Pułapka na motyle - D. Arex

Reflow text when sidebars are open.
Florencja, Włochy - dwa lata wcześniej
To były moje trzydzieste piąte urodziny. Świat na chwilę się zatrzymał, wszystko przestało boleć. Z Wiką śmiałyśmy się głośno, popijając moje ukochane prosecco w małej zatłoczonej knajpce, w samym sercu Florencji. Girlandy świateł odbijały się w kieliszkach, a muzyka sączyła się gdzieś z głośników nad naszymi głowami. Przez chwilę wszystko wydawało się idealne. Nowy początek był na wyciągnięcie ręki. Wtedy przyszła wiadomość.
Telefon zawibrował w mojej torebce - najpierw zignorowałam dźwięk, następnie pomyślałam, że być może to kolejne nic nieznaczące życzenia, które wypadało napisać, ale coś wewnątrz mnie kazało sięgnąć po urządzenie.
Nacisnęłam powiadomienie i moim oczom ukazała się wiadomość.
Nie wiem, dlaczego piszę akurat do Ciebie, ale jeśli to czytasz, to znaczy, że jest nadzieja i ktoś we mnie jeszcze wierzy. Mam na imię Michał. Jutro wyjeżdżam dobrowolnie, aby pomóc walczyć. Nie liczę na to, że się odezwiesz, ale nie mogę odejść, nie próbując.
Czytałam otrzymaną na Instagramie prywatną wiadomość kilkukrotnie, nadal nie wierząc w to, co zobaczyłam.
Wiki spojrzała na mnie z troską.
- Co się znowu stało? - zapytała.
- Nic - skłamałam. - Po prostu ktoś się chyba pomylił.
Poczułam, że coś się właśnie zaczęło. Coś, czego później nie da się zatrzymać.
***
- I co, czujesz się starsza, dojrzalsza? - zapytała Wiktoria, podając mi plastikowy kieliszek napełniony prosecco, który uzupełniła z butelki ukrytej w podręcznej torbie.
- Starsza nie. Może trochę bardziej zaskoczona tym, jak zaczął się mój trzydziesty piąty rok życia - odpowiedziałam. - Nie spodziewałam się, że moje urodziny będą miały ciąg dalszy.
- Mhhm, czyli ten Michał nadal pisze?
Skinęłam głową, unosząc kieliszek. Musiałam powiedzieć o wiadomościach Wiki, bo nie dałoby mi to spokoju, a przychodziło ich coraz więcej. Ewidentnie chłopak był zagubiony i wybrał sobie mnie jako kogoś, kto przyjmie jego ciche wyznania bez oczekiwań i osądów, ofiarując mu przestrzeń do rozładowania emocji. Już dawno mogłabym go zablokować i zapomnieć, ale nie chciałam tego. Nie odpisywałam, po prostu czytałam ze skupieniem każdą wiadomość. Czułam, że to i tak wiele dla niego znaczy.
- Czyli twój typ - mruknęła Wiki pod nosem i stuknęła się ze mną kieliszkiem, czym sprowadziła mnie na ziemię. - No, przyznaj się, gdyby nie to, że jedzie na wojnę, że nie wiesz o nim nic więcej poza tym, jak ma na imię, od razu umówiłabyś się na dobre bzykanko.
- Przestań gadać głupoty! On już jest na wojnie, Wiki! I właśnie to jest najbardziej absurdalne. Kto normalny robi coś takiego?
- Może ktoś, kto nie chce żyć normalnie? Ktoś, kto nie ma nic do stracenia? - uniosła się Wiki.
Przez chwilę milczałyśmy. Gdzieś z głośnika dobiegł komunikat o ostatnim boardingu.
- Wracasz do siebie? - spytała Wiktoria.
- Do Gdańska - poprawiłam. Do siebie to jeszcze długa droga.
