Puste ramy - Anna Klejzerowicz

-
Proszę czekać

Puste ramy

Poprzed­niej nocy w małym mia­steczku

Nikt niczego nie widział ani nie sły­szał. Nie było świad­ków. Nikt nie zauwa­żył czar­nych syl­we­tek prze­my­ka­ją­cych ulicą. Noc wisiała nad mia­stem ciemna, mgli­sta i nie­prze­nik­niona. Sią­pił mono­tonny, lecz draż­niący deszcz, chmury zasnuły niebo szczelną kur­tyną, przez którą księ­życ nie mógł się prze­bić nawet na chwilę. Jakiś męż­czy­zna od lat cier­piący na bez­sen­ność przed nadej­ściem świtu usły­szał war­kot sil­nika, ale i on nie był pewny, czy mu się to nie zda­wało. Nie wyj­rzał, bo i po co, w końcu samo­chody w mie­ście, choćby tak małym jak to, mogą jeź­dzić w dzień czy w nocy. Dopiero kiedy poli­cjanci zaczęli roz­py­ty­wać miesz­kań­ców na tę oko­licz­ność, przy­po­mniał sobie, bo godzina mniej wię­cej się zga­dzała. Tam­tej nocy jed­nak nie prze­jął się ruchem na ulicy, poszedł do toa­lety i wró­cił do cie­płego łóżka. Już pra­wie zasy­piał, gdy otrzeź­wiła go wpa­da­jąca przez okno dziwna łuna, która nawet poprzez szczel­nie zacią­gnięte zasłony roz­ja­śniła ciem­ność, bar­wiąc ją na kolor pur­pury. Męż­czy­zna ponow­nie wstał i wyj­rzał bar­dziej zacie­ka­wiony niż zanie­po­ko­jony. Nie spo­dzie­wał się dra­matu: pomy­ślał, że to poranna zorza zagląda do jego sypialni. Jed­nak to, co ujrzał, wpra­wiło go w osłu­pie­nie. W pośpie­chu narzu­cił na sie­bie ubra­nie i wybiegł przed kamie­nicę, gdzie już zgro­ma­dził się spory tłum i wciąż przy­by­wało ludzi. Ktoś zda­wał rela­cję przez tele­fon, ktoś inny nagry­wał - ogień w sercu mia­steczka wywo­łał sen­sa­cję...

Wkrótce roz­legł się dźwięk syren, po chwili pod­je­chały wozy stra­żac­kie i poli­cyjne. Pło­mie­nie posta­wiły na nogi całą oko­licę. Wyda­wało się, że pożar wybuchł znie­nacka, w szyb­kim tem­pie obej­mu­jąc nie­wielki budy­nek, który spło­nął doszczęt­nie, zanim stra­żacy pod­jęli jakieś dzia­ła­nia. Na szczę­ście w porę wypro­wa­dzono stam­tąd loka­to­rów, księży, gdyż był to budy­nek ple­ba­nii przy sta­rej kate­drze, będą­cej pomni­kiem daw­nej świet­no­ści mia­sta. Kościół nie ucier­piał, choć takie ryzyko ist­niało. Pełna poświę­ce­nia akcja gaśni­cza, a być może także utrzy­mu­jąca się mżawka, powo­du­jąca wysoką wil­got­ność powie­trza i utrud­nia­jąca roz­prze­strze­nia­nie się ognia, ochro­niły tę budowlę.

Świt przy­no­sił nadzieję końca tra­gicz­nych wie­ści. Gapie roze­szli się, emo­cje opa­dły. Męż­czy­zna obser­wu­jący prze­bieg wyda­rzeń rów­nież wró­cił do swo­jego miesz­ka­nia, aby zapa­rzyć sobie kawę po turecku, zjeść śnia­da­nie, a potem zadzwo­nić do zna­jo­mych i podzie­lić się z nimi wyda­rze­niami ostat­niej nocy.

Kilka godzin póź­niej jeden z pra­cow­ni­ków muzeum die­ce­zjal­nego, miesz­czą­cego się przy kate­drze, odkrył na ścia­nie głów­nej sali wysta­wo­wej puste ramy po naj­cen­niej­szym w owych zbio­rach obra­zie - miej­sco­wej perle - i wsz­czął alarm, już drugi tego fatal­nego poranka.

Gdańsk, współ­cze­śnie. Marzec

- I co masz tam takiego cie­ka­wego? - zapy­tała Nina pod­czas śnia­da­nia, obser­wu­jąc Eryka odda­ją­cego się swo­jej codzien­nej por­cji pra­sówki z lap­to­pem. - Wybu­chła wojna? Hej, sły­szysz mnie, misiu?!

- Co? - W końcu spoj­rzał na nią roz­ko­ja­rzo­nym wzro­kiem.

- Halo, tu Zie­mia! - zakpiła, sma­ru­jąc grzankę kon­fi­turą. - Masz taką minę, jak­byś odkrył co naj­mniej Ame­rykę. Co cie­ka­wego wyczy­ta­łeś?

- Wojna nie, ale z muzeum skra­dziono obraz Cra­na­cha. To się stało tej nocy, chcesz posłu­chać? - Mor­ski dorzu­cił kolejne dwie łyżeczki cukru do swo­jej już i tak słod­kiej kawy z mle­kiem i ener­gicz­nie zamie­szał. - Bo to, zdaje mi się, będzie naj­go­ręt­szy temat dnia. A nawet tygo­dnia.

- Ale gdzie skra­dziono, u nas?

- Tak, w Pol­sce. Z muzeum die­ce­zjal­nego. Gdzieś na Ślą­sku. Na doda­tek na ple­ba­nii obok wybuchł pożar. Nie wia­domo, czy miało to jakiś zwią­zek z kra­dzieżą. Na szczę­ście nikt nie zgi­nął, księża zdą­żyli się ewa­ku­ować, bo ktoś zauwa­żył łunę i wezwał pomoc.

- No to nie u nas. - Nina także nalała sobie kawy, choć w prze­ci­wień­stwie do part­nera ona piła czarną i gorzką.

- Nie cie­kawi cię to? - obru­szył się. - Zgi­nęło kolejne ważne dzieło sztuki, a prze­cież za wiele ich nie posia­damy w kraju!

