaj dostąpi wiecznej radości i wiecznego szczęścia, przez Chrystusa, Pana naszego.
Ledwie wszyscy w nabożnym skupieniu wyszeptali "Amen", zaczęło się zamieszanie.
Daniel wkradł się niepostrzeżenie do domu i odnalazł Skoczka po skomleniu i szczekaniu dochodzącym zza drzwi jadalni. Otworzył je, a pies w mgnieniu oka wymknął się na zewnątrz i popędził na przyjęcie w ogrodzie.
Skoczek był dużym, masywnym brązowym psem, mniej więcej wielkości labradora. Miał półtora roku, lśniącą sierść, był umięśniony i jego imię pasowało do zachowania. Skakał na trawniku, zdawało się, w pionie i machał ogonem jak oszalały, próbując przy tym polizać każdego, komu mógł sięgnąć do twarzy. Pan McCosh bezskutecznie starał się go okiełznać. Gdy psie pazury dotykały piersi i delikatnych białych sukien, damy zaczynały piszczeć, a dżentelmeni bez skutku walili psa po głowie laskami, on zaś biegał od jednej osoby, którą sobie upatrzył, do następnej.
Pani McCosh zwinęła parasol i mocno grzmotnęła psa w nos, wydając komendę "Waruj!", niestety to również na nic się nie zdało. W końcu kapitanowi Pittowi udało się schwytać psa i posłano jednego ze służących do holu po smycz. Skoczek, którego zaciągnięto do domu, przez całą drogę niezmordowanie szarpał się i zawodził.
Tym akcentem postanowiono zakończyć przyjęcie i goście, których twarze zdążyły się zarumienić od pięknego popołudniowego słońca, zaczęli się żegnać. Było o czym rozmawiać i co wspominać. Archie, Daniel, Ash i pies sprawili, że ten dzień miano zapamiętać na długie lata.
W pałacu zaś król oparł wysoko stopy i zapalił cygaro. Wszystko szło do tej pory gładko, poza tym, że biedny stary arcybiskup musiał się udać do kaplicy Świętego Edwarda, a później nie był w stanie podnieść się po złożeniu przysięgi. Król zaczął się zastanawiać, kto mógłby zostać pierwszym prawdziwie edwardiańskim arcybiskupem.
Był przybity. Do tej pory pędził przyjemny żywot księcia Walii, na który składały się niezliczone przyjęcia, wypady na polowania, wizyty w teatrze, wyścigi konne, aktoreczki i kochanki. Teraz to wszystko się skończyło, a obowiązki zawisły nad nim jak ciemne chmury na niebie u schyłku sierpnia. W głębi duszy od pewnego czasu był przekonany, że dni monarchii są policzone, znał jednak swoje obowiązki; melancholię miał zachować dla siebie.
Wybiegłem za nią, skryła się w pokoju przy wejściu, gdzie trzymano rodzinną Biblię. Opadła na ławkę przy oknie, głośno szlochając. Podniosłem ją i wziąłem w ramiona, szepcząc:
- Rosie, Rosie, Rosie.
Złożyła głowę na mojej piersi i objęła mnie. Czułem, jak drży jej drobne ciało.
- Wcale nie musisz jechać - powiedziała.
- Muszę, kochanie, naprawdę muszę - odparłem. - To już postanowione. Zaciągnąłem się do wojska. Nie wiedziałem, że tak cię to zmartwi.
- Myślałam, że jesteśmy bezpieczni - powiedziała. - Jesteś Amerykaninem. Nie musiałeś tego robić. Sidney i Albert też nie.
- Ale kochamy ten kraj - odrzekłem. - Pochodzimy z Nowej Anglii, starą kochamy jednak równie mocno, a może nawet mocniej. Spędziliśmy tu większość życia. Zawsze wstyd mi było za moich rodaków, którzy w 1776 roku okazali się zdrajcami.
- Nieprawda. Zawsze chełpiłeś się tym, jak to wygraliście, a my ponieśliśmy klęskę. Myślisz, że wrzucanie skrzynek z dobrą herbatą do morza jest takie odważne i mądre, a zapominasz, że Kanada i Floryda chciały pozostać przy Anglii. Powinieneś zresztą kochać i Szkocję - powiedziała Rosie, uśmiechając się przez łzy. - Ojciec jest Szkotem, pamiętasz? Ja w połowie też. Nie możesz kochać tylko Anglii.