W samolocie panowała cisza. Nigdy nie żałowałyśmy sobie wina i każdy nasz powrót z wakacji kończył się muzycznym występem na żywo, lecz tym razem Wiki po kolejnej opróżnionej butelce po prostu zasnęła, zostawiając mnie z natłokiem myśli, które zostały delikatnie podkręcone bąbelkami. Siedziałam przy oknie, w słuchawkach, szukając odpowiedniego kawałka, który odzwierciedliłby mój stan na tę chwilę. Muzyka odgrywała ogromną rolę w moim życiu, była czymś więcej niż tylko dźwiękiem - była oczyszczeniem dla duszy, sposobem na przekazywanie najgłębszych uczuć i myśli. Gdy czułam, że serce pragnie podzielić się czymś ważnym, wysyłałam piosenki, które stawały się pośrednikiem między mną a drugim człowiekiem. Wczorajszy wieczór, choć na pozór spokojny, zmienił moje życie, dziwne myśli krążyły w mojej głowie, nie mogłam zapomnieć o wiadomościach, które otrzymałam, o chłopaku, którego nie znałam, a który mimo to napisał je wszystkie, jakby znał mnie od zawsze. Michał - dobrowolnie pojechał walczyć, sam... We Florencji zostawiłam słońce, śmiech, lekkie wino i ciężkie pytania, których było tyle, że nie dało się ich zapić. Poczucie, że za niedługo zderzę się z rzeczywistością, było na tyle silne, jakbym miała na nowo uczyć się oddychać. Przerażała mnie perspektywa powrotu do codziennej rutyny, która przez tydzień była tylko echem w mojej głowie. Wracam do pracy, do pustego mieszkania, do kalendarza, który był pełny, a jednocześnie tak pusty... Po wyjściu z samolotu poczułam ten chłód: trójmiejski, nadmorski, wrześniowy. Razem z Wiki poszłyśmy odebrać auto z prywatnego parkingu koło lotniska, następnie odwiozłam ją na dworzec centralny w Gdańsku. Była 17.30, a pociąg tej wariatki odjeżdżał do Warszawy o 18:15. Widywałyśmy się rzadko, ale intensywnie, głównie podróżując...
Na granicy kontroli
Spojrzałam w kalendarz i uświadomiłam sobie, że pełen wyzwań dzień zapowiada się obiecująco. W moim mieszkaniu, zanim jeszcze miasto zacznie tętnić życiem, już unosi się zapach świeżo parzonej kawy i kolejnego sukcesu. Jako jedna z lepszych prawniczek w Gdańsku słynę ze swojej skrupulatności, determinacji i z 90% wygranych spraw, więc muszę być zawsze o krok przed. Każda minuta jest dla mnie na wagę złota. Codzienna rutyna płynie w moich żyłach jak kofeina po wypitej kawie. Biorę szybki prysznic, bo długie kąpiele w wannie zostawiam sobie na weekend, gdy mam trochę więcej czasu. Następnie w samym ręczniku pędzę do garderoby, gdzie czeka już na mnie przygotowany dzień wcześniej strój. Z szuflady wyciągam czarny koronkowy biustonosz, koronkowe stringi, dobieram czarne pończochy i chwilę później wiję się przed lustrem niczym gwiazda porno w filmie dla dorosłych. Odpalam muzykę, moje ciało oplata dźwięk kawałka Bobi Andonov Burn, dłońmi zaczynam dotykać się po całym ciele, najpierw delikatnie, z czułością, badając każdy fragment skóry, potem pewniej, odważniej, prowokacyjnie. Przymykam oczy, czuję, jak muzyka we mnie wibruje - przepływa przez moją szyję, ramiona, uda. Ciało zaczyna poruszać się samo, instynktownie, jakbym to nie ja nim sterowała, ale jakiś wewnętrzny głód. Palcami przesuwam po linii żeber, potem zsuwają się niżej, zaczynam oddychać szybciej. W tym momencie nie jestem prawniczką, kobietą z planem i nazwiskiem z nagłówków gazet. Jestem kobietą, która tu i teraz potrzebuje, aby jej ciałem zawładnął orgazm. Nagle z amoku wyrywa mnie dzwoniący telefon. Otwieram oczy jeszcze przez moment nieprzytomna, z rozpalonym ciałem i pulsującą w uszach końcówką Burn. Kurwa mać, akurat teraz...
Patrzę na ekran. Moja asystentka. Oczywiście.
- Słucham? - mruczę jeszcze z półoddechu.
- Pani mecenas... Klient już czeka w gabinecie. Przyszedł przed czasem. Prosiłam, aby zaczekał na zewnątrz, ale mnie zignorował - mówi uprzejmym, ale spiętym tonem. - Ten z... funduszu inwestycyjnego.
Zamykam oczy i przez moment nic nie mówię. To klient, który wraca jak boomerang. Znam bardzo dobrze jego dotyk. Mój oddech staje się normalny.
- Zaparz mu kawę. Zaraz będę - rzucam chłodno.
Rozłączam się. Lustro naprzeciwko łapie mój wzrok. Kobieta w nim jeszcze przed chwilą była prawie naga, słaba, spragniona dotyku. Teraz prostuję plecy, splatam włosy w wysoki kucyk, zakładam czarny garnitur - idealnie skrojony, lekko oversizowa marynarka opada na ramiona jak zbroja dla kogoś, kto wie, że nie musi już nic udowadniać. Pod spodem jedwabna, cielista bluzka, niemal przezroczysta, ale zamknięta pod wysoką linią kołnierza - kokieteria schowana pod dyscypliną. Do tego szpilki - klasyczne, wysokie, jak broń, którą noszę pewniej niż niejeden adwokat swoje argumenty. Czerwona szminka. Jedyna odważna rzecz, na którą pozwalam sobie w tej chwili - znak, że wiem, kim jestem. Perfekcyjnie. Czas wrócić do gry.
Odległość dzieląca mój apartament od kancelarii jest niewielka, a nawet śmiało mogę powiedzieć, że przyjemna. Po drodze mijam ulubioną knajpkę, która stała się częścią mojego porannego rytuału. Jej klimatyczne wnętrze oraz zawsze uśmiechnięta obsługa skradły moje serce. Codziennie o 7.30 czeka już na mnie owsianka z owocami oraz świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Zdrowa dieta to podstawa przy takim trybie życia, jaki prowadzę, to mój fundament, o który bardzo mocno dbam, co w połączeniu z czterema treningami w tygodniu przynosi całkiem dobry efekt wizualny. Po odebraniu śniadania pędzę dalej, w rytm muzyki ulatniającej się ze słuchawek, czując, jak każdy dźwięk podsyca mój krok. Mijam ludzi stojących na przystanku, pochłoniętych własnymi myślami, a ja... zatrzymuję się na chwilę, podnoszę głowę, aby promienie porannego słońca mogły pogłaskać mnie po twarzy. Majowe poranki potrafią dać naprawdę sporo przyjemności.
Docieram do kancelarii, która znajduje się w samym sercu miasta, w nowoczesnym budynku, idealnie dopasowanym do tradycyjnego otoczenia Starego Miasta. Już od zewnątrz robi on ogromne wrażenie - duże przeszklone elewacje odbijają promienie słońca, nadając mu lekkości, a jednocześnie wyrażają determinację i profesjonalizm. Przekraczam próg obiektu, a ciężar codziennych spraw miesza się z pulsującą energią poranka. Korytarze, jeszcze puste, odbijają echo moich kroków. Wiem bardzo dobrze, co zaraz się wydarzy. W głowie dobieram już dokładnie słowa, których jestem zmuszona użyć, aby w końcu zakończyć tę żałosną historię z człowiekiem, który nie potrafi zostawić żony dla "miłości swojego życia".
Podnoszę wzrok, a on opiera się o moje biurko, jakby przeczuwał, że zaraz wejdę do gabinetu. Kurwa! Wygląda tak cholernie seksownie. Dobrze wie, co mnie kręci i zna moje słabości. Ubrany w czarny garnitur, który zdaje się stworzony specjalnie po to, by uwypuklić każdy atut jego sylwetki. Strój w jego przypadku jest nie tylko wizytówką, ale też przemyślanym manifestem pewności siebie. Czarna koszula, którą ma pod marynarką dodaje mu tajemniczości, a jednocześnie tworzy idealny kontrast z jego jasną karnacją, blond włosami oraz niebieskimi oczami. Wygląda jak anioł w ciele diabła.
- Dzień dobry - mówi niskim tonem, z tym lekkim, zadziornym uśmiechem, który zawsze jest zapowiedzią czegoś więcej. - Czemu nie odbierasz ode mnie telefonu? Dzwoniłem codziennie od mojego powrotu.
Jego głos otula mnie jak jedwab, czuję, jak między udami robi się wilgotno, mój oddech przyśpiesza, a klatka piersiowa unosi się rytmicznie, jakby nie mogła nadążyć za tym, co dzieje się wewnątrz mnie. Patrzę na niego, jak opiera się o moje biurko, jakby to było jego miejsce. Ten czarny garniak, koszula, ten cholerny blond kosmyk i te oczy, które skupione są na mnie. Uspokój się! Myśl racjonalnie! Gościu dopiero co wrócił z wakacji z żonką, a teraz ma pretensje, że nie odbierasz telefonu! Pognaj dupka i po problemie - powtarza racjonalna część mnie, jak mantra, jak alarmowy komunikat, który próbuje przebić się przez gęstą mgłę pożądania. Unoszę brew, usiłując zachować fason.
- Może po prostu nie miałam ochoty? - odpowiadam zbyt szybko, aby zabrzmiało to szczerze. W jego oczach coś błysnęło, uśmiecha się tak bezczelnie, jakby wiedział, że gra dopiero się zaczyna. Jakby nie tylko znał jej zasady, ale sam je stworzył.
- Kochanie, dobrze wiesz, że musiałem z nią tam pojechać! Moi rodzice organizowali swoją czterdziestą rocznicę ślubu. Nie mogłem im tego zrobić i zostać w Gdańsku. Chyba mnie rozumiesz, prawda? - mówi spokojnie, jakby to wszystko miało sens, jakby ten jego ułożony ton miał przykryć to, co naprawdę się wydarzyło, jakby wypowiedziane słowa były w stanie zatuszować zapach jej perfum.
Przez chwilę milczę, bo nie jestem w stanie sensownie złożyć zdania.
- A ja? - pytam cicho. - Mnie mogłeś to zrobić?
Milczy, a to przelewa gorycz. Łzy same zalewają moje oczy, w głowie dudni, brakuje mi powietrza. Uciekaj! - to jedyna myśl, jaką podpowiada mi moja podświadomość. Bez słowa obracam się do niego plecami z zamiarem opuszczenia gabinetu. Chcę zniknąć, odciąć się, zostawić go z całym tym jego perfekcyjnie skrojonym garniturem i spojrzeniem, które zawsze mnie rozbrajało.
Robię pierwszy krok w stronę drzwi, gdy nagle czuję jego dłoń na mojej szyi. Łapie mnie gwałtownie, zdecydowanie, bez pytania - dokładnie tak jak lubię. Serce zaczyna mi walić mocniej, dreszcz przechodzi po kręgosłupie, a oddech znów staje się płytki. Jego usta momentalnie znajdują się przy moim uchu.
- Zawsze uciekasz, kiedy robi się prawdziwie, ale i tak wracasz, bo chcesz, żebym cię zatrzymał.
Zaciskam powieki, próbując nie stracić resztki kontroli. Prawda, niestety, jest taka, że dłoń na mojej szyi mówi więcej niż jakiekolwiek słowa. I właśnie dlatego nienawidzę tego, jak dobrze mnie zna. Obraca mnie momentalnie i pcha w stronę biurka, a jego dłoń nie zsuwa się z mojej szyi nawet na sekundę. Nagle czuję, jak moje biodra stykają się z kantem blatu, a on napiera na mnie z tyłu, nie dając mi szansy na ucieczkę.
- Wiesz, że tylko przy mnie możesz być sobą - szepcze.
Słyszę szelest otwieranej szuflady. Doskonale wie, co w niej trzymam. Nasze wspólne sekrety.
Zamykam oczy, poddaję się. Jego dłoń zaciska się mocniej, a drugą przesuwa wzdłuż moich pleców aż do talii. Wie, co robić, zawsze wiedział. Zaczyna zsuwać moje spodnie gwałtownie, z premedytacją, jakby każdy centymetr mojej odsłanianej skóry był jego osobistym trofeum. Czuję, jak tkanina opuszcza moje biodra, muskając uda. On wciąż trzyma mnie jedną ręką, drugą prowadząc ścieżkę w dół, bez słowa, ale z wyraźną intencją. Kiedy materiał opada do moich kostek, przyciąga mnie mocniej do siebie, łapie za włosy, gwałtownym ruchem odchylając moją głowę w swoją stronę. Jego usta od razu dotykają moich - natarczywe, wilgotne. Językiem wdziera się do środka, bez pytania, bez zaproszenia, jakby wszystko we mnie należało do niego. Jego druga ręka podciąga moją bluzkę, szybko, niemal brutalnie. Wsuwa palce pod materiał biustonosza, odnajdując mój sutek - twardy i czuły. Łapie go między palce, ściskając i drażniąc, aż wymyka mi się cichy jęk. Jestem już całkowicie poza kontrolą, a on doskonale o tym wie. Rzuca mnie na biurko z taką siłą, że powietrze na moment ucieka z moich płuc - zderzenie chłodnej powierzchni z moją rozgrzaną skórą jest jak szok, jak wybudzenie z transu.
- Właśnie tego chcesz, prawda? - syczy mi do ucha, głosem głębokim i szorstkim. - Żeby ktoś cię w końcu przestał oszczędzać.
Nie odpowiadam, nie muszę. Moje ciało już dawno jest jak otwarta księga, z której czyta dokładnie moją instrukcję obsługi.
Jego dłoń nadal mocno trzyma mnie za kark, przygniatając do chłodnej powierzchni biurka. Czuję na sobie jego szybki, zwierzęcy oddech.
- Zawsze taka silna, niezależna, a teraz? Cała moja! I nawet nie próbujesz zaprzeczyć.
Jęczę cicho, pół z bólu, pół z podniecenia.
Nagle puszcza moją szyję i sięga po pejcz - czarny, skórzany, znajomy. Leży w tej szufladzie od miesięcy, schowany głęboko jak tajemnica, której obydwoje byliśmy strażnikami. Teraz z powrotem jest w jego dłoni, ciężki i niebezpiecznie obiecujący. W sekundę adrenalina uderza mi do głowy jak fala - znów jestem w tym miejscu, gdzie granice się rozmazują, a kontrola należy do kogoś innego.
- Przypomnijmy sobie, jak bardzo pomaga ci się to otworzyć.
Uderza ponownie, tym razem mocniej. Moje ciało wygina się, napina, gotowe przyjąć wszystko, co ma zaraz nadejść. Zaciskam dłonie na krawędzi biurka, przytrzymując się, jakby tylko to miało mnie tu jeszcze utrzymać.
- Lubisz to... lubisz, kiedy pokazuję ci, gdzie jest twoje miejsce - szepcze.
Zamykam oczy zawstydzona tym, jak bardzo prawdziwe są jego słowa. Moje ciało wyrywa się naprzeciw każdemu uderzeniu, czekając na więcej. Coś w nim pęka, rzuca pejcz na podłogę. Jego spojrzenie staje się jeszcze ciemniejsze, głębsze. Bez słowa łapie mnie za biodra i odwraca jak szmacianą lalkę na plecy. Patrzę na niego spod półprzymkniętych powiek, jak jednym ruchem ściąga swoje spodnie, następnie opuszcza bokserki. Wszystko w nim jest surowe, napięte, gotowe.
To spojrzenie, które mi rzuca... Słowa są zbędne. Jestem jego tu i teraz. Na tym cholernym biurku, między aktami spraw, które jeszcze parę minut wcześniej traktowałam jak świętość.
Pochyla się nade mną, gryzie delikatnie moją wargę. Jego palce unoszą się do moich ust. Patrzy na mnie z tym półuśmieszkiem, który zawsze oznacza kłopoty. Bez wahania otwieram usta i zaczynam je lizać - powoli, namiętnie, z precyzją kobiety, która doskonale wie, co robi.
Nagle drzwi otwierają się z impetem i do środka wpada moja asystentka, cała roztrzęsiona, z tabletem w dłoni i przerażeniem w oczach.
- Pani mecenas, kolejny klient już czeka, a... - zaczyna mówić, ale jej głos urywa się, gdy widzi scenę przed sobą.
Zamiera. Ja również. On tylko odsuwa się ode mnie na ułamek sekundy, jakby to wszystko nie miało żadnego znaczenia. Łapię płaszcz z oparcia krzesła i zasłaniam się nim, a wewnątrz mnie aż wrze.
- Czy ty oszalałaś?! - wrzeszczę, głos mam ostry jak brzytwa. - Czy naprawdę nie przyszło ci do głowy, że może warto zapukać?!
- Ja... Ja przepraszam, ale klient nalegał... - bąka, cofając się w panice.
- Jeśli jeszcze raz wejdziesz tu bez pukania, możesz sobie szukać nowej pracy - syczę. -Rozumiemy się?
Kiwa głową tak szybko, że przez chwilę wygląda jak marionetka. Znika za drzwiami.
Zapada cisza. Spoglądam na niego i automatycznie dociera do mnie, co się właśnie wydarzyło.
- Ubierz się i wyjdź! - rzucam chłodno. - I zrób coś z tym pieprzonym ego, bo to nie wróży nic dobrego.
Zsuwam się z biurka powoli, mięśnie wciąż drżą od echa jego dotyku. Wkładam na siebie tylko spodnie, ponieważ z moich ulubionych majteczek niewiele zostało. Zapinam guziki koszuli, ponownie upinam włosy w wysoki kucyk, który chociaż odrobinę wydłuża moją sylwetkę. Odruchowo przecieram dłońmi miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu przybijało mnie jego ciało. Spoglądam na siebie w lustrze - moje policzki okrywają rumieńce, a krwisto czerwona szminka rozmazała się wokół napuchniętych od przygryzania warg. Podchodzę do szuflady i wciskam do niej podniesiony wcześniej z podłogi skórzany pejcz. Wzdycham cicho i ruszam w stronę drzwi.
- Zostawię ją, przysięgam...
Zamieram. Nie odwracam się, nie patrzę mu w oczy. Serce bije mi mocniej, chociaż nienawidzę tego, co te słowa ze mną robią.
- Obietnice składane po seksie mają krótką datę ważności, mój drogi! - Zaciskam palce na klamce, biorąc głęboki wdech. - Nie obiecuj rzeczy, których nie jesteś gotów dotrzymać - mówię chłodno, chociaż wewnątrz wszystko się we mnie gotuje. Wychodzę, pozostawiając za sobą zapach jego perfum wymieszany z seksem i słowa, które nic nie znaczą.