2
Kiedy przedarłem się przez rumowisko, opadła mnie niedorzeczna chęć, by przerzucić kamienie i poszukać pod nimi małego białego autka. Przykucnąłem. Żwir jest zbyt sypki, by zachowały się w nim odciski butów, tam zaś, gdzie go nie było, uniemożliwiała to spieczona i twarda jak kamień ziemia. Widziałem jednak, w którym miejscu wycofano samochód i odjechano. Pamiętałem, że Mona zostawiła kluczyki w stacyjce, nie było powodu, by tego nie robić. Trzy czy cztery kilometry dalej znajdowała się stara brama, którą otworzyłem, a potem zamknąłem, gdy przez nią wjechała.
Pomyślałem, że odgłos zapalania silnika, który usłyszałem, mógł pochodzić od jej samochodu. Przyszła mi jednak do głowy inna myśl. Postawiłem walizkę na szosie i wspiąłem się na wierzchołek osuwiska. Znalezienie tego miejsca zajęło mi jakieś pięć minut: poczerniała skała i słaba woń materiału wybuchowego. Wystarczyło, że ktoś wsunął do szczeliny kilka lasek dynamitu, a na drogę zwaliło się parę ton kamieni. W jakim celu? Żeby Mona zostawiła wóz i poszła pieszo? Po co? Żeby ktoś mógł zabrać jej samochód? Do czego był potrzebny?
Nie znałem odpowiedzi na te pytania, wziąłem więc walizkę i schodziłem dalej. Przyszło mi na myśl, że zabicie kobiety, która całą sobą prowokuje, to akt osobliwie bezlitosny. Takich się nie zabija. Nikt nie powinien pozbawiać życia słodkiego ciała, niweczyć tego wewnętrznego żaru, uciszać śpiewnego głosu.
Jednak Mona Yeoman była martwa i taka pozostanie na wieki. Zająłem się więc odtwarzaniem przebiegu wypadków i weryfikowaniem hipotez. Wyszedłszy przez starą zniszczoną bramę, znalazłem się na wąskiej betonowej podziurawionej szosie. Droga z pewnością nie prowadziła do żadnego ważnego celu, a mnie się wcale nie spieszyło, żeby to sprawdzać. Ruszyłem w przeciwną stronę trasą, którą przybyliśmy. Szacowałem, że mogła mieć ze trzy kilometry, może więcej. Liczyłem na podwózkę. Jednak cztery samochody, które mnie minęły, przejechały szybko. Nie zdążyłem nawet dobrze przyjrzeć się kierowcom.
W końcu dotarłem do skrzyżowania, które pamiętałem jak przez mgłę. Stała tam zakurzona stacja benzynowa z jadłodajnią, o której ścianę opierały się fragmenty karoserii popsutego wozu. W cieniu przed budynkiem jakiś mężczyzna siedział przechylony w fotelu. Nie chciałem zakłócać mu sjesty.
Wszedłem do jadłodajni. Przy stoliku siedziała przysadzista młoda dziewczyna w poplamionym zielonym swetrze i czytała kolorowe czasopismo. Wstała powoli, kiedy zaskrzypiały siatkowe drzwi. Miała ogromne piersi i przypominała z wyglądu komika Buddy'ego Hacketta.
- Chciałbym zatelefonować.
Nie odpowiedziała, tylko klapnęła z powrotem na krzesełko.
- Jak się nazywa ten lokal? Żebym wiedział, jakie podać namiary.
- Stacja Garry'ego w Cotton Corners.
Wyjąłem miedziaka i zajrzałem do książki telefonicznej, po czym wykręciłem policyjny numer alarmowy.
- Biuro szeryfa, mówi jego zastępca London.
- Jestem na stacji Garry'ego w Cotton Corners. Chcę złożyć zawiadomienie o postrzale i kradzieży pojazdu.
- To się zdarzyło w miejscu, w którym pan przebywa?
- Nie, ale mogę pana tam doprowadzić.
- Jak się pan nazywa?
- McGee, Travis McGee. - Miałem świadomość, że siedząca za mną dziewczyna słucha z napiętą uwagą.
- Mogę wysłać radiowóz, dojedzie w ciągu dziesięciu minut. Proszę czekać. Może pan opisać skradziony pojazd?
- Białe alpine sunbeam, numery miejscowe.
- Zna je pan?
- Nie.
- Kto to zrobił?
- Nie mam pojęcia.
- Gdzie to się stało?
- Na wzgórzach jakieś osiem, dziesięć kilometrów stąd. Przyszedłem pieszo, więc od zdarzenia upłynęła godzina, a właściwie bliżej dwóch godzin.
- Kto został ranny?
- Kobieta, pani Jasperowa Yeoman. Nie żyje.
- Pani Yeoman! Boże Wszechmogący! Proszę tam czekać.
Odłożyłem słuchawkę. Przysadzista dziewczyna spojrzała na mnie z uwielbieniem.
- O rany! - odezwała się. - Coś takiego! Do licha!
- Może mi pani podać colę?
- Jasne, już się robi. Co się właściwie stało? Kto ją zastrzelił?
- Wie pani, kim ona jest?
- A kto nie wie? Nieraz kupowała tu paliwo. Jej stary miał połowę okręgu Esmerelda. A ona była zarozumiałą zdzirą. Kto to zrobił?
