Purpurowe miejsce zgonu - John D. MacDonald

Kup ebooka

25.50 zł
20.40 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Kie­dy przedar­łem się przez ru­mo­wi­sko, opa­dła mnie nie­do­rzecz­na chęć, by prze­rzu­cić ka­mie­nie i po­szu­kać pod nimi ma­łe­go bia­łe­go au­tka. Przy­kuc­ną­łem. Żwir jest zbyt syp­ki, by za­cho­wa­ły się w nim od­ci­ski bu­tów, tam zaś, gdzie go nie było, unie­moż­li­wia­ła to spie­czo­na i twar­da jak ka­mień zie­mia. Wi­dzia­łem jed­nak, w któ­rym miej­scu wy­co­fa­no sa­mo­chód i od­je­cha­no. Pa­mię­ta­łem, że Mona zo­sta­wi­ła klu­czy­ki w sta­cyj­ce, nie było po­wo­du, by tego nie ro­bić. Trzy czy czte­ry ki­lo­me­try da­lej znaj­do­wa­ła się sta­ra bra­ma, któ­rą otwo­rzy­łem, a po­tem za­mkną­łem, gdy przez nią wje­cha­ła.

Po­my­śla­łem, że od­głos za­pa­la­nia sil­ni­ka, któ­ry usły­sza­łem, mógł po­cho­dzić od jej sa­mo­cho­du. Przy­szła mi jed­nak do gło­wy inna myśl. Po­sta­wi­łem wa­liz­kę na szo­sie i wspią­łem się na wierz­cho­łek osu­wi­ska. Zna­le­zie­nie tego miej­sca za­ję­ło mi ja­kieś pięć mi­nut: po­czer­nia­ła ska­ła i sła­ba woń ma­te­ria­łu wy­bu­cho­we­go. Wy­star­czy­ło, że ktoś wsu­nął do szcze­li­ny kil­ka la­sek dy­na­mi­tu, a na dro­gę zwa­li­ło się parę ton ka­mie­ni. W ja­kim celu? Żeby Mona zo­sta­wi­ła wóz i po­szła pie­szo? Po co? Żeby ktoś mógł za­brać jej sa­mo­chód? Do cze­go był po­trzeb­ny?

Nie zna­łem od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, wzią­łem więc wa­liz­kę i scho­dzi­łem da­lej. Przy­szło mi na myśl, że za­bi­cie ko­bie­ty, któ­ra całą sobą pro­wo­ku­je, to akt oso­bli­wie bez­li­to­sny. Ta­kich się nie za­bi­ja. Nikt nie po­wi­nien po­zba­wiać ży­cia słod­kie­go cia­ła, ni­we­czyć tego we­wnętrz­ne­go żaru, uci­szać śpiew­ne­go gło­su.

Jed­nak Mona Yeoman była mar­twa i taka po­zo­sta­nie na wie­ki. Za­ją­łem się więc od­twa­rza­niem prze­bie­gu wy­pad­ków i we­ry­fi­ko­wa­niem hi­po­tez. Wy­szedł­szy przez sta­rą znisz­czo­ną bra­mę, zna­la­złem się na wą­skiej be­to­no­wej po­dziu­ra­wio­nej szo­sie. Dro­ga z pew­no­ścią nie pro­wa­dzi­ła do żad­ne­go waż­ne­go celu, a mnie się wca­le nie spie­szy­ło, żeby to spraw­dzać. Ru­szy­łem w prze­ciw­ną stro­nę tra­są, któ­rą przy­by­li­śmy. Sza­co­wa­łem, że mo­gła mieć ze trzy ki­lo­me­try, może wię­cej. Li­czy­łem na pod­wóz­kę. Jed­nak czte­ry sa­mo­cho­dy, któ­re mnie mi­nę­ły, prze­je­cha­ły szyb­ko. Nie zdą­ży­łem na­wet do­brze przyj­rzeć się kie­row­com.

W koń­cu do­tar­łem do skrzy­żo­wa­nia, któ­re pa­mię­ta­łem jak przez mgłę. Sta­ła tam za­ku­rzo­na sta­cja ben­zy­no­wa z ja­dło­daj­nią, o któ­rej ścia­nę opie­ra­ły się frag­men­ty ka­ro­se­rii po­psu­te­go wozu. W cie­niu przed bu­dyn­kiem ja­kiś męż­czy­zna sie­dział prze­chy­lo­ny w fo­te­lu. Nie chcia­łem za­kłó­cać mu sje­sty.

Wsze­dłem do ja­dło­daj­ni. Przy sto­li­ku sie­dzia­ła przy­sa­dzi­sta mło­da dziew­czy­na w po­pla­mio­nym zie­lo­nym swe­trze i czy­ta­ła ko­lo­ro­we cza­so­pi­smo. Wsta­ła po­wo­li, kie­dy za­skrzy­pia­ły siat­ko­we drzwi. Mia­ła ogrom­ne pier­si i przy­po­mi­na­ła z wy­glą­du ko­mi­ka Bud­dy'ego Hac­ket­ta.

- Chciał­bym za­te­le­fo­no­wać.

Nie od­po­wie­dzia­ła, tyl­ko klap­nę­ła z po­wro­tem na krze­seł­ko.

- Jak się na­zy­wa ten lo­kal? Że­bym wie­dział, ja­kie po­dać na­mia­ry.

- Sta­cja Gar­ry'ego w Cot­ton Cor­ners.

Wy­ją­łem mie­dzia­ka i zaj­rza­łem do książ­ki te­le­fo­nicz­nej, po czym wy­krę­ci­łem po­li­cyj­ny nu­mer alar­mo­wy.

- Biu­ro sze­ry­fa, mówi jego za­stęp­ca Lon­don.

- Je­stem na sta­cji Gar­ry'ego w Cot­ton Cor­ners. Chcę zło­żyć za­wia­do­mie­nie o po­strza­le i kra­dzie­ży po­jaz­du.

- To się zda­rzy­ło w miej­scu, w któ­rym pan prze­by­wa?

- Nie, ale mogę pana tam do­pro­wa­dzić.

- Jak się pan na­zy­wa?

- McGee, Tra­vis McGee. - Mia­łem świa­do­mość, że sie­dzą­ca za mną dziew­czy­na słu­cha z na­pię­tą uwa­gą.

- Mogę wy­słać ra­dio­wóz, do­je­dzie w cią­gu dzie­się­ciu mi­nut. Pro­szę cze­kać. Może pan opi­sać skra­dzio­ny po­jazd?

- Bia­łe al­pi­ne sun­be­am, nu­me­ry miej­sco­we.

- Zna je pan?

- Nie.

- Kto to zro­bił?

- Nie mam po­ję­cia.

- Gdzie to się sta­ło?

- Na wzgó­rzach ja­kieś osiem, dzie­sięć ki­lo­me­trów stąd. Przy­sze­dłem pie­szo, więc od zda­rze­nia upły­nę­ła go­dzi­na, a wła­ści­wie bli­żej dwóch go­dzin.

- Kto zo­stał ran­ny?

- Ko­bie­ta, pani Ja­spe­ro­wa Yeoman. Nie żyje.

- Pani Yeoman! Boże Wszech­mo­gą­cy! Pro­szę tam cze­kać.

Odło­ży­łem słu­chaw­kę. Przy­sa­dzi­sta dziew­czy­na spoj­rza­ła na mnie z uwiel­bie­niem.

- O rany! - ode­zwa­ła się. - Coś ta­kie­go! Do li­cha!

- Może mi pani po­dać colę?

- Ja­sne, już się robi. Co się wła­ści­wie sta­ło? Kto ją za­strze­lił?