- Cie­kawi. Powie­dzia­łam tylko, że skoro nie na Pomo­rzu, to nie dla nas temat - popra­wiła się Kiryłło. - Póź­niej prze­czy­tam, bo teraz czas zasu­wać do roboty. Ostat­nio naczel­nej odbiło i spraw­dza, kiedy kto przy­cho­dzi, więc lepiej się pospieszmy.

Ten temat jed­nak poru­szył Mor­skiego do tego stop­nia, że wał­ko­wali go dalej w samo­cho­dzie pod­czas jazdy, a kon­ty­nu­owali w redak­cji, gdy już zna­leźli się w swo­jej dziu­pli na dole, nie­mal w pod­zie­miach, obok redak­cyj­nego archi­wum "Prze­glądu Pomor­skiego". Na drzwiach kan­ciapy wid­niała dum­nie tabliczka "Dział histo­ryczny", pod którą jakiś dow­cip­niś przy­kleił kar­teczkę z dopi­skiem "Archi­wum X". Repor­te­rzy nie pozbyli się jej, uzna­jąc obie nazwy za tak samo zabawne w sytu­acji, gdy szum­nie brzmiący dział histo­ryczny to zale­d­wie ich dwoje.

Nie żeby nad tym ubo­le­wali, co to, to nie. Nie potrze­bo­wali nikogo wię­cej. Sta­no­wili zgrany zespół, świet­nie im się razem pra­co­wało i nie tylko: rów­nie świet­nie im się ze sobą żyło. Od roku byli w związku i czuli się jak "jedna dusza w dwóch cia­łach". Dusza co nieco poobi­jana z obu stron, ale - sca­lona - słu­żyła im cał­kiem dobrze. Od pew­nego czasu mogła nawet ucho­dzić za ule­czoną. W pracy we dwoje radzili sobie dosko­nale, rozu­mieli się bez słów. Teraz też tak było. Mor­ski odru­chowo włą­czył czaj­nik, a Kiryłło nasy­pała her­baty do dwóch poobi­ja­nych kub­ków z kościo­tru­pami. Włą­czyli kom­pu­tery.

- Wiesz co, męczy mnie ten Cra­nach - wyznał Eryk - czy też raczej, jak podej­rze­wam, obraz z kręgu lub warsz­tatu Cra­nacha. Cho­ler­nie przy­po­mina falę podob­nych kra­dzieży dzieł sztuki z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Wyda­wało się, że takie rze­czy nie mogą się powtó­rzyć, bo sama rozu­miesz... Od tam­tej pory udo­sko­na­lono zabez­pie­cze­nia, poja­wił się moni­to­ring wizyjny, nawet zmie­nił się ustrój. - Zalał wrząt­kiem her­batę. - A jed­nak, kur­czę. Tak jakby na nowo się zaczęło. Bo to prze­cież nie pierw­sza taka sprawa w ostat­nim cza­sie.

- Fakt - przy­znała Nina, coraz bar­dziej zain­try­go­wana. - Tu też wyda­rzyła się podobna histo­ria kilka lat temu. Ktoś wykradł obraz z muzeum i pod­pa­lił budy­nek zapewne tylko po to, żeby upo­zo­ro­wać, że prze­padł w poża­rze. Nie, chyba coś pomy­li­łam. To doty­czyło jakie­goś kościoła. Ale tam też był w tle ogień. Na pewno.

- W Gdań­sku? - Mor­ski spoj­rzał na nią czuj­nie znad paru­ją­cego kubka, do któ­rego wrzu­cał wła­śnie cztery kostki cukru. Widząc to, Kiryłło skrzy­wiła się z nie­sma­kiem, po czym odparła:

- Nie w samym Gdań­sku. Gdzieś w oko­li­cach, w jakimś nie­du­żym mia­steczku, teraz nie pamię­tam nazwy.

- Spró­buj sobie przy­po­mnieć, dobrze?

- Okej, poszu­kam, jeśli chcesz. - Wzru­szyła ramio­nami. - Ale po co ci to?

- Inte­re­suje mnie temat - wyja­śnił. - Prze­cież jakiś czas temu wał­ko­wa­li­śmy sprawę kra­dzieży Bru­egla z waszego muzeum. Zapo­mnia­łaś?

- Nie zapo­mnia­łam. Tylko co to ma ze sobą wspól­nego? To stare dzieje! Co ty kom­bi­nu­jesz, misiu?

- Była też słynna kra­dzież Rubensa z kate­dry w Kali­szu... w tym samym mniej wię­cej cza­sie.

- No i co z tego?

- Pomyśl. Te wszyst­kie sprawy coś łączy. - Oczy mu błysz­czały. - Coś oprócz kra­dzieży dzieł sztuki, oczy­wi­ście.

- Co? Gadaj, do cho­lery, a nie zada­waj mi tu zaga­dek!

- Wła­śnie ogień! - odparł try­um­fu­jąco.

Nina zanie­mó­wiła.

- Ale... no nie wiem. W przy­padku Bru­egla nie było żad­nego pożaru - ode­zwała się w końcu nie­zbyt pew­nie.

- Nie? Serio? A jed­nak! Ogień był.

- Gdzie?... O matko! Masz rację. Coś sobie przy­po­mi­nam. Spło­nął czło­wiek. Podobno te sprawy były jakoś ze sobą powią­zane.

- Dokład­nie! - Mor­ski był pod­eks­cy­to­wany. - Teraz rozu­miesz? Czy ty zda­jesz sobie sprawę z tego, jaki to temat?!

Kiryłło napiła się her­baty i się­gnęła po elek­tro­nicz­nego papie­rosa.

- Marzanna ni­gdy w życiu się na to nie zgo­dzi - pró­bo­wała jesz­cze opo­no­wać. - Mie­li­śmy pisać o tym przed­wo­jen­nym seryj­nym...

- Zgo­dzi się. Sama zoba­czysz. Będzie miała te swoje upra­gnione zasięgi! Popły­niemy na fali. Prze­cież kra­dzieżą Cra­na­cha będzie teraz żyć cała Pol­ska! A dla nas to przy­naj­mniej coś naprawdę cie­ka­wego. Coś, co ma sens, a nie jakieś pier­doły o seryj­nia­kach. Więc poga­dasz z nią? To w końcu twoja przy­ja­ciółka.

