Rozdział 4
Chatka Górzystów
Edytę obudziły oślepiające promienie słońca wpadające do sypialni przez niewielkie okno przysłonięte lichą firanką. Natychmiast przypomniała sobie tę ciemną istotę, która wyskoczyła z kominka. I wówczas, w świetle dnia, znalazła rozwiązanie. To wiatr musiał dmuchnąć w komin i wywiał kłąb sadzy, a ona w swojej bujnej wyobraźni dopatrzyła się zarysu postaci.
Zerwała się z łóżka i spojrzała na męża. Leżał rozwalony na wznak, z rękoma pod głową. "Tak sypiają ludzie niezwykle pewni siebie, mający ciągotki do sprawowania władzy, najczęściej zodiakalne Lwy", przypomniały jej się jakieś fragmenty podręcznika z psychologii snów, czytanego jeszcze za czasów studiów. Podeszła do okna, odsunęła firankę i... zamarła z wrażenia. Przez wieczór i noc napadało tyle śniegu, że niemal sięgał parapetu. Otworzyła okno i nabrała pełne garście białego puchu. Ulepiła solidną kulkę i nie zastanowiwszy się nad konsekwencjami swego czynu, cisnęła prosto w twarz pochrapującego męża. Wrzasnął tak głośno, że Edyta podskoczyła i pisnęła ze strachu. Dopiero teraz do niej dotarło, na co się odważyła. Maks usiadł na łóżku, z twarzą pokrytą białą papką niczym pianą do golenia. Śnieg, topiąc się pod wpływem ciepła jego ciała, spływał wolno w dół i spadał kawałkami na pościel. Maks spojrzał na Edytę z wściekłością. Stała z rękoma przy twarzy, z której wyzierały jej przestraszone, ogromne kocie oczy. Spodnie od ciepłej flanelowej piżamy, za dużej o cały rozmiar, pociesznie zrolowały się na bosych stopach o malutkich czerwonych paznokciach, a bluza wisiała na jej drobnych ramionach, jakby ją zdarła z grzbietu starszego brata. Zagubiona sierota, kompletna niedojda, a mimo to emanująca seksapilem na odległość. Kątem oka ujrzał oślepiającą biel śniegu, a do jego nozdrzy dotarł odurzający zapach ozonu wyzwolonego przez promienie słońca z czystego jak łzy aniołów białego puchu. Mężczyzna zerwał się z łóżka, jednym skokiem dopadł Edyty, chwycił ją za nadgarstki i odsunął dłonie od twarzy. Wielkie oczy, rozchylone, wilgotne usta, przyśpieszony oddech i zapach jej ciepłego ciała momentalnie poruszyły jego serce. Falą powróciły wspomnienia dawnego uczucia, którym ją kiedyś darzył. Popchnął ją na łóżko i jednym ruchem zdarł z niej tę śmieszną, za dużą męską piżamę z grubej flaneli. Sutki drobnych piersi zalśniły czerwienią w promieniach słońca i stanęły na sztorc muskane ustami Maksa. Nawet nie czuli chłodu ciągnącego od uchylonego okna. Zdawał się im wcale nie przeszkadzać, gdy łakomie przylgnęli do siebie nagimi ciałami. Edyta nie pamiętała, kiedy ostatni raz było jej tak dobrze. Pełne zespolenie, jak za dawnych, dobrych czasów. "Chyba powinnam zawsze go budzić, nacierając mu śniegiem twarz", pomyślała rozanielona, gdy było już po wszystkim i Maks goły niczym święty turecki podszedł do okna. Nie zdążyła się podnieść z łóżka, gdy lodowata kulka śniegu wylądowała na jej nagim, rozgrzanym niedawnymi pieszczotami brzuchu. Nie kazała mężowi długo czekać na rewanż. Świecąc gołą pupą, dopadła okna i ulepiła śnieżną gałkę. Maks usiłował skryć się za łóżkiem, ale bezskutecznie. Oberwał po gołych plecach. Rechocząc głośno, rzucił się do okna, aby nabrać pełne garście białego puchu, zanim Edyta go ubiegnie.
- Co się tutaj wyprawia!? - zawołała Dorota, wpadając bez pukania do ich sypialni, zwabiona potwornymi wrzaskami i chichotem z piekła rodem.
Na widok nagiej pary kipiącej na kilometr seksem i bawiącej się śniegiem w ramach wyrafinowanej gry wstępnej cofnęła się niepewnie. Błyskawicznie do niej dotarło, że coś ważnego między nimi przed chwilą zaszło i są na najlepszej drodze, aby się odnaleźć i odzyskać to, co wydawało się utracone. Z wściekłością zatrzasnęła drzwi tak mocno, że o mało nie wyleciały z ościeżnicy.
Maks momentalnie oprzytomniał i przestał rechotać, cisnął w Edytę bluzą od piżamy i zamknął okno.
- Ubierz się, idiotko, bo się przeziębisz - warknął, wkładając błyskawicznie spodnie i sweter. Wypadł z sypialni jak oparzony. Wyszedł na kłamcę, bo nie dalej jak wczoraj wmawiał Dorocie, że z żoną od dawna już nic go nie łączy, a tym bardziej łóżko.
Gdy Edyta ubrana w cieplutki dres weszła do izby, w kominku już płonął żywy ogień, a blacha kuchennego pieca buchała czerwonym żarem. Dorota, zwinięta w kłębek w fotelu przed kominkiem, udawała, że czyta gazetę. Pusty wzrok zawiesiła jednak na ogniu buzującym w kominku. Maks nerwowymi ruchami szperał po wszystkich półkach.
- Nie widziałaś mojego noża? Tego nowego... - dodał, widząc zaskoczenie malujące się na twarzy Edyty. - Jeszcze wczoraj wieczorem leżał na półce z talerzami...
- Nie mam pojęcia... - odparła po chwili. Przyszło jej na myśl, że zbyt dużo przedmiotów ulatniało się w tajemniczych okolicznościach jak na taką małą chałupę. - Może wyniosłeś do drewutni...
Maks wyszedł bez słowa, trzaskając drzwiami, a Edyta, nucąc kolędy, zabrała się do nakrywania do stołu. Pod powiekami skryła czułe pocałunki męża sprzed kilku minut. Pomyślała, że może jeszcze nie wszystko stracone, że może da się to jakoś posklejać, że nie oni jedni mają takie problemy, że może Patryk ma rację, a ona jest zbyt zasadnicza i też niedzisiejsza. Pełna nadziei na przyszłość, przypomniała sobie, że przecież przywiozła ze sobą radyjko tranzystorowe na baterie. Wyciągnęła je z torby i ustawiła na belce nad kominkiem. Kręciła potencjometrem w lewo i w prawo, szukając odpowiedniej na dziś stacji. W końcu znalazła coś pasującego.
Dorota po chwili z ostentacyjnym ziewaniem uniosła się z fotela, wyrywając Edytę z jej wspomnień, i nadal naburmuszona pomagała milcząco nakrywać do stołu. Maks z jakąś dziwaczną drewnianą szuflą w rękach odgarniał śnieg sprzed drzwi i drążył tunel do wygódki i drewutni.
Wrócił do chaty utytłany w śniegu jak prawdziwy bałwan. Brakowało mu tylko marchewkowego nosa, choć ten własny też miał od mrozu czerwony. Edyta parsknęła śmiechem na jego widok i podbiegła, aby otrzepać z męża biały puch. Czując na sobie pełne kpiny spojrzenie Doroty, Maks odsunął żonę z niechęcią. Do jego uszu dotarła melodia kolędy. Błyskawicznie zlokalizował jej źródło. Dopadł radyjka i wyszarpnął z jego wnętrza baterie. Wylądowały w kuble na śmieci. "To nieekologicznie..." - przemknęło Edycie przez głowę. Ot taka idiotyczna, nie na miejscu myśl.
- Prosiłem, abyś nie zabierała tej szczekaczki. Nie życzę sobie kłótni polityków przy Bożym święcie - warknął, siadając za stołem.
Zapadła grobowa cisza. Smak słodkiego orgazmu sprzed godziny odbił się Edycie czkawką. "Nigdy więcej, nigdy więcej...", złożyła sobie milczącą świąteczną obietnicę.
- Gdzie ten twój Patryk? - spytał Maks, nie zwracając nawet uwagi na nagle pobladłą twarz żony. Wspomnienie uczucia, którym ją darzył, już się ulotniło wraz z dymem wypalonego w drewutni jointa.
Pełen samozadowolenia zabierał się do śniadania. Czuł się jak prawdziwy samiec. Przeleciał szwagierkę i żonę w odstępie kilku godzin. Zaskoczyło go, że z żoną było mu lepiej. Dorota okazała się zimna jak ryba w galarecie, którą przywiozła na Wigilię. Być może było tak za sprawą miejsca, w którym się kochali. W końcu wyziębiona, pełna szpar drewutnia zupełnie się nie nadawała na rozbieraną randkę.
- Taki sam on mój, jak i twój - odburknęła Dorota i z nadętą miną upiła łyczek kawy z mlekiem.
- Okej. - Maks kiwnął głową i pociągnął nosem. - Niech będzie nasz - zgodził się z uśmiechem, smarując pajdę chleba masłem. Było zmrożone na kość, czego wyjątkowo nie lubił, ale miał zbyt dobry humor, aby zwracać żonie uwagę, że w porę nie wniosła smarowidła do chaty. - To gdzie jest ten nasz Patryk? - powtórzył pytanie z pełnymi ustami.
- Wyjechał - odparła ze stoickim spokojem Dorota i uniosła do ust filiżankę.
- Jak to, kurwa, wyjechał?! - wrzasnął Maks, plując drobinkami pieczywa, i zerwał się z ławy.
Pognał jak wicher do sypialni brata. Z impetem otworzył drzwi. Ujrzał rozbebeszone łóżko, skotłowane ciuchy szwagierki na półkach piwnicznego regału, kilka par butów leżących w bezładzie pod ścianą, tonę kosmetyków na stoliku stojącym w kącie niewielkiego pokoju. Patryka w nim nie było. Na zewnątrz z całą pewnością też nie. Zostawiłby jakieś ślady, gdyby udało mu się dobrnąć po pas w śniegu do wygódki.
- Dlaczego wyjechał? - Rzucił Dorocie wściekłe spojrzenie, siadając z powrotem za stołem. - I jak wyjechał? Na piechotę poszedł? Przecież auto stoi...
- Nie mów, że nie słyszałeś wczorajszej awantury. - Wzruszyła ramionami i flegmatycznie odgarnęła grzywkę wciąż wpadającą jej do oczu. - Obraził się na wszystkich śmiertelnie, spakował plecak i sobie poszedł. - Upiła kolejny łyk kawy, jak gdyby nigdy nic. Ogarnął ją tak duży żal do Maksa, że nie miała nawet ochoty na parówki, za którymi przepadała. Poczuła się przez niego zdradzona i oszukana. Z nią nie baraszkował jak z Edytą. Kiedy spotkali się w drewutni, przewiesił ją przez pień do rąbania drewna, zdarł z niej spodnie i zerżnął, jakby nie była kobietą, lecz klockiem. Ledwie zaczął, a już skończył. I wyszedł bez słowa, bo ktoś się kręcił po podwórku.
Maks spojrzał na szwagierkę jak na zjawę z obcego uniwersum.
- W nocy wyszedł? Chyba żartujesz? - spytał kompletnie wytrącony z równowagi. -Przecież do Świeradowa będzie ze dwadzieścia kilometrów! - Denerwował się bardziej z lęku o brata niż ze złości, że został sam z babami.
- Obraził się na mnie, nawet nie wiem, z jakiego powodu, i postanowił resztę świąt spędzić w jakiejś Chatce Górzystów czy czymś w tym rodzaju - bąknęła beznamiętnie, jakby miała gdzieś cały świat z mężem na czele. - Ponoć to tylko godzina drogi.
- Aha. - Maks odetchnął z ulgą. Zdążył już przywyknąć do odwiecznych awantur między tą parą i nie traktował tych kłótni ani rozstań na poważnie. - To rzeczywiście niedaleko. Tam można zanocować i coś zjeść - zamruczał zadowolony z takiego obrotu sprawy. - Zaraz po śniadaniu przypniemy narty i pojedziemy po niego - oznajmił już całkiem spokojny o los brata i sięgnął po parówki stygnące na półmisku. Nałożył łyżeczkę musztardy i wbił widelec, aż sok prysnął.
Edyta jednak nie podzielała jego spokoju. Śnieg przecież sypał już pod wieczór. Nawet jeżeli Patryk wyszedł zaraz po awanturze, to śnieżyca dopadła go po drodze. Mógł zgubić szlak. Latarkę w takich warunkach można o kant dupy rozbić. Śnieg wciska się do oczu, oślepia, zmusza do pochylenia głowy. Wirujące płatki są gorsze od mgły. Jeżeli nie zdołał dotrzeć do schroniska, to zamarzł po drodze. Choć termometru na zewnątrz chaty nie było, w powietrzu czuło się panujący na dworze trzaskający mróz, a w nocy musiało być jeszcze zimniej. Nie bez przyczyny na tę okolicę mówiono "mała Syberia". Edyta wstała od stołu i z trudem panując nad łzami cisnącymi się jej do oczu, wykrzyczała nieco piskliwym głosem:
- Was chyba całkiem rozum opuścił! Ja nie mam zamiaru napychać sobie kiszek, podczas gdy Patryk być może czeka na naszą pomoc, leżąc zamarznięty pod drzewem! - Cisnęła na stół nóż i kromkę chleba, którą właśnie smarowała, aż kawałki masła prysnęły na Dorotę, i zdecydowanym krokiem pomaszerowała do sypialni.
Błyskawicznie włożyła ocieplone spodnie, gruby polar i puchówkę. Do plecaka wrzuciła metalową piersiówkę z koniakiem i tabliczkę czekolady. Wytargała ze schowka swoje śladówki wraz z kijkami i usiadła na ławie, aby wzuć buty. Maks rzucił jej pełne uznania spojrzenie i zniknął za drzwiami sypialni. Gdy wkładał strój do jazdy na nartach, coś się poruszyło pod łóżkiem.
- Patryk? - spytał, czując ogarniającą go radość. Zajrzał pod spód, licząc, że brat jak za dziecięcych lat tam się schował, aby wszystkim napędzić strachu. - Co ty wyprawiasz?
Pod łóżkiem znalazł jednak tylko swoje buty. Patryka z całą pewnością tam nie było. Maks już chciał się podnieść z klęczek, gdy dotarło do niego głuche warczenie.
- Kurwa... - syknął. - Co za licho?
Raz jeszcze rzucił okiem pod łóżko. Dopiero wówczas zauważył szeroko rozlaną, czarną plamę. Przypominała tusz, który wylał się z butelki. Miał pewność, że wcześniej jej tam nie było. Dotknął palcem, a plama skurczyła się i zniknęła. Maks natychmiast pożałował wypalonego z samego rana skręta z marihuaną. "Znowu mam halucynacje, pieprzone halucynacje", przemknęło mu przez myśl. Otarł rękawem krople potu, który nagle zwilżyły mu czoło, i czując tłukące się w piersiach serce, pośpiesznie wkładał buty do jazdy na nartach.
Gdy wrócił do izby z kominkiem, Dorota nadal siedziała na ławie, jakby ją ktoś przyspawał. Sączyła resztki kawy i tępo spoglądała za okno. Nie zjadła nawet kawałeczka chleba, co było do niej niepodobne. Całym swoim jestestwem manifestowała, że ich poczynania jej nie dotyczą, że ona jest ponad to całe zamieszanie. Maks z zaciśniętymi pięściami, jakby miał zamiar przyłożyć szwagierce, postąpił krok w jej stronę.
- Rusz to swoje opasłe dupsko i włóż coś - warknął, wskazując ręką drzwi do jej sypialni. - Chyba że masz zamiar wyjść na poszukiwania męża w tym dresiku? - spytał kpiąco. Z ciemnych zakamarków duszy dotarła do niego nieprzyjemna myśl, że Patryk dowiedział się o zdradzie, stąd ta cała awantura, i poczuł coś na kształt wyrzutów sumienia. Zaślepiony pożądaniem, nie wziął pod uwagę ani uczuć żony, ani brata.
- Nie mam zamiaru nigdzie wychodzić i szukać kogoś, z kim się rozwodzę... - odparła przez zaciśnięte szczęki.
Z wyrazu jej twarzy Edyta nie potrafiła wywnioskować, czy była tak wściekła, czy miała zamiar się poryczeć. Spojrzała na męża, ale umknął wzrokiem gdzieś w bok. Jak błyskawica przemknęło jej przez głowę: "Kacza dupa, niedobrze. Zdjęcia z mojego aparatu. Patryk musiał je zobaczyć, dlatego była ta awantura, dlatego wyszedł po nocy. Z rozpaczy".
- Nie pieprz głupot, bo nie pora... - syknął Maks. Chwycił Dorotę za ramię jak w kleszcze i zawlókł do sypialni. - Masz być gotowa za pięć minut! - rozkazał tonem niewróżącym niczego dobrego i wepchnął ją do pokoju.
Kilka minut później, stojąc przed gajówką z nartami przypiętymi do nóg, z mapą w ręce, wyznaczył kierunek jazdy. Zaaferowani nie zwracali uwagi na mróz szczypiący policzki i wyciskający łzy z oczu. Rozglądanie się za śladami Patryka nie miało najmniejszego sensu. Jak okiem sięgnąć rozciągała się biała zimna pustynia. Żadnego śladu człowieka. Kilkanaście metrów dalej ściana lasu z drzewami opatulonymi białym puchem. Nad nimi rozpościerał się czysty błękit nieba, a jasne promienie słońca, odbijające się milionami iskier od każdego płatka śniegu, raziły w oczy do łez, wtórując mrozowi. Jak na rozkaz włożyli gogle.
- Jedziemy w dół. - Maks wskazał ręką kierunek. - Jeżeli nie zgubimy krzyżówki, to pojedziemy Białą Drogą do żółtego szlaku. Mam nadzieję, że śnieg nie zalepił znaków na drzewach... - zamruczał pod nosem, bardziej do siebie niż do dziewczyn.
Edyta wyczuła w jego głosie lęk i w skrytości ducha przyznała mu rację. To, co zrobił Patryk, to nie były żarty ani pogróżki rzucane na wiatr w przypływie złości. Ten krok mógł go kosztować życie. Maks ruszył pierwszy, za nim Edyta, na końcu Dorota. Zanim wyszła z chaty, zdążyła pokryć tuszem rzęsy, nałożyć odrobinę różu na pełne policzki i pomalować usta czerwoną pomadką. Bez makijażu czuła się naga. Edyta nadal była sauté, w tym momencie nie przeszkadzały jej jednak jasne rzęsy ani blade jak kartka papieru policzki. Już po chwili mróz i wiatr wyszczypały je do czerwoności.
Sunęli po lekkiej pochyłości w dół. Rajski krajobraz wokoło, a w sercach piekło. Edyta rozglądała się uważnie, aż do łez, ale nie dostrzegła najmniejszego śladu, który mógł zostawić Patryk. Trochę znali te okolice z letnich wypraw rowerowych i dzięki temu bez specjalnego trudu zlokalizowali skręt do żółtego szlaku. Teren stał się płaski jak stół, zmuszał do solidnego odpychania się kijkami, aby dodać sobie szybkości. Lęk o Patryka wypełniał Edytę całą i nie pozwalał na żadne optymistyczne myśli. Pod jej powieki uparcie powracał jeden obraz - trup Patryka siedzącego pod jakimś drzewem, z upiornie bladą twarzą i brwiami obsypanymi śniegiem jak mąką. Po dwóch godzinach morderczej jazdy ujrzeli z daleka siwą smużkę dymu unoszącą się z komina Chatki Górzystów. Choć droga zaczęła się wznosić, Maks przyśpieszył. Dorota jęczała gdzieś daleko w tyle. Ani on, ani Edyta nawet się za nią nie oglądali. Wyjątkowo oboje byli zgodni co do jednego. Nie miała prawa pozwolić Patrykowi na opuszczenie chaty w środku nocy podczas śnieżycy. Przyczyny awantury schodziły w tym wypadku na drugi plan. Powinna ich była obudzić i poprosić o pomoc. Posłała męża na niechybną śmierć. Chyba że o to jej chodziło - taka myśl podstępnie zalęgła się w głowie Edyty. Odgoniła ją głośnym chrząknięciem.
Maks pierwszy dopadł drzwi schroniska. Tuż za nim Edyta, której mokra od potu grzywka lepiła się do czoła. Oddychała szybko, z trudem łapiąc powietrze. Dopiero po chwili do chaty dotarła Dorota. Wewnątrz schroniska panował niemiłosierny żar albo tak im się zdawało po mroźnym powietrzu na zewnątrz. W głównej sali nie zastali nikogo. Szerokie drewniane stoły, przy nich ławy i krzesła, w kącie ogromna prawdziwa choinka przystrojona kolorowymi bombkami, cukierkami w błyszczących papierkach i czerwonymi łańcuchami. We wnętrzu obłożonego kaflami kominka buzował ogień. Zdezorientowani rozglądali się po kątach w poszukiwaniu Patryka, gdy weszła gospodyni. Młoda, postawna kobieta o rumianych policzkach. W ciepłych wełnianych spodniach i grubym swetrze z golfem wyglądała jak turystka. Krótkie ciemne włosy bujną grzywą spadały jej na czoło. Uśmiechnęła się życzliwie, choć w jej szarych oczach Edyta dostrzegła nutę zdziwienia. Któż w pierwszy dzień świąt o tak wczesnej porze włóczy się po górach? W taki mróz na dodatek.
- Witam miłych gości! - zawołała i gestem wskazała jeden ze stołów. - Siadajcie! Podać jajecznicę z majerankiem czy naleśniki z dżemem jagodowym? - Wodziła pytającym spojrzeniem po ich twarzach z niepewnymi minami. Już się domyśliła, że mieli w zanadrzu jakąś niespodziankę, i to z gatunku tych przykrych.
- Szukamy mojego brata - wyjaśnił Maks, jednym ruchem ręki ściągając z głowy czapkę. Mokre od potu włosy oblepiły mu czoło i kark. - Powiedział, że idzie do was... Wczoraj, późnym wieczorem... W zasadzie w nocy... - Gorzka prawda z trudem przecisnęła mu się przez gardło.
Uśmiech na twarzy kobiety momentalnie zgasł. Zbyt wiele lat spędziła w tej okolicy, aby zbagatelizować takie zdanie, że ktoś wędrował po górach, zwłaszcza podczas śnieżycy i do tego w nocy, i nie dotarł na miejsce przeznaczenia. Mogła być tylko jedna przyczyna - zabłądził i zamarzł.