- Lepiej, żeby to policja zadawała te pytania.
- Widział pan, jak to się stało?
- Proszę nie przesadzić z lodem.
Postawiła przede mną szklankę i wybiegła truchtem. Słyszałem, jak trajkocze do mężczyzny, który spał na fotelu, kiedy zjawiłem się na stacji. Po chwili weszli oboje. Był młodszy, niż mi się zdawało. Jego skóra miała odcień jasnego brązu, podobny do barwy jaszczurek skalnych. Spojrzał na mnie, jakbym przed chwilą opowiedział mu świński dowcip.
- Ta zdzira na pewno wykitowała?
Boże drogi, jaką radochę im sprawia, kiedy dowiadują się, że śmierć zwala z nóg także wielkich tego świata. Że padają jej łupem również ci, którzy śpią na forsie. Patrzyli na mnie tak, jakbym obojgu przyniósł wór słodyczy. Potwierdziłem, że kobieta naprawdę zginęła.
- Pan nie jest stąd - rzekł mężczyzna i nie zabrzmiało to jak pytanie. - Była córeczką starego Cube'a Foxa. Mój ojczulek kiedyś u niego pracował. Cube ożenił się dopiero po trzydziestce. Była jego jedynym dzieckiem z prawego łoża, ale w tej części stanu na bank lata ze czterdziestu dorosłych, którzy mają niebieskie gały Cube'a, a resztę meksykańską. Cube miał kręćka na punkcie meksykańskich lasek, dobrze gadał w ich języku. On i Jass Yeoman trzymali się razem. Tatko mówił, że kiedy Jass chajtnął się z córką Cube'a, ten musiał się przewracać w grobie i kląć tak, że więdła trawa na jego mogile. Wie pan, kto ją zabił?
- Jestem obcy w tych stronach.
Pod stację zajechał samochód. Ktoś dotknął jakiejś gałki, syrena jęknęła niskim tonem i zamilkła.
Wyszliśmy na zewnątrz. Z bladoszarego radiowozu z zatartym znakiem szeryfa na drzwiach wysiadło dwóch mężczyzn w wyblakłych mundurach koloru khaki. Mieli na głowach szerokie kapelusze jak gliniarze w telewizji oraz pasy z pistoletami, na piersiach nosili srebrne odznaki. Nic już nie wygląda jak autentyk. W osiedlach emerytów stare pierniki z Upper Berth w Ohio stroją się w portki szeryfów i mrużą oczy, żeby pojawiły się wokół nich zmarszczki jak u spalonych słońcem kowbojów.
- Hej, Arnie - odezwał się roślejszy z policjantów.
- Cześć, Homer. Cześć, Dave.
Homer wetknął kciuki za pas i wskazał mnie skinieniem głowy.
- Słyszeliście, co ten gość mówił przez telefon? Ty i siora?
- Jasna sprawa, i jeśli to nie jest naj...
- Arnie, ty albo twoja siora lubicie wisieć na telefonie i grać w loterie telewizyjne. A my wpadniemy tu któregoś dnia i jak nic okaże się, że posiadacie nielegalny odbiornik. I nigdy nawet nie słyszeliście o oficjalnej zgodzie na używanie szyldu. W urzędzie okręgowym dowiedzą się, że macie brudny ruszt i niedomyte szklanki. A ten cały złom, który tu leży, też wygląda mi na wart zainteresowania.
- Homer, jeśli chcesz, żebyśmy trzymali buzie na kłódki, wystarczy powiedzieć.
- Arnie, jeśli ty albo siostra pobiegniecie na wzgórza i szepniecie słówko o tej sprawie choćby pieskowi preriowemu, będziesz zasuwał przy budowie dróg, a twoja siostra w pralni, tak mi dopomóż, wiesz kto. - Odwrócił się do nich plecami. - McGee?
- Zgadza się.
- Nazywam się Hardy, a to jest Dave Carlyle. Poczekamy na szeryfa, niedługo się tu zjawi. To on będzie zadawał pytania. A teraz obie ręce na kark.
Zrobiłem, co mi kazał. Przeszukanie było szybkie i profesjonalne. Pasek, brzuch, krocze, pachy, kieszenie i kostki.
- Ma pan coś przy sobie?
- Walizka jest w jadłodajni.
- Przynieś ją, Dave.
Niższy i starszy wiekiem zastępca szeryfa wykonał polecenie. Postawił walizkę na masce radiowozu, otworzył, pomacał i zamknął.
- Teraz sprawdzenie tożsamości - oznajmił Homer Hardy. - Proszę mi nie dawać portfela, tylko prawo jazdy, jeśli pan je ma.
Położył dokument na masce, spisał informacje do notesu i oddał.
- Dziękuję, panie McGee.
- Bardzo proszę.
- Szeryf nadciąga - rzucił Dave Carlyle. W polu widzenia pojawił się zakurzony, nowy duży samochód typu kombi. Kiedy wjechał na stację benzynową, raptownie zahamował i zatrzymał się w obłoku kurzu.
Homer zwrócił się do rodzeństwa:
- Wejdźcie do środka.