Nina, zanim dała się prze­ko­nać i w końcu przy­stała na pro­po­zy­cję Eryka, spę­dziła godzinę w inter­ne­cie, czy­ta­jąc nowe wia­do­mo­ści, a także stare arty­kuły na temat kra­dzieży dzieł sztuki w Pol­sce. Wresz­cie uznała, że part­ner ma rację: to cie­kawy i fra­pu­jący temat, a co nie­które ana­lo­gie - mimo upływu lat - mogły dać do myśle­nia. A jeśli nawet nie mia­łyby zna­cze­nia, to tak czy siak były medialne, co powinno prze­ko­nać Kowal­ską. Dzien­ni­kar­skiego nosa nie spo­sób jej było odmó­wić.

- Dobra, idę do niej. - Wes­tchnęła, wsta­jąc od kom­pu­tera. - Widzisz, jak ja się dla cie­bie poświę­cam. Trzy­maj kciuki.

- Trzy­mam, trzy­mam. Nawet ci kawę posta­wię - zażar­to­wał. - Idź już, zanim skoń­czy pracę i poje­dzie do domu!

- Jak­byś nie wie­dział, że ona zwy­kle wycho­dzi ostat­nia. Zaraz pójdę, tylko muszę się tro­chę ogar­nąć.

Obser­wo­wał part­nerkę, która przed zaśnie­dzia­łym lustrem popra­wiała włosy, a ponie­waż nie chciały jej słu­chać, roz­pu­ściła je, roz­cze­sała i ponow­nie zwi­nęła w cia­sny koczek na karku, co wyostrzyło i tak już orle rysy jej twa­rzy. Włosy miała mocne, dłu­gie, gęste, o nieco chłod­nej pla­ty­no­wej bar­wie. Wie­dział, że je far­bo­wała, bo choć z natury też była blon­dynką, tyle że nie tak jasną, jed­nak - jak twier­dziła - posi­wiała "po przej­ściach". Kiryłło nie robiła sobie maki­jażu, tylko lekko przy­pu­dro­wy­wała nos. Podzi­wiał ją nie­zmien­nie: doj­rzała kobieta, któ­rej czas się nie imał, piękna, wysoka, szczu­pła, zgrabna niczym młoda dziew­czyna. Poję­cia nie miał, jakim cudem zacho­wała taką syl­wetkę, w ogóle nie upra­wia­jąc żad­nego sportu. Nie miała na to czasu. Podobno w mło­do­ści dużo cho­dziła po górach, być może to teraz pro­cen­to­wało. On nie miał tyle szczę­ścia: z wie­kiem zaczął nabie­rać ciała. Nie był otyły, ale musiał się liczyć z tym, że może mieć nad­wagę. Jed­nak nad tym nie ubo­le­wał, skoro dzięki temu mógł być "misiem" Niny.

- No. To idę. - Ode­tchnęła głę­boko. - Nie musisz wpi­jać we mnie pona­gla­ją­cego wzroku, widzia­łam w lustrze!

- Wcale nie wpi­jam! - obu­rzył się.

- Wpi­jasz. Lepiej trzy­maj kciuki, bo z Kowal­ską nie ma lekko...

Marzanna Kowal­ska - wice­na­czelna "Prze­glądu Pomor­skiego", a w zasa­dzie fak­tyczna naczelna, bo ten nomi­nalny urzę­do­wał w War­sza­wie, w sie­dzi­bie wydawcy - była od lat przy­ja­ciółką, rywalką i zara­zem part­nerką zawo­dową Niny Kiryłło. Dawno temu wspól­nie zakła­dały tę gazetę, obec­nie tygo­dnik, głów­nie już inter­ne­towy, choć nie tylko. Gdy nowe czasy wymo­gły na nich sprze­daż tytułu dużemu wydaw­nic­twu, zro­biły to, ale zostały. Bez nich nikt chyba nie wyobra­żał sobie jego funk­cjo­no­wa­nia. Kowal­ska z wyczu­ciem wciąż pro­wa­dziła pismo, Nina była jej nie­for­malną zastęp­czy­nią i gwiazdą "Prze­glądu...". Eryk Mor­ski sta­no­wił nowy nary­bek. Został do nich wysłany przez wydawcę pro­sto z War­szawy. Zresztą sam o to pro­sił ze wzglę­dów rodzin­nych. Jego życie pry­watne roz­pa­dło się, więc chciał zacząć je w nowym miej­scu. Na początku Nina bun­to­wała się prze­ciwko tej decy­zji, szybko jed­nak oka­zało się, że sta­no­wią zgrany duet, a Eryk stał się nie­od­łączną czę­ścią zespołu. I part­ne­rem Niny (co Marzanna uznała za swoją zasługę).

Gdy repor­terka weszła do gabi­netu sze­fo­wej, Kowal­ska powi­tała ją unie­sie­niem powiek. Była atrak­cyjną kobietą mniej wię­cej w wieku Niny. Miała dość bujne kształty i far­bo­wane na różowo gęste loki. Wprost ema­no­wała ener­gią i wital­no­ścią.

- Kiryłło? Tak sama z sie­bie? Jaki zaszczyt! Co cię do mnie spro­wa­dza, gwiazdo? - zakpiła.

- Mam wyjść?

- Prze­ciw­nie, masz posa­dzić swoją dupę na tym krze­śle i zdra­dzić mi, z czym przy­cho­dzisz. Kawy chcesz?

- Wystar­czy mi twoja. - Kiryłło usia­dła przed biur­kiem Kowal­skiej, uśmiech­nęła się krzywo i się­gnęła po dopiero co napeł­nioną szklankę przy­ja­ciółki.

- No jasne! - Ta wes­tchnęła. - Cza­sem mi się zdaje, że tylko po to przy­cho­dzisz. Jakimś psim swę­dem wyczu­wasz, kiedy nale­wam sobie świe­żej kawki.

- Co się dzi­wisz, masz lep­szą. Gdy­byś nie była taką sknerą, mie­li­by­śmy z Ery­kiem eks­pres. A pijemy jakąś lurę - wytknęła Nina.