- Wie pani, kim ona jest?

- A kto nie wie? Nie­raz ku­po­wa­ła tu pa­li­wo. Jej sta­ry miał po­ło­wę okrę­gu Esme­rel­da. A ona była za­ro­zu­mia­łą zdzi­rą. Kto to zro­bił?

- Le­piej, żeby to po­li­cja za­da­wa­ła te py­ta­nia.

- Wi­dział pan, jak to się sta­ło?

- Pro­szę nie prze­sa­dzić z lo­dem.

Po­sta­wi­ła przede mną szklan­kę i wy­bie­gła truch­tem. Sły­sza­łem, jak traj­ko­cze do męż­czy­zny, któ­ry spał na fo­te­lu, kie­dy zja­wi­łem się na sta­cji. Po chwi­li we­szli obo­je. Był młod­szy, niż mi się zda­wa­ło. Jego skó­ra mia­ła od­cień ja­sne­go brą­zu, po­dob­ny do bar­wy jasz­czu­rek skal­nych. Spoj­rzał na mnie, jak­bym przed chwi­lą opo­wie­dział mu świń­ski dow­cip.

- Ta zdzi­ra na pew­no wy­ki­to­wa­ła?

Boże dro­gi, jaką ra­do­chę im spra­wia, kie­dy do­wia­du­ją się, że śmierć zwa­la z nóg tak­że wiel­kich tego świa­ta. Że pa­da­ją jej łu­pem rów­nież ci, któ­rzy śpią na for­sie. Pa­trzy­li na mnie tak, jak­bym oboj­gu przy­niósł wór sło­dy­czy. Po­twier­dzi­łem, że ko­bie­ta na­praw­dę zgi­nę­ła.

- Pan nie jest stąd - rzekł męż­czy­zna i nie za­brzmia­ło to jak py­ta­nie. - Była có­recz­ką sta­re­go Cube'a Foxa. Mój oj­czu­lek kie­dyś u nie­go pra­co­wał. Cube oże­nił się do­pie­ro po trzy­dzie­st­ce. Była jego je­dy­nym dziec­kiem z pra­we­go łoża, ale w tej czę­ści sta­nu na bank lata ze czter­dzie­stu do­ro­słych, któ­rzy mają nie­bie­skie gały Cube'a, a resz­tę mek­sy­kań­ską. Cube miał kręć­ka na punk­cie mek­sy­kań­skich la­sek, do­brze ga­dał w ich ję­zy­ku. On i Jass Yeoman trzy­ma­li się ra­zem. Tat­ko mó­wił, że kie­dy Jass chajt­nął się z cór­ką Cube'a, ten mu­siał się prze­wra­cać w gro­bie i kląć tak, że wię­dła tra­wa na jego mo­gi­le. Wie pan, kto ją za­bił?

- Je­stem obcy w tych stro­nach.

Pod sta­cję za­je­chał sa­mo­chód. Ktoś do­tknął ja­kiejś gał­ki, sy­re­na jęk­nę­ła ni­skim to­nem i za­mil­kła.

Wy­szli­śmy na ze­wnątrz. Z bla­do­sza­re­go ra­dio­wo­zu z za­tar­tym zna­kiem sze­ry­fa na drzwiach wy­sia­dło dwóch męż­czyzn w wy­bla­kłych mun­du­rach ko­lo­ru kha­ki. Mie­li na gło­wach sze­ro­kie ka­pe­lu­sze jak gli­nia­rze w te­le­wi­zji oraz pasy z pi­sto­le­ta­mi, na pier­siach no­si­li srebr­ne od­zna­ki. Nic już nie wy­glą­da jak au­ten­tyk. W osie­dlach eme­ry­tów sta­re pier­ni­ki z Up­per Berth w Ohio stro­ją się w por­t­ki sze­ry­fów i mru­żą oczy, żeby po­ja­wi­ły się wo­kół nich zmarszcz­ki jak u spa­lo­nych słoń­cem kow­bo­jów.

- Hej, Ar­nie - ode­zwał się ro­ślej­szy z po­li­cjan­tów.

- Cześć, Ho­mer. Cześć, Dave.

Ho­mer we­tknął kciu­ki za pas i wska­zał mnie ski­nie­niem gło­wy.

- Sły­sze­li­ście, co ten gość mó­wił przez te­le­fon? Ty i sio­ra?

- Ja­sna spra­wa, i je­śli to nie jest naj...

- Ar­nie, ty albo two­ja sio­ra lu­bi­cie wi­sieć na te­le­fo­nie i grać w lo­te­rie te­le­wi­zyj­ne. A my wpad­nie­my tu któ­re­goś dnia i jak nic oka­że się, że po­sia­da­cie nie­le­gal­ny od­bior­nik. I nig­dy na­wet nie sły­sze­li­ście o ofi­cjal­nej zgo­dzie na uży­wa­nie szyl­du. W urzę­dzie okrę­go­wym do­wie­dzą się, że ma­cie brud­ny ruszt i nie­do­my­te szklan­ki. A ten cały złom, któ­ry tu leży, też wy­glą­da mi na wart za­in­te­re­so­wa­nia.

- Ho­mer, je­śli chcesz, że­by­śmy trzy­ma­li bu­zie na kłód­ki, wy­star­czy po­wie­dzieć.

- Ar­nie, je­śli ty albo sio­stra po­bie­gnie­cie na wzgó­rza i szep­nie­cie słów­ko o tej spra­wie choć­by pie­sko­wi pre­rio­we­mu, bę­dziesz za­su­wał przy bu­do­wie dróg, a two­ja sio­stra w pral­ni, tak mi do­po­móż, wiesz kto. - Od­wró­cił się do nich ple­ca­mi. - McGee?

- Zga­dza się.

- Na­zy­wam się Har­dy, a to jest Dave Car­ly­le. Po­cze­ka­my na sze­ry­fa, nie­dłu­go się tu zja­wi. To on bę­dzie za­da­wał py­ta­nia. A te­raz obie ręce na kark.

Zro­bi­łem, co mi ka­zał. Prze­szu­ka­nie było szyb­kie i pro­fe­sjo­nal­ne. Pa­sek, brzuch, kro­cze, pa­chy, kie­sze­nie i kost­ki.

- Ma pan coś przy so­bie?

- Wa­liz­ka jest w ja­dło­daj­ni.

- Przy­nieś ją, Dave.

Niż­szy i star­szy wie­kiem za­stęp­ca sze­ry­fa wy­ko­nał po­le­ce­nie. Po­sta­wił wa­liz­kę na ma­sce ra­dio­wo­zu, otwo­rzył, po­ma­cał i za­mknął.

- Te­raz spraw­dze­nie toż­sa­mo­ści - oznaj­mił Ho­mer Har­dy. - Pro­szę mi nie da­wać port­fe­la, tyl­ko pra­wo jaz­dy, je­śli pan je ma.

Po­ło­żył do­ku­ment na ma­sce, spi­sał in­for­ma­cje do no­te­su i od­dał.

- Dzię­ku­ję, pa­nie McGee.

- Bar­dzo pro­szę.

- Sze­ryf nad­cią­ga - rzu­cił Dave Car­ly­le. W polu wi­dze­nia po­ja­wił się za­ku­rzo­ny, nowy duży sa­mo­chód typu kom­bi. Kie­dy wje­chał na sta­cję ben­zy­no­wą, rap­tow­nie za­ha­mo­wał i za­trzy­mał się w ob­ło­ku ku­rzu.

Ho­mer zwró­cił się do ro­dzeń­stwa:

- Wejdź­cie do środ­ka.