Oddalili się niechętnie. Szeryf wysiadł z samochodu. Był młodszy od swoich zastępców. Potężna klatka piersiowa, kanciasta szczęka i byczy kark nadawały mu wygląd byłego zawodnika sportów walki. Na głowie miał wyblakłą czapkę drużyny baseballowej White Sox, sportową koszulę w granatowo-białą kratkę wypuścił na szare spodnie. Domyśliłem się, że rośnie mu brzuszek i maskuje go koszulą.
- A więc? - zagadnął Homera.
- To Travis D. McGee z Fort Lauderdale na Florydzie. Jest czysty, w walizce ma ubrania, przybory toaletowe i otwartą butelkę bourbona. Nie sprzeciwiał się przeszukaniu. Kazałem siedzieć cicho Arniemu i jego siostrze, nie puszcząpary z ust. McGee o nic nie pytaliśmy, więc wiesz dokładnie tyle samo co my.
- On pojedzie ze mną, a wy za nami - oznajmił szeryf. Dave włożył moją walizkę do kombi. Wsiadłem z szeryfem, powiedział, że nazywa się Buckelberry. Nie uśmiechnął się. Być może dorobił się takiego karku i barów, pokazując nowo poznanym ludziom, że nie należy stroić sobie żartów z jego nazwiska.
- Dokąd jedziemy?
1
Zbyt szybko wzięła zakręt, a szosa bez dwóch zdań nie była pierwszej jakości. Samochód wjechał na żwirowe pobocze, z lewej strony mieliśmy przepaść jak wszyscy diabli, a dalej, w miejscu, w którym powinna się ciągnąć droga, wyrastało wielkie usypisko kamieni. Mocno wdepnęła hamulec i samochodem ostro zarzuciło w bok. Skuliłem się, pewny, że białe alpine podskoczy i przekoziołkuje. Jednak autko sunęło dalej i zatrzymało się kilkanaście centymetrów od skalnej ściany, podczas gdy tył dzielił od przepaści niecały metr. Przyduszony silnik zgasł.
- A to się porobiło! - rzuciła Mona Yeoman.
Samochód stygł, wydając ciche trzaski. Jakieś ptaszysko zaśmiało się z nas w głos, po pękniętym kamieniu śmignęła jaszczurka.
- Czyżby koniec drogi?
- Ojej, nic podobnego. Dalej możemy pójść pieszo. Zostało jakieś osiemset metrów, tak myślę. Od wieków tu nie zaglądałam.
- A mój bagaż?
- No cóż, nie odniosłam wrażenia, że jest bardzo ciężki. Weźmie go pan ze sobą, panie McGee. Może potem uda się panu zrzucić trochę tych kamieni z drogi, żeby jeep zdołał tędy przejechać. Albo przyślę paru ludzi, którzy się tym zajmą.
- Jeśli mamy nie nagłaśniać tej sprawy, to może spróbuję poradzić sobie sam.
- Co racja, to racja.
- Pod warunkiem że zgodzę się pani pomóc, pani Yeoman.
Zmierzyła mnie spojrzeniem. Jej oczy miały piękny niebieski odcień jajek rudzika i mniej więcej tyle samo wyrazu.
- Dotarł pan już tak daleko, to może jednak pan się zdecyduje?
Wyjąłem walizkę z samochodziku i przedostaliśmy się przez osuwisko. Było świeże, świadczyły o tym krawędzie kamieni. Ucieszyłem się, kiedy wysiadłem z auta. Szosa biegła stromo pod górę, a wiraże prezentowały się nader interesująco. Spotkałem się z panią Yeoman w południe na lotnisku leżącym osiemdziesiąt kilometrów od tego miejsca, dość daleko od jej domu. Oznajmiła, że ma chatę w górach, w której mógłbym się zatrzymać, bardzo na uboczu, i w której możemy wszystko omówić. Od pierwszej chwili usiłowałem ją rozgryźć.
Wydawało się, że kobieta nie pasuje ani do surowego krajobrazu, ani do ubrań, które na siebie włożyła. Była postawną blondynką o dojrzałym ciele, wiek około trzydziestki. Dobrze nad sobą panowała i trzymała się w ryzach, okraszając swoje zachowanie szczyptą niezachwianej arogancji. Znacznie bardziej pasowałaby do Piątej Alei czy Pięćdziesiątej Którejś-tam Ulicy. W niedzielne popołudnie przechadzałaby się wśród innych dam wystrojonych zgodnie z najnowszymi trendami mody, w olśniewającym kapeluszu na głowie, prowadząc na smyczy małego niebieskiego pieska o kędzierzawej sierści.
Tymczasem kroczyła kamienną drogą w piętnastocentymetrowych szpilkach, ubrana w spodnie z prążkowanej tkaniny, tweedową kurtkę jeździecką i piaskowy kowbojski kapelusz. Znajdowaliśmy się wysoko, lecz nie było wiatru, a upał mocno utrudniał wspinaczkę. Stanąłem, postawiłem walizkę na ziemi i ściągnąłem marynarkę.