- Prze­cież ty się i tak nie znasz na kawie. Ale dobra, skończmy ten kawowy tema­cik i gadaj, o co cho­dzi. Bo widzę, że masz coś waż­nego... - Marzanna ode­brała przy­ja­ciółce swoją szklankę i pocią­gnęła z niej głę­boki łyk.

- Jak to, widzisz? - zdu­miała się Kiryłło.

- Prze­cież cię znam od stu lat. - Sze­fowa wzru­szyła ramio­nami. - No to nada­waj wresz­cie, bo też mam swoją robotę.

- Sły­sza­łaś o tej wczo­raj­szej kra­dzieży obrazu Cra­na­cha? - zapy­tała ostroż­nie Nina, nie wda­jąc się w dys­ku­sję.

- Kto by nie sły­szał? Chyba o niczym innym się teraz nie mówi. Już wysła­łam tam Nowaka jako kore­spon­denta. On jest od takich nowi­nek. A co? - Kowal­ska unio­sła brwi, patrząc na Ninę wycze­ku­jąco.

- Bo mamy z Mor­skim w związku z tym pewną pro­po­zy­cję... - zaczęła repor­terka, po czym zawie­siła głos w ocze­ki­wa­niu na reak­cję Marzenny.

Kowal­ska, sły­sząc to, od razu stała się czujna.

- Kochana, jeśli znowu marzy ci się jakieś dzien­ni­kar­skie śledz­two, to zapo­mnij! - odparła bez namy­słu. - Mam dość pogró­żek i wiecz­nego stra­chu, że mi pod­łożą bombę pod redak­cję albo że nas zastrzelą wszyst­kich jak leci. Góra też zajęła w tej kwe­stii jasne sta­no­wi­sko i nie mam zamiaru się im sprze­ci­wiać. - Zaci­snęła wargi.

- O czym ty mówisz?! Jakie, kur­czę, pogróżki?! - żach­nęła się Kiryłło.

- Już nie pamię­tasz, jak zadzie­ra­łaś z pół­świat­kiem?

- To było dawno temu. Może byś mnie tak naj­pierw wysłu­chała, co?

- Słu­cham cię.

- Nie mia­łam na myśli zadzie­ra­nia z ban­dy­tami. Ale pomyśl. Sprawa kra­dzieży tego obrazu jest cho­ler­nie medialna. - Nina wie­działa, jaką strunę poru­szyć. - Kolejne cenne dzieło sztuki prze­pa­dło. Będzie tym żyła cała Pol­ska, a nawet nie tylko Pol­ska, przez wiele mie­sięcy. Mam nadzieję, że ten Cra­nach się szybko odnaj­dzie, jed­nak temat i tak będzie gorący...

- Dosko­nale to rozu­miem. Ale to prze­cież nawet nie jest nasz region! - weszła jej w słowo naczelna.

- Dla­tego my nie zamie­rzamy zaj­mo­wać się tą kon­kretną sprawą. - Kiryłło wyczuła, że sze­fowa mięk­nie i jest coraz bar­dziej zain­te­re­so­wana, więc kon­ty­nu­owała z prze­ko­na­niem: - Nato­miast chcemy pole­cieć na tej bazie i wró­cić do sta­rych kra­dzieży dzieł sztuki z naszego woje­wódz­twa. Jakiś czas temu już poru­sza­li­śmy ten temat, teraz można by do niego nawią­zać i potrak­to­wać sze­rzej. Co ty na to? - Się­gnęła ponow­nie po szklankę z kawą Marzanny, która, zamy­ślona, nawet tego nie zauwa­żyła.

- A wiesz... to nawet nie­zła myśl. - Kowal­ska wyraź­nie zła­pała bak­cyla. - Od tego jest w sumie wasz dział. Seria repor­taży na temat słyn­nych kra­dzieży zabyt­ków w nawią­za­niu do tej sprawy ze Ślą­ska. Przy­po­mnij mi, czym wy się teraz zaj­mu­je­cie?

Repor­terka mach­nęła ręką.

- Niczym waż­nym! - odparła szybko. - Jed­nym takim seryj­nym zbo­kiem i mor­dercą sprzed wojny. Takie tro­chę od czapy story.

- No, fakt... Kupuję to. Zbok może zacze­kać. W takim razie bierz­cie to. Nowak będzie nam rela­cjo­no­wał na bie­żąco sytu­ację z Cra­na­chem, a wy już daj­cie wstęp­niak zapo­wia­da­jący nowy cykl. - Kowal­ska uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem, prze­su­wa­jąc na swoją stronę biurka szklankę z reszt­kami kawy.

Kiryłło się pod­nio­sła.

- Dzięki, sze­fowo!

- Tylko wiesz, bez nume­rów...

- Wiem, wiem. Nie musisz mi tego sto razy powta­rzać.

Mor­ski cze­kał na nią, krą­żąc po kan­cia­pie, bo nie mógł na niczym się sku­pić. Zapa­rzył dwie mocne kawy i co chwilę uchy­lał drzwi, by nasłu­chi­wać kro­ków part­nerki na scho­dach. Kiedy wresz­cie wró­ciła, o mały włos tymi drzwiami nie obe­rwał.

- No i co?! - Nie wytrzy­mał.

- Wycho­dzi­łeś gdzieś, misiu?

- Nie... cze­ka­łem. Chcia­łem spraw­dzić, czy nie idziesz. Masz na biurku świeżą kawę. No i mów, co powie­działa sze­fowa! - Usiadł wresz­cie, obser­wu­jąc Ninę, która bez­tro­sko zajęła swoje miej­sce i od razu zaczęła szu­kać cze­goś w inter­ne­cie.

- Kawy napi­łam się u Marzanny. - Par­sk­nęła śmie­chem. - Ale dobrze, że zapa­rzy­łeś. To ci się chwali. Mogę zapa­lić czy umrzesz od dymu?

- Jezu! Nie dener­wuj mnie. Jaraj sobie, tylko uchyl ten luft. - Znie­cier­pli­wił się w końcu. - Na czym sta­nęło?

Kiryłło się roze­śmiała.

- Mamy to! - oznaj­miła try­um­fal­nie, wypusz­cza­jąc przy oka­zji chmurę dymu. Zazwy­czaj w pomiesz­cze­niach ostat­nio paliła elek­trona, jed­nak w chwi­lach więk­szych emo­cji pozwa­lała sobie na odstęp­stwo od tej reguły.

