Puste ramy - Anna Klejzerowicz

Reflow text when sidebars are open.
Poprzedniej nocy w małym miasteczku
Nikt niczego nie widział ani nie słyszał. Nie było świadków. Nikt nie zauważył czarnych sylwetek przemykających ulicą. Noc wisiała nad miastem ciemna, mglista i nieprzenikniona. Siąpił monotonny, lecz drażniący deszcz, chmury zasnuły niebo szczelną kurtyną, przez którą księżyc nie mógł się przebić nawet na chwilę. Jakiś mężczyzna od lat cierpiący na bezsenność przed nadejściem świtu usłyszał warkot silnika, ale i on nie był pewny, czy mu się to nie zdawało. Nie wyjrzał, bo i po co, w końcu samochody w mieście, choćby tak małym jak to, mogą jeździć w dzień czy w nocy. Dopiero kiedy policjanci zaczęli rozpytywać mieszkańców na tę okoliczność, przypomniał sobie, bo godzina mniej więcej się zgadzała. Tamtej nocy jednak nie przejął się ruchem na ulicy, poszedł do toalety i wrócił do ciepłego łóżka. Już prawie zasypiał, gdy otrzeźwiła go wpadająca przez okno dziwna łuna, która nawet poprzez szczelnie zaciągnięte zasłony rozjaśniła ciemność, barwiąc ją na kolor purpury. Mężczyzna ponownie wstał i wyjrzał bardziej zaciekawiony niż zaniepokojony. Nie spodziewał się dramatu: pomyślał, że to poranna zorza zagląda do jego sypialni. Jednak to, co ujrzał, wprawiło go w osłupienie. W pośpiechu narzucił na siebie ubranie i wybiegł przed kamienicę, gdzie już zgromadził się spory tłum i wciąż przybywało ludzi. Ktoś zdawał relację przez telefon, ktoś inny nagrywał - ogień w sercu miasteczka wywołał sensację...
Wkrótce rozległ się dźwięk syren, po chwili podjechały wozy strażackie i policyjne. Płomienie postawiły na nogi całą okolicę. Wydawało się, że pożar wybuchł znienacka, w szybkim tempie obejmując niewielki budynek, który spłonął doszczętnie, zanim strażacy podjęli jakieś działania. Na szczęście w porę wyprowadzono stamtąd lokatorów, księży, gdyż był to budynek plebanii przy starej katedrze, będącej pomnikiem dawnej świetności miasta. Kościół nie ucierpiał, choć takie ryzyko istniało. Pełna poświęcenia akcja gaśnicza, a być może także utrzymująca się mżawka, powodująca wysoką wilgotność powietrza i utrudniająca rozprzestrzenianie się ognia, ochroniły tę budowlę.
Świt przynosił nadzieję końca tragicznych wieści. Gapie rozeszli się, emocje opadły. Mężczyzna obserwujący przebieg wydarzeń również wrócił do swojego mieszkania, aby zaparzyć sobie kawę po turecku, zjeść śniadanie, a potem zadzwonić do znajomych i podzielić się z nimi wydarzeniami ostatniej nocy.
Kilka godzin później jeden z pracowników muzeum diecezjalnego, mieszczącego się przy katedrze, odkrył na ścianie głównej sali wystawowej puste ramy po najcenniejszym w owych zbiorach obrazie - miejscowej perle - i wszczął alarm, już drugi tego fatalnego poranka.
Gdańsk, współcześnie. Marzec
- I co masz tam takiego ciekawego? - zapytała Nina podczas śniadania, obserwując Eryka oddającego się swojej codziennej porcji prasówki z laptopem. - Wybuchła wojna? Hej, słyszysz mnie, misiu?!
- Co? - W końcu spojrzał na nią rozkojarzonym wzrokiem.
- Halo, tu Ziemia! - zakpiła, smarując grzankę konfiturą. - Masz taką minę, jakbyś odkrył co najmniej Amerykę. Co ciekawego wyczytałeś?
- Wojna nie, ale z muzeum skradziono obraz Cranacha. To się stało tej nocy, chcesz posłuchać? - Morski dorzucił kolejne dwie łyżeczki cukru do swojej już i tak słodkiej kawy z mlekiem i energicznie zamieszał. - Bo to, zdaje mi się, będzie najgorętszy temat dnia. A nawet tygodnia.
- Ale gdzie skradziono, u nas?
- Tak, w Polsce. Z muzeum diecezjalnego. Gdzieś na Śląsku. Na dodatek na plebanii obok wybuchł pożar. Nie wiadomo, czy miało to jakiś związek z kradzieżą. Na szczęście nikt nie zginął, księża zdążyli się ewakuować, bo ktoś zauważył łunę i wezwał pomoc.
- No to nie u nas. - Nina także nalała sobie kawy, choć w przeciwieństwie do partnera ona piła czarną i gorzką.
- Nie ciekawi cię to? - obruszył się. - Zginęło kolejne ważne dzieło sztuki, a przecież za wiele ich nie posiadamy w kraju!