- Słusznie - orzekła moja towarzyszka, po czym zdjęła kurtkę i zarzuciła ją sobie na ramię. Ruszyła w dalszą drogę z taką miną, jakby była przeświadczona o tym, że reszta świata tylko czeka, by podążyć za nią gęsiego. Miała wąską talię i trzymała się prosto. Spodnie, odrobinę tylko ciemniejsze od kapelusza, przylegały do jej nóg niemal jak skóra. Kobiety oceniam jak łódki - po wyglądzie rufy. Zadek pani Yeoman był mocny, kształtny, bujny i nieprzystępny. Doszedłem do wniosku, że gdyby ta damulka zdecydowała się spojrzeć na kogoś łaskawym okiem, byłoby to wydarzenie wiekopomne, wymagające uczczenia omszałą butelką wina, kadzidłem oraz jedwabną pościelą. Jej prezencja zaś niemal dorównywała cenie, którą za siebie wyznaczyła.
Skupiała się na jednej czynności naraz. Teraz maszerujemy, rozmawiamy później.
Droga urywała się przed górską chatą, która stała na kawałku równego terenu tworzącego rodzaj skalnej półki na trzech czwartych wysokości góry. Domek ze srebrnoszarego drewna był stary, ale zbudowany porządnie na planie kwadratu o boku sześciu metrów, ze spadzistym dachem. Obok stała otwarta drewniana stodoła, widać w niej było sągi drewna i stareńkiego jeepa wciąż pomalowanego w wojskowe barwy. Za stodołą, obok skalistej ściany sterczała niewielka budka. Wychodek na skraju przepaści.
Wszedłem za właścicielką na ganek, a ona wysupłała klucz z obcisłych spodni i otworzyła drzwi.
- Oto sypialnia i jednocześnie salonik. Kominek wspaniale ogrzewa ten pokój. Kuchnia jest z tyłu, znajdzie pan tam piec na drewno i przyzwoity zapas podstawowych wiktuałów. Wyżej na zboczu mamy źródło, to wielka rzadkość w tej okolicy. Rury doprowadzają wodę do kuchni. Jest zimna, lecz wyśmienita. Pewnie zauważył pan toaletę na zewnątrz. Akumulator w jeepie zapewne siadł, ale silnik powinien zaskoczyć, gdy ruszy pan w dół zbocza. Proszę pojechać do stacji benzynowej, tam zobaczy pan, czego wóz potrzebuje, i doliczy sumę do rachunku. W szafie jest trochę grubej mocnej odzieży. Wątpię, czy znajdzie pan coś wystarczająco dużego na swój rozmiar, panie McGee, ale chyba pan sobie poradzi.
- Pani Yeoman...
- Prześcieradeł tu nie ma, za to koców nie brakuje... Tak?
- Nie zamierzam kupić od pani tego domku ani go wynająć. Może nawet tutaj nie przenocuję. Przejdźmy więc do rzeczy, zgoda?
Spojrzała na mnie z dezaprobatą.
- Ależ ktoś musi mi pomóc - oświadczyła. - Dlaczego pokonał pan taki szmat drogi, skoro...
- Jak każda szanująca się call girl, zastrzegam sobie prawo wyboru. Pewnego razu jedna dama założyła z góry, że chętnie zgodzę się dla niej kogoś zabić. To zaś nie leży w zakresie moich obowiązków zawodowych.
- Nie mam na myśli nic podobnego! Fran Weaver to jedna z moich najstarszych przyjaciółek, powiedziała, że jeśli w ogóle ktoś może...
- Wiem, wiem, napisała mi o tym. Odezwałem się i dostałem od pani forsę na bilet lotniczy. Pani zaryzykowała pieniądze, ja swój czas. A teraz zobaczmy, czy zdołamy się spotkać w pół drogi. - Położyłem walizkę na łóżku, otworzyłem i wyjąłem butelkę.
- Bourbon bez lodu?
- Poproszę. Z wodą, pół na pół. Woda jest wystarczająco chłodna.
Z kranu popłynęła woda z rdzą, lecz po chwili się przeczyściła; była tak zimna, aż zgrabiały mi palce. Nalałem trunku do dwóch szklanek od różnych kompletów. Gospodyni usadowiła się na skórzanej poduszce na podwyższeniu. W chacie było chłodniej niż na zewnątrz. Okryła się kurtką i odłożyła kapelusz.
Usiadłem nieopodal na plecionym krześle. Uniosła szklankę i powiedziała:
- Za porozumienie.
- Dobrze. - Wypiliśmy. - Przyjąłem pani zgłoszenie w ciemno, bo jestem prawie spłukany, pani Yeoman.
To ją zaniepokoiło.
- Te słowa nie napawają mnie otuchą.
- Sądzi pani, że mam kłopoty, bo źle mi idzie w pracy? Radzę sobie doskonale.
- Nie rozumiem.
- Pracuję, kiedy mam pustki w kieszeniach. Poza tym rozkoszuję się emeryturą. Dozuję ją sobie w ratach, póki jestem jeszcze dość młody, żeby sprawiała mi przyjemność. Mam opinię plażowego bumelanta, mieszkam na łodzi. Żyję tak, jak mi się podoba, ale czasem muszę popracować. Raczej niechętnie. Teraz rozumie pani uwarunkowania?
- Chyba tak... Fran wspomniała...
- Coś pani odebrano, coś, co do pani należało, a pani spróbowała wszelkich sposobów, żeby to odzyskać. Nie wyszło. Podejmę jeszcze jedną próbę, zakładając, że dojdziemy do porozumienia. Jeśli mi się uda, zatrzymam dla siebie połowę wartości.