Od­da­li­li się nie­chęt­nie. Sze­ryf wy­siadł z sa­mo­cho­du. Był młod­szy od swo­ich za­stęp­ców. Po­tęż­na klat­ka pier­sio­wa, kan­cia­sta szczę­ka i by­czy kark nada­wa­ły mu wy­gląd by­łe­go za­wod­ni­ka spor­tów wal­ki. Na gło­wie miał wy­bla­kłą czap­kę dru­ży­ny ba­se­bal­lo­wej Whi­te Sox, spor­to­wą ko­szu­lę w gra­na­to­wo-bia­łą krat­kę wy­pu­ścił na sza­re spodnie. Do­my­śli­łem się, że ro­śnie mu brzu­szek i ma­sku­je go ko­szu­lą.

- A więc? - za­gad­nął Ho­me­ra.

- To Tra­vis D. McGee z Fort Lau­der­da­le na Flo­ry­dzie. Jest czy­sty, w wa­liz­ce ma ubra­nia, przy­bo­ry to­a­le­to­we i otwar­tą bu­tel­kę bo­ur­bo­na. Nie sprze­ci­wiał się prze­szu­ka­niu. Ka­za­łem sie­dzieć ci­cho Ar­nie­mu i jego sio­strze, nie pusz­czą­pa­ry z ust. McGee o nic nie py­ta­li­śmy, więc wiesz do­kład­nie tyle samo co my.

- On po­je­dzie ze mną, a wy za nami - oznaj­mił sze­ryf. Dave wło­żył moją wa­liz­kę do kom­bi. Wsia­dłem z sze­ry­fem, po­wie­dział, że na­zy­wa się Buc­kel­ber­ry. Nie uśmiech­nął się. Być może do­ro­bił się ta­kie­go kar­ku i ba­rów, po­ka­zu­jąc nowo po­zna­nym lu­dziom, że nie na­le­ży stro­ić so­bie żar­tów z jego na­zwi­ska.

- Do­kąd je­dzie­my?

1

Zbyt szyb­ko wzię­ła za­kręt, a szo­sa bez dwóch zdań nie była pierw­szej ja­ko­ści. Sa­mo­chód wje­chał na żwi­ro­we po­bo­cze, z le­wej stro­ny mie­li­śmy prze­paść jak wszy­scy dia­bli, a da­lej, w miej­scu, w któ­rym po­win­na się cią­gnąć dro­ga, wy­ra­sta­ło wiel­kie usy­pi­sko ka­mie­ni. Moc­no wdep­nę­ła ha­mu­lec i sa­mo­cho­dem ostro za­rzu­ci­ło w bok. Sku­li­łem się, pew­ny, że bia­łe al­pi­ne pod­sko­czy i prze­ko­zioł­ku­je. Jed­nak au­tko su­nę­ło da­lej i za­trzy­ma­ło się kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od skal­nej ścia­ny, pod­czas gdy tył dzie­lił od prze­pa­ści nie­ca­ły metr. Przy­du­szo­ny sil­nik zgasł.

- A to się po­ro­bi­ło! - rzu­ci­ła Mona Yeoman.

Sa­mo­chód stygł, wy­da­jąc ci­che trza­ski. Ja­kieś pta­szy­sko za­śmia­ło się z nas w głos, po pęk­nię­tym ka­mie­niu śmi­gnę­ła jasz­czur­ka.

- Czyż­by ko­niec dro­gi?

- Ojej, nic po­dob­ne­go. Da­lej mo­że­my pójść pie­szo. Zo­sta­ło ja­kieś osiem­set me­trów, tak my­ślę. Od wie­ków tu nie za­glą­da­łam.

- A mój ba­gaż?

- No cóż, nie od­nio­słam wra­że­nia, że jest bar­dzo cięż­ki. Weź­mie go pan ze sobą, pa­nie McGee. Może po­tem uda się panu zrzu­cić tro­chę tych ka­mie­ni z dro­gi, żeby jeep zdo­łał tędy prze­je­chać. Albo przy­ślę paru lu­dzi, któ­rzy się tym zaj­mą.

- Je­śli mamy nie na­gła­śniać tej spra­wy, to może spró­bu­ję po­ra­dzić so­bie sam.

- Co ra­cja, to ra­cja.

- Pod wa­run­kiem że zgo­dzę się pani po­móc, pani Yeoman.

Zmie­rzy­ła mnie spoj­rze­niem. Jej oczy mia­ły pięk­ny nie­bie­ski od­cień ja­jek ru­dzi­ka i mniej wię­cej tyle samo wy­ra­zu.

- Do­tarł pan już tak da­le­ko, to może jed­nak pan się zde­cy­du­je?

Wy­ją­łem wa­liz­kę z sa­mo­cho­dzi­ku i prze­do­sta­li­śmy się przez osu­wi­sko. Było świe­że, świad­czy­ły o tym kra­wę­dzie ka­mie­ni. Ucie­szy­łem się, kie­dy wy­sia­dłem z auta. Szo­sa bie­gła stro­mo pod górę, a wi­ra­że pre­zen­to­wa­ły się na­der in­te­re­su­ją­co. Spo­tka­łem się z pa­nią Yeoman w po­łu­dnie na lot­ni­sku le­żą­cym osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów od tego miej­sca, dość da­le­ko od jej domu. Oznaj­mi­ła, że ma cha­tę w gó­rach, w któ­rej mógł­bym się za­trzy­mać, bar­dzo na ubo­czu, i w któ­rej mo­że­my wszyst­ko omó­wić. Od pierw­szej chwi­li usi­ło­wa­łem ją roz­gryźć.

Wy­da­wa­ło się, że ko­bie­ta nie pa­su­je ani do su­ro­we­go kra­jo­bra­zu, ani do ubrań, któ­re na sie­bie wło­ży­ła. Była po­staw­ną blon­dyn­ką o doj­rza­łym cie­le, wiek oko­ło trzy­dziest­ki. Do­brze nad sobą pa­no­wa­ła i trzy­ma­ła się w ry­zach, okra­sza­jąc swo­je za­cho­wa­nie szczyp­tą nie­za­chwia­nej aro­gan­cji. Znacz­nie bar­dziej pa­so­wa­ła­by do Pią­tej Alei czy Pięć­dzie­sią­tej Któ­rejś-tam Uli­cy. W nie­dziel­ne po­po­łu­dnie prze­cha­dza­ła­by się wśród in­nych dam wy­stro­jo­nych zgod­nie z naj­now­szy­mi tren­da­mi mody, w olśnie­wa­ją­cym ka­pe­lu­szu na gło­wie, pro­wa­dząc na smy­czy ma­łe­go nie­bie­skie­go pie­ska o kę­dzie­rza­wej sier­ści.

Tym­cza­sem kro­czy­ła ka­mien­ną dro­gą w pięt­na­sto­cen­ty­me­tro­wych szpil­kach, ubra­na w spodnie z prąż­ko­wa­nej tka­ni­ny, twe­edo­wą kurt­kę jeź­dziec­ką i pia­sko­wy kow­boj­ski ka­pe­lusz. Znaj­do­wa­li­śmy się wy­so­ko, lecz nie było wia­tru, a upał moc­no utrud­niał wspi­nacz­kę. Sta­ną­łem, po­sta­wi­łem wa­liz­kę na zie­mi i ścią­gną­łem ma­ry­nar­kę.

