Puławianin i Dziewucha, czyli opowieści jakich jeszcze nie słyszeliście o Ameryce - Arkadiusz Kazimierski
21.00 zł

21.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Z tego, co pamiętam, była środa po południu 28 kwietnia 2004 roku, kiedy wylądowałem samolotem holenderskich linii KLM na lotnisku Bush International, które jest zlokalizowane kilkanaście mil od centrum Houston. Odprawa lotniskowa trwała niesamowicie długo, co ostudziło nieco mój entuzjazm związany z przyjazdem do Ameryki. Zanim dowlokłem się do budki z urzędnikiem imigracyjnym, musiałem odstać niemal trzy godziny w kolejce złożonej w większości z Murzynów i Hindusów. W końcu doczekałem się: zrobili mi zdjęcie, pobrali odciski palców, a jedna pani nawet się uśmiechnęła i powiedziała do mnie "dzień dobry". Przez chwilę cieszyłem się na ten znajomy mi dźwięk niczym małe dziecko, a to pewnie dlatego, że zabrzmiał on tak swojsko w tak obcym mi miejscu. Gdy już stwierdzono, że ja to ja, a nie kto inny, ruszyłem za stadem ludzi, wiedziony intuicją, że pewnie wszyscy idą po bagaże. Gdy to okazało się prawdą i gdy prawdą okazało się też, że bagaże doleciały razem z nami, odnalazłem swoją zieloną walizkę, którą przed wyjazdem okazyjnie kupiłem w Carrefourze za psie pieniądze, i wyszedłem na halę oczekujących, gdzie już czatował na mnie, zniecierpliwiony długim oczekiwaniem, Nowobogacki, bo on to właśnie miał mnie odebrać z lotniska. Nowobogacki przyjechał do Houston kilka miesięcy wcześniej do pracy w laboratorium profesora Puławianina jako postdok. Ponieważ Nowobogacki był już w Stanach od siedmiu miesięcy i przez ten czas nabył wiele cennej wiedzy o tym nowym dla mnie kraju, słuchałem go uważnie, bo wszystko, co mówił, było dla mnie niczym słowo objawione.
Jak już wspomniałem lotnisko Bush International było oddalone od centrum Houston o około dwadzieścia mil. Dla tych, którzy zapomnieli ze szkoły, ile to jest mila, przypominam, że to trochę więcej niż półtora kilometra. Stany Zjednoczone nie używają systemu metrycznego, tak jak robi to Kanada czy większość państw europejskich (o ile się nie mylę wszystkie, oprócz Wielkiej Brytanii, która też poszła po rozum do głowy i, przynajmniej oficjalnie, skończyła z herezją). Z początku więc można się wystraszyć tych wszystkich mil, jardów, akrów, funtów, uncji, galonów i pint. Z czasem jednak zaczyna się dostrzegać i dobre strony tych jednostek miar. Choć miary te oryginalnie wywodzą się z Anglii, to zaadaptowały się doskonale w Ameryce, wpasowując się w styl życia Amerykanów, gdzie wszystko musi być duże i w dużej ilości. Dlatego też mila jest większa od kilometra, a galon jest większy od litra. Przestrzenie w Ameryce są olbrzymie, więc lepiej je mierzyć mniejszą ilością mil niż większą ilością kilometrów. Tłustym Amerykanom znacznie lepiej jest też kupić jeden galon mleka niż cztery jego litry. Jedynie z funtami i akrami coś mi tu nie grało, ale założę się, że na funty to oni kupują to, co my w Polsce na deka, a w akrach to mierzą sale konferencyjne, a nie ugory.
O tym, jak potężne są Stany Zjednoczone i jakie odległości dzielą poszczególne miasta, niech świadczy anegdota, którą kiedyś zasłyszałem. Anegdota ta odnosi się wprawdzie do Kanady, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby ją, po niewielkich zmianach, zaadaptować do Stanów Zjednoczonych. Pewna rodzina z Londynu, w Anglii, wysłała swoją córkę na wakacje do wujka, mieszkającego w Vancouver w Kanadzie. Kanada to Kanada, a ponieważ było taniej, to kupili jej bilet lotniczy do Halifaksu w Nowej Szkocji. Gdy mieli pewność, że córka już wylądowała w Kanadzie, wysłali telegram do wujka w Vancouver, aby ten odebrał ją z lotniska w Halifaksie. Wujek odesłał im telegram następującej treści: Odbierzcie ją sami, przecież macie bliżej. Cały dowcip polega na tym, że z Londynu do Halifaksu jest bliżej niż z Halifaksu do Vancouver, choć te dwa ostatnie miasta znajdują się na terytorium Kanady. Tylko stan Teksas (jeden z pięćdziesięciu stanów USA) jest trzy razy większy od Polski.
Z Nowobogackim, który odebrał mnie z lotniska, znałem się już kilka dobrych lat; razem studiowaliśmy w Rzeszowie, razem robiliśmy doktorat w Warszawie (oczywiście każdy swój) i tak się złożyło, że i on, i ja zdecydowaliśmy się pojechać na tego samego postdoka do profesora Puławianina w Houston. Utrzymywaliśmy e-mailowy kontakt jeszcze przed moim przyjazdem do Stanów i umowa była taka, że przez pewien czas zamieszkam w jego apartamencie. Chodziło oczywiście o pieniądze, i zarówno jemu, jak i mnie ta opcja się spodobała. Gdy przyjechałem do Stanów, miałem w kieszeni około trzystu dolarów, co było sumą niepozwalającą mi nawet na zapłacenie depozytu za apartament, więc nie miałem powodu narzekać na zaproponowany przez Nowobogackiego układ. Jego apartament kosztował $550, więc po podziale na dwóch kwota za mieszkanie była bardzo rozsądna. Poza tym szybko zdałem sobie sprawę, że kompletnie nic nie wiem o Ameryce i potrzebowałem kogoś, kto pomoże mi tutaj miękko wylądować. Wtedy nawet nie wiedziałem, jak poprawnie wypisać czek, nie wspominając o innych podstawowych umiejętnościach. W Polsce tylko jeden raz miałem do czynienia z czekami, gdy zacząłem studiować w Rzeszowie, a potem dowiedziałem się od pani w bankowym okienku, że banki już nie wydają czeków, bo czeki są w zaniku. W Ameryce czeki to podstawa płatności za rachunki, za usługi czy też za zwykłe zakupy. Choć coraz częściej rolę czeków przejmują transfery elektroniczne, to po kilku latach pobytu w Ameryce uświadomiłem sobie, że czeki personalne wciąż mają się świetnie, a w pewnych sytuacjach są wręcz niezastąpione. Dodam nawet więcej: biorąc pod uwagę koszty bankowe niektórych operacji i dodając do tego fakt ubożenia społeczeństwa amerykańskiego, idę o zakład, że czeki w Ameryce będą miały przed sobą jeszcze długie lata świetności. Dlaczego czeki nie sprawdzają się w Polsce? Przypuszczam, że winne jest słabe prawo i niemożność jego egzekwowania, a banki nie chcą się babrać w historiach z podrabianymi podpisami na czekach i z policjantami, którzy na wszystko wzruszają ramionami. W Stanach podrobienie podpisu na czeku to przestępstwo ścigane przez FBI i można być niemal pewnym, że czeki podrabiają tylko desperaci.
Gdy przyleciałem do Houston, zastałem popołudnie, podczas gdy Polska już dawno pogrążona była we śnie. Gdy ja już powinienem przewracać się na drugi bok, słońce w Houston stało irytująco wysoko na niebie i się odgrażało, że dziś to sobie jeszcze trochę poświeci. Zacząłem więc ziewać i słaniać się na nogach, ale Nowobogacki nie miał dla mnie litości i zaproponował, abym właśnie teraz zrobił sobie zakupy żywnościowe, gdyż zapewne chciał mieć pewność, że będę się trzymał z daleka od jego prowiantu. Idea była taka, abym się przemęczył do wieczora i wtedy usnął, dostosowując się tym samym do tego przesunięcia czasowego, które wynosiło siedem godzin. Oczywiście pomysł był dobry i, jak się potem okazało, zdał egzamin. Problemem było tylko te kilka godzin, które musiałem przeczekać, udając, że nie śpię. Nie było to łatwe i to nie tylko ze względu na fakt, że już dawno powinienem spać, ale też dlatego, że podróż była dla mnie bardzo męcząca i pełna wrażeń. Gdy kurz po emocjach przylotu do Ameryki opadł, byłem wyczerpany niczym ci lotnicy angielscy w drodze powrotnej do Anglii po bombardowaniu Niemiec. Dla nich chociaż wymyślono czekoladki z amfetaminą, a ja musiałem radzić sobie sam.
Nowobogacki zabrał mnie swoją mazdą do kilku sklepów, abym zerknął to tu, to tam i rozejrzał się za tym, co może mi się przydać. Naprawdę słaniałem się na nogach, ale co mogłem zrobić. Pamiętam, że pojechaliśmy do Krogera. Kroger to sieć sklepów w Teksasie i prawdopodobnie poza nim. To jakby polska Biedronka, gdzie można kupić wszystko, co potrzebne jest w kuchni i domu: żywność, środki czystości i różne pierdółki. Potem wybraliśmy się do Fiesty - następnego z wielkich sieciowych sklepów teksańskich. Tu, podobnie jak w Krogerze, też można kupić niemal wszystko, ale nacisk jest położony bardziej na warzywa i owoce. Przyznaję, byłem po prostu w szoku. Gdy piszę te słowa, przystaję na moment i zastanawiam się, czy naprawdę tak było, ale tak było. Potworna ilość owoców, warzyw i to wszystko wymieszane z jakimś rodzajem egzotyki, której nigdy przedtem nie widziałem. W Polsce najczęściej robiłem zakupy w Carrefourze i tam też było stoisko z egzotycznymi owocami, ale w żaden sposób nie da się tego porównać do tego, co zobaczyłem w sklepach w Houston. Już nawet nie będę wymieniał pomarańczy, bananów czy ananasów, ale zaskoczyły mnie stosy papai, daktyli, owoców mango, liczi, taro i wielu innych, w większości zupełnie mi nieznanych. Niesamowicie soczyste ananasy po dolarze za sztukę! Nie wierzyłem własnym oczom. Tuż przed przyjazdem do Ameryki kupiłem w Polsce ananasa w Carrefourze i pamiętam, że za jakiegoś zielonego, skarlałego gniota życzyli sobie dwadzieścia złotych. Gdy więc zobaczyłem taką okazję w Ameryce, na wszelki wypadek kupiłem trzy duże ananasy, ale Nowobogacki uspokajał mnie, że jutro tu też będą i nie ma potrzeby robić zbędnych zapasów. Słuchałem go trochę podejrzliwie, ale w końcu dałem wiarę jego słowom. Zdziwienie ustępuje, gdy przyjrzymy się geografii. Teksas leży blisko równika, więc koszty transportu są niewielkie w porównaniu z kosztami transportu ananasów do Polski. Co mnie uderzyło, to sposób, w jaki tutaj sprzedawano owoce. Sprzedawano je generalnie na funty, ale w przypadku jabłek, pomarańczy, gruszek, mango czy grejpfrutów używano innego systemu, który jednocześnie był niezwykle prosty: cztery jabłka za dolara albo trzy pomarańcze za dolara. Ktoś od razu mógłby sobie pomyśleć, że w takim przypadku można wybrać największe jabłka czy pomarańcze, aby okpić sprzedających. Nic z tego, bo wszystkie owoce były mniej więcej takie same i naprawdę było trudno coś wykombinować. Oczywiście tanie meksykańskie rączki z zadziwiającą szybkością segregowały te jabłka czy grejpfruty na odpowiednie klasy pod względem wielkości. Pomyślałem wtedy, że taki system zupełnie nie sprawdziłby się w Polsce. Ludzie staliby godzinami przed stosem owoców, próbując wybrać największe, aż od tego myślenia rozbolałyby ich głowy.
Po zakupach wróciliśmy do apartamentu. Uzmysłowiłem sobie, że odległość apartamentu, w którym zamieszkałem z Nowobogackim, od sklepów wynosi około dwie lub trzy mile. Od razu zrozumiałem, że bez samochodu to tutaj raczej długo nie pożyję. Wszędzie daleko, niemal kompletny brak chodników wzdłuż dróg i wszyscy w samochodach; nowych czy starych, ale wszyscy w samochodach, na dodatek obowiązkowo klimatyzowanych. Przecież to był koniec kwietnia, a wilgotność powietrza i temperatura przypominały warunki, jakie panują podczas brania gorącej kąpieli. Coś niewyobrażalnego!
Apartamenty, w których mieszkałem z Nowobogackim, mieściły się w kompleksie jednopiętrowych budynków skleconych z desek. Te drewniane budynki znajdowały się na dużym, ogrodzonym terenie, zamkniętym z jednej strony bramą wjazdową, a z drugiej bramą wyjazdową. Gdy się wjeżdżało na teren apartamentów, konieczne było wciśnięcie czterocyfrowego kodu. Gdy się wyjeżdżało, nacisk kół samochodowych na czujnik w betonowej płycie drogi powodował automatyczne otwarcie bramy. Sam kompleks apartamentów nazywał się Parque View i mieścił się na ulicy El Paseo w centrum Houston. Znaczenia pojęcia apartment nie należy mylić z polskim terminem apartamentowiec, który zwykle kojarzy się z czymś bardzo luksusowym. To, co ogólnie rozumie się przez pojęcie apartment w Ameryce, to kompleks w przytłaczającej większości drewnianych domków, ulokowanych na określonym obszarze. Apartamentowce te, w zależności od ceny, mają różny standard i choć prawdą jest, że bardzo drogie i luksusowe apartamentowce są w każdym mieście, to prawdą też jest, że w apartamentowcach mieszkają ludzie, których albo nie stać na dom, albo nie opłaca się im go kupować, bo zamierzają w danym miejscu mieszkać zbyt krótko (są na przykład na rocznym lub dwuletnim kontrakcie).
Pokoje w apartamentowcu, gdzie przyszło mi mieszkać, były dla mnie nieco dziwne. Nigdy wcześniej w Polsce nie widziałem takiego ułożenia pomieszczeń. Apartamenty te miały zazwyczaj patio, czyli mały balkonik całkowicie zabity dechami do wysokości czubka głowy. Chodziło o ochronę prywatności i takie tam amerykańskie wolności.
Pierwszej nocy spałem jak zabity, ale już drugiej Nowobogacki obudził mnie o trzeciej nad ranem z sensacyjną wiadomością, że mamy karalucha w kuchni i że trzeba go złowić, aby nie chodził nam w nocy po twarzach, tym bardziej że z powodu upału obaj śpimy z rozdziawionymi gębami. Nieco wystraszony tym scenariuszem, pomogłem mu odsunąć lodówkę, po czym on złapał karalucha do kubka, na szczęście swojego. Karaluch był wielkości małej myszy. Ciarki przechodziły mi po plecach raz po raz, ale z zadowoleniem przyjąłem wiadomość, że ten egzemplarz już dłużej nie będzie cieszył się wolnością. Nowobogacki nie zabił karalucha od razu, ale wymyślił dla niego specjalny zestaw tortur. Włożył go do mikrofali i przygrzał przez pięć sekund. Biedakowi najpierw sfajczyły się nogi, bo z początku biegał jak oszalały, a potem wywijał już tylko zwiędłymi kikutami, zanim dokończył żywota przy akompaniamencie skwierczenia własnego ciała. Fajna zabawa, gdyby nie to, że była trzecia w nocy, a rano musiałem zbierać się do pracy. W całej tej historii pocieszające było również to, że w pobliżu nie było polskich obrońców praw karaluchów.
Nową pracę miałem zacząć od poniedziałku, ale już w czwartek Nowobogacki zabrał mnie do MD Anderson Cancer Center, abym tam zapoznał przyszłych współpracowników. I w ten oto sposób poznałem Dziewuchę, Cover Girl oraz Hrabiankę. Nieodłącznym składnikiem zespołu Puławianina był jeszcze Pomocnik, ale on w tym czasie wyjechał na trzy miesiące do Polski w związku z przejściem z wizy J-1 na wizę pracowniczą H-1B i formalnościami związanymi z tym procesem. Podczas tej mojej pierwszej wizyty w MD Anderson Cancer Center spotkałem się też z moim przyszłym szefem, czyli profesorem Puławianinem, który był profesorem chemii medycznej na teksańskim Uniwersytecie w Houston. MD Anderson Cancer Center wchodziło wtedy w skład University of Texas. Nie było to nasze pierwsze spotkanie, ponieważ profesora Puławianina miałem okazję już poznać kilka miesięcy wcześniej w Polsce, gdy ten robił w Instytucie Chemii Organicznej profesurę, pogardliwie zwaną "z kapelusza", bo to taka sama profesura jak studia zaoczne albo prezydentura na uchodźstwie. Puławianin zawołał mnie do siebie na krótką rozmowę i od razu wyłuszczył szczegóły naszej współpracy. Reguły były w miarę klarowne. Miałem syntezować związki chemiczne o potencjalnych właściwościach przeciwrakowych, używając wiedzy, którą nabyłem podczas czterech lat studiów doktoranckich w Polsce.
Wszystkie osoby, które poznałem podczas tej wstępnej sesji, mówiły po polsku. Nowobogacki napomknął kiedyś, że raz lub dwa razy w tygodniu MD Anderson organizuje kursy języka angielskiego, które zaczynają się o godzinie szóstej po południu i trwają do dziewiątej wieczorem. Podniecony tą wiadomością, nieopatrznie zapytałem Puławianina, czy mógłbym z tych darmowych kursów skorzystać, ale w odpowiedzi usłyszałem, że nie, bo jest robota i tyle. Zatkało mnie trochę i nie kontynuowałem już tego tematu. Dopiero wieczorem miałem czas, aby o tym pomyśleć, i doszedłem do wniosku, że muszę trochę odczekać i przyjrzeć się dokładniej, co tu się dzieje, i wtedy podjąć jakieś decyzje. Poczucie, że jednak czegoś tutaj nie rozumiem, było nieco uciążliwe i trwało przez kilka następnych miesięcy. Potem już było tylko gorzej.
Już w pierwszych dniach po przyjeździe miałem okazję porozmawiać dłużej z Dziewuchą oraz z Cover Girl. Obie z nich były bardzo gadatliwe i władcze, więc bardzo często, chcąc nie chcąc, napataczałem się na sytuacje, w których musiałem podjąć jakąś rozmowę. Była jeszcze Hrabianka, ale ona, choć bardzo miła, była nieco introwertyczna i rozmowa z nią raczej mi się nie kleiła. Poza tym jej styl bycia nie do końca mi odpowiadał, choć szczerze mówiąc, trudno mi było cokolwiek jej zarzucić. Dziewucha i Cover Girl były zupełnie inne; każda z nich widziała tylko swój czubek nosa i każda z nich miała jedynie słuszną opinię na każdy temat. Bardzo szybko zauważyłem, że obie, w mniej lub bardziej otwarty sposób, próbowały mnie przeciągnąć na swoją, jedynie słuszną, stronę i to za pomocą mniej lub bardziej wyszukanych sposobów. Najlepszą metodą, aby to osiągnąć, było przedstawianie innych w zdecydowanie niekorzystnym świetle. Od Cover Girl dowiedziałem się więc, że właściwie to wszyscy tutaj naokoło są niedobrzy i od wszystkich należy trzymać się z daleka. Jak to od Polaków! Wiadomo! Od Dziewuchy natomiast dowiedziałem się, że wszyscy naokoło to ćwoki albo wiejskie filozofy i w związku z tym "tyż" należy trzymać się od nich z daleka. Na początku te opowieści bardzo mnie bawiły i przyjmowałem je z przymrużeniem oka, ale szybko się przekonałem, że śmiesznie to tutaj raczej nie będzie.
Choć pracę oficjalnie miałem zacząć od pierwszego maja 2004 roku, to jednak nie było czasu do stracenia, bo spraw do załatwienia było co niemiara. Dziewucha była na tyle miła, że na polecenie Puławianina poszła ze mną w kilka miejsc i pomogła mi załatwić to i owo. Na początek wybraliśmy się do International Office, aby zgłosić mój przyjazd do USA. Potem poszliśmy do Social Security Office uregulować sprawy związane z nadaniem numeru Social Security, bez którego w Stanach praktycznie się nie istnieje. Social Security Number to chyba najważniejszy, po dacie urodzenia, numer identyfikacyjny. To dziewięciocyfrowy numer, który oficjalnie jest numerem tajnym i który należy podawać tylko ściśle określonym instytucjom, ale w rzeczywistości niemal wszędzie o niego pytają. Nie zwalnia to jednak posiadacza numeru od chronienia go, aby nie wpadł w niepowołane ręce. Na koniec przygód z formalnościami musiałem jeszcze zapoznać się z dokumentacją związaną z ubezpieczeniem zdrowotnym. Ogrom tych nowych rzeczy po prostu mnie przerastał. Ludzie, którzy narzekali na socjalizm w Polsce, musieliby zapewne przyznać, że w polskim socjalizmie to było źle, ale tam to zawsze ktoś o człowieka dbał i podejmował za niego decyzje. To oczywiście sarkazm, ale prawdą jest, że tutaj o wszystko musiałem zatroszczyć się sam. Jakie ubezpieczenie wybrać? Opcji od cholery, a ja nie miałem pojęcia, na co się zdecydować. Przy każdej opcji jeszcze podopcje. Można naprawdę zwariować. To nie tylko moja kiepska znajomość języka angielskiego doprowadzała mnie wtedy do szału, ale również różnice systemowe. Po prostu w Ameryce rzeczy są inaczej ułożone i przybysz z Polski, taki jak ja, musi się ich nauczyć niemal od podstaw, a na to niestety trzeba czasu.
Wreszcie zaczął się pierwszy tydzień pracy. Pierwsze dwa dni spędziłem jednak nie w laboratorium, ale na tak zwanej orientacji wraz z setką podobnych mi przybyszy z innych krajów. Orientacja był to zestaw wykładów dotyczących różnych aspektów życia w Ameryce. Jeden z nich dotyczył wyboru ubezpieczenia zdrowotnego, inny tego, jak wypełnić formularze podatkowe. Była też seria wykładów o regułach, których należy przestrzegać tu, w Ameryce, czyli tak zwane do the right things. W tej kwestii najwięcej uwagi poświęcono zagadnieniu zwanemu sexual harrasment, czyli molestowaniu seksualnemu, i podobnym, nieakceptowalnym w Ameryce, zachowaniom. Na ten problem szczególnie uczulano. Dowiedziałem się mianowicie, że w Stanach absolutnie nie wolno kobiet klepać po pupie albo prawić im komplementów, że mają ładne cycki, bo za to można pójść do pierdla. Niby w Polsce też oficjalnie tego nie wolno robić, ale żeby zaraz do pierdla za to wsadzać? Poza tym przyjechali tu ludzie z całego świata, również z krajów, gdzie różnie traktuje się kobiety, więc celem tego wykładu było uświadomienie cudzoziemcom pewnych spraw, aby w przyszłości uniknąć problemów prawnych z tym związanych lub przynajmniej ograniczyć ich skalę. W tym miejscu przychodzi mi na myśl przypadek Dominique'a Straussa-Kahna. Przypadek, który zdarzył się wiele lat później w Nowym Jorku, ale który jest bardzo reprezentatywny, jeśli chodzi o traktowanie tego rodzaju spraw w Ameryce. We Francji pewnie za podobną rzecz pogrożono by mu paluszkiem, ale tu, w Stanach, facet ugrzązł po uszy i swego czasu groziło mu dwadzieścia pięć lat więzienia za swoją niefrasobliwość. Może gdyby Dominique Strauss-Kahn przeszedł "orientację", to nie zrobiłby takich głupstw.
Trudno mi było zaprzeczyć, że ta cała "orientacja" to niezły pomysł. Do MD Anderson każdego roku przyjeżdżają setki obcokrajowców, a większość z nich po raz pierwszy w życiu, więc generalnie niewiele wiedzą oni o nowym kraju i zwyczajach tu panujących, i takie wykłady w dużym stopniu pomagają ludziom się odnaleźć. Moim problemem było to, że nie w pełni z nich potrafiłem skorzystać, co wynikało z mojej słabej, wtedy jeszcze, znajomości angielskiego. Oprócz tego tematy, choć ważne, były same w sobie dość nudne, no może poza tym sexual harrasment.
Po dwudniowej orientacji wreszcie zacząłem pracę w laboratorium. Na początek miałem zsyntezować kilka pochodnych 2-deoksyglukozy. Jak już wcześniej wspomniałem, związki te miały być następnie testowane na wyizolowanych komórkach rakowych in vitro, a te, które dadzą pozytywny wynik, na myszach pozbawionych odporności, którym celowo wszczepiono różnego typu nowotwory, aby potem próbować je leczyć (co za bezsens sam w sobie). Jeśli taka biedna myszka po podaniu związku chemicznego przeżyła, a dodatkowo nowotwór się jej zmniejszył lub zahamował swój wzrost, to był to bardzo dobry znak i szansa dla związku, że przejdzie on do następnego etapu badań. Jeśli mysz nie przeżyła minimalnej dawki albo miała objawy neurologiczne, związek był odrzucany jako toksyczny. Oczywiście z konieczności trochę to wszystko upraszczam, ale mniej więcej tak to działało. Praca była więc niezmiernie ciekawa - ciekawa wieloetapowa chemia cukrów i równie frapujące zastosowanie otrzymanych produktów. Tego, co napisałem o myszach i o sposobach testowania na nich związków chemicznych, nie dowiedziałem się od Puławianina czy Dziewuchy, ale znacznie później - z różnego rodzaju wykładów, na które chodziliśmy w każdy piątek. Specjalną zachętą do uczestnictwa w wykładach były lunche sponsorowane przez MD Anderson Cancer Center. Już wtedy zauważyłem, że każdy związek chemiczny, który zrobiłem, znikał gdzieś tajemniczo i już więcej się moim oczom nie objawiał, a ja po prostu miałem syntezować inny związek chemiczny lub analog poprzedniego. Na początku niezbyt mi to przeszkadzało, a nawet się nad tym zbytnio nie zastanawiałem, bo musiałem sobie przyswoić bardzo dużo rzeczy i w związku z tym nawet nie miałem czasu na zadawanie "głupich pytań", jak to Dziewucha określała, gdy ktoś próbował się dowiedzieć czegoś więcej niż tylko tego, gdzie jest stół laboratoryjny i odczynniki chemiczne używane do syntezy organicznej. Jakby tego było mało, już po kilku tygodniach pracy uderzyło mnie, że wszyscy postdocy pracujący w laboratorium u Puławianina szykują się do przedłużenia kontraktu na następny rok. Mówił więc głośno o tym Nowobogacki, mówiła o tym Hrabianka, a szczególnie manifestowała to Cover Girl. Ja, choć również chciałem dostać przedłużenie kontraktu na następny rok, zmiarkowałem, że jest za wcześnie na poruszanie takiego tematu. Postanowiłem wstrzymać się trochę i zobaczyć, co się będzie działo. Uznałem też, że jeśli już będę podejmował temat o przedłużeniu kontraktu, to będę rozmawiał o tym tylko z Puławianinem, a nie z kolegami (ang. peers) od stołu laboratoryjnego. To w końcu on podejmie ostateczną decyzję, a nie Nowobogacki czy Cover Girl, których zagajanie na ten temat traktowałem jako nieustające prowokacje. Próbowali wyczuć, jakie mam plany na przyszłość i czy będę stanowił zagrożenie dla ich manifestowanych głośno pragnień związanych z przedłużeniem kontraktu. Tutaj sprawa wyglądała całkiem poważnie i dość szybko zauważyłem efekty uboczne związane z chęcią niektórych do pozostania na postdoku na następny rok. Mianowicie oprócz absolutnego minimum nikt tutaj za bardzo nikomu nie pomagał, a jeśli już coś komuś nie wyszło z syntezy albo ktoś coś zepsuł lub stłukł szklaną kolbkę, w której robiliśmy reakcję, urastało to do skali katastrofy ekologicznej, co powtarzano i podkreślano po stokroć przy każdej okazji. Okazją szczególną, jak nietrudno się domyśleć, była obecność Puławianina albo Dziewuchy. Dziewucha była prawą ręką Puławianina, więc niektórzy wpadli na genialny pomysł, aby nawiązać z nią relacje wasalne. Takie postawienie sprawy dodawało Dziewusze niezdrowej śmiałości, czego konsekwencją były ataki hucpy, których Dziewucha regularnie dostawała. W pierwszych miesiącach pracy było raczej przyzwoicie, ale sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy do Puławianina zaczęło się zjeżdżać więcej ludzi: w miesiąc po moim przyjeździe powrócił Pomocnik z przymusowych wakacji w Polsce. Chwilę potem pojawił się Cwaniak z Wawy. Następnym był Minio z chemicznej "rzeźni" w Germantown. Kilkanaście miesięcy później przyjechał Centuś - jak wiadomo z Krakowa. Ostatnimi, za mojej "kadencji", nabytkami Puławianina byli Wietnamczyk z samego Ho Chi Minh i w końcu pan Pako z leśnej budki pod Warszawą. Wraz z tym napływem "ćwoków" Dziewucha stawała się coraz bardziej nieprzewidywalna i reagowała podobnie jak kundel reaguje na stado kur, które wyjadają mu jedzenie z miski. Nawet dziś trudno mi jednoznacznie ocenić, czy jej zachowanie było wynikiem reakcji obronnej na nieustające groźby zajęcia jej pozycji - nieważne, czy groźby realne, czy wyimaginowane - czy wynikało z jej wrodzonych skłonności do agresji, czy też było objawem jej naturalnych zachowań, nabytych podczas uganiania się za baranami na górskich halach Podbeskidzia, z których Dziewucha się wywodziła. Niezależnie od wyniku mojej psychoanalizy faktem było, że wyzwiska sypały się na każdego z nas niczym grad podczas burzy. Każdy więc wiedział, że jest wspomnianym już ćwokiem, niedouczonym doktorem czy też, w najlepszym razie, wiejskim filozofem. To ostatnie, ornamentalne, określenie było w szczególności zarezerwowane dla mnie i dla doktora Nowobogackiego, a to dlatego, że obaj pochodziliśmy z małych podrzeszowskich wiosek i wraz z Hrabianką w pewien sposób odróżnialiśmy się od tych, którzy wywodzili się z metropolii, takich jak Warszawa, Kraków, Wrocław czy Kielce. Gdy sypały się na nas wyzwiska, większość z nas udawała, że właściwie nic się nie stało. Mnie jednak cierpliwości wystarczyło na około trzy miesiące, a po tym czasie zacząłem próbować stawać okoniem. Szybko okazało się jednak, że to pomysł, który bardzo szkodzi zdrowiu. W swojej naiwności wyszedłem z założenia, że istnieją pewne granice, których przekraczać się nie powinno. Granic jednak nigdy w zespole u Puławianina nie było, o czym dopiero miałem się przekonać w ciągu czterech lat, które dane mi było tam przepracować. Dużo śmielsza albo głupsza w tej kwestii była Cover Girl, która darła z Dziewuchą koty na każdym kroku. Nie wróżyło jej to dobrze na przyszłość i okazało się, że już po kilku następnych miesiącach musiała spakować walizki i powrócić do Polski. Nie tylko przegrała sromotnie konflikt z Dziewuchą, w którym i tak nie miała najmniejszych szans, ale także przez dwa lata nie mogła powrócić do swoich upragnionych Stanów Zjednoczonych ze względu na obowiązujące regulacje wizowe.
Do Stanów przyjechałem w końcu kwietnia 2004 roku w ramach programu wymiany kulturalnej. Wymiany raczej zdecydowanie jednostronnej, bo nie sądzę, by w tym czasie na moje miejsce jakiś Amerykanin wybrał się do Polski. Była to moja pierwsza wizyta w Ameryce, a mój przyjazd niemal zbiegł się z historycznym wydarzeniem, jakim było wstąpienie Polski w struktury Unii Europejskiej z tą małą różnicą, że ja byłem w Stanach dwa dni wcześniej niż trzydzieści osiem milionów Polaków w Unii Europejskiej. Na moją niekorzyść przemawiał jednak fakt, że ja do Stanów musiałem przylecieć za własne pieniądze, a do tych milionów szczęśliwców Unia Europejska przyszła zupełnie za darmo. Do Polski unijnej powróciłem - na krótko - pięć lat później, w roku 2009, aby się przekonać, że jaką ją opuściłem, taka wciąż tam jest; co było szczególnie widoczne na warszawskim Dworcu Zachodnim, który nie zmienił się nic a nic, oprócz pojawienia się na ścianach tunelu dworcowego iście awangardowych plam grzybicznych i oprócz mentalności ludzi, od których szczęśliwym zrządzeniem losu byłem oddzielony czasoprzestrzenią pięciu lat pomnożonych przez dziesięć tysięcy kilometrów. Tak! Warszawa wtedy mnie nieco rozczarowała. Być może dlatego, że to był luty, zimno, deszczowo i szaro, a dodatkowo panowała ponura i nieciekawa atmosfera, którą pogłębiało przygniatające poczucie, że znalazłem się na wielkim placu budowy. Wróżyło to wprawdzie nieźle na przyszłość, ale w tamtym właśnie momencie nie pozwalało mi wynieść pozytywnego wrażenia z tej krótkiej wycieczki do stolicy. Zupełnie inne odczucie miałem kilka dni później, gdy zwiedzałem Rzeszów, moje miasto studenckie. Rzeszów wypiękniał nie do poznania.
Moim amerykańskim portem wjazdowym nie było Chicago czy Nowy Jork - tak typowe miejsca lądowania Polonii - ale Houston w Teksasie. W tym to właśnie Houston jest jedno z największych, o ile nie największe, centrum antynowotworowe na świecie - MD Anderson Cancer Center. To olbrzymi kompleks połączonych budynków: szpitali, placówek naukowych, biur oraz zaawansowanych laboratoriów naukowych. To właśnie do jednego z takich laboratoriów przyjechałem na roczny kontrakt. Dwa, a może trzy lata po mnie, do tej placówki przyjechał, zdecydowanie bardziej szanowany za granicą niż w Polsce, nasz były prezydent Lech Wałęsa, aby leczyć tam swoje serce, zszargane nagonkami i oskarżeniami. Kilka lat później, w tym samym kompleksie budynków, leczono postrzeloną w głowę (niestety nie w przenośni, ale zupełnie naprawdę) kongresmenkę Gabriellę Giffords, która miała nieszczęście napotkać szaleńca na swojej życiowej drodze.
Podczas mojego pobytu na kontrakcie miałem syntezować związki przeciwrakowe pod kierunkiem profesora Puławianina oraz czujnym okiem Dziewuchy i Pomocnika. Związki te, jeśli okazałyby się aktywne antyrakowo i nietoksyczne, miały być następnie testowane na myszach, a dalej na szczurach, kotach, psach, kozach, małpach i w końcu na beznadziejnie chorych pacjentach, o których wiadomo, że już nic im nie pomoże, więc i te związki zaszkodzić im niewiele mogą. Gdyby się jednak okazało, że taki związek chemiczny w jakiś sposób pomógł prawie denatowi, to wtedy otwierały się przed nim (przed związkiem, a nie przed denatem) nowe możliwości - mógł na dobre trafić do farmakologii antyrakowej stosowanej. Aby to jednak nastąpiło, związek musiał przejść długą drogę testów klinicznych, co zwykle zajmowało od dziesięciu do piętnastu lat.
Całe to moje amerykańskie przedsięwzięcie miało swoją nazwę; był to, zwykle roczny lub dwuletni, staż naukowy nazywany dumnie postdoktoratem lub z angielskiego postdokiem. Postdoc to znaczy po doktoracie, bo jeszcze się Czytelnikowi nie pochwaliłem tym wyczynem, który opłaciłem pogłębiającą się wadą wzroku, skoliozą i głębokim przekonaniem, że doktor za cholerę nie jest mądrzejszy od operatora koparki, a biorąc pod uwagę rekompensatę za pracę, którą obaj otrzymują w Polsce, to operator koparki wypada nieporównywalnie lepiej. Doktorat z chemii organicznej, a dokładniej ze stereokontrolowanej syntezy oksacefemów (takich antybiotyków ?-laktamowych) obroniłem cztery miesiące przed przyjazdem do Stanów Zjednoczonych w Instytucie Chemii Organicznej Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Promotorem mojej pracy doktorskiej był profesor Aniołek, a samą pracę doktorską wykonałem w asyście docenta Pokurcza. Kopię mojej pracy doktorskiej wciąż można odgrzebać w bibliotece Instytutu Chemii Organicznej PAN przy ulicy Kasprzaka 44/52 w Warszawie. Daleki jestem od epatowania Czytelnika tym całym moim doktoratem, ale konieczne wydaje mi się przedstawienie kilku faktów z tym związanych, aby pomóc zabierającemu się za tę książkę Czytelnikowi zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Otóż zaraz po doktoracie świeżo upieczeni doktorzy zwykle wyjeżdżają na wspomniany staż podoktorski, aby nabrać trochę naukowej ogłady, czegoś nowego się nauczyć, coś podpatrzeć, liznąć trochę języka, a czasami nawet coś ukraść - w tym miejscu mam na myśli "kradzież" pomysłu naukowego, a nie kradzież gadżetów z laboratorium chemicznego, takich jak fikuśna szpatułka do wygrzebywania brei z kolby reakcyjnej czy też mieszadełko magnetyczne pokryte teflonem (znałem takich, co i takimi osiągnięciami się szczycili po przyjeździe z postdoka). Takie wyjazdy z reguły dobrze ludziom robią: niektórzy nawet nabierają trochę dystansu do siebie, gdy uzmysłowią sobie fakt, że w Polsce to byli drudzy po Bogu, a za granicą to nikt się z nimi nie raczy liczyć. To rzecz nieoceniona dla takiej napuszonej osoby, a wręcz zbawienna dla jej późniejszych podwładnych. Ważniejszym jednak powodem takiego wyjazdu jest fakt, że wiele polskich placówek naukowych wymaga takiego stażu jako warunku kontynuowania kariery naukowej w instytucie badawczym czy na uniwersytecie. Taki staż jest też często mile widziany w CV (resume - to zwykle nazwa używana w Ameryce oznaczająca to samo co CV), gdy składa się podanie o pracę, choć z tym akurat różnie w Polsce bywa. W Polsce zwykle takich "mądrusiów" to często już nikt nie chce, bo uważa się, że mogliby człowieka wygryźć z pracy albo czort jeden wie, co nawyrabiać. Na szczęście świat się powoli zmienia i nawet nad Wisłę dociera świadomość, że doświadczenie i wiedza są nieocenione i trudno je zastąpić dobrymi chęciami.
Pomocy w wyjeździe na takiego postdoka najczęściej dostarcza opiekun pracy doktorskiej. Czasami jednak, gdy relacje oyabun-kobun nie są najlepsze, to nieopierzony doktor musi w tej sprawie radzić sobie sam i wtedy jest mu bardzo trudno znaleźć wspomniany staż naukowy. Nie jest to jednak niemożliwe, bo znam przypadki, gdy takie próby kończyły się powodzeniem, ale wymagało to niezwykłej determinacji szukającego, połączonej z wysłaniem ogromnej liczby podań (trzysta czy pięćset wysłanych aplikacji nie jest tu jakąś egzotyczną liczbą), które to wysyła się głównie przez internet, ale też przez zwykłą pocztę (zwaną tu w Ameryce potocznie snail mail). Sprawa wygląda dużo prościej, gdy ma się poparcie mentora, profesora, który był opiekunem pracy doktorskiej lub innego człowieka w jakiś sposób związanego z wykonaną pracą badawczą. Ludzie tacy mają zwykle dużo kontaktów w świecie nauki i z łatwością potrafią nawiązać dialog ze znajomymi po fachu i zaaranżować wyjazd dla swojego pupila. W moim przypadku sprawa odbyła się właśnie w ten sposób, chociaż nie obyło się bez pewnych perturbacji. Profesor Aniołek, który był opiekunem mojej pracy doktorskiej, próbował z początku zaaranżować mi wyjazd do profesora Bujnaka, mieszkającego w Dallas w Teksasie, a następnie do profesora Scotta Denmarka w stanie Ohio. W obu przypadkach do wyjazdu jednak nie doszło, a powody tego były różne: jeden z nich (Bujnak) był nieco niecierpliwy i chciał postdoka na staż od zaraz, a ja nie byłem jeszcze dostępny, bo guzdrałem się z obroną pracy doktorskiej; drugi natomiast nie miał pieniędzy, albo ochoty, na postdoka z Polski czy też na takiego nazywającego się Arkadiusz Kazimierski. Różnie to z tym bywa i trudno wyczuć, co takim mądrym ludkom chodzi po głowie. Taki zagraniczny profesor musi wystąpić o grant na badania naukowe i w ramach tego grantu otrzymuje pieniądze na opłacenie rocznego stażu dla postdoka. Procedura aplikowania o fundusze wyjaśnia również, dlaczego owe staże naukowe trwają zwykle rok. Po prostu w ramach takiego grantu naukowego pewna suma pieniędzy jest z góry przeznaczona na opłacenie rocznego stażu i cokolwiek by się działo, to tych pieniędzy nie może dla postdoka zabraknąć w czasie trwania kontraktu. Taki roczny staż naukowy może być potem przedłużony na kolejny rok w zależności od wzajemnych relacji między profesorem a postdokiem. Wspomniany grant to nic innego jak pewna suma pieniędzy, którą profesor dostaje na badania naukowe. To, czy profesor taki grant otrzyma, czy też nie, zależy od jakości podania, w którym nakreśla on, jakie badania chce przeprowadzić i jaki z tych badań będzie pożytek. Taka aplikacja jest następnie oceniana przez kilku znających się na rzeczy profesorów i jeśli oni rozpatrzą ją pozytywnie, to dochodzi do przyznania grantu finansowego. W przypadku zaradnego profesora aplikacja o grant zazwyczaj oceniana jest przez jego akademickich przyjaciół, a efekt jest raczej oczywisty i zgodny ze znaną tutaj zasadą: ty mi podrapiesz plecy, to i ja tobie podrapię, czyli quid pro quo. Niezbyt zaradny profesor musi liczyć na łut szczęścia, a szczęście, jak wiadomo, podobnie jak łaska pańska, na pstrym koniu jeździ. Z pieniędzy uzyskanych z grantu profesor może kupić potrzebny sprzęt laboratoryjny: szkło laboratoryjne, odczynniki chemiczne czy biologiczne, aparaturę badawczą, a także opłacić kogoś, kto tę pracę będzie wykonywał fizycznie, czyli takiego postdoka, jakim ja byłem. Czytelnik zapyta, jakiej wielkości są te granty? Suma zależy od projektu, ale granty, z którymi ja się spotkałem, opiewały na sumy od trzydziestu do dwustu tysięcy dolarów.
Wracając jednak do mojego przypadku; profesor Aniołek próbował mnie gdzieś wypchnąć, abym nie zawracał mu głowy. Nie udało się tu, nie udało się tam, więc pewnego dnia profesor Aniołek zapytał mnie, czy chciałbym pojechać na postdoka gdzieś do Europy. Choć w Ameryce nigdy wcześniej nie byłem, a i w Europie bywałem niewiele, to jednak przez skórę czułem, że Europa to nie mój styl, że to nie mój klimat i że mógłbym się w tej Europie udusić. W związku z tym naciskałem stanowczo na wyjazd do Ameryki, na co profesor Aniołek zaproponował mi wyjazd do profesora Puławianina, który swego czasu robił doktorat w naszym Instytucie Chemii Organicznej, a potem, tuż przed stanem wojennym, wyjechał do Stanów i tam się zasiedział. Z Ameryką wiązałem wtedy wielkie nadzieje na przyszły sukces życiowy, więc przyjąłem propozycję profesora Aniołka, myśląc, że w razie czego zawsze mogę przenieść się do innego profesora albo na inny uniwersytet. Łatwo było mi tak myśleć, zwłaszcza gdy spojrzałem na swoją ówczesną sytuację materialną; miałem już szczerze dość klepania biedy jako ubogi polski student. Tak naprawdę to niewiele wiedziałem o samej Ameryce i patrzyłem na nią przez różowe okulary. Może to i dobrze, bo gdybym wtedy za dużo o niej wiedział, to zastanowiłbym się dwa razy, zanim wybrałbym się w podróż. A tak to wskoczyłem do wielkiej wody, gdzie omal się nie utopiłem, ale koniec końców, nauczyłem się pływać i co najważniejsze - nauczyłem się pływać dobrze. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, które gdzieś tam się jeszcze czaiły, poszedłem do jednego z doktorów, doktora Świerka, który trzy lata wcześniej miał okazję spędzić rok na stażu u tegoż Puławianina i zapytałem go, co o tym wszystkim sądzi. Ten w odpowiedzi skrzywił się, machnął tylko ręką i pośpiesznie zmienił temat rozmowy. Najwidoczniej nie chciałem niczego zrozumieć z tego jakże znaczącego gestu. Na własne potrzeby próbowałem się przekonywać, że jemu to się nie udało, bo może z niego łajza, ale mnie to już na pewno się uda. Taki to butny i przemądrzały wtedy byłem; dokładnie taki, jak to opisał w jednej ze swoich książek Leszek Kołakowski, który całkiem słusznie zauważył, że człowiek, kiedy jest młody, to jest najmądrzejszy, a dopiero potem, wraz z wiekiem i doświadczeniem, stopniowo głupieje. Już mniej filozoficznie cały ten proces dorastania emocjonalnego do prawdziwego życia można przyrównać do opowieści o striptizie transwestyty: na początku jest ekscytująco i człowiek z niecierpliwością czeka na dalszą część, a potem okazuje się, że chuj z tego wychodzi.
Kontynuowałem więc to, co postanowiłem. Powysyłałem odpowiednie papiery, wyrobiłem sobie wizę do Stanów Zjednoczonych i pewnego kwietniowego dnia 2004 roku, zabierając ze sobą trzysta dolarów (których część pożyczyłem od teściowej) i małą walizkę z najlepszym sortem ciuchów, jakie wtedy posiadałem, opuściłem Polskę, zostawiając w niej żonę Kasię i pięcioletniego wówczas syna Krzysia, którzy to mieli do mnie wkrótce dołączyć, gdy już rozejrzę się po tej Ameryce i uwiję tam dla nich jakieś gniazdko.
Z Polski wyjechałem z zamiarem zostania w Ameryce nieco dłużej niż jeden rok, choć kontrakt dotyczący stażu naukowego mówił tylko o jednym roku pobytu i na tenże jeden rok wystawiona była wiza wjazdowa J-1 do Ameryki. Nie chcę powiedzieć, że w Polsce było mi źle, ale większość z nas, aby nie pogubić się w swojej sytuacji życiowej, robi sobie jakieś plany, których stara się trzymać, niczym wędrowiec trzyma się mapy i kompasu. Ja właśnie zdecydowałem, że wybiorę się za ocean i tam spróbuję swojego szczęścia. Nie znałem Ameryki i nie wiedziałem, z czym wyjazd do niej będzie się wiązał, ale takie właśnie plany poczyniłem na początku swej poedukacyjnej drogi życiowej. Choć, jak wspomniałem, o Ameryce niewiele wiedziałem, to podświadomie czułem, że to kraj, w którym będę czuł się dobrze. Europa raczej mnie irytowała, choć wtedy z trudem potrafiłbym powiedzieć dlaczego. Wtedy, i wciąż dzisiaj, Europa irytowała mnie panującymi w niej układami i nacjonalistycznym systemem, który preferuje "swoich" i na dodatek często biernych, miernych, ale wiernych. Może ze względu na postępujący socjalizm europejski i upadek wielu wartości. Może ze względu na wymóg posługiwania się językami obcymi, do których nigdy nie miałem talentu (nawet rosyjskiego nie potrafiłem się dobrze nauczyć, choć tłukli mi go do głowy przez osiem lat w szkole podstawowej, i jeszcze potem w szkole średniej), a może ze względu na swoją atmosferę pikniku, która przyczyniła się do późniejszego kryzysu ekonomicznego i która, jako taka, zawsze irytuje ludzi pracowitych, chcących coś w życiu osiągnąć. Niezależnie od priorytetu powodów, uważałem wtedy, że Europa to miejsce nie dla mnie i wyraźnie czułem to znamienne świerzbienie głowy na samą myśl o szukaniu swego miejsca w Europie; świerzbienie całkiem podobne do tego, które na swojej skórze odczuwa mała gżegżółka, gdy świeżo wyklute pisklę trzcinniczka ociera się o jej nieopierzony grzbiet. Podobnie jak ona wypycha z gniazda to biedne, prawowite pisklę, tak ja starałem się wyrzucić ze swych życiowych planów wszystkie myśli o Europie, która bądź co bądź powinna być mi bliska.
Sam przyjazd do Houston w Teksasie był dla mnie zarówno stresujący, jak i emocjonujący. Niemal wszystko było tu dla mnie nowe i nieco dziwne. Z trudem przywołuję pierwsze wrażenia, ale doskonale pamiętam tę inność powietrza, klimatu i dźwięków dochodzących wtedy do mnie. To nie tylko był inny kraj, ale przede wszystkim to była inna część obcego kraju. Teksas jest stanem, którego atmosfera ociera się o egzotykę, i z tego powodu nowe doznania, wynikające z faktu przyjazdu do samej Ameryki, nakładały się tutaj z wrażeniami związanymi z położeniem Teksasu w odmiennej strefie klimatycznej. Wilgotność powietrza zwalała mnie z nóg. Wilgotność ta połączona z wysoką temperaturą sprawiała, że czułem się tak, jak bym przebywał w saunie. Upał i ciężkie powietrze nie pozwalały zasnąć bez uprzedniego włączenia klimatyzacji, za której używanie płaciło się już dolarami, a nie złotówkami. Z tego też powodu klimatyzacja, zwłaszcza na początku mojego pobytu, zwykle miała dni wolne albo przydługawe wakacje.
Dziwne dla mnie były apartamenty, samochody, prysznice (te szczególnie mnie zadziwiały, bo czego się nie dotknąłem, to odkrycie), kontakty elektryczne, lampy, drzewa, znaki drogowe (nie dajcie się zwieść, że grafika tych znaków na całym świecie jest taka sama, bo jest tylko podobna) i ta funkcjonalność oraz praktyczność rzeczy, zrobionych jednocześnie z pewną solidnością. Tu powietrze inaczej się kołysze i do człowieka docierają inne zestawy dźwięków. Jeśli chodzi o te ostatnie, to najbardziej pamiętam skrzekot ptaków-straszydeł zwanych tutaj common grackle lub po polsku, korzystając z dobrodziejstw Wikipedii, wilgowronem mniejszym. Całe roje tych czarnych ptaszysk, wielkością prawie dorównujących polskim srokom, siedziały nieustraszenie na niskich drzewach, posadzonych dla ozdoby na parkingach supermarketów, lekceważąc zupełnie przechodzących obok klientów. Ptaki te nie tylko wydawały nieprzyjemny i skrzeczący głos, ale co gorsza, były wręcz wstrętne i jakby zupełnie pozbawione proporcji. Najbardziej drażnił mnie ich odstający i nieforemny ogon oraz ich nieustanne łażenie za mną, gdy szedłem z zakupami, zmierzając do samochodu. Z początku myślałem, że te ptaszyska zamieszkują tylko ciepłe tereny Teksasu, ale nieco później się zorientowałem, że ich zasięg występowania sięga okolic Nowego Jorku.
W Teksasie najbardziej uderzyło mnie poczucie przestrzeni. Dla przybysza z Polski szczególnie szokujące były szerokie, wielopasmowe drogi. Przestrzeń dotyczyła jednak nie tylko ulic, ale wręcz wszystkiego: parkingów, które były niemal zawsze duże lub wręcz kolosalne; krajobrazu, gdzie ogromne obszary tylko z rzadka upstrzone były prywatnymi domami; prywatnych posesji, których właściciele, korzystając z wielkości stanu, nie żałowali sobie terenu na swoje jestestwo. Wrażenie przestrzeni potęgowane było płaskością terenu, bo okolice Houston są płaskie niczym stół. W Teksasie nawet księżyc zadziwiał swoim położeniem, bo tutaj, inaczej niż w Polsce, leży on sobie na brzuchu i kołysze się niczym miska z wodą, potrącona nieuważną nogą domownika. Tutejsze słupy elektryczne wymagają chwili refleksji, bo czegoś takiego nigdy w Polsce nie widziałem. Przypominają raczej te, które widziałem kiedyś na głębokiej Ukrainie; te słupy to nic innego jak ścięte i pozbawione gałęzi drzewa sosnowe, które ktoś niestarannie wkopał w ziemię niczym uczniak, który wtyka zapałki w plastelinę na lekcjach plastyki. Zrobione są z nieobrobionego drewna, nasyconego środkiem przeciwgrzybicznym.
Wygląd przeciętnej amerykańskiej ulicy z wszechobecnymi kablami wiszącymi nad drogą (fot. A. Kazimierski)
Na słupach tych ktoś niedbale pozawieszał kosze na śmieci, które po chwili zadumy okazują się transformatorami, o czym świadczą rury chłodnic, wystające z tych wiszących wysoko pojemników. Pomiędzy słupami rozwieszono niezdarnie gumowane kable, na których z kolei wisi wszystko, co można przyczepić, a więc znaki drogowe, tablice z nazwami ulic, czy w końcu sygnalizatory świetlne. Aż dziw bierze, że ten system w ogóle działa, zważywszy na fakt, że cała ta drogowa armada kołysze się złowrogo przy najmniejszym podmuchu wiatru.
Ale najdziwniejsi tutaj są ludzie, a w szczególności niedawno przybyli Polacy, którzy jeszcze nie do końca pozbyli się polskich kompleksów, a już pełną gębą próbowali udawać Amerykanów i to na dodatek dobrze sytuowanych. Efekt tej zawiłej kombinacji zawsze był i jest żałosny i komiczny zarazem. Do tego niechlubnego grona i siebie musiałem niewątpliwie zaliczyć, zanim się nie połapałem, o co w tej Ameryce tak naprawdę chodzi.
Do napisania tej książki zabierałem się przez kilka lat, a sama idea pojawiła się już kilka miesięcy po moim przyjeździe do Stanów Zjednoczonych, kiedy to lawina nowych doświadczeń i cały ten szok kulturowy spłynęły na mnie z takim natężeniem, że w naturalny sposób pojawiła się myśl o podzieleniu się tym wszystkim z polskim Czytelnikiem, który wciąż wydaje się głodny wieści z Ameryki. Na początku wiedziałem tylko, że chciałbym "coś" o tej Ameryce napisać, ale nie miałem większego pojęcia jak to "coś" ma wyglądać i jak się do tego wszystkiego zabrać. Wkrótce to "coś" nabazgroliłem, w tajemnicy przed żoną i światem, ale szybko doszedłem do wniosku, że stworzyłem nie do końca to, co zamierzałem stworzyć i w związku z tą konkluzją odłożyłem całą historię ad acta i niemal zapomniałem o tym incydencie z mojego życia, który można by nazwać próbą pisarską. Mijały miesiące, a potem lata, i moje zapiski świętowały czwartą rocznicę swoich narodzin. Wiele wskazywało na to, że dożyją w tym niezmienionym stanie późnej starości, a potem umrą śmiercią naturalną, wyrzucone gdzieś na śmietnik podczas wiosennych porządków w domowym biurze. Wtedy to jednak porcja nowych i niezwykle intensywnych doświadczeń życiowych dała mi impuls do odkopania starych zapisków i stworzenia na ich bazie czegoś bardziej przemyślanego i dojrzałego. W wolnych chwilach powracałem więc myślami do koncepcji tej książki i formowałem ją w głowie na nowo. Trwało to całymi tygodniami, a potem miesiącami, aż uległem złudzie, że każdy szczegół tej książki mam już w głowie, że wszystko już przemyślałem i dopracowałem. Wtedy to, po niemal pięciu latach pobytu w Stanach Zjednoczonych, korzystając z historycznej w moim imigracyjnym życiu stabilizacji, usiadłem i zacząłem przelewać swoje myśli na papier, powoli, acz wytrwale, zgodnie z regułą chińskich mędrców, według której nawet stumilowa podróż zaczyna się od jednego zwykłego kroku. Dla mnie ta literacka podróż niewątpliwie była podróżą stumilową, podróżą pełną niepewności i czasami zwykłego zwątpienia, bo proces pisania tej książki był niezwykle wolny. Pracowałem wtedy pięć dni w tygodniu, niemal od rana do wieczora, a niedziele i święta rezerwowałem zwykle dla rodziny. Trudno w takich warunkach oddać się pasji pisania i dużo łatwiej można mówić o procesie wyszarpywania drobin czasu na tego typu ekscentrycznego bzika. I tak oto, podczas dłuższych weekendów, świąt, w części krótkiego urlopu, moje stare baje przeżywały swoją drugą młodość i stawały się nowymi i coraz tłuściejszymi bajami, aż w końcu powstała książka o tym dziwnym tytule, wypełniona moimi dziwnymi przygodami. Ten długi czas, który poświęciłem na pisanie, przyniósł jednak trochę pożytku, bo pozwolił mi na wiele przemyśleń i zmian w trakcie pisania. Nie byłyby one możliwe, gdybym tę książkę napisał za jednym zamachem. Z drugiej jednak strony, ten wydłużony czas prowadził do pewnych niekonsekwencji w utrzymaniu jednolitego nastroju narracji. Działo się tak, ponieważ niektóre fragmenty tej książki pisałem w stanie euforii, inne w przygnębieniu, jeszcze inne w czasie, gdy życie nudziło swoją prozą. Te zmiany atmosfer, choć zniwelowane w procesie doszlifowywania książki, uważny Czytelnik z pewnością wyłapie w tekście. Jednak dla kogoś, kto nie czyta książek na wyścigi, fluktuacje mojego nastroju rozmyją się z naturalnymi zmianami nastroju Czytelnika i wierzę, że dodadzą barwy całej historii, którą zamierzam tu opowiedzieć.
Ryszard Kapuściński powiedział kiedyś, że dobrą książkę pisze się kilka lat. Tę książkę pisałem około czterech lat, a więc jeśli mogę się czymś pocieszyć, to tym, że historia ta spełnia kryterium Kapuścińskiego na dobrą książkę. Ale czy taka będzie? Na to pytanie Czytelnik musi już sam sobie odpowiedzieć, choć wierzę, że książka będzie niezwykle ciekawa. Treścią książki, jej swoistym szkieletem, są moje perypetie w Ameryce - moje przeżycia, wrażenia, obserwacje, emocje, ze szczególnym uwzględnieniem tych, których zdecydowanie nigdy wcześniej nie doświadczyłem, mieszkając w Polsce, i których objawienie jest związane tylko i wyłącznie ze specyfiką kraju, do którego miliony Polaków jeszcze nie tak dawno wzdychały miłością nie w pełni odwzajemnioną. Zdawałem sobie jednak sprawę, że zbytnie skupienie się na sobie i własnych przygodach może wydać się Czytelnikowi nieco irytujące i dlatego "odciążyłem" książkę wprowadzając wiele dygresji, komentarzy, uwag i anegdot. Wszystkie te pomocnicze elementy są jednak ściśle związane z przygodami, które były moim udziałem, i nie ma wątpliwości, że stanowią one nie tylko doskonałe uzupełnienie książki, ale często tworzą niezależne i intrygujące opowieści, mogące stanowić osobne opowiadania czy być wręcz zaczynem nowych książek.
Jest to książka dla tych, którzy chcieliby się czegoś dowiedzieć o życiu w Ameryce z perspektywy człowieka, który przyjechał tutaj z jedną walizką i trzystoma dolarami w kieszeni (więc aż tak źle nie zaczynałem); z perspektywy kogoś, kto tu musiał ułożyć sobie życie, wyszarpać dobrą pracę, kawałek własnej przestrzeni i walczyć z wszelkimi przeciwnościami losu oraz z tak zwanym czynnikiem ludzkim. Jest to w końcu książka dla ludzi, którzy chcą poznać Amerykę bez mitów, taką, jaka ona rzeczywiście jest. Na kwestię tę zwróciłem szczególną uwagę po mojej wizycie w Polsce w 2009 roku, gdzie poraziła mnie skala mitologizacji Ameryki. Rozmawiając z moimi przyjaciółmi czy znajomymi, zacząłem się nawet zastanawiać, czy aby na pewno rozmawiamy o tym samym kraju, z którego właśnie przyjechałem. Wtedy jednak nie próbowałem podejmować się zadania obalania mitów, bo miałem cichą nadzieje, że dokonam tego w tej książce. Pewien element subiektywizmu w moich opisach jest nieunikniony, ale mogę zapewnić, że opisałem tu rzeczy, z którymi miałem kontakt i o których istocie wiem na pewno. Jeśli jakaś opowieść została zasłyszana lub czegoś nie byłem absolutnie pewien, to fakt ten wyraźnie podkreśliłem.
O czym dokładnie chcę Czytelnikowi opowiedzieć? Otóż chcę opowiedzieć o tym, w jaki sposób ten amerykański świat się kręci i jakie panują w nim reguły. Jest to książka o Ameryce, o życiu w niej z punktu widzenia imigranta, człowieka pochodzącego z byłego bloku socjalistycznego, który, na dodatek, przez długi czas mocno wierzył, że skoro Polska zmieniła ustrój z socjalistycznego na kapitalistyczny, to on na pewno żyje w kapitalizmie. Jest to książka o emocjach, których w Ameryce mi nie zabrakło. Jest to też książka o mnie samym, o moich rozterkach, życiowych przełajach i trudach, jakich doświadczyłem jako imigrant w tym kraju. Każdy imigrant, po przyjeździe do obcego kraju, przechodzi przez pewien schemat imigracyjnej rzeczywistości, więc moje losy są tylko przykładem, bardziej lub mniej podobnym do losów tysięcy Polaków przyjeżdżających, do niedawna dość licznie, do Ameryki. Jest to w końcu książka o różnicach pomiędzy krajami, o tym, co powoduje, że jeden kraj jest bogaty, a drugi nie może związać końca z końcem. Na ten temat napisano całe tomy i nie było moim zamiarem powtarzanie tego wszystkiego od początku, ale zwróciłem uwagę na kilka spraw z nim związanych. Nie było też moim celem napisanie poradnika dla przyjezdnych - zdecydowanie od tego stroniłem, niemniej jednak wiele informacji, na które Czytelnik się natknie, przedzierając się przez lekturę tej książki, może być bardzo użytecznych, a często wręcz trudnych do znalezienia w innych źródłach.
Czytelnik zapyta zapewne, w jaki sposób potrafiłem zapamiętać tyle informacji, które często z dużą precyzją przytaczam w tej książce, oraz zapamiętać tak wiele zdarzeń, do których doszło parę lat temu. Sekret jest banalny i kryje się w korzystaniu z notatek, które dość skrupulatnie prowadziłem niemal od dnia mojego przyjazdu do Ameryki. Początkowo były to mniej lub bardziej regularne zapiski, informacje i komentarze, które miały mi służyć jako baza informacji do szybkiego wglądu. Dopiero potem te zapiski przekształcały się stopniowo w bardziej refleksyjne wywody opatrzone obszerniejszymi komentarzami.
To dziwne, ale najwięcej różnic między krajami można uchwycić zaraz po przyjeździe do Stanów, a pierwsze dwa lub cztery miesiące uważam za kluczowe w tym procesie. Po kilku latach spędzonych w Ameryce złapałem się na tym, że już nie potrafię wyrażać sądów o tym kraju, bo to, co mnie otacza, stanowi moją rzeczywistość i trudno mi obecnie znaleźć taki punkt odniesienia, jakim była moja Polska, którą wtedy niewdzięcznie opuściłem.
Ale ad rem - jak zwykł mawiać jeden z warszawskich profesorów chemii organicznej, gdy zaczynał tracić cierpliwość. Przy pisaniu tej książki napociłem się co niemiara i jakkolwiek to nic nie znaczy, to mam nadzieję, że ów wysiłek nie pójdzie na marne. Ostateczny osąd zostawiam jednak temu, który właśnie zaczyna wertować karty tej książki.