Puławianin i Dziewucha, czyli opowieści jakich jeszcze nie słyszeliście o Ameryce - Arkadiusz Kazimierski

Kup ebooka

21.00 zł

-
Proszę czekać

3. Rzecz o tym, jak wyparzono mi jęzor, nauczono polityki i sztuki konwersacji o niczym

Z tego, co pa­mię­tam, była śro­da po po­łu­dniu 28 kwiet­nia 2004 roku, kie­dy wy­lą­do­wa­łem sa­mo­lo­tem ho­len­der­skich li­nii KLM na lot­ni­sku Bush In­ter­na­tio­nal, któ­re jest zlo­ka­li­zo­wa­ne kil­ka­na­ście mil od cen­trum Ho­uston. Od­pra­wa lot­ni­sko­wa trwa­ła nie­sa­mo­wi­cie dłu­go, co ostu­dzi­ło nie­co mój en­tu­zjazm zwią­za­ny z przy­jaz­dem do Ame­ry­ki. Za­nim do­wlo­kłem się do bud­ki z urzęd­ni­kiem imi­gra­cyj­nym, mu­sia­łem od­stać nie­mal trzy go­dzi­ny w ko­lej­ce zło­żo­nej w więk­szo­ści z Mu­rzy­nów i Hin­du­sów. W koń­cu do­cze­ka­łem się: zro­bi­li mi zdję­cie, po­bra­li od­ci­ski pal­ców, a jed­na pani na­wet się uśmiech­nę­ła i po­wie­dzia­ła do mnie "dzień do­bry". Przez chwi­lę cie­szy­łem się na ten zna­jo­my mi dźwięk ni­czym małe dziec­ko, a to pew­nie dla­te­go, że za­brzmiał on tak swoj­sko w tak ob­cym mi miej­scu. Gdy już stwier­dzo­no, że ja to ja, a nie kto inny, ru­szy­łem za sta­dem lu­dzi, wie­dzio­ny in­tu­icją, że pew­nie wszy­scy idą po ba­ga­że. Gdy to oka­za­ło się praw­dą i gdy praw­dą oka­za­ło się też, że ba­ga­że do­le­cia­ły ra­zem z nami, od­na­la­złem swo­ją zie­lo­ną wa­liz­kę, któ­rą przed wy­jaz­dem oka­zyj­nie ku­pi­łem w Car­re­fo­urze za psie pie­nią­dze, i wy­sze­dłem na halę ocze­ku­ją­cych, gdzie już cza­to­wał na mnie, znie­cier­pli­wio­ny dłu­gim ocze­ki­wa­niem, No­wo­bo­gac­ki, bo on to wła­śnie miał mnie ode­brać z lot­ni­ska. No­wo­bo­gac­ki przy­je­chał do Ho­uston kil­ka mie­się­cy wcze­śniej do pra­cy w la­bo­ra­to­rium pro­fe­so­ra Pu­ła­wia­ni­na jako post­dok. Po­nie­waż No­wo­bo­gac­ki był już w Sta­nach od sied­miu mie­się­cy i przez ten czas na­był wie­le cen­nej wie­dzy o tym no­wym dla mnie kra­ju, słu­cha­łem go uważ­nie, bo wszyst­ko, co mó­wił, było dla mnie ni­czym sło­wo ob­ja­wio­ne.

Jak już wspo­mnia­łem lot­ni­sko Bush In­ter­na­tio­nal było od­da­lo­ne od cen­trum Ho­uston o oko­ło dwa­dzie­ścia mil. Dla tych, któ­rzy za­po­mnie­li ze szko­ły, ile to jest mila, przy­po­mi­nam, że to tro­chę wię­cej niż pół­to­ra ki­lo­me­tra. Sta­ny Zjed­no­czo­ne nie uży­wa­ją sys­te­mu me­trycz­ne­go, tak jak robi to Ka­na­da czy więk­szość państw eu­ro­pej­skich (o ile się nie mylę wszyst­kie, oprócz Wiel­kiej Bry­ta­nii, któ­ra też po­szła po ro­zum do gło­wy i, przy­najm­niej ofi­cjal­nie, skoń­czy­ła z he­re­zją). Z po­cząt­ku więc moż­na się wy­stra­szyć tych wszyst­kich mil, jar­dów, akrów, fun­tów, un­cji, ga­lo­nów i pint. Z cza­sem jed­nak za­czy­na się do­strze­gać i do­bre stro­ny tych jed­no­stek miar. Choć mia­ry te ory­gi­nal­nie wy­wo­dzą się z An­glii, to za­adap­to­wa­ły się do­sko­na­le w Ame­ry­ce, wpa­so­wu­jąc się w styl ży­cia Ame­ry­ka­nów, gdzie wszyst­ko musi być duże i w du­żej ilo­ści. Dla­te­go też mila jest więk­sza od ki­lo­me­tra, a ga­lon jest więk­szy od li­tra. Prze­strze­nie w Ame­ry­ce są ol­brzy­mie, więc le­piej je mie­rzyć mniej­szą ilo­ścią mil niż więk­szą ilo­ścią ki­lo­me­trów. Tłu­stym Ame­ry­ka­nom znacz­nie le­piej jest też ku­pić je­den ga­lon mle­ka niż czte­ry jego li­try. Je­dy­nie z fun­ta­mi i akra­mi coś mi tu nie gra­ło, ale za­ło­żę się, że na fun­ty to oni ku­pu­ją to, co my w Pol­sce na deka, a w akrach to mie­rzą sale kon­fe­ren­cyj­ne, a nie ugo­ry.

O tym, jak po­tęż­ne są Sta­ny Zjed­no­czo­ne i ja­kie od­le­gło­ści dzie­lą po­szcze­gól­ne mia­sta, niech świad­czy aneg­do­ta, któ­rą kie­dyś za­sły­sza­łem. Aneg­do­ta ta od­no­si się wpraw­dzie do Ka­na­dy, ale nic nie stoi na prze­szko­dzie, aby ją, po nie­wiel­kich zmia­nach, za­adap­to­wać do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Pew­na ro­dzi­na z Lon­dy­nu, w An­glii, wy­sła­ła swo­ją cór­kę na wa­ka­cje do wuj­ka, miesz­ka­ją­ce­go w Van­co­uver w Ka­na­dzie. Ka­na­da to Ka­na­da, a po­nie­waż było ta­niej, to ku­pi­li jej bi­let lot­ni­czy do Ha­li­fak­su w No­wej Szko­cji. Gdy mie­li pew­ność, że cór­ka już wy­lą­do­wa­ła w Ka­na­dzie, wy­sła­li te­le­gram do wuj­ka w Van­co­uver, aby ten ode­brał ją z lot­ni­ska w Ha­li­fak­sie. Wu­jek ode­słał im te­le­gram na­stę­pu­ją­cej tre­ści: Od­bierz­cie ją sami, prze­cież ma­cie bli­żej. Cały dow­cip po­le­ga na tym, że z Lon­dy­nu do Ha­li­fak­su jest bli­żej niż z Ha­li­fak­su do Van­co­uver, choć te dwa ostat­nie mia­sta znaj­du­ją się na te­ry­to­rium Ka­na­dy. Tyl­ko stan Tek­sas (je­den z pięć­dzie­się­ciu sta­nów USA) jest trzy razy więk­szy od Pol­ski.

Z No­wo­bo­gac­kim, któ­ry ode­brał mnie z lot­ni­ska, zna­łem się już kil­ka do­brych lat; ra­zem stu­dio­wa­li­śmy w Rze­szo­wie, ra­zem ro­bi­li­śmy dok­to­rat w War­sza­wie (oczy­wi­ście każ­dy swój) i tak się zło­ży­ło, że i on, i ja zde­cy­do­wa­li­śmy się po­je­chać na tego sa­me­go post­do­ka do pro­fe­so­ra Pu­ła­wia­ni­na w Ho­uston. Utrzy­my­wa­li­śmy e-ma­ilo­wy kon­takt jesz­cze przed moim przy­jaz­dem do Sta­nów i umo­wa była taka, że przez pe­wien czas za­miesz­kam w jego apar­ta­men­cie. Cho­dzi­ło oczy­wi­ście o pie­nią­dze, i za­rów­no jemu, jak i mnie ta opcja się spodo­ba­ła. Gdy przy­je­cha­łem do Sta­nów, mia­łem w kie­sze­ni oko­ło trzy­stu do­la­rów, co było sumą nie­po­zwa­la­ją­cą mi na­wet na za­pła­ce­nie de­po­zy­tu za apar­ta­ment, więc nie mia­łem po­wo­du na­rze­kać na za­pro­po­no­wa­ny przez No­wo­bo­gac­kie­go układ. Jego apar­ta­ment kosz­to­wał $550, więc po po­dzia­le na dwóch kwo­ta za miesz­ka­nie była bar­dzo roz­sąd­na. Poza tym szyb­ko zda­łem so­bie spra­wę, że kom­plet­nie nic nie wiem o Ame­ry­ce i po­trze­bo­wa­łem ko­goś, kto po­mo­że mi tu­taj mięk­ko wy­lą­do­wać. Wte­dy na­wet nie wie­dzia­łem, jak po­praw­nie wy­pi­sać czek, nie wspo­mi­na­jąc o in­nych pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ściach. W Pol­sce tyl­ko je­den raz mia­łem do czy­nie­nia z cze­ka­mi, gdy za­czą­łem stu­dio­wać w Rze­szo­wie, a po­tem do­wie­dzia­łem się od pani w ban­ko­wym okien­ku, że ban­ki już nie wy­da­ją cze­ków, bo cze­ki są w za­ni­ku. W Ame­ry­ce cze­ki to pod­sta­wa płat­no­ści za ra­chun­ki, za usłu­gi czy też za zwy­kłe za­ku­py. Choć co­raz czę­ściej rolę cze­ków przej­mu­ją trans­fe­ry elek­tro­nicz­ne, to po kil­ku la­tach po­by­tu w Ame­ry­ce uświa­do­mi­łem so­bie, że cze­ki per­so­nal­ne wciąż mają się świet­nie, a w pew­nych sy­tu­acjach są wręcz nie­za­stą­pio­ne. Do­dam na­wet wię­cej: bio­rąc pod uwa­gę kosz­ty ban­ko­we nie­któ­rych ope­ra­cji i do­da­jąc do tego fakt ubo­że­nia spo­łe­czeń­stwa ame­ry­kań­skie­go, idę o za­kład, że cze­ki w Ame­ry­ce będą mia­ły przed sobą jesz­cze dłu­gie lata świet­no­ści. Dla­cze­go cze­ki nie spraw­dza­ją się w Pol­sce? Przy­pusz­czam, że win­ne jest sła­be pra­wo i nie­moż­ność jego eg­ze­kwo­wa­nia, a ban­ki nie chcą się ba­brać w hi­sto­riach z pod­ra­bia­ny­mi pod­pi­sa­mi na cze­kach i z po­li­cjan­ta­mi, któ­rzy na wszyst­ko wzru­sza­ją ra­mio­na­mi. W Sta­nach pod­ro­bie­nie pod­pi­su na cze­ku to prze­stęp­stwo ści­ga­ne przez FBI i moż­na być nie­mal pew­nym, że cze­ki pod­ra­bia­ją tyl­ko de­spe­ra­ci.

Gdy przy­le­cia­łem do Ho­uston, za­sta­łem po­po­łu­dnie, pod­czas gdy Pol­ska już daw­no po­grą­żo­na była we śnie. Gdy ja już po­wi­nie­nem prze­wra­cać się na dru­gi bok, słoń­ce w Ho­uston sta­ło iry­tu­ją­co wy­so­ko na nie­bie i się od­gra­ża­ło, że dziś to so­bie jesz­cze tro­chę po­świe­ci. Za­czą­łem więc zie­wać i sła­niać się na no­gach, ale No­wo­bo­gac­ki nie miał dla mnie li­to­ści i za­pro­po­no­wał, abym wła­śnie te­raz zro­bił so­bie za­ku­py żyw­no­ścio­we, gdyż za­pew­ne chciał mieć pew­ność, że będę się trzy­mał z da­le­ka od jego pro­wian­tu. Idea była taka, abym się prze­mę­czył do wie­czo­ra i wte­dy usnął, do­sto­so­wu­jąc się tym sa­mym do tego prze­su­nię­cia cza­so­we­go, któ­re wy­no­si­ło sie­dem go­dzin. Oczy­wi­ście po­mysł był do­bry i, jak się po­tem oka­za­ło, zdał eg­za­min. Pro­ble­mem było tyl­ko te kil­ka go­dzin, któ­re mu­sia­łem prze­cze­kać, uda­jąc, że nie śpię. Nie było to ła­twe i to nie tyl­ko ze wzglę­du na fakt, że już daw­no po­wi­nie­nem spać, ale też dla­te­go, że po­dróż była dla mnie bar­dzo mę­czą­ca i peł­na wra­żeń. Gdy kurz po emo­cjach przy­lo­tu do Ame­ry­ki opadł, by­łem wy­czer­pa­ny ni­czym ci lot­ni­cy an­giel­scy w dro­dze po­wrot­nej do An­glii po bom­bar­do­wa­niu Nie­miec. Dla nich cho­ciaż wy­my­ślo­no cze­ko­lad­ki z am­fe­ta­mi­ną, a ja mu­sia­łem ra­dzić so­bie sam.

No­wo­bo­gac­ki za­brał mnie swo­ją maz­dą do kil­ku skle­pów, abym zer­k­nął to tu, to tam i ro­zej­rzał się za tym, co może mi się przy­dać. Na­praw­dę sła­nia­łem się na no­gach, ale co mo­głem zro­bić. Pa­mię­tam, że po­je­cha­li­śmy do Kro­ge­ra. Kro­ger to sieć skle­pów w Tek­sa­sie i praw­do­po­dob­nie poza nim. To jak­by pol­ska Bie­dron­ka, gdzie moż­na ku­pić wszyst­ko, co po­trzeb­ne jest w kuch­ni i domu: żyw­ność, środ­ki czy­sto­ści i róż­ne pier­dół­ki. Po­tem wy­bra­li­śmy się do Fie­sty - na­stęp­ne­go z wiel­kich sie­cio­wych skle­pów tek­sań­skich. Tu, po­dob­nie jak w Kro­ge­rze, też moż­na ku­pić nie­mal wszyst­ko, ale na­cisk jest po­ło­żo­ny bar­dziej na wa­rzy­wa i owo­ce. Przy­zna­ję, by­łem po pro­stu w szo­ku. Gdy pi­szę te sło­wa, przy­sta­ję na mo­ment i za­sta­na­wiam się, czy na­praw­dę tak było, ale tak było. Po­twor­na ilość owo­ców, wa­rzyw i to wszyst­ko wy­mie­sza­ne z ja­kimś ro­dza­jem eg­zo­ty­ki, któ­rej nig­dy przed­tem nie wi­dzia­łem. W Pol­sce naj­czę­ściej ro­bi­łem za­ku­py w Car­re­fo­urze i tam też było sto­isko z eg­zo­tycz­ny­mi owo­ca­mi, ale w ża­den spo­sób nie da się tego po­rów­nać do tego, co zo­ba­czy­łem w skle­pach w Ho­uston. Już na­wet nie będę wy­mie­niał po­ma­rań­czy, ba­na­nów czy ana­na­sów, ale za­sko­czy­ły mnie sto­sy pa­pai, dak­ty­li, owo­ców man­go, li­czi, taro i wie­lu in­nych, w więk­szo­ści zu­peł­nie mi nie­zna­nych. Nie­sa­mo­wi­cie so­czy­ste ana­na­sy po do­la­rze za sztu­kę! Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom. Tuż przed przy­jaz­dem do Ame­ry­ki ku­pi­łem w Pol­sce ana­na­sa w Car­re­fo­urze i pa­mię­tam, że za ja­kie­goś zie­lo­ne­go, skar­la­łe­go gnio­ta ży­czy­li so­bie dwa­dzie­ścia zło­tych. Gdy więc zo­ba­czy­łem taką oka­zję w Ame­ry­ce, na wszel­ki wy­pa­dek ku­pi­łem trzy duże ana­na­sy, ale No­wo­bo­gac­ki uspo­ka­jał mnie, że ju­tro tu też będą i nie ma po­trze­by ro­bić zbęd­nych za­pa­sów. Słu­cha­łem go tro­chę po­dejrz­li­wie, ale w koń­cu da­łem wia­rę jego sło­wom. Zdzi­wie­nie ustę­pu­je, gdy przyj­rzy­my się geo­gra­fii. Tek­sas leży bli­sko rów­ni­ka, więc kosz­ty trans­por­tu są nie­wiel­kie w po­rów­na­niu z kosz­ta­mi trans­por­tu ana­na­sów do Pol­ski. Co mnie ude­rzy­ło, to spo­sób, w jaki tu­taj sprze­da­wa­no owo­ce. Sprze­da­wa­no je ge­ne­ral­nie na fun­ty, ale w przy­pad­ku ja­błek, po­ma­rań­czy, gru­szek, man­go czy grejp­fru­tów uży­wa­no in­ne­go sys­te­mu, któ­ry jed­no­cze­śnie był nie­zwy­kle pro­sty: czte­ry jabł­ka za do­la­ra albo trzy po­ma­rań­cze za do­la­ra. Ktoś od razu mógł­by so­bie po­my­śleć, że w ta­kim przy­pad­ku moż­na wy­brać naj­więk­sze jabł­ka czy po­ma­rań­cze, aby okpić sprze­da­ją­cych. Nic z tego, bo wszyst­kie owo­ce były mniej wię­cej ta­kie same i na­praw­dę było trud­no coś wy­kom­bi­no­wać. Oczy­wi­ście ta­nie mek­sy­kań­skie rącz­ki z za­dzi­wia­ją­cą szyb­ko­ścią se­gre­go­wa­ły te jabł­ka czy grejp­fru­ty na od­po­wied­nie kla­sy pod wzglę­dem wiel­ko­ści. Po­my­śla­łem wte­dy, że taki sys­tem zu­peł­nie nie spraw­dził­by się w Pol­sce. Lu­dzie sta­li­by go­dzi­na­mi przed sto­sem owo­ców, pró­bu­jąc wy­brać naj­więk­sze, aż od tego my­śle­nia roz­bo­la­ły­by ich gło­wy.

Po za­ku­pach wró­ci­li­śmy do apar­ta­men­tu. Uzmy­sło­wi­łem so­bie, że od­le­głość apar­ta­men­tu, w któ­rym za­miesz­ka­łem z No­wo­bo­gac­kim, od skle­pów wy­no­si oko­ło dwie lub trzy mile. Od razu zro­zu­mia­łem, że bez sa­mo­cho­du to tu­taj ra­czej dłu­go nie po­ży­ję. Wszę­dzie da­le­ko, nie­mal kom­plet­ny brak chod­ni­ków wzdłuż dróg i wszy­scy w sa­mo­cho­dach; no­wych czy sta­rych, ale wszy­scy w sa­mo­cho­dach, na do­da­tek obo­wiąz­ko­wo kli­ma­ty­zo­wa­nych. Prze­cież to był ko­niec kwiet­nia, a wil­got­ność po­wie­trza i tem­pe­ra­tu­ra przy­po­mi­na­ły wa­run­ki, ja­kie pa­nu­ją pod­czas bra­nia go­rą­cej ką­pie­li. Coś nie­wy­obra­żal­ne­go!

Apar­ta­men­ty, w któ­rych miesz­ka­łem z No­wo­bo­gac­kim, mie­ści­ły się w kom­plek­sie jed­no­pię­tro­wych bu­dyn­ków skle­co­nych z de­sek. Te drew­nia­ne bu­dyn­ki znaj­do­wa­ły się na du­żym, ogro­dzo­nym te­re­nie, za­mknię­tym z jed­nej stro­ny bra­mą wjaz­do­wą, a z dru­giej bra­mą wy­jaz­do­wą. Gdy się wjeż­dża­ło na te­ren apar­ta­men­tów, ko­niecz­ne było wci­śnię­cie czte­ro­cy­fro­we­go kodu. Gdy się wy­jeż­dża­ło, na­cisk kół sa­mo­cho­do­wych na czuj­nik w be­to­no­wej pły­cie dro­gi po­wo­do­wał au­to­ma­tycz­ne otwar­cie bra­my. Sam kom­pleks apar­ta­men­tów na­zy­wał się Pa­rque View i mie­ścił się na uli­cy El Pa­seo w cen­trum Ho­uston. Zna­cze­nia po­ję­cia apart­ment nie na­le­ży my­lić z pol­skim ter­mi­nem apar­ta­men­to­wiec, któ­ry zwy­kle ko­ja­rzy się z czymś bar­dzo luk­su­so­wym. To, co ogól­nie ro­zu­mie się przez po­ję­cie apart­ment w Ame­ry­ce, to kom­pleks w przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści drew­nia­nych dom­ków, ulo­ko­wa­nych na okre­ślo­nym ob­sza­rze. Apar­ta­men­tow­ce te, w za­leż­no­ści od ceny, mają róż­ny stan­dard i choć praw­dą jest, że bar­dzo dro­gie i luk­su­so­we apar­ta­men­tow­ce są w każ­dym mie­ście, to praw­dą też jest, że w apar­ta­men­tow­cach miesz­ka­ją lu­dzie, któ­rych albo nie stać na dom, albo nie opła­ca się im go ku­po­wać, bo za­mie­rza­ją w da­nym miej­scu miesz­kać zbyt krót­ko (są na przy­kład na rocz­nym lub dwu­let­nim kontr­ak­cie).

Po­ko­je w apar­ta­men­tow­cu, gdzie przy­szło mi miesz­kać, były dla mnie nie­co dziw­ne. Nig­dy wcze­śniej w Pol­sce nie wi­dzia­łem ta­kie­go uło­że­nia po­miesz­czeń. Apar­ta­men­ty te mia­ły za­zwy­czaj pa­tio, czy­li mały bal­ko­nik cał­ko­wi­cie za­bi­ty de­cha­mi do wy­so­ko­ści czub­ka gło­wy. Cho­dzi­ło o ochro­nę pry­wat­no­ści i ta­kie tam ame­ry­kań­skie wol­no­ści.

Pierw­szej nocy spa­łem jak za­bi­ty, ale już dru­giej No­wo­bo­gac­ki obu­dził mnie o trze­ciej nad ra­nem z sen­sa­cyj­ną wia­do­mo­ścią, że mamy ka­ra­lu­cha w kuch­ni i że trze­ba go zło­wić, aby nie cho­dził nam w nocy po twa­rzach, tym bar­dziej że z po­wo­du upa­łu obaj śpi­my z roz­dzia­wio­ny­mi gę­ba­mi. Nie­co wy­stra­szo­ny tym sce­na­riu­szem, po­mo­głem mu od­su­nąć lo­dów­kę, po czym on zła­pał ka­ra­lu­cha do kub­ka, na szczę­ście swo­je­go. Ka­ra­luch był wiel­ko­ści ma­łej my­szy. Ciar­ki prze­cho­dzi­ły mi po ple­cach raz po raz, ale z za­do­wo­le­niem przy­ją­łem wia­do­mość, że ten eg­zem­plarz już dłu­żej nie bę­dzie cie­szył się wol­no­ścią. No­wo­bo­gac­ki nie za­bił ka­ra­lu­cha od razu, ale wy­my­ślił dla nie­go spe­cjal­ny ze­staw tor­tur. Wło­żył go do mi­kro­fa­li i przy­grzał przez pięć se­kund. Bie­da­ko­wi naj­pierw sfaj­czy­ły się nogi, bo z po­cząt­ku bie­gał jak osza­la­ły, a po­tem wy­wi­jał już tyl­ko zwię­dły­mi ki­ku­ta­mi, za­nim do­koń­czył ży­wo­ta przy akom­pa­nia­men­cie skwier­cze­nia wła­sne­go cia­ła. Faj­na za­ba­wa, gdy­by nie to, że była trze­cia w nocy, a rano mu­sia­łem zbie­rać się do pra­cy. W ca­łej tej hi­sto­rii po­cie­sza­ją­ce było rów­nież to, że w po­bli­żu nie było pol­skich obroń­ców praw ka­ra­lu­chów.

Nową pra­cę mia­łem za­cząć od po­nie­dział­ku, ale już w czwar­tek No­wo­bo­gac­ki za­brał mnie do MD An­der­son Can­cer Cen­ter, abym tam za­po­znał przy­szłych współ­pra­cow­ni­ków. I w ten oto spo­sób po­zna­łem Dzie­wu­chę, Co­ver Girl oraz Hra­bian­kę. Nie­od­łącz­nym skład­ni­kiem ze­spo­łu Pu­ła­wia­ni­na był jesz­cze Po­moc­nik, ale on w tym cza­sie wy­je­chał na trzy mie­sią­ce do Pol­ski w związ­ku z przej­ściem z wizy J-1 na wizę pra­cow­ni­czą H-1B i for­mal­no­ścia­mi zwią­za­ny­mi z tym pro­ce­sem. Pod­czas tej mo­jej pierw­szej wi­zy­ty w MD An­der­son Can­cer Cen­ter spo­tka­łem się też z moim przy­szłym sze­fem, czy­li pro­fe­so­rem Pu­ła­wia­ni­nem, któ­ry był pro­fe­so­rem che­mii me­dycz­nej na tek­sań­skim Uni­wer­sy­te­cie w Ho­uston. MD An­der­son Can­cer Cen­ter wcho­dzi­ło wte­dy w skład Uni­ver­si­ty of Te­xas. Nie było to na­sze pierw­sze spo­tka­nie, po­nie­waż pro­fe­so­ra Pu­ła­wia­ni­na mia­łem oka­zję już po­znać kil­ka mie­się­cy wcze­śniej w Pol­sce, gdy ten ro­bił w In­sty­tu­cie Che­mii Or­ga­nicz­nej pro­fe­su­rę, po­gar­dli­wie zwa­ną "z ka­pe­lu­sza", bo to taka sama pro­fe­su­ra jak stu­dia za­ocz­ne albo pre­zy­den­tu­ra na uchodź­stwie. Pu­ła­wia­nin za­wo­łał mnie do sie­bie na krót­ką roz­mo­wę i od razu wy­łusz­czył szcze­gó­ły na­szej współ­pra­cy. Re­gu­ły były w mia­rę kla­row­ne. Mia­łem syn­te­zo­wać związ­ki che­micz­ne o po­ten­cjal­nych wła­ści­wo­ściach prze­ciw­ra­ko­wych, uży­wa­jąc wie­dzy, któ­rą na­by­łem pod­czas czte­rech lat stu­diów dok­to­ranc­kich w Pol­sce.

Wszyst­kie oso­by, któ­re po­zna­łem pod­czas tej wstęp­nej se­sji, mó­wi­ły po pol­sku. No­wo­bo­gac­ki na­po­mknął kie­dyś, że raz lub dwa razy w ty­go­dniu MD An­der­son or­ga­ni­zu­je kur­sy ję­zy­ka an­giel­skie­go, któ­re za­czy­na­ją się o go­dzi­nie szó­stej po po­łu­dniu i trwa­ją do dzie­wią­tej wie­czo­rem. Pod­nie­co­ny tą wia­do­mo­ścią, nie­opatrz­nie za­py­ta­łem Pu­ła­wia­ni­na, czy mógł­bym z tych dar­mo­wych kur­sów sko­rzy­stać, ale w od­po­wie­dzi usły­sza­łem, że nie, bo jest ro­bo­ta i tyle. Za­tka­ło mnie tro­chę i nie kon­ty­nu­owa­łem już tego te­ma­tu. Do­pie­ro wie­czo­rem mia­łem czas, aby o tym po­my­śleć, i do­sze­dłem do wnio­sku, że mu­szę tro­chę od­cze­kać i przyj­rzeć się do­kład­niej, co tu się dzie­je, i wte­dy pod­jąć ja­kieś de­cy­zje. Po­czu­cie, że jed­nak cze­goś tu­taj nie ro­zu­miem, było nie­co uciąż­li­we i trwa­ło przez kil­ka na­stęp­nych mie­się­cy. Po­tem już było tyl­ko go­rzej.

Już w pierw­szych dniach po przy­jeź­dzie mia­łem oka­zję po­roz­ma­wiać dłu­żej z Dzie­wu­chą oraz z Co­ver Girl. Obie z nich były bar­dzo ga­da­tli­we i wład­cze, więc bar­dzo czę­sto, chcąc nie chcąc, na­pa­ta­cza­łem się na sy­tu­acje, w któ­rych mu­sia­łem pod­jąć ja­kąś roz­mo­wę. Była jesz­cze Hra­bian­ka, ale ona, choć bar­dzo miła, była nie­co in­tro­wer­tycz­na i roz­mo­wa z nią ra­czej mi się nie kle­iła. Poza tym jej styl by­cia nie do koń­ca mi od­po­wia­dał, choć szcze­rze mó­wiąc, trud­no mi było co­kol­wiek jej za­rzu­cić. Dzie­wu­cha i Co­ver Girl były zu­peł­nie inne; każ­da z nich wi­dzia­ła tyl­ko swój czu­bek nosa i każ­da z nich mia­ła je­dy­nie słusz­ną opi­nię na każ­dy te­mat. Bar­dzo szyb­ko za­uwa­ży­łem, że obie, w mniej lub bar­dziej otwar­ty spo­sób, pró­bo­wa­ły mnie prze­cią­gnąć na swo­ją, je­dy­nie słusz­ną, stro­nę i to za po­mo­cą mniej lub bar­dziej wy­szu­ka­nych spo­so­bów. Naj­lep­szą me­to­dą, aby to osią­gnąć, było przed­sta­wia­nie in­nych w zde­cy­do­wa­nie nie­ko­rzyst­nym świe­tle. Od Co­ver Girl do­wie­dzia­łem się więc, że wła­ści­wie to wszy­scy tu­taj na­oko­ło są nie­do­brzy i od wszyst­kich na­le­ży trzy­mać się z da­le­ka. Jak to od Po­la­ków! Wia­do­mo! Od Dzie­wu­chy na­to­miast do­wie­dzia­łem się, że wszy­scy na­oko­ło to ćwo­ki albo wiej­skie fi­lo­zo­fy i w związ­ku z tym "tyż" na­le­ży trzy­mać się od nich z da­le­ka. Na po­cząt­ku te opo­wie­ści bar­dzo mnie ba­wi­ły i przyj­mo­wa­łem je z przy­mru­że­niem oka, ale szyb­ko się prze­ko­na­łem, że śmiesz­nie to tu­taj ra­czej nie bę­dzie.

Choć pra­cę ofi­cjal­nie mia­łem za­cząć od pierw­sze­go maja 2004 roku, to jed­nak nie było cza­su do stra­ce­nia, bo spraw do za­ła­twie­nia było co nie­mia­ra. Dzie­wu­cha była na tyle miła, że na po­le­ce­nie Pu­ła­wia­ni­na po­szła ze mną w kil­ka miejsc i po­mo­gła mi za­ła­twić to i owo. Na po­czą­tek wy­bra­li­śmy się do In­ter­na­tio­nal Of­fi­ce, aby zgło­sić mój przy­jazd do USA. Po­tem po­szli­śmy do So­cial Se­cu­ri­ty Of­fi­ce ure­gu­lo­wać spra­wy zwią­za­ne z nada­niem nu­me­ru So­cial Se­cu­ri­ty, bez któ­re­go w Sta­nach prak­tycz­nie się nie ist­nie­je. So­cial Se­cu­ri­ty Num­ber to chy­ba naj­waż­niej­szy, po da­cie uro­dze­nia, nu­mer iden­ty­fi­ka­cyj­ny. To dzie­wię­cio­cy­fro­wy nu­mer, któ­ry ofi­cjal­nie jest nu­me­rem taj­nym i któ­ry na­le­ży po­da­wać tyl­ko ści­śle okre­ślo­nym in­sty­tu­cjom, ale w rze­czy­wi­sto­ści nie­mal wszę­dzie o nie­go py­ta­ją. Nie zwal­nia to jed­nak po­sia­da­cza nu­me­ru od chro­nie­nia go, aby nie wpadł w nie­po­wo­ła­ne ręce. Na ko­niec przy­gód z for­mal­no­ścia­mi mu­sia­łem jesz­cze za­po­znać się z do­ku­men­ta­cją zwią­za­ną z ubez­pie­cze­niem zdro­wot­nym. Ogrom tych no­wych rze­czy po pro­stu mnie prze­ra­stał. Lu­dzie, któ­rzy na­rze­ka­li na so­cja­lizm w Pol­sce, mu­sie­li­by za­pew­ne przy­znać, że w pol­skim so­cja­li­zmie to było źle, ale tam to za­wsze ktoś o czło­wie­ka dbał i po­dej­mo­wał za nie­go de­cy­zje. To oczy­wi­ście sar­kazm, ale praw­dą jest, że tu­taj o wszyst­ko mu­sia­łem za­trosz­czyć się sam. Ja­kie ubez­pie­cze­nie wy­brać? Opcji od cho­le­ry, a ja nie mia­łem po­ję­cia, na co się zde­cy­do­wać. Przy każ­dej opcji jesz­cze po­dop­cje. Moż­na na­praw­dę zwa­rio­wać. To nie tyl­ko moja kiep­ska zna­jo­mość ję­zy­ka an­giel­skie­go do­pro­wa­dza­ła mnie wte­dy do sza­łu, ale rów­nież róż­ni­ce sys­te­mo­we. Po pro­stu w Ame­ry­ce rze­czy są in­a­czej uło­żo­ne i przy­bysz z Pol­ski, taki jak ja, musi się ich na­uczyć nie­mal od pod­staw, a na to nie­ste­ty trze­ba cza­su.

Wresz­cie za­czął się pierw­szy ty­dzień pra­cy. Pierw­sze dwa dni spę­dzi­łem jed­nak nie w la­bo­ra­to­rium, ale na tak zwa­nej orien­ta­cji wraz z set­ką po­dob­nych mi przy­by­szy z in­nych kra­jów. Orien­ta­cja był to ze­staw wy­kła­dów do­ty­czą­cych róż­nych aspek­tów ży­cia w Ame­ry­ce. Je­den z nich do­ty­czył wy­bo­ru ubez­pie­cze­nia zdro­wot­ne­go, inny tego, jak wy­peł­nić for­mu­la­rze po­dat­ko­we. Była też se­ria wy­kła­dów o re­gu­łach, któ­rych na­le­ży prze­strze­gać tu, w Ame­ry­ce, czy­li tak zwa­ne do the ri­ght things. W tej kwe­stii naj­wię­cej uwa­gi po­świę­co­no za­gad­nie­niu zwa­ne­mu se­xu­al har­ra­sment, czy­li mo­le­sto­wa­niu sek­su­al­ne­mu, i po­dob­nym, nie­ak­cep­to­wal­nym w Ame­ry­ce, za­cho­wa­niom. Na ten pro­blem szcze­gól­nie uczu­la­no. Do­wie­dzia­łem się mia­no­wi­cie, że w Sta­nach ab­so­lut­nie nie wol­no ko­biet kle­pać po pu­pie albo pra­wić im kom­ple­men­tów, że mają ład­ne cyc­ki, bo za to moż­na pójść do pier­dla. Niby w Pol­sce też ofi­cjal­nie tego nie wol­no ro­bić, ale żeby za­raz do pier­dla za to wsa­dzać? Poza tym przy­je­cha­li tu lu­dzie z ca­łe­go świa­ta, rów­nież z kra­jów, gdzie róż­nie trak­tu­je się ko­bie­ty, więc ce­lem tego wy­kła­du było uświa­do­mie­nie cu­dzo­ziem­com pew­nych spraw, aby w przy­szło­ści unik­nąć pro­ble­mów praw­nych z tym zwią­za­nych lub przy­najm­niej ogra­ni­czyć ich ska­lę. W tym miej­scu przy­cho­dzi mi na myśl przy­pa­dek Do­mi­ni­que'a Straus­sa-Kah­na. Przy­pa­dek, któ­ry zda­rzył się wie­le lat póź­niej w No­wym Jor­ku, ale któ­ry jest bar­dzo re­pre­zen­ta­tyw­ny, je­śli cho­dzi o trak­to­wa­nie tego ro­dza­ju spraw w Ame­ry­ce. We Fran­cji pew­nie za po­dob­ną rzecz po­gro­żo­no by mu pa­lusz­kiem, ale tu, w Sta­nach, fa­cet ugrzązł po uszy i swe­go cza­su gro­zi­ło mu dwa­dzie­ścia pięć lat wię­zie­nia za swo­ją nie­fra­so­bli­wość. Może gdy­by Do­mi­ni­que Strauss-Kahn prze­szedł "orien­ta­cję", to nie zro­bił­by ta­kich głupstw.

Trud­no mi było za­prze­czyć, że ta cała "orien­ta­cja" to nie­zły po­mysł. Do MD An­der­son każ­de­go roku przy­jeż­dża­ją set­ki ob­co­kra­jow­ców, a więk­szość z nich po raz pierw­szy w ży­ciu, więc ge­ne­ral­nie nie­wie­le wie­dzą oni o no­wym kra­ju i zwy­cza­jach tu pa­nu­ją­cych, i ta­kie wy­kła­dy w du­żym stop­niu po­ma­ga­ją lu­dziom się od­na­leźć. Moim pro­ble­mem było to, że nie w peł­ni z nich po­tra­fi­łem sko­rzy­stać, co wy­ni­ka­ło z mo­jej sła­bej, wte­dy jesz­cze, zna­jo­mo­ści an­giel­skie­go. Oprócz tego te­ma­ty, choć waż­ne, były same w so­bie dość nud­ne, no może poza tym se­xu­al har­ra­sment.

Po dwu­dnio­wej orien­ta­cji wresz­cie za­czą­łem pra­cę w la­bo­ra­to­rium. Na po­czą­tek mia­łem zsyn­te­zo­wać kil­ka po­chod­nych 2-de­ok­sy­glu­ko­zy. Jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem, związ­ki te mia­ły być na­stęp­nie te­sto­wa­ne na wy­izo­lo­wa­nych ko­mór­kach ra­ko­wych in vi­tro, a te, któ­re da­dzą po­zy­tyw­ny wy­nik, na my­szach po­zba­wio­nych od­por­no­ści, któ­rym ce­lo­wo wsz­cze­pio­no róż­ne­go typu no­wo­two­ry, aby po­tem pró­bo­wać je le­czyć (co za bez­sens sam w so­bie). Je­śli taka bied­na mysz­ka po po­da­niu związ­ku che­micz­ne­go prze­ży­ła, a do­dat­ko­wo no­wo­twór się jej zmniej­szył lub za­ha­mo­wał swój wzrost, to był to bar­dzo do­bry znak i szan­sa dla związ­ku, że przej­dzie on do na­stęp­ne­go eta­pu ba­dań. Je­śli mysz nie prze­ży­ła mi­ni­mal­nej daw­ki albo mia­ła ob­ja­wy neu­ro­lo­gicz­ne, zwią­zek był od­rzu­ca­ny jako tok­sycz­ny. Oczy­wi­ście z ko­niecz­no­ści tro­chę to wszyst­ko uprasz­czam, ale mniej wię­cej tak to dzia­ła­ło. Pra­ca była więc nie­zmier­nie cie­ka­wa - cie­ka­wa wie­lo­eta­po­wa che­mia cu­krów i rów­nie fra­pu­ją­ce za­sto­so­wa­nie otrzy­ma­nych pro­duk­tów. Tego, co na­pi­sa­łem o my­szach i o spo­so­bach te­sto­wa­nia na nich związ­ków che­micz­nych, nie do­wie­dzia­łem się od Pu­ła­wia­ni­na czy Dzie­wu­chy, ale znacz­nie póź­niej - z róż­ne­go ro­dza­ju wy­kła­dów, na któ­re cho­dzi­li­śmy w każ­dy pią­tek. Spe­cjal­ną za­chę­tą do uczest­nic­twa w wy­kła­dach były lun­che spon­so­ro­wa­ne przez MD An­der­son Can­cer Cen­ter. Już wte­dy za­uwa­ży­łem, że każ­dy zwią­zek che­micz­ny, któ­ry zro­bi­łem, zni­kał gdzieś ta­jem­ni­czo i już wię­cej się moim oczom nie ob­ja­wiał, a ja po pro­stu mia­łem syn­te­zo­wać inny zwią­zek che­micz­ny lub ana­log po­przed­nie­go. Na po­cząt­ku nie­zbyt mi to prze­szka­dza­ło, a na­wet się nad tym zbyt­nio nie za­sta­na­wia­łem, bo mu­sia­łem so­bie przy­swo­ić bar­dzo dużo rze­czy i w związ­ku z tym na­wet nie mia­łem cza­su na za­da­wa­nie "głu­pich py­tań", jak to Dzie­wu­cha okre­śla­ła, gdy ktoś pró­bo­wał się do­wie­dzieć cze­goś wię­cej niż tyl­ko tego, gdzie jest stół la­bo­ra­to­ryj­ny i od­czyn­ni­ki che­micz­ne uży­wa­ne do syn­te­zy or­ga­nicz­nej. Jak­by tego było mało, już po kil­ku ty­go­dniach pra­cy ude­rzy­ło mnie, że wszy­scy post­do­cy pra­cu­ją­cy w la­bo­ra­to­rium u Pu­ła­wia­ni­na szy­ku­ją się do prze­dłu­że­nia kon­trak­tu na na­stęp­ny rok. Mó­wił więc gło­śno o tym No­wo­bo­gac­ki, mó­wi­ła o tym Hra­bian­ka, a szcze­gól­nie ma­ni­fe­sto­wa­ła to Co­ver Girl. Ja, choć rów­nież chcia­łem do­stać prze­dłu­że­nie kon­trak­tu na na­stęp­ny rok, zmiar­ko­wa­łem, że jest za wcze­śnie na po­ru­sza­nie ta­kie­go te­ma­tu. Po­sta­no­wi­łem wstrzy­mać się tro­chę i zo­ba­czyć, co się bę­dzie dzia­ło. Uzna­łem też, że je­śli już będę po­dej­mo­wał te­mat o prze­dłu­że­niu kon­trak­tu, to będę roz­ma­wiał o tym tyl­ko z Pu­ła­wia­ni­nem, a nie z ko­le­ga­mi (ang. pe­ers) od sto­łu la­bo­ra­to­ryj­ne­go. To w koń­cu on po­dej­mie osta­tecz­ną de­cy­zję, a nie No­wo­bo­gac­ki czy Co­ver Girl, któ­rych za­ga­ja­nie na ten te­mat trak­to­wa­łem jako nie­usta­ją­ce pro­wo­ka­cje. Pró­bo­wa­li wy­czuć, ja­kie mam pla­ny na przy­szłość i czy będę sta­no­wił za­gro­że­nie dla ich ma­ni­fe­sto­wa­nych gło­śno pra­gnień zwią­za­nych z prze­dłu­że­niem kon­trak­tu. Tu­taj spra­wa wy­glą­da­ła cał­kiem po­waż­nie i dość szyb­ko za­uwa­ży­łem efek­ty ubocz­ne zwią­za­ne z chę­cią nie­któ­rych do po­zo­sta­nia na post­do­ku na na­stęp­ny rok. Mia­no­wi­cie oprócz ab­so­lut­ne­go mi­ni­mum nikt tu­taj za bar­dzo ni­ko­mu nie po­ma­gał, a je­śli już coś ko­muś nie wy­szło z syn­te­zy albo ktoś coś ze­psuł lub stłukł szkla­ną kolb­kę, w któ­rej ro­bi­li­śmy re­ak­cję, ura­sta­ło to do ska­li ka­ta­stro­fy eko­lo­gicz­nej, co po­wta­rza­no i pod­kre­śla­no po sto­kroć przy każ­dej oka­zji. Oka­zją szcze­gól­ną, jak nie­trud­no się do­my­śleć, była obec­ność Pu­ła­wia­ni­na albo Dzie­wu­chy. Dzie­wu­cha była pra­wą ręką Pu­ła­wia­ni­na, więc nie­któ­rzy wpa­dli na ge­nial­ny po­mysł, aby na­wią­zać z nią re­la­cje wa­sal­ne. Ta­kie po­sta­wie­nie spra­wy do­da­wa­ło Dzie­wu­sze nie­zdro­wej śmia­ło­ści, cze­go kon­se­kwen­cją były ata­ki huc­py, któ­rych Dzie­wu­cha re­gu­lar­nie do­sta­wa­ła. W pierw­szych mie­sią­cach pra­cy było ra­czej przy­zwo­icie, ale sy­tu­acja za­czę­ła się zmie­niać, gdy do Pu­ła­wia­ni­na za­czę­ło się zjeż­dżać wię­cej lu­dzi: w mie­siąc po moim przy­jeź­dzie po­wró­cił Po­moc­nik z przy­mu­so­wych wa­ka­cji w Pol­sce. Chwi­lę po­tem po­ja­wił się Cwa­niak z Wawy. Na­stęp­nym był Mi­nio z che­micz­nej "rzeź­ni" w Ger­man­town. Kil­ka­na­ście mie­się­cy póź­niej przy­je­chał Cen­tuś - jak wia­do­mo z Kra­ko­wa. Ostat­ni­mi, za mo­jej "ka­den­cji", na­byt­ka­mi Pu­ła­wia­ni­na byli Wiet­nam­czyk z sa­me­go Ho Chi Minh i w koń­cu pan Pako z le­śnej bud­ki pod War­sza­wą. Wraz z tym na­pły­wem "ćwo­ków" Dzie­wu­cha sta­wa­ła się co­raz bar­dziej nie­prze­wi­dy­wal­na i re­ago­wa­ła po­dob­nie jak kun­del re­agu­je na sta­do kur, któ­re wy­ja­da­ją mu je­dze­nie z mi­ski. Na­wet dziś trud­no mi jed­no­znacz­nie oce­nić, czy jej za­cho­wa­nie było wy­ni­kiem re­ak­cji obron­nej na nie­usta­ją­ce groź­by za­ję­cia jej po­zy­cji - nie­waż­ne, czy groź­by re­al­ne, czy wy­ima­gi­no­wa­ne - czy wy­ni­ka­ło z jej wro­dzo­nych skłon­no­ści do agre­sji, czy też było ob­ja­wem jej na­tu­ral­nych za­cho­wań, na­by­tych pod­czas uga­nia­nia się za ba­ra­na­mi na gór­skich ha­lach Pod­be­ski­dzia, z któ­rych Dzie­wu­cha się wy­wo­dzi­ła. Nie­za­leż­nie od wy­ni­ku mo­jej psy­cho­ana­li­zy fak­tem było, że wy­zwi­ska sy­pa­ły się na każ­de­go z nas ni­czym grad pod­czas bu­rzy. Każ­dy więc wie­dział, że jest wspo­mnia­nym już ćwo­kiem, nie­do­uczo­nym dok­to­rem czy też, w naj­lep­szym ra­zie, wiej­skim fi­lo­zo­fem. To ostat­nie, or­na­men­tal­ne, okre­śle­nie było w szcze­gól­no­ści za­re­zer­wo­wa­ne dla mnie i dla dok­to­ra No­wo­bo­gac­kie­go, a to dla­te­go, że obaj po­cho­dzi­li­śmy z ma­łych po­drze­szow­skich wio­sek i wraz z Hra­bian­ką w pe­wien spo­sób od­róż­nia­li­śmy się od tych, któ­rzy wy­wo­dzi­li się z me­tro­po­lii, ta­kich jak War­sza­wa, Kra­ków, Wro­cław czy Kiel­ce. Gdy sy­pa­ły się na nas wy­zwi­ska, więk­szość z nas uda­wa­ła, że wła­ści­wie nic się nie sta­ło. Mnie jed­nak cier­pli­wo­ści wy­star­czy­ło na oko­ło trzy mie­sią­ce, a po tym cza­sie za­czą­łem pró­bo­wać sta­wać oko­niem. Szyb­ko oka­za­ło się jed­nak, że to po­mysł, któ­ry bar­dzo szko­dzi zdro­wiu. W swo­jej na­iw­no­ści wy­sze­dłem z za­ło­że­nia, że ist­nie­ją pew­ne gra­ni­ce, któ­rych prze­kra­czać się nie po­win­no. Gra­nic jed­nak nig­dy w ze­spo­le u Pu­ła­wia­ni­na nie było, o czym do­pie­ro mia­łem się prze­ko­nać w cią­gu czte­rech lat, któ­re dane mi było tam prze­pra­co­wać. Dużo śmiel­sza albo głup­sza w tej kwe­stii była Co­ver Girl, któ­ra dar­ła z Dzie­wu­chą koty na każ­dym kro­ku. Nie wró­ży­ło jej to do­brze na przy­szłość i oka­za­ło się, że już po kil­ku na­stęp­nych mie­sią­cach mu­sia­ła spa­ko­wać wa­liz­ki i po­wró­cić do Pol­ski. Nie tyl­ko prze­gra­ła sro­mot­nie kon­flikt z Dzie­wu­chą, w któ­rym i tak nie mia­ła naj­mniej­szych szans, ale tak­że przez dwa lata nie mo­gła po­wró­cić do swo­ich upra­gnio­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych ze wzglę­du na obo­wią­zu­ją­ce re­gu­la­cje wi­zo­we.

2. Księżyc, który w Teksasie leży na brzuchu

Do Sta­nów przy­je­cha­łem w koń­cu kwiet­nia 2004 roku w ra­mach pro­gra­mu wy­mia­ny kul­tu­ral­nej. Wy­mia­ny ra­czej zde­cy­do­wa­nie jed­no­stron­nej, bo nie są­dzę, by w tym cza­sie na moje miej­sce ja­kiś Ame­ry­ka­nin wy­brał się do Pol­ski. Była to moja pierw­sza wi­zy­ta w Ame­ry­ce, a mój przy­jazd nie­mal zbiegł się z hi­sto­rycz­nym wy­da­rze­niem, ja­kim było wstą­pie­nie Pol­ski w struk­tu­ry Unii Eu­ro­pej­skiej z tą małą róż­ni­cą, że ja by­łem w Sta­nach dwa dni wcze­śniej niż trzy­dzie­ści osiem mi­lio­nów Po­la­ków w Unii Eu­ro­pej­skiej. Na moją nie­ko­rzyść prze­ma­wiał jed­nak fakt, że ja do Sta­nów mu­sia­łem przy­le­cieć za wła­sne pie­nią­dze, a do tych mi­lio­nów szczę­śliw­ców Unia Eu­ro­pej­ska przy­szła zu­peł­nie za dar­mo. Do Pol­ski unij­nej po­wró­ci­łem - na krót­ko - pięć lat póź­niej, w roku 2009, aby się prze­ko­nać, że jaką ją opu­ści­łem, taka wciąż tam jest; co było szcze­gól­nie wi­docz­ne na war­szaw­skim Dwor­cu Za­chod­nim, któ­ry nie zmie­nił się nic a nic, oprócz po­ja­wie­nia się na ścia­nach tu­ne­lu dwor­co­we­go iście awan­gar­do­wych plam grzy­bicz­nych i oprócz men­tal­no­ści lu­dzi, od któ­rych szczę­śli­wym zrzą­dze­niem losu by­łem od­dzie­lo­ny cza­so­prze­strze­nią pię­ciu lat po­mno­żo­nych przez dzie­sięć ty­się­cy ki­lo­me­trów. Tak! War­sza­wa wte­dy mnie nie­co roz­cza­ro­wa­ła. Być może dla­te­go, że to był luty, zim­no, desz­czo­wo i sza­ro, a do­dat­ko­wo pa­no­wa­ła po­nu­ra i nie­cie­ka­wa at­mos­fe­ra, któ­rą po­głę­bia­ło przy­gnia­ta­ją­ce po­czu­cie, że zna­la­złem się na wiel­kim pla­cu bu­do­wy. Wró­ży­ło to wpraw­dzie nie­źle na przy­szłość, ale w tam­tym wła­śnie mo­men­cie nie po­zwa­la­ło mi wy­nieść po­zy­tyw­ne­go wra­że­nia z tej krót­kiej wy­ciecz­ki do sto­li­cy. Zu­peł­nie inne od­czu­cie mia­łem kil­ka dni póź­niej, gdy zwie­dza­łem Rze­szów, moje mia­sto stu­denc­kie. Rze­szów wy­pięk­niał nie do po­zna­nia.

Moim ame­ry­kań­skim por­tem wjaz­do­wym nie było Chi­ca­go czy Nowy Jork - tak ty­po­we miej­sca lą­do­wa­nia Po­lo­nii - ale Ho­uston w Tek­sa­sie. W tym to wła­śnie Ho­uston jest jed­no z naj­więk­szych, o ile nie naj­więk­sze, cen­trum an­ty­no­wo­two­ro­we na świe­cie - MD An­der­son Can­cer Cen­ter. To ol­brzy­mi kom­pleks po­łą­czo­nych bu­dyn­ków: szpi­ta­li, pla­có­wek na­uko­wych, biur oraz za­awan­so­wa­nych la­bo­ra­to­riów na­uko­wych. To wła­śnie do jed­ne­go z ta­kich la­bo­ra­to­riów przy­je­cha­łem na rocz­ny kon­trakt. Dwa, a może trzy lata po mnie, do tej pla­ców­ki przy­je­chał, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej sza­no­wa­ny za gra­ni­cą niż w Pol­sce, nasz były pre­zy­dent Lech Wa­łę­sa, aby le­czyć tam swo­je ser­ce, zszar­ga­ne na­gon­ka­mi i oskar­że­nia­mi. Kil­ka lat póź­niej, w tym sa­mym kom­plek­sie bu­dyn­ków, le­czo­no po­strze­lo­ną w gło­wę (nie­ste­ty nie w prze­no­śni, ale zu­peł­nie na­praw­dę) kon­gres­men­kę Ga­briel­lę Gif­fords, któ­ra mia­ła nie­szczę­ście na­po­tkać sza­leń­ca na swo­jej ży­cio­wej dro­dze.

Pod­czas mo­je­go po­by­tu na kontr­ak­cie mia­łem syn­te­zo­wać związ­ki prze­ciw­ra­ko­we pod kie­run­kiem pro­fe­so­ra Pu­ła­wia­ni­na oraz czuj­nym okiem Dzie­wu­chy i Po­moc­ni­ka. Związ­ki te, je­śli oka­za­ły­by się ak­tyw­ne an­ty­ra­ko­wo i nie­tok­sycz­ne, mia­ły być na­stęp­nie te­sto­wa­ne na my­szach, a da­lej na szczu­rach, ko­tach, psach, ko­zach, mał­pach i w koń­cu na bez­na­dziej­nie cho­rych pa­cjen­tach, o któ­rych wia­do­mo, że już nic im nie po­mo­że, więc i te związ­ki za­szko­dzić im nie­wie­le mogą. Gdy­by się jed­nak oka­za­ło, że taki zwią­zek che­micz­ny w ja­kiś spo­sób po­mógł pra­wie de­na­to­wi, to wte­dy otwie­ra­ły się przed nim (przed związ­kiem, a nie przed de­na­tem) nowe moż­li­wo­ści - mógł na do­bre tra­fić do far­ma­ko­lo­gii an­ty­ra­ko­wej sto­so­wa­nej. Aby to jed­nak na­stą­pi­ło, zwią­zek mu­siał przejść dłu­gą dro­gę te­stów kli­nicz­nych, co zwy­kle zaj­mo­wa­ło od dzie­się­ciu do pięt­na­stu lat.

Całe to moje ame­ry­kań­skie przed­się­wzię­cie mia­ło swo­ją na­zwę; był to, zwy­kle rocz­ny lub dwu­let­ni, staż na­uko­wy na­zy­wa­ny dum­nie post­dok­to­ra­tem lub z an­giel­skie­go post­do­kiem. Post­doc to zna­czy po dok­to­ra­cie, bo jesz­cze się Czy­tel­ni­ko­wi nie po­chwa­li­łem tym wy­czy­nem, któ­ry opła­ci­łem po­głę­bia­ją­cą się wadą wzro­ku, sko­lio­zą i głę­bo­kim prze­ko­na­niem, że dok­tor za cho­le­rę nie jest mą­drzej­szy od ope­ra­to­ra ko­par­ki, a bio­rąc pod uwa­gę re­kom­pen­sa­tę za pra­cę, któ­rą obaj otrzy­mu­ją w Pol­sce, to ope­ra­tor ko­par­ki wy­pa­da nie­po­rów­ny­wal­nie le­piej. Dok­to­rat z che­mii or­ga­nicz­nej, a do­kład­niej ze ste­reo­kon­tro­lo­wa­nej syn­te­zy oksa­ce­fe­mów (ta­kich an­ty­bio­ty­ków ?-lak­ta­mo­wych) obro­ni­łem czte­ry mie­sią­ce przed przy­jaz­dem do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w In­sty­tu­cie Che­mii Or­ga­nicz­nej Pol­skiej Aka­de­mii Nauk w War­sza­wie. Pro­mo­to­rem mo­jej pra­cy dok­tor­skiej był pro­fe­sor Anio­łek, a samą pra­cę dok­tor­ską wy­ko­na­łem w asy­ście do­cen­ta Po­kur­cza. Ko­pię mo­jej pra­cy dok­tor­skiej wciąż moż­na od­grze­bać w bi­blio­te­ce In­sty­tu­tu Che­mii Or­ga­nicz­nej PAN przy uli­cy Ka­sprza­ka 44/52 w War­sza­wie. Da­le­ki je­stem od epa­to­wa­nia Czy­tel­ni­ka tym ca­łym moim dok­to­ra­tem, ale ko­niecz­ne wy­da­je mi się przed­sta­wie­nie kil­ku fak­tów z tym zwią­za­nych, aby po­móc za­bie­ra­ją­ce­mu się za tę książ­kę Czy­tel­ni­ko­wi zro­zu­mieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Otóż za­raz po dok­to­ra­cie świe­żo upie­cze­ni dok­to­rzy zwy­kle wy­jeż­dża­ją na wspo­mnia­ny staż po­dok­tor­ski, aby na­brać tro­chę na­uko­wej ogła­dy, cze­goś no­we­go się na­uczyć, coś pod­pa­trzeć, li­znąć tro­chę ję­zy­ka, a cza­sa­mi na­wet coś ukraść - w tym miej­scu mam na my­śli "kra­dzież" po­my­słu na­uko­we­go, a nie kra­dzież ga­dże­tów z la­bo­ra­to­rium che­micz­ne­go, ta­kich jak fi­ku­śna szpa­tuł­ka do wy­grze­by­wa­nia brei z kol­by re­ak­cyj­nej czy też mie­sza­deł­ko ma­gne­tycz­ne po­kry­te te­flo­nem (zna­łem ta­kich, co i ta­ki­mi osią­gnię­cia­mi się szczy­ci­li po przy­jeź­dzie z post­do­ka). Ta­kie wy­jaz­dy z re­gu­ły do­brze lu­dziom ro­bią: nie­któ­rzy na­wet na­bie­ra­ją tro­chę dy­stan­su do sie­bie, gdy uzmy­sło­wią so­bie fakt, że w Pol­sce to byli dru­dzy po Bogu, a za gra­ni­cą to nikt się z nimi nie ra­czy li­czyć. To rzecz nie­oce­nio­na dla ta­kiej na­pu­szo­nej oso­by, a wręcz zba­wien­na dla jej póź­niej­szych pod­wład­nych. Waż­niej­szym jed­nak po­wo­dem ta­kie­go wy­jaz­du jest fakt, że wie­le pol­skich pla­có­wek na­uko­wych wy­ma­ga ta­kie­go sta­żu jako wa­run­ku kon­ty­nu­owa­nia ka­rie­ry na­uko­wej w in­sty­tu­cie ba­daw­czym czy na uni­wer­sy­te­cie. Taki staż jest też czę­sto mile wi­dzia­ny w CV (re­su­me - to zwy­kle na­zwa uży­wa­na w Ame­ry­ce ozna­cza­ją­ca to samo co CV), gdy skła­da się po­da­nie o pra­cę, choć z tym aku­rat róż­nie w Pol­sce bywa. W Pol­sce zwy­kle ta­kich "mą­dru­siów" to czę­sto już nikt nie chce, bo uwa­ża się, że mo­gli­by czło­wie­ka wy­gryźć z pra­cy albo czort je­den wie, co na­wy­ra­biać. Na szczę­ście świat się po­wo­li zmie­nia i na­wet nad Wi­słę do­cie­ra świa­do­mość, że do­świad­cze­nie i wie­dza są nie­oce­nio­ne i trud­no je za­stą­pić do­bry­mi chę­cia­mi.

Po­mo­cy w wy­jeź­dzie na ta­kie­go post­do­ka naj­czę­ściej do­star­cza opie­kun pra­cy dok­tor­skiej. Cza­sa­mi jed­nak, gdy re­la­cje oy­abun-ko­bun nie są naj­lep­sze, to nie­opie­rzo­ny dok­tor musi w tej spra­wie ra­dzić so­bie sam i wte­dy jest mu bar­dzo trud­no zna­leźć wspo­mnia­ny staż na­uko­wy. Nie jest to jed­nak nie­moż­li­we, bo znam przy­pad­ki, gdy ta­kie pró­by koń­czy­ły się po­wo­dze­niem, ale wy­ma­ga­ło to nie­zwy­kłej de­ter­mi­na­cji szu­ka­ją­ce­go, po­łą­czo­nej z wy­sła­niem ogrom­nej licz­by po­dań (trzy­sta czy pięć­set wy­sła­nych apli­ka­cji nie jest tu ja­kąś eg­zo­tycz­ną licz­bą), któ­re to wy­sy­ła się głów­nie przez in­ter­net, ale też przez zwy­kłą pocz­tę (zwa­ną tu w Ame­ry­ce po­tocz­nie sna­il mail). Spra­wa wy­glą­da dużo pro­ściej, gdy ma się po­par­cie men­to­ra, pro­fe­so­ra, któ­ry był opie­ku­nem pra­cy dok­tor­skiej lub in­ne­go czło­wie­ka w ja­kiś spo­sób zwią­za­ne­go z wy­ko­na­ną pra­cą ba­daw­czą. Lu­dzie tacy mają zwy­kle dużo kon­tak­tów w świe­cie na­uki i z ła­two­ścią po­tra­fią na­wią­zać dia­log ze zna­jo­my­mi po fa­chu i za­aran­żo­wać wy­jazd dla swo­je­go pu­pi­la. W moim przy­pad­ku spra­wa od­by­ła się wła­śnie w ten spo­sób, cho­ciaż nie oby­ło się bez pew­nych per­tur­ba­cji. Pro­fe­sor Anio­łek, któ­ry był opie­ku­nem mo­jej pra­cy dok­tor­skiej, pró­bo­wał z po­cząt­ku za­aran­żo­wać mi wy­jazd do pro­fe­so­ra Buj­na­ka, miesz­ka­ją­ce­go w Dal­las w Tek­sa­sie, a na­stęp­nie do pro­fe­so­ra Scot­ta Den­mar­ka w sta­nie Ohio. W obu przy­pad­kach do wy­jaz­du jed­nak nie do­szło, a po­wo­dy tego były róż­ne: je­den z nich (Buj­nak) był nie­co nie­cier­pli­wy i chciał post­do­ka na staż od za­raz, a ja nie by­łem jesz­cze do­stęp­ny, bo guz­dra­łem się z obro­ną pra­cy dok­tor­skiej; dru­gi na­to­miast nie miał pie­nię­dzy, albo ocho­ty, na post­do­ka z Pol­ski czy też na ta­kie­go na­zy­wa­ją­ce­go się Ar­ka­diusz Ka­zi­mier­ski. Róż­nie to z tym bywa i trud­no wy­czuć, co ta­kim mą­drym lud­kom cho­dzi po gło­wie. Taki za­gra­nicz­ny pro­fe­sor musi wy­stą­pić o grant na ba­da­nia na­uko­we i w ra­mach tego gran­tu otrzy­mu­je pie­nią­dze na opła­ce­nie rocz­ne­go sta­żu dla post­do­ka. Pro­ce­du­ra apli­ko­wa­nia o fun­du­sze wy­ja­śnia rów­nież, dla­cze­go owe sta­że na­uko­we trwa­ją zwy­kle rok. Po pro­stu w ra­mach ta­kie­go gran­tu na­uko­we­go pew­na suma pie­nię­dzy jest z góry prze­zna­czo­na na opła­ce­nie rocz­ne­go sta­żu i co­kol­wiek by się dzia­ło, to tych pie­nię­dzy nie może dla post­do­ka za­brak­nąć w cza­sie trwa­nia kon­trak­tu. Taki rocz­ny staż na­uko­wy może być po­tem prze­dłu­żo­ny na ko­lej­ny rok w za­leż­no­ści od wza­jem­nych re­la­cji mię­dzy pro­fe­so­rem a post­do­kiem. Wspo­mnia­ny grant to nic in­ne­go jak pew­na suma pie­nię­dzy, któ­rą pro­fe­sor do­sta­je na ba­da­nia na­uko­we. To, czy pro­fe­sor taki grant otrzy­ma, czy też nie, za­le­ży od ja­ko­ści po­da­nia, w któ­rym na­kre­śla on, ja­kie ba­da­nia chce prze­pro­wa­dzić i jaki z tych ba­dań bę­dzie po­ży­tek. Taka apli­ka­cja jest na­stęp­nie oce­nia­na przez kil­ku zna­ją­cych się na rze­czy pro­fe­so­rów i je­śli oni roz­pa­trzą ją po­zy­tyw­nie, to do­cho­dzi do przy­zna­nia gran­tu fi­nan­so­we­go. W przy­pad­ku za­rad­ne­go pro­fe­so­ra apli­ka­cja o grant za­zwy­czaj oce­nia­na jest przez jego aka­de­mic­kich przy­ja­ciół, a efekt jest ra­czej oczy­wi­sty i zgod­ny ze zna­ną tu­taj za­sa­dą: ty mi po­dra­piesz ple­cy, to i ja to­bie po­dra­pię, czy­li quid pro quo. Nie­zbyt za­rad­ny pro­fe­sor musi li­czyć na łut szczę­ścia, a szczę­ście, jak wia­do­mo, po­dob­nie jak ła­ska pań­ska, na pstrym ko­niu jeź­dzi. Z pie­nię­dzy uzy­ska­nych z gran­tu pro­fe­sor może ku­pić po­trzeb­ny sprzęt la­bo­ra­to­ryj­ny: szkło la­bo­ra­to­ryj­ne, od­czyn­ni­ki che­micz­ne czy bio­lo­gicz­ne, apa­ra­tu­rę ba­daw­czą, a tak­że opła­cić ko­goś, kto tę pra­cę bę­dzie wy­ko­ny­wał fi­zycz­nie, czy­li ta­kie­go post­do­ka, ja­kim ja by­łem. Czy­tel­nik za­py­ta, ja­kiej wiel­ko­ści są te gran­ty? Suma za­le­ży od pro­jek­tu, ale gran­ty, z któ­ry­mi ja się spo­tka­łem, opie­wa­ły na sumy od trzy­dzie­stu do dwu­stu ty­się­cy do­la­rów.

Wra­ca­jąc jed­nak do mo­je­go przy­pad­ku; pro­fe­sor Anio­łek pró­bo­wał mnie gdzieś wy­pchnąć, abym nie za­wra­cał mu gło­wy. Nie uda­ło się tu, nie uda­ło się tam, więc pew­ne­go dnia pro­fe­sor Anio­łek za­py­tał mnie, czy chciał­bym po­je­chać na post­do­ka gdzieś do Eu­ro­py. Choć w Ame­ry­ce nig­dy wcze­śniej nie by­łem, a i w Eu­ro­pie by­wa­łem nie­wie­le, to jed­nak przez skó­rę czu­łem, że Eu­ro­pa to nie mój styl, że to nie mój kli­mat i że mógł­bym się w tej Eu­ro­pie udu­sić. W związ­ku z tym na­ci­ska­łem sta­now­czo na wy­jazd do Ame­ry­ki, na co pro­fe­sor Anio­łek za­pro­po­no­wał mi wy­jazd do pro­fe­so­ra Pu­ła­wia­ni­na, któ­ry swe­go cza­su ro­bił dok­to­rat w na­szym In­sty­tu­cie Che­mii Or­ga­nicz­nej, a po­tem, tuż przed sta­nem wo­jen­nym, wy­je­chał do Sta­nów i tam się za­sie­dział. Z Ame­ry­ką wią­za­łem wte­dy wiel­kie na­dzie­je na przy­szły suk­ces ży­cio­wy, więc przy­ją­łem pro­po­zy­cję pro­fe­so­ra Anioł­ka, my­śląc, że w ra­zie cze­go za­wsze mogę prze­nieść się do in­ne­go pro­fe­so­ra albo na inny uni­wer­sy­tet. Ła­two było mi tak my­śleć, zwłasz­cza gdy spoj­rza­łem na swo­ją ów­cze­sną sy­tu­ację ma­te­rial­ną; mia­łem już szcze­rze dość kle­pa­nia bie­dy jako ubo­gi pol­ski stu­dent. Tak na­praw­dę to nie­wie­le wie­dzia­łem o sa­mej Ame­ry­ce i pa­trzy­łem na nią przez ró­żo­we oku­la­ry. Może to i do­brze, bo gdy­bym wte­dy za dużo o niej wie­dział, to za­sta­no­wił­bym się dwa razy, za­nim wy­brał­bym się w po­dróż. A tak to wsko­czy­łem do wiel­kiej wody, gdzie omal się nie uto­pi­łem, ale ko­niec koń­ców, na­uczy­łem się pły­wać i co naj­waż­niej­sze - na­uczy­łem się pły­wać do­brze. Aby roz­wiać wszel­kie wąt­pli­wo­ści, któ­re gdzieś tam się jesz­cze cza­iły, po­sze­dłem do jed­ne­go z dok­to­rów, dok­to­ra Świer­ka, któ­ry trzy lata wcze­śniej miał oka­zję spę­dzić rok na sta­żu u te­goż Pu­ła­wia­ni­na i za­py­ta­łem go, co o tym wszyst­kim są­dzi. Ten w od­po­wie­dzi skrzy­wił się, mach­nął tyl­ko ręką i po­śpiesz­nie zmie­nił te­mat roz­mo­wy. Naj­wi­docz­niej nie chcia­łem ni­cze­go zro­zu­mieć z tego jak­że zna­czą­ce­go ge­stu. Na wła­sne po­trze­by pró­bo­wa­łem się prze­ko­ny­wać, że jemu to się nie uda­ło, bo może z nie­go łaj­za, ale mnie to już na pew­no się uda. Taki to but­ny i prze­mą­drza­ły wte­dy by­łem; do­kład­nie taki, jak to opi­sał w jed­nej ze swo­ich ksią­żek Le­szek Ko­ła­kow­ski, któ­ry cał­kiem słusz­nie za­uwa­żył, że czło­wiek, kie­dy jest mło­dy, to jest naj­mą­drzej­szy, a do­pie­ro po­tem, wraz z wie­kiem i do­świad­cze­niem, stop­nio­wo głu­pie­je. Już mniej fi­lo­zo­ficz­nie cały ten pro­ces do­ra­sta­nia emo­cjo­nal­ne­go do praw­dzi­we­go ży­cia moż­na przy­rów­nać do opo­wie­ści o strip­ti­zie trans­we­sty­ty: na po­cząt­ku jest eks­cy­tu­ją­co i czło­wiek z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka na dal­szą część, a po­tem oka­zu­je się, że chuj z tego wy­cho­dzi.

Kon­ty­nu­owa­łem więc to, co po­sta­no­wi­łem. Po­wy­sy­ła­łem od­po­wied­nie pa­pie­ry, wy­ro­bi­łem so­bie wizę do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i pew­ne­go kwiet­nio­we­go dnia 2004 roku, za­bie­ra­jąc ze sobą trzy­sta do­la­rów (któ­rych część po­ży­czy­łem od te­ścio­wej) i małą wa­liz­kę z naj­lep­szym sor­tem ciu­chów, ja­kie wte­dy po­sia­da­łem, opu­ści­łem Pol­skę, zo­sta­wia­jąc w niej żonę Ka­się i pię­cio­let­nie­go wów­czas syna Krzy­sia, któ­rzy to mie­li do mnie wkrót­ce do­łą­czyć, gdy już ro­zej­rzę się po tej Ame­ry­ce i uwi­ję tam dla nich ja­kieś gniazd­ko.

Z Pol­ski wy­je­cha­łem z za­mia­rem zo­sta­nia w Ame­ry­ce nie­co dłu­żej niż je­den rok, choć kon­trakt do­ty­czą­cy sta­żu na­uko­we­go mó­wił tyl­ko o jed­nym roku po­by­tu i na ten­że je­den rok wy­sta­wio­na była wiza wjaz­do­wa J-1 do Ame­ry­ki. Nie chcę po­wie­dzieć, że w Pol­sce było mi źle, ale więk­szość z nas, aby nie po­gu­bić się w swo­jej sy­tu­acji ży­cio­wej, robi so­bie ja­kieś pla­ny, któ­rych sta­ra się trzy­mać, ni­czym wę­dro­wiec trzy­ma się mapy i kom­pa­su. Ja wła­śnie zde­cy­do­wa­łem, że wy­bio­rę się za oce­an i tam spró­bu­ję swo­je­go szczę­ścia. Nie zna­łem Ame­ry­ki i nie wie­dzia­łem, z czym wy­jazd do niej bę­dzie się wią­zał, ale ta­kie wła­śnie pla­ny po­czy­ni­łem na po­cząt­ku swej po­edu­ka­cyj­nej dro­gi ży­cio­wej. Choć, jak wspo­mnia­łem, o Ame­ry­ce nie­wie­le wie­dzia­łem, to pod­świa­do­mie czu­łem, że to kraj, w któ­rym będę czuł się do­brze. Eu­ro­pa ra­czej mnie iry­to­wa­ła, choć wte­dy z tru­dem po­tra­fił­bym po­wie­dzieć dla­cze­go. Wte­dy, i wciąż dzi­siaj, Eu­ro­pa iry­to­wa­ła mnie pa­nu­ją­cy­mi w niej ukła­da­mi i na­cjo­na­li­stycz­nym sys­te­mem, któ­ry pre­fe­ru­je "swo­ich" i na do­da­tek czę­sto bier­nych, mier­nych, ale wier­nych. Może ze wzglę­du na po­stę­pu­ją­cy so­cja­lizm eu­ro­pej­ski i upa­dek wie­lu war­to­ści. Może ze wzglę­du na wy­móg po­słu­gi­wa­nia się ję­zy­ka­mi ob­cy­mi, do któ­rych nig­dy nie mia­łem ta­len­tu (na­wet ro­syj­skie­go nie po­tra­fi­łem się do­brze na­uczyć, choć tłu­kli mi go do gło­wy przez osiem lat w szko­le pod­sta­wo­wej, i jesz­cze po­tem w szko­le śred­niej), a może ze wzglę­du na swo­ją at­mos­fe­rę pik­ni­ku, któ­ra przy­czy­ni­ła się do póź­niej­sze­go kry­zy­su eko­no­micz­ne­go i któ­ra, jako taka, za­wsze iry­tu­je lu­dzi pra­co­wi­tych, chcą­cych coś w ży­ciu osią­gnąć. Nie­za­leż­nie od prio­ry­te­tu po­wo­dów, uwa­ża­łem wte­dy, że Eu­ro­pa to miej­sce nie dla mnie i wy­raź­nie czu­łem to zna­mien­ne świerz­bie­nie gło­wy na samą myśl o szu­ka­niu swe­go miej­sca w Eu­ro­pie; świerz­bie­nie cał­kiem po­dob­ne do tego, któ­re na swo­jej skó­rze od­czu­wa mała gżeg­żół­ka, gdy świe­żo wy­klu­te pi­sklę trzcin­nicz­ka ocie­ra się o jej nie­opie­rzo­ny grzbiet. Po­dob­nie jak ona wy­py­cha z gniaz­da to bied­ne, pra­wo­wi­te pi­sklę, tak ja sta­ra­łem się wy­rzu­cić ze swych ży­cio­wych pla­nów wszyst­kie my­śli o Eu­ro­pie, któ­ra bądź co bądź po­win­na być mi bli­ska.

Sam przy­jazd do Ho­uston w Tek­sa­sie był dla mnie za­rów­no stre­su­ją­cy, jak i emo­cjo­nu­ją­cy. Nie­mal wszyst­ko było tu dla mnie nowe i nie­co dziw­ne. Z tru­dem przy­wo­łu­ję pierw­sze wra­że­nia, ale do­sko­na­le pa­mię­tam tę in­ność po­wie­trza, kli­ma­tu i dźwię­ków do­cho­dzą­cych wte­dy do mnie. To nie tyl­ko był inny kraj, ale przede wszyst­kim to była inna część ob­ce­go kra­ju. Tek­sas jest sta­nem, któ­re­go at­mos­fe­ra ocie­ra się o eg­zo­ty­kę, i z tego po­wo­du nowe do­zna­nia, wy­ni­ka­ją­ce z fak­tu przy­jaz­du do sa­mej Ame­ry­ki, na­kła­da­ły się tu­taj z wra­że­nia­mi zwią­za­ny­mi z po­ło­że­niem Tek­sa­su w od­mien­nej stre­fie kli­ma­tycz­nej. Wil­got­ność po­wie­trza zwa­la­ła mnie z nóg. Wil­got­ność ta po­łą­czo­na z wy­so­ką tem­pe­ra­tu­rą spra­wia­ła, że czu­łem się tak, jak bym prze­by­wał w sau­nie. Upał i cięż­kie po­wie­trze nie po­zwa­la­ły za­snąć bez uprzed­nie­go włą­cze­nia kli­ma­ty­za­cji, za któ­rej uży­wa­nie pła­ci­ło się już do­la­ra­mi, a nie zło­tów­ka­mi. Z tego też po­wo­du kli­ma­ty­za­cja, zwłasz­cza na po­cząt­ku mo­je­go po­by­tu, zwy­kle mia­ła dni wol­ne albo przy­dłu­ga­we wa­ka­cje.

Dziw­ne dla mnie były apar­ta­men­ty, sa­mo­cho­dy, prysz­ni­ce (te szcze­gól­nie mnie za­dzi­wia­ły, bo cze­go się nie do­tkną­łem, to od­kry­cie), kon­tak­ty elek­trycz­ne, lam­py, drze­wa, zna­ki dro­go­we (nie daj­cie się zwieść, że gra­fi­ka tych zna­ków na ca­łym świe­cie jest taka sama, bo jest tyl­ko po­dob­na) i ta funk­cjo­nal­ność oraz prak­tycz­ność rze­czy, zro­bio­nych jed­no­cze­śnie z pew­ną so­lid­no­ścią. Tu po­wie­trze in­a­czej się ko­ły­sze i do czło­wie­ka do­cie­ra­ją inne ze­sta­wy dźwię­ków. Je­śli cho­dzi o te ostat­nie, to naj­bar­dziej pa­mię­tam skrze­kot pta­ków-stra­szy­deł zwa­nych tu­taj com­mon grac­kle lub po pol­sku, ko­rzy­sta­jąc z do­bro­dziejstw Wi­ki­pe­dii, wil­gow­ro­nem mniej­szym. Całe roje tych czar­nych pta­szysk, wiel­ko­ścią pra­wie do­rów­nu­ją­cych pol­skim sro­kom, sie­dzia­ły nie­ustra­sze­nie na ni­skich drze­wach, po­sa­dzo­nych dla ozdo­by na par­kin­gach su­per­mar­ke­tów, lek­ce­wa­żąc zu­peł­nie prze­cho­dzą­cych obok klien­tów. Pta­ki te nie tyl­ko wy­da­wa­ły nie­przy­jem­ny i skrze­czą­cy głos, ale co gor­sza, były wręcz wstręt­ne i jak­by zu­peł­nie po­zba­wio­ne pro­por­cji. Naj­bar­dziej draż­nił mnie ich od­sta­ją­cy i nie­fo­rem­ny ogon oraz ich nie­ustan­ne ła­że­nie za mną, gdy sze­dłem z za­ku­pa­mi, zmie­rza­jąc do sa­mo­cho­du. Z po­cząt­ku my­śla­łem, że te pta­szy­ska za­miesz­ku­ją tyl­ko cie­płe te­re­ny Tek­sa­su, ale nie­co póź­niej się zo­rien­to­wa­łem, że ich za­sięg wy­stę­po­wa­nia się­ga oko­lic No­we­go Jor­ku.

W Tek­sa­sie naj­bar­dziej ude­rzy­ło mnie po­czu­cie prze­strze­ni. Dla przy­by­sza z Pol­ski szcze­gól­nie szo­ku­ją­ce były sze­ro­kie, wie­lo­pa­smo­we dro­gi. Prze­strzeń do­ty­czy­ła jed­nak nie tyl­ko ulic, ale wręcz wszyst­kie­go: par­kin­gów, któ­re były nie­mal za­wsze duże lub wręcz ko­lo­sal­ne; kra­jo­bra­zu, gdzie ogrom­ne ob­sza­ry tyl­ko z rzad­ka upstrzo­ne były pry­wat­ny­mi do­ma­mi; pry­wat­nych po­se­sji, któ­rych wła­ści­cie­le, ko­rzy­sta­jąc z wiel­ko­ści sta­nu, nie ża­ło­wa­li so­bie te­re­nu na swo­je je­ste­stwo. Wra­że­nie prze­strze­ni po­tę­go­wa­ne było pła­sko­ścią te­re­nu, bo oko­li­ce Ho­uston są pła­skie ni­czym stół. W Tek­sa­sie na­wet księ­życ za­dzi­wiał swo­im po­ło­że­niem, bo tu­taj, in­a­czej niż w Pol­sce, leży on so­bie na brzu­chu i ko­ły­sze się ni­czym mi­ska z wodą, po­trą­co­na nie­uważ­ną nogą do­mow­ni­ka. Tu­tej­sze słu­py elek­trycz­ne wy­ma­ga­ją chwi­li re­flek­sji, bo cze­goś ta­kie­go nig­dy w Pol­sce nie wi­dzia­łem. Przy­po­mi­na­ją ra­czej te, któ­re wi­dzia­łem kie­dyś na głę­bo­kiej Ukra­inie; te słu­py to nic in­ne­go jak ścię­te i po­zba­wio­ne ga­łę­zi drze­wa so­sno­we, któ­re ktoś nie­sta­ran­nie wko­pał w zie­mię ni­czym uczniak, któ­ry wty­ka za­pał­ki w pla­ste­li­nę na lek­cjach pla­sty­ki. Zro­bio­ne są z nie­obro­bio­ne­go drew­na, na­sy­co­ne­go środ­kiem prze­ciw­grzy­bicz­nym.

Wy­gląd prze­cięt­nej ame­ry­kań­skiej uli­cy z wszech­obec­ny­mi ka­bla­mi wi­szą­cy­mi nad dro­gą (fot. A. Ka­zi­mier­ski)

Na słu­pach tych ktoś nie­dba­le po­za­wie­szał ko­sze na śmie­ci, któ­re po chwi­li za­du­my oka­zu­ją się trans­for­ma­to­ra­mi, o czym świad­czą rury chłod­nic, wy­sta­ją­ce z tych wi­szą­cych wy­so­ko po­jem­ni­ków. Po­mię­dzy słu­pa­mi roz­wie­szo­no nie­zdar­nie gu­mo­wa­ne ka­ble, na któ­rych z ko­lei wisi wszyst­ko, co moż­na przy­cze­pić, a więc zna­ki dro­go­we, ta­bli­ce z na­zwa­mi ulic, czy w koń­cu sy­gna­li­za­to­ry świetl­ne. Aż dziw bie­rze, że ten sys­tem w ogó­le dzia­ła, zwa­żyw­szy na fakt, że cała ta dro­go­wa ar­ma­da ko­ły­sze się zło­wro­go przy naj­mniej­szym po­dmu­chu wia­tru.

Ale naj­dziw­niej­si tu­taj są lu­dzie, a w szcze­gól­no­ści nie­daw­no przy­by­li Po­la­cy, któ­rzy jesz­cze nie do koń­ca po­zby­li się pol­skich kom­plek­sów, a już peł­ną gębą pró­bo­wa­li uda­wać Ame­ry­ka­nów i to na do­da­tek do­brze sy­tu­owa­nych. Efekt tej za­wi­łej kom­bi­na­cji za­wsze był i jest ża­ło­sny i ko­micz­ny za­ra­zem. Do tego nie­chlub­ne­go gro­na i sie­bie mu­sia­łem nie­wąt­pli­wie za­li­czyć, za­nim się nie po­ła­pa­łem, o co w tej Ame­ry­ce tak na­praw­dę cho­dzi.

1. Kilka słów na początek

Do na­pi­sa­nia tej książ­ki za­bie­ra­łem się przez kil­ka lat, a sama idea po­ja­wi­ła się już kil­ka mie­się­cy po moim przy­jeź­dzie do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, kie­dy to la­wi­na no­wych do­świad­czeń i cały ten szok kul­tu­ro­wy spły­nę­ły na mnie z ta­kim na­tę­że­niem, że w na­tu­ral­ny spo­sób po­ja­wi­ła się myśl o po­dzie­le­niu się tym wszyst­kim z pol­skim Czy­tel­ni­kiem, któ­ry wciąż wy­da­je się głod­ny wie­ści z Ame­ry­ki. Na po­cząt­ku wie­dzia­łem tyl­ko, że chciał­bym "coś" o tej Ame­ry­ce na­pi­sać, ale nie mia­łem więk­sze­go po­ję­cia jak to "coś" ma wy­glą­dać i jak się do tego wszyst­kie­go za­brać. Wkrót­ce to "coś" na­ba­zgro­li­łem, w ta­jem­ni­cy przed żoną i świa­tem, ale szyb­ko do­sze­dłem do wnio­sku, że stwo­rzy­łem nie do koń­ca to, co za­mie­rza­łem stwo­rzyć i w związ­ku z tą kon­klu­zją odło­ży­łem całą hi­sto­rię ad acta i nie­mal za­po­mnia­łem o tym in­cy­den­cie z mo­je­go ży­cia, któ­ry moż­na by na­zwać pró­bą pi­sar­ską. Mi­ja­ły mie­sią­ce, a po­tem lata, i moje za­pi­ski świę­to­wa­ły czwar­tą rocz­ni­cę swo­ich na­ro­dzin. Wie­le wska­zy­wa­ło na to, że do­ży­ją w tym nie­zmie­nio­nym sta­nie póź­nej sta­ro­ści, a po­tem umrą śmier­cią na­tu­ral­ną, wy­rzu­co­ne gdzieś na śmiet­nik pod­czas wio­sen­nych po­rząd­ków w do­mo­wym biu­rze. Wte­dy to jed­nak por­cja no­wych i nie­zwy­kle in­ten­syw­nych do­świad­czeń ży­cio­wych dała mi im­puls do od­ko­pa­nia sta­rych za­pi­sków i stwo­rze­nia na ich ba­zie cze­goś bar­dziej prze­my­śla­ne­go i doj­rza­łe­go. W wol­nych chwi­lach po­wra­ca­łem więc my­śla­mi do kon­cep­cji tej książ­ki i for­mo­wa­łem ją w gło­wie na nowo. Trwa­ło to ca­ły­mi ty­go­dnia­mi, a po­tem mie­sią­ca­mi, aż ule­głem złu­dzie, że każ­dy szcze­gół tej książ­ki mam już w gło­wie, że wszyst­ko już prze­my­śla­łem i do­pra­co­wa­łem. Wte­dy to, po nie­mal pię­ciu la­tach po­by­tu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, ko­rzy­sta­jąc z hi­sto­rycz­nej w moim imi­gra­cyj­nym ży­ciu sta­bi­li­za­cji, usia­dłem i za­czą­łem prze­le­wać swo­je my­śli na pa­pier, po­wo­li, acz wy­trwa­le, zgod­nie z re­gu­łą chiń­skich mę­dr­ców, we­dług któ­rej na­wet stu­mi­lo­wa po­dróż za­czy­na się od jed­ne­go zwy­kłe­go kro­ku. Dla mnie ta li­te­rac­ka po­dróż nie­wąt­pli­wie była po­dró­żą stu­mi­lo­wą, po­dró­żą peł­ną nie­pew­no­ści i cza­sa­mi zwy­kłe­go zwąt­pie­nia, bo pro­ces pi­sa­nia tej książ­ki był nie­zwy­kle wol­ny. Pra­co­wa­łem wte­dy pięć dni w ty­go­dniu, nie­mal od rana do wie­czo­ra, a nie­dzie­le i świę­ta re­zer­wo­wa­łem zwy­kle dla ro­dzi­ny. Trud­no w ta­kich wa­run­kach od­dać się pa­sji pi­sa­nia i dużo ła­twiej moż­na mó­wić o pro­ce­sie wy­szar­py­wa­nia dro­bin cza­su na tego typu eks­cen­trycz­ne­go bzi­ka. I tak oto, pod­czas dłuż­szych week­en­dów, świąt, w czę­ści krót­kie­go urlo­pu, moje sta­re baje prze­ży­wa­ły swo­ją dru­gą mło­dość i sta­wa­ły się no­wy­mi i co­raz tłu­ściej­szy­mi ba­ja­mi, aż w koń­cu po­wsta­ła książ­ka o tym dziw­nym ty­tu­le, wy­peł­nio­na mo­imi dziw­ny­mi przy­go­da­mi. Ten dłu­gi czas, któ­ry po­świę­ci­łem na pi­sa­nie, przy­niósł jed­nak tro­chę po­żyt­ku, bo po­zwo­lił mi na wie­le prze­my­śleń i zmian w trak­cie pi­sa­nia. Nie by­ły­by one moż­li­we, gdy­bym tę książ­kę na­pi­sał za jed­nym za­ma­chem. Z dru­giej jed­nak stro­ny, ten wy­dłu­żo­ny czas pro­wa­dził do pew­nych nie­kon­se­kwen­cji w utrzy­ma­niu jed­no­li­te­go na­stro­ju nar­ra­cji. Dzia­ło się tak, po­nie­waż nie­któ­re frag­men­ty tej książ­ki pi­sa­łem w sta­nie eu­fo­rii, inne w przy­gnę­bie­niu, jesz­cze inne w cza­sie, gdy ży­cie nu­dzi­ło swo­ją pro­zą. Te zmia­ny at­mos­fer, choć zni­we­lo­wa­ne w pro­ce­sie do­szli­fo­wy­wa­nia książ­ki, uważ­ny Czy­tel­nik z pew­no­ścią wy­ła­pie w tek­ście. Jed­nak dla ko­goś, kto nie czy­ta ksią­żek na wy­ści­gi, fluk­tu­acje mo­je­go na­stro­ju roz­my­ją się z na­tu­ral­ny­mi zmia­na­mi na­stro­ju Czy­tel­ni­ka i wie­rzę, że do­da­dzą bar­wy ca­łej hi­sto­rii, któ­rą za­mie­rzam tu opo­wie­dzieć.

Ry­szard Ka­pu­ściń­ski po­wie­dział kie­dyś, że do­brą książ­kę pi­sze się kil­ka lat. Tę książ­kę pi­sa­łem oko­ło czte­rech lat, a więc je­śli mogę się czymś po­cie­szyć, to tym, że hi­sto­ria ta speł­nia kry­te­rium Ka­pu­ściń­skie­go na do­brą książ­kę. Ale czy taka bę­dzie? Na to py­ta­nie Czy­tel­nik musi już sam so­bie od­po­wie­dzieć, choć wie­rzę, że książ­ka bę­dzie nie­zwy­kle cie­ka­wa. Tre­ścią książ­ki, jej swo­istym szkie­le­tem, są moje pe­ry­pe­tie w Ame­ry­ce - moje prze­ży­cia, wra­że­nia, ob­ser­wa­cje, emo­cje, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem tych, któ­rych zde­cy­do­wa­nie nig­dy wcze­śniej nie do­świad­czy­łem, miesz­ka­jąc w Pol­sce, i któ­rych ob­ja­wie­nie jest zwią­za­ne tyl­ko i wy­łącz­nie ze spe­cy­fi­ką kra­ju, do któ­re­go mi­lio­ny Po­la­ków jesz­cze nie tak daw­no wzdy­cha­ły mi­ło­ścią nie w peł­ni od­wza­jem­nio­ną. Zda­wa­łem so­bie jed­nak spra­wę, że zbyt­nie sku­pie­nie się na so­bie i wła­snych przy­go­dach może wy­dać się Czy­tel­ni­ko­wi nie­co iry­tu­ją­ce i dla­te­go "od­cią­ży­łem" książ­kę wpro­wa­dza­jąc wie­le dy­gre­sji, ko­men­ta­rzy, uwag i aneg­dot. Wszyst­kie te po­moc­ni­cze ele­men­ty są jed­nak ści­śle zwią­za­ne z przy­go­da­mi, któ­re były moim udzia­łem, i nie ma wąt­pli­wo­ści, że sta­no­wią one nie tyl­ko do­sko­na­łe uzu­peł­nie­nie książ­ki, ale czę­sto two­rzą nie­za­leż­ne i in­try­gu­ją­ce opo­wie­ści, mo­gą­ce sta­no­wić osob­ne opo­wia­da­nia czy być wręcz za­czy­nem no­wych ksią­żek.

Jest to książ­ka dla tych, któ­rzy chcie­li­by się cze­goś do­wie­dzieć o ży­ciu w Ame­ry­ce z per­spek­ty­wy czło­wie­ka, któ­ry przy­je­chał tu­taj z jed­ną wa­liz­ką i trzy­sto­ma do­la­ra­mi w kie­sze­ni (więc aż tak źle nie za­czy­na­łem); z per­spek­ty­wy ko­goś, kto tu mu­siał uło­żyć so­bie ży­cie, wy­szar­pać do­brą pra­cę, ka­wa­łek wła­snej prze­strze­ni i wal­czyć z wszel­ki­mi prze­ciw­no­ścia­mi losu oraz z tak zwa­nym czyn­ni­kiem ludz­kim. Jest to w koń­cu książ­ka dla lu­dzi, któ­rzy chcą po­znać Ame­ry­kę bez mi­tów, taką, jaka ona rze­czy­wi­ście jest. Na kwe­stię tę zwró­ci­łem szcze­gól­ną uwa­gę po mo­jej wi­zy­cie w Pol­sce w 2009 roku, gdzie po­ra­zi­ła mnie ska­la mi­to­lo­gi­za­cji Ame­ry­ki. Roz­ma­wia­jąc z mo­imi przy­ja­ciół­mi czy zna­jo­my­mi, za­czą­łem się na­wet za­sta­na­wiać, czy aby na pew­no roz­ma­wia­my o tym sa­mym kra­ju, z któ­re­go wła­śnie przy­je­cha­łem. Wte­dy jed­nak nie pró­bo­wa­łem po­dej­mo­wać się za­da­nia oba­la­nia mi­tów, bo mia­łem ci­chą na­dzie­je, że do­ko­nam tego w tej książ­ce. Pe­wien ele­ment su­biek­ty­wi­zmu w mo­ich opi­sach jest nie­unik­nio­ny, ale mogę za­pew­nić, że opi­sa­łem tu rze­czy, z któ­ry­mi mia­łem kon­takt i o któ­rych isto­cie wiem na pew­no. Je­śli ja­kaś opo­wieść zo­sta­ła za­sły­sza­na lub cze­goś nie by­łem ab­so­lut­nie pe­wien, to fakt ten wy­raź­nie pod­kre­śli­łem.

O czym do­kład­nie chcę Czy­tel­ni­ko­wi opo­wie­dzieć? Otóż chcę opo­wie­dzieć o tym, w jaki spo­sób ten ame­ry­kań­ski świat się krę­ci i ja­kie pa­nu­ją w nim re­gu­ły. Jest to książ­ka o Ame­ry­ce, o ży­ciu w niej z punk­tu wi­dze­nia imi­gran­ta, czło­wie­ka po­cho­dzą­ce­go z by­łe­go blo­ku so­cja­li­stycz­ne­go, któ­ry, na do­da­tek, przez dłu­gi czas moc­no wie­rzył, że sko­ro Pol­ska zmie­ni­ła ustrój z so­cja­li­stycz­ne­go na ka­pi­ta­li­stycz­ny, to on na pew­no żyje w ka­pi­ta­li­zmie. Jest to książ­ka o emo­cjach, któ­rych w Ame­ry­ce mi nie za­bra­kło. Jest to też książ­ka o mnie sa­mym, o mo­ich roz­ter­kach, ży­cio­wych prze­ła­jach i tru­dach, ja­kich do­świad­czy­łem jako imi­grant w tym kra­ju. Każ­dy imi­grant, po przy­jeź­dzie do ob­ce­go kra­ju, prze­cho­dzi przez pe­wien sche­mat imi­gra­cyj­nej rze­czy­wi­sto­ści, więc moje losy są tyl­ko przy­kła­dem, bar­dziej lub mniej po­dob­nym do lo­sów ty­się­cy Po­la­ków przy­jeż­dża­ją­cych, do nie­daw­na dość licz­nie, do Ame­ry­ki. Jest to w koń­cu książ­ka o róż­ni­cach po­mię­dzy kra­ja­mi, o tym, co po­wo­du­je, że je­den kraj jest bo­ga­ty, a dru­gi nie może zwią­zać koń­ca z koń­cem. Na ten te­mat na­pi­sa­no całe tomy i nie było moim za­mia­rem po­wta­rza­nie tego wszyst­kie­go od po­cząt­ku, ale zwró­ci­łem uwa­gę na kil­ka spraw z nim zwią­za­nych. Nie było też moim ce­lem na­pi­sa­nie po­rad­ni­ka dla przy­jezd­nych - zde­cy­do­wa­nie od tego stro­ni­łem, nie­mniej jed­nak wie­le in­for­ma­cji, na któ­re Czy­tel­nik się na­tknie, prze­dzie­ra­jąc się przez lek­tu­rę tej książ­ki, może być bar­dzo uży­tecz­nych, a czę­sto wręcz trud­nych do zna­le­zie­nia w in­nych źró­dłach.

Czy­tel­nik za­py­ta za­pew­ne, w jaki spo­sób po­tra­fi­łem za­pa­mię­tać tyle in­for­ma­cji, któ­re czę­sto z dużą pre­cy­zją przy­ta­czam w tej książ­ce, oraz za­pa­mię­tać tak wie­le zda­rzeń, do któ­rych do­szło parę lat temu. Se­kret jest ba­nal­ny i kry­je się w ko­rzy­sta­niu z no­ta­tek, któ­re dość skru­pu­lat­nie pro­wa­dzi­łem nie­mal od dnia mo­je­go przy­jaz­du do Ame­ry­ki. Po­cząt­ko­wo były to mniej lub bar­dziej re­gu­lar­ne za­pi­ski, in­for­ma­cje i ko­men­ta­rze, któ­re mia­ły mi słu­żyć jako baza in­for­ma­cji do szyb­kie­go wglą­du. Do­pie­ro po­tem te za­pi­ski prze­kształ­ca­ły się stop­nio­wo w bar­dziej re­flek­syj­ne wy­wo­dy opa­trzo­ne ob­szer­niej­szy­mi ko­men­ta­rza­mi.

To dziw­ne, ale naj­wię­cej róż­nic mię­dzy kra­ja­mi moż­na uchwy­cić za­raz po przy­jeź­dzie do Sta­nów, a pierw­sze dwa lub czte­ry mie­sią­ce uwa­żam za klu­czo­we w tym pro­ce­sie. Po kil­ku la­tach spę­dzo­nych w Ame­ry­ce zła­pa­łem się na tym, że już nie po­tra­fię wy­ra­żać są­dów o tym kra­ju, bo to, co mnie ota­cza, sta­no­wi moją rze­czy­wi­stość i trud­no mi obec­nie zna­leźć taki punkt od­nie­sie­nia, ja­kim była moja Pol­ska, któ­rą wte­dy nie­wdzięcz­nie opu­ści­łem.

Ale ad rem - jak zwykł ma­wiać je­den z war­szaw­skich pro­fe­so­rów che­mii or­ga­nicz­nej, gdy za­czy­nał tra­cić cier­pli­wość. Przy pi­sa­niu tej książ­ki na­po­ci­łem się co nie­mia­ra i jak­kol­wiek to nic nie zna­czy, to mam na­dzie­ję, że ów wy­si­łek nie pój­dzie na mar­ne. Osta­tecz­ny osąd zo­sta­wiam jed­nak temu, któ­ry wła­śnie za­czy­na wer­to­wać kar­ty tej książ­ki.