- Hurra! - wykrzyk­nął rado­śnie. - Jesteś wielka! Jak było? Spodo­bał się jej nasz pomysł? Bez pro­blemu dała się prze­ko­nać?

- A wiesz, że poszło nawet łatwiej, niż się spo­dzie­wa­łam. Dość szybko łyk­nęła. Myślę, że te zasięgi ją prze­ko­nały...

- Rasowa dzien­ni­karka.

- Dla­tego jest dobra jako naczelna.

- Zastęp­czyni - spro­sto­wał.

- Niby racja, ale nie do końca. Tylko nomi­nal­nie. Bo tak naprawdę Marzanna jest fak­tyczną naczelną. Zresztą to "jej" gazeta.

- Okej. Niech będzie. Naj­waż­niej­sze, że mamy ten temat. Wresz­cie coś sen­sow­nego. To od czego zaczy­namy? - Eryk poru­szył mysz, by obu­dzić ekran kom­pu­tera, po czym się­gnął po swój notat­nik, w któ­rym miał zwy­czaj zapi­sy­wać i pla­no­wać każdą czyn­ność zwią­zaną z pracą.

Nina się zasta­no­wiła.

- Myślę, że od kra­dzieży Bru­egla - zapro­po­no­wała, gasząc papie­rosa. - Czy mógł­byś zamknąć okno, żebym nie musiała wspi­nać się po krze­słach? Ina­czej nie się­gnę - dodała po chwili.

Mor­ski zro­bił to, po czym usiadł i podra­pał się po bro­dzie. Był to typowy dla niego gest, wska­zu­jący, że inten­syw­nie myśli.

- Zaczął­bym chyba od tła, czyli od nakre­śle­nia ogól­nej sytu­acji - odparł. - Rozu­miesz: PRL, lata sie­dem­dzie­siąte, seria kra­dzieży dzieł sztuki w Pol­sce. Przy­kłady. Wśród nich koniecz­nie słynna sprawa z Ruben­sem z Kali­sza. Opi­sa­ła­bym ją, bo nie wiem, czy pamię­tasz, ale "wasz" Bru­egel znik­nął zale­d­wie parę mie­sięcy póź­niej. Moim zda­niem te dwie kra­dzieże się łączą. - Zer­k­nął pyta­jąco na part­nerkę.

- Masz rację. Pamię­tam. Nie­bez­po­śred­nio, byłam za mała, ale o tym mówiło się przez całe lata - przy­znała Nina. - Ty chyba w ogóle jesz­cze wtedy nie żyłeś. Zdaje się, że nie były to jedyne rabunki dzieł sztuki w tam­tym okre­sie, tyle że naj­bar­dziej spek­ta­ku­larne? Zga­dza się? - zapy­tała.

- Tak, było ich wię­cej, pomniej­szych. To był cały pro­ce­der - przy­tak­nął Mor­ski. - Ow­szem, nie było mnie wtedy na świe­cie, ale póź­niej, jako histo­ryk, inte­re­so­wa­łem się tema­tem. Dla­tego myślę, żeby od tego zacząć. Trzeba będzie troszkę poszpe­rać w źró­dłach, a dopiero póź­niej wró­cimy do tego Bru­egla...

- W porządku. Jestem za. A po nim przej­dziemy do bar­dzo podob­nego przy­padku, który wyda­rzył się tutaj, na Pomo­rzu, i to cał­kiem nie­dawno, bo zale­d­wie kilka lat temu. Może z dzie­sięć. W pew­nym małym mia­steczku o nazwie Sobie­sła­wice. Spraw­dzi­łam i wszystko sobie przy­po­mnia­łam. - Nina uśmiech­nęła się do niego zna­cząco i wstała od kom­pu­tera, by dolać sobie kawy.

- Nie! - zapro­te­sto­wał.

- Co nie? Wła­śnie że tak. W sumie od dawna chcia­łam to zro­bić, tylko... jakoś mi umknęło. Jesz­cze z godzinę temu wyda­wa­łeś się zain­te­re­so­wany. A teraz nagle strach się oble­ciał? Sze­fo­wej się wystra­szy­łeś?

- Co ty znowu kom­bi­nu­jesz? To zbyt świeża sprawa, zapewne na­dal zaj­muje się nią poli­cja. Marzanna się na to nie zgo­dziła. Cho­dziło jej o repor­taże, o histo­rię, a nie o śledz­two! Chcesz zła­mać dane słowo?

- Tak - przy­znała z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią. - Tro­chę ją oszu­ka­łam, nie po raz pierw­szy zresztą. Potem zazwy­czaj jest mi wdzięczna, więc nie dra­ma­ty­zujmy. Widzę tu szansę dla nas. I zaraz ci wyja­śnię, dla­czego...

- Mówisz serio? - powta­rzał Eryk. Spra­wiał wra­że­nie zasko­czo­nego, zaszo­ko­wa­nego, jakby się bił z myślami.

Nina wzru­szyła ramio­nami.

- A spra­wiam wra­że­nie, jak­bym sobie śmiesz­ko­wała? Sam poda­łeś mi na tacy ten argu­ment z ogniem. Zain­try­go­wa­łeś mnie i sobie przy­po­mnia­łam. Już wtedy inte­re­so­wała mnie ta sprawa, ale tego kon­tek­stu nie zała­pa­łam. Teraz uwa­żam, że ma on sens.

- To może być przy­pa­dek. - Bro­nił się jesz­cze.

- Nie za bar­dzo wie­rzę w przy­padki. Poza tym zmie­niasz front, misiu.

Mor­ski podra­pał się po bro­dzie.

- Zaj­mo­wa­łaś się tą kra­dzieżą? - zapy­tał. - Mam na myśli, zawo­dowo. Bo wtedy pro­wa­dzi­łaś dział śled­czy, prawda?

- Prawda. Oczy­wi­ście opi­sy­wa­łam sprawę, ale na tym się skoń­czyło. Gliny nie chciały dzie­lić się infor­ma­cjami, obrazu nie odna­le­ziono, poja­wiło się mnó­stwo myl­nych tro­pów i wąt­ków, a w końcu naczelna zamknęła temat.