- Kocham każdą cząstkę ciebie: i tę angielską, i szkocką, i każdą inną. Nigdy nie byłem w Walii i Irlandii, ale je też kocham. I Isle of Wight. I Croydon.
- Ale dlaczego musisz jechać? Nie możesz zostać i pracować w szpitalu albo gdzieś? Dlaczego nie możesz być motorniczym albo strażakiem? Tylu ludzi... tylu ludzi już zginęło. Co powiesz na Mons? Co z Marną? I Flandrią? Nie widziałeś nekrologów w "Timesie"?
- Nie zapominaj o aniołach z Mons13 - odparłem. - Bóg jest po naszej stronie, nie po ich. To my bronimy tego, co słuszne.
Słabością Rosie był Bóg. Zawsze odznaczała się pobożnością, nawet w dzieciństwie. Przyszła na świat z głęboką wiarą, z którą nie sposób było dyskutować. Teraz zamilkła na chwilę, a w końcu powiedziała cicho:
- Ale i tak musieliśmy się wycofać. Chcesz zostać oficerem? - spytała, a ja od razu wiedziałem, do czego zmierza. Miała nadzieję, że zanim mnie wyślą, czeka mnie długie szkolenie. Potrząsnąłem głową.
- Zaciągnąłem się jako szeregowy - powiedziałem. - Takich szybciej wysyłają na front. Wierzę, że uda mi się zostać kanonierem. Mają dwie baterie artylerii konnej i dwie kolumny transportowe, a także batalion piechoty, ale przeklęte baterie wciąż czekają na uzupełnienia.
Znów usiadła na ławeczce w oknie, spuszczając wzrok na swe dłonie.
- Pewnie powinnam ci dodawać otuchy - szepnęła niepewnie.
Uklęknąłem i wziąłem ją za ręce.
- Rosie, kochanie, to największa przygoda w życiu. Jak mógłbym trzymać się z dala? Sądzisz, że mógłbym żyć dalej ze świadomością, że nie zrobiłem tego, co do mnie należy? Że nie odpowiedziałem na wezwanie?
- Pamiętasz, co powiedział? To znaczy sir John French. Powiedział, że do Bożego Narodzenia będzie po wszystkim. Ale nie będzie. Szkopy zajęły Belgię. Możesz zniknąć na wiele miesięcy.
Czułem się tak, jakbym próbował udobruchać dziecko. Paliłem się, żeby wyruszyć na wojnę. Zalało mnie głębokie szczęście, niemalże euforia, jakbym nagle odnalazł w życiu cel.
- Każdy mężczyzna, który nie zaznał żołnierki, żałuje tego na stare lata. A ja nie chcę niczego żałować - powiedziałem.
Wróciliśmy do salonu, Rosie opierała głowę na moim ramieniu i choć wciąż była osłabiona płaczem, starała się uśmiechać. Na nasz widok domownicy wstali i zgotowali nam aplauz. Każda z sióstr dała mi po całusie, przytulając się do mnie. Czułem się wzruszony. To był najwspanialszy moment w moim życiu, naprawdę. Ścisnąłem lekko rękę Rosie, a ona powiedziała:
- Pobierzemy się, jak tylko skończy się wojna. Jestem pewna, że to już nie potrwa długo.
- Na pewno dostanę przepustkę - powiedziałem. - Jeśli wojna się przeciągnie, możemy wziąć wtedy ślub. Czy prosiłbym o zbyt wiele, gdybym chciał Alberta za drużbę?
Wyszedłem od McCoshów i kupiłem małą akwafortę autorstwa L. Rusta. Zatytułowana była Pożegnanie. Chciałem dać ją Rosie na Gwiazdkę, a gdybym musiał wyjechać wcześniej, poprosiłbym matkę, żeby ją przekazała.