- Słusz­nie - orze­kła moja to­wa­rzysz­ka, po czym zdję­ła kurt­kę i za­rzu­ci­ła ją so­bie na ra­mię. Ru­szy­ła w dal­szą dro­gę z taką miną, jak­by była prze­świad­czo­na o tym, że resz­ta świa­ta tyl­ko cze­ka, by po­dą­żyć za nią gę­sie­go. Mia­ła wą­ską ta­lię i trzy­ma­ła się pro­sto. Spodnie, odro­bi­nę tyl­ko ciem­niej­sze od ka­pe­lu­sza, przy­le­ga­ły do jej nóg nie­mal jak skó­ra. Ko­bie­ty oce­niam jak łód­ki - po wy­glą­dzie rufy. Za­dek pani Yeoman był moc­ny, kształt­ny, buj­ny i nie­przy­stęp­ny. Do­sze­dłem do wnio­sku, że gdy­by ta da­mul­ka zde­cy­do­wa­ła się spoj­rzeć na ko­goś ła­ska­wym okiem, by­ło­by to wy­da­rze­nie wie­ko­pom­ne, wy­ma­ga­ją­ce uczcze­nia omsza­łą bu­tel­ką wina, ka­dzi­dłem oraz je­dwab­ną po­ście­lą. Jej pre­zen­cja zaś nie­mal do­rów­ny­wa­ła ce­nie, któ­rą za sie­bie wy­zna­czy­ła.

Sku­pia­ła się na jed­nej czyn­no­ści na­raz. Te­raz ma­sze­ru­je­my, roz­ma­wia­my póź­niej.

Dro­ga ury­wa­ła się przed gór­ską cha­tą, któ­ra sta­ła na ka­wał­ku rów­ne­go te­re­nu two­rzą­ce­go ro­dzaj skal­nej pół­ki na trzech czwar­tych wy­so­ko­ści góry. Do­mek ze srebr­no­sza­re­go drew­na był sta­ry, ale zbu­do­wa­ny po­rząd­nie na pla­nie kwa­dra­tu o boku sze­ściu me­trów, ze spa­dzi­stym da­chem. Obok sta­ła otwar­ta drew­nia­na sto­do­ła, wi­dać w niej było sągi drew­na i sta­reń­kie­go je­epa wciąż po­ma­lo­wa­ne­go w woj­sko­we bar­wy. Za sto­do­łą, obok ska­li­stej ścia­ny ster­cza­ła nie­wiel­ka bud­ka. Wy­cho­dek na skra­ju prze­pa­ści.

Wsze­dłem za wła­ści­ciel­ką na ga­nek, a ona wy­su­pła­ła klucz z ob­ci­słych spodni i otwo­rzy­ła drzwi.

- Oto sy­pial­nia i jed­no­cze­śnie sa­lo­nik. Ko­mi­nek wspa­nia­le ogrze­wa ten po­kój. Kuch­nia jest z tyłu, znaj­dzie pan tam piec na drew­no i przy­zwo­ity za­pas pod­sta­wo­wych wik­tu­ałów. Wy­żej na zbo­czu mamy źró­dło, to wiel­ka rzad­kość w tej oko­li­cy. Rury do­pro­wa­dza­ją wodę do kuch­ni. Jest zim­na, lecz wy­śmie­ni­ta. Pew­nie za­uwa­żył pan to­a­le­tę na ze­wnątrz. Aku­mu­la­tor w je­epie za­pew­ne siadł, ale sil­nik po­wi­nien za­sko­czyć, gdy ru­szy pan w dół zbo­cza. Pro­szę po­je­chać do sta­cji ben­zy­no­wej, tam zo­ba­czy pan, cze­go wóz po­trze­bu­je, i do­li­czy sumę do ra­chun­ku. W sza­fie jest tro­chę gru­bej moc­nej odzie­ży. Wąt­pię, czy znaj­dzie pan coś wy­star­cza­ją­co du­że­go na swój roz­miar, pa­nie McGee, ale chy­ba pan so­bie po­ra­dzi.

- Pani Yeoman...

- Prze­ście­ra­deł tu nie ma, za to ko­ców nie bra­ku­je... Tak?

- Nie za­mie­rzam ku­pić od pani tego dom­ku ani go wy­na­jąć. Może na­wet tu­taj nie prze­no­cu­ję. Przejdź­my więc do rze­czy, zgo­da?

Spoj­rza­ła na mnie z dez­apro­ba­tą.

- Ależ ktoś musi mi po­móc - oświad­czy­ła. - Dla­cze­go po­ko­nał pan taki szmat dro­gi, sko­ro...

- Jak każ­da sza­nu­ją­ca się call girl, za­strze­gam so­bie pra­wo wy­bo­ru. Pew­ne­go razu jed­na dama za­ło­ży­ła z góry, że chęt­nie zgo­dzę się dla niej ko­goś za­bić. To zaś nie leży w za­kre­sie mo­ich obo­wiąz­ków za­wo­do­wych.

- Nie mam na my­śli nic po­dob­ne­go! Fran We­aver to jed­na z mo­ich naj­star­szych przy­ja­ció­łek, po­wie­dzia­ła, że je­śli w ogó­le ktoś może...

- Wiem, wiem, na­pi­sa­ła mi o tym. Ode­zwa­łem się i do­sta­łem od pani for­sę na bi­let lot­ni­czy. Pani za­ry­zy­ko­wa­ła pie­nią­dze, ja swój czas. A te­raz zo­bacz­my, czy zdo­ła­my się spo­tkać w pół dro­gi. - Po­ło­ży­łem wa­liz­kę na łóż­ku, otwo­rzy­łem i wy­ją­łem bu­tel­kę.

- Bo­ur­bon bez lodu?

- Po­pro­szę. Z wodą, pół na pół. Woda jest wy­star­cza­ją­co chłod­na.

Z kra­nu po­pły­nę­ła woda z rdzą, lecz po chwi­li się prze­czy­ści­ła; była tak zim­na, aż zgra­bia­ły mi pal­ce. Na­la­łem trun­ku do dwóch szkla­nek od róż­nych kom­ple­tów. Go­spo­dy­ni usa­do­wi­ła się na skó­rza­nej po­dusz­ce na pod­wyż­sze­niu. W cha­cie było chłod­niej niż na ze­wnątrz. Okry­ła się kurt­ką i odło­ży­ła ka­pe­lusz.

Usia­dłem nie­opo­dal na ple­cio­nym krze­śle. Unio­sła szklan­kę i po­wie­dzia­ła:

- Za po­ro­zu­mie­nie.

- Do­brze. - Wy­pi­li­śmy. - Przy­ją­łem pani zgło­sze­nie w ciem­no, bo je­stem pra­wie spłu­ka­ny, pani Yeoman.

To ją za­nie­po­ko­iło.

- Te sło­wa nie na­pa­wa­ją mnie otu­chą.

- Są­dzi pani, że mam kło­po­ty, bo źle mi idzie w pra­cy? Ra­dzę so­bie do­sko­na­le.

- Nie ro­zu­miem.

- Pra­cu­ję, kie­dy mam pust­ki w kie­sze­niach. Poza tym roz­ko­szu­ję się eme­ry­tu­rą. Do­zu­ję ją so­bie w ra­tach, póki je­stem jesz­cze dość mło­dy, żeby spra­wia­ła mi przy­jem­ność. Mam opi­nię pla­żo­we­go bu­me­lan­ta, miesz­kam na ło­dzi. Żyję tak, jak mi się po­do­ba, ale cza­sem mu­szę po­pra­co­wać. Ra­czej nie­chęt­nie. Te­raz ro­zu­mie pani uwa­run­ko­wa­nia?

- Chy­ba tak... Fran wspo­mnia­ła...

- Coś pani ode­bra­no, coś, co do pani na­le­ża­ło, a pani spró­bo­wa­ła wszel­kich spo­so­bów, żeby to od­zy­skać. Nie wy­szło. Po­dej­mę jesz­cze jed­ną pró­bę, za­kła­da­jąc, że doj­dzie­my do po­ro­zu­mie­nia. Je­śli mi się uda, za­trzy­mam dla sie­bie po­ło­wę war­to­ści.