- Już wtedy łączy­łaś to ze sprawą Bru­egla?

Teraz Kiryłło musiała się zasta­no­wić, zanim odpo­wie­działa:

- Nie do końca, choć dostrze­ga­łam pewne podo­bień­stwa. Jed­nak nie przy­szło mi do głowy, żeby te sprawy łączyć. To w końcu inna epoka.

- A teraz? Coś się zmie­niło w twoim toku rozu­mo­wa­nia? - docie­kał.

- Teraz to co innego. To ty uzmy­sło­wi­łeś mi cały... jak by to powie­dzieć... ten cały ciąg zda­rzeń. Sama już nie wiem, co sądzić. Może jakaś mię­dzy­na­ro­dowa, wykwa­li­fi­ko­wana szajka działa dalej, nie­prze­rwa­nie? Zda­rzają się takie rze­czy?

- Też nie wiem. Zwra­cam ci uwagę na fakt, że ni­gdy nie zaj­mo­wa­łem się kra­dzie­żami dzieł sztuki. Ani w ogóle spra­wami kry­mi­nal­nymi. Moją działką była histo­ria. Ale teo­re­tycz­nie to chyba moż­liwe. Tak mi się przy­naj­mniej wydaje... - Eryk urwał, wciąż zawzię­cie dra­piąc się po bro­dzie.

Tym­cza­sem Nina zapa­rzyła kolejne dwie kawy, usia­dła za biur­kiem i oznaj­miła:

- No więc dla­tego chcę włą­czyć tę sprawę. W tym kon­tek­ście po pro­stu musimy brać ją pod uwagę i bli­żej jej się przyj­rzeć. Ale Marzanna nie musi się o tym od razu dowie­dzieć. Nawet zresztą nie powinna, bo z miej­sca by nam tego zaka­zała. W końcu w jakiś spo­sób wiąże się z tym śmierć czło­wieka.

- Wspo­mnia­łaś, że poli­cja tych przy­pad­ków nie łączyła?

- Niby tak. - Wzru­szyła ramio­nami. - Tyle że sam wiesz, jak z nimi jest. Zawsze tak mówią, dopóki nie mają dowo­dów.

- Opo­wiedz mi coś wię­cej o tej spra­wie.

- Nie ma tego za dużo, bo sche­mat był ten sam, co zwy­kle. Praw­do­po­dob­nie ktoś wła­mał się nocą do miej­sco­wego muzeum i rąb­nął obraz Maneta, por­tret kobiecy, zdaje się, że jedyny w Pol­sce. W ogóle nie mamy zbyt wielu fran­cu­skich impre­sjo­ni­stów. Sobie­sła­wice to małe mia­sto, ale mają tam muzeum, któ­rego zbiory pocho­dzą z daro­wi­zny lokal­nego biz­nes­mena. Ten Manet sta­no­wił wcze­śniej część jego kolek­cji. Pamię­tam, że poja­wiły się kon­tro­wer­sje wokół tej sprawy, przede wszyst­kim kwe­stio­no­wano ory­gi­nal­ność obrazu, nie do końca jest jasne, czy to na pewno auten­tyk, czy kopia. Zda­nia rze­czo­znaw­ców były wtedy podzie­lone. Ale praw­do­po­dob­nie dzieło to ory­gi­nał, skoro zostało skra­dzione. Zło­dzieje wie­dzą naj­le­piej, co kraść. Druga kon­tro­wer­sja doty­czyła rabunku: nie wia­domo, czy doko­nał go ktoś z zewnątrz, czy byli w to zamie­szani pra­cow­nicy muzeum lub ktoś z miej­sco­wych elit. Na tym nie koniec. Ponie­waż ofi­cjalne śledz­two nie wnio­sło zbyt wiele do sprawy, zatrud­niono pry­wat­nego detek­tywa...

- Kto go wyna­jął? - wtrą­cił Mor­ski.

- Zdaje się, że fun­da­cja, a może sto­wa­rzy­sze­nie, nie pamię­tam już dobrze, będące for­mal­nym wła­ści­cie­lem tam­tego muzeum.

- Czyli to jest pry­watne muzeum?

- Chyba tak, ale dzia­ła­jące jako miej­skie. Sobie­sła­wice to mia­steczko z tra­dy­cjami. Nawet nazwa jest histo­ryczna, pocho­dzi od dyna­stii ksią­żąt pomor­skich, któ­rzy rzą­dzili Pomo­rzem Gdań­skim w śre­dnio­wie­czu.

- Zga­dza się, w cza­sach roz­bi­cia dziel­ni­co­wego, dwu­na­sty i trzy­na­sty wiek. - Mor­ski poki­wał głową.

- Moż­liwe, na ten temat wiesz pew­nie wię­cej ode mnie - zgo­dziła się Nina. - Stał tam kie­dyś podobno warowny zame­czek tych ksią­żąt, ale obec­nie nie ma już po nim śladu. No, w każ­dym razie to taka "arty­styczna" miej­sco­wość, mocno tam sta­wiają na kul­turę. Ta kra­dzież zabo­lała miesz­kań­ców. Wra­ca­jąc do detek­tywa, on też nie­wiele zdzia­łał, bo nie zdą­żył. Wkrótce potem zgi­nął w wypadku dro­go­wym. Spło­nął żyw­cem we wła­snym aucie. Przy­pa­dek?

- A tak twier­dziła poli­cja?

- Oczy­wi­ście, uznali, że to był nie­szczę­śliwy wypa­dek. W ogóle nie połą­czyli tego ze sprawą kra­dzieży. Tylko ludzie wie­dzieli swoje...

Histo­ryk długo mil­czał, przez cały czas tar­mo­sząc wła­sną brodę. Nina rów­nież zamil­kła, obser­wu­jąc go spod oka.

- I ty chcesz teraz do tego wra­cać? - ode­zwał się wresz­cie. - Choć może to oka­zać się śmier­tel­nie nie­bez­pieczne, skoro już raz ktoś zgi­nął?

- Daj spo­kój, nie prze­sa­dzaj. Nie jeste­śmy detek­ty­wami, poza tym sprawa już prze­brzmiała. Obraz znik­nął na dobre, zapewne leży w jakimś sej­fie gdzieś na końcu świata i może wypły­nie za sto lat. Ale powę­szyć warto, na tyle, na ile możemy na potrzeby repor­tażu. Sam przy­znaj, że ta kra­dzież two­rzy spójny obraz z poprzed­nimi. Musimy o niej wspo­mnieć. Nie będziemy się nikomu nara­żać.

- Trzeba tam będzie poje­chać - Mor­ski zmiękł. - Ale to potem. Tym­cza­sem bierzmy się do roboty. Naj­pierw histo­ria...

***

W latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku Pol­ska, podob­nie jak inne kraje, bory­kała się z serią zuchwa­łych kra­dzieży cen­nych dzieł sztuki z muzeów i kościo­łów. Spraw­ców naj­więk­szych z nich ni­gdy nie wykryto, a zra­bo­wane dzieła, w tym obrazy takich mistrzów jak Rubens czy van Dyck, do dziś pozo­stają nie­od­na­le­zione.

Oczy­wi­ście w Pol­sce Ludo­wej do podob­nych kra­dzieży docho­dziło już wcze­śniej, w latach pięć­dzie­sią­tych XX wieku. Gło­śną sprawą była seria wła­mań do muzeum we Wro­cła­wiu (ówcze­sne Muzeum Ślą­skie) na prze­ło­mie lat 1956/1957. Wów­czas łupem padły cenne obrazy Jana Matejki, Juliu­sza Kos­saka, Hen­ryka Roda­kow­skiego i Alek­san­dra Gie­rym­skiego (zgi­nęło łącz­nie trzy­na­ście obra­zów). Zło­dzieje wyka­zali się wyjąt­kową zuchwa­ło­ścią, w jed­nym przy­padku dosta­jąc się do środka po pio­ru­no­chro­nie i wywo­żąc łup tak­sówką. Obrazy po pro­stu wyci­nali z ram, nie kło­po­cząc się kamu­fla­żem (jak dwie dekady póź­niej).

I choć podobne akcje zda­rzały się także w latach osiem­dzie­sią­tych - do takich nale­żała słynna kra­dzież reli­kwia­rza Świę­tego Woj­cie­cha w Gnieź­nie (1986) - to jed­nak naj­więk­sza fala kra­dzieży dzieł sztuki w Pol­sce nastą­piła w latach sie­dem­dzie­sią­tych. Miała ona cha­rak­ter zor­ga­ni­zo­wany, a zdo­byte nie­le­gal­nie obrazy i antyki tra­fiały na mię­dzy­na­ro­dowy czarny rynek, z Mona­chium jako jed­nym z waż­niej­szych punk­tów prze­ła­dun­ko­wych. Krążą pogło­ski, że przy­naj­mniej w nie­które ope­ra­cje prze­mytu pol­skich dzieł sztuki mogły być zaan­ga­żo­wane ówcze­sne służby spe­cjalne. Pod­kre­śla się praw­do­po­do­bień­stwo połą­czo­nego dzia­ła­nia grup prze­stęp­czych - w tym nawet mię­dzy­na­ro­dowych, gdyż czę­sto rabun­ków doko­ny­wano na zle­ce­nie - i apa­ratu bez­pie­czeń­stwa PRL, roz­ta­cza­ją­cego nad owym pro­ce­de­rem para­sol ochronny. Klu­czo­wym momen­tem była kra­dzież obrazu Kobieta nio­sąca żar Pie­tera Bru­egla z Muzeum Naro­do­wego w Gdań­sku (1974), która obna­żyła sła­bość ochrony muze­al­nej i z dużym praw­do­po­do­bień­stwem potwier­dziła zaan­ga­żo­wa­nie służb w nie­le­galny han­del.

Kra­dzieże były zresztą czę­ścią więk­szego pro­ce­deru "czysz­cze­nia" zbio­rów, w któ­rym brały udział osoby wysoko posta­wione, co utrud­niało lub wręcz unie­moż­li­wiało mili­cyjne śledz­twa. Mowa tu rów­nież o "wyku­py­wa­niu" depo­zy­tów muze­al­nych przez dygni­ta­rzy par­tyj­nych. Rów­nież w latach sie­dem­dzie­sią­tych opi­nią publiczną wstrzą­snął skan­dal zwią­zany z nie­le­gal­nym wywo­zem z Pol­ski anty­ków. Wyka­zano, że pra­cow­nicy pań­stwo­wych anty­kwa­ria­tów współ­pra­co­wali ze spe­ku­lan­tami, a w ten pro­ce­der byli zamie­szani funk­cjo­na­riu­sze MSW, trak­tu­jący han­del dzie­łami sztuki jako źró­dło dewiz.

Zanim jed­nak doszło do kra­dzieży Bru­egla - uzna­wa­nej za naj­bar­dziej spek­ta­ku­larną - "znik­nął" wyjąt­kowo cenny obraz, dzieło Petera Paula Rubensa Zdję­cie z krzyża z kate­dry Świę­tego Miko­łaja w Kali­szu.

Do dziś uważa się, że jest to jedna z naj­bar­dziej tajem­ni­czych zaga­dek kry­mi­nal­nych w histo­rii pol­skiej sztuki. Była noc trzy­na­stego na czter­na­stego grud­nia 1973 roku...

Ogień poja­wił się około godziny dru­giej nad ranem. Stra­żacy zostali wezwani do pożaru ołta­rza głów­nego, któ­rego czę­ścią był obraz Rubensa. Straż pożarna uga­siła pło­mie­nie w ciągu pół godziny, jed­nak ołtarz uległ znacz­nym znisz­cze­niom. Słynne dzieło spło­nęło - tak brzmiała ofi­cjalna wer­sja. Lecz choć mili­cja suge­ro­wała wów­czas wypa­dek (ponoć zwar­cie insta­la­cji elek­trycz­nej), liczne poszlaki wska­zują na fakt, że pożar miał zatu­szo­wać kra­dzież. Był zasłoną dymną dosłow­nie i w prze­no­śni. Stra­żacy oraz ówcze­sny pro­boszcz kate­dry wska­zy­wali, że na posadzce kościoła odna­le­ziono ramy obrazu, a raczej ich frag­menty. Ana­lizy popio­łów nie wyka­zały jed­nak obec­no­ści resz­tek farb ani też płótna, co suge­ruje, że spło­nęły same ramy, pozba­wione płótna. Ktoś wyciął malo­wi­dło przed wybu­chem ognia. Do tego pozo­sta­ło­ści ramy, które mogły sta­no­wić klu­czowy dowód w spra­wie i zostały w tym celu zabez­pie­czone przez pro­ku­ra­turę, w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach zagi­nęły w trak­cie śledz­twa. Według wielu bada­czy, a także dzien­ni­ka­rzy obraz został skra­dziony na zle­ce­nie, a sprawcy celowo pod­pa­lili ołtarz, by zatrzeć ślady i upo­zo­ro­wać znisz­cze­nie dzieła. Zaby­tek miał zostać wywie­ziony z Pol­ski na Zachód. Wska­zy­wały na to poja­wia­jące się jakiś czas póź­niej infor­ma­cje o ofer­tach sprze­daży obrazu Rubensa z Pol­ski w zagra­nicz­nej pra­sie. Z kolei świad­ko­wie (w tym stra­żacy) wspo­mi­nali, że ogień wyglą­dał nie­ty­powo, jak palące się opary dena­tu­ratu, co rów­nież suge­ruje celowe pod­pa­le­nie dla zatar­cia śla­dów kra­dzieży. Warto dodać, że brak jed­no­znacz­nych dowo­dów w postaci zwę­glo­nych resz­tek płótna naj­wyż­szej klasy (Rubens malo­wał na płót­nie o spe­cy­ficz­nej struk­tu­rze) potwier­dza teo­rię o kra­dzieży.

Do dziś nie ma więc pew­no­ści, czy obraz spło­nął, czy został wykra­dziony. Obec­nie spe­cja­li­ści sta­wiają raczej na tę drugą opcję. Tak zwany kali­ski Rubens został wpi­sany do mię­dzy­na­ro­do­wych baz poszu­ki­wa­nych dzieł sztuki (Inter­pol, Art Loss Regi­ster). Ze względu na dosko­nałą doku­men­ta­cję foto­gra­ficzną prak­tycz­nie nie­moż­liwa jest jego legalna sprze­daż na rynku dzieł sztuki. Ist­nieją oczy­wi­ście hipo­tezy, że pożar był insce­ni­zo­wany przez tajne służby (SB) w celu sprze­daży dzieła na czar­nym rynku. Obec­nie na ołta­rzu w Kali­szu wisi kopia.

Ist­nieje jesz­cze jedna sen­sa­cyjna teo­ria, gło­szona w związku z tym wyda­rze­niem: tak zwana klą­twa Rubensa. Obraz został spro­wa­dzony do Kali­sza już w XVII wieku. Legenda głosi, że mistrz prze­klął dzieło, ponie­waż nie otrzy­mał za nie peł­nej zapłaty, a współ­cze­sne losy obrazu są jedy­nie następ­stwem tej klą­twy...

Co wia­domo? Obraz został spro­wa­dzony do Kali­sza w 1620 roku przez Pio­tra Żerom­skiego, sekre­ta­rza króla Zyg­munta III Wazy. Żerom­ski kupił dzieło bez­po­śred­nio w pra­cowni mistrza w Antwer­pii pod­czas misji dyplo­ma­tycz­nej w Nider­lan­dach. Miało być wyra­zem poboż­no­ści fun­da­tora, który zapra­gnął poda­ro­wać je kali­skiej świą­tyni. Peter Paul Rubens był wów­czas mod­nym arty­stą, jed­nym z naj­zna­ko­mit­szych, a także naj­bar­dziej zna­nych mala­rzy epoki. Stwo­rzył tysiące (dosłow­nie) obra­zów i rysun­ków, szybko się wzbo­ga­cił i już za życia zdo­był mię­dzy­na­ro­dową sławę.

Tak się zło­żyło, że jesie­nią 1620 roku w Nider­lan­dach prze­by­wał pol­ski dyplo­mata, szlach­cic Piotr Żerom­ski, wysłany przez Zyg­munta III Wazę na roz­mowy z Albrech­tem - arcy­księ­ciem Flan­drii - w kwe­stii pożyczki na pro­wa­dze­nie wojny z Tur­cją. Wpraw­dzie poli­tyczny cel wizyty nie został osią­gnięty, jed­nak Żerom­ski, znawca i miło­śnik sztuki, posta­no­wił odwie­dzić przy oka­zji pra­cow­nię Rubensa, by zre­ali­zo­wać wła­sny cel: kupno obrazu mistrza. Tam pod­jął decy­zję o naby­ciu płótna Zdję­cie z krzyża. Był to olej na płót­nie o roz­mia­rach około 320 na 212 cen­ty­me­trów. Żerom­ski nabył zatem obraz w Antwer­pii i w następ­nym roku spro­wa­dził go do Kali­sza. Po kil­ku­na­stu latach umiesz­czono dzieło w głów­nym ołta­rzu Kościoła Świę­tego Miko­łaja. Malo­wi­dło podobno było jed­nak tak dro­gie, że Żerom­ski wypła­cił mala­rzowi jedy­nie część należ­no­ści, zobo­wią­zu­jąc się do ure­gu­lo­wa­nia długu w póź­niej­szym ter­mi­nie. Legenda głosi jed­nak, że nider­landzki mistrz ni­gdy nie otrzy­mał całej należ­nej zapłaty, więc w zło­ści prze­klął Polaka oraz sprze­dane mu za nie­pełną kwotę dzieło. Ile w tym prawdy, ile plo­tek, tego raczej ni­gdy się już nie dowiemy.

Obraz pozo­sta­wał w Kościele Świę­tego Miko­łaja przez wieki i nic nie zapo­wia­dało póź­niej­szych dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń z jego udzia­łem. Został pod­dany kon­ser­wa­cji po pierw­szej woj­nie świa­to­wej. Kiedy w cza­sie dru­giej wojny kościół prze­zna­czono na maga­zyn, malo­wi­dło prze­nie­siono do nowego ratu­sza. Po woj­nie płótno wró­ciło na ołtarz główny Kościoła Świę­tego Miko­łaja, gdzie wisiało spo­koj­nie aż do grud­nia 1973 roku...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki