Droga z miasta, do Skogstadu, starego majątku ziemskiego
rodziny Atlungów, w którym ponad lesistem wybrzeżem rzeki,
przecinającej grunta, znajdowało się wiele znacznych fabryk, w
zwykłych okolicznościach, nie trwała dłużej, niż dwie godziny, przy
dobrej sannie jednak, zaledwie godzinę. Szosa ciągnęła się wzdłuż
fiordów. Jadąc z miasta, po prawej stronie miałem fiord, po lewej
pagórkowato rozłożone pola, a między niemi rozrzucone wille i
dwory, wśród drzew, krzewów i kwiecia.
Te pagórki dalej przerastały w góry, okalające drogę, która tutaj
stawała się coraz pustszą i trudniejszą do przebycia, az w końcu,
daleko w głąb fiordu nie było już nic widać, jeno las i las. Ow las
jodłowy należał właśnie do posiadłości Skogstad, fabryki zaś,
rozstawione ponad rzeką, wyrabiały materyały drzewne, i
przetwarzały je na papier. Rodzina Atlungów, pierwotnie francuzka, za czasów Hugonotów
przybyła na północ, jako pochodząca ze stanu niskiego; przez
małżeństwa połączyła się ze starą, arystokratyczną rodziną
Atlungów, i z czasem przybrała ich nazwisko. Jechałem z przyjemnością. Niedawno upadł śnieg. Śród białego
krajobrazu, powietrza przesiąkniętego atmosferą śnieżną, fiord
wydawał się zupełnie czarnym. Drugi brzeg był niedaleko, ponad nim
wznosiły się wysokie skały, obecnie też ubielone. Skoro tylko wjechałem w las, zapanował on całkowicie nad memi
myślami. Na sosnach pokładły się wielkie płaty śniegu; przeważnie
jednak pokryta nim była część wschodnia; pozostało jednak tyle
jeszcze drzew nieosypanych, że cały las w swej białej szacie, lśnił
ciemnozielonym blaskiem; tu i ówdzie wychylała się uparcie gałąź
zupełnie zielona. Wkrótce ukazał się i właściwy Skogstad i podwórzec. Rzeka szemrała
zdaleka, w oddali widniał szereg czerwonych dachów zabudowań. Po
obu stronach podwórza stały domy robotnicze, oddzielone lasem lub
parkiem.
Odwróciłem się teraz od mego towarzysza podróży - fiordu,
i zajeżdżałem do dworu. Tam, gdzie się park kończył, zaczynał się
ogród, a wzdłuż niego przechodziła mniej więcej równa droga.
Niegdyś był i tutaj las, ale po nim pozostały tylko resztki,
tworzące po obu stronach prześliczną aleję, jednakże wielkie, stare
drzewa gdzieniegdzie już dały się zastąpić młodemi, a ten zagajnik
był tak gęsty, że dwór, do którego dojeżdżałem, chwilami znikał mi
z oczu zupełnie. Ale baśń śnieżna i tu szła za mną.