- Ale ja nie mogę na to przystać.
- Wobec tego zbierajmy się.
- Nie, chwileczkę. Proszę mnie wysłuchać. Moim ojcem był Cubitt Fox. Wiem, że to nazwisko nic panu nie mówi. Jednak w tych stronach wciąż się je pamięta. Byłam jego jedynym dzieckiem, mama umarła dwa lata po moich narodzinach. Próbował mnie wychować tak, jakbym była chłopcem. Zmarł dwadzieścia lat temu, gdy miałam dwanaście lat, a on czterdzieści cztery. Jego najbliższym i najukochańszym przyjacielem był Jasper Yeoman, młodszy od niego o sześć lat. Tatuś wyznaczył Jassa na wykonawcę testamentu, a on zajął się wszystkim i był przy tym serdeczny i wspaniałomyślny. Chodziłam do dobrych szkół na wschodnim wybrzeżu, panie McGee. Skończyłam Vassar i dostałam pracę w nowojorskim czasopiśmie. Otrzymywałam wysokie kieszonkowe. Zakochałam się w żonatym mężczyźnie, uciekliśmy razem. To była straszna, koszmarna pomyłka. W Paryżu mu się odwidziało i w te pędy wrócił do żony. Zostałam tam prawie rok. Za dużo piłam i popełniłam wiele głupstw. Potem zachorowałam, Jass przyjechał. Zabrał mnie do Szwajcarii i był przy mnie tak długo, aż wyzdrowiałam. Potrzebowałam emocjonalnej stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa i czułości. Pobraliśmy się na pokładzie statku w drodze powrotnej do Stanów, przed dziewięcioma laty. Teraz mój mąż ma lat pięćdziesiąt osiem. Do pewnego czasu był to wygodny układ... Jednak rok temu wszystko się odmieniło. Jass jest bogaty i ma twarde zasady. To jego pierwsze małżeństwo. Niestety, nie możemy mieć dzieci, z mojej winy. Rok temu ponownie się zakochałam. Miałam nadzieję, że Jass okaże rozsądek... Ale go nie okazał. Postanowiłam od niego odejść. Myślałam, że wezmę pieniądze po ojcu i będę wolna. Wciąż dostawałam kieszonkowe i sądziłam, że pochodzi z odsetek od funduszu powierniczego, który dla mnie ustanowił. Wiem, że było ich kilka, dostawałam tysiąc pięćset dolarów miesięcznie od dnia dwudziestych pierwszych urodzin. I dokładnie tyle wydawałam, szło mi to cholernie dobrze. Jass był wykonawcą testamentu, jak już panu wspomniałam. Poprosiłam o rozliczenie, ale mnie wyśmiał. Oznajmił, że majątek ojca wyczerpał się przed laty, a on wypłacał mi pieniądze z własnej kieszeni. Zażądałam, żeby pokazał mi księgi. Odrzekł, że nic bym z nich nie zrozumiała. Dodał, że tatuś poczynił głupie inwestycje i pieniądze skończyły się w tym czasie, gdy braliśmy ślub. Nie wierzę w to, panie McGee. Mój ojciec miał powodzenie w interesach! Kiedy umierał, gazety podawały, że wartość jego majątku wynosi ponad dwa miliony dolarów. Taka suma nie mogła się, ot tak, rozpłynąć. Myślę, że mój mąż... w jakiś sposób zagarnął te wszystkie pieniądze.
- Pani Yeoman, a ja myślę, że potrzebny jest pani prawnik albo księgowy. Ze mnie nie będzie pani miała żadnego pożytku.
- Powiem panu, jak sprawy stoją. Znajdujemy się w okręgu Esmerelda, dwanaście kilometrów stąd w dolinie leży miasto Esmerelda. Jest w nim bank i spółka powiernicza Esmerelda. Mój mąż trzyma w kieszeni okręg, miasto, bank i masę innych rzeczy. Jeździ na polowania z tymi, którzy trzęsą całym stanem, grywa z nimi w pokera. A mnie traktuje jak nieletnią narzeczoną, która wpadła w dziecinną histerię. Mam być grzeczna, i po jakimś czasie głupstwa wywietrzeją mi z głowy.
- Rozmawiała pani z prawnikiem?
- Nie znalazłam w Esmereldzie żadnego, który zgodziłby się zająć tą sprawą. Wyszperałam jednego młodego w Belasco, w sąsiednim okręgu. Sondował rzecz przez miesiąc. Nie jestem w stanie powtórzyć wszystkiego, co mówił, ale chyba zapamiętałam to, co ważne. Mój mąż musiał zdać sprawę ze swojej kurateli przed sądem spadkowym i złożyć w nim odpowiednie raporty, zapewne dlatego, że byłam nieletnia. Napisał trzy: pierwszy pięć lat po śmierci tatusia, drugi dziesięć i trzeci piętnaście lat po fakcie. Ostatni, końcowy, wpłynął przed pięcioma laty i znalazła się w nim informacja, że fundusz majątkowy uległ wyczerpaniu. Sędzia, który go przyjmował, nie żyje. Cztery lata temu zbudowano nowy gmach sądu. Akta trafiły do archiwum i nawet nie zostały skatalogowane, więc nie sposób stwierdzić, czy w ogóle tam są. Adwokat, z którego usług korzystał Jass, nie żyje i nikt nie wie, co stało się z jego wnioskami i raportami. Mój prawnik powiedział, że trzeba by zacząć od drugiego końca. Musiałby zdobyć kopię kwestionariusza podatkowego złożonego do federalnej izby skarbowej dwadzieścia lat temu, ustalić listę aktywów, a następnie prześledzić w publicznych archiwach sprzedaży, co się z nimi działo i czy nie doszło do jakiegoś przekrętu. Jeśli tak, mogłabym wytoczyć sprawę mojemu mężowi. Tyle tylko, że gdybyśmy nawet znaleźli jakiś punkt zaczepienia, Jass byłby w stanie blokować sprawę przez trzy lub cztery lata, zanim w ogóle trafiłaby do sądu. Tymczasem mąż wstrzymał mi kieszonkowe do czasu, gdy jak to ujął, się opamiętam. Poklepuje mnie po głowie i każe zapomnieć o bzdurach.