- Ciekawi. Powiedziałam tylko, że skoro nie na Pomorzu, to nie dla nas temat - poprawiła się Kiryłło. - Później przeczytam, bo teraz czas zasuwać do roboty. Ostatnio naczelnej odbiło i sprawdza, kiedy kto przychodzi, więc lepiej się pospieszmy.
Ten temat jednak poruszył Morskiego do tego stopnia, że wałkowali go dalej w samochodzie podczas jazdy, a kontynuowali w redakcji, gdy już znaleźli się w swojej dziupli na dole, niemal w podziemiach, obok redakcyjnego archiwum "Przeglądu Pomorskiego". Na drzwiach kanciapy widniała dumnie tabliczka "Dział historyczny", pod którą jakiś dowcipniś przykleił karteczkę z dopiskiem "Archiwum X". Reporterzy nie pozbyli się jej, uznając obie nazwy za tak samo zabawne w sytuacji, gdy szumnie brzmiący dział historyczny to zaledwie ich dwoje.
Nie żeby nad tym ubolewali, co to, to nie. Nie potrzebowali nikogo więcej. Stanowili zgrany zespół, świetnie im się razem pracowało i nie tylko: równie świetnie im się ze sobą żyło. Od roku byli w związku i czuli się jak "jedna dusza w dwóch ciałach". Dusza co nieco poobijana z obu stron, ale - scalona - służyła im całkiem dobrze. Od pewnego czasu mogła nawet uchodzić za uleczoną. W pracy we dwoje radzili sobie doskonale, rozumieli się bez słów. Teraz też tak było. Morski odruchowo włączył czajnik, a Kiryłło nasypała herbaty do dwóch poobijanych kubków z kościotrupami. Włączyli komputery.
- Wiesz co, męczy mnie ten Cranach - wyznał Eryk - czy też raczej, jak podejrzewam, obraz z kręgu lub warsztatu Cranacha. Cholernie przypomina falę podobnych kradzieży dzieł sztuki z lat siedemdziesiątych. Wydawało się, że takie rzeczy nie mogą się powtórzyć, bo sama rozumiesz... Od tamtej pory udoskonalono zabezpieczenia, pojawił się monitoring wizyjny, nawet zmienił się ustrój. - Zalał wrzątkiem herbatę. - A jednak, kurczę. Tak jakby na nowo się zaczęło. Bo to przecież nie pierwsza taka sprawa w ostatnim czasie.
- Fakt - przyznała Nina, coraz bardziej zaintrygowana. - Tu też wydarzyła się podobna historia kilka lat temu. Ktoś wykradł obraz z muzeum i podpalił budynek zapewne tylko po to, żeby upozorować, że przepadł w pożarze. Nie, chyba coś pomyliłam. To dotyczyło jakiegoś kościoła. Ale tam też był w tle ogień. Na pewno.
- W Gdańsku? - Morski spojrzał na nią czujnie znad parującego kubka, do którego wrzucał właśnie cztery kostki cukru. Widząc to, Kiryłło skrzywiła się z niesmakiem, po czym odparła:
- Nie w samym Gdańsku. Gdzieś w okolicach, w jakimś niedużym miasteczku, teraz nie pamiętam nazwy.
- Spróbuj sobie przypomnieć, dobrze?
- Okej, poszukam, jeśli chcesz. - Wzruszyła ramionami. - Ale po co ci to?
- Interesuje mnie temat - wyjaśnił. - Przecież jakiś czas temu wałkowaliśmy sprawę kradzieży Bruegla z waszego muzeum. Zapomniałaś?
- Nie zapomniałam. Tylko co to ma ze sobą wspólnego? To stare dzieje! Co ty kombinujesz, misiu?
- Była też słynna kradzież Rubensa z katedry w Kaliszu... w tym samym mniej więcej czasie.
- No i co z tego?
- Pomyśl. Te wszystkie sprawy coś łączy. - Oczy mu błyszczały. - Coś oprócz kradzieży dzieł sztuki, oczywiście.
- Co? Gadaj, do cholery, a nie zadawaj mi tu zagadek!
- Właśnie ogień! - odparł tryumfująco.
Nina zaniemówiła.
- Ale... no nie wiem. W przypadku Bruegla nie było żadnego pożaru - odezwała się w końcu niezbyt pewnie.
- Nie? Serio? A jednak! Ogień był.
- Gdzie?... O matko! Masz rację. Coś sobie przypominam. Spłonął człowiek. Podobno te sprawy były jakoś ze sobą powiązane.
- Dokładnie! - Morski był podekscytowany. - Teraz rozumiesz? Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jaki to temat?!
Kiryłło napiła się herbaty i sięgnęła po elektronicznego papierosa.
- Marzanna nigdy w życiu się na to nie zgodzi - próbowała jeszcze oponować. - Mieliśmy pisać o tym przedwojennym seryjnym...
- Zgodzi się. Sama zobaczysz. Będzie miała te swoje upragnione zasięgi! Popłyniemy na fali. Przecież kradzieżą Cranacha będzie teraz żyć cała Polska! A dla nas to przynajmniej coś naprawdę ciekawego. Coś, co ma sens, a nie jakieś pierdoły o seryjniakach. Więc pogadasz z nią? To w końcu twoja przyjaciółka.