- Ale ja nie mogę na to przy­stać.

- Wo­bec tego zbie­raj­my się.

- Nie, chwi­lecz­kę. Pro­szę mnie wy­słu­chać. Moim oj­cem był Cu­bitt Fox. Wiem, że to na­zwi­sko nic panu nie mówi. Jed­nak w tych stro­nach wciąż się je pa­mię­ta. By­łam jego je­dy­nym dziec­kiem, mama umar­ła dwa lata po mo­ich na­ro­dzi­nach. Pró­bo­wał mnie wy­cho­wać tak, jak­bym była chłop­cem. Zmarł dwa­dzie­ścia lat temu, gdy mia­łam dwa­na­ście lat, a on czter­dzie­ści czte­ry. Jego naj­bliż­szym i naj­uko­chań­szym przy­ja­cie­lem był Ja­sper Yeoman, młod­szy od nie­go o sześć lat. Ta­tuś wy­zna­czył Jas­sa na wy­ko­naw­cę te­sta­men­tu, a on za­jął się wszyst­kim i był przy tym ser­decz­ny i wspa­nia­ło­myśl­ny. Cho­dzi­łam do do­brych szkół na wschod­nim wy­brze­żu, pa­nie McGee. Skoń­czy­łam Vas­sar i do­sta­łam pra­cę w no­wo­jor­skim cza­so­pi­śmie. Otrzy­my­wa­łam wy­so­kie kie­szon­ko­we. Za­ko­cha­łam się w żo­na­tym męż­czyź­nie, ucie­kli­śmy ra­zem. To była strasz­na, kosz­mar­na po­mył­ka. W Pa­ry­żu mu się od­wi­dzia­ło i w te pędy wró­cił do żony. Zo­sta­łam tam pra­wie rok. Za dużo pi­łam i po­peł­ni­łam wie­le głupstw. Po­tem za­cho­ro­wa­łam, Jass przy­je­chał. Za­brał mnie do Szwaj­ca­rii i był przy mnie tak dłu­go, aż wy­zdro­wia­łam. Po­trze­bo­wa­łam emo­cjo­nal­nej sta­bi­li­za­cji, po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa i czu­ło­ści. Po­bra­li­śmy się na po­kła­dzie stat­ku w dro­dze po­wrot­nej do Sta­nów, przed dzie­wię­cio­ma laty. Te­raz mój mąż ma lat pięć­dzie­siąt osiem. Do pew­ne­go cza­su był to wy­god­ny układ... Jed­nak rok temu wszyst­ko się od­mie­ni­ło. Jass jest bo­ga­ty i ma twar­de za­sa­dy. To jego pierw­sze mał­żeń­stwo. Nie­ste­ty, nie mo­że­my mieć dzie­ci, z mo­jej winy. Rok temu po­now­nie się za­ko­cha­łam. Mia­łam na­dzie­ję, że Jass oka­że roz­są­dek... Ale go nie oka­zał. Po­sta­no­wi­łam od nie­go odejść. My­śla­łam, że we­zmę pie­nią­dze po ojcu i będę wol­na. Wciąż do­sta­wa­łam kie­szon­ko­we i są­dzi­łam, że po­cho­dzi z od­se­tek od fun­du­szu po­wier­ni­cze­go, któ­ry dla mnie usta­no­wił. Wiem, że było ich kil­ka, do­sta­wa­łam ty­siąc pięć­set do­la­rów mie­sięcz­nie od dnia dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin. I do­kład­nie tyle wy­da­wa­łam, szło mi to cho­ler­nie do­brze. Jass był wy­ko­naw­cą te­sta­men­tu, jak już panu wspo­mnia­łam. Po­pro­si­łam o roz­li­cze­nie, ale mnie wy­śmiał. Oznaj­mił, że ma­ją­tek ojca wy­czer­pał się przed laty, a on wy­pła­cał mi pie­nią­dze z wła­snej kie­sze­ni. Za­żą­da­łam, żeby po­ka­zał mi księ­gi. Od­rzekł, że nic bym z nich nie zro­zu­mia­ła. Do­dał, że ta­tuś po­czy­nił głu­pie in­we­sty­cje i pie­nią­dze skoń­czy­ły się w tym cza­sie, gdy bra­li­śmy ślub. Nie wie­rzę w to, pa­nie McGee. Mój oj­ciec miał po­wo­dze­nie w in­te­re­sach! Kie­dy umie­rał, ga­ze­ty po­da­wa­ły, że war­tość jego ma­jąt­ku wy­no­si po­nad dwa mi­lio­ny do­la­rów. Taka suma nie mo­gła się, ot tak, roz­pły­nąć. My­ślę, że mój mąż... w ja­kiś spo­sób za­gar­nął te wszyst­kie pie­nią­dze.

- Pani Yeoman, a ja my­ślę, że po­trzeb­ny jest pani praw­nik albo księ­go­wy. Ze mnie nie bę­dzie pani mia­ła żad­ne­go po­żyt­ku.

- Po­wiem panu, jak spra­wy sto­ją. Znaj­du­je­my się w okrę­gu Esme­rel­da, dwa­na­ście ki­lo­me­trów stąd w do­li­nie leży mia­sto Esme­rel­da. Jest w nim bank i spół­ka po­wier­ni­cza Esme­rel­da. Mój mąż trzy­ma w kie­sze­ni okręg, mia­sto, bank i masę in­nych rze­czy. Jeź­dzi na po­lo­wa­nia z tymi, któ­rzy trzę­są ca­łym sta­nem, gry­wa z nimi w po­ke­ra. A mnie trak­tu­je jak nie­let­nią na­rze­czo­ną, któ­ra wpa­dła w dzie­cin­ną hi­ste­rię. Mam być grzecz­na, i po ja­kimś cza­sie głup­stwa wy­wie­trze­ją mi z gło­wy.

- Roz­ma­wia­ła pani z praw­ni­kiem?

- Nie zna­la­złam w Esme­rel­dzie żad­ne­go, któ­ry zgo­dził­by się za­jąć tą spra­wą. Wy­szpe­ra­łam jed­ne­go mło­de­go w Be­la­sco, w są­sied­nim okrę­gu. Son­do­wał rzecz przez mie­siąc. Nie je­stem w sta­nie po­wtó­rzyć wszyst­kie­go, co mó­wił, ale chy­ba za­pa­mię­ta­łam to, co waż­ne. Mój mąż mu­siał zdać spra­wę ze swo­jej ku­ra­te­li przed są­dem spad­ko­wym i zło­żyć w nim od­po­wied­nie ra­por­ty, za­pew­ne dla­te­go, że by­łam nie­let­nia. Na­pi­sał trzy: pierw­szy pięć lat po śmier­ci ta­tu­sia, dru­gi dzie­sięć i trze­ci pięt­na­ście lat po fak­cie. Ostat­ni, koń­co­wy, wpły­nął przed pię­cio­ma laty i zna­la­zła się w nim in­for­ma­cja, że fun­dusz ma­jąt­ko­wy uległ wy­czer­pa­niu. Sę­dzia, któ­ry go przyj­mo­wał, nie żyje. Czte­ry lata temu zbu­do­wa­no nowy gmach sądu. Akta tra­fi­ły do ar­chi­wum i na­wet nie zo­sta­ły ska­ta­lo­go­wa­ne, więc nie spo­sób stwier­dzić, czy w ogó­le tam są. Ad­wo­kat, z któ­re­go usług ko­rzy­stał Jass, nie żyje i nikt nie wie, co sta­ło się z jego wnio­ska­mi i ra­por­ta­mi. Mój praw­nik po­wie­dział, że trze­ba by za­cząć od dru­gie­go koń­ca. Mu­siał­by zdo­być ko­pię kwe­stio­na­riu­sza po­dat­ko­we­go zło­żo­ne­go do fe­de­ral­nej izby skar­bo­wej dwa­dzie­ścia lat temu, usta­lić li­stę ak­ty­wów, a na­stęp­nie prze­śle­dzić w pu­blicz­nych ar­chi­wach sprze­da­ży, co się z nimi dzia­ło i czy nie do­szło do ja­kie­goś prze­krę­tu. Je­śli tak, mo­gła­bym wy­to­czyć spra­wę mo­je­mu mę­żo­wi. Tyle tyl­ko, że gdy­by­śmy na­wet zna­leź­li ja­kiś punkt za­cze­pie­nia, Jass był­by w sta­nie blo­ko­wać spra­wę przez trzy lub czte­ry lata, za­nim w ogó­le tra­fi­ła­by do sądu. Tym­cza­sem mąż wstrzy­mał mi kie­szon­ko­we do cza­su, gdy jak to ujął, się opa­mię­tam. Po­kle­pu­je mnie po gło­wie i każe za­po­mnieć o bzdu­rach.

- Może ma­ją­tek nie był aż tak znacz­ny, jak się pani wy­da­wa­ło.

- Och, daj pan spo­kój! Ta­tuś uwiel­biał nie­ru­cho­mo­ści ziem­skie i po­kła­dał wia­rę w przy­szłość tych te­re­nów. Po­ka­za­łam ad­wo­ka­to­wi i panu tak­że mogę po­ka­zać jed­ną z wie­lu dzia­łek, któ­re do nie­go na­le­ża­ły. Te­raz sto­ją na niej za­kład Chem-Del, dwa duże cen­tra han­dlo­we i oko­ło czte­ry­stu dom­ków sze­re­go­wych. Ad­wo­kat spraw­dził to w urzę­dzie okrę­go­wym i oka­za­ło się, że dział­ka nie zo­sta­ła sprze­da­na po to, by z uzy­ska­nej kwo­ty spła­cić po­da­tek spad­ko­wy. Z aktu no­ta­rial­ne­go wy­ni­ka, że zby­to ją trzy lata po śmier­ci mo­je­go ojca na rzecz fir­my o na­zwie Apex De­ve­lop­ment Cor­po­ra­tion. Za­pi­sy w ar­chi­wum sta­no­wym wska­zu­ją, że Apex prze­trwał czte­ry lata i upadł, nie po­zo­sta­ły po nim żad­ne ak­ty­wa. Ta­tuś był tak­że wła­ści­cie­lem po­sia­dło­ści, w któ­rej te­raz je­ste­śmy. Ma czte­ry ty­sią­ce hek­ta­rów, Jass wie­dział, że ją uwiel­biam. Po­da­ro­wał mi pra­wo wła­sno­ści jej czę­ści, ra­zem trzy­sta pięć­dzie­siąt hek­ta­rów, to był mój pre­zent uro­dzi­no­wy ja­kieś sie­dem lat temu. Po­wie­dział, że od­ku­pił zie­mię od ów­cze­snych wła­ści­cie­li. Czte­ry mie­sią­ce temu za­sta­na­wia­łam się, czy by jej nie sprze­dać, ale na ak­cie no­ta­rial­nym fi­gu­ru­je tak­że na­zwi­sko Jas­sa, więc nie mogę.

- Cze­go wła­ści­wie pani ode mnie ocze­ku­je?

- Mój mąż mnie okradł, musi być ja­kiś spo­sób, żeby od­zy­skać ten ma­ją­tek... Niech Jass wresz­cie po­trak­tu­je mnie po­waż­nie. Bo je­stem po­waż­na, do ja­snej cho­le­ry. Chcę swo­ich pie­nię­dzy, chcę roz­wo­du i chcę wyjść za Joh­na Web­ba.

- Pie­nią­dze są ko­niecz­ne, jak się do­my­ślam.

- John nie ma for­sy, je­śli o to panu cho­dzi. Jest wy­kła­dow­cą na Uni­wer­sy­te­cie Sta­te We­stern. Uczel­nia pod­le­ga wła­dzom sta­no­wym, Jass ma w ich sze­re­gach bli­skich zna­jo­mych. Mówi, że w dniu, w któ­rym od nie­go odej­dę, John Webb wy­le­ci na zbi­ty pysk i bę­dzie miał mar­ne szan­se, by do­stać pra­cę gdzie in­dziej. Zo­sta­łam spro­wa­dzo­na do roli więź­nia, pa­nie McGee.

- Mą­dra ko­bie­ta po­tra­fi spra­wić, że męż­czy­zna po­zbę­dzie się jej z ulgą.

- Od mie­się­cy za­cho­wu­ję się jak praw­dzi­wa me­gie­ra. Jass tyl­ko się ze mnie śmie­je, mówi, że mi to przej­dzie. Za­wsze był... bar­dzo na­mięt­ny, a ja nie po­zwa­lam mu się do­tknąć, ale nie robi to na nim wra­że­nia, wy­da­je mi się, że ma ko­goś na boku. Jest ab­so­lut­nie pew­ny, że mój atak hi­ste­rii mi­nie i znów będę małą słod­ką dziew­czyn­ką, z któ­rą się oże­nił. Mu­sia­łam sprze­dać bi­żu­te­rię, żeby za­pła­cić ho­no­ra­rium praw­ni­ko­wi, i zro­bi­łam to samo, żeby za­pła­cić za pań­ski bi­let lot­ni­czy. Jass mówi, że wszyst­ko wró­ci na daw­ne tory, gdy tyl­ko do­wio­dę mu, że znów chcę być jego żoną. Opo­wie­dzia­łam o swo­ich kło­po­tach Fran, kie­dy mnie od­wie­dzi­ła. A pan był je­dy­ną opcją, któ­rą mo­gła mi za­su­ge­ro­wać.

- Nie wi­dzę żad­nej moż­li­wo­ści dzia­ła­nia w tej sy­tu­acji.

- Pa­nie McGee, chcę przed­sta­wić rzecz re­ali­stycz­nie. Pra­gnę go prze­ko­nać, by po­zwo­lił mi odejść, i chcę do­stać na od­chod­nym pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów. Je­śli zdo­ła pan ja­koś wy­rwać mnie z jego klesz­czy i zdo­być sto ty­się­cy, otrzy­ma pan po­ło­wę sumy. Je­śli wy­du­si pan wię­cej, za­pła­cę panu dzie­sięć pro­cent każ­dej kwo­ty po­wy­żej stu ty­się­cy. W prze­ciw­nym wy­pad­ku nie po­zo­sta­nie mi nic in­ne­go, jak cze­kać bez­czyn­nie, aż mój mąż umrze. A jest z nie­go wy­jąt­ko­wo zdro­wy okaz.

- Albo może pani naj­zwy­czaj­niej w świe­cie czmych­nąć z tym Web­bem.

Skrzy­wi­ła się.

- Za­gro­zi­łam tym mę­żo­wi, a on od­parł, że nig­dy w ży­ciu nie da roz­wo­du ucie­ki­nier­ce. Za­po­wie­dział, że wy­słał­by za mną po­ścig i spro­wa­dził z po­wro­tem, a jego lu­dzie spra­li­by Joh­na za wy­kra­dze­nie czy­jejś mał­żon­ki. John nie jest sil­ny fi­zycz­nie, więc to nie wcho­dzi w ra­chu­bę. Mój mąż musi po­zwo­lić mi odejść.

Wsta­ła i za­czę­ła się prze­cha­dzać nie­spo­koj­nie. Mia­ła w so­bie mnó­stwo wi­tal­no­ści, po­lo­ru i ener­gii do dzia­ła­nia. Nie wy­glą­da­ła na taką, któ­rą moż­na upo­ko­rzyć i po­skro­mić.

- Dla­cze­go mąż miał­by przy­własz­czyć so­bie pani ma­ją­tek?

- Chy­ba uda­ło mi się roz­wią­zać tę za­gad­kę, do­szły do mnie pew­ne plot­ki. To się za­czę­ło, kie­dy mia­łam pięt­na­ście lat. W tym mniej wię­cej okre­sie przy­da­rzy­ło mu się parę wy­jąt­ko­wo kiep­skich se­zo­nów. W in­te­re­sach za­wsze był bar­dzo od­waż­ny, do­my­ślam się, że prze­ho­lo­wał. Roz­pro­szył fun­du­sze, chwy­cił zbyt wie­le srok za ogon, więc kie­dy ko­niunk­tu­ra się po­gor­szy­ła, stra­cił pole ma­new­ru. Mu­siał się­gnąć po moje pie­nią­dze, żeby się ra­to­wać. Może my­ślał, że zdo­ła mi je zwró­cić, ale mu­siał brać co­raz wię­cej i wię­cej i krę­cić na wszyst­kie stro­ny, za­nim zdo­łał wyjść na pro­stą i sta­nąć na wła­snych no­gach. Wte­dy, jak się do­my­ślam, ła­twiej było sfał­szo­wać do­ku­men­ty i za­mknąć fun­dusz, niż zwró­cić mi for­sę. A naj­lep­szą przy­kryw­ką dla wszyst­kich ma­chi­na­cji był ślub ze mną. Kie­dy na­wi­nę­ła się oka­zja, bez wa­ha­nia się jej uchwy­cił. Nie są­dzę, by Jass chciał się kie­dy­kol­wiek oże­nić, nie jest tego typu fa­ce­tem. Wy­ko­rzy­stał mał­żeń­stwo, żeby się za­bez­pie­czyć przed mo­imi rosz­cze­nia­mi. By­łam w kosz­mar­nym sta­nie du­cha i rzu­ci­łam mu się w ra­mio­na. Przez te lata, kie­dy... ja­koś to szło, nig­dy w grun­cie rze­czy nie cie­szy­łam się po­zy­cją jego żony. W naj­mniej­szym stop­niu nie zmie­nił swo­je­go spo­so­bu by­cia. Na­wet nie trak­to­wał mnie po­waż­nie.

- Mimo to nie wiem, od któ­rej stro­ny mógł­bym ugryźć tę spra­wę.

- Pa­nie McGee, mój mąż nie zro­bił tych prze­krę­tów w cał­ko­wi­tej próż­ni. On tak­że ma wro­gów, ktoś musi wie­dzieć o nim wy­star­cza­ją­co dużo, żeby... Żeby go przy­ci­snąć. Chce spra­wić na mnie wra­że­nie, że wca­le się tym nie przej­mu­je, ale mu nie wie­rzę. Je­stem pra­wie pew­na, że mnie śle­dzo­no, my­ślę, że moje wy­sił­ki wzbu­dzi­ły w nim pe­wien nie­po­kój. Za­pew­ne nie wy­glą­da­ło­by do­brze, gdy­by ga­ze­ty pod­chwy­ci­ły taki oto wą­tek: żona Jas­sa Yeoma­na żąda wy­ja­śnie­nia, co sta­ło się z ma­jąt­kiem jej ojca. Pew­nie mar­twi się tak­że tym, że mo­głam odło­żyć część pie­nię­dzy z pen­sji, któ­rą mi wy­pła­cał.

- Dla­cze­go pani tak uwa­ża?

- Przez pięć lat za­trud­nia­łam miłą mek­sy­kań­ską po­ko­jów­kę. Pół roku temu ode­szła i wzię­ła ślub. Od­wie­dzi­ło ją dwóch ty­pów i przez kil­ka go­dzin wy­py­ty­wa­ło o moje spra­wy fi­nan­so­we: ile wy­da­wa­łam i na co. Po­da­wa­li się za ko­goś w ro­dza­ju księ­go­wych. Za­mar­twia­ła się tym parę dni, a póź­niej przy­szła i zło­ży­ła mi re­la­cję. To było dwa mie­sią­ce temu. Nasz układ z Do­lo­res był wy­jąt­ko­wy... Zwie­rza­ły­śmy się so­bie ze wszyst­kie­go, była mi bar­dzo dro­ga.

- Są­dzi pani, że sko­ro mąż się nie­po­koi, moż­na wy­wrzeć na nie­go pre­sję.

- Gdy­bym wie­dzia­ła, co po­cząć, sama bym to zro­bi­ła, pa­nie McGee. My­śla­łam na­wet o tym, by go za­szan­ta­żo­wać. Wy­na­ję­łam ko­goś, żeby wy­wie­dział się o jego in­nych ko­bie­tach. Pew­nie oka­zał się ofer­mą, bo po­li­cja wtrą­ci­ła go na trzy dni do aresz­tu za drob­ne prze­wi­nie­nia w ro­dza­ju plu­cia na chod­nik. Po­tem dał za wy­gra­ną.

- Nie wiem, po pro­stu nie wiem - od­par­łem.

Go­spo­dy­ni ka­za­ła mi iść za sobą. Wy­szli­śmy z cha­ty i zbli­ży­li­śmy się do kra­wę­dzi zbo­cza. Po­fał­do­wa­ne wzgó­rza po­kry­te były czer­wie­nią i brą­zem, tyl­ko gdzie­nieg­dzie po­zo­sta­ły pla­my zie­le­ni. Nie­opo­dal ster­cza­ła kępa so­sen po­skrę­ca­nych przez wiatr. Mona Yeoman wska­za­ła w kie­run­ku za­chod­nim. Pa­smo wzgórz, na któ­rym się znaj­do­wa­li­śmy, opa­da­ło ka­ska­do­wo i prze­cho­dzi­ło w pła­ski te­ren. Za pół­pu­styn­ną rów­ni­ną wi­dać było mia­sto Esme­rel­da znie­kształ­co­ne przez fale go­rą­ce­go po­wie­trza i mgieł­kę. Po­śród nie­wy­raź­nej plą­ta­ni­ny kształ­tów ster­cza­ły ja­sne bry­ły. Z pół­noc­ne­go wscho­du, ja­kieś sześć ki­lo­me­trów od miej­sca, w któ­rym sta­li­śmy, i przy­najm­niej dzie­więć­set me­trów ni­żej, do­cho­dzi­ła do nie­go na ukos dro­ga sta­no­wa nu­mer osiem­dzie­siąt sie­dem. Wi­dzia­łem dwie duże srebr­ne cię­ża­rów­ki peł­zną­ce wśród zwin­niej­szych żucz­ków pry­wat­nych oso­bó­wek.

Mona Yeoman sta­ła z gołą gło­wą tuż obok mnie.

- Mam trzy­dzie­ści dwa lata, pa­nie McGee.

Zmar­no­wa­łam wie­le cza­su, wie­le lat. Na swój spo­sób je­stem mu wdzięcz­na, ale chcę się wy­rwać. Je­stem uwię­zio­ną księż­nicz­ką, a tam stoi za­mek. Kró­lem jest Jass. Mam pew­ną swo­bo­dę po­ru­sza­nia się, pod wa­run­kiem że na noc wra­cam ka­re­tą do zam­ku. Zda­ję so­bie spra­wę, jak łza­wo to brzmi. Kie­dy jed­nak czło­wiek jest za­ko­cha­ny, przy­cho­dzą mu do gło­wy ro­man­tycz­ne sko­ja­rze­nia. A ja nie je­stem jesz­cze tak sta­ra, by koić się pła­czem do snu. Ktoś musi mi po­móc.

Sta­ła po mo­jej pra­wej stro­nie, zwró­co­na do mnie twa­rzą. Słoń­ce upal­ne­go dnia zra­sza­ło po­tem jej czo­ło i gór­ną war­gę. Ocze­ki­wa­ła mo­jej od­po­wie­dzi. A ja mil­cza­łem i marsz­czy­łem brwi, szu­ka­jąc słów, by oznaj­mić jej, że ta­ki­mi spra­wa­mi się nie zaj­mu­ję.

Na­gle ru­nę­ła przed sie­bie, jej ra­mię po­trą­ci­ło mnie i pchnę­ło w tył. Upa­dła z prze­chy­lo­ną gło­wą na spie­czo­ną zie­mię i ka­mie­nie. Już le­żąc, prze­su­nę­ła się po grun­cie co naj­mniej pięt­na­ście cen­ty­me­trów, nie unió­sł­szy rąk w celu zła­go­dze­nia upad­ku. Dźwięk, któ­ry go po­prze­dził, był dziw­nie pa­skud­ny. Tępy od­głos ude­rze­nia po­dob­ny do tego, któ­ry to­wa­rzy­szy wbi­ja­niu to­por­ka w mięk­ki zbu­twia­ły pień. Le­ża­ła bez drgnie­nia i w cał­ko­wi­tej ci­szy, bez­wład­nie i pła­sko. Wte­dy usły­sza­łem da­le­kie wark­nię­cie cięż­kie­go ka­ra­bi­nu, któ­re od­bi­ło się echem od ska­li­stych wzgórz. Dzień był bez­wietrz­ny. Od cha­ty dzie­li­ła mnie zbyt duża od­le­głość. Rzu­ci­łem się ku so­snom, któ­re ro­sły pięt­na­ście me­trów da­lej. Obie­głem je, śli­zga­jąc się, upa­dłem i chwy­ci­łem się po­wy­krzy­wia­ne­go ko­rze­nia. Moje nogi za­wi­sły nad skra­jem urwi­ska. Po­ru­szo­ny ka­mień po­to­czył się i od­bił raz, a po­tem dru­gi - po upły­wie wie­lu se­kund. Prze­łkną­łem gulę, któ­ra wez­bra­ła mi w gar­dle na wy­ra­zi­ste wspo­mnie­nie mo­kre­go otwo­ru, któ­ry po­ja­wił się na krę­go­słu­pie Mony Yeoman pod jej je­dwab­ną bluz­ką, do­kład­nie po­środ­ku ple­ców, ja­kieś pięć cen­ty­me­trów pod miej­scem, w któ­rym szy­ja łą­czy­ła się z jej kształt­ny­mi ra­mio­na­mi. Broń wiel­ko­ka­li­bro­wa, po­tęż­ne ude­rze­nie. Ener­gia to po­chod­na masy i pręd­ko­ści. Ta dru­ga mu­sia­ła być duża, gdyż od­głos po­ja­wił się ze spo­rym opóź­nie­niem. Se­kun­da? Mniej. Pięć­set me­trów? Pod­cią­gną­łem się i wyj­rza­łem zza pnia drze­wa. La­bi­rynt wzgórz, ty­siąc kry­jó­wek, w któ­rych moż­na się przy­cza­ić.

Mu­sia­łem wziąć się w garść i na trzeź­wo oce­nić moż­li­wo­ści strzel­ca w tej sy­tu­acji. Je­śli nie był kre­ty­nem, mie­rzył w tu­łów. Po­cisk tak du­żych roz­mia­rów za­ła­twił­by spra­wę, na­wet gdy­by tra­fił w bark lub bio­dro. Gdy­by do­sta­ła w udo lub w ra­mię, też miał­bym ni­kłe szan­se spro­wa­dze­nia po­mo­cy na czas. Ale kula roz­pła­ta­ła wiel­ką cen­tral­ną wiąz­kę prze­wo­dów, przez któ­re bie­gły wszyst­kie in­for­ma­cje. Na­głe po­tęż­ne ude­rze­nie spo­wo­do­wa­ło skok ci­śnie­nia pły­nu mó­zgo­wo-rdze­nio­we­go, mózg w ułam­ku se­kun­dy spo­wi­ła ciem­ność.

Mona zgi­nę­ła, nie wie­dząc, że umie­ra.

Zni­ży­łem wzrok i spoj­rza­łem na nią. Czu­bek jej gło­wy skie­ro­wa­ny był w moją stro­nę. Wi­dzia­łem kie­dyś klacz, któ­ra prze­sko­czy­ła płot i zgi­nę­ła od zde­rze­nia z pick-upem. Na­roż­nik przed­niej szy­by ude­rzył ją za uchem, szy­ja pę­kła. Zwie­rzę ru­nę­ło na zie­mię bez­wład­nie, jak­by w jego cie­le nie było ani jed­nej ko­ści.

Pa­trzy­łem na po­fał­do­wa­ne zbo­cze są­sied­niej góry, ni­cze­go nie wi­dzia­łem i ni­cze­go nie sły­sza­łem. W ci­szy zda­wa­ło mi się, że gdzieś w od­da­li ktoś uru­cho­mił sil­nik sa­mo­cho­du.

Dziś wie­czór księż­nicz­ka nie wró­ci ka­ro­cą do zam­ku.

Zmę­czyw­szy się cze­ka­niem, po­zbie­ra­łem się i ru­szy­łem bie­giem ku cha­cie w spo­sób, któ­re­go na­uczył mnie kie­dyś wu­jek. Wpa­dłem do chłod­ne­go wnę­trza i roz­luź­ni­łem swo­je cen­ne cia­ło. Na ko­min­ku sta­ła pu­sta szklan­ka, na kra­wę­dzi po­zo­sta­ła ró­żo­wa szmin­ka. Skó­rza­na po­du­cha wciąż no­si­ła na so­bie od­cisk krą­głej pupy Mony Yeoman. Zo­ba­czy­łem sfa­ty­go­wa­ną lor­net­kę wi­szą­cą na gwoź­dziu. Sprzęt ma­ry­nar­ski o ośmio­krot­nym po­więk­sze­niu. Lewa so­czew­ka prze­su­nię­ta, pra­wa do­bra. Zo­ba­czy­łem mu­chy o ja­sno­zie­lo­nych od­wło­kach uga­nia­ją­ce się wo­kół jej je­dwab­nej ko­szu­li.

Skó­rza­na to­reb­ka wi­sia­ła na krze­seł­ku obok kurt­ki 1 ka­pe­lu­sza. Zna­la­złem w niej osiem­dzie­siąt dzie­więć do­la­rów. Wzią­łem osiem­dzie­siąt. Scho­wa­łem swo­ją bu­tel­kę do wa­liz­ki i pod­sze­dłem do drzwi. Za­czerp­ną­łem trzy głę­bo­kie od­de­chy, po czym pu­ści­łem się bie­giem ku dro­dze. Pę­dzi­łem, aż zna­la­złem się za pierw­szym za­krę­tem. Drża­ły mi pal­ce, kie­dy za­pa­la­łem pa­pie­ro­sa. A po­tem ko­ły­szą­cym się kro­kiem ru­szy­łem dro­gą w dół.