- Może majątek nie był aż tak znaczny, jak się pani wydawało.
- Och, daj pan spokój! Tatuś uwielbiał nieruchomości ziemskie i pokładał wiarę w przyszłość tych terenów. Pokazałam adwokatowi i panu także mogę pokazać jedną z wielu działek, które do niego należały. Teraz stoją na niej zakład Chem-Del, dwa duże centra handlowe i około czterystu domków szeregowych. Adwokat sprawdził to w urzędzie okręgowym i okazało się, że działka nie została sprzedana po to, by z uzyskanej kwoty spłacić podatek spadkowy. Z aktu notarialnego wynika, że zbyto ją trzy lata po śmierci mojego ojca na rzecz firmy o nazwie Apex Development Corporation. Zapisy w archiwum stanowym wskazują, że Apex przetrwał cztery lata i upadł, nie pozostały po nim żadne aktywa. Tatuś był także właścicielem posiadłości, w której teraz jesteśmy. Ma cztery tysiące hektarów, Jass wiedział, że ją uwielbiam. Podarował mi prawo własności jej części, razem trzysta pięćdziesiąt hektarów, to był mój prezent urodzinowy jakieś siedem lat temu. Powiedział, że odkupił ziemię od ówczesnych właścicieli. Cztery miesiące temu zastanawiałam się, czy by jej nie sprzedać, ale na akcie notarialnym figuruje także nazwisko Jassa, więc nie mogę.
- Czego właściwie pani ode mnie oczekuje?
- Mój mąż mnie okradł, musi być jakiś sposób, żeby odzyskać ten majątek... Niech Jass wreszcie potraktuje mnie poważnie. Bo jestem poważna, do jasnej cholery. Chcę swoich pieniędzy, chcę rozwodu i chcę wyjść za Johna Webba.
- Pieniądze są konieczne, jak się domyślam.
- John nie ma forsy, jeśli o to panu chodzi. Jest wykładowcą na Uniwersytecie State Western. Uczelnia podlega władzom stanowym, Jass ma w ich szeregach bliskich znajomych. Mówi, że w dniu, w którym od niego odejdę, John Webb wyleci na zbity pysk i będzie miał marne szanse, by dostać pracę gdzie indziej. Zostałam sprowadzona do roli więźnia, panie McGee.
- Mądra kobieta potrafi sprawić, że mężczyzna pozbędzie się jej z ulgą.
- Od miesięcy zachowuję się jak prawdziwa megiera. Jass tylko się ze mnie śmieje, mówi, że mi to przejdzie. Zawsze był... bardzo namiętny, a ja nie pozwalam mu się dotknąć, ale nie robi to na nim wrażenia, wydaje mi się, że ma kogoś na boku. Jest absolutnie pewny, że mój atak histerii minie i znów będę małą słodką dziewczynką, z którą się ożenił. Musiałam sprzedać biżuterię, żeby zapłacić honorarium prawnikowi, i zrobiłam to samo, żeby zapłacić za pański bilet lotniczy. Jass mówi, że wszystko wróci na dawne tory, gdy tylko dowiodę mu, że znów chcę być jego żoną. Opowiedziałam o swoich kłopotach Fran, kiedy mnie odwiedziła. A pan był jedyną opcją, którą mogła mi zasugerować.
- Nie widzę żadnej możliwości działania w tej sytuacji.
- Panie McGee, chcę przedstawić rzecz realistycznie. Pragnę go przekonać, by pozwolił mi odejść, i chcę dostać na odchodnym pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Jeśli zdoła pan jakoś wyrwać mnie z jego kleszczy i zdobyć sto tysięcy, otrzyma pan połowę sumy. Jeśli wydusi pan więcej, zapłacę panu dziesięć procent każdej kwoty powyżej stu tysięcy. W przeciwnym wypadku nie pozostanie mi nic innego, jak czekać bezczynnie, aż mój mąż umrze. A jest z niego wyjątkowo zdrowy okaz.
- Albo może pani najzwyczajniej w świecie czmychnąć z tym Webbem.
Skrzywiła się.
- Zagroziłam tym mężowi, a on odparł, że nigdy w życiu nie da rozwodu uciekinierce. Zapowiedział, że wysłałby za mną pościg i sprowadził z powrotem, a jego ludzie spraliby Johna za wykradzenie czyjejś małżonki. John nie jest silny fizycznie, więc to nie wchodzi w rachubę. Mój mąż musi pozwolić mi odejść.