Nina, zanim dała się przekonać i w końcu przystała na propozycję Eryka, spędziła godzinę w internecie, czytając nowe wiadomości, a także stare artykuły na temat kradzieży dzieł sztuki w Polsce. Wreszcie uznała, że partner ma rację: to ciekawy i frapujący temat, a co niektóre analogie - mimo upływu lat - mogły dać do myślenia. A jeśli nawet nie miałyby znaczenia, to tak czy siak były medialne, co powinno przekonać Kowalską. Dziennikarskiego nosa nie sposób jej było odmówić.
- Dobra, idę do niej. - Westchnęła, wstając od komputera. - Widzisz, jak ja się dla ciebie poświęcam. Trzymaj kciuki.
- Trzymam, trzymam. Nawet ci kawę postawię - zażartował. - Idź już, zanim skończy pracę i pojedzie do domu!
- Jakbyś nie wiedział, że ona zwykle wychodzi ostatnia. Zaraz pójdę, tylko muszę się trochę ogarnąć.
Obserwował partnerkę, która przed zaśniedziałym lustrem poprawiała włosy, a ponieważ nie chciały jej słuchać, rozpuściła je, rozczesała i ponownie zwinęła w ciasny koczek na karku, co wyostrzyło i tak już orle rysy jej twarzy. Włosy miała mocne, długie, gęste, o nieco chłodnej platynowej barwie. Wiedział, że je farbowała, bo choć z natury też była blondynką, tyle że nie tak jasną, jednak - jak twierdziła - posiwiała "po przejściach". Kiryłło nie robiła sobie makijażu, tylko lekko przypudrowywała nos. Podziwiał ją niezmiennie: dojrzała kobieta, której czas się nie imał, piękna, wysoka, szczupła, zgrabna niczym młoda dziewczyna. Pojęcia nie miał, jakim cudem zachowała taką sylwetkę, w ogóle nie uprawiając żadnego sportu. Nie miała na to czasu. Podobno w młodości dużo chodziła po górach, być może to teraz procentowało. On nie miał tyle szczęścia: z wiekiem zaczął nabierać ciała. Nie był otyły, ale musiał się liczyć z tym, że może mieć nadwagę. Jednak nad tym nie ubolewał, skoro dzięki temu mógł być "misiem" Niny.
- No. To idę. - Odetchnęła głęboko. - Nie musisz wpijać we mnie ponaglającego wzroku, widziałam w lustrze!
- Wcale nie wpijam! - oburzył się.
- Wpijasz. Lepiej trzymaj kciuki, bo z Kowalską nie ma lekko...
Marzanna Kowalska - wicenaczelna "Przeglądu Pomorskiego", a w zasadzie faktyczna naczelna, bo ten nominalny urzędował w Warszawie, w siedzibie wydawcy - była od lat przyjaciółką, rywalką i zarazem partnerką zawodową Niny Kiryłło. Dawno temu wspólnie zakładały tę gazetę, obecnie tygodnik, głównie już internetowy, choć nie tylko. Gdy nowe czasy wymogły na nich sprzedaż tytułu dużemu wydawnictwu, zrobiły to, ale zostały. Bez nich nikt chyba nie wyobrażał sobie jego funkcjonowania. Kowalska z wyczuciem wciąż prowadziła pismo, Nina była jej nieformalną zastępczynią i gwiazdą "Przeglądu...". Eryk Morski stanowił nowy narybek. Został do nich wysłany przez wydawcę prosto z Warszawy. Zresztą sam o to prosił ze względów rodzinnych. Jego życie prywatne rozpadło się, więc chciał zacząć je w nowym miejscu. Na początku Nina buntowała się przeciwko tej decyzji, szybko jednak okazało się, że stanowią zgrany duet, a Eryk stał się nieodłączną częścią zespołu. I partnerem Niny (co Marzanna uznała za swoją zasługę).
Gdy reporterka weszła do gabinetu szefowej, Kowalska powitała ją uniesieniem powiek. Była atrakcyjną kobietą mniej więcej w wieku Niny. Miała dość bujne kształty i farbowane na różowo gęste loki. Wprost emanowała energią i witalnością.
- Kiryłło? Tak sama z siebie? Jaki zaszczyt! Co cię do mnie sprowadza, gwiazdo? - zakpiła.
- Mam wyjść?
- Przeciwnie, masz posadzić swoją dupę na tym krześle i zdradzić mi, z czym przychodzisz. Kawy chcesz?
- Wystarczy mi twoja. - Kiryłło usiadła przed biurkiem Kowalskiej, uśmiechnęła się krzywo i sięgnęła po dopiero co napełnioną szklankę przyjaciółki.
- No jasne! - Ta westchnęła. - Czasem mi się zdaje, że tylko po to przychodzisz. Jakimś psim swędem wyczuwasz, kiedy nalewam sobie świeżej kawki.