Pośród całego radosnego i szlachetnego patriotyzmu poczułem dziwne osamotnienie. Nie widziałem żadnej szansy, by Ameryka przyłączyła się do konfliktu zbrojnego. To nie nasza sprawa. Byłem jankesem z Baltimore. Miałem dwadzieścia pięć lat i odkąd skończyłem szkołę, nie udało mi się jeszcze w żaden sposób zapisać na kartach historii. Tam byłem świetny, szczególnie jeśli chodzi o sport, ale później nie udało mi się już zdziałać zbyt wiele. Mój ojciec pracował w transporcie morskim, pomagałem mu w biurze i miałem widoki na to, że w przyszłości go zastąpię, kiedy w końcu rzuci pracę. Ale na to prędko się nie zanosiło. Gdyby dożył setki, nadal prowadziłby firmę. A ja chciałem, żeby coś się działo.
Najprzyjemniejszym wspomnieniem z samego początku wojny była dla mnie reakcja pani McCosh. Rankiem, dzień po tym, jak upłynął termin ultimatum, poszedłem do Rezydencji Grampianów, a pani domu była wyraźnie zdenerwowana. Siedziała w salonie i wołała, załamując ręce:
- To nie może być prawda, nie możemy prowadzić wojny z Niemcami! Kajzer to wnuk królowej!
Miała oczywiście na myśli królową Wiktorię, a nie Aleksandrę czy Marię. Gdy mówiła "królowa", zawsze chodziło o Wiktorię. Tamte nazywała "królową Aleksandrą" i "obecną królową". Żywiła rozbrajającą ufność, że królewskie przymierza chronią przed wojnami, chyba że ktoś do reszty postradał rozum. Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy nie miała racji; trzeba być szaleńcem, żeby umyślnie pchnąć całą Europę ku wojnie. A kajzer był przecież synem następczyni tronu. Był wyzuty z jakichkolwiek uczuć rodzinnych.
Kiedy wybuchła wojna, podzielałem powszechną ekscytację i euforię. I jak cała reszta poszedłem pod pałac Buckingham i na Downing Street, by wiwatować i śpiewać hymn narodowy tak długo, aż wszyscy zachrypliśmy. Odśpiewaliśmy królowi For He's a Jolly Good Fellow, gdy pojawił się na balkonie. Choć jestem jankesem, włożyłem w to całe serce. Miał na sobie mundur admirała floty, pojawili się też królowa Maria i książę Walii. Wymachiwaliśmy kapeluszami i przepychaliśmy się, a obcy ludzie ściskali sobie ręce i klepali się po plecach. Ogarnął mnie dziwny, gorączkowy entuzjazm. Ultimatum miało wygasnąć o jedenastej, udaliśmy się więc do Whitehall i po raz pierwszy zakosztowałem bitki. Pod kolumną Nelsona wdałem się w przepychankę z jakimś demonstrantem, który trzymał transparent z napisem "To nie nasza wojna".
A jednak. Sprawa była bardzo prosta. Kajzer przeprowadził inwazję na Francję, nie wypowiadając nawet wojny jak należy. Wkroczył też do Belgii. Mówiło się, że Niemcy dowieźli koleją na front półtora miliona ludzi. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości natury etycznej. Dla każdego było jasne, że to Niemcy są tymi złymi i że złamali traktat zawarty przed laty. Musieliśmy ich powstrzymać i tyle. Nie sądzę, byśmy byli równie szczęśliwi, idąc na wojnę, która nie byłaby w tak oczywisty sposób sprawiedliwa czy skierowana przeciwko wrogowi, który nie zrobił nic oburzającego. Słyszeliśmy o francuskim oficerze, którego przywiązali do koni i rozerwali na strzępy. Nas również spotkała obraza, gdy kajzer stwierdził, że nasza propozycja, by pośredniczyć w rokowaniach między Austriakami i Serbami to zwykła "brytyjska bezczelność". Wszyscy gotowi byliśmy spuścić mu za to solidne lanie. Niemcy, jak się później okazało, stosowali politykę zastraszania Belgów mówiących po francusku; nazywano to "Schrecklichkeit", ale o tym dowiedzieliśmy się znacznie później.
Gdy Big Ben wybił dwunastą, nie wyszedł nikt spod numeru 10 na Downing Street i wiedzieliśmy już, że wybuchła wojna. Zaśpiewaliśmy God Save the King prosto z serca, a potem rozeszliśmy się w pośpiechu, by wrócić do domów i podzielić się wieściami z bliskimi.
Dużo ważniejsze od tego wszystkiego było dla mnie jednak to, że bez pamięci kochałem się w Rosie, zresztą zawsze tak już będzie. Miałem się z nią ożenić i pragnąłem, żeby wyszła za kogoś, z kogo może być dumna i kto jest jej wart. Była jedną z tych Angielek, które potrafiły jechać na rowerze bez ustanku przez wiele mil i gdyby tylko dać jej szansę, w pojedynkę stanęłaby do walki z kajzerem. Wydawało się, że od zawsze otaczali nas młodzieńcy, którzy przyjechali właśnie na przepustkę z rubieży imperium, jak Archie, który zdziałał cuda, odpierając hordę Patanów z pomocą rewolweru i zdechłego konia. A z drugiej strony byłem ja, z tym swoim sztywnym kołnierzykiem, sortujący listy przewozowe i nabijający różne zestawienia na szpikulec, mimo że chciałem zostać inżynierem i miałem po temu wszelkie niezbędne kwalifikacje. Czułem, że nie jestem jej wart, to nie było życie dla mnie. Zostałem stworzony do przeskakiwania przez furtki, wygrywania biegów z przeszkodami albo reperowania maszyn, których nie dało się naprawić. Postanowiłem się zaciągnąć, choćby się waliło i paliło.
Wszędzie poza Arsenałem15 panował kompletny zamęt. Wzdłuż Finsbury Pavement ustawiły się tysiące mężczyzn w najróżniejszej kondycji i w każdym wieku. Wszyscy byli zdeterminowani, by się zaciągnąć. Boiska przemieniły się w pokryte namiotami pola biwakowe, pełno było dział i lawet, całkiem sporo pięknych, zadbanych, lśniących koni. Wszędzie chodziły niewielkie oddziały szeregowców, piechota bowiem musiała strzec różnego rodzaju obiektów użytku publicznego, które Niemcy mogliby chcieć zniszczyć.
My, przyszli rekruci, niemal biliśmy się między sobą o prawo do walki, a po przygnębionych twarzach mężczyzn, którzy opuszczali budynek, widać było, że wielu z nich odrzucono. Pewien starszy jegomość powiedział mi w którymś momencie: "Oddałem trzydzieści lat życia Honorowej Kompanii Artyleryjskiej, a teraz mnie nie chcą". Miał co najmniej sześćdziesiąt pięć lat i chodził o lasce ze srebrną gałką. Inny znów, o ziemistej, wynędzniałej twarzy, wyszedłszy, spojrzał na mnie i zaklął: "Cholerne płuca". Pośród całego tego ścisku było też mnóstwo koni, które przywieziono tu z nadzieją, że da się je sprzedać do Honorowej Kompanii. Zniechęcony szkocki weterynarz oglądał je tuż przy bramie, rozmawiając z oficerami, których zdaniem większość koni nadawała się jedynie do rzeźni; sam zresztą uważał podobnie. Co gorsza stały tam także zarekwirowane wozy i furmanki i teraz spierano się, do czego mogłyby się przydać. Patrzyłem, jak wybuchowy sierżant kołodziej ostukiwał koła i osie młotkiem i cmokał z dezaprobatą, słysząc zniechęcający szczęk i dzwonienie.
Gdy w końcu nadeszła moja kolej, postawiono mnie przed komisją złożoną z oficerów, którzy przerzucali papiery, badając szczegółowo moje szkolne oceny. Pułkownik Treffry złączył dłonie i rzekł:
- Jesteście oczywiście materiałem na oficera.
Spojrzał na mnie z życzliwością.
- Naprawdę, sir? Dziękuję, sir.
- Widziałem tu wielu młodzieńców, którzy nadawaliby się na oficerów. Ale my, jak wiecie, jesteśmy pułkiem zwykłych żołnierzy dżentelmenów. Mamy taką politykę, że przyjmujemy na szeregowców wszystkich z warstwy oficerskiej, aby następnie zrobić z nich prawdziwych oficerów. Spodziewam się, że jesteście tego świadomi. Radzę wam tylko, żebyście zaciągnęli się gdzie indziej, jeśli chcielibyście otrzymać stopień oficerski w tradycyjny sposób. W każdym razie bardziej potrzebujemy dziś szeregowych niż oficerów. Mnóstwo dawnych oficerów wstąpiło do nas z powrotem. Tylu, że część musieliśmy odprawić z kwitkiem. Oddelegowano ich do innych jednostek. - Przerwał na chwilę. - Idealnym rozwiązaniem dla nas byłoby, gdybyście dołączyli jako żołnierz zawodowy i udali się do Królewskiego Kolegium Wojskowego w Sandhurst. To samo powiedziałem waszym braciom.
Spojrzał na mnie w podobny sposób co wcześniej.
- Ale ja z całej duszy pragnę wstąpić w szeregi Honorowej Kompanii Artyleryjskiej. Mogę być kanonierem. I nie mam nic przeciwko, żeby być szeregowym. Tak naprawdę byłbym z tego bardzo dumny - powiedziałem.
- Dobrze. Obawiam się jednak, że w obu bateriach nie ma miejsc. Mamy nadzieję, że powołamy baterie rezerwowe, ale żeby tak się stało, będziemy pewnie musieli wybrać się najpierw do hrabiego Kitchenera. Jak rozumiem, wiecie, że nasze baterie podlegają Królewskiej Artylerii Konnej, ale bataliony piechoty są powiązane z Gwardią Grenadierów. Kojarzycie pewnie ich emblemat z granatem. Czy bylibyście gotowi wstąpić w nasze szeregi jako zwykły szeregowiec piechoty, a nie kanonier?
- Piechoty?
- Właśnie.
- A czy wtedy byłoby szybciej?
- Znacznie szybciej.
- A co na to moi bracia? Nie zdążyłem ich spytać, zanim tu wszedłem.
- Chcą wstąpić do tego samego oddziału co wy, jako szeregowcy.
- Jest tylko jeden problem - powiedziałem. - Jestem, tak jak Albert i Sidney, obywatelem Stanów Zjednoczonych.
Pułkownik zwrócił się w stronę pozostałych członków komisji i rzekł:
- Nic nie słyszałem. Czy którykolwiek z panów słyszał, co powiedział szeregowy Pendennis? Czy ktoś słyszał, gdy tamci dwaj mówili to samo?
Wszyscy w milczeniu potrząsnęli głowami, a pułkownik podszedł do mnie i uścisnął mi dłoń.
- Witamy w Honorowej Kompanii Artyleryjskiej, szeregowy Pendennis. Żaden z nas nie ma bladego pojęcia o tym, że jesteście obywatelem Stanów Zjednoczonych. Z pewnością przysłużycie się swojemu krajowi i jestem pewien, że król chciałby, abym w jego imieniu przekazał wam wyrazy uznania i wdzięczności. Musicie tylko oczywiście przejść badania.
Na zewnątrz spotkałem Sidneya i Alberta i, jak nigdy wcześniej, uścisnęliśmy sobie dłonie. Gdy opuściliśmy Arsenał, rzuciłem "Kto pierwszy!" i puściliśmy się biegiem z Finsbury Square do Waterloo Bridge, po prostu by dać upust radości, która nas przepełniała. Biegliśmy ku rzece, mijając długie kolejki do banków, i nagle opadły mnie wyrzuty sumienia z powodu mojego biednego ojca. Żaden z naszych statków nie mógł już wypłynąć w morze, bo nikt nie chciał ich ubezpieczyć, a rząd nie zajął się jeszcze tą sprawą. Przez to, co się wydarzyło na giełdzie, stanęliśmy w obliczu bankructwa, tak jak ojciec Rosie, ale nie to wydawało się teraz ważne. Rozpierało mnie takie szczęście, że mógłbym wzbić się do góry niczym anioł. Wszystko nabrało sensu i nie było na świecie takich badań lekarskich, których bym nie przeszedł.
Gdy biegłem przez Londyn z braćmi u boku, czułem się tak, jakby wyrosły mi skrzydła anioła.