Wstała i zaczęła się przechadzać niespokojnie. Miała w sobie mnóstwo witalności, poloru i energii do działania. Nie wyglądała na taką, którą można upokorzyć i poskromić.
- Dlaczego mąż miałby przywłaszczyć sobie pani majątek?
- Chyba udało mi się rozwiązać tę zagadkę, doszły do mnie pewne plotki. To się zaczęło, kiedy miałam piętnaście lat. W tym mniej więcej okresie przydarzyło mu się parę wyjątkowo kiepskich sezonów. W interesach zawsze był bardzo odważny, domyślam się, że przeholował. Rozproszył fundusze, chwycił zbyt wiele srok za ogon, więc kiedy koniunktura się pogorszyła, stracił pole manewru. Musiał sięgnąć po moje pieniądze, żeby się ratować. Może myślał, że zdoła mi je zwrócić, ale musiał brać coraz więcej i więcej i kręcić na wszystkie strony, zanim zdołał wyjść na prostą i stanąć na własnych nogach. Wtedy, jak się domyślam, łatwiej było sfałszować dokumenty i zamknąć fundusz, niż zwrócić mi forsę. A najlepszą przykrywką dla wszystkich machinacji był ślub ze mną. Kiedy nawinęła się okazja, bez wahania się jej uchwycił. Nie sądzę, by Jass chciał się kiedykolwiek ożenić, nie jest tego typu facetem. Wykorzystał małżeństwo, żeby się zabezpieczyć przed moimi roszczeniami. Byłam w koszmarnym stanie ducha i rzuciłam mu się w ramiona. Przez te lata, kiedy... jakoś to szło, nigdy w gruncie rzeczy nie cieszyłam się pozycją jego żony. W najmniejszym stopniu nie zmienił swojego sposobu bycia. Nawet nie traktował mnie poważnie.
- Mimo to nie wiem, od której strony mógłbym ugryźć tę sprawę.
- Panie McGee, mój mąż nie zrobił tych przekrętów w całkowitej próżni. On także ma wrogów, ktoś musi wiedzieć o nim wystarczająco dużo, żeby... Żeby go przycisnąć. Chce sprawić na mnie wrażenie, że wcale się tym nie przejmuje, ale mu nie wierzę. Jestem prawie pewna, że mnie śledzono, myślę, że moje wysiłki wzbudziły w nim pewien niepokój. Zapewne nie wyglądałoby dobrze, gdyby gazety podchwyciły taki oto wątek: żona Jassa Yeomana żąda wyjaśnienia, co stało się z majątkiem jej ojca. Pewnie martwi się także tym, że mogłam odłożyć część pieniędzy z pensji, którą mi wypłacał.
- Dlaczego pani tak uważa?
- Przez pięć lat zatrudniałam miłą meksykańską pokojówkę. Pół roku temu odeszła i wzięła ślub. Odwiedziło ją dwóch typów i przez kilka godzin wypytywało o moje sprawy finansowe: ile wydawałam i na co. Podawali się za kogoś w rodzaju księgowych. Zamartwiała się tym parę dni, a później przyszła i złożyła mi relację. To było dwa miesiące temu. Nasz układ z Dolores był wyjątkowy... Zwierzałyśmy się sobie ze wszystkiego, była mi bardzo droga.
- Sądzi pani, że skoro mąż się niepokoi, można wywrzeć na niego presję.
- Gdybym wiedziała, co począć, sama bym to zrobiła, panie McGee. Myślałam nawet o tym, by go zaszantażować. Wynajęłam kogoś, żeby wywiedział się o jego innych kobietach. Pewnie okazał się ofermą, bo policja wtrąciła go na trzy dni do aresztu za drobne przewinienia w rodzaju plucia na chodnik. Potem dał za wygraną.
- Nie wiem, po prostu nie wiem - odparłem.
Gospodyni kazała mi iść za sobą. Wyszliśmy z chaty i zbliżyliśmy się do krawędzi zbocza. Pofałdowane wzgórza pokryte były czerwienią i brązem, tylko gdzieniegdzie pozostały plamy zieleni. Nieopodal sterczała kępa sosen poskręcanych przez wiatr. Mona Yeoman wskazała w kierunku zachodnim. Pasmo wzgórz, na którym się znajdowaliśmy, opadało kaskadowo i przechodziło w płaski teren. Za półpustynną równiną widać było miasto Esmerelda zniekształcone przez fale gorącego powietrza i mgiełkę. Pośród niewyraźnej plątaniny kształtów sterczały jasne bryły. Z północnego wschodu, jakieś sześć kilometrów od miejsca, w którym staliśmy, i przynajmniej dziewięćset metrów niżej, dochodziła do niego na ukos droga stanowa numer osiemdziesiąt siedem. Widziałem dwie duże srebrne ciężarówki pełznące wśród zwinniejszych żuczków prywatnych osobówek.
Mona Yeoman stała z gołą głową tuż obok mnie.
- Mam trzydzieści dwa lata, panie McGee.
Zmarnowałam wiele czasu, wiele lat. Na swój sposób jestem mu wdzięczna, ale chcę się wyrwać. Jestem uwięzioną księżniczką, a tam stoi zamek. Królem jest Jass. Mam pewną swobodę poruszania się, pod warunkiem że na noc wracam karetą do zamku. Zdaję sobie sprawę, jak łzawo to brzmi. Kiedy jednak człowiek jest zakochany, przychodzą mu do głowy romantyczne skojarzenia. A ja nie jestem jeszcze tak stara, by koić się płaczem do snu. Ktoś musi mi pomóc.
Stała po mojej prawej stronie, zwrócona do mnie twarzą. Słońce upalnego dnia zraszało potem jej czoło i górną wargę. Oczekiwała mojej odpowiedzi. A ja milczałem i marszczyłem brwi, szukając słów, by oznajmić jej, że takimi sprawami się nie zajmuję.
Nagle runęła przed siebie, jej ramię potrąciło mnie i pchnęło w tył. Upadła z przechyloną głową na spieczoną ziemię i kamienie. Już leżąc, przesunęła się po gruncie co najmniej piętnaście centymetrów, nie uniósłszy rąk w celu złagodzenia upadku. Dźwięk, który go poprzedził, był dziwnie paskudny. Tępy odgłos uderzenia podobny do tego, który towarzyszy wbijaniu toporka w miękki zbutwiały pień. Leżała bez drgnienia i w całkowitej ciszy, bezwładnie i płasko. Wtedy usłyszałem dalekie warknięcie ciężkiego karabinu, które odbiło się echem od skalistych wzgórz. Dzień był bezwietrzny. Od chaty dzieliła mnie zbyt duża odległość. Rzuciłem się ku sosnom, które rosły piętnaście metrów dalej. Obiegłem je, ślizgając się, upadłem i chwyciłem się powykrzywianego korzenia. Moje nogi zawisły nad skrajem urwiska. Poruszony kamień potoczył się i odbił raz, a potem drugi - po upływie wielu sekund. Przełknąłem gulę, która wezbrała mi w gardle na wyraziste wspomnienie mokrego otworu, który pojawił się na kręgosłupie Mony Yeoman pod jej jedwabną bluzką, dokładnie pośrodku pleców, jakieś pięć centymetrów pod miejscem, w którym szyja łączyła się z jej kształtnymi ramionami. Broń wielkokalibrowa, potężne uderzenie. Energia to pochodna masy i prędkości. Ta druga musiała być duża, gdyż odgłos pojawił się ze sporym opóźnieniem. Sekunda? Mniej. Pięćset metrów? Podciągnąłem się i wyjrzałem zza pnia drzewa. Labirynt wzgórz, tysiąc kryjówek, w których można się przyczaić.
Musiałem wziąć się w garść i na trzeźwo ocenić możliwości strzelca w tej sytuacji. Jeśli nie był kretynem, mierzył w tułów. Pocisk tak dużych rozmiarów załatwiłby sprawę, nawet gdyby trafił w bark lub biodro. Gdyby dostała w udo lub w ramię, też miałbym nikłe szanse sprowadzenia pomocy na czas. Ale kula rozpłatała wielką centralną wiązkę przewodów, przez które biegły wszystkie informacje. Nagłe potężne uderzenie spowodowało skok ciśnienia płynu mózgowo-rdzeniowego, mózg w ułamku sekundy spowiła ciemność.
Mona zginęła, nie wiedząc, że umiera.
Zniżyłem wzrok i spojrzałem na nią. Czubek jej głowy skierowany był w moją stronę. Widziałem kiedyś klacz, która przeskoczyła płot i zginęła od zderzenia z pick-upem. Narożnik przedniej szyby uderzył ją za uchem, szyja pękła. Zwierzę runęło na ziemię bezwładnie, jakby w jego ciele nie było ani jednej kości.
Patrzyłem na pofałdowane zbocze sąsiedniej góry, niczego nie widziałem i niczego nie słyszałem. W ciszy zdawało mi się, że gdzieś w oddali ktoś uruchomił silnik samochodu.
Dziś wieczór księżniczka nie wróci karocą do zamku.
Zmęczywszy się czekaniem, pozbierałem się i ruszyłem biegiem ku chacie w sposób, którego nauczył mnie kiedyś wujek. Wpadłem do chłodnego wnętrza i rozluźniłem swoje cenne ciało. Na kominku stała pusta szklanka, na krawędzi pozostała różowa szminka. Skórzana poducha wciąż nosiła na sobie odcisk krągłej pupy Mony Yeoman. Zobaczyłem sfatygowaną lornetkę wiszącą na gwoździu. Sprzęt marynarski o ośmiokrotnym powiększeniu. Lewa soczewka przesunięta, prawa dobra. Zobaczyłem muchy o jasnozielonych odwłokach uganiające się wokół jej jedwabnej koszuli.
Skórzana torebka wisiała na krzesełku obok kurtki 1 kapelusza. Znalazłem w niej osiemdziesiąt dziewięć dolarów. Wziąłem osiemdziesiąt. Schowałem swoją butelkę do walizki i podszedłem do drzwi. Zaczerpnąłem trzy głębokie oddechy, po czym puściłem się biegiem ku drodze. Pędziłem, aż znalazłem się za pierwszym zakrętem. Drżały mi palce, kiedy zapalałem papierosa. A potem kołyszącym się krokiem ruszyłem drogą w dół.