- Co się dziwisz, masz lepszą. Gdybyś nie była taką sknerą, mielibyśmy z Erykiem ekspres. A pijemy jakąś lurę - wytknęła Nina.
- Przecież ty się i tak nie znasz na kawie. Ale dobra, skończmy ten kawowy temacik i gadaj, o co chodzi. Bo widzę, że masz coś ważnego... - Marzanna odebrała przyjaciółce swoją szklankę i pociągnęła z niej głęboki łyk.
- Jak to, widzisz? - zdumiała się Kiryłło.
- Przecież cię znam od stu lat. - Szefowa wzruszyła ramionami. - No to nadawaj wreszcie, bo też mam swoją robotę.
- Słyszałaś o tej wczorajszej kradzieży obrazu Cranacha? - zapytała ostrożnie Nina, nie wdając się w dyskusję.
- Kto by nie słyszał? Chyba o niczym innym się teraz nie mówi. Już wysłałam tam Nowaka jako korespondenta. On jest od takich nowinek. A co? - Kowalska uniosła brwi, patrząc na Ninę wyczekująco.
- Bo mamy z Morskim w związku z tym pewną propozycję... - zaczęła reporterka, po czym zawiesiła głos w oczekiwaniu na reakcję Marzenny.
Kowalska, słysząc to, od razu stała się czujna.
- Kochana, jeśli znowu marzy ci się jakieś dziennikarskie śledztwo, to zapomnij! - odparła bez namysłu. - Mam dość pogróżek i wiecznego strachu, że mi podłożą bombę pod redakcję albo że nas zastrzelą wszystkich jak leci. Góra też zajęła w tej kwestii jasne stanowisko i nie mam zamiaru się im sprzeciwiać. - Zacisnęła wargi.
- O czym ty mówisz?! Jakie, kurczę, pogróżki?! - żachnęła się Kiryłło.
- Już nie pamiętasz, jak zadzierałaś z półświatkiem?
- To było dawno temu. Może byś mnie tak najpierw wysłuchała, co?
- Słucham cię.
- Nie miałam na myśli zadzierania z bandytami. Ale pomyśl. Sprawa kradzieży tego obrazu jest cholernie medialna. - Nina wiedziała, jaką strunę poruszyć. - Kolejne cenne dzieło sztuki przepadło. Będzie tym żyła cała Polska, a nawet nie tylko Polska, przez wiele miesięcy. Mam nadzieję, że ten Cranach się szybko odnajdzie, jednak temat i tak będzie gorący...
- Doskonale to rozumiem. Ale to przecież nawet nie jest nasz region! - weszła jej w słowo naczelna.
- Dlatego my nie zamierzamy zajmować się tą konkretną sprawą. - Kiryłło wyczuła, że szefowa mięknie i jest coraz bardziej zainteresowana, więc kontynuowała z przekonaniem: - Natomiast chcemy polecieć na tej bazie i wrócić do starych kradzieży dzieł sztuki z naszego województwa. Jakiś czas temu już poruszaliśmy ten temat, teraz można by do niego nawiązać i potraktować szerzej. Co ty na to? - Sięgnęła ponownie po szklankę z kawą Marzanny, która, zamyślona, nawet tego nie zauważyła.
- A wiesz... to nawet niezła myśl. - Kowalska wyraźnie złapała bakcyla. - Od tego jest w sumie wasz dział. Seria reportaży na temat słynnych kradzieży zabytków w nawiązaniu do tej sprawy ze Śląska. Przypomnij mi, czym wy się teraz zajmujecie?
Reporterka machnęła ręką.
- Niczym ważnym! - odparła szybko. - Jednym takim seryjnym zbokiem i mordercą sprzed wojny. Takie trochę od czapy story.
- No, fakt... Kupuję to. Zbok może zaczekać. W takim razie bierzcie to. Nowak będzie nam relacjonował na bieżąco sytuację z Cranachem, a wy już dajcie wstępniak zapowiadający nowy cykl. - Kowalska uśmiechnęła się z zadowoleniem, przesuwając na swoją stronę biurka szklankę z resztkami kawy.
Kiryłło się podniosła.
- Dzięki, szefowo!
- Tylko wiesz, bez numerów...
- Wiem, wiem. Nie musisz mi tego sto razy powtarzać.
Morski czekał na nią, krążąc po kanciapie, bo nie mógł na niczym się skupić. Zaparzył dwie mocne kawy i co chwilę uchylał drzwi, by nasłuchiwać kroków partnerki na schodach. Kiedy wreszcie wróciła, o mały włos tymi drzwiami nie oberwał.
- No i co?! - Nie wytrzymał.
- Wychodziłeś gdzieś, misiu?
- Nie... czekałem. Chciałem sprawdzić, czy nie idziesz. Masz na biurku świeżą kawę. No i mów, co powiedziała szefowa! - Usiadł wreszcie, obserwując Ninę, która beztrosko zajęła swoje miejsce i od razu zaczęła szukać czegoś w internecie.
- Kawy napiłam się u Marzanny. - Parsknęła śmiechem. - Ale dobrze, że zaparzyłeś. To ci się chwali. Mogę zapalić czy umrzesz od dymu?
- Jezu! Nie denerwuj mnie. Jaraj sobie, tylko uchyl ten luft. - Zniecierpliwił się w końcu. - Na czym stanęło?
Kiryłło się roześmiała.
- Mamy to! - oznajmiła tryumfalnie, wypuszczając przy okazji chmurę dymu. Zazwyczaj w pomieszczeniach ostatnio paliła elektrona, jednak w chwilach większych emocji pozwalała sobie na odstępstwo od tej reguły.
- Hurra! - wykrzyknął radośnie. - Jesteś wielka! Jak było? Spodobał się jej nasz pomysł? Bez problemu dała się przekonać?
- A wiesz, że poszło nawet łatwiej, niż się spodziewałam. Dość szybko łyknęła. Myślę, że te zasięgi ją przekonały...
- Rasowa dziennikarka.
- Dlatego jest dobra jako naczelna.
- Zastępczyni - sprostował.
- Niby racja, ale nie do końca. Tylko nominalnie. Bo tak naprawdę Marzanna jest faktyczną naczelną. Zresztą to "jej" gazeta.
- Okej. Niech będzie. Najważniejsze, że mamy ten temat. Wreszcie coś sensownego. To od czego zaczynamy? - Eryk poruszył mysz, by obudzić ekran komputera, po czym sięgnął po swój notatnik, w którym miał zwyczaj zapisywać i planować każdą czynność związaną z pracą.
Nina się zastanowiła.
- Myślę, że od kradzieży Bruegla - zaproponowała, gasząc papierosa. - Czy mógłbyś zamknąć okno, żebym nie musiała wspinać się po krzesłach? Inaczej nie sięgnę - dodała po chwili.
Morski zrobił to, po czym usiadł i podrapał się po brodzie. Był to typowy dla niego gest, wskazujący, że intensywnie myśli.
- Zacząłbym chyba od tła, czyli od nakreślenia ogólnej sytuacji - odparł. - Rozumiesz: PRL, lata siedemdziesiąte, seria kradzieży dzieł sztuki w Polsce. Przykłady. Wśród nich koniecznie słynna sprawa z Rubensem z Kalisza. Opisałabym ją, bo nie wiem, czy pamiętasz, ale "wasz" Bruegel zniknął zaledwie parę miesięcy później. Moim zdaniem te dwie kradzieże się łączą. - Zerknął pytająco na partnerkę.
- Masz rację. Pamiętam. Niebezpośrednio, byłam za mała, ale o tym mówiło się przez całe lata - przyznała Nina. - Ty chyba w ogóle jeszcze wtedy nie żyłeś. Zdaje się, że nie były to jedyne rabunki dzieł sztuki w tamtym okresie, tyle że najbardziej spektakularne? Zgadza się? - zapytała.
- Tak, było ich więcej, pomniejszych. To był cały proceder - przytaknął Morski. - Owszem, nie było mnie wtedy na świecie, ale później, jako historyk, interesowałem się tematem. Dlatego myślę, żeby od tego zacząć. Trzeba będzie troszkę poszperać w źródłach, a dopiero później wrócimy do tego Bruegla...
- W porządku. Jestem za. A po nim przejdziemy do bardzo podobnego przypadku, który wydarzył się tutaj, na Pomorzu, i to całkiem niedawno, bo zaledwie kilka lat temu. Może z dziesięć. W pewnym małym miasteczku o nazwie Sobiesławice. Sprawdziłam i wszystko sobie przypomniałam. - Nina uśmiechnęła się do niego znacząco i wstała od komputera, by dolać sobie kawy.
- Nie! - zaprotestował.
- Co nie? Właśnie że tak. W sumie od dawna chciałam to zrobić, tylko... jakoś mi umknęło. Jeszcze z godzinę temu wydawałeś się zainteresowany. A teraz nagle strach się obleciał? Szefowej się wystraszyłeś?
- Co ty znowu kombinujesz? To zbyt świeża sprawa, zapewne nadal zajmuje się nią policja. Marzanna się na to nie zgodziła. Chodziło jej o reportaże, o historię, a nie o śledztwo! Chcesz złamać dane słowo?
- Tak - przyznała z rozbrajającą szczerością. - Trochę ją oszukałam, nie po raz pierwszy zresztą. Potem zazwyczaj jest mi wdzięczna, więc nie dramatyzujmy. Widzę tu szansę dla nas. I zaraz ci wyjaśnię, dlaczego...
- Mówisz serio? - powtarzał Eryk. Sprawiał wrażenie zaskoczonego, zaszokowanego, jakby się bił z myślami.
Nina wzruszyła ramionami.
- A sprawiam wrażenie, jakbym sobie śmieszkowała? Sam podałeś mi na tacy ten argument z ogniem. Zaintrygowałeś mnie i sobie przypomniałam. Już wtedy interesowała mnie ta sprawa, ale tego kontekstu nie załapałam. Teraz uważam, że ma on sens.
- To może być przypadek. - Bronił się jeszcze.
- Nie za bardzo wierzę w przypadki. Poza tym zmieniasz front, misiu.
Morski podrapał się po brodzie.
- Zajmowałaś się tą kradzieżą? - zapytał. - Mam na myśli, zawodowo. Bo wtedy prowadziłaś dział śledczy, prawda?
- Prawda. Oczywiście opisywałam sprawę, ale na tym się skończyło. Gliny nie chciały dzielić się informacjami, obrazu nie odnaleziono, pojawiło się mnóstwo mylnych tropów i wątków, a w końcu naczelna zamknęła temat.
- Już wtedy łączyłaś to ze sprawą Bruegla?
Teraz Kiryłło musiała się zastanowić, zanim odpowiedziała:
- Nie do końca, choć dostrzegałam pewne podobieństwa. Jednak nie przyszło mi do głowy, żeby te sprawy łączyć. To w końcu inna epoka.
- A teraz? Coś się zmieniło w twoim toku rozumowania? - dociekał.
- Teraz to co innego. To ty uzmysłowiłeś mi cały... jak by to powiedzieć... ten cały ciąg zdarzeń. Sama już nie wiem, co sądzić. Może jakaś międzynarodowa, wykwalifikowana szajka działa dalej, nieprzerwanie? Zdarzają się takie rzeczy?
- Też nie wiem. Zwracam ci uwagę na fakt, że nigdy nie zajmowałem się kradzieżami dzieł sztuki. Ani w ogóle sprawami kryminalnymi. Moją działką była historia. Ale teoretycznie to chyba możliwe. Tak mi się przynajmniej wydaje... - Eryk urwał, wciąż zawzięcie drapiąc się po brodzie.
Tymczasem Nina zaparzyła kolejne dwie kawy, usiadła za biurkiem i oznajmiła:
- No więc dlatego chcę włączyć tę sprawę. W tym kontekście po prostu musimy brać ją pod uwagę i bliżej jej się przyjrzeć. Ale Marzanna nie musi się o tym od razu dowiedzieć. Nawet zresztą nie powinna, bo z miejsca by nam tego zakazała. W końcu w jakiś sposób wiąże się z tym śmierć człowieka.
- Wspomniałaś, że policja tych przypadków nie łączyła?
- Niby tak. - Wzruszyła ramionami. - Tyle że sam wiesz, jak z nimi jest. Zawsze tak mówią, dopóki nie mają dowodów.
- Opowiedz mi coś więcej o tej sprawie.
- Nie ma tego za dużo, bo schemat był ten sam, co zwykle. Prawdopodobnie ktoś włamał się nocą do miejscowego muzeum i rąbnął obraz Maneta, portret kobiecy, zdaje się, że jedyny w Polsce. W ogóle nie mamy zbyt wielu francuskich impresjonistów. Sobiesławice to małe miasto, ale mają tam muzeum, którego zbiory pochodzą z darowizny lokalnego biznesmena. Ten Manet stanowił wcześniej część jego kolekcji. Pamiętam, że pojawiły się kontrowersje wokół tej sprawy, przede wszystkim kwestionowano oryginalność obrazu, nie do końca jest jasne, czy to na pewno autentyk, czy kopia. Zdania rzeczoznawców były wtedy podzielone. Ale prawdopodobnie dzieło to oryginał, skoro zostało skradzione. Złodzieje wiedzą najlepiej, co kraść. Druga kontrowersja dotyczyła rabunku: nie wiadomo, czy dokonał go ktoś z zewnątrz, czy byli w to zamieszani pracownicy muzeum lub ktoś z miejscowych elit. Na tym nie koniec. Ponieważ oficjalne śledztwo nie wniosło zbyt wiele do sprawy, zatrudniono prywatnego detektywa...
- Kto go wynajął? - wtrącił Morski.
- Zdaje się, że fundacja, a może stowarzyszenie, nie pamiętam już dobrze, będące formalnym właścicielem tamtego muzeum.
- Czyli to jest prywatne muzeum?
- Chyba tak, ale działające jako miejskie. Sobiesławice to miasteczko z tradycjami. Nawet nazwa jest historyczna, pochodzi od dynastii książąt pomorskich, którzy rządzili Pomorzem Gdańskim w średniowieczu.
- Zgadza się, w czasach rozbicia dzielnicowego, dwunasty i trzynasty wiek. - Morski pokiwał głową.
- Możliwe, na ten temat wiesz pewnie więcej ode mnie - zgodziła się Nina. - Stał tam kiedyś podobno warowny zameczek tych książąt, ale obecnie nie ma już po nim śladu. No, w każdym razie to taka "artystyczna" miejscowość, mocno tam stawiają na kulturę. Ta kradzież zabolała mieszkańców. Wracając do detektywa, on też niewiele zdziałał, bo nie zdążył. Wkrótce potem zginął w wypadku drogowym. Spłonął żywcem we własnym aucie. Przypadek?
- A tak twierdziła policja?
- Oczywiście, uznali, że to był nieszczęśliwy wypadek. W ogóle nie połączyli tego ze sprawą kradzieży. Tylko ludzie wiedzieli swoje...
Historyk długo milczał, przez cały czas tarmosząc własną brodę. Nina również zamilkła, obserwując go spod oka.
- I ty chcesz teraz do tego wracać? - odezwał się wreszcie. - Choć może to okazać się śmiertelnie niebezpieczne, skoro już raz ktoś zginął?
- Daj spokój, nie przesadzaj. Nie jesteśmy detektywami, poza tym sprawa już przebrzmiała. Obraz zniknął na dobre, zapewne leży w jakimś sejfie gdzieś na końcu świata i może wypłynie za sto lat. Ale powęszyć warto, na tyle, na ile możemy na potrzeby reportażu. Sam przyznaj, że ta kradzież tworzy spójny obraz z poprzednimi. Musimy o niej wspomnieć. Nie będziemy się nikomu narażać.
- Trzeba tam będzie pojechać - Morski zmiękł. - Ale to potem. Tymczasem bierzmy się do roboty. Najpierw historia...
***
W latach siedemdziesiątych XX wieku Polska, podobnie jak inne kraje, borykała się z serią zuchwałych kradzieży cennych dzieł sztuki z muzeów i kościołów. Sprawców największych z nich nigdy nie wykryto, a zrabowane dzieła, w tym obrazy takich mistrzów jak Rubens czy van Dyck, do dziś pozostają nieodnalezione.
Oczywiście w Polsce Ludowej do podobnych kradzieży dochodziło już wcześniej, w latach pięćdziesiątych XX wieku. Głośną sprawą była seria włamań do muzeum we Wrocławiu (ówczesne Muzeum Śląskie) na przełomie lat 1956/1957. Wówczas łupem padły cenne obrazy Jana Matejki, Juliusza Kossaka, Henryka Rodakowskiego i Aleksandra Gierymskiego (zginęło łącznie trzynaście obrazów). Złodzieje wykazali się wyjątkową zuchwałością, w jednym przypadku dostając się do środka po piorunochronie i wywożąc łup taksówką. Obrazy po prostu wycinali z ram, nie kłopocząc się kamuflażem (jak dwie dekady później).
I choć podobne akcje zdarzały się także w latach osiemdziesiątych - do takich należała słynna kradzież relikwiarza Świętego Wojciecha w Gnieźnie (1986) - to jednak największa fala kradzieży dzieł sztuki w Polsce nastąpiła w latach siedemdziesiątych. Miała ona charakter zorganizowany, a zdobyte nielegalnie obrazy i antyki trafiały na międzynarodowy czarny rynek, z Monachium jako jednym z ważniejszych punktów przeładunkowych. Krążą pogłoski, że przynajmniej w niektóre operacje przemytu polskich dzieł sztuki mogły być zaangażowane ówczesne służby specjalne. Podkreśla się prawdopodobieństwo połączonego działania grup przestępczych - w tym nawet międzynarodowych, gdyż często rabunków dokonywano na zlecenie - i aparatu bezpieczeństwa PRL, roztaczającego nad owym procederem parasol ochronny. Kluczowym momentem była kradzież obrazu Kobieta niosąca żar Pietera Bruegla z Muzeum Narodowego w Gdańsku (1974), która obnażyła słabość ochrony muzealnej i z dużym prawdopodobieństwem potwierdziła zaangażowanie służb w nielegalny handel.
Kradzieże były zresztą częścią większego procederu "czyszczenia" zbiorów, w którym brały udział osoby wysoko postawione, co utrudniało lub wręcz uniemożliwiało milicyjne śledztwa. Mowa tu również o "wykupywaniu" depozytów muzealnych przez dygnitarzy partyjnych. Również w latach siedemdziesiątych opinią publiczną wstrząsnął skandal związany z nielegalnym wywozem z Polski antyków. Wykazano, że pracownicy państwowych antykwariatów współpracowali ze spekulantami, a w ten proceder byli zamieszani funkcjonariusze MSW, traktujący handel dziełami sztuki jako źródło dewiz.
Zanim jednak doszło do kradzieży Bruegla - uznawanej za najbardziej spektakularną - "zniknął" wyjątkowo cenny obraz, dzieło Petera Paula Rubensa Zdjęcie z krzyża z katedry Świętego Mikołaja w Kaliszu.
Do dziś uważa się, że jest to jedna z najbardziej tajemniczych zagadek kryminalnych w historii polskiej sztuki. Była noc trzynastego na czternastego grudnia 1973 roku...
Ogień pojawił się około godziny drugiej nad ranem. Strażacy zostali wezwani do pożaru ołtarza głównego, którego częścią był obraz Rubensa. Straż pożarna ugasiła płomienie w ciągu pół godziny, jednak ołtarz uległ znacznym zniszczeniom. Słynne dzieło spłonęło - tak brzmiała oficjalna wersja. Lecz choć milicja sugerowała wówczas wypadek (ponoć zwarcie instalacji elektrycznej), liczne poszlaki wskazują na fakt, że pożar miał zatuszować kradzież. Był zasłoną dymną dosłownie i w przenośni. Strażacy oraz ówczesny proboszcz katedry wskazywali, że na posadzce kościoła odnaleziono ramy obrazu, a raczej ich fragmenty. Analizy popiołów nie wykazały jednak obecności resztek farb ani też płótna, co sugeruje, że spłonęły same ramy, pozbawione płótna. Ktoś wyciął malowidło przed wybuchem ognia. Do tego pozostałości ramy, które mogły stanowić kluczowy dowód w sprawie i zostały w tym celu zabezpieczone przez prokuraturę, w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęły w trakcie śledztwa. Według wielu badaczy, a także dziennikarzy obraz został skradziony na zlecenie, a sprawcy celowo podpalili ołtarz, by zatrzeć ślady i upozorować zniszczenie dzieła. Zabytek miał zostać wywieziony z Polski na Zachód. Wskazywały na to pojawiające się jakiś czas później informacje o ofertach sprzedaży obrazu Rubensa z Polski w zagranicznej prasie. Z kolei świadkowie (w tym strażacy) wspominali, że ogień wyglądał nietypowo, jak palące się opary denaturatu, co również sugeruje celowe podpalenie dla zatarcia śladów kradzieży. Warto dodać, że brak jednoznacznych dowodów w postaci zwęglonych resztek płótna najwyższej klasy (Rubens malował na płótnie o specyficznej strukturze) potwierdza teorię o kradzieży.
Do dziś nie ma więc pewności, czy obraz spłonął, czy został wykradziony. Obecnie specjaliści stawiają raczej na tę drugą opcję. Tak zwany kaliski Rubens został wpisany do międzynarodowych baz poszukiwanych dzieł sztuki (Interpol, Art Loss Register). Ze względu na doskonałą dokumentację fotograficzną praktycznie niemożliwa jest jego legalna sprzedaż na rynku dzieł sztuki. Istnieją oczywiście hipotezy, że pożar był inscenizowany przez tajne służby (SB) w celu sprzedaży dzieła na czarnym rynku. Obecnie na ołtarzu w Kaliszu wisi kopia.
Istnieje jeszcze jedna sensacyjna teoria, głoszona w związku z tym wydarzeniem: tak zwana klątwa Rubensa. Obraz został sprowadzony do Kalisza już w XVII wieku. Legenda głosi, że mistrz przeklął dzieło, ponieważ nie otrzymał za nie pełnej zapłaty, a współczesne losy obrazu są jedynie następstwem tej klątwy...
Co wiadomo? Obraz został sprowadzony do Kalisza w 1620 roku przez Piotra Żeromskiego, sekretarza króla Zygmunta III Wazy. Żeromski kupił dzieło bezpośrednio w pracowni mistrza w Antwerpii podczas misji dyplomatycznej w Niderlandach. Miało być wyrazem pobożności fundatora, który zapragnął podarować je kaliskiej świątyni. Peter Paul Rubens był wówczas modnym artystą, jednym z najznakomitszych, a także najbardziej znanych malarzy epoki. Stworzył tysiące (dosłownie) obrazów i rysunków, szybko się wzbogacił i już za życia zdobył międzynarodową sławę.
Tak się złożyło, że jesienią 1620 roku w Niderlandach przebywał polski dyplomata, szlachcic Piotr Żeromski, wysłany przez Zygmunta III Wazę na rozmowy z Albrechtem - arcyksięciem Flandrii - w kwestii pożyczki na prowadzenie wojny z Turcją. Wprawdzie polityczny cel wizyty nie został osiągnięty, jednak Żeromski, znawca i miłośnik sztuki, postanowił odwiedzić przy okazji pracownię Rubensa, by zrealizować własny cel: kupno obrazu mistrza. Tam podjął decyzję o nabyciu płótna Zdjęcie z krzyża. Był to olej na płótnie o rozmiarach około 320 na 212 centymetrów. Żeromski nabył zatem obraz w Antwerpii i w następnym roku sprowadził go do Kalisza. Po kilkunastu latach umieszczono dzieło w głównym ołtarzu Kościoła Świętego Mikołaja. Malowidło podobno było jednak tak drogie, że Żeromski wypłacił malarzowi jedynie część należności, zobowiązując się do uregulowania długu w późniejszym terminie. Legenda głosi jednak, że niderlandzki mistrz nigdy nie otrzymał całej należnej zapłaty, więc w złości przeklął Polaka oraz sprzedane mu za niepełną kwotę dzieło. Ile w tym prawdy, ile plotek, tego raczej nigdy się już nie dowiemy.
Obraz pozostawał w Kościele Świętego Mikołaja przez wieki i nic nie zapowiadało późniejszych dramatycznych wydarzeń z jego udziałem. Został poddany konserwacji po pierwszej wojnie światowej. Kiedy w czasie drugiej wojny kościół przeznaczono na magazyn, malowidło przeniesiono do nowego ratusza. Po wojnie płótno wróciło na ołtarz główny Kościoła Świętego Mikołaja, gdzie wisiało spokojnie aż do grudnia 1973 roku...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki